Roczne archiwum: 2010

Melnik 2010

Z Riły jedziemy do Melnika, zwabieni obietnicami wypisywanymi w folderach i przewodnikach o Bułgarii, że słynie on z produkcji wina i jest miejscem o niepowtarzalnym wprost klimacie. Na miejscu z mojej winy płacimy z góry za trzy noclegi i jest to duży błąd. Melnik okazuje się turystycznym skansenem w którym wino produkuje już tylko jeden człowiek, pozostali „żyją z turystów” bo to się lepiej opłaca. Poza sklepami z pamiątkami i winem (ale wyłącznie butelkowanym i nie z Melnika) jest parę drogawych mechan z jedzeniem o wiele gorszym niż w rodzinnym hotelu w Govedartsi, a wieczorem większość pracowników tego turystycznego produktu po prostu rozjeżdża się do swoich domów, bo prawdziwe życie jest gdzie indziej. Obecnie winiarską stolicą regionu jest Sandanski gdzie duże przetwórnie butelkują różne szczepy wina, zwłaszcza czerwonego z okolicznych upraw, a w Melniku możemy co najwyżej napić się bardzo kiepskiego i niestety drogiego „domowego” wina wytwarzanego metodą całkowicie chałupniczą przez właścicieli mechan (zazwyczaj mają tylko jeden gatunek) lub napić się wina butelkowanego wytwarzanego w regionie. Oczywiście dużo lepiej jeśli na zakupy wybierzemy się do jakiegoś supermarketu w mieście Sandanski, bo w Melniku zapłacimy za to samo dużo więcej. Melnik nie ma nic wspólnego z miastami o istniejących zarówno w przeszłości jak i współcześnie tradycjach winiarskich, takich jak węgierskie miasteczka Tokaj czy Eger, nie znajdziemy tu winnych piwniczek, w których właściciele winnic sprzedają swoje wino, z wyjątkiem jednej (ale o tym później).

Na szczęście jest też parę pozytywów tej sytuacji. Po pierwsze jest nim starsza właścicielka naszego małego hotelu, która strasznie nam matkuje. Biegle mówi po rosyjsku i z rozrzewnieniem wspomina dawne czasy gdy jeździła do ZSRR. W kółko nas czymś częstuje a to figami, a to jakimś jedzeniem,  a to domowym winem oraz wielokrotnie usiłuje nakłonić nas do wypicia  rakii własnej produkcji. Któregoś dnia wieczorem, jako że i tak nie mamy co robić, siedzimy z greckim emerytem który przyjechał z żoną i wnuczkiem na wczasy do Melnika. On nie rozumie po angielsku i polsku a my nie rozumiemy po grecku, wszyscy też słabo mówimy po rosyjsku. Mówimy więc do niego po polsku a on odpowiada nam po grecku i tak płynie nam czas. W końcu zgadzamy się na wspólne wypicie rakiji z naszą gospodynią. Dostajemy szklankę siedemdziesięcioprocentowego pachnącego rozpuszczalnikiem alkoholu pędzonego z winogron. Wypijam kilka łyków tego specyfiku i całkowicie się nim struwam bo chyba nie był do końca dobrze przedestylowany. Nie udaje nam się w dwie osoby poradzić sobie ze szklanką tego napitku, a pani gospodyni będąc pewnie lekko pod wpływem własnego trunku proponuje że przyniesie następną. Na drugi dzień czuję się jak nieboszczyk i tak wyglądam. Przy wyjeździe pani proponuje że sprzeda nam całą butelkę swego trunku. Nie chcemy. No to bez żadnej szansy na sprzeciw dostajemy półtora litrową butelkę bardzo ekologicznego domowego wina, które po spędzeniu z nami kilku godzin na gorącu wystrzeliwuje z butelki niczym szampan i zaczyna smakować jak woda po ogórkach kiszonych.

Spędzamy też czas z lokalnym artystą który produkuje kiczowate obrazki z melnickimi domami. Dobrze zna angielski, ale ma straszną wadę wymowy i na początku trudno nam go zrozumieć. Początkowo wydaje mi się że to jakaś życiowa niezdara, jednak szybko zdumiewa mnie jego przedsiębiorczość i zorganizowanie. Umie rozmawiać z ludźmi a obrazki idą jak woda. Szwedzi czy Niemcy bez zmrużenia okiem płacą za nie kilkadziesiąt euro.

bul_melnik_panorama-melnika_001

Panorama miasta.

bul_melnik_ikona_001 bul_melnik-ulica_002 bul_melnik-ulica_001
bul_melnik_dom-kordopulowa_001

Dom Kordopułowa. Niestety takie tradycje to już w Melniku wyłącznie muzealna przeszłość.

Dużą zaletą Melnika jest bliskość Monastyru Rożeńskiego. To absolutnie genialne miejsce, do którego można wybrać się na pół dnia pieszo ciekawą ścieżką wśród melnickich piramid. Droga w jedną stronę trwa 2-3 godziny. Początkowo idzie się wyschniętym korytem rzeki potem droga pnie się w górę i robi bardziej widokowa. Monastyr jest tak rewelacyjny że jesteśmy w nim dwukrotnie. Wydaje się miejscem o wiele bardziej autentycznym, spokojniejszym i mniej skomercjalizowanym niż Monastyr Rilski. Sama miejscowość Rozen jest dużo ciekawsza od Melnika. Znajduje się tam  mechana dla lokalnych ludzi z dobrym jedzeniem i dużo kramów z dżemami, miodami, ajvarem i innymi przysmakami produkowanymi przez okolicznych rolników.

bul_monastyr-rozenski_005

Monastyr rożeński.

bul_monastyr-rozenski_002 bul_monastyr-rozenski_001 bul_monastyr-rozenski_003 bul_monastyr-rozenski_004 bul_melnik_piramidy-melnickie_001 bul_melnik_piramidy-melnickie_002 bul_melnik_piramidy-melnickie_004 bul_melnik_piramidy-melnickie_003

Oprócz tego w Melniku mieliśmy też psa. Rano przyplątywał się do nas i szedł z nami do Monastyru Rożeńskiego, czekał na nas przed nim i potem z nami wracał. Wyglądał jak hiena cmentarna ale był absolutnie pokojowo nastawiony. Plątał się okropnie pod nogami i raz niestety na niego nadepnęłam, ale nawet wtedy nic nie zrobił.

bul_melnik_pies_001

Nasz melnicki pies.

W końcu postanowiliśmy też udać się do jedynego człowieka w Melniku, który profesjonalnie wytwarzał wino. Jego dom był położony bardzo wysoko u samej góry na końcu miejscowości. Miał on przezwisko sześciopalczasty i faktycznie miał po sześć palców u rąk. Dlatego winnica nazywa się Shestak. Był młodym zapaleńcem, ale miejscowi uważali go za dinozaura lub wariata. Sympatycznie opowiadał turystom o produkcji wina i próbował sprzedawać im swoje wyroby, jednak niewielu ludziom chciało się w upale wdrapywać się do niego tak wysoko. Wino też niestety było takie sobie z wyjątkiem jednego, ale i tak kupiliśmy kilka butelek, żeby nie było mu przykro.

Podsumowując Melnik jest pewnie dobry na kilkugodzinną wycieczkę lub na cały dzień z wycieczką do Monastyru Rożeńskiego, bo trasa z Melnika jest bardzo ciekawa i przepiękna a sam monastyr zdecydowanie wart odwiedzenia. Gdyby nie to, można by było z czystym sumieniem go sobie odpuścić. Reklamowanie tego miasta jako centrum winiarstwa to głębokie nieporozumienie. To po prostu wyjątkowo mało autentyczny produkt turystyczny, który wykorzystuje swoje tradycje z przeszłości, jednak obecnie bardzo niewiele ma z nimi wspólnego. Nawet jedzenie jest w nim takie sobie.  Niemniej jednak dzięki temu że nie mieliśmy tam co robić, spędzaliśmy tam czas z różnymi ciekawymi ludźmi i było dość zabawnie. Zamiast zostawać w Melniku trzeba było udać się w góry Pirin, chciałam jednak nieco zregenerować moje kolano.

Z Melnika jedziemy do miejscowości Sandanski by wymoczyć się w ciepłych źródłach. Ciepłe źródła są ale tylko do picia.  Niestety jak to w Bułgarii bywa nie sposób dowiedzieć się tam szybko czegokolwiek o basenach termalnych, okazuje się że baseny miejskie są nieczynne bo trwa remont, a do hotelowych basenów na przedmieściach miejscowości trudno się dostać bo nic publicznego tam nie jeździ a my nie lubimy taksówek. Postanawiamy zatem wybrać się w okoliczne góry i po nich trochę pochodzić. Znowu nie mamy czym się tam dostać i po raz kolejny przeżywamy rozczarowanie. W końcu zrezygnowani wracamy do Sofii. Jeśli kolejny raz wybiorę się do Bułgarii chyba będę musiała pojechać własnym samochodem, bo jeżdżąc transportem publicznym traci się mnóstwo czasu a do sporej części miejsc nie da się dojechać w ogóle. Kraj jest kompletnie nieprzygotowany informacyjnie i mimo że ma wiele do zaoferowania bardzo trudno się o tym dowiedzieć. Bułgarzy marnują swoją szansę, z drugiej jednak strony starać się nie muszą w kolejnym roku bowiem do kurortów nad morzem i tak przyjedzie mnóstwo Polaków i innej mało wymagającej klienteli.

Góry Riła i Monastyr Rilski

Dostać się w góry Riła z Sofii to jak się okazuje  nie taka prosta sprawa. W kraju gdzie panuje kult samochodu, transport publiczny jeździ rzadko i jest dość kiepski, a informacja o nim uboga. Czekamy kilka godzin na przesiadkę w Blagojewgradzie objadając się Banicą i oglądając życie bułgarskich Cyganów. W końcu łapiemy autobus do Govedartsi, które jest opisywane jako centrum sportów zimowych i baza wypadowa w góry Riła. Szukamy noclegu ale nie wychodzi nam to szczególnie dobrze, w końcu w wyniku wzajemnego nie zrozumienia się przez telefon z właścicielem, udaje nam się wynegocjować niedrogi nocleg w prowadzonym przez kilku pokoleniową rodzinę hotelu Krusharskata Kashta. Podaję jego nazwę bo świetnie tam gotują. Wszystko co tam jedliśmy było przepyszne i warte swojej dość wysokiej ceny. Były to tradycyjne bułgarskie dania, rewelacyjnie doprawione, pachnące ziołami i dopracowane z dobrej jakości, naturalnych produktów.  Restauracja obsługiwała nie tylko mieszkańców hotelu, goście (sami Bułgarzy) przyjeżdżali do niej także specjalnie. Akurat w Govedartsi całkowicie rozchorowałam się przez zanieczyszczoną klimatyzację w autobusie z Polski do Bułgarii i byłam tam leczona różnymi specyfikami, które polecała rodzina właścicieli. Piłam między innymi w ponad trzydziestostopniowym upale wspaniale pachnącą suszonymi owocami  grzaną rakiję domowej roboty napój tradycyjnie pity przez narciarzy w zimie. Senior rodu pukał się w głowę jak ktoś może zamawiać grzaną rakiję w środku lata. W Govedartsi czekając aż wyzdrowieję przechodzimy się na rozgrzewkę po niższych górach. Dość spory problem jest z biegającymi samopas dużymi psami. Mało osób chodzi tam piechotą większość porusza się samochodami, więc dla lokalnych mieszkańców nie stanowi to większego problemu. Na miejscu okazuje się też, że transport z Govedartsi do górskiego schroniska Maliowica skąd startują liczne szlaki jest bardzo rzadki i słabo zorganizowany a niezbyt ciekawie wygląda perspektywa schodzenia kilkunastu kilometrów do Govedartsi asfaltem w nocy. Parę dni później postanawiamy przenieść się do miejscowości a właściwie górskiej bazy Maliowica. Z bazy prowadzi kilka popularnych szlaków po górach Riła. Wybieramy się tam między innymi nad Strasznoto Ezero, przepiękną Dolinę Siedmiu Jezior Rilskich do których niestety niedawno otwarto górską kolejkę i na szczyt Maliowica o wysokości 2729 m n.p.m., na który wejście jest bardzo łatwe.  Niemniej jednak ze względu na to że pojechałam tam z kontuzją kolana i po górskich wycieczkach i tak było już ono mocno nadwerężone, nie decyduję się na zejście kolejnego dnia z dużym plecakiem do Monastyru Rilskiego i jedziemy do niego autobusem tracąc na to oczywiście cały dzień.

bul_govedartsi_pejzaz_001

Govedartsi

bul_govedartsi_grzyby_001

Dookoła wsi rosły niezliczone ilości grzybów, których jak widać nikt tam nie zbiera.

bul_govedartsi_laka_001

bul_rila_rzeka_001 bul_govedartsi_laka_002

Szlaki w górach są w górnych partiach świetnie oznaczone, za to w dolnych czasami można się pogubić ze względu na niekonsekwentne ich znakowanie, rozchodzenie się ścieżek, zarośla. Ludzi chodzących po górach jest stosunkowo mało, bo turystyka górska nie jest ulubioną aktywnością Bułgarów, niemniej jednak zdarza się nam także spotkać nielicznych. W porównaniu z takimi na przykład Tatrami Słowackimi ludzi jest co najmniej dziesięciokrotnie mniej. Wyjątkiem może być Siedem Jezior Rilskich, ale tam też nie było specjalnie tłoczno. Wszędzie tam gdzie nie mogą dojechać samochody jest czysto. Za to miejsca przeznaczone na górskie samochodowe biwaki połączone z grillowaniem wprost toną w śmieciach.  Ze względu na rzadko jeżdżący i mało przewidywalny transport publiczny (wszyscy jeżdżą prywatnymi samochodami) najlepiej znaleźć jedną lub kilka baz wypadowych i z nich chodzić na codzienne jednodniowe wycieczki, albo chodzić po górach od schroniska do schroniska z dużym plecakiem, ja jednak niezbyt dobrze czuję się w górach z ciężarami na plecach bo zawsze obawiam się kontuzji i preferuję jednodniowe wycieczki z lekkim plecakiem.

bul_rila_strasznoto-ezero_001

Strasznoto Ezero.

bul_rila_szlak-nad-strasznoto-ezero_001

Szlak nad Strasznoto Ezero.

bul_rila_szlak-nad-strasznoto-ezero_002

Szlak nad Strasznoto Ezero.

bul_rila_szlak-nad-strasznoto-ezero_003

Szlak nad Strasznoto Ezero.

bul_rila_widok-ze-szczytu-maliowica_003

Ludzie na szczycie Maliowica.

bul_rila_widok-ze-szczytu-maliowica_002

Widoki ze szczytu Maliovica.

bul_rila_widok-ze-szczytu-maliowica_001

Widoki ze szczytu Maliovica.

bul_rila_las_001

Okolice Monastyru Rilskiego.

bul_rila_parking_001

Efekty górskiej turystyki samochodowej w Bułgarii.

Rilski Monastyr to miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Ogromna szkoda, że nie udało się do niego przejść górami i w nim przenocować, bo z pewnością byłoby to fajne przeżycie. W dzień jest tam dość tłoczno za sprawą mnóstwa turystów, wieczorem i wczesnym rankiem kiedy ich nie ma mogłoby być zdecydowanie lepiej. Monastyr to najważniejsze miejsce religijne Bułgarii. Podczas okupacji tureckiej ośrodek bułgarskiego życia intelektualnego i oporu wobec Turków. Podczas trwającej pięć wieków okupacji tureckiej wykształceni mnisi klasztoru tłumaczyli na bułgarski zagranicznych autorów. Pisali także własne teksty religijne. Swój obecny kształt osiągnął w XIX w. podczas bułgarskiego odrodzenia, za sprawą Neofity Rylskiego, który początkowo w klasztorze zaczął prowadzić szkołę o charakterze religijnym, którą następnie przeniósł do Samokova. Z niej wywodzili się ludzie pełniący najważniejszą rolę w historii wyzwolonej Bułgarii. W latach 1834-37 dzięki wysiłkom architektów i snycerzy monastyr gruntownie przebudowano w stylu włoskiego renesansu a cerkiew Narodzenia Bogurodzicy pokryto malowidłami i wyposażono w nowy przebogaty ikonostas. Jego obronna konstrukcja jest absolutnie unikatowa. Gdyby nie turyści, ich współczesne stroje, aparaty i telefony komórkowe miejsce to wyglądałoby na przeniesione w niezmienionym stanie z dalekiej przeszłości. Jego górzyste otoczenie też robi imponujące wrażenie. Niedaleko znajduje się jaskinia w której mieszkał Iwan Rilski pustelnik, który założył klasztor, którego szczątki spoczywają w Rilskim Monastyrze od 1469 roku. Ponoć jej niezwykle ciasne przejście jest niemożliwe do pokonania przez ludzi grzechu. Wygląda więc na to, że nie jesteśmy ludźmi grzechu, bo bez problemu udało nam się przez nie przejść i to z małym plecakiem, jednak nie wierzę by żywiący się tradycyjną bułgarską kuchnią ludzie potrafili zdobyć się na taki wyczyn, bo z całą pewnością utknęliby gdzieś w połowie.

bul_rila_monastyr-rilski_005 bul_rila_monastyr-rilski_009
bul_rila_monastyr-rilski_001 bul_rila_monastyr-rilski_002 bul_rila_monastyr-rilski_004 bul_rila_monastyr-rilski_008 bul_rila_monastyr-rilski_007 bul_rila_monastyr-rilski_006
bul_rila_monastyr-rilski_011 bul_rila_monastyr-rilski_010
bul_rila_jaskinia-iwana-rylskiego_001

Tutaj można sprawdzić czy jest się człowiekiem grzechu czy też nie.

bul_rila_monastyr-rilski_003

Na ścianach monastyru przedstawione są także sceny z życia Iwana.

Sofia 2010

Do stolicy Bułgarii przyjeżdżamy autobusem z Polski. Na przedmieściach mijamy skupisko cygańskich domków zbudowanych z folii, blachy falistej, kartonów i sklejki. Błotniste uliczki toną w śmieciach ale za to przy każdym z tych prowizorycznych domostw jest co najmniej jedna antena satelitarna. Domki są dosłownie nimi naszpikowane i wyglądają jak forteca albo termitiera z poprzyczepianymi tarczami. Asfalt oraz murowane lub drewniane ściany to niepotrzebne zbytki za to telewizja jest podstawą współczesnego cygańskiego ogniska domowego. Wysiadamy przy dworcu autobusowym i kolejowym i od razu stwierdzamy, że Sofia wygląda jak polskie miasta mniej więcej na początku lat dziewięćdziesiątych: bardzo zaniedbane drogi i  chodniki, rozsypujące się budynki, spore kawałki miasta porośnięte chaszczami. Nikt o nie nie dba, ludzie wyrzucają tam śmieci a w pustostanach koczują bezdomni. Nowe budownictwo powstaje za to z iście wschodnim przepychem, ale takim w stylu byłych republik radzieckich z przyciemnianymi szybami, marmurem lub jego imitacją, oraz srebrnymi lub złotymi wykończeniami oraz koniecznie kamiennymi lwami. Na mieście widać sporo napakowanych młodych mężczyzn noszących dresy wychylających się z samochodu koniecznie niemieckiej marki z przyciemnianymi szybami z kobietą w bardzo krótkiej spódnicy i szpilkach u boku. Okolice dworca to też sporo sklepów z alkoholami oraz lokali z automatami do gry, czasem zdarzą się też kluby go-go.  Niemniej jednak po początkowym złym wrażeniu czujemy się tam dość bezpiecznie, chociaż niekoniecznie miałabym ochotę przebywać tam w środku nocy, albo nad ranem. Okazuje się, że z dworca w Sofii odjeżdża sporo tureckich przewoźników do różnych miejsc w Turcji, możemy też stąd wyjechać do wielu znanych miejsc Bałkanów z Macedonią na czele, mało tego z Sofii możemy dostać się nawet do Iranu! Dworzec zorganizowany jest na wzór tureckiego Otogaru z biurami poszczególnych przewoźników, oczywiście panuje tam europejski porządek.

Mieszkamy właśnie w okolicy dworca i chodzimy na śniadania do przydworcowych lokali jest ekstremalnie tanio a jedzenie jest proste i świeże ze względu na olbrzymią ilość klientów, których te lokale obsługują (przy takich cenach nie wiem czy chciało by mi się często gotować). Szybko okazuje się że Bułgarska kuchnia jest przeraźliwie tłusta i opiera się głównie na mięsie najczęściej grillowanym lub smażonym oraz na przeróżnych tłustych wypiekach z białej mąki np Banicy lub Borku, który ma pochodzenie tureckie. Warzyw z wyjątkiem sałatki szopskiej i papryki (nadziewanej i grillowanej) jak na lekarstwo, no dobrze jest jeszcze ajvar. Mimo że kuchnia mocno przypomina turecką, brak potraw z soczewicy, ciecierzycy lekkich zup kwaszonych cytryną. Jest wprawdzie lekka zupa-chłodnik tarator ale to wyjątek. Wygląd społeczeństwa zresztą mówi wiele o bułgarskiej kuchni – strasznie dużo  jest ludzi otyłych nawet w młodym wieku. Dodatkowo kuchnia ta bazuje na serach – sirene i kaszkawał są dodawane niemal do wszystkiego – dania pływają w tłustym serze, co niekoniecznie dobrze smakuje w upalne dni. Jedyną fajną rzeczą, dotyczącą kuchni bułgarskiej której im zazdroszczę, jest szeroko dostępny w górach owczy jogurt podawany z konfiturą z zielonych fig, oraz niesamowicie słodkie od słońca pomidory.

Do Sofii z pewnością warto przyjechać ze względu na liczne sobory i cerkwie o bardzo fantazyjnych wręcz orientalnych kształtach. Wiele z nich to przebudowane osmańskie meczety. W ich wnętrzach, urządzone z bardzo dużym przepychem ikonostasy  dosłownie ociekają złoceniami, wszystko jest nieco przydymione od świec i pięknie pachnie pszczelim woskiem. Taką wystawność w ich wystroju wcale nie tak łatwo spotkać gdzie indziej. Muzeum ikon miasto też posiada imponujące. Z Sofii możemy przywieźć sobie ikonę. Kupują nie tylko zagraniczni turyści ale też Bułgarzy. Najpopularniejszym miejscem jest nieco zrujnowany park przed Soborem Aleksandra Newskiego w którym kramów z prawosławnymi dewocjonaliami jest bez liku. Wystawiają się też tu artyści z kiczowatymi pejzażami, głowami koni, aktami tym podobnym przesłodzonym badziewiem, a także starsze panie z własnoręcznie wyszywanymi obrusami, szydełkowymi  i ludowymi ubraniami. Chodzimy tam długo starając się wybrać jakąś ikonę. W końcu wybieramy nieco dziwnego świętego Jerzego który wygląda bardzo koptyjsko.  Jak się okazuje jest to ikona z Monastyru Rożeńskiego w którym nam się tak podobało.

Na wygląd miasta bardzo silny wpływ miały pięćsetletnie tureckie panowanie, dziewiętnastowieczna modernizacja na wzór Paryża oraz lata komunizmu. Starsza architektura jest orientalna, niektóre cerkwie to przebudowane meczety autorstwa najwybitniejszych osmańskich architektów. Bułgarzy jednak do dzisiaj nienawidzą Turków, a ich panowanie nadal jeszcze jest narodową traumą. Bułgaria jako kraj bezpośrednio graniczący z Turcją został podbity na samym początku tureckiej ekspansji w Europie i także na samym końcu wyzwolony. Stało się to w szczycie jego rozwoju i Bułgaria została dosłownie zmiażdżona przez tureckie panowanie, które było tutaj okrutne i krwawe z racji tego, że Bułgaria stała się bazą wypadową Turków do najazdów na inne europejskie kraje. One jednak były oddzielone ogromną rzeką Dunaj i licznymi górami a także sporą odległością. Bułgaria leżała blisko i była łatwo dostępna. Po wyzwoleniu w XIX wieku za sprawą Rosji, Sofia przeszła głęboką modernizację. Dziewiętnastowieczna spuścizna to piękne secesyjne kamienice, parki i bulwary czy wybudowany w podzięce za ocalenie z rąk Turków sobór Aleksandra Newskiego upamiętniający 200 tysięcy żołnierzy carskiej Rosji, którzy zginęli podczas wyzwalania Bułgarii. Po wyzwoleniu na stałe wpadł w objęcia Rosji a więc także komunizmu. Efektem lat komunizmu są blokowiska i mnóstwo komunistycznych pomników. To wszystko jest ze sobą przemieszane.

bul_sofia_sobor-aleksandra-newskiego_001

Sobór Aleksandra Newskiego najbardziej reprezentacyjna świątynia prawosławna Sofii.

bul_sofia_cerkiew-swietych-siedmioczislennikow_001

Cerkiew Św. Siedmioczislenników to przebudowany meczet autorstwa wybitnego osmańskiego architekta Sinana.

bul_sofia_cerkiew-swietych-siedmioczislennikow_002

W stolicy jak widać nie trzeba się do cerkwi specjalnie ubierać. W klasztorach na prowincji jest inaczej.

bul_sofia_cerkiew-swietych-siedmioczislennikow_004
bul_sofia_cerkiew-swietych-siedmioczislennikow_003

Ikonostas w cerkwi Św. Siedmioczislenników.

 Sofia wygląda tak, jakby komunizm opuścił ją bardzo niedawno. Jest mnóstwo pozostałości z zeszłej epoki, które powoli zarastają chaszczami. Nikt nie zmienia im nazw, nie usuwa radzieckich symboli, nikomu one specjalnie nie przeszkadzają. Komunistyczne pomniki mają się świetnie, wprawdzie nikt o nie nie dba ale też nikt ich nie usuwa i miejscami nie wiemy czy przypadkiem nagle nie przenieśliśmy się o dwadzieścia lub trzydzieści lat do tyłu. Stolica Bułgarii jest też miastem parków. Ma dużo terenów zielonych, wszystkie czekają na mniejsze lub większe naprawy i rewitalizacje. Mogłyby być scenerią do filmu z lat siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych jakiegoś ambitnego gruzińskiego lub ormiańskiego reżysera. Mają pewien klimat, lata świetności mając zdecydowanie za sobą. Ludzie przejeżdżający w nich czasami na rolkach czy nowoczesnych rowerach niesamowicie kontrastują ze zdezelowanymi ławkami i pofałdowanym asfaltem i wyglądają jak wysłannicy z przyszłości. Sofijskie parki mocno przypominają parki ukraińskie z wesołym miasteczkiem, budkami z lodami, przekąskami i fast foodami możliwością przejechania się na kucyku, czy wypożyczeniem samochodziku. Panuje w nich nostalgią za czasami, w których prawie wszyscy obywatele mieli dość dużo czasu na wielogodzinne w nich przesiadywanie z powodu braku wielu innych rozrywkowych opcji do wyboru.

bul_sofia_park-borisova-gradina_001

Park Borisowa Gradina.

bul_sofia_komunistyczny-kopiec-braterstwa_001

Niszczejący komunistyczny Kopiec Braterstwa w parku Borisova Gradina.

bul_sofia_komunistyczny-kopiec-braterstwa_002

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Bułgarii postanawiamy pojechać w sąsiadujące z miastem góry Witosha. Szczęście nie sprzyja nam od samego początku. Jedziemy na pętlę autobusową, z której mają odjeżdżać autobusy, mamy nawet ściągawkę  – ksero z informacji turystycznej. Ale jak to w Bułgarii bywa nikt nie poinformował nas o tym, że w wyniku remontu drogi, autobusowej pętli i ogólnego bałaganu, autobusy stamtąd już nie jeżdżą i do Witoshy musielibyśmy jechać w sumie czterema innymi co zajęło by nam pewnie ze dwie godziny i kosztowało tyle co taksówka. Wzięcie taksówki również jest bez sensu bo musiałaby ona na nas tam czekać, więc góry postanawiamy sobie zostawić na ewentualny następny raz. Pętla jest przy miejskim zoo, a jako że i tak nie mamy co robić to do niego idziemy. Wejście do zoo kosztuje bardzo mało. Wygląda ono tak jak całe miasto, nieodnowione, niedoinwestowane i miejscami niestety dosyć dołujące.

bul_sofia_nosorozec-w-zoo_001

Eger 2010

Do Egeru jedziemy na czerwcowy długi weekend. Planujemy także pojeździć po okolicy, odwiedzić góry Bukk i węgierskie Pammukale – Egerszalok. Pierwszego dnia gdy przybywamy do Egeru niebo zasnuwa się chmurami. Robię jeszcze kilka słonecznych zdjęć i zaczyna padać deszcz. Przez pięć dni leje w zasadzie bez przerwy.  Dopiero ostatniego dnia deszcz ustaje, a na Węgrzech jest już regularna powódź, która znacznie pokrzyżuje nam plany powrotu. Mieszkamy na kwaterze u starszej kobiety, która ma duży dom do dyspozycji gości i jesteśmy w nim sami. Jest bardzo sympatyczna tylko że mówi wyłącznie po węgiersku, a mówi w czasie całego naszego pobytu dość często. W końcu na weekend przyjeżdża jej syn który włada angielskim i możemy wymienić uprzejmości. Kwatera jest bardzo wypasiona i w korzystnej cenie, ale ma jedną wadę. Daleko od niej do Doliny Pięknej Pani (Szépasszonyvölgy) w której mieści się główny cel wyjazdów do Egeru a mianowicie winne piwniczki. Jako że i tak pada, idziemy tam już pierwszego popołudnia i wracamy w rzęsistym deszczu całkowicie pokonani przez winne uroki doliny. Wpadamy w ręce sprzedawców wina, którzy częstują nas na próbę tym a za chwilę tamtym, w wyniku tego bezsensownie mieszamy ze sobą różne gatunki wina i czujemy się tym wszystkim zdecydowanie zmęczeni. Win, które można spróbować w Egerze jest sporo i to zarówno czerwonych jak i białych. Wybór czerwonych jest większy: od Kekfrankosa, poprzez Egri Bikawer – wytrawną mieszankę Kekfrankosa z innymi szczepami np. Merlotem, Pinot Noir, Zweigeltem czy Portugiserem, po wina jednoodmianowe z tych właśnie szczepów, po słodką mieszankę win nazywaną Medina. Wina białe cieszą się mniejszą estymą niż wina  z Tokaju możemy wśród nich spotkać Olaszrieslinga, Leanykę, Chardonnay. Najważniejszym produktem jest jednak wino Egri Bikawer. Ma ono także wydźwięk patriotyczny, bo przypomina bohaterską obronę egerskiego zamku przed Turkami w roku 1552. W zamku kończyły się zapasy wody i jego załoga żeby przetrwać musiała pić wino dzięki czemu nabrała większej odwagi do walki z najeźdźcą. Turcy wpadli w panikę, gdy dowiedzieli się, że załoga zamku pije przed bitwą byczą krew (uważaną w islamie za nieczystą). Egerski zamek pozostał niezdobyty przez następne kilkadziesiąt lat. 

hun_eger_panorama_001

To jedno z ostatnich zdjęć pierwszego dnia pobytu w Egerze. Chmury już idą.

hun_eger_pociag_001
hun_eger_bazylika_001

Egerska bazylika.

 Win jest ogromny wybór, ich jakość przeróżna ale ceny egerskiego wina kupowanego na litry i nalewanego do plastikowych butelek, są jednymi z najniższych na Węgrzech. Zachodnie rejony winiarskie, w których klientami są przede wszystkim Austriacy czy Niemcy, takie jak Villanyi, czy okolice Balatonu, mają ceny zdecydowanie wyższe. Tutaj głównymi zagranicznymi klientami są Polacy. Winiarstwo chyba nie jest super dochodowym biznesem bo wiele piwnic jest zamkniętych i wystawionych na sprzedaż. To też dość nieprzewidywalne zajęcie. Odwiedzamy na przykład jedną piwniczkę, w której nie ma klientów, a zrezygnowany właściciel daje nam wino w którym zdecydowanie przeważa nuta kiszonych ogórków – w tym roku coś zdecydowanie mu nie wyszło. Niektóre piwnice są nowocześnie zrewitalizowane i przypominają modne miejskie puby, a ich właściciele biegle mówią po angielsku. Inne wyglądają jak relikty poprzedniego ustroju i porozmawiamy w nich sobie z właścicielami piwnic wyłącznie po węgiersku. Wino sprzedawane w kieliszkach na decylitry jest ekstremalnie tanie, spotykamy na przykład chwiejących się na nogach węgierskich żołnierzy na przepustce, którzy dźwigają zapasy w plastikowych butelkach i za ostatnie drobne „na drogę” kupują kolejne kieliszki wina. Obok doliny znajdują się csardy – restauracje z tradycyjnymi węgierskimi daniami można zjeść na przykład Halászlé. 

Zamiast jeździć po okolicy włóczymy się po Egerze a w Dolinie Pięknej Pani jesteśmy kilka razy. Cały czas czekamy aż przestanie padać i przekładamy wyjazd po okolicy na kolejne dni. Odwiedzamy między innymi zamek słynący z heroicznej obrony przed Turkami. Niestety w tym samym czasie przeżywa on najazd szkolnych wycieczek.  Oglądamy też Egerskie podziemia w których kiedyś składowano ogromne ilości wina. Cały bowiem Eger leży na skale tufowej w której bardzo dobrze się drąży i która świetnie trzyma stałą temperaturę przez cały rok. I być może składowano by w nich wino po dzień dzisiejszy, gdyby nie to, że za czasów poprzedniego ustroju celem ulepszenia wszystkiego, piwnice wyłożono betonem i woda nie miała jak przez nie przesiąkać. Ściany piwnic pokryły się pleśnią i już nie nadają się do użytku. Podziemny labirynt rozciąga się na bardzo dużym obszarze, część piwnic jest całkowicie zatopiona. Ze względu na budowę geologiczną w Egerze praktycznie nie ma wysokich budowli, jedynie na obrzeżach miasteczka za czasów komunizmu udało się postawić parę dziesięciopiętrowych bloków z wielkiej płyty, które bardzo szpecą panoramę miasta.

hun_eger_piwnice_001

Egerskie podziemia w centrum miasta w których już nie składuje się wina.

hun_eger_piwnice_002

W końcu przedostatniego dnia w rzęsistych opadach deszczu wybieramy się na wycieczkę do leżącej w Górach Bukowych miejscowości Szilvásvárad gdzie znajduje się Dolina rzeki Szałajki, otoczona lasami z małymi wodospadami i czynną w sezonie letnim kolejką wąskotorową oraz stawy gdzie hoduje się ekologicznego pstrąga. Wzdłuż Szałajki znajduje się dużo rybnych restauracji. Padać przestaje tylko na krótkie momenty. To chyba jakiś sezon na wycieczki szkolne bo nie zważając na ulewę mijają nas tłumy dzieci.

hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_001

Dolina Szałajki w Górach Bukowych.

hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_004

W Dolinie Szałajki znajduje się też jaskinia w której znaleziono ślady bytowania człowieka w epoce paleolitu.

hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_002 hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_003

Ostatniego dnia w końcu przestaje padać i robi się upał. Wychodzimy więc na minaret, żeby z wysokości zrobić zdjęcia Egeru oraz idziemy do egerskiego kąpieliska, żeby trochę się wygrzać. Egerski minaret to najbardziej na północ wysunięty turecka pozostałość w Europie. Jest u góry zwieńczony krzyżem zamiast półksiężycem i udostępniony do zwiedzania, można więc na niego wyjść po 97 stromych, krętych, niewygodnych, schodach. Jest tak wąsko, że dwie osoby nie mogą się na nich minąć. Wiele minaretów w Turcji jest znacznie wyższych, tym większy podziw bierze dla muezinów, którzy w czasach kiedy nie było prądu i głośników zamocowanych na minaretach jak ma to miejsce obecnie, musieli pięć razy dziennie po tych schodach się wspinać.

hun_eger_zamek_001

Egerski zamek.

hun_eger_ulica_001 hun_eger_panorama_002

hun_eger_panorama_003 hun_eger_minaret_001

Egerskie kąpielisko nie wyróżnia się niczym szczególnym no może z wyjątkiem wody która jest lekko radioaktywna. Można w nim zregenerować swoje siły przed kolejnym wieczorem spędzonym w winnych piwniczkach. Zresztą w przybasenowych budkach z małą gastronomią wybór wina jest tak duży, że w zasadzie żeby wszystkiego popróbować nie trzeba wybierać się do Doliny.

Pięć dni nieustannie padającego deszczu powoduje że mamy problem z powrotem do Polski. Po kolei wszystkie węgierskie drogi graniczące ze Słowacją są zamykane, a my jedziemy coraz dalej na zachód na kolejnych możliwych przejściach dowiadując się że dalej nie możemy jechać. Dlatego z Egeru wracamy cały dzień i zwiedzamy spory kawałek Słowacji.

Co robić gdy we Lwowie pada deszcz

Kilkudniowych wyjazdów do Lwowa mam na swoim koncie już prawie dziesięć. Zazwyczaj jeżdżę tu w maju, czerwcu, albo sierpniu wykorzystując długie weekendy i zazwyczaj pogoda dopisuje idealnie. Niemniej jednak bywały i takie wyjazdy, podczas których niemal cały czas padał deszcz. Zawsze da się przeczekać taki dzień włócząc się po licznych knajpach, jednak można też postawić na jakąś ambitniejszą, kulturalną rozrywkę. Na szczęście w mieście praktycznie nie ma jeszcze dużych galerii handlowych z prawdziwego zdarzenia (a jeśli takowe są to na obrzeżach), więc na wypadek deszczu  zamiast wybrać najłatwiejsze rozwiązanie, można skorzystać z kulturalnej oferty miasta.  Zimny i pochmurny dzień to nie najgorsza okazja, żeby udać się do któregoś z licznych lwowskich muzeów, lub spędzić wieczór w operze, dlatego też tym razem pragnę skupić się głównie na kulturze w jej najbardziej konserwatywnym muzealno-operowym wydaniu. Miejsc do których możemy pójść jest sporo. Nie jestem wielkim fanem odwiedzania dużej ilości muzeów na raz, bo potem wszystko zlewa mi się w jeden mało charakterystyczny obraz. Lubię dawkować je sobie po trochu. Większość muzeów we Lwowie to jeszcze klasyczne okazy tego gatunku. Widać, że nie dotarły tam unijne dotacje na uatrakcyjnienie muzealnej oferty. Przykurzone gabloty z przestarzałym i niezbyt energooszczędnym oświetleniem, brak tablic ekranów dotykowych, filmów i innych obiektów emitujących dźwięki i obrazy, a czasem nawet podpisów w języku angielskim. Nieraz trochę szkoda, że o czymś co nas interesuje nie jesteśmy w stanie wiele się dowiedzieć, z drugiej strony nieco bezrefleksyjna modernizacja wszystkich muzeów, jaka ma miejsce u nas w kraju, to dla mnie również przegięcie, tyle że w drugą stronę. Rozumiem, że dzięki temu przekaz ma stać się dostępniejszy i czytelniejszy dla większej ilości odbiorców, czasem jednak przez nadmiar bodźców trudno się w takim muzeum na czymkolwiek skupić. Odwiedzonych przeze mnie lwowskich muzeów na przestrzeni paru lat uzbierało się kilka. Opisuję tylko te w których byłam.

Na początek możemy wybrać się do Muzeum Historii Religii, które za czasów sowieckich nazywało się Muzeum Ateizmu. Muzeum mieści się w klasztorze dominikanów przylegającym do kościoła Bożego Ciała we Lwowie. Znajduje się w nim kolekcja religijnych artefaktów, wśród których dominują te z różnych odłamów chrześcijaństwa. Zobaczymy tu relikwiarze, tkaniny w tym bogato zdobione szaty liturgiczne, misternie rzeźbione religijne przedmioty, starodruki oraz ikony. Oprócz tego znajdują się tutaj także eksponaty z innych wyznań: judaizmu oraz bardzo nieliczne islamskie i buddyjskie. Muzeum nie jest jakieś szczególnie duże, myślę że dokładne zobaczenie wszystkiego nie zajmie nam więcej niż dwie godziny.

ukr_lwow_kosciol-bozego-ciala_muzeum-historii-religii_001.jpg

Kościół Bożego Ciała i klasztor dominikanów na terenie którego znajduje się obecnie Muzeum Historii Religii.

Tuż obok gmachu lwowskiej opery znajduje się dość podobne tematycznie Lwowskie Muzeum Narodowe, które warto odwiedzić zwłaszcza ze względu na sporych rozmiarów zbiór ikon. Znajduje się tam także kolekcja zabytków ukraińskiej sztuki ludowej oraz interesująca głównie lokalne wycieczki kolekcja obrazów Tarasa Szewczenki i innych XIX wiecznych ukraińskich malarzy. Muzeum zajmuje cały sporych rozmiarów gmach, a bilety do niego są bardzo tanie. Zdecydowanie warto je odwiedzić również dlatego, że znajduje się w ścisłym centrum miasta i nie trzeba do niego nigdzie specjalnie się przemieszczać. Jeśli ktoś lubi ikony na spokojne i powolne zwiedzanie możemy przeznaczyć nawet pół dnia. Myślę że wizyta w nim jest zdecydowanie warta swojej ceny.

ukr_lwow_muzeum-narodowe_001.jpg

Muzeum Narodowe we Lwowie, zawierające zdecydowanie warty odwiedzenia spory zbiór ikon.

Kolejnym miejscem, które odwiedziłam jest Lwowska Galeria Sztuki – od 1998 roku Lwowska Galeria Obrazów, której zbiory porozrzucane są po całym mieście w licznych mniejszych i większych budynkach. Największy z nich to Pałac Potockich przy ul. Kopernika. Galeria przejmowała dzieła sztuki poukrywane w czasie II wojny światowej w licznych kościołach i obecnie nie jest w stanie eksponować wszystkich swoich zbiorów. Byłam w kilku z nich i na przestrzeni lat trudno mi dokładnie stwierdzić w których. Galeria obrazów została otwarta w 1907 roku. Znajduje się tu chyba największy zbiór polskiego malarstwa znajdujący się poza granicami naszego kraju. Mnóstwo obrazów Matejki, Grottgera, Kossaka. Są tu także polskie zbiory malarstwa zachodnioeuropejskiego m.in. Rembrandta, Rubensa, Rafaela, Van Dyke’a, Velasqueza, Ribeiry przekazane muzeum przez magnata branży cukrowej J. Jakowicza, co zapoczątkowało powstanie galerii. Z tym muzeum związane są liczne kontrowersje, ponieważ po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, roszczenia Polski odnośnie zwrotu zagrabionych dóbr kultury nie zostały spełnione. Możemy zobaczyć w nim prawie wszystkie najsłynniejsze obrazy znane z podręczników historii. Tutaj można wirtualnie pooglądać niektóre obrazy znajdujące się w zbiorach muzeum. Trochę trudno mi było w to uwierzyć, że to wszystko znajduje się we Lwowie. Przekonałam się o tym na własne oczy, kiedy zwiedzałam jeden z oddziałów muzeum i okazało się, że bardzo dużo obrazów już kiedyś widziałam, ponieważ były reprodukowane w książkach historycznych i podręcznikach. Z odzyskanych przez Polskę dzieł sztuki wymienić należy znajdującą się obecnie we Wrocławiu „Panoramę Racławicką”, która w 1946 roku została zwrócona a następnie przeleżała kilkadziesiąt lat w magazynach. Odwiedziłam w sumie kilka budynków tego muzeum. Całości nie sposób zobaczyć w jeden dzień, bo pod rządami Lwowskiej Galerii Obrazów znajduje się kilka budynków z wystawami malarstwa oraz niektóre znane zabytki. Jedną z jego placówek jest Kaplica Boimów. Na pewno byłam w budynku przy ul. Stefanyka bo pamiętam rozmowę z paniami pilnującymi ekspozycji na temat tego jak niesamowicie marne grosze zarabiają za swoją pracę i jak bardzo muszą kombinować żeby przeżyć. Byłam także w Kaplicy Boimów, której „zwiedzanie” odbywa się w ciągu 15 minut, podczas których pani opowiada po ukraińsku historię kaplicy i można dyskretnie robić zdjęcia bez flesza.

ukr_lwow_katedra-lacinska_kaplica-boimow_002.jpg

Kaplica Boimów.

ukr_lwow_katedra-lacinska_kaplica-boimow_001.jpg

Wzniesiona w latach 1609-11.

Muzeum które zainteresowało mnie najmniej, ale bardziej ze względu na moje osobiste preferencje, jest mieszczące się między innymi w Rynku w kamienicy numer 6 zwanej także Kamienicą Królewską, Muzeum Historyczne Miasta Lwowa kiedyś Muzeum im. Lubomirskich. Kamienica zbudowana została w 1580 roku przez Konstantego Korniakta. Mieszkali w niej między innymi Jan III Sobieski, który miał w niej swoją rezydencję i Wladyslaw IV. Kamienicę zwano małym Wawelem. Jeżeli ktoś pasjonuje się architekturą i wystrojem wnętrz arystokratycznych renesansowych albo barokowych pałaców, to miejsce zdecydowanie dla niego. Ja wolę oglądać ikony. Za to podwórze z renesansowymi arkadami i kilkoma rzeźbami wygląda bardzo fotogenicznie. Sporą niespodzianką jest rozmiar kamienicy oraz mieszczącego się w nim muzeum. Nie można dać się zwieść skromnej fasadzie kamienicy, ponieważ w rzeczywistości jest ona sporych rozmiarów i tylko część można obejrzeć. Zejdzie nam tam minimum godzinę albo półtorej, a razem ze spacerem renesansowymi podcieniami pewnie około dwóch.

ukr_lwow_kamienica-krolewska_003.jpg

Wnętrze Kamienicy Królewskiej.

ukr_lwow_kamienica-krolewska_002.jpg

Nazywane jest też czasem małym Wawelem.

ukr_lwow_kamienica-krolewska-dziedziniec_003.jpg

Dziedziniec Kamienicy Królewskiej.

ukr_lwow_kamienica-krolewska-dziedziniec_002.jpg

Jest bardzo fotogeniczny.

ukr_lwow_kamienica-krolewska-dziedziniec_001.jpgukr_lwow_kamienica-krolewska-dziedziniec_004.jpg

Kulturalnym rozwiązaniem na deszczowy wieczór (chociaż oczywiście nie tylko!) może być pójście do opery. Trzeba jednak postarać się o w miarę elegancki wygląd, odpadają japonki i przykurzone spodnie z kieszeniami. Nie ze względu na szacunek do samej opery, co ze względu na ludzi którzy razem z nami biorą udział w tym wydarzeniu. Oni podchodzą do wizyty w operze z dużym pietyzmem i są odszykowani czasem chyba nawet poważniej i mniej trywialnie niż na przeciętne wesele. To tak samo jak udział w rozmaitych obrzędach religijnych czy zwiedzaniu do świątyni, obojętnie jakiego wyznania. Zawsze staram się wtedy wyglądać mniej więcej jak inni. Robię to nie z powodu wiary w czyjegoś boga, tylko z szacunku do ludzi, którzy w niego wierzą. Jeśli akurat jesteśmy we Lwowie przejazdem bo wracamy z miesięcznej wycieczki autostopem po Europie Wschodniej, albo z ukraińskich Karpat, i w dodatku jeszcze nie napotkaliśmy w tym mieście na ciepłą wodę żeby się umyć i doprowadzić do jakiego takiego wyglądu, możemy sprawiać w operze niezbyt dobre wrażenie. Dla przeciętnych mieszkańców Lwowa bilety są w miarę drogie a pójście do opery to wydarzenie, szkoda więc psuć im święto naszym mocno odstającym od reszty ludzi wyglądem. Jeśli akurat nie trafimy na jakąś premierę, a jesteśmy w mieście przynajmniej trzy dni z czego dwa przypadają w weekend, prawdopodobnie bez problemu zakupimy bilety do opery na jakieś weekendowe przedstawienie. Miejsc najlepszych i najdroższych z pewnością już nie dostaniemy, ale jakieś miejsce na balkonie na pewno będzie wolne niemal do samego końca. Kilka razy z dnia na dzień kupowałam w operze bilety w terminach, w których przypadały wtedy w Polsce długie weekendy i nawet z powodu większej niż zazwyczaj liczby Polaków w mieście (opera jest żelaznym punktem programu każdej wycieczki), zawsze udawało mi się dostać jakiś sensowny bilet. Jego cena zazwyczaj nie przewyższała ceny biletu do polskiego multipleksu, a i tak nie były to nigdy miejsca najtańsze, na przykład na bocznych balkonach gdzieś wysoko pod sufitem. Panie w kasie były zawsze bardzo sympatyczne i podpowiadały które bilety z dostępnej puli będą najkorzystniejszym wyborem.

ukr_lwow_opera_madame-butterfly_001.jpg

Opera Madame Butterfly, jedyna na jakiej robiłam kiedykolwiek zdjęcia, ponieważ tym razem siedziałam w pierwszym rzędzie na balkonie i klikanie migawki niespecjalnie komukolwiek przeszkadzało.

ukr_lwow_opera_madame-butterfly_002.jpgukr_lwow_opera_003.jpgukr_lwow_opera_002.jpg

Będąc we Lwowie w czasie rzęsistych opadów deszczu albo po prostu brzydkiej pogody, mamy szansę skorzystać z jego kulturalnej oferty lub po prostu powłóczyć się po różnego rodzaju knajpach w poszukiwaniu ciekawych miejsc, potraw i napitków. Wszystko to dzięki temu, że przekraczając granicę cofamy się w czasie do momentu w którym w centrum miasta jeszcze nie istnieją galerie handlowe. Występowanie takiego pochłaniacza czasu i pieniędzy z pewnością spowodowałoby, że rynek i jego okolice stałyby się o wiele bardziej „odessane” z ludzi, bo większość z nich wybrałaby włóczenie się po galerii zamiast włóczenia się po muzeach.