Roczne archiwum: 2009

Stambuł 2009 część druga

Z powrotem jesteśmy w Stambule. Jeszcze tego samego dnia wybieramy się na wieczorny spacer nadbrzeżem. Zaczynamy w dzielnicy Sirkeci a kończymy gdzieś przy Yenikapi. Jest  naprawdę piękny wieczór i zazdrościmy wszystkim piknikującym i grillującym grupom ludzi, bo nie mamy z sobą takiego wyposażenia jak oni i co najwyżej możemy posiedzieć na ławce lub na kamieniach. Sporo mężczyzn pije raki rozrobione z wodą i kostkami lodu zagryzając to melonem. Tak podane raki ma kolor biały, Reszta raczy się cayem. Można też zakupić rozmaite przekąski, ciecierzycę prażoną i smażoną na różne sposoby,  oraz małże.

tur_stambul_yeni-camii-rodzina-na-wycieczce_003

To jeszcze migawki spod Nowego Meczetu (Yeni Camii)

tur_stambul_yeni-camii-rodzina-na-wycieczce_001

Na przykład oficjalny miejski sprzedawca karmy dla gołębi.

tur_stambul_yeni-camii-rodzina-na-wycieczce_002

I zdjęcie grupowe.

tur_stambul_yeni-camii-chlopiec-i-golebie_001 tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_003 tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_002 tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_001

tur_stambul_wieczorny-spacer-po-nadbrzezu_004

Następnie wybieramy się do leżącej dość daleko od centrum fortecy Yedikule. Dojeżdża się tam kolejką podmiejską, która jedzie także przez tereny zamieszkiwane przez tureckich Cyganów. Dużo ich wsiada z nami na stacji Sirkeci, kończą swój poranny  (a może nocny) dyżur żebrania lub segregowania odpadów. Brudne dzieciaki liżą zakupione lody. W pociągu od razu wybucha ostra kłótnia między nimi i Turkami bo niektórzy próbują żebrać, a może nawet próbują kogoś okraść. Widać, że są oni bardzo niemile widziani w społeczeństwie, które tak bardzo hołduje pracy i ogólnie pojętej porządności, bo ludzie reagują na nich z nieukrywaną odrazą. My też nie czujemy się szczególnie bezpiecznie, zwłaszcza że jest ich w wagonie większość. Na szczęście sporo z nich wysiada przed nami. Pierwsze spotkanie z tutejszymi cyganami mieliśmy już podczas wycieczki na mury obronne nieopodal dzielnicy Fatih gdzie ich prowizoryczne domostwa są przyczepione do murów miejskich. Dłuższe przebywanie tam to podobno szukanie sobie problemów. Warunki w jakich tam żyli wyglądały na gorsze niż w Europie. Yedikule czyli Forteca Siedmiu Wież, swój obecny kształt osiągnęła za panowania Mehmeda Zdobywcy. Rozciąga się z niej rewelacyjny widok na morze i niezliczoną ilość statków które przepływają przez Bosfor. Kiedy tam byliśmy jakiś turecki popowy artysta nagrywał teledysk, pełen roznegliżowanych kobiet ubranych w zasadzie tylko w srebrne buty do połowy uda i kilka pasków.

tur_stambul_yedikule_001

Yedikule wieże i widok na Bosfor.

tur_stambul_yedikule_002 tur_stambul_yedikule_003 tur_stambul_yedikule_004 tur_stambul_yedikule_005

Kolejnym miejscem które tym razem odwiedzamy jest Uskudar, dzielnica po stronie azjatyckiej położona naprzeciwko Sultanahmetu i Galata. Znajduje się tam kilka bardzo pięknych starych meczetów i rewelacyjna nadmorska promenada. Widać z niej wszystkie najtłumniej odwiedzane zabytki Stambułu. Znajduje się też tam bardzo piękna latarnia morska znana jako Wieża Leandra, a w tureckiej tradycji nosząca nazwę Kiz Kulesi czyli Wieża Panny. Jest z nią związana legenda o sułtanie i jego córce, która według przepowiedni miała zginąć ukąszona przez węża. Ojciec umieścił ją więc na ten niedostępnej wysepce. Przepowiednia oczywiście się spełniła. Dziewczyna zmarła ukąszona przez węża ukrytego w owocach dostarczonych przez sprzedawcę.  Na wysepkę co godzinę (lub co pół) pływa łódź, jednak cena tej wycieczki jest na tyle absurdalna, że odpuściliśmy ją sobie pomimo wcześniejszych planów. Na końcu promenady dochodzimy do małego cmentarzyska zardzewiałych  statków, z których przepełnieni energią ale niekoniecznie rozumem młodzi mężczyźni skaczą do wody, a Japończycy robią im zdjęcia jak szaleni.

tur_stambul_uskudar-meczet_001

Piękna fontanna ablucyjna przed jednym z meczetów w Uskudar.

tur_stambul_uskudar-meczet_002
tur_stambul_uskudar-kiz-kulesi_003

Wieża Leandra a po turecku Kiz Kulesi (Wieża Panny)

tur_stambul_uskudar-kiz-kulesi_002

tur_stambul_uskudar-kiz-kulesi_001 tur_stambul_uskudar-zlomowisko-statkow_001
tur_stambul_uskudar-zlomowisko-statkow_002

Byliśmy też na murach miasta, gdzie przyczepił się do nas natrętny człowiek usiłujący zarabiać jako pucybut i usiłujący wydębić od nas pieniądze. Przez moment zrobiło się niesympatycznie. Najpierw z nim dłuższą chwilę rozmawialiśmy, bo nas zaczepił jak to w Turcji bywa. Opowiedział że jest z Ankary i ma dużo dzieci, przyjechał tutaj żeby jakoś zarobić, potem nie proszony przez nikogo zaczął „czyścić” mojemu małżonkowi buty i zażądał za to kwoty… 20 euro. Oczywiście tyle nie dostał. Wracając przechodziliśmy przez dzielnicę Fatih (rozciągającą się od murów miejskich aż do Akweduktu Walensa) i nieprzyjemny nastrój po spotkaniu z panem pucybutem od razu zmienił się o 180 stopni. Pod meczetem Fatih trwał bowiem jeden wielki piknik, nie było chyba centymetra wolnego trawnika a ludzie nawet zapraszali żeby z nimi posiedzieć (co jak na Stambuł jest czymś mega nietypowym, bo mieszkańcy Stambułu mając turystów na co dzień i mieszkając w ogromnym mieście, nie są jacyś specjalnie kontaktowi no chyba że byli to pielgrzymi do świętego miejsca a nie mieszkańcy Stambułu) chociaż niestety nie mieliśmy na to czasu.  Widać jednak było, że przeważały tam osoby bardzo tradycyjnie ubrane, więc z pewnością o poglądach dość konserwatywnych. Na dzielnicy tego dnia był bazar z artykułami gospodarczo-tekstylnymi, cała masa ubrań i artykułów ślubnych oraz „obrzezaniowych”. Dzielnica Fatih to również rewelacyjne lokanty z daniami rybnymi w całkowicie normalnych cenach, których oferta skierowana jest do lokalnych ludzi. Na pewno kiedyś tam wrócę i przetestuję, gdyż z braku czasu oraz z faktu bycia po obiedzie przetestować żadnego lokalu się nie udało. Bardzo lubię tą dzielnicę.

tur_stambul_fatih-akwedukt-walensa_001

W Stambule zabytków jest tak dużo że przejeżdża się obok nich dość obojętnie. W Europie taki rzymski akwedukt pewnie by ogrodzono i postawiono barierki tutaj jednak jest on częścią miasta.

tur_stambul-fatih-akwedukt-walensa_002

A ludzie po nim chodzą bez barierek ochronnych.

tur_stambul-fatih-mury-miejskie_001

Relaks w cieniu pod murami miejskimi.

tur_stambul-fatih-bazar_001

Rewelacyjny bazar w dzielnicy Fatih.

Na koniec tureckiej wycieczki 2009 idziemy wieczorem posiedzieć do Błękitnego Meczetu i spotykamy tam masę biegających dzieciaków. To zapewne rodzeństwo chłopców, którzy przyszli wraz z rodzinami do meczetu zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie upamiętniające  uroczystość obrzezania. Tego dnia chyba pół Stambułu postanowiło dokonać tej praktyki bo w meczecie jest mnóstwo chłopców poubieranych jak wschodni książęta w kiczowate ociekające złoceniami pelerynki, turbany w ręce dzierżąc berła.

tur_stambul-blekitny-meczet_005 tur_stambul-blekitny-meczet_003 tur_stambul-blekitny-meczet_004 tur_stambul-blekitny-meczet_002

Kizkalesi 2009

Chcąc pojechać na tureckie wybrzeże Morza Śródziemnego i nie przybywać wyłącznie w otoczeniu hoteli położonych nad brzegiem morza, wczasowiczów all inclusive i całego szaleństwa z nimi związanego, musimy się trochę pozastanawiać. W końcu między innymi dzięki radom z pewnego podróżniczego forum wybór pada na Kizkalesi, miejscowość słynącą z zamku Krzyżowców na małej kamiennej wysepce położonej kilkaset metrów od brzegu. W miejscowości znajdują się dwa zamki,  a w okolicy masę innych rzeczy do zobaczenia dzięki leżącym w pobliżu górom Taurus, między innymi słynne jaskinie Cennet ve Cehennem. Na miejscu okazało się, że był to całkiem niezły wybór, jedynym minusem był przeraźliwie interesowny właściciel naszego hotelu (położonego naprzeciwko Zamku Panny) który co wieczór nachalnie usiłował wrobić nas w picie drinków, oczywiście drogich, w swojej hotelowej restauracji. W samej miejscowości niezbyt  dało się znaleźć jakąkolwiek budzącą zaufanie lokantę, były tylko restauracje dla turystów z dość mocno zawyżonymi cenami oraz niekoniecznie świeżym jedzeniem, zważywszy na to, że nikt w nich nie jadł bo kurort zionął pustką przed sezonem. Był przynajmniej Bim, więc podstawowe artykuły śniadaniowo-kolacjowe dało się od biedy skompletować.

Sam zamek Kizkalesi czyli Zamek Panny jest o tyle atrakcyjny że znajduje się na małej wysepce do której trzeba sobie samemu dopłynąć przy pomocy wynajętego roweru wodnego w kształcie delfina (albo łódki), ale kiedy tam byliśmy słyszeliśmy o planach by w przyszłości połączyć go z lądem mostem i zażądać drogich biletów wstępu co oczywiście bardzo oszpeciłoby jego otoczenie. Wyspa była najpierw używana przez piratów a pierwszy zamek powstał na niej za czasów Bizancjum, po jego zniszczeniu został odbudowany przez Ormian następnie znalazł się w rękach Krzyżowców by ostatecznie stać się własnością Turków Osmańskich.

tur_kizkalesi_zamek-panny_001 tur_kizkalesi_zamek-panny_002 tur_kizkalesi_zamek-panny_003 tur_kizkalesi_zamek-panny_004 tur_kizkalesi_zamek-panny_005 tur_kizkalesi_zamek-panny_006 tur_kizkalesi_zamek-panny_007 tur_kizkalesi_zamek-panny_008

W Kizkalesi jest jeszcze drugi starszy zamek Korykos (tak nazywało się miasto greckie, które było w tym miejscu, bardzo ludne i prężnie działające) a nieopodal zamku po drugiej stronie drogi znajduje się rzymska nekropolia a właściwie jednocześnie pole uprawne, na którym ktoś hoduje cytryny i mandarynki.

tur_kizkalesi_korykos_002 tur_kizkalesi_korykos_003

tur_kizkalesi_korykos_001  

Miasteczko jest dobrze skomunikowane ze światem gdyż znajduje się między dwoma większymi miastami Silifke i Mersin, między którymi co chwila jeździ rozmaity transport publiczny.

Znajdujące się nieopodal Kizkalesi jaskinie Cennet ve Cehennem czyli Jaskinie Nieba i Piekła są zdecydowanie warte odwiedzenia. Znajduje się tutaj chyba najciekawsza jaskinia w której kiedykolwiek byłam, mimo że nie zobaczymy w niej ciekawych formacji skalnych, stalaktytów, stalagmitów, czy zjawisk krasowych, jest ona jednak więcej warta niż wszystkie inne jaskinie razem wzięte. Akurat tak się składa że Jaskinia Cehennem czyli Niebo jest o wiele atrakcyjniejsza od Jaskini Cennet (bo zazwyczaj to w niebie bywa nudniej). Jaskinia Piekło jest olbrzymim zapadliskiem do którego nie da się zejść. Jaskinia Niebo jest olbrzymich rozmiarów dziurą w ziemi, do której powoli i mozolnie się schodzi jak mrówka w głąb mrowiska. Wyobraźmy sobie normalny słoneczny dzień gdzie na powierzchni ziemi żar leje się z nieba, jeżdżą motory i samochody, turyści i lokalni ludzie chodzą, sprzedają, kupują, zwiedzają, oprowadzają wycieczki, jedzą piją i śmiecą, czyli najogólniej mówiąc zajmują się różnego rodzaju przyziemnymi sprawami  a my schodzimy do zacienionego leja, w którym jest przyjemnie chłodno i cicho, mijamy jeszcze po drodze bizantyjskie ruiny i zaczynamy schodzić łagodną ścieżką coraz niżej i niżej. Robi się coraz ciszej, coraz chłodniej potem wręcz zimno i coraz ciemniej. Powoli zgodnie z rytmem własnych kroków tracimy kontakt z zewnętrznym światem, na początku jest jakieś marne elektryczne oświetlenie, potem właściwie przestajemy cokolwiek widzieć, aż dochodzimy do ukrytej w skałach podziemnej rzeki, która głośno szumi i dudni. Tu musimy zawrócić. Znowu doświadczamy wszystkiego po kolei tyle że w odwrotnej kolejności. Wizyta w tej jaskini była porównywana do doświadczenia śmierci, zresztą wierzono, że to właśnie w niej znajduje się podziemna rzeka Styks, którą umarli mają przeprawić się na drugą stronę. Muszę przyznać że ta metafora jest bardzo sugestywna. Jest to najlepsze doświadczenie jaskini jakie można sobie wyobrazić. Do większości jaskiń które „zwiedzamy”, wchodzimy zazwyczaj przez drzwi otwieramy je i zamykamy i już znajdujemy się w jaskini, albo schodzimy w dół po schodach, pstryk i już jesteśmy w innym świecie. Tutaj pogrążamy się w nim stopniowo i to od nas zależy jak szybko będziemy to robić, czy poczekamy aż nasze ciało chociaż trochę przyzwyczai się do szybko zmieniających się warunków, czy będziemy iść całkowicie po omacku. Mamy czas by powoli i stopniowo zmieniać swoją percepcję. Olbrzymi rozmiar jaskini uniemożliwia szybkie przeniesienie się ze świata podziemnego do świata na powierzchni i jesteśmy zdani na własne nogi. To bardzo ciekawe doświadczenie. Oprócz tego byliśmy jeszcze w położonej nieopodal Jaskini Astmy z ładnymi zjawiskami krasowymi, której mikroklimat pomaga ponoć chorym na astmę ,nie zrobiła ona na mnie takiego wrażenia jak poprzedniczka, gdyż była to normalna „standardowa” jaskinia jakich wiele.

tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_003

Ruiny kościoła poświęconego Marii przy wejściu do Jaskini Cehennem.

tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_004

Jaskinia Cehennem.

tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_001 tur_jaskinie-cennet-ve-cehennem_002

Kilkakrotnie jeździliśmy też do Silifke które jest turecką stolicą jogurtu, ale akurat nie trafiliśmy na żaden jogurtowy festiwal, byliśmy za to w wypasionej lokancie specjalizującej się w tantuni czyli lokalnym przysmaku (akurat nie zostałam jego fanką) oraz lahmacunie, którą prowadził starszy facet o bardzo dużym doświadczeniu w gotowaniu. Swoich gości podejmował iście po królewsku, a lahmacuna podawał ze stertą pietruszki i cytrynami. Z okazji przyjścia obcokrajowców, właściciel lokalu czuł się w obowiązku przeszkolić  nas jak to się je. Porzucił więc swe zajęcia (nie gotował i nie podawał potraw tylko siedział i doglądał biznesu gdzieś na zapleczu) i wszystko nam objaśnił oraz powiedział z czego składa się to danie i jak się je robi chociaż i tak już wiedzieliśmy to było nam bardzo miło.  Nie trzeba chyba dodawać że był to najsmaczniejszy lahmacun jakiego kiedykolwiek jadłam. W tym lokalu spędziliśmy sporo czasu rozmawiając ze znajomym lub może nawet kimś z rodziny właściciela na temat wczasów nad morzem. Dowiedzieliśmy się że szukając miejsca nadmorskiego wypoczynku popełniliśmy błąd za błędem, prawdziwie dobrym wyborem według naszego rozmówcy był bowiem Krym, ze względu na kilkakrotnie tańszy alkohol w porównaniu z cenami na tureckim wybrzeżu no i oczywiście towarzystwo Ukrainek i Rosjanek. Nasz rozmówca co roku jeździł na Krym żeby się wyszaleć i przywieźć zapasy taniego alkoholu. Był zafascynowany całkowitą odmiennością kulturową Krymu, tym że  pracą zajmują się głównie kobiety i to je głównie widać – czasami nawet prowadzą tramwaje, a mężczyźni zajmują się piciem alkoholu i nicnierobieniem i dziwił się bardzo temu wszystkiemu. W Silifke odwiedziliśmy także położoną nad miastem bizantyjską cytadelę w drodze do której strasznie wyprażyło nas słońce, oraz ruiny kościoła i jaskinię w której mieszkała i umarła katolicka święta o imieniu Tekla. Z kościoła została jedynie jedna ściana. Tu również okrutnie wyprażyło nas słońce. Mimo tego że uwielbiam tureckie temperatury, akurat wtedy temperatura w Silifke była absolutnie niemiłosierna i chyba pierwszy raz miałam na prawdę dosyć.

tur_silifke_cytadela-panorama_001

Z cytadeli roztaczały się takie widoki a żar lał się z nieba wyjątkowo szczodrze.

tur_silifke_cytadela-panorama_002

tur_silifke_ruiny-swiatyni-zeusa_001

Ruiny świątyni Zeusa (w naprawdę fatalnym stanie).

tur_silifke_ruiny-swiatyni-ayatekla_001

Jaskinia w której życła i umarła pustelniczka św. Tekla.

tur_silifke_ruiny-swiatyni-ayatekla_003

Katolicka święta Tekla.

tur_silifke_ruiny-swiatyni-ayatekla_002

Ruiny kościoła św. Tekli (Aya Tekla)

Konya 2009

W Konyi byliśmy kilka dni i robiliśmy dużo ciekawych rzeczy. Będąc w Turcji koniecznie trzeba do tego miasta przyjechać. Podobno obecnie jest jednym z najbardziej konserwatywnych miejsc w Turcji, w przeszłości było miejscem bardzo wielokulturowym i tolerancyjnym. Atmosfera Konyi chyba wpływa na jej obecnych mieszkańców bo spotkaliśmy w nim sporo interesujących i bardzo otwartych ludzi. Co tam robiliśmy? Byliśmy oczywiście w Mauzoleum Mevlany. I być może byłoby to zwiedzanie jak każde inne. Na szczęście spotkaliśmy  w nim przesympatyczną uczennicę na wagarach o imieniu Merve, która bardzo chciała pogadać ze mną po angielsku (bo z mężczyzną jej nie wypadało, albo nie miała śmiałości) ale nie bardzo jej to wychodziło. W pewnym momencie naszej kulawej konwersacji zaproponowała, że możemy z jej pomocą pomodlić  się w mauzoleum, czym z pewnością zapewnimy sobie błogosławieństwo i powodzenie w życiu. No to oczywiście się zgodziliśmy. Dzięki temu w jakieś pół godzinki odmówiliśmy, a raczej powtórzyliśmy po niej wszystkie modlitwy ku wielkiej aprobacie  tureckich gospodyń domowych, które tego dnia w tłumnie odwiedzały grób Mevlany. Miejsce jest bardzo autentyczne i bardzo fajnie że przyjechaliśmy do niego nie tylko po to żeby sobie popatrzeć, ale także zrobić to po co ci wszyscy ludzie normalnie tam jeżdżą. Na pamiątkę naszego spotkania dziewczyna podarowała mi jeszcze chustę którą mam do dziś i którą głupio mi było przyjąć ale cóż poradzić.

tur_konya_mauzoleum-mevlany_001

Widoczna z daleka niebieska kopuła bardzo często pojawia się w turystycznych prospektach o Turcji, przewodnikach i okładkach książek.

tur_konya_mauzoleum-mevlany_002

tur_konya_mauzoleum-mevlany_004 tur_konya_mauzoleum-mevlany_003

Mevlana czyli Dżalalludin Rumi to bardzo ważna i wpływowa postać w ruchu sufickim (tolerancyjnym, mistycznym nurcie islamu), poeta, twórca Zakonu Derwiszy, o którym można poczytać sobie na przykład tu. Jego poezja wytrzymała próbę czasu i jest obecnie na świecie strasznie modna, pomimo problemów z odczytywaniem znaczenia tych wieloznacznych mistycznych tekstów, tłumaczeniem ich i oddaniem specyfiki perskiego języka, jego rytmiki, wyrafinowania i subtelności. Rumi jest na przykład najlepiej sprzedającym się poetą w USA. Niestety nie mam pojęcia na ile jego spuścizna jest na obszarze w którym mieszkał i tworzył, aktualna i doceniana. Wiadomo, że wizerunek derwisza jest świetnym produktem turystycznym Turcji i wyróżnia ją spośród innych krajów tego regionu. Jest multiplikowany w nieskończoność w postaci chociażby magnesików na lodówkę a „występy tańczących derwiszy” dla turystów można obejrzeć na przykład w stambulskich knajpach. Suficki ruch derwiszy rozwijał się w Turcji prężnie, jednak w 1953 roku podczas reform Kemala Ataturka ich działalności zakazano a bractwa oficjalnie rozwiązano. Podobno w chwili obecnej na terenie Turcji ruch ten nieco rośnie w siłę ma jednak znaczenie marginalne, ale przynajmniej przetrwał – reformy Ataturka nie zdołały do końca go wyplenić. Przykro to wygląda gdy będąc w Mauzoleum Mevlany możemy jedynie obejrzeć muzeum derwiszów a w nim manekiny ubrane w strój derwisza bo w pewnym momencie Turcja dość skutecznie pozbyła się tej części swojego dziedzictwa, prawdziwych sufich trzeba szukać w Indiach i Pakistanie, bo tutaj ruch ten ma znaczenie marginalne. Oczywiście kiedy Turcja zaczynała stawać się turystyczną potęgą powstały „zespoły rekonstrukcyjne” przedstawiające semę – ceremonię tańca derwiszów turystom.

I właśnie tak się złożyło, że będąc w Konyi mieliśmy możliwość obejrzenia semy. Wszyscy ludzie w Konyi z którymi rozmawialiśmy nas na nią zapraszali i specjalnie zostaliśmy tam dłużej. Ceremonia odbyła się w Konijskim Centrum Kulturalnym im. Mevlany a wykonywał ją ponoć najbardziej znany i uważany za najlepszy Konya Türk Tasavvuf Müziği Topluluğu czyli Zespół Tureckiej Muzyki Sufickiej z Konyi, który jest dotowany z tureckiego ministerstwa turystyki.  Oprócz nas było może kilku obcokrajowców, a sala mimo dużej pojemności była prawie całkowicie zapełniona. Moja wiedza na ten temat jest niestety na tyle ograniczona że nie wiem czy mam nazywać to wydarzenie jedynie przestawieniem czy już ceremonią semy. Ogólnie przedstawienie (?) było naprawdę świetne, aczkolwiek wolałabym obejrzeć semę w jakimś prawdziwym sufickim bractwie w wykonaniu prawdziwych derwiszów, ale i tak nie ma chyba na co narzekać, bo zespół z Konyi jeździ po całym świecie propagując kulturowe dziedzictwo derwiszów. Nie wiem tylko czy w ogóle ma sens oglądanie tego na zwykłej scenie, gdzie widownia jest umieszczona naprzeciwko niej. W Centrum Kulturalnym w Konyi sala widowiskowa jest okrągła co pozwala na dużo lepszy odbiór tego wirującego przestawienia (lub ceremonii). Zdjęcia średnio oddają jej specyfikę, zwłaszcza że sprzęt fotograficzny miałam  taki sobie, a warunki oświetleniowe były trudne. Jeśli chodzi o muzykę jaka towarzyszyła semie, to można zapoznać się z nią tutaj.

tur_konya_derwisze-sema_002 tur_konya_derwisze-sema_001 tur_konya_derwisze-sema_003

Oprócz tego odbyliśmy serię wieczorno-nocnych spotkań i ciekawych konwersacji na temat Turcji, Europy, sensu życia i takich tam, przy piwie Efez z pewnym właścicielem sklepu z dywanami (ten jednak wyjątkowo nie próbował nam żadnego sprzedać), który między innymi opowiedział nam swoją historię życia. Otóż pochodził z Konyi. Najpierw wyjechał pracować do jednego z turystycznych kurortów u wybrzeży Morza Śródziemnego, gdzie w pełni korzystał z uroków liberalnego stylu życia i poznał mnóstwo kobiet z przeróżnych krajów, po czym jak już zarobił odpowiednią ilość pieniędzy wrócił do Konyi i otworzył dywanowy biznes. Ożenił się z religijną kobietą, która niestety szybko się z nim rozwiodła. Po rozwodzie odkrył boga i pod wpływem Rumiego postanowił zostać mistykiem, aczkolwiek chyba średnio mu to wychodziło bo co wieczór pił z nami piwo 😉 oczywiście to on zawsze je proponował i w dodatku nam je stawiał. Wysyłał po nie swojego bardzo religijnego pracownika.

tur_konya_wieczor_001

Upalny wieczór w Konyi.

Konya to też ogromne zagłębie sklepów i kramów z muzułmańskimi dewocjonaliami więc jeśli ktoś je lubi i skupuje, ma co robić i oglądać przez co najmniej jeden dzień, bo ich wybór jest przeogromny. W sumie to miałam pewne obawy, bo wielokrotnie czytałam jak to odmówiono turystom nie będącym muzułmanami sprzedaży islamskich towarów, więc miałam obawy że w tak konserwatywnym mieście i nas może to spotkać. Ależ skąd! Wszyscy bardzo się cieszyli, że kupujemy islamskie akcesoria, podejmowali nas po królewsku częstowali herbatą i mimo że niewiele lub wcale mówili po angielsku starali się doradzić pokazać i wybrać jak najlepiej a my starając się to docenić nie zważając na płynący czas targowaliśmy się z nimi ile wlezie, w wyniku czego na zakupach artykułów muzułmańskich spędziliśmy chyba cały dzień. Asortyment jest przebogaty od akcesoriów „pielgrzymkowych” takich jak woda ze źródła Zam Zam, poprzez różne olejki i perfumy bez alkoholu, przybory higieniczne na przykład miswak, poprzez ubiory, dywaniki modlitewne, złocone i oprawione w ramki cytaty z Koranu oraz najważniejsze imiona, same księgi, różańce, oraz płyty z recytacjami i naukami, po słodycze.

Czasu starczyło nam także na całodzienną wycieczkę poza miasto gdzie można obejrzeć zabytkowe kościoły oraz przejść się nieco, po bardzo ciekawie ukształtowanym terenie i spotkać pasterzy przeróżnych zwierząt.

tur_okolice-konyi_005 tur_okolice-konyi_002 tur_okolice-konyi_004 tur_okolice-konyi_003 tur_okolice-konyi_001

Stambuł 2009 część pierwsza

Tym razem w Stambule najpierw włócząc się po bazarach zachodzimy przypadkiem do meczetu Kalenderhane ukrytego gdzieś na tyłach Bazaru Egipskiego. Idziemy tylko na sekundę zajrzeć do środka i utykamy na miejscu na całe przedpołudnie, za sprawą przesympatycznego opiekuna meczetu, który najpierw opowiada nam jego historię, potem zaprasza na herbatę, po czym z jednej herbaty robi się kilka. Opowiada dzieje islamu (aczkolwiek większość z tego co opowiada wiemy) ma całą bibliotekę książek, po czym oficjalnie zaprasza nas do islamu (dziękujemy za zaproszenie i jest nam bardzo miło), temu wszystkiemu przysłuchuje się średnio mówiący po angielsku młody mężczyzna który przyjechał na studia z Iranu i mamy okazję posłuchać i obejrzeć jak śpiewa azan. Mimo że wcześniej raczej się nie odzywał, to śpiewając nieźle wymiata. Południowa modlitwa sprawia, że panowie robią się zajęci swoimi sprawami i nie mają czasu już nas więcej nawracać (zresztą robią to bardzo miło i nie nachalnie) a my mamy jeszcze szansę gdzieś pójść tego dnia, na przykład kupić bilety do Konyi, bo nie wiadomo ile by nam w meczecie zeszło gdyby nie to, bo byli bardzo gościnni i fajnie się z nimi spędzało czas.  Świątynia dawniej była prawosławnym kościołem w środku jest wyłożona pięknymi kolorowymi marmurowymi blokami, kiedyś były też freski które zniszczono po przekształceniu kościoła w meczet.  Występuje on też pod nazwą mała Aya Sofia, gdyż powstał mniej więcej w tym samym czasie co ona.

tur_stambul_meczet-kalenderhane_001 tur_stambul_meczet-kalenderhane_002

Następnie płyniemy pospacerować i zjeść bułkę z rybą do położonej w Azji dzielnicy Kadikoy, która podobno jest bardzo liberalna. Idziemy po betonowym molo głęboko w morze, wszędzie mijamy piknikujące rodziny, sprzedawców przekąsek, pary na randce i kobiety na plotkach, oglądamy zachód słońca. Można też postrzelać sobie z wiatrówki do baloników. Taki właśnie jest Stambuł poza głównymi szlakami turystycznymi, w starszych istniejących od dawna dzielnicach (a nie tych zbudowanych w zeszłym roku dla mas ludzi ze wschodu kraju przenoszących się tutaj). Życie płynie nieśpiesznie, wszędzie gdzie jest kawałek morza albo zieleni ktoś piknikuje, ludzie spotykają się całymi rodzinami, mają na to czas, widać że lubią swoje miasto.

tur_stambul_most-galata-i-yeni-camii_001 tur_stambul_w-drodze-do-kadikoy_001 tur_stambul_kadikoy_001 tur_stambul_kadikoy_002 tur_stambul_kadikoy_003 tur_stambul_kadikoy_004 tur_stambul_kadikoy_005 tur_stambul_kadikoy-piknik_001

Kolejnego dnia postanawiamy odwiedzić jeden z najsłynniejszych zabytków Stambułu a może i świata czyli Hagię Sophię, (bo wcześniej z przekory nie poszliśmy tam widząc okropne kolejki, oraz uważamy że zabytki trzeba sobie dawkować). Muszę stwierdzić że pomimo dość odstraszającej ceny, niezliczonych hord turystów na wycieczkach fakultatywnych, którzy ustawiają się w długiej kolejce po bilety, Hagię Sophię i tak warto odwiedzić, bo robi niesamowite wrażenie. Najpierw trzeba sobie uświadomić że stoi od przeszło tysiąca pięciuset lat i to w bardzo newralgicznym i mocno zaludnionym punkcie, którego kontrolowanie przynosiło od zawsze zyski i było warte bardzo wiele. Przetrwała pożary miasta, trzęsienia ziemi, wojny, przechodziła z rąk do rąk i zmieniała swoje przeznaczenie. Do dzisiaj widać, że było to czołowe osiągnięcie bizantyjskich architektów, ba architektury w ogóle. Kiedy ogląda się ją z zewnątrz wygląda bardzo masywnie, za to zupełnie inaczej jest w środku. Olbrzymia kopuła dosłownie unosi się w powietrzu. Konstrukcja jest bardzo lekka i harmonijna. Niesamowicie też zostało w jej konstrukcji wykorzystane światło, które wpadając przez okna podkreśla coraz to inne detale budowli. Potrzeba co najmniej połowy dnia żeby ją obejść przyjrzeć się niezwykłej konstrukcji z różnych punktów i obejrzeć większość mozaik zwłaszcza że są one prawdziwymi majstersztykami tej sztuki, z twarzy postaci możemy odczytać emocje co w tej sztuce ponoć jest bardzo trudne do uzyskania. Kompletnie nie pojmuję po co ktoś przyprowadza  wycieczkową grupę na godzinę lub półtorej, po czym biegną dalej. Można w jeden dzień spotkać tu  większość wyznań i narodów świata ponieważ wszyscy przychodzą zobaczyć Hagię Sophię.

tur_stambul_hagia-sophia_001

Zdjęcie z późniejszego wyjazdu, ale się przyda.

tur_stambul_hagia-sophia_002

Niestety nie mam zdjęcia całego wnętrza, bo trwał remont.

tur_stambul_hagia-sophia_003

Elementy dodane przez Turków, kiedy przekształcono ją w meczet.

tur_stambul_hagia-sophia-mozaiki_001
tur_stambul_hagia-sophia-mozaiki_002tur_stambul_hagia-sophia-mozaiki_004
tur_stambul_hagia-sophia-mozaiki_003  tur_stambul_hagia-sophia-mozaiki_005

tur_stambul_hagia-sophia_004 tur_stambul_hagia-sophia_006

tur_stambul_hagia-sophia_005

 A na koniec krótkie opowiadanie o ciężkiej pracy turysty na wczasach i ciążącej na nim odpowiedzialności uwieczniania swojego urlopu minuta po minucie. Przynajmniej widać że Hagia Sofia na każdym robi mocne wrażenie. Wtedy jeszcze nie trzeba było publikować urlopowych zdobyczy w czasie rzeczywistym na portalach społecznościowych więc i tak ludzie mieli lżej. W sumie to śmieję się z tego ale ja też trochę tak mam, na szczęście tylko czasami.

tur_stambul_hagia-sophia-turysci_007 tur_stambul_hagia-sophia-turysci_001

tur_stambul_hagia-sophia-turysci_002 tur_stambul_hagia-sophia-turysci_003 tur_stambul_hagia-sophia-turysci_004 tur_stambul_hagia-sophia-turysci_005 tur_stambul_hagia-sophia-turysci_006

Z dumą muszę stwierdzić, że chyba udało mi się poznać osobiście i sfotografować słynnego Obama’s Cat czyli nieco chorego na umyśle i zezowatego kota Gli najsłynniejszego kota Hagii Sophii. Jego historię można obejrzeć tu i tu, nawet miejsce jego przesiadywania się zgadza. Ludzie traktowali go z nieufnością zresztą zachowywał się dziwnie nawet jak na kota.

tur_stambul_hagia-sophia-obama-cat_001 tur_stambul_hagia-sophia-obama-cat_002 Na koniec jeszcze kilka zdjęć z przepięknego muzułmańskiego cmentarza bez trupich czaszek oraz rozmaitych ponurych symboli za to z kwitnącymi różami. Który znajduje się przy Meczecie Sulejmana i przemieszczamy się autobusem do Konyi. tur_stambul_cmentarz-przy-meczecie-sulejmana_001 tur_stambul_cmentarz-przy-meczecie-sulejmana_002 tur_stambul_cmentarz-przy-meczecie-sulejmana_003