Miesięczne archiwum: Czerwiec 2012

Tawangmangu 2012

Do Tawangmangu jedziemy z Solo okropnie wyglądającym autobusem, którym podróżowało się dokładnie tak jak można się było tego spodziewać widząc go – pod tym względem nie zawiódł nas ani trochę. Pocieszam się, że to podmiejski transport na prowincji i dlatego nie wygląda najlepiej, a wszystkie inne z pewnością będą chociaż odrobinę lepsze (nie będą). Teoretycznie podróż powinna trwać jakieś dwie godziny bo nie jest daleko, ale trwa dwa razy dłużej. Wszystko to za sprawą znacznego przeładowania autobusu. My na szczęście siedzimy (w gęstych oparach kreteków) bo wsiedliśmy na pierwszym przystanku, za to całe grono ludzi zwisa na poręczy, zderzakach, za oknem i szczelnie wypełnia jakąkolwiek wolną przestrzeń w autobusie. Pozytywne jest tylko to, że Jawajczycy nie dysponują autobusami z możliwością siedzenia na dachu. Autobus charczy okropnie i ledwie się toczy pod górę. Moglibyśmy też pewnie tam pojechać na jednodniową wycieczkę minibusem z Yogyakarty, oszczędzając sobie indonezyjskiego transportu.  Zaliczyć wszystkie atrakcje w jeden dzień.  Jednak po Tajlandii takich wycieczek zupełnie mi się odechciewa. Spędzamy w Tawangmangu kilka dni i jest to bardzo dobra decyzja, bo wspaniale można tam odpocząć, miasteczko jest nieźle przygotowane, bo to miejsce weekendowych wypadów dla mieszkańców Solo i Yogyakarty. Natomiast zupełnie nie ma tam atrakcji dla europejskich turystów, ani jednego hostelu, knajpy w rodzaju pubu, wszystkie atrakcje są dla miejscowych. Zatrzymujemy się w miejscu o dumnym słowie „resort” w nazwie, z mniej lub bardziej zrujnowanymi domkami dość blisko dworca autobusowego. Najpierw zajmujemy zrujnowany domek, po czym przeprowadzamy się do droższego mniej zrujnowanego. To nie weekend tylko środek tygodnia, więc resort zamieszkują z nami jedynie bardzo nieliczni Indonezyjczycy. Obsługa nie mówi w żadnym obcym języku. Na drugi dzień rano po okropnych porannych fałszach dobiegających z blisko położonego meczetu, ktoś grubo przed siódmą się do nas dobija. Nie chce nam się wstawać, zresztą to chyba jakaś pomyłka, bo kto i czego mógłby od nas chcieć o siódmej rano, skoro wiedzą, że mamy zostać kilka dni. O dziewiątej kiedy otwieram drzwi okazuje się, że to śniadaniowy zestaw nasi goreng i herbatka, przykryty talerzami przed muchami całkiem już wystygł. Śniadania wydaje się tutaj po porannej modlitwie, jak więc spać do ósmej, skoro ciepły i całkiem jadalny  posiłek przepadnie. I tak już było w każdym kolejnym hotelu. W koszt noclegu miało się wliczoną pobudkę mniej więcej o wpół do siódmej rano na śniadanie.

Najpierw idziemy zobaczyć najbliżej położoną atrakcję, czyli wodospad, znajdujący się w tej samej miejscowości. Trzeba kupić bilety wstępu, by móc go zobaczyć, w dodatku obcokrajowcy płacą więcej. Koło wodospadu najpierw rozmawiamy dłuższą chwilę z pewnym nauczycielem, po czym okazuje się, że jest tam istny tłum szkolnych wycieczek i jedno dziewczę pyta nas nieśmiało czy może zrobić sobie z nami zdjęcie. Może. No to po chwili ustawia się cała klasa. Niemal każdy nastolatek wyposażony jest w telefon Blackberry bo miłość Jawajczyków do tej marki pozostaje niewyjaśniona. Każdy komu chociaż odrobinę lepiej się powodzi ma telefon komórkowy którym co chwilę robi zdjęcia, (głównie sobie) a wyznacznikiem prestiżu i bycia na czasie jest właśnie posiadanie telefonu tej marki. Pozowanie chwilę trwa zanim każdy telefon Blackberry zdąży zarejestrować naszą obecność. Po chwili ustawia się kolejna klasa. Zanim zdążymy cokolwiek powiedzieć przekazują nas sobie z rąk do rąk jak pakunki. Całe szaleństwo trwa chyba ponad godzinę, po klasach w wieku nastoletnim, przyszły te z małymi dziećmi, a następnie uczniowie szkół koranicznych w muzułmańskich czapeczkach. Gdybyśmy zaczęli od nich zbierać chociaż po tysiąc rupii za zdjęcie, moglibyśmy zostać rupiowymi milionerami. Początkowo jeszcze mieliśmy szansę zamienić jakiekolwiek dwa słowa z naszymi współpozującymi, potem szło to już zupełnie taśmowo, bo kolejeczka ustawiła się pokaźna a każdemu śpieszyło się do autokarów. Mieliśmy z pozowaniem tyle roboty, że w końcu nie kazaliśmy sobie zrobić zdjęcia z żadną klasą moim aparatem i jako jedyni nie mamy z tego wydarzenia żadnej pamiątki. Sam wodospad jest imponujący, ale jego otoczenie zostało strasznie oszpecone przez barierki i betonowe umocnienia. Mimo tabliczek z zakazami wchodzenia pod wodospad i licznymi groźbami wszyscy włażą tam gdzie nie trzeba, żeby ładnie wyjść na zdjęciu w swoim Blackberry. Widać że wyobraźnia i zdolność przewidywania nie są  najmocniejszą stroną Indonezyjczyków. W dziecinnym podejściu do „atrakcji” przypominają Chińczyków.

ind_tawangmangu_wodospad_001.jpgind_tawangmangu_wodospad_002.jpg

Kolejnego dnia postanawiamy przejść się asfaltową drogą, pooglądać jak wygląda życie na wsi i tarasowe uprawy warzyw i ryżu. Naszym celem jest świątynia Candi Sukuh. Idzie się do niej kilka kilometrów ale mniej niż 10 (google maps twierdzi że 8,5 ale nie wiadomo czy szliśmy dokładnie tą trasą, którą pokazuje). Jest bardzo gorąco i parno i w drodze powrotnej mam na prawdę dosyć, zwłaszcza że droga cały czas wznosi się i opada. Mimo to warto było pójść na piechotę. Górskie świeże powietrze, cisza, brak samochodów, (bo droga za wąska) ludzie pieszo bądź motorami transportują jakieś zielsko dla zwierząt. Wszyscy nas pozdrawiają więc my ich też. Wymieniamy bardzo podstawowe uprzejmości w języku Bahasa (więcej nie umiemy), siedzimy też chwilę pod wiejskim sklepem (jeszcze od biedy umiemy powiedzieć że jesteśmy z Polski, co dziwne większość naszych rozmówców, zwłaszcza ci spotkani pod wodospadem, wiedziało gdzie jest Polska. Ciekawe ilu Polaków potrafiłoby pokazać dokładnie na mapie Indonezję?). W porównaniu z rozsypującym się na kawałki, zakurzonym, brudnym Solo,  gdzie o wspólną przestrzeń nie dba nikt, wieś wygląda pięknie. Domy są bardzo zadbane, nawet śmieci zbyt wielu nie ma. Ludzie są niesamowicie kontaktowi, uprzejmi i ciekawi obcych przybyszów.  Widać że żyje im się nieźle, i że mają dużo pracy na polu. Strasznie to kontrastuje chociażby z właścicielami rowerowych rikszy w Solo którzy w swoim miejscu pracy żyją całą dobę, co noc śpiąc na tylnym siedzeniu na zakurzonej, głośnej i brudnej ulicy, czy z tłumem sprzedawców na dworcu autobusowym, którzy przez cały dzień sprzedają paczkowane orzeszki za 1000 rupii. Najgorzej mają chyba jednak uliczni grajkowie, których jest całe mnóstwo, ciekawe czy są w stanie zarobić swoim graniem na jakikolwiek posiłek. Jawa jest ekstremalnie przeludniona i dla wielu osób niestety zajęcia nie ma. Jak się później dowiadujemy po rozmowach i Indonezyjczykami kraj tak bardzo kocha swoich obywateli, że niezbyt chce wypuszczać ich za granicę i wyjechać mogą tylko ludzie bogaci. Jedynym wyjątkiem wydaje się być opcja wyjechania do pracy do krajów półwyspu arabskiego. Po drodze spotykamy parę Szwajcarów idących w przeciwną stronę, którzy też postanowili się przejść tak jak my, oprócz tego przez cały czas byliśmy sami.

ind_okolice-tawangmangu_wiejskia-droga_001.jpgind_okolice-tawangmangu_babanowiec_001.jpg

ind_okolice-tawangmangu_wiejskie-uprawy_004.jpgind_okolice-tawangmangu_wiejskie-uprawy_003.jpgind_okolice-tawangmangu_wiejskie-uprawy_002.jpgind_okolice-tawangmangu_wiejskie-uprawy_001

 W końcu dochodzimy do świątyni, gdzie rzuca się na nas tłum nudzących się młodych mężczyzn proponujących nam „becak” czyli przejazd na tylnym siedzeniu ich motoru (z powrotem, albo do drugiej dalej położonej świątyni). Na zboczu nieczynnego wulkanu Gunung Lawu takich świątyń było kilkanaście. Candi Sukuh położona jest na zachodnim zboczu góry, na wysokości 910 metrów. Ukończono ją prawdopodobnie w roku 1437, jako jedną z ostatnich, gdy królestwo Majapahit  powoli chyliło się ku upadkowi. Niedługo potem islam stał się na Jawie panującą religią i Candi Sukuh zniszczyli gorliwi islamscy neofici. Ruiny świątyni odkrył brytyjski gubernator Jawy, późniejszy założyciel Singapuru Sir Tomas Raffles (podczas jego panowania pierwszy raz próbowano skatalogować i opisać jej zabytki) w roku 1815 i opisał wiele przykładów zniszczeń i dewastacji. Prawie wszystkie posągi pozbawiono głów, wiele rzeźb całkowicie zburzono. Konserwacja świątyni i prace archeologiczne rozpoczęły się  100 lat później. Świątynia ma konstrukcję trzypoziomowej trapezoidalnej piramidy, jest zupełnie unikatowa, nie przypomina żadnej innej świątyni wybudowanej na Jawie. Ma za to wiele wspólnego z architekturą Majów i jest to wielka nierozwiązana do dzisiaj tajemnica, skąd wziął się pomysł na jej konstrukcję. U samego dołu znajdują się ogromne żółwie (przypuszcza się że były ołtarzami ofiarnymi) reprezentujące wieczność i świat podziemny, piramidę uważa się za symbol świata, a na jej szczycie znajdował się wysoki na 1,8 metra lingam reprezentujący jego esencję, oraz będący przedstawieniem boskości. Spośród licznych płaskorzeźb wiele jest o tematyce erotycznej, dlatego Candi Sukuh uważana jest za najbardziej erotyczną świątynię Jawy. Niektóre płaskorzeźby są w swej tematyce bardzo podobne do tybetańskich przedstawień tantrycznych, które też spotkamy na Jawie tylko w tej świątyni.

ind_candi-sukuh_001.jpg

ind_candi-sukuh_004.jpgind_candi-sukuh_003.jpgind_candi-sukuh_plaskorzezba_001.jpgind_candi-sukuh_plaskorzezba_002.jpg

ind_candi-sukuh_widok_001.jpg

Taki widok roztacza się z samego szczytu świątyni.

W drodze powrotnej chcemy coś zjeść w miejscowości położonej poniżej Candi Sukuh, którą mijamy po drodze w obie strony. Niestety lokalne warungi wyglądają po prostu paskudnie, bo to mała prowincjonalna wioska. Latają w nich tabuny much i jest bardzo brudno a potrawy nie wyglądają na zbyt świeże. Lepiej nie planować tam posiłku. Pobyt w Tawangmangu upłynął nam pod znakiem niebywałych odkryć kulinarnych. Indonezyjczycy kochają torty ze sztucznych składników i w bardzo jaskrawych kolorach, które obowiązkowo kupują na przykład z okazji czyichś urodzin. Im więcej barwników i sztucznych dodatków tym tort piękniejszy, zresztą w takiej temperaturze, to może nawet dla nich lepiej. Oprócz kiczowato kolorowych tortów, pieczone produkty zbożowe są bardzo rzadko przez nich jedzone, a zwyczaj wziął się pewnie z oglądania zagranicznej  telewizji. Wygląd może takie torty mają jak gdziekolwiek indziej na świecie, ale… tylko na indonezyjskiej prowincji można spotkać tort z polewą czekoladową posypany obficie…żółtym serem. Połączenie czekolady z wyjątkowo sztucznym żółtym serem to mieszanka tak piorunująca, że niedobrze mi się robi na samo wspomnienie, bo dane mi było doświadczyć tego na własnej skórze. Indonezyjczycy spożywają takie dobra jak gdyby nigdy nic. Jest to kolejna  cecha w której widać ich podobieństwo do Chińczyków. W Chinach widziałam bułki z parówką (na wzór hot dogów) grubo polane lukrem. Jednak czekolada z żółtym serem to chyba kilka poziomów azjatyckiego kulinarnego wtajemniczenia głębiej. Drugie nieco normalniejsze jedzeniowe odkrycie to lokalny przysmak – chipsy z różnych warzyw smażone w wielkim woku, którymi pewnego wieczora postanowiła nas poczęstować pewna nastolatka w hidżabie, za rękę zaciągając mnie do swojego straganu i po kolei częstując wszystkimi ich rodzajami. Wyglądało to jak badanie rynku na temat dlaczego Europejczycy nie kupują naszych czipsów? Chipsy robi się tam ze wszystkiego od bananów po buraka, najlepsze wychodzą im ze słodkich ziemniaków bo bardzo pasują do tłuszczu palmowego na którym są smażone. Wytwórcy czipsów sprzedają swoje wyroby w pobliżu autobusowego dworca i ten specjał kupują lokalni turyści. Indonezyjczycy tak samo jak Malajowie kochają wszelkiej maści prażynki które spotkamy w dużej ilości dań. W Tawangmangu królują czipsy.

 W weekend pod naszym domkiem rozkładają się sprzedawcy satayów, którzy przychodzą z małym blaszanym pudełkiem z żarzącymi się węglami, i kawałkami kurczaka nadzianymi na szpadkę okrytymi siatką przed muchami i siedzą tak do czasu aż ktoś czegoś od nich nie kupi. Każdy usiłuje  zarabiać pieniądze jak może, a podobnych sprzedawców jest mnóstwo. Początkowo planujemy wybrać się nocą na szczyt Gunung Lawu, która była świętą górą hinduistów, w weekendy jest to ponoć popularna rozrywka. Jednak zostawiamy sobie to na raz następny, bo jeśli tylko będę kiedyś na Jawie to bardzo chętnie wrócę do Tawangmangu, bo jest tutaj przepięknie i bardzo normalnie. Świetnie nadaje się do tego by odpocząć od miejskiego brudu chaosu i zgiełku. Ludzie  zajmują się swoimi sprawami, pracują na roli a turyści nie są im do niczego potrzebni.

Kolejnego dnia jedziemy kilkanaście kilometrów w górę do miejscowości Sarangan żeby obejrzeć jezioro położone na ponad 1200 m. n.p.m. i przejść się do kolejnego wodospadu, którego otoczenie to jeden wielki beton. Na tej wysokości jest już nieźle zimno, mimo tego Indonezyjczycy z którzy szli z nami do wodospadu bez wahania kąpią się w nim i ponoć senior rodziny robi tak co roku, dla zachowania zdrowia i tężyzny fizycznej. Bardzo dziwią się czemu nie chcemy się wykąpać z nimi, skoro w zimie mamy zimniej niż oni. Nie wiedzą jednak, że Europejczycy w większości wychowani są w cieplarnianych warunkach centralnego ogrzewania, za to indonezyjskie mandi potrafi prawdziwie zahartować człowieka przeciw trudom codziennego życia. Miejscowość jest kolejnym muzułmańskim kurortem w którym nie spotkamy atrakcji dla europejskich backpackersów, jeśli więc pragniemy odpocząć od tego typu turystyki, pobyć z lokalnymi ludźmi jest to miejsce idealne, bo noclegów jest mnóstwo i na pewno coś da się znaleźć.  Dookoła jeziora rodziny statecznie spacerują, jedzą, śmiecą, a po wodzie na skuterach wodnych szaleją młodzi mężczyźni. Dzieciarnia korzysta z przejażdżki na koniu. Dookoła jeziora rozmieszczonych jest wiele hoteli i ośrodków. Można podziwiać przykłady szpetnej hotelowej architektury i betonowych konstrukcji w otoczeniu gór i zieleni.

ind_sarangan_jezioro_001.jpg

Sarangan, jezioro położone na 1200 m.n.p.m. Lokalna atrakcja turystyczna.

ind_sarangan_krajobraz_001.jpg

Pogoda tego dnia była niepewna. Można było oglądać chmury przebijające się na drugą stronę Gunung Lawu.

ind_sarangan_krajobraz_002.jpg

Ale jak czasem wyszło słońce było na co popatrzeć.

ind_sarangan_krajobraz_003.jpg
ind_sarangan_przejazdzka-na-koniu_001.jpg

Szczytem atrakcji jest przejażdżka na koniu.

ind_sarangan_sataye_001.jpg

I zjedzenie satayów.

ind_sarangan_sataye_002.jpgind_sarangan_wodospad_001.jpgind_sarangan_wodospad_002.jpg

Surakarta (Solo) 2012

Zacznijmy od tego, że pobyt w tym mieście ogólnie mi się podobał. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że kiedykolwiek stwierdzę coś takiego. Podczas pobytu na indonezyjskiej prowincji nieustannie narzekałam na: zawsze zimną wodę w zawsze obślizgłym i porośniętym glonami mandi, okrutnie brudne jadłodajnie z lepką podłogą, lepiącymi się od brudu stolikami i stertą śmieci leżącą pod nogami. Koszmarne warunki do poruszania się pieszo po mieście – prawie zupełny brak chodników (z wyjątkiem głównej ulicy w mieście Jalan Slamet Riyadi) i zawsze występująca możliwość zostania przejechanym przez jakiś jadący poboczem albo chodnikiem motor. Narzekałam jeszcze na wszechobecne goździkowe papierosy palone przez wszystkich, wszędzie i chyba od kołyski, oraz na irytujących właścicieli riksz którzy non stop nas zagadywali. Poza tym cała reszta była po prostu świetna – naprawdę. Przylecieliśmy tu, bo bilety na samolot linii Air Asia z Kuala Lumpur były zdecydowanie najtańsze. Do Yogyakarty, turystycznego centrum okolicy, bilet kosztował co najmniej trzy razy drożej. Z Solo można tam dojechać pociągiem w niewiele ponad godzinę. Poza tym lepiej zacząć od mniej rozchwytywanego miejsca i na spokojnie zaznajomić się z lokalnymi warunkami. Przy okazji tak się złożyło, że mogliśmy spotkać się tam z pochodzącą z mojego miasta koleżanką mojego kolegi, która właśnie kończyła przebywać w Solo na stypendium.

Przez pierwszy dzień a może dwa kompletnie nie mogłam się odnaleźć w rzeczywistości zupełnie innej od wszystkich azjatyckich odwiedzonych przeze mnie krajów razem wziętych. Aż takiego chaosu i brudu się nie spodziewałam. Nie podobało mi się żadne miejsce w którym miałam coś jeść i nawet zapakowane produkty na sklepowych półkach wydawały mi się mocno niewiarygodne. Do wyboru były albo bardzo tanie i bardzo brudne warungi (małe jadłodajnie), albo niesamowicie drogie restauracje przed które bogaci Jawajczycy zajeżdżali ogromnymi terenówkami, natomiast niczego co dla nas byłoby lokalami średniej klasy i ceny. Szybko okazało się że nie jest tak źle, wystarczy tylko dobrze poszukać, a da się znaleźć jakieś czyste i niedrogie warungi, które nie wyglądają jakby właśnie zmagały się z jakąś klęską żywiołową. W Solo nie robiłam żadnych zdjęć na ulicy, zbyt bardzo absorbował mnie otaczający chaos, w innych miejscach już bez problemu wyciągałam aparat.

Pierwszą rzeczą jaką się dowiadujemy jest to, że w jakimkolwiek hotelu i noclegowni nie należy spać w pokojach przy ulicy tylko takich położonych jak najbardziej w głębi domu. Inaczej szanse na sen w nocy będą nikłe. Na Jawie nie ma czegoś takiego jak w Polsce, że większość ludzi śpi w nocy a jest aktywna w dzień, bo temperatury są zupełnie inne. Rytm życia jest silnie dostosowany do pór modlitw. W Solo średnio co sto metrów rozmieszczone są meczety lub sale modlitw, które z zewnątrz przypominają baraki, niektóre o wymiarach naszego garażu. Są  pokryte blachą falistą i wyglądają bardzo niepozornie. Za to głośniki mają imponujące, można powiedzieć monstrualne. I co najmniej pięć razy dziennie wydobywa się z nich przesterowany ryk prowincjonalnego, najczęściej okropnie fałszującego, domorosłego  muezina, który recytować Koran uczył się chyba na kursach korespondencyjnych. Zważywszy na to że ostatnia modlitwa przypada około północy a pierwsza około piątej rano względnie cicho jest między pierwszą a czwartą w nocy. Przerwy między popisami artystycznymi indonezyjskich muezinów wypełniają dzielnie niezliczone koguty. Ogólnie można mieć wrażenie, że w nocy ludzie bardzo mało tam śpią. Później już bardzo dbamy o to by nie mieszkać tak blisko meczetów jednak nie zawsze się da. W Turcji mieszkanie w pobliżu meczetu to przyjemność, bo azan w wydaniu tureckim jest przepiękny i mogłabym na stałe mieszkać w takim miejscu. W Indonezji upiorne dźwięki wydobywające się przez kiepskie głośniki w środku nocy mogą na serio przerazić.

Pobyt w Solo upłynął nam mocno pod znakiem kultury, nie takiej przeznaczonej dla zagranicznych turystów z jaką można zetknąć się w Yogyakarcie, ale przeznaczonej dla lokalnych ludzi, którzy bardzo doceniają swoje dziedzictwo. Tłumnie i całymi pokoleniami uczestniczą w każdym wydarzeniu. Można spotkać się z opiniami że dzieje się tak dlatego, że współczesna kultura jaką rozumiemy w kategoriach europejskich po prostu nie istnieje i jedyną obecnie kultywowaną jest ta tradycyjna. Może więc dzieje się tak z braku jakichkolwiek innych opcji? Nie miałam oczywiście czasu, żeby szukać na Jawie sztuki współczesnej, czytałam tylko takie opinie. Za sprawą koleżanki, już pierwszego dnia lądujemy na odbywającym się właśnie w Kratonie festiwalu gamelanu. Z obcokrajowców jesteśmy tylko my, oraz kilku studentów przebywających na stypendium jak nasza koleżanka. Reszta to sami odświętnie ubrani Jawajczycy. Wszystkie krzesła są zajęte niektórzy nawet oglądają koncert na stojąco. Koleżanka studiuje w Solo właśnie gamelan. Wracamy w środku nocy przez miasto i od razu wydaje mi się ono nieco bardziej przyjazne, bez hord kiepskiej jakości samochodów i motocykli. Na niemal całkowicie muzułmańskiej Jawie, psy są bardzo niepopularne. Po raz pierwszy w Azji można bezpiecznie chodzić pieszo po nocy po mniej głównych ulicach, bez możliwości zetknięcia się z mało przyjaznym stadem, bo bezpańskich psów nie ma.

ind_solo_festiwal-gamelanu_001.jpg

Muzycy na swoich instrumentach potrafią grać nieraz nawet całą noc bez przerwy. Niektóre gamelanowe koncerty trwają całą noc.

ind_solo_festiwal-gamelanu_004.jpgind_solo_festiwal-gamelanu_003.jpg

ind_solo_festiwal-gamelanu_002.jpgind_solo_festiwal-gamelanu-ramajana_001.jpgind_solo_festiwal-gamelanu-ramajana_002.jpgind_solo_festiwal-gamelanu-ramajana_003.jpgind_solo_festiwal-gamelanu-ramajana_004.jpgind_solo_festiwal-gamelanu-taniec_001.jpgind_solo_festiwal-gamelanu-taniec_002.jpgind_solo_festiwal-gamelanu-taniec_003.jpg

 Kolejne wieczory spędzamy na festiwalu gamelanu oraz na przedstawieniu w teatrze. Za bilety do teatru płacimy tyle samo co Indonezyjczycy gdzieś między 2000 a 3000 rupii. Za taką kwotę nie zjemy nawet małego posiłku. Tyle kosztuje kilkugodzinne przestawienie pokazujące wybrane sceny z Ramajany której towarzyszą dźwięki gamelanu. Publiczność zna je chyba na pamięć, repertuar teatru musi być mocno przewidywalny i powtarzalny. Sala jest niemal pełna oprócz nas jest może dwóch lub trzech zagranicznych turystów. Przedstawienie oglądają ludzie w każdym wieku.

ind_solo_teatr-wayang-orang_001.jpg

Przedstawienie w teatrze odbywa się na niesamowitej ręcznie malowanej scenie, poniżej sceny, jak u nas w operze, siedzą muzycy gamelanu, przedstawienie jest w większości śpiewane.

ind_solo_teatr-wayang-orang_002.jpg

Aktorzy odziani są w stroje częściowo wykonane z batiku.

ind_solo_teatr-wayang-orang_003.jpg

W Solo odwiedzamy też  Danar Hadi Batik Museum mieszczące się w XIX wiecznej rezydencji. W części wystawowej nie można robić zdjęć. Właściciele muzeum zasłaniają się ochroną niepowtarzalnych wzorów batiku, które posiadają w swojej kolekcji, a które dzięki umieszczeniu ich w internecie mogłyby zostać przez kogoś skopiowane. Cena biletów jak dla lokalnych ludzi jest mocno zawyżona bo wynosi 25000 rupii, więc instytucja zorientowana jest najwyraźniej na turystów z zagranicy. Gdyby nie to że w cenie jest przewodnik mówiący po angielsku (i pilnujący żeby nie robić zdjęć), oraz wizyta w przylegającej do muzeum fabryce w której wytwarza się batik ręcznie, oraz za pomocą odciskanych gotowych wzorów, spokojnie można by było sobie to odpuścić. Przyznam szczerze że nie słuchałam zbyt dokładnie jaka jest kolejność nakładania poszczególnych kolorów, ponieważ byłam zajęta robieniem zdjęć w części, w której można było je robić. Nie zdążyłam także zapytać ile zarabia człowiek cały dzień rysujący ręcznie batikowe wzory przy pomocy urządzenia napełnianego gorącym woskiem zwanego tianting i ile godzin dziennie pracuje. W firmowym sklepie Danar Hadi ceny były najwyższe ze wszystkich sklepów z tkaninami jakie odwiedziliśmy, a nie znam się na tym na tyle by ocenić czy były adekwatne do jakości towarów. Gdzie indziej ubrania szyte z batiku malowanego ręcznie kosztowały mniej więcej tyle, co ubrania w popularnych zagranicznych sieciówkach w Polsce, gdzie za szytego maszonowo t-shirta, którego w Azji można kupić za mniej niż 10 złotych, ludzie płacą bez mrugnięcia okiem na przykład 49,99 albo 59,99 złotych. Akurat kupiłam jedno ubranie z robionego ręcznie dwukolorowego batiku, płacąc za nie około 40 złotych. Pozostałe ubrania, które kupiłam, szyte z batiku robionego metodą odbijanych pieczątek, były bardzo tanie.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_001.jpg

Droższy batik w całości rysuje się i maluje woskiem ręcznie.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_002.jpg

Następnie głównie kobiety obrysowują linie gorącym woskiem.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_003.jpg

Przy pomocy małego urządzenia zwanego tianting.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_004.jpg

Tutaj maluje się tkaniny częściowo już zafarbowane, żeby móc zafarbować je kolejnym kolorem.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_005.jpg

Tańszy batik robi się przy pomocy metalowych stempli, które pokrywa się gorącym woskiem.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_006.jpg

Tutaj praca idzie w miarę szybko.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_007.jpg

Tkaniny czekają na farbowanie.

ind_solo_muzeum-batiku-danar-hadi_008.jpg

Farbiarnia. Najmniej przyjemna część procesu.

Ogólnie w mieście jest co robić i da się w nim zostać parę dni, mimo że wygląda jakby właśnie nawiedził je jakiś poważny kataklizm. Chaos brud i bałagan mogą na początku trochę zbić z tropu, po czym okazuje się że da się jakoś w tym funkcjonować. Na lotnisku w Solo uśmiechnięta pani w regionalnym stroju i z kwiatami we włosach wręcza nam ulotki o mieście, jednak powiedzieć o nim cokolwiek już nie potrafi, bo angielskiego nie zna w ząb. Pracę dostała pewnie po znajomości. Od miejscowych, na przykład właściciela noclegu, w którym się zatrzymaliśmy – Mama Homestay, czy rewelacyjnie mówiącego po angielsku właściciela pewnego warungu sprzedającego zupy, dowiadujemy się że tu i tu o takiej godzinie możemy obejrzeć przedstawienie teatru cieni, lub scen z Ramajany. Tłumaczą nam oni ze szczegółami jak dojść i gdzie się kierować. Nie funkcjonuje nic w rodzaju informacji turystycznej czy nawet drogowskazów chociażby do królewskiego pałacu. Nie ma jakiejkolwiek darmowej gazetki z informacjami co, gdzie i kiedy się odbywa, a kulturalnie ponoć w mieście dzieje się sporo. Wszystko trzeba sobie znaleźć samodzielnie, a nie jest to proste. Dlatego na przykład na przedstawienie wayang kulit w środku nocy nie docieramy. Gdyby nie polska koleżanka z pewnością nie mielibyśmy też możliwości obejrzenia festiwalu gamelanu, bo pani na lotnisku mogłaby przecież o nim informować gdyby tylko cały system informacji o atrakcjach miasta nie był kompletnie bezsensowny. Z drugiej strony jeśli już uda się coś znaleźć samemu można poczuć się jak prawdziwy odkrywca. Raczej staram się nie nocować w miejscach dla turystów z Europy i wolę miejsca dla lokalnych. W przypadku Solo lepiej będzie wybrać nocleg dla ludzi z zagranicy, w przeciwnym razie nie dowiemy się niczego na temat tego co się kulturalnie w mieście dzieje. Chyba że znamy Bahasa Indonesia, ale ludzie i tak mówią tu w języku jawajskim.

Kuala Lumpur w kilka dni (część pierwsza)

Po Kuala Lumpur nie spodziewałam się niczego szczególnego. Na polskich forach czytałam bardzo liczne opinie, że jest to miejsce nijakie, bez wyrazu i trzeba z niego szybko uciekać. Nie do końca wierzę we wszystko co pisze się na polskich forach turystycznych, bo chociażby  zachwytów nad Bangkokiem i jego „bacpackerską dzielnicą” nie podzielam w zupełności.  Pierwsze zaskoczenie po przyjeździe do tego miasta to brak jakichkolwiek naganiaczy i niezdrowego zainteresowania nami jako potencjalną „turystyczną zwierzyną łowną”, od której można za wszystko wyciągnąć kilka razy wyższą kwotę niż od kogoś lokalnego. Ostatni raz w Azji miałam tak chyba w Chinach. Kraj jest na tyle bogaty, że takie rzeczy zdarzają się chyba tylko wyjątkowo. Owszem zdarza się wyrywanie torebek kobietom na ulicy, bo wszędzie wiszą informujące przed tym ostrzeżenia, jednak na to narażeni są tak samo obcokrajowcy jak i lokalni mieszkańcy, a dzieje się tak w dużej mierze z powodu biednych emigrantów. Malezja to najbogatszy kraj w tej części Azji i mnóstwo ludzi próbuje tutaj zacząć lepsze życie, co oczywiście nie udaje się każdemu. Drugim zaskoczeniem jest to,  że mnóstwo osób doskonale mówi po angielsku. Dzięki temu w tym kraju możemy dowiedzieć się o Azji najwięcej. W Kuala Lumpur w jakimkolwiek sklepie, a nawet na bazarowym straganie mogę zapytać się do czego służy jakaś dziwnie wyglądająca substancja, którą ktoś sprzedaje i mam przynajmniej 50% szans, że ktoś w sklepie mi to wyjaśni, bo większość ludzi jest co najmniej dwujęzycznych, albo pod ręką zawsze znajdzie się ktoś kto w jakimś stopniu włada angielskim. Chętnie tłumaczą obcym. Mamy tu sporą chińską i indyjską diasporę, która żyje według swoich zasad. Dzięki temu możemy poznać w miarę dobrze podstawowe indyjskie i chińskie tradycje kulinarne i kulturowe. Do tego dochodzą rdzenni mieszkańcy – muzułmańscy Malajowie, również przyjaźni i w miarę komunikatywni. Dodajmy do tego jeszcze tłum odwiedzających Malezję Arabów, najczęściej Saudyjczyków (Oczywiście oni będą społecznością najbardziej zamkniętą i nie nastawioną na kontakt) i będziemy mieli prawie cały azjatycki kontynent w jednym miejscu.  Dlatego Malezja może być najlepszą destynacją na pierwszy raz w Azji, gdzie spotkamy „po trochu wszystkiego”. W przyjaznej dla nas atmosferze, w której nikt specjalnie nie zwraca na nas uwagi, poznamy tutaj bardzo wiele azjatyckich zagadnień, z dziedziny kuchni, popkultury, tradycji, sztuki. W Chinach nie porozmawiamy tak bardzo z ludźmi nie znając Chińskiego, w Tajlandii nie wiem czy w turystycznych miejscach ktokolwiek chciałby z nami rozmawiać. Tutaj nie dość że mamy prosty język Bahasa którego podstaw dość łatwo szybko się nauczyć, to jeszcze ludzie rewelacyjnie znają angielski, zupełnie jak w Hongkongu. Z tym że w Hongkongu życie płynie chyba szybciej i nie wiem czy mogłabym przez godzinę zamęczać kogoś pytaniami o przeróżne towary, które sprzedaje. W Kuala Lumpur mogę też wejść do dowolnej świątyni i zapytać po co jest to czy tamto i o co z tym chodzi. Nikt się nie obraża a ja mogę czasami dowiedzieć się czegoś o co wcześniej nie miałam jak zapytać.

Hotel znajdujemy w chińskiej dzielnicy, w spokojniejszej części ulicy Jalan Petaling. Nocleg w jej zadaszonej części, w której są knajpy dla białych turystów i nocny bazar z podróbkami, musi być zdecydowanie za głośny, patrząc na to co się na niej dzieje. Nasz hotel oprócz turystów, zamieszkują dyskretne i całkiem sympatyczne prostytutki, których w tej dzielnicy jest dość sporo, ale w przeciwieństwie do Tajlandii są bardzo mało widoczne. W hotelu tylko nocują, tudzież odsypiają noce po pracy. Pomimo różnych dziwnych ludzi jakich czasami w nim spotykamy, prowadzony przez Chińczyków Petaling Hotel jest niedrogi a przy tym wręcz idealnie czysty, cichy i bezpieczny. Niestety ma tę  wadę, że z racji ceny, wzorowego chińskiego porządku jaki w nim panuje i bliskości do wszelkich atrakcji, prawie nigdy nie ma w nim wolnych miejsc, bo jest strasznie popularny.

Na jedzenie chodzimy regularnie do rewelacyjnego mamaku – taniej jadłodajni nieopodal central market, która rozmiarami przypomina co najmniej salę gimnastyczną. Ustawionych w niej jest grubo ponad sto stolików, które non stop są zajęte. Jedzenie gotuje się w ogromnych garach, wszystko sprzedaje się na pniu. Menu jest tylko w bahasa i po kolei testujemy różne potrawy, żeby wiedzieć przed Indonezją co jest co. Większość jest na prawdę dobrze zrobiona. To lokal muzułmański, na ścianach wiszą liczne cytaty z Koranu i brokatowo połyskują. Razem z jedzeniem dostaje się karteczkę, z którą trzeba po zjedzonym posiłku uiścić opłatę w kasie. Na początku nie wiedzieliśmy co mamy zrobić i komu za jedzenie zapłacić, a w lokalu pracowali sami Malajowie, którzy mówili tylko w swoim języku. Nikt nie interesował się faktem czy klient zapłacił czy nie, co dla Azji jest typowe. Tu zawsze zakłada się czyjąś uczciwość. W końcu udało nam się załapać, że mały stoliczek za przepierzeniem ukryty w głębi lokalu pełni funkcję kasy. Rano lokalu pilnował właściciel z licznymi sygnetami na grubych palcach i ogromnym roleksem na ręce. Wtedy puszczano w nim wyłącznie recytacje Koranu. Trochę głupio je się roti i pije kawę w rytmie koranicznych recytacji, ale w sumie to dość ciekawe doświadczenie. W południe właściciel opuszczał biznes i jego pracownicy nieśmiało włączali malezyjski pop. Wieczorem, kiedy właściciela na pewno już nie było, w lokalu zawsze leciał amerykański pop z Lady Gagą i Adele na czele, oraz rap i hip hop, w dodatku podkręcone na cały regulator. Lokal podobał mi się bardzo, do kiedy nie musiałam skorzystać w nim z toalety. Potem podobał mi się także, ale nieco mniej. Niemniej jednak jedzenie które gotowało się na oczach gości wyglądało na dość czyste :). Udało mi się nawet znaleźć ten lokal w google.

Miasto jest dość kosmopolityczne, bo mieszka w nim wiele różnych narodów, ale jednocześnie nieduże, miejscami niemal prowincjonalne. Jest bardzo niewielkie w porównaniu z przeciętną azjatycką metropolią. Wprawdzie obszar metropolitalny Kuala Lumpur liczy sporo osób, ale samo miasto to zaledwie 1,6 miliona. Więc z jednej strony będziemy tu mieć zawsze błyszczące i jasno świecące w nocy wieże Petronas, będące centrum malezyjskiego biznesu i handlu, w których możemy zobaczyć niemal wszystkie narody świata w kilka godzin i kupić produkty topowych światowych marek. Z drugiej strony – niecałą godzinę pieszo od słynnych wież mieści się na przykład rozległy bazar na którym możemy nabyć krowią głowę w całości i gdzie w towarzystwie milionów much rozbiera się mięso jak sto lat temu, a ludzie z pobliskich wiosek sprzedają rozmaite zielsko. W Kuala Lumpur można kilka razy dziennie przenosić się z jednego świata do drugiego. Same dwie wieże to tylko niewielka enklawa idealnego miasta, jakim pewnie Kuala Lumpur planuje w przyszłości być. Fakt, że są one dopieszczone w każdym detalu i fajnie pobyć w tak starannie przemyślanym i dopracowanym miejscu i trochę się tym porozkoszować, bo takiej architektury nie spotkamy w Polsce pewnie jeszcze przez długi czas. Jednocześnie nie czuję się tutaj jak w Singapurze, gdzie taki idealny świat znajduje się w zdecydowanej przewadze. Razem z blichtrem i luksusem idzie w parze obsesyjny porządek, wszechobecne kamery, milion zakazów i nakazów. Zdecydowanie nie pasuję do takiego świata i bardzo mnie on drażni. W Kuala Lumpur mogę wybrać się do niego na wycieczkę, ale nie czuję się przez niego zdominowana jak w Singapurze. Bardzo uspokaja mnie fakt że niecałą godzinę drogi piechotą znajduje się ogromny, tętniący zupełnie innym życiem bazar, gdzie polscy pracownicy przeróżnych sanepidów szybko umarliby na zawał serca.

mal_kuala-lumpur_petronas-towers_001.jpg

Poziom dopracowania wież Petronas w każdym szczególe wewnątrz i na zewnątrz robi wrażenie tak duże, że miejscami całość wydaje mi się trochę pretensjonalna.

mal_kuala-lumpur_petronas-towers_003.jpg mal_kuala-lumpur_petronas-towers_002.jpg
mal_kuala-lumpur_petronas-towers_005.jpg mal_kuala-lumpur_petronas-towers_004.jpg
mal_kuala-lumpur_park-kolo-petronas-towers_002.jpgmal_kuala-lumpur_park-kolo-petronas-towers_001.jpg
mal_kuala-lumpur_monorail_001.jpg

Biznesowa część miasta wygląda na nieźle uporządkowaną i tylko miejscami wdziera się tutaj miejska anarchia.

mal_kuala-lumpur_budynki_001.jpg

Niewiele dalej można spotkać i takie widoki.

mal_kuala-lumpur_bazar_sprzedawca-jack-fruit_001.jpg

Oraz dokonać zakupów owoców i warzyw na ogromnym bazarze niedaleko biznesowej dzielnicy miasta. Na zdjęciu pan sprzedaje i na miejscu oporządza owoce bochenkowca (Jack Fruit).

mal_kuala-lumpur_chinska-restauracja_001.jpg

Szczyptę Chin i Indii znajdziemy w mieście na każdym kroku.

mal_kuala-lumpur_kwiatowe-girlandy_001.jpg

Girlandy kwiatowe wykorzystywane w hinduskich świątyniach.

mal_kuala-lumpur_budynki_002

W mieście jest też sporo parków i terenów zielonych.

Jest też zupełnie inna część miasta, którą zasiedlają wyłącznie Arabowie z Zatoki, zarówno ci spędzający w Malezji urlop jak i tacy, którzy mieszkają tu nieco dłużej z powodu licznych interesów, jakie Malezja prowadzi z państwami z Półwyspu Arabskiego. Nie spotkamy ich nigdy w chińskiej dzielnicy gdzie je się wieprzowinę i na każdym rogu można kupić alkohol, w której mieszkają głównie zachodni turyści. Dla Arabów istnieje w Kuala Lumpur całe zaplecze,  z czego najważniejszą jego częścią są centra handlowe, sprzedające głównie drogie ubrania oraz arabskie perfumy i kosmetyki, bo zakupy to ich główna pozadomowa aktywność zarówno u siebie jak i za granicą na wakacjach. Inne aktywności, takie jak chociażby skorzystanie z oferty kulturalnej miasta ich nie interesują, gdyż u nich większość takich aktywności jest zakazana.  Zazwyczaj poruszają się oni z własnym kierowcą, żeby nie narażać swoich kobiet na jakiekolwiek kontakty z przypadkowymi ludźmi w środkach publicznego transportu, chociaż zdarzają się nieliczne od tego wyjątki. Widziałam kobiety z krajów arabskich zarówno takie, które podczas wakacji zrzucały swoje abaje i chodziły w miarę normalnie ubrane, z zachowaniem muzułmańskich zasad, ale w jasne i przewiewne stroje, dzięki czemu mogły jakoś funkcjonować w upalnej i wilgotnej pogodzie jak i takie, które były zasłonięte całe wraz z oczami i w czarnych rękawiczkach. Mocno się zastanawiałam dlaczego i po co ktoś jedzie na jakiekolwiek wakacje spędzając je wszędzie poza hotelem w czarnym worku na głowie i nawet niewiele przez niego widzi. Na Penangu widziałam także kobiety siedzące w takim właśnie pełnym rynsztunku na plaży w cieniu, podczas gdy reszta ludzi, na przykład ich mężowie i dzieci opalała się i pływała. Pogoda w tym dniu była niesamowicie parna i wilgotna bo co chwilę padał deszcz a w przerwach intensywnie świeciło słońce, oddychanie sprawiało trudność i pomimo gołych do połowy nóg oraz krótkich rękawów lały się ze mnie strumienie potu. One w tym czasie usiłowały w swoich czarnych okryciach na twarzy jeść ociekające tłuszczem sataye. Na szczęście żadna nie zmarła przy nas z przegrzania. Ciekawe jak im się siedziało w czarnej tkaninie na twarzy, w dodatku przesiąkniętej tłuszczem i przyprawami. To naprawdę szokujące bo są to ludzie którzy na wakacje przylecieli samolotem, jednocześnie część ich umysłu pozostaje gdzieś w bardzo mrocznych czasach średniowiecza. Oglądając zlane potem twarze arabskich kobiet, z obrzydliwie rozmazanym obfitym makijażem dosłownie słaniające się na nogach z powodu upału i własnej fatalnej kondycji, gdy muszą przejść kilkaset metrów pieszo bo samochodem nie da się dojechać, trudno mi sobie uświadomić, że dla nich taki stan rzeczy jest nobilitacją. Nie muszą przecież podróżować z innymi ludźmi tylko mają zapewnioną ochronę i bezpieczeństwo, poznając Malezję głównie zza szyb klimatyzowanego samochodu. Nie jest to dla nich kara, ale w ich pojmowaniu, pewien rodzaj komfortu. Zdecydowanie mają one poczucie wyższości nad całym zdegenerowanym i nieuporządkowanym światem, który oglądają i odnoszą się do niego z widoczną rezerwą. Jeśli inna kobieta, na przykład ja, spróbuje się do nich uśmiechnąć, zazwyczaj nie odpowiedzą nam tym samym, tylko sprawią wrażenie, że tego nie zauważyły. Dla nich brak jakiejkolwiek interakcji z otoczeniem nie jest stratą a swoistym luksusem. Nigdy nie zapomnę jakim szokiem było dla mnie zobaczenie po raz pierwszy w życiu kobiety całkowicie zasłoniętej czarnym materiałem, bez jakiegokolwiek nawet otworu na oczy, oraz w czarnych rękawiczkach, „zwiedzającej” Stambuł. Przed nią w spodniach do połowy łydki i z krótkimi rękawami oraz aparatem fotograficznym jak każdy zwykły turysta paradował jej mąż – Arab. Kobieta jak dla mnie za życia skazała się (lub została skazana) na społeczne nieistnienie, nie mogła przecież w swoim wierzchnim okryciu nie tylko publicznie jeść i pić, oddychać świeżym powietrzem, biegać, śmiać się, ale nawet spojrzeć komukolwiek w oczy. W skrajnych przypadkach, kobiety z najbardziej radykalnych arabskich rodzin przez całe życie przechodzą zupełnie anonimowo. Społecznie nie istnieją. Poza najbliższą rodziną żaden mężczyzna nie wie nawet jak taka kobieta się nazywa, nie wolno bowiem wymieniać jej z imienia, tylko nazywa się ją przy pomocy kunji, czyli grzecznościowego zwrotu pochodzącego zazwyczaj od imienia pierwszego syna, którego urodziła. Nie wypada mężowi w jakikolwiek sposób mówić o żonie, broń boże wymawiać jej imienia. Nikt też nie wie jak wygląda i nikt obcy nie może z nią porozmawiać. Dzieje się to w dzisiejszych czasach najzupełniej legalnie i jest czymś zwyczajnym. Z drugiej strony ci ludzie jeżdżą samochodami, latają samolotami, mają telewizję i internet. Dla mnie najciekawsze jest podglądanie tego jak oni żyją, z jakim dziecinnym zachwytem reagują na atrakcje i bodźce, które dla nas są czymś najnormalniejszym w świecie, a dla nich są nieznane, z racji tego że u nich w kraju prawie nic nie jest dozwolone . To żywy i prawdziwy kawałek średniowiecza, który mogę oglądać własnymi oczyma, coś niezwykle fascynującego. W dodatku nie muszę czynić jakichkolwiek starań by w ich świat wniknąć bo spotykam go niejako przy okazji. Jednocześnie zdaję sobie sprawę jak przygnębiające i ubogie intelektualnie musiało by być życie w takim świecie jak ich, bez jakiejkolwiek innej opcji do wyboru.

mal_kuala-lumpur_reklama-canona_001.jpg

Muzułmańską atmosferę miasta widać chociażby w reklamach.

mal_kuala-lumpur_stragan-z-chustami_001.jpg

I popularnych towarach.

mal_kuala-lumpur_wagon-dla-kobiet_001.jpg

W środkach publicznego transportu często spotkamy udogodnienia tylko dla kobiet.

Wracając jednak do tematu niniejszego postu, polubiłam to miasto, ze względu na spokój jaki w nim panuje, możliwość wtopienia się w tłum, dużego urozmaicenia kulturowego i kulinarnego. Propozycje przeznaczone dla turystów może nieco miejscami zalatują popeliną, ale możemy znaleźć sobie własne, bo w Kuala Lumpur ogólnie jest co robić. Moje plany na następny raz, to z pewnością cały dzień spędzony w Muzeum Sztuki Islamskiej, które jest ponoć najlepszym tego typu muzeum poza państwami Półwyspu Arabskiego. Po mieście można wygodnie i w miarę sprawnie się poruszać bo jest stosunkowo nieduże. To świetnie miejsce na zakupy wszelkich możliwych azjatyckich utensyliów chińskich, indyjskich i arabskich. Możemy też podejrzeć jak żyje najkonserwatywniejsze społeczeństwo na świecie, bez konieczności wyjeżdżania do Arabii Saudyjskiej. Mnie ten miks średniowiecza i nowoczesności trochę przeraził i jednocześnie zafascynował.