Miesięczne archiwum: Wrzesień 2008

Lantau 2008

Lantau to największa wyspa wchodząca w skład Hongkongu. Jest częściowo niezamieszkała i bardzo zróżnicowana. Świetnie skomunikowana z resztą metropolii. Znajdziemy tu plaże, park narodowy, wioskę rybacką z domami na palach oraz takie cywilizacyjne dobra jak port lotniczy i mniej dobre dobro czyli Disneyland. Jest także ciekawy i sporych rozmiarów buddyjski kompleks klasztoru Po Lin z posągiem siedzącego Buddy wykonanym z brązu. W ciągu godziny przy pomocy zwykłego miejskiego autobusu, jesteśmy w stanie, teleportować się z hałaśliwego i potwornie zatłoczonego centrum miasta w prosto zielony gąszcz albo na prawie pustą plażę z wodą ciepłą jak zupa, także mieszkańcom Hongkongu na prawdę jest czego zazdrościć, (ale z drugiej strony, jeśli prawie nie mają wolnego bo ciągle siedzą w pracy, mają mało czasu na te atrakcje a na urlop i tak wyjeżdżają za granicę). Pierwszym miejscem, które najłatwiej odwiedzić po przybyciu na wyspę, jest klasztor Po Lin do którego wprost z metra można dostać się kolejką linową. Z reguły nie korzystamy z tego typu atrakcji, tak też było tym razem. Widząc kolejkę linową do klasztoru można było nabrać przeczucia że jedziemy do religijnego disneylandu, na szczęście jednak w klasztorze panowała przyjemna spokojna atmosfera.

hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_001

Przed wejściem do buddyjskiej świątyni mijamy 4 strażników

hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_002

To także jeden z nich.

hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_003 Hongkong wyspa Lantau. Kompleks Wielkiego Buddy klasztor Po Lin. hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_005

hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_006
hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_007

Budda Tian Tan największy na świecie odlany z brązu wizerunek buddy. Kosztował bagatela 68 mln dolarów.

hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_008

Buddę otaczają wizerunku sześciu dew z darami ofiarnymi.

hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_009 hkg_hong-kong_lantau-klasztor-po-lin_010
hkg_hong-kong_lantau-wisdom-path_001

Na terenie klasztoru mieści się także Ścieżka Mądrości (Wisdom Path) widoki na ścieżce są bardzo przyjemne.

hkg_hong-kong_lantau-wisdom-path_002 hkg_hong-kong_lantau-wisdom-path_003

Uwielbiam atmosferę chińskich buddyjskich klasztorów,  w Hongkongu, Singapurze, Chinach, Malezji. Takie ośrodki są jak miasto w mieście często są położone na dość dużym obszarze. Mają  własne wegetariańskie restauracje, sklepy, księgarnie, czasem noclegownie dla pielgrzymów, często za darmo dystrybuują materiały (filmy, muzykę książki), mają miejsca w których można posiedzieć i odpocząć.  Można się po nich do woli włóczyć przyglądając się wszystkim rytuałom i wydarzeniom, nikt nie będzie nas zaczepiał czy miał coś przeciwko, każdy jest mile widziany i traktowany gościnnie a przy tym nienachalnie. Często są prawdziwymi enklawami spokoju – to jedyne miejsca w ruchliwej głośnej, zakurzonej azjatyckiej metropolii gdzie nie ma spalin, ćwierkają ptaki, jest cicho i są drzewa. Pachnie kadzidłem a nie spalinami. Dlatego siłą rzeczy trzeba w nich spędzić sporo czasu gdy przemierza się kilometry w kurzu, smogu i po nagrzanym betonie. Uczucia spokoju dopełniają wizerunki buddów, które są jednocześnie po trochu zrelaksowane, uśmiechnięte i obojętne. Jeśli po dłuższym okresie przebywania wyłącznie w takich świątyniach przypadkiem znajdziemy się w świątyni katolickiej zwłaszcza zabytkowej z okresu na przykład gotyku, można przeżyć kulturowy szok, gdy zobaczymy poskręcane ciała przybite gwoździami do krzyża, sceny z udziałem męczenników, wizerunki diabłów i szkieletów. Azjaci z tej części świata na wycieczkach po Europie pewnie myślą, że trafili do świata ponurych sadystów. Nawet jeśli w Buddyjskiej świątyni mamy do czynienia z wizerunkami demonów to zazwyczaj wypełniają one bardzo niewielką część świątyni, służą po prostu podkreśleniu że na świecie istnieją także siły zła i są jego nieodłączną częścią. Natomiast Europa Zachodnia w czasach średniowiecza znajdowała się chyba w dość dziwnym duchowym stanie i efektem tego są ponure i mroczne świątynie, które pod względem architektonicznym są interesujące, ale nie mam ochoty długo w nich przebywać.

Kolejną atrakcją na wyspie Lantau są Disneyland oraz Ocean Park. O tym pierwszym oczywiście nic nie napiszę bo wyjątkowo brzydzę się Disneyem. Ocean Park to połączenie wesołego miasteczka z oceanarium. Zobaczymy w nim wszystkie ważniejsze organizmy morskie w jednym miejscu (foki, delfiny, rekiny, rafę koralową, płaszczki i meduzy oraz mnóstwo ryb). Jeśli ktoś jest zainteresowany tym tematem, jeden dzień to za mało żeby wszystko obejrzeć. Mimo że całkowicie odpuściliśmy sobie część rozrywkową: wszelkie karuzele, rollercoastery i kolejki, musieliśmy oglądać morskie stworzenia w strasznym pośpiechu. Niezłe wrażenie robi olbrzymich rozmiarów akwarium w którym pływają wielkie płaszczki, rekiny, żółwie morskie i mnóstwo mniejszych ryb a w tle puszczana jest dyskretnie muzyka, która bardzo trafnie dopełnia elegancję z jaką poruszają się te wszystkie zwierzęta, czy ekspozycja przeróżnych meduz podświetlanych na różne kolory, bo tylko w ten sposób sporo z nich można dojrzeć, gdyż są prawie przeźroczyste. W wodzie poruszają się z niezwykłą gracją a całość wygląda niesamowicie. Wystawa „sea jelly” pełni funkcje uświadamiające ponieważ ponoć w związku z zanieczyszczeniami i zmianą klimatu sporo tych drobnych stworzeń jest zagrożona wyginięciem, a spełniają niezwykle ważną rolę w ekosystemie a często w ogóle nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia.

hkg_hong-kong_lantau_ocean-park_005 hkg_hong-kong_lantau_ocean-park_001 hkg_hong-kong_lantau_ocean-park_002 hkg_hong-kong_lantau_ocean-park_004 hkg_hong-kong_lantau_ocean-park_003

Kolejną ciekawostką na wyspie Lantau a w zasadzie na małej wysepce Tai O połączonej z Lantau mostem, jest osada drewnianych domów na palach która jest osadą rybacką o tej samej nazwie.  Możemy tu kupić najróżniejsze morskie stworzenia w formie żywej i zasuszonej.  Na wyspie nie ma samochodów. Mieszkańcy ponoć bardzo na to narzekają, że władze pozwalają im na żadną zmianę tego stanu rzeczy i zmuszają do życia w skansenie, stąd nie wszędzie na wyspie mogą dostać się karetki. Jest także problem chociażby z dostarczeniem większych zakupów. Produkuje się tu suszone ryby, które suszą się naturalnie na słońcu, żeby nie dostały się do nich robaki są gdzieniegdzie zabandażowane. Zapach nieopodal stanowisk ich produkcji jest więc zabójczy. Domy na palach są takie jak wszędzie w Azji a więc dość niechlujne, połatane tu i ówdzie różnymi luźnymi elementami na przykład z blachy falistej. Można mieć wrażenie że znajdujemy się w Wietnamie albo Tajlandii a nie w jednym z najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajów świata. Podczas odpływu gdzie wszędzie zalega błoto to odczucie jeszcze się potęguje. Jesteśmy tam akurat w dzień rekordowych upałów tuż przed nadchodzącym tajfunem, powietrze jest niesamowicie gęste od zapachów i wilgotności tak że można je kroić nożem. Wszystko to sprawia że dość szybko się stamtąd wynosimy.

hkg_hong-kong_lantau_wioska-rybacka-tai-o_007

O co chodzi w tym szyldzie? Tego niestety nie wiem, nie napisano ani słowa po angielsku, ale kreatywność twórcy jest niezaprzeczalna i rzuca na kolana.

hkg_hong-kong_lantau_wioska-rybacka-tai-o_001 hkg_hong-kong_lantau_wioska-rybacka-tai-o_002 hkg_hong-kong_lantau_wioska-rybacka-tai-o_003hkg_hong-kong_lantau_wioska-rybacka-tai-o_004 hkg_hong-kong_lantau_wioska-rybacka-tai-o_006

Trudno uwierzyć że na tej samej wyspie dwadzieścia kilometrów dalej można znaleźć też takie widoki. hkg_hong-kong_lantau-wiezowce_001

Hongkong New Territories

Na New Territories pojechaliśmy żeby odwiedzić buddyjską świątynię Dziesięciu Tysięcy Buddów. Wpierw jednak napatoczyliśmy się na cmentarz, którego koncepcja i wygląd mnie naprawdę zachwyciły. Bardzo chciałabym po śmierci znaleźć się na takim fajnym cmentarzu i zajmować swoimi szczątkami doczesnymi tak niewiele miejsca, bo tak naprawdę po co nam gigantycznej wielkości w dodatku kompletnie bez gustu marmurowe nagrobki i dębowe trumny, które zamiast jak najszybciej połączyć nas z przyrodą robią dokładnie odwrotnie? W Hongkongu ze względu na kompaktową przestrzeń i dużo ludzi nie można by było sobie pozwolić na tak bezsensowne szastanie miejscem jak ma to miejsce u nas. To musi być strasznie fajne uczucie, przebywać na takim zadaszonym, czystym wręcz sterylnym cmentarzu na którym palą się ofiarne kadzidła i stoją owoce, a po człowieku zostaje jedynie pamiątkowa tabliczka i urna z prochami.

hkg_hong-kong_new-territories-cmentarz_005 hkg_hong-kong_new-territories-cmentarz_002 hkg_hong-kong_new-territories-cmentarz_004hkg_hong-kong_new-territories-cmentarz_003

 Świątynia Dziesięciu Tysięcy Buddów mieści na swoim terenie mnóstwo posągów postaci historycznych i tych legendarnych, które osiągnęły oświecenie, w tej chwili jest ich ponoć około 12000. Wśród buddów zdecydowanie przeważają mężczyźni jest jednak stosunkowo niewielka część świątyni poświęcona inkarnacjom kobiecym. Jak widać kobiety także w tej jak i każdej innej religii mają o wiele mniejsze szanse na zrobienie kariery i trafienie do panteonu oświeconych (albo chociaż błogosławionych lub świętych). Do świątyni zmierza się pnącą się w górę ścieżką wzdłuż której znajdują się sylwetki oświeconych, każda jest inna i ma swój charakter. Znajdziemy tutaj wszystkie najsłynniejsze przedstawienia i wizerunki buddów ze wszystkich krajów w których buddyzm panował.

hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_001

Pnąc się w górę mijamy wizerunki oświeconych z wszystkich krajów w których panował buddyzm.

hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_004

Każda postać ma swój indywidualny charakter. Niektóre są nieco straszne inne komiczne, a niektóre mają bardzo szlachetne rysy.

hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_003

Jest też niewielka część poświęcona kobiecym inkarnacjom, patrząc na oko – oświeconych kobiet jest tylko niewielki procent spośród dziesięciu tysięcy bodhisattwów.

hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_005

Niektóre postaci są ogromnych rozmiarów.

hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_007

A niektóre wręcz przeciwnie bardzo malutkie.

hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_006
hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_008

Niektóre mają wiele głów.

hkg_new-territories_swiatynia-dziesieciu-tys-buddow_009

A niektóre wiele rąk – Thousand Hands Buddha.

 

Hongkong 2008

Wizyta na wyspie Hongkong to prawdziwa przyjemność dla oka i poczucia estetyki. Można poobcować ze świetnymi rozwiązaniami urbanistycznymi i architekturą miejską na najwyższym poziomie. To miasto w mieście, z całymi ciągami osłoniętych od słońca i deszczu, chodników i kładek, kilka pięter powyżej poziomu ulicy. Chodzą nimi armie białych kołnierzyków z biura i do biura więc nie mogą się zmoczyć, spocić ani pobrudzić. Nieraz chodniki te przechodzą przez biura i galerie handlowe są więc też przy okazji klimatyzowane. Na prawie całej wyspie jest też sterylnie czysto i nie widać oznak zużycia czy też zmęczenia miasta dużą wilgocią i monsunowymi deszczami, prawie wszystko wygląda jak nowe, dopiero co oddane do użytku, tylko na prawdę gdzieniegdzie widać oznaki miejskiej anarchii i drobnego nieporządku. Oczywiście spodziewam się, że po początkowej fascynacji ten porządek zaczął by mnie pewnie po jakimś czasie irytować. Na jego straży stoją światowe korporacje mające tu swoje siedziby i dbające o swój prestiż i wizerunek przy pomocy armii sprzątaczek, ochroniarzy i służb porządkowych. Jest też zresztą jak w całym Hongkongu bardzo bezpiecznie, jednak na wyspie wszechobecne kamery oraz rozliczny personel pilnujący porządku sprawiają, że na pewno nawet włos nam z głowy nie spadnie. Nie ma nawet Afrykańczyków sprzedających podrabiane Roleksy, zresztą wszystko jest tu oryginalne i markowe. Nie za bardzo da się na wyspie nocować ze względu na wysokie ceny hoteli a i w centrach handlowych znajdziemy bardziej prestiżowe marki i sklepy z cenami raczej jak w Europie Zachodniej a nie Azji. Dlatego w nocy ludzie spragnieni zakupów, ulicznego jedzenia i rozrywek jadą na tańszy Kowloon a wyspa nieco pustoszeje. Wyjątkiem jest  odwiedzane przez tłumy Victoria’s Peak na którym każdy musi zrobić sobie zdjęcie z panoramą rozświetlonego miasta w tle.

hkg_hong-kong_prom_001

Już sam dojazd na wyspę z Kowloon promem Star Ferry kosztującym grosze z miłą morską bryzą wliczoną w cenę biletu jest o wiele przyjemniejszy niż metrem.

hkg_hong-kong_tramwaj_001

Po wyspie jeżdżą zabytkowe tramwaje w środku wykończone drewnem, poruszają się z prędkością niemal tak wolną jak pieszego ale są bardzo ładne.

hkg_hong-kong_gora-wiktorii-tramwaj_001

Na Victoria’s Peak jeździ również zabytkowy ale inaczej wyglądający tramwaj.

hkg_hong-kong_wiezowce_003

Skąd roztaczają się takie widoki.

hkg_hong-kong_wiezowce_004

Można pozaglądać do okien mieszkańcom mrówkowców.

hkg_hong-kong_wiezowce_001 hkg_hong-kong_wiezowce_005 hkg_hong-kong_zadaszone-chodniki_003 hkg_hong-kong_zadaszone-chodniki_001hkg_hong-kong_ulica-noca_003hkg_hong-kong_ulica-noca_002hkg_hong-kong_ulica-noca_001hkg_hong-kong_ulica-tramwaj_001
hkg_hong-kong_ulica-klimatyzatory_001hkg_hong-kong_wiezowce_002

Makau 2008

I z powrotem jesteśmy praktycznie w Europie. Na pewno jest tu bardziej europejsko niż w Europie Wschodniej na prawie każdym rogu jest Starbucks, Body Shop i Mc Donald. Macau było kolonią portugalską więc mamy tutaj sporą ilość katolickich świątyń. W jednej z nich jest nawet muzeum, wchodzimy do niego (bo jest za darmo i jest w nim chłodno) i mamy prawdziwy zimny prysznic. Czujemy się jak w samym środku hiszpańskiej inkwizycji mając przed sobą relikwiarze z częściami ciała różnych świętych, ręce poprzebijane gwoździami, fragmenty świętych figur złożone w skrzyniach i całą tą cierpiętniczą otoczkę chrześcijaństwa. Po miesiącu w otoczeniu zrelaksowanych buddyjskich posągów można doznać wstrząsu.

mak_macau-muzeum_002mak_macau-muzeum_003
mak_macau-muzeum_001

Dzielnica kasyn, miejsce gdzie przyjeżdżają tłumy bogatych Chińczyków spełnić się hazardowo, jest potwornie kiczowata, ale przy tym bezpieczna. Nie trzeba się obawiać że zostaniemy zwabieni do jakiejś jaskini hazardu, odurzeni i wypuszczeni bez środków do życia jak mogłoby to mieć miejsce w jakimś innym hazardowym miejscu Azji. Oprócz rozrywkowego kwartału w którym jest jasno jak w dzień a życie toczy się całą dobę reszta Macau jest spokojna i prowincjonalna, niewiele się w niej dzieje. Ponoć tylko szukając hotelu w celach noclegowych, można się pomylić i trafić do hotelu o innym profilu działalności i szybko zacząć mieć kogoś do towarzystwa, wszystko jednak odbywa się w sposób dyskretny i zawoalowany. Całe to państwo-miasto zajmuje strasznie mały obszar i nie wiem jak można spędzić w nim więcej niż weekend nie nabawiwszy się poważnej klaustrofobii. Dokądkolwiek nie pójdziemy, dochodzimy do jego końca i dalej iść już się nie da. Jeśli nie interesujemy się hazardem niewiele będziemy mieli tu do roboty. Z nudów chyba przeszliśmy go wzdłuż i wszerz. Nie wyobrażam sobie co można by tu było robić na przykład przez ponad trzy dni albo co gorsza przez tydzień. Warto je zobaczyć, bo posiada pewną specyfikę, po czym można dość szybko z czystym sumieniem z niego uciekać. Miejsce to jakoś szczególnie nie ujmuje i nie ma szczególnego wyrazu, jednak dla stęsknionych za Europą Europejczyków może mieć tę zaletę, że da się w miarę niedrogo napić się tutaj trunków z Portugalii w tym wina, no i kuchnia zawiera nieco europejskich akcentów w rozsądnej cenie. Dla kontynentalnych Chińczyków to pewnie przedsionek Europy, bo wszystko jest tu inne niż u nich.

mak_macau-dzielnica-kasyn_001 mak_macau-dzielnica-kasyn_003 mak_macau-dzielnica-kasyn_004mak_macau-dzielnica-kasyn_005mak_macau-budowa_001
mak_macau-most-na-wyspe-taipa_002mak_macau-most-na-wyspe-taipa_001
mak_macau-taipa_001mak_macau-ruiny-katedry-sw-pawla_001

Dali 2008

Zdecydowanie warto tłuc się wszelkimi możliwymi środkami transportu do Dali w prowincji Yunnan, (a właściwie do Xiaguan, bo Dali to jego odległe o kilkanaście kilometrów stare miasto) nawet kiedy jest nam niespecjalnie po drodze. Jest tam tak interesująco a przy tym normalnie i spokojnie, że utknęliśmy tam na kilka nadprogramowych dni, przez co parę następnych punktów wyjazdu zostało przeniesionych na bliżej nieokreśloną przyszłość. Dali z pewnością jest miejscem pełnym turystów, ale nie istnieje tylko dla nich, przez co zachowuje pewną autentyczność. Nie jest wyłącznie produktem stworzonym na potrzeby przemysłu turystycznego, w którym prawdziwe życie dawno już przestało się toczyć. Dzięki bardzo rozsądnym cenom śpi się tu chyba najtaniej w Chinach, a ceny jedzenia w restauracjach sprawiają, że można skosztować najdziwniejszych chińskich potraw bez obawy o kieszeń. Je się tutaj absolutnie wszystko. Całą rozmaitość fauny i flory w dodatku jak to w Chinach, cała ta rozmaitość musi być zjedzona jak najszybciej po uśmierceniu, by mieć jak najwięcej składników odżywczych i życiodajnej siły. Dlatego przed restauracjami mieści się czasem istny ogród zoologiczny od ryb poprzez skorupiaki owady, płazy aż po spore ssaki i każdy klient może wybrać sobie zwierzę na swój posiłek. Oczywiście ludzie, którzy nigdy nie byli w Chinach czytając to, z pewnością mają dreszcze, bo w „cywilizowanych krajach zachodnich” gdzie aktywnie działają obrońcy zwierząt takie coś byłoby nie do pomyślenia. Chińczycy mają dość, nazwijmy to, specyficzny stosunek do przyrody, którą kształtują nieraz z nieludzkim wysiłkiem i dopiero tak zmieniona przyroda bliska jakiemuś estetycznemu ideałowi, godna jest uwagi i podziwu.  Dlatego trochę inaczej spogląda się tu na okrucieństwa wobec zwierząt i widząc zwierzęta czekające w klatkach i akwariach na śmierć może nam się nasunąć parę niewygodnych pytań o to, jak długo one tam przebywają, oraz czy są w tym czasie pojone i karmione. Być może komuś wizyta w przeciętnej chińskiej restauracji pomoże w podjęciu decyzji o zostaniu wegetarianinem.Z drugiej jednak strony nasze zabijanie zwierząt w zmechanizowanych ubojniach za zamkniętymi drzwiami wcale nie wydaje się jakoś bardziej humanitarne, tyle że mało osób ma okazję to widzieć i martwe zwierzę kojarzy im się z estetyczną tacką z supermarketu. Trzeba przyznać, że Chińczycy jeżeli już zabijają zwierzę, to najczęściej nie marnują ani kawałka. Wszystko jest jadalne i z wszystkiego da się coś przyrządzić, no może z wyjątkiem dzioba i pazurów. Jeżeli idę do restauracji i specjalnie dla mnie zabijane jest jakieś małe zwierzę to bardzo nie na miejscu wydaje mi się zmarnowanie nawet małej części posiłku, bo mam świadomość, że stało się to na moje wyraźne życzenie. Zupełnie inaczej spogląda się na swój posiłek i bardziej się go docenia. Tak czy inaczej nawet jeśli wydaje nam się to nieludzkie w Chinach żywiąc się w restauracjach i garkuchniach nie będziemy mieli szansy na konsumpcję mięsa w stylu zachodnim, chyba że będziemy żywić się wyłącznie warzywami lub w robionych na modłę europejską fast foodach, bo przed nimi nie stoją uwiązane kozy i kurczaki w klatce. Na pewno nigdy nie zjadłabym żadnego gatunku zagrożonego wyginięciem, ani nie wybrałabym potrawy dla której ugotowania, większość zabitego zwierzęcia się marnuje, lub musi ono bardzo cierpieć przed przyrządzeniem z niego posiłku a takie przypadki też w kuchni chińskiej mają miejsce. Oczywiście kuchnia Zachodu w kwestii etyki nie ma się także zbytnio czym chwalić. Sprowadzamy jedzenie z najdalszych zakątków świata, po czym marnujemy je i wyrzucamy,  koszmarne eksploatujemy zasoby mórz wyniszczając populację ryb i trujemy glebę wysokowydajnymi uprawami. Człowiek to po prostu straszliwie ekspansywny gatunek, który jest w stanie w szybkim tempie wykończyć wszystko co stanie na jego drodze, obojętnie czy jest Chińczykiem czy mieszkańcem Europy, tak już po prostu ma.

chi_dali_smazone-robaki_001

Smażone robaki smakują jak chipsy a w zasadzie o wiele lepiej. W takim na przykład Bangkoku na Khaosanie też możemy je zjeść, ale spotkamy tam pana z gablotą pełną usmażonych wcześniej zimnych już robaków, których nikt nie kupuje z wyjątkiem turystów. W Dali każdy Chińczyk je bezkręgowce bo okolica słynie z takich potraw.

Dali to również świetne miejsce na zakup lokalnych wyrobów rękodzielniczych, czy szytej na miejscu odzieży. Niemal każdy mieszkaniec starego miasta coś własnoręcznie tworzy, na przykład rzeźby z lokalnego marmuru, piękne przedmioty codziennego użytku, tkaniny, szyje, kaligrafuje, maluje lub przynajmniej gotuje wspaniałe potrawy ze wszystkiego co ma cztery nogi i nie jest stołem. Ludzie robią tam świetne oryginalne rzeczy w małych rodzinnych przedsiębiorstwach i nie kupimy takich nigdzie indziej. Nie pragną za swoje wyroby jakiś koszmarnych pieniędzy bo nie są to produkty skierowane wyłącznie do ludzi z Zachodu. Dodatkowo okolica jest przepiękna, bo tuż obok zaczynają się góry Cangshan i warto zrobić sobie w nie przynajmniej jednodniowy wypad. Natomiast zdecydowanie nie warto wykupywać drogiego biletu wstępu po to by obejrzeć słynne Trzy Pagody i kompleks świątyń Congshen, całkowicie zniszczonych podczas Rewolucji Kulturalnej, niedawno zaś odbudowanych. Pagody można całkiem dobrze obejrzeć przez ogrodzenie, a kupno biletu w żadnym wypadku nie pomoże dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Dużo lepiej za te pieniądze wybrać się na zakupy w Dali i zobaczyć jak kreatywni ludzie tam mieszkają i jakie fajne rzeczy robią. Natomiast pachnące nowością buddyjskie świątynie Congshen, których nikt nie używa, nie pali w nich kadzideł i nie zostawia ofiar (owoce leżące przed posągami są z plastiku!) robią bardzo dziwne i przygnębiające wrażenie. Jest w nich czysto jak w szpitalu lub jakimś laboratorium, wręcz pachnie nowością. Zdecydowanie nie tak powinna pachnieć azjatycka świątynia, obojętnie nawet jakiego wyznania. Nie wystarczy odbudować samych ścian i postawić wewnątrz drogie posągi, gdy świątyni z jakiś przyczyn przestało się używać. Można poczuć się jak ludzik na ogromnej makiecie. Z całą pewnością szkoda czasu na oglądanie takich smutnych miejsc, gdyż prawdziwe życie toczy się zupełnie gdzie indziej.

chi_dali_brama-wjazdowa_001

Dali – jedna z czterech bram wjazdowych do starego miasta.

chi_dali_stare-miasto_001

Tak wygląda stare miasto w środku.

chi_dali_stare-miasto_002chi_dali_trzy-pagody_001 chi_dali_trzy-pagody_003 chi_dali_trzy-pagody_002chi_dali_swiatynie-congshen_001
chi_dali_swiatynie-congshen_002

Jedna z nielicznych żywych osób w kompleksie świątyń Congshen (no chyba że to przebieraniec).

chi_dali_swiatynie-congshen_003

Wizerunki demonów.

chi_dali_gory-cangshan-kolejka-gorska_001

Kolejka linowa w góry Cangshan.

chi_dali_gory-cangshan-cloud-path_001

Cloud Path idealnie równy chodnik położony w górach na wysokości 2500 m. n.p.m. coś typowego dla Chińczyków

chi_dali_gory-cangshan-cloud-path_002 chi_dali_gory-cangshan-cloud-path_003

chi_dali_gory-cangshan-cloud-path_004 chi_dali_gory-cangshan-cloud-path_005
chi_dali_gory-cangshan-chinscy-turysci_001