Miesięczne archiwum: Maj 2012

Stambuł 2012

Kiedy po trzech latach ponownie przyjeżdżamy do Stambułu spotyka nas niemiła niespodzianka. Wszystkie hotele z których korzystaliśmy w obrębie Sirkeci przestały istnieć. Został już tylko jeden w którym miejsca są zabukowane przez internet na kilka miesięcy do przodu. Na ich miejscu pootwierały się hostele i nowe hotele z cenami wprost absurdalnymi. Turystyczny kwartał powoli rozszerza się na kolejną dzielnicę. Chodzimy z koszmarnie ciężkimi plecakami zawierającymi liczne zakupy z Urfy i oglądamy przeróżne pokoje. Ceny jak w zachodnioeuropejskich stolicach. Pokój za 100 lirów wygląda naprawdę nieźle, ale jeszcze nie tak dawno spaliśmy w tym mieście za 35, może nie było aż tak ślicznie ale i tak nie spędzamy w hotelu dużo czasu, więc po co tracić na niego tyle pieniędzy. W końcu nocleg po przystępniejszej cenie, chociaż i tak o wiele wyższej niż płaciliśmy poprzednio, udaje nam się znaleźć na Aksaray. Zamieszkujemy w hotelu o wdzięcznej nazwie Zümrüt, czyli szmaragd, z którego korzystają wyłącznie rosyjskie handlarki tekstyliami. Dużo się w nim dzieje. Przez całą dobę, kobiety przewożą windami sterty ubrań, ich pokoje wyglądają jak labirynty w których po sufit są ułożone góry opakowań. Jest jakaś szansa że turystyczna dzielnica prędko tam nie dotrze. Chociaż nie wiadomo. W niektórych miejscach całe ulice są wyburzone i coś nowego budują, wiele jadłodajni i lokant w których jedliśmy, herbaciarni i fryzjerów przestało istnieć. Stambuł który znaliśmy, przez trzy lata dość mocno się zmienił. Nie da się już mieszkać w idealnie położonym a przy tym dość spokojnym miejscu mając pod ręką sklepy, tanie jadłodajnie, mnóstwo opcji transportowych nawet późno w nocy. Wszędzie „idzie nowe”, zastanawiam się co stało się z rozmaitymi właścicielami małych biznesów, które pamięciowo kojarzyłam czy przenieśli się gdzie indziej z własnej woli, bo dostali jakieś sensowne odszkodowanie, czy muszą zaczynać wszystko od nowa. W miejscu gdzie byli po kilkadziesiąt lat, jakiś developer stawia na przykład apartamenty mieszkalne.

Nazajutrz postanawiamy udać się do Eyüp, bo jeszcze nigdy tam nie byliśmy. To ponoć najbardziej konserwatywne miejsce w Stambule, dzielnica położona na końcu Złotego Rogu, w której znajduje się meczet Sultan Eyüp, jedno z dziesięciu najświętszych miejsc islamu. Był to pierwszy meczet wybudowany tuż po zajęciu Konstantynopola przez Turków, bo w roku 1458. Upamiętnia miejsce śmierci Abu Ayyuba al-Ansari ważnego towarzysza i przyjaciela proroka Mahometa, który zginął podczas pierwszego arabskiego oblężenia  Konstantynopola, które zakończyło się porażką i jego ostatnim życzeniem było, by został pochowany w miejscu gdzie zginął. Jego grób został odnaleziony przez Turków oblegających Konstantynopol w roku 1453 podczas wizji jaką miał nauczyciel sułtana Mehmeda Zdobywcy. W pobliżu meczetu wybudowano także medresę, jadłodajnie dla ubogich i hammam. Dzisiaj okolice meczetu wyglądają jak religijny lunapark. Jest kolejka linowa na wzgórze z którego roztacza się widok na cały Złoty Róg, liczne sklepy z dewocjonaliami i widokowe herbaciarnie z najdroższą w Stambule herbatą, wraz z najsłynniejszą Pierre Loti Cafe. Wzgórze nad meczetem to jeden wielki cmentarz. Chowano na nim zasłużonych obywateli, bo to wielki zaszczyt być pochowanym w pobliżu słynnego przyjaciela proroka, który roztaczał nad zmarłymi swoją ochronę, więc stopniowo zagarniał on coraz większe tereny. Kiedy odwiedziliśmy meczet Sultan Eyüp, okazało się że grobowiec Abu Ayyuba al Ansariego jest zamknięty, bo poddawano go właśnie konserwacji,  jednak mieliśmy okazję zobaczyć jak bardzo odwiedzający przeżywają wizytę tutaj, modląc się w „oknie próśb” przez które można zajrzeć do środka grobowca. Miejsce jest na tyle święte że wiele osób składa ofiary ze zwierząt i niechcący trafiamy do miejsca gdzie smutne barany czekają w kolejce do nowoczesnej rzeźni. Wielu Turków których nie stać bowiem na wizytę w Mekce, tutaj może odbyć mały hadż i spełnić wszystkie z nim związane religijne powinności. Pewnie dlatego na większości kramów z dewocjonaliami zakupimy liczne daktyle. Najdroższe są z Arabii Saudyjskiej a najtańsze z Tunezji. Niektóre kosztują niemal fortunę i są bardzo duże. Eyüp to miejsce bardzo autentyczne, odwiedzane także przez zachodnich turystów, ale w przeciwieństwie do Sultanahmet nikt się tu nimi nie przejmuje. Wszystkie sklepy, punkty usługowe i jadłodajnie są przeznaczone dla religijnych muzułmanów, a nie dla ludzi z zachodu. W obrębie Eyüp znajduje się też sporo hoteli, jednak miejsce leży bardzo na uboczu i nie jest dobrze skomunikowane z resztą miasta, więc chyba nie jest to dobra opcja dla osób które chcą dużo się przemieszczać i korzystać z transportu publicznego. Zdecydowanie warto tam pojechać i żeby na spokojnie wszystko zobaczyć z pewnością trzeba na to przeznaczyć co najmniej pół dnia. Ubiór też trzeba przygotować odpowiedni.

tur_stambul_meczet-sultan-eyup_002.jpg

Miejsce jest tak święte że przy okazji uroczystości nawet na zewnętrzny dziedziniec wyłożony jest dywanami.

tur_stambul_meczet-sultan-eyup_001.jpg

Wnętrze meczetu Sultan Eyup.

tur_stambul_eyup-kolejka-linowa_001.jpg

Kolejka linowa na wzgórze na którym znajduje się punkt widokowy.

tur_stambul_eyup-kram-z-rozancami_001

Kramów z dewocjonaliami i daktylami w całej dzielnicy jest bez liku. Ma kto w nich kupować.

tur_stambul_eyup-punkt-widokowy_002.jpg

Punkt widokowy z którego roztacza się widok na cały Złoty Róg.

tur_stambul_eyup-punkt-widokowy_001.jpg

Wszyscy stoją ramię w ramię i rejestrują.

tur_stambul_eyup-park-przy-meczecie_002.jpg

W okolicach meczetu jest ogromna ilość gołębi. Ich karmienie to kolejna turystyczna atrakcja świętego miejsca.

tur_stambul_eyup-park-przy-meczecie_001.jpg

Istnieje duże przyzwolenie na okazywanie sobie czułości pomiędzy przedstawicielom tej samej płci, przy jednoczesnym zupełnym braku przyzwolenia i zrozumienia dla tego samego w wykonaniu płci odmiennych.

W drodze powrotnej z Eyüp odwiedzamy także Katedrę św. Jerzego będącą siedzibą patriarchatu Konstantynopola, świątynię istniejącą od czasów Bizancjum, wielokrotnie przebudowywaną. Znajdują się w niej relikwie św. Jana Chryzostoma. Po upadku Konstantynopola to właśnie w dzielnicy Fanarion zamieszkali greccy mieszkańcy miasta i tu swoją siedzibę znalazła także siedziba patriarchatu. Katedra św. Jerzego była jedynym kościołem nie zamienionym na meczet po tureckim podboju. Od nazwy Fanarion pochodzi słowo fanarioci oznaczające greckich bogaczy i ludzi wpływowych, trudniących się kupiectwem i piastujących przeróżne urzędy, którzy dorobili się sporego majątku i cieszyli się względną autonomią w Imperium Osmańskim. Dopiero w początkach XX wieku większość Greków opuściła Turcję.

tur_stambul_katedra-sw-jerzego_001.jpgtur_stambul_katedra-sw-jerzego_004.jpgtur_stambul_katedra-sw-jerzego_003.jpgtur_stambul_katedra-sw-jerzego_002.jpg

Wieczorem odwiedzamy kilka znanych nam od dawna miejsc i nie możemy się nadziwić jak bardzo ucywilizowały się i zmieniły w stylu zachodnim. Ceny wszystkiego w okolicach turystycznego centrum dość mocno poszły w górę. Pojawiły się zakazy łowienia ryb i wielu innych rzeczy. Miejska przestrzeń w starych dzielnicach  zaczyna być bardziej uporządkowana, niestety tracąc powoli niepowtarzalny klimat.

tur_stambul-blekitny-meczet-koty_001.jpg

Koty na dziedzińcu Błękitnego Meczetu.

tur_stambul-blekitny-meczet_006.jpg

Błękitny Meczet.

tur_stambul_nowy-meczet-yeni-camii_002.jpg

Nowy Meczet Yeni Camii.

tur_stambul_nowy-meczet-yeni-camii_001.jpg

Yeni Camii.

tur_stambul_okolice-mostu-galata_001.jpgtur_stambul_eminonu_lodka_001.jpg

Şanlıurfa 2012

Wizyta w Urfie to moje chyba najintensywniejsze tureckie przeżycie kiedykolwiek. To jak na razie jedyne miasto w Turcji zamieszkiwane w większości przez Kurdów, które odwiedziłam.  W Urfie jest też spora mniejszość arabska. Dzięki temu, doświadczenia z wizyty w tym mieście są nieporównywalne. Urfa znajduje się stosunkowo niedaleko od śródziemnomorskich kurortów, bo 500 kilometrów w tureckiej skali nie jest specjalnie dużą odległością, jednak mentalnie od tureckiej riviery dzielą ją stulecia. Ma to swoje dobre i złe strony. Jest to miejsce na wskroś tradycyjne. Bazar i domy przylegającej do niego medyny oraz starych dzielnic miasta, wyglądają na niezmienione od setek lat. Pojawiły się tylko współczesne elementy dodane, w postaci mocowanych na dachu baniaków do solarnego ogrzewania wody, oraz licznych anten satelitarnych.

tur_sanliurfa_panorama-miasta_001

Taka panorama miasta rozciąga się z twierdzy Kale, według legendy to na tym wzgórzu próbowano stracić Abrahama.

tur_sanliurfa_medyna_001

Dzielnica zwana Medyną przylegająca do bazaru. Tradycyjne domostwa.

tur_sanliurfa_medyna_002

Można się tutaj strasznie łatwo pogubić z powodu mnóstwa wąskich uliczek.

tur_sanliurfa_brama_001 tur_sanliurfa_brama_002

Ludzie nie boją się tutaj ubierać w tradycyjne stroje i niektórzy wyglądają tak, jak mogli by wyglądać i sto lat wcześniej, zdradza ich zazwyczaj jakiś jeden szczegół na przykład telefon komórkowy, czy plastikowa reklamówka. Trudno spotkać z tym mieście kobietę ubraną niezgodnie z zasadami islamu, wszystkie inne mężczyźni pożerają wzrokiem, nawet jeśli noszą zwykłego t-shirta i długie spodnie. Przypuszczam, że byłby to fatalny pomysł ubrać się tutaj w krótkie spodenki lub spódnicę krótszą niż do kostek. Nie spotkamy w Urfie autokarów z  tłumami zachodnich turystów, co najwyżej osoby podróżujące indywidualnie. Miejscowi na bazarze i w dzielnicach starego miasta nie są bardzo przyzwyczajeni do przyjezdnych. Niesamowicie reagują na aparat fotograficzny. Widząc go, zaczepiają, ustawiają się przed aparatem i każą sobie zrobić zdjęcie. Nie wiem o co im z tym chodziło. Przecież wiedzieli że to nie polaroid i z aparatu nie wyskoczy zaraz dla nich odbitka. Po prostu bardzo chcieli  żeby ktoś utrwalił i zabrał sobie ich twarz. Nie dało się spokojnie przejść choćby krótkiego odcinka bo mnóstwo osób zaczepiało i prosiło żeby zrobić im zdjęcie. Istne szaleństwo. Skoro już udało im się namówić obcokrajowca na zrobienie im zdjęcia, zazwyczaj prezentowali się na nim godnie i z szerokim uśmiechem, aczkolwiek nie było miejsca na żadne wygłupy. Patrząc na te zdjęcia, można pomyśleć że to miasto straszliwie zadowolonych ludzi.

tur_sanliurfa_piekarnia_001

Nawet wizyta w piekarni musi skończyć się sesją fotograficzną. Tu zdjęcie grupowe. Następnie były zdjęcia w podgrupach i indywidualne.

tur_sanliurfa_ludzie_015 tur_sanliurfa_ludzie_014
tur_sanliurfa_ludzie_001tur_sanliurfa_ludzie_002tur_sanliurfa_ludzie_003tur_sanliurfa_ludzie_004tur_sanliurfa_ludzie_005tur_sanliurfa_ludzie_006tur_sanliurfa_ludzie_007tur_sanliurfa_ludzie_008tur_sanliurfa_ludzie_010tur_sanliurfa_ludzie_011tur_sanliurfa_ludzie_012tur_sanliurfa_ludzie_013
tur_sanliurfa_ludzie_009

Zarówno kobiety jak i mężczyźni narodowości kurdyjskiej noszą fioletowe chusty, które wspaniale podkreślają ich ciepły kolor skóry. Kiedy kilkakrotnie chcę sobie taką kupić i je mierzę, zawsze okazuje się że mojego koloru skóry ten fiolet wcale nie podkreśla, wręcz przeciwnie wydobywa cienie pod oczami i inne niedoskonałości. Niektóre starsze kobiety na twarzy mają tatuaże, dość powtarzalne, ale chyba nie ma dwóch identycznych. Gdy zapytałam kilku ludzi władających językiem angielskim, co one oznaczają, otrzymałam dwa rodzaje odpowiedzi. Jedni twierdzili, że takie tatuaże nosiły w dawnych czasach tylko zamężne kobiety które pracowały, wychodziły na zewnątrz i nie spędzały całego życia w obrębie domu. Na twarzy za pomocą symboli miały wypisane informacje czym się zajmują, o klanie z którego pochodzą, a także o liczbie  dzieci które urodziły. Inni natomiast twierdzili, że zrobienie takiego tatuażu to wola kobiety, zawiera on informacje o jej przynależności do męża, liczbie dzieci, które urodziła i ma znaczenie ochronne i magiczne nie wiąże się z wykonywaniem przez nie żadnej pracy. Teraz się od tego odchodzi. O konserwatyzmie społeczeństwa Sanliurfy musi świadczyć także fakt, że wszystkie tradycyjnie ubrane kobiety noszą na sobie mnóstwo złota. To ich zabezpieczenie, z którym się nie rozstają. Oszczędności jeszcze nie lokuje się w bankach tylko nosi na sobie.

Do Urfy przyjechaliśmy chcąc obejrzeć ważne miejsca kultu – związane z Abrahamem i Hiobem, dzięki nim nosi ona nazwę „miasto proroków” i jest znaczącym miejscem na religijnej mapie Turcji. Planowo mamy zostać tu jakieś dwa dni. Jest tam jednak tak intensywnie i ciekawie, że zostajemy tam prawie do końca naszego pobytu w Turcji wracając dosłownie na dzień przed wylotem do Stambułu. Dzieje się to oczywiście za sprawą ludzi. Wychodząc rano na miasto i wracając do hotelu późnym wieczorem, można poznać nawet kilkanaście ludzkich historii. Część z nich jest bardzo dobrze opowiedziana, część to zaledwie zlepek kilku znanych przez rozmówcę w obcym języku słów, na szczęście podstawy tureckiego przynajmniej ze słuchu coraz lepiej rozumiem (choć powtórzyć nie jestem w stanie), gorzej jest z kurdyjskim.  Niektórzy zdradzają przyjezdnym najintymniejsze szczegóły, których nigdy nie zdradzili by sąsiadowi, czy rodzinie, przed którymi grają pobożnych muzułmanów. Tak jest zawsze, że najlepiej rozmawia się z nieznajomymi. To niesamowicie wciągające. Historie są do siebie dość podobne. Sporo naszych rozmówców ma dwa życia. Jedno na pokaz dla rodziny i sąsiadów, a drugie prawdziwe mocno skrywane, w którym mogą być sobą i pozbyć się presji bycia idealnym. Jak w każdym mocno religijnym miejscu, hipokryzja ma się świetnie.

Najgorzej jest z tymi, którzy jeszcze na podwójne życie nie mogą sobie pozwolić bo są zależni od rodziców gdyż nie zarabiają swoich pieniędzy, a mianowicie z nastoletnimi wyrostkami. Bardzo religijny klimat miasta w zestawieniu z pokusami współczesnej popkultury wybitnie im nie służy.  Fatalnie zachowują się wobec kobiet, zwłaszcza obcych. Miałam z nimi kilka nieprzyjemnych sytuacji. W tej najmniej przyjemnej wyrostek uciekł  nie zdążywszy zarobić ode mnie w twarz, czego do dzisiaj żałuję, bo myślę że taka terapia podziałała by na niego trzeźwiąco.  Pozostali ludzie na szczęście  nadrabiają te drobne minusy swoją gościnnością i serdecznością. Ciągle tylko pijemy herbatę za herbatą. Starają się też polecić nam różne miejsca do dalszej jazdy, ostrzec przed niebezpieczeństwami, i ujawnia to animozje pomiędzy nimi. Turcy przestrzegają nas żebyśmy nie jechali do Diyarbakır, bo to miasto jest złe na wskroś i na pewno nas tam obrabują. Kurdowie twierdzą coś zupełnie przeciwnego. Mówią że trzeba jeździć po terenach kurdyjskich i wcale nie przejmować się propagandą jaką zły turecki rząd stara się szerzyć, a prawdziwe zło czai się w Stambule gdzie można zostać okradzionym na każdym rogu. Wszyscy ostrzegają się przed sobą nawzajem. Pod bardzo religijną, piękną i uładzoną skorupką kryją się mocne antagonizmy, namiętności i sekrety.

Jednak zarówno Kurdowie jak i Turcy zgodnie odwiedzają dwa ważne pielgrzymkowe miejsca w mieście. Pierwsze z nich – ważniejsze, to Gölbasi na terenie którego znajduje się Balikgol – jezioro pełne świętych karpi. Miejsce to związane jest z prorokiem Abrahamem i złym królem Nemrutem (Nimrodem), który chciał ukarać go za nieokazywanie szacunku starym bożkom. Król nakazał by Abrahama spalono na stosie. Bóg stanął w obronie swojego proroka. Zamienił ogień w wodę, a rozżarzone węgle w ryby. Abraham został zmieciony podmuchem wiatru z górującego nad miastem wzgórza na którym odbywała się jego egzekucja. Nic mu się nie stało gdyż opadł na różane krzewy. W miejscu w którym to się stało, stoi obecnie meczet Halilur Rahman Camii z XIII wieku wybudowany w stylu osmańskim. Do Balikgol przylega Dergah – jaskinia w której Abraham miał się urodzić z osobnymi wejściami dla kobiet i mężczyzn. Legenda o jego narodzinach mocno przypomina dzieje narodzin Chrystusa. Całość ma niesamowitą atmosferę jakby panowało tutaj nie kończące się święto. Czas płynie zdecydowanie wolniej niż na zewnątrz kompleksu. Pielgrzymi leniwie przetrząsają stragany z pamiętkami, każdy mężczyzna i niektóre kobiety obowiązkowo nabywają kefiję (znaną w Polsce pod dziwną nazwą arafatka) która jest najpopularniejszą pamiątką ze świętego miejsca, symbolem odbytej pielgrzymki. Niestety nie udało mi się dogadać z nikim kto by mi wyjaśnił, dlaczego właśnie ta chusta jest symbolem pielgrzymki do Urfy.

tur_sanliurfa_balikgol_002

Każdy pielgrzym musi obowiązkowo nakarmić święte karpie, których nie wolno łowić, bo wędkarza spotkać za to może kara boża.

tur_sanliurfa_balikgol_001

Święte karpie są olbrzymie i tłuste, żyją sobie szczęśliwie nie wiedząc o istnieniu polskiej wigilii i węgierskiej zupy halaszle.

tur_sanliurfa_balikgol_003

Widok mężczyzn trzymających się za rękę i spokojnie spacerujących po kompleksie nikogo nie dziwi.

Kolejnego dnia postanawiamy odwiedzić Eyyübiye. Muzułmanie wierzą, że to właśnie w tym miejscu znajduje się jaskinia, w której cierpiał (biblijny i koraniczny) prorok Hiob, wystawiony na próbę przez Boga. Eyyüp Pergamber to miejsce gdzie spędził on siedem lat, podczas których Iblis zabrał mu majątek i doświadczył go trądem. Nie zachwiało to jednak jego wiary i po tym czasie Bóg uratował swojego proroka i przywrócił mu zdrowie i dawną pozycję. Pielgrzymi przychodzą w to miejsce prosić o cierpliwość oraz nabrać wody ze świętego źródła, która ma leczyć wszelkie choroby. Do jaskini schodzi się kilka metrów pod ziemię. Na przemian wchodzą do niej grupowo raz kobiety, a raz mężczyźni, żeby nie przydarzyło się nic nieodpowiedniego. Pod ziemią jest duszno i ciasno i nie da się wysiedzieć zbyt długo, kobiety zachowują się ekstatycznie. W kompleksie znajduje się też przepiękny, wyłożony ceramiką meczet. Dalej rozciągają się luźno zamieszkałe tereny, ziemia ma niesamowity czerwonawy kolor. Nagle robi się niezły zamęt. Do kompleksu przyjeżdża wycieczka całkowicie zeuropeizowanych Turków z Ankary. Wszędzie pełno kobiet w spodniach i z gołymi głowami, w podkoszulkach z tatuażami, piercingiem i włosami obciętymi na jeża. Zachowują się jak na fotograficznym safari w jakimś skansenie, ich lustrzanki nieustannie klikają. Miejscowi chętnie pozują im do zdjęć. Jedyna rzecz jaką mają wspólną to język.

tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_004

Meczet Eyyübiye, wyłożony przepiękną ceramiką.

tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_001 tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_002

tur_sanliurfa_meczet-eyyubiye_003

Bazar w Urfie zasługuje niemal na osobny wpis. Kupimy tutaj rękodzieło wykonywane na potrzeby lokalne, a nie z myślą wyłącznie o turystach jak ma to miejsce na przykład na Starym Bazarze w Stambule. Miasto słynie z wyrobów metaloplastycznych, jedwabiu i papryki zwanej Urfa Biber. Kupimy tutaj suszone niekonserwowane siarką morele z Malatyi, zjemy cig kofte – przepyszne grillowane jagnięce podroby, zawinięte w cienki arabski chleb.

tur_sanliurfa_metaloplastyka_001

Na środku taca z tradycyjnym wzorem z Urfy ze świętymi karpiami. Po lewej przedstawienie Szahmeran –  dobrej i mądrej królowej węży występującej w legendach całej Anatolii.

tur_sanliurfa_stragan-z-papryka_001

Papryka z Urfy jest wyjątkowa w skali całej Turcji i występuje jako osobna przyprawa.

Hatay 2012

Po niespełna trzech latach od ostatniej wizyty jesteśmy w Turcji po raz trzeci z zamiarem pojechania nieco dalej niż ostatnio. Jako że samolot do Stambułu mamy o dogodnej godzinie, bez przesiadek i nic się nie spóźnia, decydujemy się na pojechanie na Otogar i kupno biletów na nocny autobus. Rozstrzał miejscowości do których chcemy pojechać jest spory od Malatyi i Gizantep poprzez Sanliurfę i Hatay. Na dworcu autobusowym oddajemy się w ręce autobusowych naganiaczy, którzy bombardują nas swoim niezłomnym tureckim marketingiem i to nie my z nimi, ale oni o nas się targują. Wybieramy ofertę jednego z nich na nocny autobus do Antakyi czyli Hatay, nie pakujemy się do niego od razu, tylko idziemy jeszcze coś dobrego zjeść i przez to cena transportu jeszcze spada, bo robi się bardziej „last minute”. Na widok autobusu dosłownie opadają nam szczęki. Przez trzy lata stały się jeszcze bardziej wypasione. Teraz każdy fotel ma własny ekran dotykowy i entertainment jak w samolocie i można do upadłego oglądać tureckie opery mydlane i superprodukcje z Hollywood.

tur_autobus_ekrany-w-fotelach_001

Nigdy nie zapomnę pierwszego kontaktu z tureckimi autobusami. Po poniewierce po ukraińskich wertepach w (skądinąd przez sentyment dość miło teraz wspominanym) ukraińskim autobusie z Przemyśla do Suczawy, a następnie nieco mniejszej ale także poniewierce pociągiem z Suczawy do Bukaresztu z całą galerią żebraków, Cyganów i grajków, po dwu dniach spędzonych w stolicy Rumunii wsiadamy do autobusu firmy Toros do Stambułu. Nie spodziewamy się po nim niczego szczególnego, jednak powoduje on u nas mocny szok kulturowy. Najpierw zamówiona przez firmę taksówka zawozi nas z  biura w centrum do poczekalni na obrzeżach miasta. Z zewnątrz nie wygląda to szczególnie. Wchodzimy z bukaresztańskiego bezładu i chaosu i widzimy: klimatyzowaną niemal sterylną poczekalnię, z super czystymi łazienkami, stanowiskami z kawą, herbatą, lemoniadami. Ktoś zabiera nam bagaże i ładuje do luku żebyśmy się przypadkiem nie zmęczyli. Wskazują nam nasze numerowane miejsca. Wsiadamy do ekstremalnie czystego autobusu ze stewardami jak w samolocie, którzy zaczynają swoją pracę od polania gościom wody kolońskiej na ręce by mogli się odświeżyć. Następnie z regularnością co 2-3 godziny poją nas lodowato zimną wodą, robią herbatę albo kawę, dają ciastka i lody, co kilka godzin zatrzymują się na parkingach. Po postkomunistycznym transporcie Ukrainy i Rumunii jesteśmy strasznie skołowani. W kraju w którym benzyna jest tak droga, nocą na drogach szybkiego ruchu praktycznie nie ma osobówek. Suną tylko niezliczone ciężarówki wyprzedzane przez futurystyczne autobusy wysokie jak wieże oblężnicze. Parkingi dla takich autobusów są lepiej wyposażone niż niejedno prowincjonalne lotnisko, na każdym obowiązkowo jest meczet lub sala modlitw, osobno dla mężczyzn i kobiet, plac zabaw dla dzieci, mnóstwo różnych całodobowych sklepów i jadłodajni.

Kiedy w południe następnego dnia wysiadamy w Hatay, nie jesteśmy strasznie sponiewierani mimo autobusu, samolotu i kolejnego autobusu, bo w tym tureckim można całkiem wygodnie się wyspać. Kiedy w Hatay przesiadamy się do busika żeby dojechać do centrum miasta, w wyniku skomplikowanej układanki po to, by obcy mężczyźni nie siedzieli obok obcych kobiet, obok mojego małżonka siada tradycyjnie ubrany młody mężczyzna z brodą, który jest na tyle religijny, że kompletnie mnie ignoruje, z dumą opowiada mu (nam) po angielsku, że jest z Libii i właśnie jedzie do Syrii by prowadzić tam szkolenia z dżihadu. Oprócz niego nikt z pasażerów się do Syrii nie wybiera. Taksówkarze niegdyś żyjący z podwożenia turystów z Hatay do syryjskiej granicy stoją i się nudzą, ewentualnie pytają nas w żartach czy może chcemy pojechać sobie postrzelać. Zresztą prowincja Hatay przyłączona do Turcji została dopiero w 1939 roku na mocy referendum.  Rok wcześniej odłączyła się od Syrii i próbowała być osobnym państwem. Widać że jest tu inaczej niż w Turcji chociażby z powodu kuchni, czy ruchu ulicznego. Wszyscy jeżdżą jak kompletni szaleńcy nieobliczalnie szybko i bez pojęcia – nieważne którą połową drogi byle do przodu, nie licząc się z tym czy ktoś inny jedzie blisko za lub przed nim. Bez ostrzeżenia zmienia się tu pasy, wyjeżdża pod prąd chcąc włączyć się do ruchu po przeciwnej stronie. Z wyposażenia samochodu używa się tutaj pedału gazu i klaksonu a urządzenia takie jak kierunkowskaz czy lusterka wsteczne są absolutnie nieznane i niepotrzebne. Nawet przejście przez ruchliwą ulicę dostarcza niezapomnianych wrażeń bo znajdując się na pasie ruchu samochodów jadących w jedną stronę można zostać przejechanym przez zabłąkany pojazd jadący pod prąd, który jeszcze na nas trąbi ze świętym oburzeniem. Co by nie mówić na tureckich kierowców, dla mnie w ich jeździe zawsze jest pewien rozsądek, jakaś logika i nigdy nie czuję zagrożenia. Może jeżdżą szybko i drapieżnie, ale pewnie i przewidywalnie. Ale nie w Hatay, tutaj przez pół godziny można przedefiniować sobie wszystkie prawa ruchu drogowego. Nie odważyłabym się prowadzić tutaj samochodu.

W pierwszy dzień mamy siłę jedynie na wycieczkę do ogromnego miejskiego parku, który tętni życiem. Chodzimy też trochę po mieście w nocy i nocnego życia w nim nie ma, chociaż niedaleko naszego hotelu jest lokal na którym napisane jest pub i leci rockowa muzyka. Oprócz niego wszystko dość szybko się zamyka jak na głęboką prowincję Turcji przystało. Jedynymi czynnymi do późna lokalami są cukiernie sprzedające lokalny specjał Künefe (bo Hatay to miasto słynące z najlepszego w całej Turcji Künefe). Oglądamy też witrynę pewnego fotografa u którego można zamówić sobie horrorystycznie wyglądający dywanik ze ślubnym zdjęciem. Kolorystyka tych dywanów bardzo przypomina kolory mozaik, które nazajutrz mamy obejrzeć i nie mogę oprzeć się wrażeniu że to taka współczesna mozaika dla ubogich.

tur_hatay_park-miejski_001 tur_hatay_park-miejski_002 tur_hatay_park-miejski_003 tur_hatay_park-miejski_004

tur_hatay_park-miejski_sprzedawca-waty-cukrowej_001 tur_hatay_witryna-u-fotografa_001
tur_hatay_miasto-noca_002 tur_hatay_miasto-noca_001 Następnego dnia odwiedzamy muzeum rzymskiej mozaiki. W czasach imperium rzymskiego miasto nazywało się Antiochia i było stolicą rzymskiej prowincji Syrii oraz jednym z najważniejszych centrów kulturalnych, handlowych, politycznych i religijnych całego basenu Morza Śródziemnego. Właśnie w tym czasie powstawały tutaj arcydzieła sztuki mozaiki. Po dostaniu się w ręce Turków w XIII wieku miasto bardzo mocno straciło na znaczeniu i stało się głęboką prowincją. Zawsze wydawało mi się że mozaika nie jest specjalnie ciekawa, ponieważ oglądałam jedynie współczesne prace wykonane tą techniką. Zdanie można zmienić oglądając takie z czasów rzymskich i bizantyjskich. Z bliska przypominają dość bezładną układankę. Z daleka układają się w bardzo precyzyjny obraz, z którego możemy odczytać na przykład wyraz twarzy osoby którą ona przedstawia. Widać że jej twórcy musieli wiedzieć sporo o zasadach jakie rządzą ludzkim widzeniem. Musieli mieć też świetną znajomość materiałów z których je tworzyli, mimo ubogiej palety kolorystycznej udawało się im uzyskiwać czytelny i wyrazisty obraz. Szkoda że współcześni twórcy mozaiki nie są w stanie dorównać tym z czasów starożytnych.

tur_hatay_muzeum-mozaiki_001 tur_hatay_muzeum-mozaiki_004 tur_hatay_muzeum-mozaiki_003 tur_hatay_muzeum-mozaiki_002

Kolejnego dnia wybieramy się na przedmieścia Hatay, pod pretekstem obejrzenia kościoła zwanego Grotą Apostoła Piotra. Nie wiemy nawet czy będzie otwarte. Wstęp do niego okazuje się zdecydowanie nie wart swojej ceny i spokojnie mogliśmy sobie wchodzenie tam odpuścić. W międzyczasie zabytek zostaje zaatakowany przez hordę turystów z Korei, którzy właśnie dorośli do poziomu ekonomicznego Japończyków sprzed kilku dekad. Zaczynają jeździć po świecie nie umieją się jeszcze zachować. Turyści Japońscy przez lata zmienili się i już nie przypominają zahukanych osób pędzonych parami z kamerą w jednej i aparacie fotograficznym w drugiej dłoni rejestrujących wymarzony urlop w czasie rzeczywistym, no może jeszcze czasami można kogoś takiego spotkać. Ci dzisiejsi bardziej przypominają post-turystów, coraz częściej jeżdżą indywidualnie choć na miejscu zawsze korzystają z lokalnych przewodników i prywatnego transportu. Koreańczycy są w takim stadium jak Japończycy 20 lat temu strasznie hałaśliwi, żądni wrażeń cały czas robią zdjęcia najtańszymi kompaktami jakby znajdowali się na fotograficznym safari.

tur_hatay_przedmiescia_001

Przedmieścia Hatay wyglądają rewelacyjnie. Kończy się miasto i nagle zaczynają pionowe skaliste góry.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_001

Kościół zwany Grotą Apostoła Piotra.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_003

Nagły atak koreańskiej wycieczki.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_002

Z zewnątrz oszpecony metalowymi barierkami i płotami.

tur_hatay_kamienica_001

A to już kamienica w centrum Hatay, uwielbiam takie.

W ten dzień w centrum Hatay odwiedzamy także lokalnego mistrza hummusu, bo miasto słynie także z tej potrawy Sposób w jaki robi i podaje nam hummus opisuję w tym poście. Normalnie w Turcji nie tak prosto zjeść hummus, ale tutaj panują bardziej syryjskie tradycje kulinarne, co widać w jakiejkolwiek jadłodajni, do której pójdziemy. W daniach jest mnóstwo dość ostrej mięty (ta nasza polska przeważnie się do niej nie umywa), cytryny i małych ale nawet jak na mój gust bardzo ostrych zielonych chili w occie winnym. Jeśli komuś jest mało, do każdej potrawy jaką zamówimy podawany jest gratis talerz pełen dodatkowych cytryn mięty i chilli. Ludzie zagryzają miętą każdy kęs potrawy i wyglądają jak króliki.

tur_hatay_mistrz-hummusu_003

Mistrz hummusu w swoim królestwie.

tur_hatay_dodatki do-obiadu_001

A to standardowy zestaw przypraw jaki dostaniemy do jakiejkolwiek zamówionej potrawy w tym mieście. Obok stoi ayran.