Miesięczne archiwum: Czerwiec 2007

Lwów 2007

Na początek może zacznę od tego, gdzie warto się we Lwowie zatrzymać (przy pewnej dozie tolerancji). Może w tej chwili nie jest to tak istotne, bo przy okazji Euro 2012 we Lwowie powstało mnóstwo odremontowanych prywatnych kwater za w miarę niewielkie pieniądze i z ciepłą wodą, ale jeszcze kilka lat temu rozsądnych opcji noclegowych nie było za wiele. Najlepszym wyborem był wtedy legendarny hotel Arena, przeznaczony dla artystów występujących w pobliskim cyrku. Jedyną jego wadą był system rezerwacji a w zasadzie jego brak tak, że nigdy nie było wiadomo czy znajdzie się wolny pokój, a bardzo ważne panie w recepcji, w komunistycznych podomkach i kapciach, tajemniczo kazały pytać później. Położony w podziemiach prysznic wyglądał dość mrocznie, ponuro i niepokojąco, ale przynajmniej nigdy nie spotkałam w nim żadnego wielonożnego i szybko biegającego, ani futerkowego zwierzęcia, więc tak całkiem źle z nim nie było. Za to miał gorącą wodę przez całą dobę – w tym mieście prawdziwy ewenement, którego chociażby w o wiele droższym hotelu „Lwów” na pewno nie uświadczymy. Żadnej fauny i flory nie spotkałam też nigdy w pokojach. Może wyglądały na komunistycznie sfatygowane, ale przynajmniej w miarę czyste. Nie wiem czy w zimie archaiczne okna dobrze by się sprawdziły, ale w lecie hotel całkowicie dawał radę. Niestety był masowo wykorzystywany w weekendy chociażby przez studentów, więc największy problem był z miejscem. Wbrew pozorom mimo takiego zatłoczenia zawsze było w nim bardzo spokojnie, bo korytarzu na każdym piętrze pilnował zespół pań w podomkach. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o hotelu Lwów, który mimo że był znacznie droższy to czasem z powodu imprez w ogóle nie dało się w nim spać.

ukr_lwow_hotel-arena-plakat_001.jpg

Wystrój ścian w hotelu Arena zapewniają plakaty cyrkowe.

ukr_lwow_hotel-arena-plakat_002.jpg

W które z wirtuozerią poutykano gniazdka elektryczne.

Jeśli już udało nam się zdobyć jakiś przyjemny i w miarę tani nocleg, pozostaje się zastanowić co ciekawego można w mieście robić, oprócz pójścia na stare miasto i odwiedzenia tam dużej ilości zabytków i świątyń? Na pewno warto pokręcić się po dzielnicach położonych nieco dalej od centrum takich jak Łyczaków, Pohulanka, Stryj, czy Zamarstynów. Tam gdzie jest to możliwe odwiedzić dzielnicowy bazar. Udać się na dwa najwyższe wzgórza we Lwowie (Górę Piaskową i kopiec Unii Lubelskiej) i spojrzeć na miasto z innej perspektywy (widać wtedy jak dużo jest tutaj także szpetnych blokowisk). Powłóczyć się po knajpach i obskurnych barach. Odwiedzić muzea i operę. Spokojnie byłoby tu co robić przez co najmniej dziesięć dni. Najlepiej spędzać każdy dzień w tym mieście w innej jego części i poznawać dobrze każdą kolejną z jego starych dzielnic. Każda ma swój niepowtarzalny urok i czymś innym się wyróżnia.

Dlatego też pomijając ten przydługawy wstęp, pragnę tym razem skupić się właśnie na jednej dzielnicy – Łyczakowie i jej okolicach. Dzielnica rozciąga się wzdłuż ulicy Łyczakowskiej zaczynającej się niemal w centrum, a kończącej się niegdyś na obrzeżach miasta. Jej okolica pełna jest parków i terenów zielonych. Na terenie Łyczakowa mieści się także jedna z najsłynniejszych nekropolii tej części Europy. Ulicy Łyczakowska była ważną arterią miasta, uważaną za najdłuższą w przedwojennym Lwowie. Już w 1894 roku po ulicy kursował tramwaj elektryczny, który następnie przedłużono aż do zapomnianego obecnie dworca kolejowego „Łyczaków”. Ulica najpierw nazywała się Gliniana, natępnie Łyczakowska, za niemieckiej okupacji – Wschodnia, w czasach ZSRR – Lenina, a od 1990 roku ponownie nosi nazwę Łyczakowska. Zaczyna się w ścisłym centrum przy Placu Mytnym (Celnym, dawnym Placu Bandurskiego) a kończy na zielonych terenach Pohulanki (obecnie jest wylotówką na wschód). Uważana była za najbardziej lwowską z lwowskich dzielnic. To właśnie tutaj mieszkali słynni batiarzy i piaskarze. Dzięki temu dzielnica tętniła życiem, humorem i temperamentem jak żadna inna.  Na ulicy Łyczakowskiej mieszkało i urodziło się wiele słynnych osobistości na przykład Zbigniew Herbert, Adam Hollanek, Stanisław Akielaszek, Witold Szolginia, Stanisław Wasylewski, Johann Schimser. Na Łyczakowskiej znajduje się kilka klasztorów, kościołów i cerkwi, szkół i szpitali. Prawie przez całą jej długość znajdziemy przepiękne podniszczone secesyjne i klasycystyczne kamienice, które kryją interesujące i zaniedbane podwórka silnie naznaczone zapachem i obecnością kotów. Najlepiej wybrać się na całodzienną wycieczkę po tej ulicy przechodząc pieszo całą trasę z centrum miasta na Cmentarz Łyczakowski. Jeśli będziemy chcieli po drodze zaliczyć na przykład Muzeum Architektury Ludowej, czy Pohulankę, myślę że na dokładne poznanie Łyczakowa i jego sąsiednich okolic możemy przeznaczyć dwa, a może nawet trzy dni. Lepiej zobaczyć dokładnie jeden kawałek miasta, a jego inne części zostawić sobie na następny raz, niż szaleńczo jeździć z miejsca na miejsce, zwłaszcza że znajdziemy tu wszystko co potrzebne do życia. Z głodu na ulicy Łyczakowskiej na pewno nie umrzemy za sprawą licznych całkiem nie najgorzej wyglądających restauracji czy barów oraz sklepów spożywczych. Jedynie okolica cmentarza nie wygląda na szczególnie bogatą w takie miejsca, ale to także się zmienia i w 2013 roku, kiedy ostatnio tam byłam, w okolicy przycmentarnego parkingu otworzyło się kilka niewielkich sklepików.

Skansen

Niedaleko Łyczakowskiej znajduje się skansen – Muzeum Architektury i Obyczajowości Ludowej, który powstał w 1930 roku. Warto się do niego przejść, gdyż jest położony na bardzo rozległym obszarze parku zwanego kiedyś Kaizerwaldem a obecnie Gajem Szewczenki i jest to jeden z największych skansenów w Europie. Przedstawia życie grup etnicznych Zachodniej Ukrainy: Bojków, Łemków, mieszkańców Huculszczyzny, Wołynia i okolic Lwowa. Jest bardzo dobrze odizolowany od miejskiego terenu, mimo tego że znajduje się niemal w ścisłym jego centrum. Skansen wygląda bardzo realistycznie, jakbyśmy w kilka minut przenieśli się na obrzeża miasta. Nie ma tu spalin, hałasu i samochodów, za to jest dużo drzew i cienia. Najlepiej pójść do niego w bardzo upalny dzień,  gdy w mieście topi się asfalt i trudno wytrzymać z gorąca – bo jest to znakomita odskocznia od upału. Najciekawszymi obiektami w skansenie są drewniane cerkwie z XVIII i XIX wieku. Niedaleko skansenu znajduje się także jedno z wejść na Kopiec Unii Lubelskiej.

ukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_003.jpgukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_001.jpgukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_004.jpgukr_lwow_muzeum-architektury-ludowej_002.jpg

Dzielnicowy bazar

Zdecydowanie warto udać się na „Vinnikivskiy Rynok”, czyli na lokalny bazar, gdzie w spokoju można pooglądać targowe życie, a gdy zgłodniejemy nieopodal bazaru znajduje się sporo miejsc w których można nie najgorzej zjeść. Rynek przypomina nasze bazary przed kilkunastoma laty. Nikt nie stara się tu zbytnio by prezentowane na straganach jedzenie wyglądało pięknie a zarazem sztucznie, jak w supermarkecie i czy nam się to podoba czy nie, zderzymy się tutaj z jedzeniową rzeczywistością (mnie oczywiście to się podoba). Takie same widoki zobaczymy chociażby w Azji, zresztą u nas jeszcze nie tak dawno właśnie tak sprzedawano żywność. Przynajmniej nie produkuje się przy tym mnóstwa opakowań, które po chwili lądują na wysypisku śmieci. W dodatku jesteśmy bardziej świadomi tego co kupujemy. Chociażby mięso przestaje być dla nas anonimową zafoliowaną tacką. Po wycieczce na bazar można dość do wniosku, że to nie tutaj przy okazji kupna jedzenia mamy okazję zetknąć się z czymś szokującym czy nieapetycznym, tylko u  nas z tymi wszystkimi normami, przepisami, zakazami i nakazami. Tutaj na pewno nie kupimy żadnego spleśniałego w wyniku opakowania w folię warzywa, bo nikomu nie przychodzi jeszcze do głowy by tak je pakować. Także mięso musimy kupić świeże bo już wieczorem nie będzie nadawało się do jedzenia. Dzięki temu nie kupimy podejrzanego produktu sprzed kilku dni.

ukr_lwow_lyczakowski-rynek_wejscie_001

Wejście na łyczakowski rynek.

ukr_lwow_lyczakowski-rynek_glowa-swini_001.jpg

A w środku można spotkać takie obrazki. Jedynym mankamentem takiej prezentacji towaru są muchy.

Cmentarz Łyczakowski

W najbardziej odległym od centrum fragmencie historycznej ulicy zaczynają się kolejne miejskie tereny zielone – Park Łyczakowski i Pochulanka z ogrodem botanicznym. Terenów zielonych jest tu tyle że nie wiadomo co wybrać najpierw. Ten kawałek miasta wygląda bardzo pozytywnie, niemal jak kawałek XIX wiecznego uzdrowiska, a tego obrazka dopełniają przepiękne podniszczone wille w niedalekiej okolicy. Tyle zieleni nie spotkamy w żadnej innej części miasta. Na koniec dochodzimy do celu naszej wycieczki czyli Cmentarza Łyczakowskiego wraz z Cmentarzem Orląt. Jest to miejsce unikatowe w skali Europy – jedna z najstarszych nekropolii posiadająca bardzo ciekawe zabytki sztuki kamieniarskiej z okresu klasycyzmu i secesji. Tak jest zawsze, że specyfikę danego miasta można poznać najlepiej udając się na cmentarz. Dzięki temu można ocenić na jakim poziomie materialnym i intelektualnym była ówczesna społeczność.  Po wizycie na Cmentarzu Łyczakowskim od razu można zdać  sobie sprawę z tego jak ważnym miastem musiał kiedyś być Lwów. Bardzo wartościowych pod względem artystycznym nagrobków jest mnóstwo. Dodatkowego klimatu temu miejscu nadaje jego zapuszczony charakter. W niektórych miejscach trzeba wręcz przedzierać się przez zarośla w których ukrywają się roje komarów, dlatego planując wizytę na Cmentarzu Łyczakowskim lepiej nie ubierać się w krótkie ubrania, bo komary zjedzą nas w całości. Cmentarz jest naprawdę olbrzymi. Za jednym podejściem z pewnością nie zdołamy obejść go w całości. Jest to miejsce do którego można wracać przy każdej okazji gdy zostanie nam pół dnia wolnego we Lwowie. Znajdziemy tu bardzo stare XVIII i  XIX wieczne klasycystyczne nagrobki autorstwa najwybitniejszych kamieniarzy tego okresu. Polskie nagrobki z początków XX wieku znanych lwowskich osobistości z medalionami nagrobnymi najczęściej zniszczonymi i porozbijanymi przez Ukraińców. Oprócz tego znajduje się tu mnóstwo grobów ukraińskich z XX wieku, także takich wykonanych z lastryko, z czasów gdy Cmentarz Łyczakowski był cmentarzem komunalnym i chowano na nim zwykłych obywateli, najczęściej chaotycznie i gdzie popadnie między starszymi grobowcami.  Dlatego teraz groby są ze sobą mocno przemieszane. Dzięki temu widać jak degradująco na sztukę kamieniarską wpłynął ustrój komunistyczny a następnie współczesne czasy. Wcześniejsze groby to nieraz prawdziwe arcydzieła, obok których poutykano masowo produkowane  w kilku dostępnych wzorach identycznie wyglądające kwadraty i prostokąty. Nawet fotografie na medalionach straszliwie różnią się od siebie. Te przedwojenne, których nie uszkodzili Ukraińcy w pierwszych latach po przejęciu cmentarza, mają się świetnie i czas w ogóle im nie szkodzi. Te z dwudziestego wieku znikają i niszczeją.

Główne wejście na cmentarz znajduje się na ulicy Miecznikowa. Tam od turystów pobierane są opłaty za wstęp, gdyż cmentarz posiada obecnie status muzeum na wolnym powietrzu (oczywiście jeśli ktoś zakwalifikuje nas jako turystów). Oprócz tego na cmentarz jest jeszcze kilka innych wejść, których nikt nie pilnuje.

ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_007.jpg

Tak właśnie wygląda typowy fragment tego cmentarza. Groby z różnych epok są ze sobą przemieszane i powciskane jeden na drugim. To wszystko malowniczo zarośnięte jest chaszczami.

ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_003.jpgukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_006.jpg
ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_008.jpgukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_004.jpg
ukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_005.jpgukr_lwow_cmentarz-lyczakowski_002.jpg

Do Lwowa szkoda jechać tylko na weekend, zważywszy na fakt, że na powrót do Polski, mimo tak niewielkiej odległości od mojego domu (niecałe 200 km), trzeba nieraz przeznaczyć cały dzień. Nigdy nie wiadomo jak wiele oklejających się taśmą klejącą kobiet będzie chciało przekroczyć granicę razem z nami i czy tym razem uda im się ją przekroczyć bez większych strat, czy też nasz autobus zostanie zatrzymany i w miarę gruntownie wyczyszczony z papierosów, co trwać może nawet i kilka godzin. Dlatego nieraz lepszą opcją jest przekroczenie granicy pieszo. Przynajmniej jesteśmy stosunkowo niezależni.