Roczne archiwum: 2011

Ko Sichang 2011

Na zakończenie naszego tajskiego wyjazdu mamy  zaplanowane by poleżeć choć trochę na piachu. Robimy to w niesamowicie prowincjonalnym i leniwym miejscu, w którym wreszcie nie ma wszystkich typowych atrybutów tajskiego turystycznego kombinatu. Akurat do wypoczynku nad morzem postanowiłam podejść nieco bardziej pilnie i nie wybierać broń boże żadnego popularnego miejsca, by nie oglądać jakiejś hałaśliwej nadmorskiej imprezowni w najgorszym wydaniu. Dlatego wybieramy wyspę Ko Sichang o której za wiele się nie dowiemy, z wyjątkiem jednej strony internetowej na jej temat. I był to bardzo dobry wybór, szkoda że mieliśmy na nią tak mało czasu bo najchętniej spędziłabym na niej tydzień, ale musieliśmy wracać do Bangkoku na samolot. Wyspa jest na prawdę mała i bez problemu można poruszać się po niej piechotą, jedynym mankamentem są czasami wolno biegające niezbyt przyjaźnie nastawione psy. Jeśli jest na prawdę daleko można podjechać tuk tukiem, bo tu to jedyny i wreszcie całkowicie normalny środek transportu. Praktycznie nie ma tu samochodów bo nie ma gdzie nimi jeździć. Na dowód niskiej popularności tego miejsca i jego prowincjonalności powinien świadczyć fakt że znajduje się na niej tylko jeden sklep „Seven eleven”. Wyspa jest skalista znajduje się na niej tylko jedna mała plaża (położona kilka kilometrów od naszego noclegu) z kilkoma knajpami a raczej grzecznymi restauracjami, w których siedzi dosłownie kilka europejsko-tajskich par mieszanych, wyglądających na takie z wieloletnim stażem, oraz obcokrajowcy, których można policzyć na palcach jednej ręki. A tak to religijni lub bojący się opalić Tajowie kąpiący się w ubraniach.

tai_ko-sichang_plaza_004

Jedyna plaża na całej wyspie w dodatku mała. To utwierdza mnie w przekonaniu że żadna turystyczna kariera, mimo pochwalnych opinii tej wyspie nie grozi.

tai_ko-sichang_plaza_005 tai_ko-sichang_plaza_003 tai_ko-sichang_plaza_002 tai_ko-sichang_plaza_001

Nasz mieszkalny resort to kilka mniej lub bardziej kiczowatych i zdezelowanych domków przylepionych do zbocza skalistej zatoki. W zatoce nie ma niczego oprócz tych domków a u góry dom gospodarza tego przedsiębiorstwa, który nie mówi ani słowa po angielsku. Nie są jakieś specjalnie tanie ale i tak najtańsze na wyspie, kosztują 900 bathów za noc. Tak już jest jeśli miejsce jest mało popularne i mało w nim noclegów. Już pierwszej nocy zdajemy sobie sprawę jak niesamowicie jest tu cicho. Dla nieprzyzwyczajonego człowieka z miasta to poważny szok. Dwa razy dziennie koło naszej zatoki przepływa rzężąc rybacki kuter i to już koniec codziennych wydarzeń, bodźców i atrakcji, chyba że jest burza z piorunami albo przybiegnie pies właściciela, mały i cierpiący na psie ADHD. Jesteśmy w naszym resorcie sami w jedną weekendową noc mieszka też tajska rodzina. Był to chyba najfajniejszy czas nad morzem spędzony kiedykolwiek.

tai_ko-sichang_kuter_001

Kuter jedzie do pracy.

tai_ko-sichang_kuter_002

Kuter wraca z pracy.

Na wyspie znajduje się także duży klasztor buddyjski i ośrodek medytacyjny, ale o dziwo mimo wcześniejszych planów i przymiarek nie dotarliśmy do niego wcale gdyż napawaliśmy się nic nierobieniem i nie chcieliśmy niczym go zakłócać. Za to wielokrotnie spotykaliśmy europejczyków w pomarańczowych szatach. Ponoć sporo ludzi z zachodu przyjeżdża na Ko Sichang także na kursy medytacji.

Pogoda pogarsza się z dnia na dzień. Co noc intensywnie pada i są burze z piorunami na szczęście nasz domek prawie wcale nie przecieka. Pora deszczowa zaczyna na dobre się rozkręcać.

tai_ko-sichang_burza_001

Conocny spektakl światło dźwięk.

Angkor 2011 (część druga)

Kolejne dni spędzamy na odwiedzaniu świątyń i obiektów znajdujących się w obrębie XII wiecznego miasta Angkor Thom, czyli dość mocno zapełnione ludźmi świątynie Bayon i Ta Prohm oraz rzadziej odwiedzane Preah Khan, Baphuon, Phnom Bakheng oraz inne miejsca takie jak Taras Słoni czy Taras Trędowatego Króla, oraz bramy miasta. Twórcą Angkor Thom był król Dżajawarman VII postać tajemnicza, sprzeczna i kontrowersyjna. Jednocześnie żarliwy buddysta i brutalny zdobywca. Za jego panowania państwo Khmerów zajmowało największy obszar w historii. Sięgało od Laosu po Malezję, obejmowało tereny dzisiejszego Wietnamu oraz prowincji Yunnan. Religią panującą stał się buddyzm Mahajana. W ramach imperium, przede wszystkim na równinie Angkoru, ale także na innych podbitych obszarach król rozpoczął chaotyczne stawianie przeróżnych budowli. Z jednej strony mienił się miłosiernym władcą stawiał liczne szpitale i schroniska (według ludowych legend Kambodży cierpiał na trąd) oraz twierdził że „cierpienie władcy składa się z cierpienia ogółu a nie jego własnego bólu” uważał się nawet za wcielenie Lokeśwary.  Z drugiej strony jego narastająca megalomania, chęć uczynienia się nieśmiertelnym zmuszała jego poddanych do skrajnych wyrzeczeń by sprostać ambicjom króla. Angkor Thom miało być stolicą jego państwa i ukoronowaniem tego wszystkiego. Dżawarmajan chciał stworzyć miasto, które będzie niepokonane, oraz zbudowane w taki sposób aby przynosiło maksymalną pomyślność oraz posiadało magiczną ochronę przed atakami i siłami zła. Architekci odtworzyli w konstrukcji miasta kosmografię hinduską i buddyjską oraz mit o ubijaniu morza mleka przez bogów i demony aby wydobyć z głębin eliksir nieśmiertelności. Dzięki temu wszystkiemu Angkor Thom miało pozostać niezwyciężone. Według różnych źródeł mogło mieszkać w nim nawet milion osób, choć zwykli obywatele mieszkali raczej poza jego murami. Było podzielone na 144 dzielnice mniej więcej po 250 metrów kwadratowych. Miasto miało zapewnione dostawy wody dzięki jednej z najlepszych sieci irygacyjnych kiedykolwiek stworzonych w tej części Azji. Otoczone było murami i dwiema fosami zewnętrzną i wewnętrzną a wejścia strzegło pięć bram ozdobionych twarzami Lokeśwary bodhisattwy z którym identyfikował się Dżawarmajan i jego rysy zostały w tym wizerunku uwidocznione (po raz pierwszy stało się to podczas wznoszenia Preah Khan). Dzięki temu król mógł wszędzie roztaczać swoje miłosierne i wszechwiedzące oblicze i zyskać pewien status nieśmiertelności. Po jego śmierci obalono wiele posągów Buddy z jego twarzą a ludzie odwrócili się od wystawnego nurtu buddyzmu Mahajana, na rzecz Hinajany i hinduizmu.

kam_angkor_brama-angkor-thom_001

Każda z pięciu miejskich bram poprzedzona była groblą wzdłuż której przedstawiano 54 bogów po jednej stronie i 54 demony po drugiej, żeby tworzyły one świętą i wyjątkowo pomyślną liczbę 108 obrońców miasta. Rzędy bogów i demonów zamykały nagi – siedmiogłowe węże

Bayon

Ukoronowaniem starań i obsesji Dżawarmajana jest świątynia-góra Bayon, gdzie podobnych twarzy było ponad 200. Będąc w tej świątyni nie sposób oprzeć się wrażeniu pewnej opresyjności tego miejsca. Osoba odwiedzająca świątynię jest wszędzie śledzona przez wszechobecne wizerunki króla. Góra najeżona podobiznami króla-buddy o trudnym do interpretacji wyrazie twarzy wygląda trochę złowieszczo. Płaskorzeźby w świątyni poświęcone są dokonaniom Dżawarmajana, pełne maszerujących żołnierzy biorących udział w kampaniach przez niego zorganizowanych. Słynna jest płaskorzeźba przedstawiająca bitwę z Czamami na jeziorze Tonle Sap. Świątynię zdobią też tak jak wszędzie wizerunki apsar i dewat.

kam_angkor_bayon-brama_001 kam_angkor_bayon-twarze_001 kam_angkor_bayon-twarze_002 kam_angkor_bayon-apsara_001 kam_angkor_bayon-detal_001 kam_angkor_bayon-plaskorzezba_003 kam_angkor_bayon-plaskorzezba_002 kam_angkor_bayon-plaskorzezba_001 kam_angkor_bayon_001

Świątynia Bayon jest pełna ludzi w zasadzie przez cały dzień z wyjątkiem późnego popołudnia. Znajduje się najbliżej Angkor Wat no i jest niezmiernie fotogeniczna. Mimo wszystko moim zdaniem nie robi takiego wrażenia jak Angkor Wat. Jest wyrazem obsesji i megalomanii i trochę da się to odczuć do dnia dzisiejszego, co oczywiście nie znaczy, że nie należy jej odwiedzać. Angkor Wat ma bardzo wysublimowaną, elegancką formę, Bayon zaś jest dużo bardziej mroczny, jak dla mnie trochę przeładowany i nie tak harmonijny.

Preah Khan

Tego samego dnia jedziemy do Preah Khan. W czasie południowego gorąca w zasadzie można by było urządzić sobie w niej drzemkę gdzieś w cieniu, gdyby nie rozliczne mrówki które zaraz zaczęłyby nas namiętnie konsumować. Przez większość czasu nie było w niej nikogo, a wszystkich osób jakie tego dnia w niej spotkaliśmy było może pięć. Chociaż sama świątynia nie jest najciekawszą świątynią jaką widziałam w Angkor, bo na tyle zniszczona, że trudno rozszyfrować jej pierwotny kształt i zamysł jej twórców, to było w niej tak spokojnie, że uważam wycieczkę do niej za bardzo udaną. Na pewno dało się ją obejrzeć lepiej niż rozdeptywany przez tabuny turystów  Bayon i poczuć w niej tajemniczą atmosferę. Preah Khan wybudowana w latach 1184-91, poświęcona ojcu Dżawarmajana VII była otoczona murami i w niektórych opracowaniach nazywana jest miastem. Jej nazwę można przetłumaczyć jako „Święty Miecz” i przypuszcza się że była miejscem przechowywania świętego miecza królestwa Khmerów, którego współczesna kopia cały czas przechowywana jest w pałacu królewskim w Phnom Pehn. Zajmowała obszar 15 akrów. Posiadała własny system zaopatrywania w wodę. Była jednocześnie świątynią poświęconą Buddzie i bóstwom z panteonu hinduistycznego, klasztorem oraz sławną szkołą, naśladującą hinduski model wielkich uniwersytetów buddyjskich. Mieszkało w niej 100 000 osób  w tym 1000 tancerzy i nauczycieli.

kam_angkor_preah-khan_001 kam_angkor_preah-khan_002 kam_angkor_preah-khan_005 kam_angkor_preah-khan_003 kam_angkor_preah-khan_004 kam_angkor_preah-khan_006 kam_angkor_preah-khan_007

Ta Prohm

Kolejnego dnia odwiedzamy świątynię Ta Prohm, która tak jak Bayon bardzo mocno funkcjonuje w wizualnej popkulturze. Między innymi za sprawą filmu  Lara Croft Tomb Raider stała się jedną z najliczniej odwiedzanych świątyń w Angkor.  Świątynia poświęcona została matce Dżawarmajana VII czczonej jako „boska matka wszystkich bogów i matka doskonałej wiedzy”. Zamieszkiwało tu 12 000 osób. Inskrypcja na odnalezionej w Ta Prohm steli głosi, że żyło w niej 18 arcykapłanów, 2740 kapłanów, 2232 asystentów oraz 615 rytualnych tancerek. W zamkniętym skarbcu świątyni przechowywano 500 kg złotych talerzy, 35 diamentów, 40620 pereł, 4540 kamieni szlachetnych, bele jedwabiu, chińskie parasole, zasłony. Ta Prohm zarządzała 102 szpitalami ufundowanymi przez króla. Wybudowana została na obszarze wykarczowanej dżungli, po czym została z powrotem pochłonięta przez las, dzięki czemu zachowała się w dość dobrym stanie.

kam_angkor_ta-prohm_006 kam_angkor_ta-prohm_002
kam_angkor_ta-prohm_004 kam_angkor_ta-prohm_003
kam_angkor_ta-prohm_001

Baphuon

Tego dnia także włóczymy się trochę przypadkowo natrafiając między innymi na świątynię-górę Baphuon, niestety niedostępną z powodu remontu. Wybudowano ją w połowie XI wieku jako świątynię hinduistyczną poświęconą Siwie. W XV wieku przekształcono ją w świątynię buddyjską.

kam_angkor_baphuon_001 kam_angkor_baphuon_002 kam_angkor_baphuon_003 kam_angkor_baphuon_004 kam_angkor_baphuon_mnisi_001 kam_angkor_ludzie-na-motorze_001

Angkor 2011 (część pierwsza)

Angkor to starożytne miasto Khmerów znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. W ostatnich latach odwiedzane przez około 2 miliony obcokrajowców rocznie, czyli inaczej mówiąc dzikie tłumy. Według internetowych źródeł, przychody z turystyki związanej z tym miejscem to około 15 % produktu krajowego brutto Kambodży. Trudno więc liczyć na to, że znajdziemy się w jakimś zapomnianym przez ludzi i bogów miejscu, w którym będziemy praktycznie sami. Mimo wszystko da się pobyt tam dość łatwo przeżyć i zorganizować nie przepychając się łokciami w tłumie turystów. Trzeba tylko robić coś zupełnie odwrotnego niż robią wszyscy i mamy zapewniony względny spokój. Więc jeśli wszystkie przewodniki i źródła radzą, że koniecznie trzeba zobaczyć wschód słońca przy Angkor Wat, trzeba wybrać się tam po południu. Albo zacząć odwiedzanie świątyń w odwrotnej do wszystkich innych ludzi kolejności i może się tak zdarzyć, że w niektórych będziemy całkiem sami. Raz tylko i to przypadkiem trafiamy na mainstreamową atrakcję: o zachodzie słońca jesteśmy tam gdzie trzeba zobaczyć zachód słońca. I musimy czekać w sporej kolejce żeby zejść i wejść po schodach na kamienną piramidę bo nie da się tego zrobić w normalnym tempie. Na górze czujemy się jak w środku wycieczki fakultatywnej i w silnych oparach absurdu. Są prawie wszystkie narody świata. Wszyscy robią zdjęcia jak szaleni do punktów z których można je zrobić ustawiają się kolejki. Jest głośno jak w ulu i tłoczno jak w pociągu do Kołobrzegu w środku wakacji w złotych latach pkp.

kam_angkor_phnom-bakheng_001

Jakoś tak wyszło, że znaleźliśmy się tam gdzie wszyscy w świątyni Phnom Bakheng.

kam_angkor_phnom-bakheng_003

Ponoć jeśli nie zobaczy się tam zachodu słońca to wizyta w Angkor nie ma sensu.

kam_angkor_phnom-bakheng_004

Ci wszyscy ludzie czekają więc na zachód słońca – ostatni punkt programu, w międzyczasie nie próżnując.

kam_angkor_phnom-bakheng_002

Postanawiamy nie czekać z nimi, bo potem będziemy wracać w tłumie pojazdów spalinowych czekających na nich u dołu.

kam_angkor_widok-z-phnom-bakheng_002

Chociaż faktycznie jest na co popatrzeć.

kam_angkor_widok-z-phnom-bakheng_001

Oczywiście taka pustka na zdjęciu jest mocno złudna.

kam_angkor_phnom-bakheng_005

Bo razem z nami przeżywa ją trochę więcej osób :-O

Na ile dni najlepiej kupić bilet wstępu? Sprawa mocno indywidualna. Niektórzy znudzą się po dniu, dla innych tydzień to  za mało. Mam takie tempo, że cały pierwszy dzień w zasadzie upłynął mi na tym by w spokoju obejrzeć sobie Angkor Wat. Bilet trzydniowy wystarczył by w miarę pobieżnie obejrzeć tylko najbliżej położone świątynie dostępne rowerem, bez dalszych wycieczek na przykład do Banteay Srey. Po tych trzech dniach w sumie wyjeżdżałam stamtąd z poczuciem niedosytu i ze świadomością, że obejrzałam tylko bardzo niewielki ułamek pozostałości khmerskiego imperium. Dlatego odleglejsze od Siem Reap świątynie zostały przeniesione na bliżej nieokreślony czas przyszły. Całość jest na tyle fascynująca, że będę chciała kiedyś tam wrócić. Poza tym chciałabym zobaczyć też jakieś inne miejsca Kambodży, bo widziałam tylko jedno i to najbogatsze a zarazem najbardziej „uprzemysłowione” turystycznie.

Czym najlepiej się tam wybrać? Z racji mojego nieraz może przesadnego zamiłowania do indywidualizmu oraz braku zamiłowania do taksówek i tuk tuków zdecydowanie polecam rower, dla osób które w Polsce jeżdżą rowerem w porze ciepłej od czasu do czasu nie powinno być to to żadne wyzwanie. Odległość od Siem Reap do świątyń to mniej niż 10 kilometrów, jest płasko oraz droga jest w miarę zacieniona. Na rowerze jest przyjemnie chłodno. Można wszędzie go przypiąć i zostawić – jako że pożyczone przez nas rowery nie wyglądały jak milion dolarów, toteż niespecjalnie się o nie baliśmy. Natomiast lepiej nie wkładać toreb ani plecaków do rowerowego koszyczka, tylko zapiąć go, przełożyć przez kierownicę albo najlepiej wziąć na plecy, bo wyrywanie ich to ponoć popularny sport. Oczywiście do świątyń położonych dalej trzeba mieć albo porządny nie zdezelowany rower, albo wynająć jakiś transport spalinowy, ale do tych położonych w obrębie Angkor Thom i niedalekich okolicach rower typu miejskiego moim zdaniem absolutnie wystarczy.

Zdecydowanie warto odwiedzić Angkor i mimo wszystko nie ma co się zrażać że jest to tak niezwykle popularne miejsce. Robi na prawdę niezapomniane wrażenie. Nie da się go z niczym porównać. Całe miasto jest na tyle dużych rozmiarów że jeśli się odrobinę postaramy to nie będziemy oglądać go w tłumie turystów. Za to na pewno nie unikniemy tłumów sprzedawców i żebraków, nieważne czy pójdziemy do Angkor pieszo, czy pojedziemy rowerem, skuterem, tuk tukiem, samochodem czy autokarem. Setki osób będą próbowały sprzedać nam pamiątki i jedzenie, a inne coś od nas wyżebrać i nie ma co ukrywać że jest to nieco męczące. Kambodża to jednak kraj rozwijający się i jeden z najbiedniejszych w Azji, więc prawdopodobnie musi tu tak być jeszcze przez jakiś czas. Przypuszczam, że wystarczy jak sprzedadzą jedną rzecz dziennie i mają niezły jak na lokalne warunki zarobek, bo ceny ich produktów są bardzo mocno zawyżone, dlatego jest ich aż tylu. Są strasznie natarczywi, próbując wymusić kupno czegokolwiek, proszą i powtarzają w kółko i jest to skuteczne – wielu ludzi na odczepnego coś kupuje. Chociaż na niewiele się to zdaje bo natychmiast podbiega do niego dwa razy tyle sprzedawców i są jeszcze bardziej natarczywi.  Oglądałam takie scenki wielokrotnie. Wkurzanie się na to nic nam nie pomoże już lepiej obracać to w żart. Sytuacja jest tak absurdalna, że „sprzedawcy wszystkiego” czasem śmieją się z nami. Jedzenie i wodę lepiej zabrać z Siem Reap, bo nie wydaje mi się że to dobry pomysł by korzystać ze straganów w pobliżu świątyń (tych stacjonarnych i tych mobilnych) bo wyglądają jakby absolutnie nikt tego nie kontrolował. Jest to wyjątkowo fatalne miejsce żeby coś jeść.  Raz odważyłam się w jednym z nich kupić wodę bo skończyła się nam bardzo wcześnie, ale na szczęście była oryginalnie zabutelkowana chociaż niekoniecznie na taką wyglądała i mieliśmy dylemat czy lepiej ją pić czy paść z gorąca za to bez ameb i innych ciekawych drobnoustrojów, ale okazała się być jednak wodą ze sklepu.

Pierwszą świątynią jaką oglądamy jest Angkor Wat. Nie wiem czy ktokolwiek będzie w stanie zrozumieć o co w niej chodzi bez zobaczenia jej na własne oczy. Było to przedsięwzięcie na niezwykłą wprost skalę. Setki metrów unikalnych płaskorzeźb, niesamowicie przemyślana i misterna konstrukcja, może nawet jedno z największych ludzkich osiągnięć w dziedzinie architektury w ogóle? Liczbą jaka często powtarza się w konstrukcji świątyni jest 12 (prasatów, klatek schodowych, wejść) a główną zasadą jej konstrukcji jest bezwzględnie stosowana zasada stereometrii, gdzie każdy trzech kolejnych poziomów świątyni jest dokładnie o połowę mniejszy i połowę wyższy, dlatego poszczególne części budynku nie zasłaniają się i dają wrażenie doskonałej piramidy.  W Kambodży znana jest legenda mówiąca o udziale boskiego architekta Wiszkawarmana w powstawaniu świątyni, która miała zostać wybudowana na pocieszenie dla syna boga Indry i khmerskiej księżniczki, który po osiągnięciu dorosłości został przez swego ojca wzięty do nieba. Inni bogowie odrzucili go jednak ze względu na zapach człowieka i nie pozwolili ze sobą zamieszkać. Według drugiej wersji legendy Ket Malea albo Ketumala – wspomniany wcześniej syn Indry został zapytany o wybranie niebiańskiego budynku w którym chciałby mieszkać na ziemi, i nie śmiejąc prosić o nic lepszego, poprosił o stajnię dla wołów. Angkor Wat nazywany jest więc stajnią niebiańskich wołów. Niezwykle rzadko kupuję książki o odwiedzonych zabytkach. W tym przypadku po powrocie kupiłam aż dwie by wszystko jeszcze raz w miarę dokładnie prześledzić.

Nie wiem jak to wygląda podczas słynnego wschodu słońca, ale im bardziej po południu tym ludzi mniej, pod koniec jesteśmy niemal sami i się tym napawamy. Jesteśmy tam w weekend i pewnie dlatego Angkor Wat odwiedza też sporo lokalnych turystów z Kambodży, którzy podchodzą, zagadują czasami robią z nami zdjęcia bo my też jesteśmy atrakcją a nie tylko Angkor Wat, a szczytem atrakcji jest zdjęcie z Europejczykami na tle Angkor.  W Tajlandii byłoby to nie do pomyślenia, tutaj czujemy się bardziej swojsko jak w Chinach. Oczywiście to ta najbogatsza część społeczeństwa, którą stać na to żeby gdziekolwiek pojechać. Do dalej położonych świątyń raczej już nie zaglądają. Są całkiem wesołym narodem, często długo i głośno się śmieją. Zagadują i żartują.

kam_angkor_angkor-wat_002

Świątynia jest bardzo rozległa, rozciąga się na obszarze ponad 2 kilometrów kwadratowych.

kam_angkor_angkor-wat_003

Wybudowano ją w 35 lat.

kam_angkor_angkor-wat-turysci_001

Największe wrażenie robią długie na kilkaset metrów płaskorzeźby. Każda twarz ma indywidualne rysy i mimikę.

kam_angkor_angkor-wat_plaskorzezby_001

Przedstawiają one  sceny z Mahabharathy (na przykład bitwę pod Kurukszetrą) i Ramajany – indyjskich eposów.

kam_angkor_angkor-wat_plaskorzezby_002

Na przykład kluczowy moment Ramajany – bitwa pod Lanką, której głównym bohaterem był Rama inkarnacja Wisznu – ideał prawego króla.

kam_angkor_angkor-wat_plaskorzezby_005

Najdłuższy rząd płaskorzeźb świątyni ciągnie się na 580 metrów.

kam_angkor_angkor-wat_plaskorzezby_004
kam_angkor_angkor-wat_apsary_001

Samych dewat – boginek i apsar – tancerek na ścianach Angkor Wat jest ponad 1500 i nie ma chyba dwu takich samych.

kam_angkor_angkor-wat_apsary_002 kam_angkor_angkor-wat_plaskorzezby_003  kam_angkor_angkor-wat-turysci_002 kam_angkor_angkor-wat_004  kam_angkor_angkor-wat_001
kam_angkor_angkor-wat_006

Boczne prasaty powtarzają konstrukcję prasatu centralnego ale w mniejszej skali.

kam_angkor_angkor-wat_005

Wzgórze na którym stoi centralny prasat zostało sztucznie usypane. Wstęp mieli tutaj tylko król i najwyżsi kapłani. Symbolizował górę Meru.

kam_angkor_angkor-wat_mnisi_001

Siem Reap 2011

Pisać o Kambodży jeśli było się w niej niecały tydzień to chyba impertynencja, bo co ja mogę wiedzieć o problemach tamtejszych ludzi jeśli przyjechałam tu tylko obejrzeć zabytki Unesco i zaraz z niej wyjeżdżam. Z drugiej jednak strony pisać o jakimkolwiek innym miejscu, jeśli było się tam cztery lub pięć tygodni nie sprawia że wiem na temat który poruszam jakoś zdecydowanie więcej. Kambodża jest krajem który przeszedł jedną z największych traum XX wieku i to całkiem niedawno, bo w latach siedemdziesiątych i nawet na mój krótki tam pobyt rzutowało to dość mocno przez cały czas. Pewnie była to jedna z przyczyn tego co się tam działo, poza tym byłam w najbardziej turystycznym miejscu Kambodży, gdzie wszystkie negatywne skutki turystyki widać jak na dłoni. Przez cały mój pobyt w tym kraju byłam świadkiem nieustannej niemal nie kończącej się kolejki przeróżnych ludzi  zarówno bardzo młodych i tych w podeszłym wieku, obojga płci, którzy zawsze chcieli żeby coś im dać, najczęściej – prawie zawsze – pieniądze. Taką ilość tego typu „interesantów” jak przez te kilka dni w Kambodży nie spotkałam chyba podczas wszystkich dotychczasowych wyjazdów razem wziętych, ta średnia i tak jest zawyżona zważywszy że dwa razy byłam w Rumunii a tamtejsi Cyganie jak wiadomo w żebraniu są prawdziwymi mistrzami i nikomu nie odpuszczają. Nie mam na myśli wyłącznie żebraków, ale także ludzi, którzy po kilkunastominutowej rozmowie prosili o datek na szkołę, sierociniec czy inną instytucję. Oprócz tego spotkamy tam „matki zbierające na mleko dla dzieci” oraz „studentów zbierających na zakup książki” i całą masę innych popularnych kantów o jakie nietrudno w  turystycznych miejscach. Najczęściej powtarzającą prośbą jest ta o „one dolar”. One dolar towarzyszy przyjaznym właściwie przez cały czas, jest wypowiadane przez każdego nawet maleńkie kilkuletnie dziecko, dla którego otrzymywane pieniądze są bezwartościowym papierkiem. Przeszłość tego kraju i ilość proszących o coś osób sprawia, że mnóstwo turystów automatycznie wskakuje w rolę misjonarza i w jakiś sposób chce poprawić warunki życia tych ludzi. Tylko czy dawanie komuś dolara będzie w stanie cokolwiek poprawić, czy zmieni tylko nasze postrzeganie siebie samych jako kogoś lepszego. Natomiast w życiu osoby która żebrze jeśli się coś zmieni to na pewno nie na lepsze. Taki dolar to dla miejscowych spora kwota.  Dla przyjezdnych wszystko kosztuje „one dolar”.  Za dolara (a może nawet dwa) zjemy w pobliżu świątyń starożytnego miasta Angkor jakiś wyjątkowo wstrętny posiłek w rodzaju azjatyckiej zupki instant  z nieśmiertelnym i niezniszczalnym makaronem w kształcie wycieraczki wymieszanej z na wpół surowymi warzywami. Za tyle samo w Siem Reap w przybazarowej knajpie zjemy na przykład przepyszny wegetariański amok przygotowany na miejscu ze świeżych składników. W dodatku właściciel lokalu posiada takie dobra cywilizacji jak prąd i bieżąca woda, oraz utrzymuje względny poziom higieny, bo wielokrotnie byłam u nich w toalecie i przechodziłam przez kuchnię (choć jak na standardy naszych sanepidów byłaby to pewnie trauma nie z tej ziemi). Za co lepiej więc zapłacić, czy za niejadalny i o wiele za drogi posiłek w obrzydliwie wyglądającej budzie z jedzeniem wyłącznie dla turystów, czy wydać go w miejscu, w którym ktoś bierze pieniądze za pyszne własnoręcznie robione, świeże, jedzenie. Za tego samego dolara wypożyczymy na cały dzień rower, którym możemy pojechać do świątyń. Dolara kosztuje także butelka wody kupiona w pobliżu świątyń Angkoru. Za którą z tych usług zapłacenie dolara wydaje się bardziej sensowne? Czy lepiej przyzwyczajać miejscowych do tego że będziemy w stanie za wszystko zapłacić im tym dolarem, niezależnie od prawdziwej wartości tego co nam sprzedają? Ale to i tak lepiej że w jakiś sposób mniej lub bardziej  uczciwy, próbują zarobić własną pracą, niż dostawać pieniądze całkowicie za nic.

kam_siem-reap_jedzenie-krab_001

A to już chyba najdroższe (4-5 $) w karcie danie popisowe naszej ulubionej przybazarowej knajpy w Siem Reap. Podczas około tygodniowego pobytu jedząc u nich średnio 3 posiłki dziennie zjedliśmy chyba całe ich menu. Przemiła aczkolwiek mocno ospała obsługa składająca się z trzech dziewcząt nie mówiących ani słowa po angielsku, w przerwach między obsługiwaniem gości czesała się w modne fryzury, robiła manicure i makijaż oraz spała z głową na stolikach 😉

kam_siem-reap_jedzenie-grillowana-zaba_001

Grillowane żaby z pobliskiego bazaru można kupić w wersji ze skórą lub bez. Sprzedawały się na pniu.

Sami musimy podjąć decyzję czy wydajemy przysłowiowego dolara rozsądnie i nie przyzwyczajamy tych ludzi do nigdy nie kończącej się pomocy, która na dłuższą metę tylko ich demoralizuje. Komu więc lepiej dać tego dolara? Czy jeśli damy go żebrzącemu dziecku, sprawimy że dzięki wielu podobnym dobrym jak my ludziom pójdzie ono do szkoły? Raczej nie – dzięki tym pieniądzom, których pewnie w ogóle nie zobaczy, będziemy przyzwyczajać kilka może nawet kilkanaście stojących za tym dzieckiem osób do tego, że pieniądze na życie można zdobyć łatwo nie robiąc nic i one po prostu się im należą  (przed wyjazdem do Kambodży czytałam także, iż dzieci są  tam wykorzystywane nie tylko do żebrania, bo jest to niestety kraj przodujący w Azji pod względem seksturystyki dla pedofilów).  Czy dając pieniądze na jakąś instytucję i wpisując swoje dane do jakiegoś kajeciku z danymi innych podobnych nam osób, trafią one faktycznie tam gdzie myślimy, a nawet jeśli, to czy do rąk potrzebujących? Zazwyczaj osoby które zbierają w ten sposób pieniądze po kilku pytaniach robią się dość nerwowe, nie wiem więc czy jest to dobra forma pomocy, ja w każdym razie raczej im nie wierzę. Oczywiście wiadomo, że zawsze możemy spotkać jakieś wyjątki i sytuacje wymykające się powszechnym stereotypom.

kam_angkor_zebrajace-dzieci_004

Nie tylko w Siem Reap ale także w świątyniach Angkoru, najwięcej w Angkor Wat spotkamy dosłownie tłumy dzieci, wszystkie, nawet te wyglądające bardzo porządnie proszą o dolara.

kam_angkor_zebrajace-dzieci_003

Te również nie omieszkały nas o niego poprosić.

kam_angkor_zebrajace-dzieci_002 kam_angkor_zebrajace-dzieci_001

Podczas wycieczek rowerowych z Siem Reap do Angkor i z powrotem pewnego razu postanawiamy pojechać drugą stroną rzeki. Trafiamy do osiedla prowizorycznych domków, zrobionych jak to w Azji bywa z kartonu, blachy falistej i folii. Nie ma tu asfaltu, a ludzie korzystają z rzeki chcąc się umyć czy zrobić pranie. Jest bardzo biednie, ale w tych barakach działają zakłady fryzjerskie, jest prowizoryczna stacja benzynowa oferująca benzynę z butelek pet i mnóstwo garkuchni. I jakoś nikt niczego od nas tam nie chce, wszyscy się do nas uśmiechają, nawet dzieci nie proszą o cukierki ani długopisy widocznie niezbyt dużo ludzi jeździ tą stroną rzeki do Angkor. Po początkowych obawach czujemy się tam fajnie i normalnie jak w Azji. Wszyscy pracują, może zarabiają mało ale mają na tyle własnej godności, że nie potrzebują od nas niczego, i w zasadzie tylko tam nie słychać powtarzania „one dolar” co kilka minut. Żebracy i różnego typu oszuści okupują natomiast okolice bazaru w Siem Reap którego część  to wyłącznie sklepy z pamiątkami dla turystów, no i oczywiście świątynie Angkoru. Tam co kroku napotkamy delikatnie mówiąc niezbyt uczciwych ludzi, którzy po prostu żyją dzięki masowej turystyce, uciekając się do różnego typu nadużyć, krzywdząc przy tym wiele osób na przykład bardzo małe dzieci, które ledwie potrafią chodzić za to ich widok wzrusza turystów i dostają więcej. Gdyby większość białych nie potrzebowała poczuć się dobroczyńcą podczas wakacji być może wielu ludzi cierpiało by o wiele mniej, ponieważ zostaliby zmuszeni do podjęcia jakiejś aktywności zamiast życia z żebrania. Nawet jeśli dostaną pieniądze, to ich mentalność pozostanie taka sama. Zazwyczaj nie wydadzą ich rozsądnie na sensowne rzeczy – na przykład nie będą za nie przez jakiś czas lepiej się odżywiać, tylko kupią jakiś „świetny” cywilizacyjny gadżet – butelkę coli, czy jakieś przetworzone jedzenie w foliowym błyszczącym opakowaniu. które następnie wyrzucą gdzieś koło swojego domu. Nietrudno więc zrozumieć dlaczego szlag mnie trafia na widok „wakacyjnej misjonarki” rozdającej dzieciom słodycze, długopisy albo co gorsza pieniądze nawet jeśli o to nie proszą. W Siem Reap i Angkor widziałam takich mnóstwo i taka postawa spotyka się z aprobatą większości ludzi.

Niemniej jednak moje starania o niewspomaganie naciągaczy żyjących z masowej turystyki spełzły na niczym, ponieważ koniec końców zostałam okradziona w hostelu i pieniądze i tak pewnie powędrowały tam gdzie nie powinny.  Na szczęście jednak nie straciłam paszportu ani aparatu więc z tego miejsca pragnę podziękować złodziejowi, że wziął tylko gotówkę w dolarach w ilości niewielkiej,  całkowicie pogardzając drobnymi w kambodżańskich rielach. To co udało się zaoszczędzić unikając klasycznego przekrętu z przekraczaniem granicy tajsko-kambodżańskiej  i tak zasiliło nieuczciwych ludzi. Udałam się na policję turystyczną i złożyłam zeznania w wyniku których właściciele naszego hostelu (w którym oczywiście zdecydowanie odradzam się zatrzymywać) mieli zostać pouczeni odnośnie braków w bezpieczeństwie gości, ale nie wiemy czy faktycznie się tak stało bo przenieśliśmy się do hotelu prowadzonego przez Chińczyków.

Jeśli chcemy komuś tam pomóc lepiej rozeznać się w temacie jeszcze będąc w domu. Być może da się tam znaleźć organizacje które są faktycznie wiarygodne i przejrzyste, bo inaczej nasza chęć  pomagania pewnie skończy się tak jak jest to opisane w tym wątku (mniej więcej od 11 strony).  Jego autorka bardzo dokładnie i rzetelnie przedstawia swoje zetknięcie z lokalną mentalnością podczas pracy w sierocińcu w Kambodży, pokazuje że pomaganie nie jest takie proste jak wydaje się ludziom z zewnątrz. Wydanie pieniędzy na kupno rzeczy materialnych niekoniecznie sprawi, że trafią one do potrzebujących. Warto w całości go przeczytać. Jeżeli na prawdę chcemy komuś pomóc nie załatwimy tego w pięć minut dając żebrakowi dolara czy kupując „studentowi” podręcznik. Wymaga to czasu a przede wszystkim naszego rozeznania w sytuacji, dlatego jest to bardzo poważne i odpowiedzialne zajęcie. Inaczej będziemy tylko jednym z trybików masowej turystyki i będziemy przyczyniać się do jeszcze większej degradacji miejsca które odwiedzamy i jego społeczności.

kam_siem-reap_swiatynia-wat-bo_001

Zdecydowanie warta odwiedzenia świątynia Wat Bo w Siem Reap. Mimo że panuje tutaj taki sam odłam buddyzmu jak w Tajlandii, podejście jest różne o niemal 180 stopni. Wszyscy są bardzo otwarci, gościnni i kontaktowi. Spędzamy tam dość dużo czasu oraz wspomagamy świątynię, bo w przeciwieństwie do świątyń tajskich mamy ochotę to zrobić.

kam_siem-reap_ulica_001kam_siem-reap_ulica_002kam_siem-reap_ulica_003kam_siem-reap_ulica_004

Ayutthaya 2011

Nasza wizyta w leżącej 80 kilometrów od Bangkoku dawnej stolicy Syjamu zaczyna się wysadzeniem nas przy ruchliwej drodze w środku niczego z autobusu jadącego z Sukhotai, oczywiście przy kupnie biletów na dworcu nikt nawet się o tym nie zająknął, bo to tajski styl sprzedaży usług transportowych i turystycznych, polegający na zaprzestaniu interesowania się czymkolwiek jeśli już zapłacimy za usługę. Do centrum miasta trzeba się jakoś dostać we własnym zakresie. To nie Turcja, gdzie w takim przypadku mielibyśmy darmowy serwis – ktoś zabrałby nas do centrum mniejszym autobusem lub minivanem.  Najlepsze jest to, że kilku taksówkarzy rozumie po angielsku, ale nie zamierzają nam pomagać, proponują tylko że nas zawiozą za tyle i tyle, natomiast informacji jak się dostać samodzielnie nie udzielą. Takie coś może wydarzyć się chyba tylko w Tajlandii, no może jeszcze gdzieś w Afryce (znam podobne historie z forumowych opowiadań). Nigdzie wcześniej ani nigdzie później się z takim zachowaniem nie spotkałam. Ale co tam, po to mamy gpsa żeby jakoś trafić do centrum. W końcu wsiadamy do miejskiego autobusu, za ułamek kwoty zaproponowanej przez taksówkarzy. Noclegi w tym mieście też znajdujemy same dziwne. Na przykład pokój z wyposażeniem typu: okna, łóżko, szafa, stół, krzesła, sedes w stylu zachodnim, wanna. I to wszystko razem, w jednym pomieszczeniu, na sporym metrażu. Jak kawalerka w której ktoś zapomniał wybudować ścian działowych. Przy odrobinie szczęścia można myjąc się w wannie, prysznicem ochlapać sobie łóżko. No i jeszcze sedes znajdujący się na środku pokoju. A może inspiracją dla jego powstania była więzienna cela? To jeden z najbardziej kreatywnie urządzonych azjatyckich pokoi jakie kiedykolwiek widziałam ale to raczej rozwiązanie dla pojedynczego podróżnego 😉 w dodatku obdarzonego wyjątkową tolerancją na zapachy. Muszę też przyznać że był bardzo tani, a jego właściciel bardzo obrażony, że śmiem fatygować go do oglądania pokoju a potem nie chcę w nim zamieszkać. W końcu trafiamy do hostelu dla Japończyków z właścicielką która bez końca męczy nas o wykupienie u niej różnego rodzaju wycieczek. Nie daje nam w spokoju z niego wyjść i wejść tylko nieustannie zaczepia. Gdy w końcu za jej pośrednictwem decydujemy się za jakieś bardzo niewielkie pieniądze popłynąć wieczorem łodzią do trzech dalej położonych świątyń, widząc że na nic więcej nie może od nas liczyć, zaczyna traktować nas jak powietrze. Jej japońscy goście są lepszymi klientami. Ale samo miasto jest sympatyczne, kameralne, nie tak ruchliwe i zatłoczone jak Bangkok i z ciekawym targiem. Niestety znowu mieszkamy w „dzielnicy dla turystów”, na szczęście nie przypomina ona tak bardzo turystycznej dzielnicy Bangkoku bo niewiele się tu dzieje, oczywiście wolałabym mieszkać gdzie indziej, ale w przypadku tak małego miasta nie bardzo się da. Kilka razy zaczepia nas kierowca tuk tuka, który nosi przy sobie notesik z rekomendacjami w różnych językach, z których wynika że jest uczciwy i ciekawie oprowadza po mieście, ale i tak nie jesteśmy zainteresowani. Kilka opinii jest nawet po polsku, notesik wygląda na mocno stary. Niemniej jednak jest to jakiś pomysł na reklamę i marketing. Koło naszego hostelu jest lokal dla białych turystów, w którym młodzi wytatuowani Europejczycy i Australijczycy w podkoszulkach z logo piwa Chang i kawiarni Starbucks całymi dniami piją piwo, a w tle leci rockowa muzyka. Postanawiam wyjątkowo z czegoś takiego skorzystać i zjeść coś w miarę europejskiego bo mam straszne dolegliwości żołądkowe. Nie dość, że taki posiłek kosztuje tyle co trzy posiłki w o wiele porządniej wyglądających lokalach z tajskim jedzeniem, to jeszcze jest niedobry i wcale nie pomaga. Pomaga za to (niestety na krótko) rewelacyjny naleśnik z bananem – roti nazywany mataba sprzedawany co wieczór przez tajskie muzułmanki na jednym z ulicznych stoisk. Ale przynajmniej w lokalu dla zachodnich turystów można sobie porozmawiać z różnymi podstarzałymi zachodnimi dziećmi-kwiatami, którzy wyjechali do Azji w czasach młodości, właśnie niedawno przetrzeźwieli, ocknęli się i skonstatowali, że mają ponad sześćdziesiąt lat. W sumie współczuję im nieco, że ocknęli się właśnie w Tajlandii, bo sama wolałabym się ocknąć w jakimś bardziej sympatycznym kraju.

 Ayutthaya swoje lata świetności miała między rokiem 1351 a 1767. Przez jakiś czas była zamieszkiwana przez ponad milion osób z 40 narodowości. Została kompletnie zniszczona przez Birmańczyków. I stolicę przeniesiono do Bangkoku. Jest znana ze słynnej głowy buddy otoczonej konarami drzewa i licznych pozostałości po dawnej stolicy imperium, głównie świątyń. Odwiedzenie ich wszystkich nie ma zbytnio sensu, zwłaszcza że część z nich to po prostu ruiny w których nic się nie dzieje bo nikt ich już nie używa. W dodatku są otoczone normalną miejską architekturą, nie tak jak w Sukhotai gdzie znajdują się na całkowicie odrębnym obszarze. Nawet nie są specjalnie ciekawe bo bardzo do  siebie podobne. Zobaczenie jednej w zupełności wystarczy, zwłaszcza że ceny biletów wstępu do nich nie są niskie. Byłam w kilku, były do siebie mocno podobne i uważam, że nie warto było. Jeśli chcemy, możemy obejrzeć jak kolejki ludzi fotografują się na tle słynnej głowy buddy otoczonej korzeniami drzewa banianu w świątyni Wat Mathat (ta świątynia jest chyba najdroższa ze wszystkich w Ayutthaya i bardzo tłoczna – prowadzą tam wszystkie wycieczki z Bangkoku).  Natomiast pozostałe świątynie tego typu  można spokojnie sobie odpuścić, z wyjątkiem Wat Chaiwatthanaram, która jest dość rozległa a przy tym malowniczo położona nad rzeką Chao Praya i przynajmniej pod kątem fotograficznym prezentuje się znakomicie.

tai_ayutthaya_wat-ratchaburana_003

Wat Ratchaburana.

tai_ayutthaya_wat-ratchaburana_002

Wat Ratchaburana, większość posągów została zniszczona w trakcie najazdów birmańskich.

tai_ayutthaya_wat-ratchaburana_005

Pozostałości świątyni Wat Ratchaburana.

tai_ayutthaya_wat-ratchaburana_004

Wat Ratchaburana.

tai_ayutthaya_wat-ratchaburana_001

Zdekompletowane fragmenty różnych posągów w Wat Ratchaburana.

tai_ayutthaya_wat-mathat_glowa-buddy_001

Wat Matchat słynna głowa buddy. Dużo ciekawsze od niej samej jest oglądanie co wyczyniają pod nią tłumy wszystkich narodów świata robiąc sobie „selfie” lub pozując do zdjęć.

tai_ayutthaya_wat-chaiwatthanaram_004

Wat Chaiwatthanaram bardzo fotogeniczna i pięknie położona.

tai_ayutthaya_wat-chaiwatthanaram_002 tai_ayutthaya_wat-chaiwatthanaram_001
tai_ayutthaya_wat-chaiwatthanaram_003

Wat Chaiwatthanaram. Posągi z Ayutthaya mają o wiele bardziej toporne rysy niż pełne gracji posągi z Sukhotai.

Warto natomiast udać się do Wat Phanan Choeng, gdzie znajduje się 19 metrowy posąg buddy szczelnie otoczony ścianami świątyni. Jest to miejsce tłumnie odwiedzane przez lokalnych ludzi, dużo się tam dzieje, jest na co popatrzeć i widać że świątynia na prawdę żyje. Jest to ważne miejsce na religijnej mapie Tajlandii. Świadczyć o tym mogą także liczne tabliczki ostrzegające przed kradzieżą. Myślę że byłoby w niej co robić przez parę godzin, niestety docieramy tam wspomnianą wcześniej łódką więc nie ma czasu na nic. Odwiedzamy jeszcze długiego na 42 metry leżącego buddę, oraz oglądamy jak ludzie odbywają przejażdżki na słoniach. Słonie z Ayutthaya wyglądają o wiele lepiej niż te z nieszczęsnej wycieczki fakultatywnej w okolicach Chiang Mai. Tak przynajmniej twierdzi Lonely Planet a w wielu miejscach internetu zarzucają mu, że mocno przekłamuje rzeczywistość w sprawie słoni w Tajlandii. Niemniej jednak słonie i tak całymi dniami muszą chodzić po asfalcie i robić idiotyczne sztuczki. W Ayutthai znajduje się bowiem Elephant Taxi oferujące możliwość zwiedzania świątyń na grzbiecie słonia. Pewnego razu zaglądamy do niego przechodząc. Duże słonie robią cyrkowe sztuczki, a małe biegają wolno przeszukując ludziom kieszenie. Są jednocześnie przebiegłe i zabawne.

tai_ayutthaya_wat-phanan-choeng_001

Wat Phanan Choeng ważne miejsce pielgrzymkowe w Ayutthaya.

tai_ayutthaya_wat-lokaya-sutharam_lezacy-budda_003

Wat Lokaya Sutharam zdjęcie na tle leżącego buddy.

tai_ayutthaya_wat-lokaya-sutharam_lezacy-budda_004 tai_ayutthaya_wat-lokaya-sutharam_lezacy-budda_001 tai_ayutthaya_slonie_002 tai_ayutthaya_slonie_003 tai_ayutthaya_slonie_004

Pojechanie do Ayutthaya na pół dnia, zobaczenie głowy buddy i paru świątyń w centrum położonych blisko siebie, pustych nieużywanych i niemal identycznych w dodatku o wiele jak na mój gust za drogich nie ma większego sensu. To już lepiej nie jechać wcale. Ciekawsze miejsca są położone dalej od centrum. Z Ayutthaya jedziemy osobowym pociągiem do Bangkoku. Spotykamy w nim tylko nielicznych turystów, nie posiada on klimatyzacji tylko wentylatory pod sufitem, jest czysty i nawet punktualny. Kosztuje gdzieś między 20 a 30 bathów. Wynika z tego że różnica w cenie między usługami dla lokalnych podróżnych a turystów to jakieś jedno zero więcej.