Roczne archiwum: 2006

Lwów 2006

Do Lwowa pierwszy raz jadę z kilkunastoosobową prywatną wycieczką zorganizowaną przez znajomego. Nie spodziewam się niczego specjalnego, bo nigdy nie podzielałam szczególnego zainteresowania kresami wschodnimi, mimo że tą tematyką interesowało się sporo osób z mojego otoczenia. Pamiętam tylko, że niektórzy zachwycali się tym miastem, mnie jednak aż do tej pory, nie chciało się sprawdzać dlaczego. Podczas tego ekstremalnie krótkiego wyjazdu tak bardzo zaraziłam się Lwowem zarówno tym obecnym ukraińskim, jak i dawnym polskim, że przez kolejne lata wracałam tam kilkanaście razy, przy każdej możliwej okazji.

Niemal natychmiast po przyjeździe do Lwowa i przejściu się po najbardziej oczywistych miejscach – starym rynku oraz  Prospekcie Swobody można doznać szoku, jak dużo ludzi spędza czas ze sobą pod gołym niebem, nie zważając na mroźną pogodę. Na zdrowy rozum większość z nich powinna siedzieć w domu bo jest późne popołudnie albo wczesny wieczór i zaraz rozpoczną się godziny dostępu do bieżącej wody, której w mieście zawsze brakuje i jest tylko w wyznaczonych godzinach rano i wieczorem. Mimo to, mnóstwo ludzi przechadza się po ulicach w atmosferze święta. Wszyscy spacerują rozmawiają, robią sobie zdjęcia, kupują, sprzedają, żebrzą, grają w szachy i karty, piją alkohol na ulicy (co jest tu całkowicie dozwolone). Dzieci jeżdżą na kucykach i w samochodzikach o napędzie elektrycznym, panuje atmosfera wesołego miasteczka. Wszędzie widać ogromną żywotność. Ludzie chyba mają znacznie mniej uprzedzeń niż u nas i egalitarnie spędzają w swoim towarzystwie czas, mimo że nie odbywają się żadne wydarzenia kulturalne, lub polityczne, które mogłyby przyciągnąć tłumy. Tutaj na przysłowiowym metrze kwadratowym ulicy dzieje się więcej niż u nas na kilkudziesięciu metrach. Jesteśmy niecałe dwieście kilometrów od mojego domu, a jest tu całkowicie odmiennie. To najbardziej ciekawe miejsce leżące w takiej odległości od mojego miasta. Nie zważając na otaczającą biedę ludzie w pewnych dziedzinach życia są znacznie aktywniejsi i bardziej żywotni. Centrum Lwowa w weekendy tętni życiem i nie dzieje się to głównie za sprawą turystów, jak ma to miejsce w Krakowie, którego mieszkańcy starają się jak mogą omijać najbardziej turystyczne rejony miasta i w zasadzie nie ma w nich już prawdziwego życia. Tutaj centrum miasta służy mieszkańcom. Miło się w nim przebywa bo sprawa wrażenie jakbyśmy przenieśli się w czasie o kilkanaście lat. Nie ma obrzydliwej kostki brukowej, styropianowej pastelozy, i „rewitalizacji”. Nowoczesność w unijnym tego słowa znaczeniu jeszcze tu nie dotarła. Zamiast tego kilometry ulic wyłożone są przepięknym brukiem. Może niektóre budynki wyglądają na będące w nieco opłakanym stanie, jednak nie wiem już co jest lepsze, odnawianie wszystkiego na pastelową modłę, czy godne starzenie się zabytkowych świątyń i  kamienic, gdy mają one szansę nabawić się patyny i dzięki temu są po prostu niezmiernie klimatyczne. Wszystko w tym mieście wygląda tak jak powinien wyglądać wschód, prawdziwie i z charakterem. Tylko na przedmieściach królują architektoniczne upiory komunizmu w postaci wyjątkowo szaro i nędznie wyglądających blokowisk, jeśli do tego dodamy równie szaro ubranych ludzi podróżujących w zdezelowanych tramwajach i trolejbusach, możemy poczuć się jakbyśmy przenieśli się do minionego imperium. Na szczęście rozległe zabytkowe centrum pozostało praktycznie nietknięte i w całości spotkamy w nim przedwojenną zabudowę nie dotkniętą ręką żadnego komunistycznego planisty.

ukr_lwow_ludzie-na-ulicy_001ukr_lwow_ludzie-na-ulicy_003.jpgukr_lwow_dziecko-w-samochodziku_001.jpgukr_lwow_ludzie-w-tramwaju_001.jpgukr_lwow_pamiatki-na-wernisazu_001.jpgukr_lwow_uliczne-handlarki_001.jpgukr_lwow_ludzie-na-ulicy_002.jpg

Zwykli ludzie reagują na nas bardzo przyjaźnie, całkowicie wbrew temu co wydarzyło się między Polakami a Ukraińcami kilkadziesiąt lat temu i zupełnie niezależnie od wzajemnej polityki obu państw, które nadal nie mogą nad tym przejść do porządku dziennego. Ukraina jak każdy krótko istniejący kraj stara się jakoś scementować swoją państwowość, mimo licznych wewnętrznych sprzeczności. Dlatego na większości tabliczek przymocowanych do (występujących w ogromnej liczbie) zabytków, bardzo rzadko spotkamy jakiekolwiek informacje o tym, że większość tego lwowskiego dziedzictwa powstała podczas sześciuset lat gdy miasto było polskie. To zagadnienie ukraińskie władze starają się jak mogą zewsząd wymazać, co spotyka się z oburzeniem władz polskich. Tutejsi Ukraińcy to jednak w większości ludzie o poglądach prozachodnich, którzy nie mają nic wspólnego ze wschodnią częścią kraju, gdzie dominuje język rosyjski a na Polaków raczej spogląda się krzywo (z czym spotkałam się chociażby w Odessie). Są bardzo kontaktowi, pomocni, po chwili zaczynają rozmawiać z obcymi ludźmi jakby ich znali od lat. Rozmawia się z nimi dobrze bo nasze języki są bardzo podobne. Oczywiście wszyscy mówią po ukraińsku. Po krótkiej wymianie uprzejmości nasi rozmówcy, od razu zaczynają narzekać na swoje państwo, bardzo niskie płace i korupcję. Jednak zamiast próbować rozwiązywać swoje problemy, potrafią głównie na nie narzekać, co mocno przypomina polską mentalność. Polacy jednak, mimo swojego nieustannego narzekania, coraz bardziej uczą się reagować na coś co im się nie podoba. Tutaj panuje przekonanie o własnej bezradności i niemożności podejmowania jakichkolwiek działań. Ludzie stracili niewiele ze swojej bierności od czasów upadku ustroju komunistycznego. Z drugiej strony jest w nich ogromne pragnienie tego by kiedyś było lepiej i niezgoda na panującą rzeczywistość.

ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_001.jpg

Cmentarz Łyczakowski.

ukr_lwow_polska-studzienka_001.jpg

Przedwojenna studzienka kanalizacyjna. Sporo można takich spotkać na mieście.

Rumunia 2006

Pierwsza myśl która przychodzi po przekroczeniu samochodem granicy Rumunii to „o Boże jak oni jeżdżą”. Jesteśmy jeszcze praktycznie w środku Europy a wyobraźnia kierowców nie ustępuje wyobraźni Hindusów lub Arabów. Oprócz samochodów miejsce na drodze należy się również wozom, furmankom, zwierzętom, traktorom, rozmaitym pojazdom napędzanym siłą mięśni (i nie chodzi tutaj wcale o rower)a pasy na jezdni mają znaczenie jedynie umowne.  Kto jest większy, świeci długimi światłami i wymusza na mniejszych zjeżdżanie na pobocze. Jeżdżenie po tym kraju może mocno umęczyć zarówno jeśli ktoś jedzie jako kierowca, jak i porusza się publicznym transportem. W dzień pojazdów jest mnóstwo, w nocy mniej ale za to bywają nieoświetlone, zwłaszcza na bardziej prowincjonalnych drogach. Z noclegami też jest trudno bo są stosunkowo drogie i zazwyczaj kiepskie, a na pewno nie warte swojej ceny. Rumunia, stara się jak może, przyciągnąć turystów, których zabierają jej ościenne kraje. Dlatego czasem powstają turystyczne produkty w rodzaju „Zamku Drakuli w Branie” w którym noga legendarnego księcia prawie nie postała, za to liczba kramów z chińską tandetą pokazuje że miejsce to jest w stanie obsłużyć wiele autokarów na raz. Oprócz tego typu nielicznych na szczęście atrakcji cała reszta jest bardzo przyjemna i prawdziwa. Spotkamy tutaj pyszną kuchnię bez polepszaczy smaku i zapachu, przepiękne monastyry, których używa się a nie zwiedza, prawdziwe warowne zamki bez barierek oraz tabliczek zakazów i nakazów, prowincjonalne miasta i miasteczka, w których czas się zatrzymał. Tylko gdzieniegdzie czuć jeszcze złego ducha „geniusza Karpat”, który nakazał na przykład uregulować i wybetonować wszystkie rzeki w kraju, przy pomocy 6 milionów ton dynamitu wysadzić spory kawałek gór Fogaras i wybudować szosę wspinającą się na ponad 2000 m.n.p.m., zburzyć znaczną część historycznego centrum Bukaresztu i na jego miejscu wybudować na przykład największy po Pentagonie rządowy budynek świata i wiele innych okropieństw.

rum_sambata_monastyr_001

Monastyr Brancoveanu w Sambata de Sus u podnóża gór Fagaras.

rum_sambata_monastyr_002

W prawie każdym monastyrze obowiązkowo musi być studnia ze świętą wodą.

rum_sambata_monastyr_003

I można zaopatrzyć się w dewocjonalia i ręcznie malowane ikony.

rum_gory-fogaras_osiol_001

A tego dzielnego osła spotkamy przy szosie transfogarskiej.

rum_gory-fogaras_003

Takie widoki na szosie transfogaraskiej przy odrobinie szczęścia mogą nam towarzyszyć.

rum_gory-fogaras_szosa-transfogarska_001

A to już sama szosa.

rum_gory-fogaras_owce_001

Czasem można na niej spotkać dużo baranów.

rum_gory-fogaras_006

A to już widok z samej góry szosy trasfogaraskiej – okolice Lacul Balea.

rum_gory-fogaras_007

A to samo jezioro Balea.

rum_gory-fogaras_002

A tak wyglądają góry fogaraskie przy słynnej szosie, po drugiej stronie jeziora Bâlea na wysokości około 2000 m.n.p.m.

rum_gory-fogaras_001

To również zdjęcie z tych okolic.

rum_gory-fogaras_szosa-transfogarska_002

Po powrocie można jeszcze przypatrzeć się drodze z góry i udać się w dół lub z powrotem.

rum_gory-fogaras_005

A to góry Fogarasz w okolicach Moldoveanu.

rum_gory-fogaras_004

To także.

rum_bran_zamek-drakuli_001

Najbardziej przygnębiająca z rumuńskich atrakcji – zamek drakuli w Branie, którego nikomu nie polecam, chyba że chce obcować z morzem chińskiej tandety.

rum_rasnov_chlopski-zamek_001

O wiele lepsze są zamki chłopskie. Stosunkowo niewiele zmieniły się od czasów średniowiecza. Na zdjęciu zamek w miejscowości Rasnov.

rum_rasnov_001

Rozciągają się z niego takie widoki po zachodzie słońca.

rum_szosa_001

A to przypadkowy wóz z sianem spotkany gdzieś nieopodal.