Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

Kuala Lumpur w kilka dni (część druga)

Do Kuala Lumpur zaglądamy po raz drugi w drodze powrotnej tuż przed udaniem się na samolot do Singapuru. Jeździmy po całym mieście wzdłuż i wszerz, oraz kupujemy te azjatyckie towary, których jeszcze nie zdążyliśmy kupić na Penangu. Najpierw jednak mamy spore problemy z noclegiem. Wszystkie niedrogie hotele w spokojniejszych miejscach chińskiej dzielnicy są pełne. Znajdujemy jeden ale na tyle kiepski, że musimy się z niego wynieść po pierwszej nocy, więc tracimy czas na perypetie noclegowo-hotelowe. Niestety mamy za mało czasu by zdążyć zobaczyć wszystko co chcieliśmy. Nie mam tu na myśli jakiś szczególnie ważnych zabytków bo takich w Kuala Lumpur nie ma. Miasto istnieje od połowy XIX wieku. Jednak z racji tego, że za sprawą Brytyjczyków mieszkają tu różne azjatyckie społeczności planujemy pooglądać ich miejsca kultu. Większość ludzi przyjeżdża tutaj na zakupy, oraz traktuje to miejsce jako punkt wypadowy, dlatego też świątynie można odwiedzić w całkowicie spokojnej i nie turystycznej atmosferze. Nikt nie patrzy na nas przez pryzmat turystów, którzy przyszli pozwiedzać. Możemy im trochę poprzeszkadzać i się czegoś przy okazji dowiedzieć. Jest to całkiem niezłe miejsce by zorientować się we wszystkich głównych azjatyckich religiach, na przykład gdy w Azji jesteśmy po raz pierwszy.

Na początek Batu Caves – hinduskie miejsce kultu. Nie wiem czy w ogóle opłaca się tam jechać, jeśli akurat nie odbywają się w nich żadne religijne uroczystości. Byliśmy w trakcie pracującego tygodnia i było tam niezmiernie pusto. Prawie nikt nie składał ofiar, więc tamtejsze małpy były głodne i bezwzględnie wyrywały ludziom jedzenie. Akurat kręcono tam wtedy reklamę Red Bulla i małpy zagrabiły zapasy energetycznego napoju, którego reklama dotyczyła, sztucznie rozentuzjazmowanej ekipie filmowej, pijącej go demonstracyjnie z obowiązku, lub z przekonania. Okoliczne małpy są tak bardzo uzależnione od ludzkiego jedzenia: gazowanych słodzonych napojów i słodyczy, że aby je zdobyć nie cofną się przed niczym.  Nasze współczesne jedzenie szkodzi nie tylko ludziom, ale nawet małpom. Mimo że są dość małe, lepiej nie wchodzić z nimi w interakcję i nie zbliżać się  do nich za bardzo. Widziałam jak małpa podrapała małe dziecko, któremu „inteligentny” rodzic chciał zrobić z nią zdjęcie. Jaskinie są dość sporych rozmiarów i są zdolne pomieścić naprawdę dużą ilość ludzi, więc jeśli przebywa ich tam na raz kilkadziesiąt i tak wyglądają na mocno opustoszałe. Gdyby były miejscem kultu od kilkuset lat, z pewnością spotkalibyśmy tam niezwykle piękne i dopracowane ręcznie rzeźbione hinduskie posągi przeróżnych bogów. Niestety Batu Caves miejscem kultu stały się relatywnie niedawno, więc na metalowych stelażach postawiono tam zwykłe współczesne figury, wykonane pewnie w formie odlewów a następnie pomalowane. Możemy takie kupić w pierwszym lepszym sklepie z dewocjonaliami. Może to właśnie dlatego miejsce nie ma szczególnego klimatu, bo świątynia, posągi, całe zmienione przez człowieka wnętrze jaskiń po prostu są brzydkie, wytworzone w sposób masowy i nie wyróżniające się niczym szczególnym. W tak nowoczesnym kraju ludzie widocznie nie mają czasu, żeby przedmioty kultu jeszcze wytwarzać ręcznie i w sposób oryginalny. Miejsce wygląda jakby ktoś stworzył je w pośpiechu i byle jak. Moim zdaniem nie warto jechać tam tak, jak my pojechaliśmy, trzeba wcześniej wywiedzieć się kiedy odbywa się tam jakiekolwiek wydarzenie religijne. Hinduskie miejsca kultu zazwyczaj są bardzo żywe i chaotyczne, pełne różnych dziwnych ludzi i świętych mężów. W Batu Caves w zwykły pracujący dzień nikogo takiego nie spotkaliśmy, może tutaj w ogóle nie ma takich osób, bo wszyscy zarabiają pieniądze?

mal_kuala-lumpur_batu-caves_hanuman_001.jpg

Hanuman wierny towarzysz Ramy, bóg o bardzo pozytywnych cechach z twarzą małpy

mal_kuala-lumpur_batu-caves_murugan_001

A to ogromny posąg Murugana przed wejściem do jaskiń. Murugan jest bogiem wojny znanym też pod nazwą Kartikeya.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_002.jpg

Wnętrze Batu Caves. Oprócz jaskiń będących miejscami kultu, można tu odwiedzić także inne trudniej dostępne jaskinie.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_003.jpg

Małpa z gatunku makaków, mnóstwo takich zamieszkuje Batu Caves.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_004.jpg

Do małp podchodzić trzeba z należytym respektem.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_001.jpg

Kręcenie reklamy Red Bulla.

Odwiedzamy także dużą chińską świątynię Thean Hou poświęconą bogini mórz Tian Hou zwanej też Mazu, czczonej w południowych Chinach i na Tajwanie. Uważana jest ona za inkarnację bogini miłosierdzia Guanyin, czyli bardzo popularnej w Malezji chińskiej wersji Awalokiteśwary. Świątynia wybudowana w stylu eklektycznym łączy w sobie elementy buddyjskie, taoistyczne i konfucjańskie. Wygląda bardzo tradycyjnie. Zbudowano ją niedawno bo w 1989 roku za 7 milionów ringgitów, wykorzystując w jej konstrukcji zarówno tradycyjne chińskie rzemiosło jak i nowoczesne rozwiązania konstrukcyjne. Mimo że jest nowa, jednak w jej wykonaniu wykorzystano tradycyjne chińskie metody budowania i ozdabiania miejsc religijnych. Świątynia jest prawdziwą instytucją przepowiada się tu przyszłość i zawiera związki małżeńskie. Mnóstwo osób rozrzuca deseczki z wróżbami (niestety są tylko po chińsku). Dla anglojęzycznych pielgrzymów zostaje automat z karteczkami, który za drobną opłatą losuje wróżbę, odpowiednią dla naszego znaku zodiaku w chińskim kalendarzu, ale wróżby anglojęzyczne są strasznie lipne. W świątyni mieszczą się też liczne sklepy z kadzidłami, dewocjonaliami, książkami, muzyką. Mieści się na wzgórzu i jest otoczona dużą ilością zieleni. Osobiście uwielbiam takie chińskie świątynie.

mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou-widok_001.jpg

Widok z świątynnego wzgórza na miasto.

mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_001.jpg

Świątynia Thean Hou w detalach.

mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_003.jpg
mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_002.jpg

Posąg bogini mórz. mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_004.jpg mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_005.jpg

Chcemy także odwiedzić sikhijską świątynię, bo jeszcze w takiej nie byliśmy, ale nie udaje nam się wejść do środka bo albo jest zamknięta na głucho, albo niezbyt chętnie przyjmuje obcych gości. Jednak czytając później w internecie na temat tej świątyni (i założeniach, żeby przyjmować wszystkich niezależnie od wiary, statusu, przekonań religijnych), nie jest to zbytnio możliwe. Albo więc byliśmy zmęczeni upałem i nie potrafiliśmy znaleźć do niej otwartego wejścia, albo była zamknięta.

Jeszcze za pierwszym razem w Kuala Lumpur odwiedzamy także przeznaczoną do zwiedzania świątynię muzułmańską – meczet Jamek z 1909 roku. W Malezji ludzie nie będący muzułmanami nie mogą wchodzić do meczetów. Żeby wejść tylko na jego dziedziniec, wszystkie nieodpowiednio ubrane kobiety muszą założyć długą do kostek obszerną suknię ze sztucznego i grubego materiału, które rozdaje obsługa meczetu. W kilka minut w temperaturze i wilgotności powietrza jaka tutaj panuje, zupełnie nie da się w czymś takim wytrzymać. Normalnie nikt tu w tak absurdalnych ubraniach nie chodzi, bo wielokrotnie oglądałam potem lokalne muzułmańskie stroje na bazarach i w sklepach i były dużo lżejsze nawet jeśli należały do najtańszych. Dlatego mam wrażenie, że specjalnie rozdają w nim coś takiego, żeby europejczycy zbyt długo tu nie przebywali. W porównaniu do meczetów tureckich, które służą za miejsce spotkań i wielokrotnie nieraz bardzo długo, rozmawialiśmy w nich z ludźmi, na tematy również zupełnie niezwiązane z religią, spędzając w nich czasami długie godziny, podejście Malajów do tematu jest o sto osiemdziesiąt stopni inne z gorliwością godną neofitów.  Nie wiem jak ma to zachęcić jakichkolwiek ludzi innego wyznania do zostania członkiem ich społeczności, skoro tak bardzo się zamykają.

Porzucając tą wielowyznaniową tematykę, oprócz przebywania w świątyniach robimy tu również inne rzeczy. Na przykład odwiedzamy tutejszy Bird Park. Dlaczego przyszedł mi do głowy taki pomysł i skąd w ogóle się tam wzięłam? Zainteresował mnie Singapurski Bird Park,  na którego reklamę przypadkowo natrafiłam. Wyglądał jak zoo pozbawione krat z możliwością bardziej bezpośredniego zetknięcia się ze zwierzętami. Jednak brak czasu i niezbyt zachęcająca cena sprawiły, że nie udało mi się do niego dotrzeć.  Jako że zostało nam pół dnia wolnego i okazało się, że podobny park istnieje również w Kuala Lumpur, postanowiliśmy do niego się udać. Reklamuje się on w internecie jako największy tego typu park na świecie. Składa się z olbrzymich rozmiarów wolier w których znajdują się różnego rodzaju ptaki, rosną rośliny i przez ich środek biegnie chodnik którym poruszają się ludzie. Ptaki w zależności czy mają ochotę czy też nie, przebywają blisko ludzi lub chowają się w zaroślach. W wielu miejscach można nabyć dla nich karmę i zwiększyć swoje szanse na ich zobaczenie z bliska. Ptaki niezbyt przejmują się ludźmi, są na tyle oswojone, że z daleka się ich nie boją, jeśli mają ochotę to przyjdą skuszone jedzeniem. Jeżeli ktoś znajdzie się zbyt blisko, a one tego sobie nie życzą to można zarobić od nich dziobem, co jest bardzo dobre i uświadamia ludziom że zwierzę to nie posłuszna zabawka. Dlatego w wolierach z tukanami czy dużymi papugami cały czas przebywa jakiś pracownik bo z nimi chyba nie ma żartów. Ogólnie jest to chyba lepsze założenie niż ptaki w typowym ogrodzie zoologicznym z klasycznymi klatkami i z pewnością pełni niezmiernie ważne funkcje edukacyjne. Część ptaków spaceruje także po odkrytych częściach parku, nie wiem czy znalazły się przypadkiem bo w wolierach była jakaś luka, czy są one półotwarte żeby ptaki mogły swobodniej się przemieszczać. Raziły mnie tylko nieco miejsca gdzie ludzie mogli zrobić sobie zdjęcia z ptakiem na ręce. Wykonywanie zdjęć z na wpół śpiącymi sowami, które w dzień były dosłownie nieprzytomne i co chwila ktoś je budził i przestawiał z miejsca na miejsce wyglądało dość dziwnie i niesmacznie. Najchętniej korzystali z tego ludzie z małymi dziećmi oraz ludzie w każdym wieku z krajów arabskich. Nie wiem czy stworzone w parku warunki wszystkim gatunkom umieszczonym tu odpowiadają i są dla nich dobre,  bo nie znam się na tyle na ptakach. Być może to co jest dobre dla małych papug, niekoniecznie sprawdzi się dla większych ptaków. Nie znam się na tym na tyle aby mieć na ten temat jakiekolwiek zdanie. Może całe założenie tylko dla ludzi jest czymś lepszym, bo uspokaja ich sumienia że nie oglądają zwierząt w klatce, a ptakom jest wszystko jedno bo i tak są zamknięte w klatkach co z tego że bardzo dużych?

mal_kuala-lumpur_bird-park_008.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_006.jpg

mal_kuala-lumpur_bird-park_011.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_007.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_009.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_005.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_001.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_004.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_010.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_002.jpg

Dość intensywnie zajmowałam się także w Kuala Lumpur zakupami zarówno na bazarze na Chow Kit jak i w sklepach dla Hindusów z towarami typowo indyjskimi oraz takich dla Chińczyków prowadzonych przez nich i dla nich, w odpowiednich do tego dzielnicach. Na samo chodzenie po takich  sklepach i pytanie dosłownie o wszystko, można przeznaczyć kilka dni.  Zwiedziłam także kilka galerii handlowych między innymi KLCC Suria w wieżach Petronas, oraz japoński dom handlowy Sogo, który znam dobrze z Hongkongu. Panuje tu taki kult zakupów, że jednym z ważniejszych materiałów jaki rozdają turystom już na lotnisku jest wielostronicowy poradnik „Shopping Malaysia”. Ogólnie w Malezji możemy kupić towary prawie z całej Azji, w sensownych i nie przekłamanych dla turystów cenach. Oczywiście nie mówię tutaj o miejscach w rodzaju Central Market, tylko o najnormalniejszych sklepach, z których korzystają miejscowi. Do Central Market też można się przejść, by zobaczyć co w ogóle ciekawego można w Malezji kupić, ale oprócz fajnego współczesnego rękodzieła, część przedmiotów to trochę przepłacona cepelia. Miejsce to być może przyda się ludziom, którzy pragną zakupić jakieś zabytkowe i drogie przedmioty. Za to turystyczna chińska tandeta jest tam  droższa niż gdziekolwiek indziej. Jako że jestem trochę zbzikowana na punkcie najrozmaitszych dewocjonaliów, jedynymi nie użytkowymi rzeczami, które kupuję są właśnie one, natomiast typowe „pamiątki” w szerokim rozumieniu w ogóle mnie nie interesują. Raz na kilka wyjazdów kupuję kiczowaty magnes na lodówkę i to w zupełności mi wystarcza. Wolę kicz religijny. W Kuala Lumpur jest ogromny wybór dewocjonaliów buddyjskich (chińskich), hinduskich i muzułmańskich, wytwarzanych zarówno w ojczyźnie emigrantów jak i na miejscu. Oprócz takich przedmiotów, z Azji przywożę przyprawy, herbatę, żywność, ubrania, kuchenne akcesoria, rzeczy które potem normalnie zużywam. Do tego dochodzą jeszcze liczne płyty z muzyką, które są zazwyczaj bardzo tanie w porównaniu z Europą. W Kuala Lumpur możemy przede wszystkim w niemal każdym sklepie się porozumieć, zasięgnąć informacji, dopytać. Dzięki temu eksplorowanie sklepów z nieraz dziwnymi towarami chińskimi i hinduskimi jest jeszcze przyjemniejsze niż zazwyczaj.

Czy warto pojechać na Cameron Highlands

Czytając o Cameron Highlands w internecie można dowiedzieć się,  że miejsce to jest znakomitym wytchnieniem od malezyjskich upałów bo jest tu bardzo rześko i przyjemnie. Lepiej jednak nie cieszyć się przedwcześnie, bo szybko może zrobić się nam za rześko. Podczas mojego pobytu prawie cały czas intensywnie padało i nie było słońca i taka pogoda ponoć utrzymywała się już od kilku dni.

Cameron Highlands to miejsce mocno opanowane przez ruch turystyczny. Przez cały pobyt czułam się tam trochę bezsensownie, jakby nagle ktoś bez pytania, włożył nas w sam środek „backpackerskiej turystyki”. Może błędem było wybranie hostelu licznie zamieszkanego przez europejskich i australijskich, nie zawsze obdarzonych rozumem gości, którzy zachowywali się koszmarnie (ale inne albo były dziwnie drogie, albo całkowicie zajęte, albo brudne). A może niedobrym pomysłem było pojechanie tam? Albo po Indonezji byliśmy nieprzyzwyczajeni do takiego skomercjalizowania i takich tłumów ludzi, którzy chyba nawet nie bardzo orientowali się gdzie są i po co. Zaletą ale jednocześnie wadą Malezji  jest jej ogromna dostępność, wygoda i łatwość podróżowania. To sprawia, że w takim miejscu jak Cameron Highlands, atrakcji o której w Lonely Planet napisano, że to absolutne „must see”, spotkamy bardzo dużo białych turystów. Tanah Rata – miejscowość która stanowi jedną z baz turystycznych okolicy – jest mała i istnieje chyba głównie z powodu dużej liczby brzydkich hoteli w niej położonej (oprócz tego jest też parę szkół dla dzieci z okolicznych wiosek), więc turyści się w niej niesamowicie koncentrują i można poczuć się jak w turystycznym getcie. Chociaż Malezja przyciąga ludzi trochę innych niż Tajlandia, do której dzikie tłumy jeżdżą po to by poimprezować i skorzystać z uroków seksturystyki, to jednak trochę tego typu ludzi przyjeżdża także do Malezji. Na Jawie ich nie spotkamy bo jest tam dla nich zbyt niewygodnie i nie ma dla nich zbyt wielu rozrywek. Za to na Cameron Highlands na pewno spotkaliśmy najwięcej turystów podczas całego, ponadmiesięcznego wyjazdu.

Pogoda strasznie dawała nam popalić, prawie cały czas padało i pierwszy raz musiałam ubrać na siebie wszystko co miałam, tak bardzo było zimno. Pragnęliśmy głównie pochodzić po deszczowym lesie czyli odbyć kilka jungle walk’ów. Niestety leśne szlaki były częściowo zmyte przez intensywnie padające w tamtych dniach deszcze, wszędzie trzeba było chodzić po śliskim błocie i jak wybrało się nieodpowiednią trasę (przeznaczoną do wchodzenia pod górę a nie schodzenia w dół) musieliśmy naprawdę sporo się namęczyć, żeby na przykład nie zjechać tu i tam paru metrów w dół i nabawić się kontuzji. Naszą wycieczkę musieliśmy przedwcześnie zakończyć z powodu obfitych opadów. Wracaliśmy do Tanah Rata asfaltową drogą mijając liczne farmy, uprawiające rośliny, dla których normalny malezyjski klimat jest o wiele za gorący. Jest to obszar bardzo ważny dla krajowego rolnictwa.  Prym wiodły truskawki. Nie wiem dlaczego dla mieszkańców Malezji truskawki są tak niesamowicie pożądanymi owocami. Stworzona tam została cała truskawkowa popukltura i infrastruktura. Na każdej truskawkowej farmie oprócz truskawek, które trzeba sobie zerwać samemu bo to największa atrakcja, kupimy wszystko co tylko się da w truskawkowe wzorki, w kształcie truskawki lub z motywem truskawkowym. Wszystko to na dodatek jest różowo-czerwone. Naliczyłam chyba z dziesięć takich farm, które nie różniły się od siebie niczym. Poziom absurdu jeszcze wzrasta jeśli dołożymy do tego kolejne farmy dla turystów – na przykład róż, kaktusów, pszczół, motyli…wszystkiego. Do każdej z nich można pojechać na wycieczkę. Z jednej strony to dobry przykład edukowania społeczeństwa na tematy chociażby pszczelarskie czy ekologiczne, z drugiej – zrywanie okrutnie przepłaconych truskawek na truskawkowej farmie, podczas wykupionej wycieczki to jakieś straszny absurd.

mal_cameron-highlands_jungle-walk_001.jpg

Szlaki przez las są numerowane, okazuje się że oznaczenie tras do poruszania się nimi w dół lub w górę MA w pewnych warunkach bardzo istotne znaczenie :).

mal_cameron-highlands_las-deszczowy_001.jpg

W niektórych miejscach dosłownie wszystko było porośnięte przez mech.

mal_cameron-highlands_las-deszczowy_002.jpg

W powiększeniu wyglądał tak, więc był to pewnie raczej porost.

Pmal_cameron-highlands_las-deszczowy_003.jpg

Przez jakieś pół godziny nawet świeciło słońce.

mal_cameron-highlands_las-deszczowy_004.jpg

Ale nasze szczęście nie trwało długo.

mal_tanah-rata_banana-leaf-rice_001.jpg

I musieliśmy przedwcześnie zakończyć dzień curry na liściu bananowca.

mal_cameron-highlands_farma-truskawek_001.jpg

Farm truskawek spotkaliśmy z dziesięć, truskawki są tu strasznie drogie, a cały ich kult jest miejscami dość zabawny, jeśli na przykład spotkamy lokalnego mieszkańca płci męskiej w różowej koszuli w truskawki.

Trzeba też wiedzieć, że na Cameron Highlands nie ma żadnego lokalnego transportu. Dojedziemy stąd do stolicy i wielu innych miast, ale kilkanaście kilometrów do plantacji herbaty musimy pokonać wykupując zorganizowaną wycieczkę. A jako że zorganizowane wycieczki mam w głębokim poważaniu i nie pragnę by ktoś mnie poganiał, podczas zwiedzania 🙂 wiele miejsc okazuje się kiepsko osiągalnych. Zresztą jakbym miała taką wycieczkę odbywać ze straszliwymi mieszkańcami naszego hostelu, musiałby mi ktoś chyba zapłacić i to sporo, żebym na nią pojechała. Jedyną opcją jest więc stanie na drodze i łapanie okazji. Jednak nie przy takiej pogodzie jak tam mieliśmy – czekanie na autostop w rzęsistych opadach deszczu w których parasol jest w stanie przetrwać góra dziesięć minut to raczej kiepska opcja.

W końcu nie dotarliśmy na słynne plantacje herbaty, bo mając przemoczone prawie wszystkie ubrania, stwierdziliśmy że po obfitych deszczach na Penangu, (takich że aż nasz pokój uległ zatopieniu, bo dach nie wytrzymał) spędzanie kolejnych dni w deszczu jeszcze większym, nie jest dobrym pomysłem. Po dwóch dniach spędzonych w niemal ciągłych opadach, postanowiliśmy wyjechać stamtąd nazajutrz. Rano jeszcze ostro padało a potem, jak już siedzieliśmy w autobusie, z minuty na minutę  warunki zaczęły się poprawiać i nawet wyszło słońce. Pogoda tego dnia zaczęła zapowiadać się rewelacyjnie, bo chmury w momencie gdzieś znikły. Tak czasami złośliwie układa się los. Niemniej jednak nie jestem przekonana czy tam pragnę tam wrócić i jaka jest szansa, że trafię na niedeszczową pogodę. Miejsce jest trochę sztuczne z tymi wszystkimi starannie zaplanowanymi atrakcjami, a plantacje herbaty z pewnością jeszcze gdzieś zobaczę.

Za to chętnie wróciłabym do niezwykle sympatycznej tamilskiej restauracji, z bardzo energetyczną i pozytywnie nastawioną obsługą, do której chodziliśmy na śniadania, obiady i kolacje całkowicie ignorując nasz drogawy i nieciekawy hostelowy bufet. Udało mi się tam dowiedzieć co nieco o kuchni południowych Indii, bo za każdym razem zamawialiśmy coś innego i starałam się jak najwięcej o wszystkim co jem doinformować. Tam też po raz pierwszy jadłam banana leaf (curry) rice, czyli zestaw jagnięcego curry, wegetariańskich curry, pikli, papadamu oraz białego ryżu, podanych na liściu bananowca. Główną zasadą takiego posiłku jest nieporcjowana i nielimitowana ilość jedzenia. Tylko dania mięsnego jest ustalona porcja zaś wegetariańskie dodatki i ryż nieustannie nam dokładają (jest to niemalże swoisty ceremoniał), dopóki powiemy, że wystarczy. W lokalach, które specjalizują się w serwowaniu potraw na liściu bananowca, po skończonym posiłku liść należy złożyć. Jeśli złożymy go „do siebie” będzie to oznaką, że jesteśmy wdzięczni i posiłek nam smakował. Jeśli złożymy go w kierunku przeciwnym, będzie to oznaką tego, że było dokładnie odwrotnie, w dodatku może być to uznane za gest obraźliwy. Niemniej jednak o tego typu niuanse lepiej kogoś w takim lokalu zapytać, lub po prostu zobaczyć co robią inni ludzie po skończeniu posiłku, żeby nie narobić sobie niepotrzebnego obciachu. Dania na liściu bananowca w swoim oryginalnym pochodzeniu (czyli w południowych Indiach) były daniami wyłącznie wegetariańskimi. Dopiero w Singapurze i Malezji w ten sposób zaczęto podawać także dania z mięsnymi dodatkami.

Może bez deszczu padającego tylko z nielicznymi przerwami i kilkunastostopniowej temperatury,  Cameron Highlands wydałyby mi się bardziej przyjazne. Jest to miejsce dla osób, które po przyjeździe tutaj nie wahają się wykupić całej masy zorganizowanych wycieczek i oddać w ręce lokalnych specjalistów od wypoczynku zorganizowanego. Osobom które nie pragną tego robić pozostaje chyba tylko autostop. Być może wizyta na plantacji herbaty osłodziła by mi te wszystkie niedogodności, niestety jestem turystą mało pilnym i nie chciało mi się czekać aż deszcz przestanie w końcu padać by móc je zobaczyć, więc odpuściliśmy sobie obowiązek ich odwiedzenia. Jestem pewnie jednym z nielicznych ludzi, którzy byli na Cameron Highlands i ich nie widzieli. Za to z obowiązku spróbowałam potem herbaty Boh i była ona strasznie marnej jakości.

Penang 2012 (część druga)

Penang to nie tylko Georgetown, ale także mnóstwo innych bardzo interesujących miejsc, których zobaczyliśmy zaledwie kilka. Wyspa jest na tyle duża i ciekawa, że na pewno nie znudziłabym się na niej przez co najmniej dwa albo trzy tygodnie, gdybym tylko miała tyle czasu. W ciągu zaledwie kilku dni, które tam spędziliśmy, zdążyliśmy odwiedzić wyścigi smoczych łodzi, farmę motyli, symbol narodowy Malezji – świątynię Kek Lok Si, ogród botaniczny, park narodowy Taman Negara Pulau Pinang i Monkey Beach, która to nazwa okazała się bardzo adekwatna. Wzięliśmy także udział w durianowej imprezie.

Nie wiem dlaczego, ale sporo osób w Georgetown mówiło nam, żeby koniecznie pojechać na wyścigi smoczych łodzi. Jechaliśmy tam bardzo długo a na miejscu byli wyłącznie nieliczni fascynaci tej dyscypliny sportowej, oraz drużyny z różnych azjatyckich narodów. Wszyscy prażyli się w niemiłosiernym upale. Może dlatego impreza nie przyciągnęła dużej liczby widzów. To dość dziwne, bo wszędzie reklamowali ją jako niezwykle ważne wydarzenie w życiu wyspy (może właśnie dlatego, że nie była zbyt popularna). W momencie gdy tam byliśmy wygrywała drużyna z Indonezji, która miażdżyła przeciwników. Kiepscy z nas kibice i znudziliśmy się po pół godzinie.

mal_penang_dragon-boat-festival_001.jpgmal_penang_dragon-boat-festival_002.jpg

Skoro już byliśmy niedaleko, postanowiliśmy udać się na Penang Butterfly Farm, czyli farmę motyli, mieszczącej się w olbrzymich rozmiarów szklarni, w której było jeszcze goręcej i wilgotniej niż na zewnątrz. Za to zieleń była bardzo ładnie zaaranżowana. Myślę że to rewelacyjna atrakcja dla osób podróżujących z dziećmi. Można podziwiać wszystkie stadia rozwoju motyli od jajeczka poprzez gąsienicę i poczwarkę aż do najładniejszego etapu ich życia. Wszystko jest bardzo dokładnie opisane (nie jestem osobą znającą się na biologii, więc jak dla mnie informacji było aż za dużo). Dla kogoś kto interesuje się motylami, jest tam tyle zagadnień do zapoznania się, że można spędzić tam cały dzień od rana do nocy. Dla motyli urządzone są przeróżne „karmniki” z kwiatów i słodkich owoców, do których się zlatują. Siadają także na naszych głowach rękach i nogach, więc lepiej nie iść tam będąc popsikanym przeróżnymi paskudztwami na komary, oraz wysmarowanym przeróżnymi kosmetykami. Oprócz samych motyli na farmie można obejrzeć mnóstwo innych azjatyckich owadów w terrariach. Największe wrażenie robią moim zdaniem olbrzymie rohatyńce wielkości dłoni. Można też pooglądać pająki, modliszki i przedziwne lokalne gatunki żab. Obejrzeć filmy edukacyjne i modele przeróżnych ekosystemów (ciężko przyjąć na raz taką dawkę wiedzy na ten temat, zwłaszcza mając mózg przegrzany przez upał).

mal_penang_farma-motyli_bananowiec_001.jpg

Tak wygląda kwiat bananowca.

mal_penang_farma-motyli_hibiskus_001.jpg

A to symbol Malezji hibiskus.

mal_penang_farma-motyli_001.jpg

Karmnik dla motyli.

mal_penang_farma-motyli_003.jpg mal_penang_farma-motyli_002.jpg
mal_penang_farma-motyli_004.jpg

Prawdopodobnie ten gatunek żaby nazywa się narożnica nosata.

Kolejnego dnia udajemy się do buddyjskiej świątyni Kek Lok Si. Wybudowano ją w 1910 roku z datków lokalnych chińskich elit, jednym z największych darczyńców był słynny kapitan Chung Keng Quee. To jedna z najważniejszych świątyń buddyjskich w kraju. Narodowy symbol Malezji przedstawiany na monetach, ważne miejsce kultu. Widać to już gdy wysiadamy z autobusu. Świątynia położona jest na wzgórzu. U dołu najpierw jest bazar, a potem w miarę wspinania się coraz wyżej, zaczynają się kramy głównie z turystyczną tandetą i dewocjonaliami. Pierwszy raz w Malezji ktoś nagabuje nas by coś na nich kupić i za nami woła. Widać więc, że miejsce musi być celem licznych pielgrzymek i wizyt turystów. Następnie mijamy basen zwany Liberation Pond, który zamieszkują liczne żółwie – buddyjski symbol wieczności. Nerwowe kobiety usiłują nachalnie sprzedać nam zieleninę dla żółwi, stwierdzamy że przez kilka dni w Malezji całkowicie od czegoś takiego odwykliśmy. Wchodząc po schodach do świątyni przez cały czas jesteśmy przez różne osoby nieprzyjemnie nagabywani, warto było jednak się poświęcić, bo u góry jest świetnie, mimo tego że Kek Lok Si miejscami jest straszliwie kiczowata. Siedzimy przez jakiś czas w miejscu przeznaczonym do odpoczywania w przyjemnym chłodnym przeciągu i słuchamy świergotu ptaków i kumkania żab z głośników. W mojej głowie od razu pojawiają się licheńskie reminiscencje, ponieważ miałam tam kiedyś przyjemność słuchania kumkania żab z głośników nad sztucznym stawem, kiedy pojechałam tam na wycieczkę krajoznawczą. Jednak w porównaniu z Licheniem świątynia jest zdecydowanie mniej monumentalna i przytłaczająca. Wszędzie znajduje się perfekcyjnie zadbana zieleń i mnóstwo żywych kolorów. Jedynie posąg Guanyin znajdujący się u samej góry świątynnego kompleksu wcale mi się nie podoba, jest strasznie ciężki, toporny i bez polotu. Idealnie wpasowuje się w licheński klimat. W świątyni znajdziemy drzewka próśb, na których odwiedzający wieszają wstążki z wydrukowanymi intencjami, które czasami uzupełniają o dodatkowe informacje ręcznie. Jest dużo stanowisk do palenia kadzideł i świec ofiarnych, rośnie mnóstwo kwiatów, dlatego zapach  jest przepiękny. Za kilkadziesiąt ringgitów można zakupić sobie dachówkę z własnym imieniem i nazwiskiem i zapewnić sobie wieczne powodzenie.

Moim zdaniem świątynia zasługuje na szczególną uwagę i jest warta odwiedzenia z tego powodu, że absolutnie nieodpłatnie dzieli się wiedzą o buddyzmie. Takiej możliwości zaznajomienia się z buddyjską kulturą jeszcze nie mieliśmy w żadnym z odwiedzonych azjatyckich krajów. Znajdują się w niej duże stojaki z filmami (po chińsku bez napisów), buddyjską muzyką (głównie mantrami) i książkami w językach chińskim i angielskim o szeroko pojętym buddyzmie. Przejrzenie wszystkiego zajmuje nam dobrą godzinę. Przed stojakami znajduje się duży napis, że są to on materiały wyłącznie dla niemuzułmanów. W Malezji bowiem próba nawracania muzułmanów na inną religię jest karalna. Na każdym egzemplarzu płyty jaki sobie bierzemy, widnieje napis „for non-muslims only”. Jako że większość materiałów muzyczno-filmowych opisana jest wyłącznie po chińsku i nie ma na nich ani słowa po angielsku, prosimy o pomoc Chińczyka, który spośród kilkudziesięciu pozycji pomaga nam oddzielić muzykę od filmów. Nie chcemy zabierać niepotrzebnych płyt bo może komuś się przydadzą. W sumie zbiera się ich nam kilkanaście, oraz dwie książki, które uznajemy za użyteczne. Na szczęście są pakowane w koszulki więc nie zajmą nam pół plecaka. Postanawiamy wrzucić do skarbonki kilkudziesięcioringgitowy datek, by pokryć koszty wytworzenia takich materiałów, ponieważ bierzemy ich na prawdę sporo. Już w Polsce okazało się że Chińczyk nieźle się spisał, omyłkowo wzięliśmy tylko jeden film, z którego oczywiście nic nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Dzięki tym płytom odkryłam na przykład chińską śpiewaczkę buddyjskich mantr Imee Ooi.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_zolwie_001.jpg

Liberation Pond z licznymi żółwiami.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_001.jpg

Swastyka jest symbolem powszechnie występującym w chińskich buddyjskich świątyniach. Oznacza „pomyślne zgromadzenie dziesięciu tysięcy cnót”.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_bonsai_001.jpg

W świątyni Kek Lok Si znajduje się dużo drzewek bonsai.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_002.jpg

Wstążki z intencjami na drzewie próśb.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_003.jpg

A to kompleks świątynny w całej okazałości.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_004.jpg

Po wyjściu ze świątyni postanawiamy udać się pnącą się wzwyż asfaltową drogą na górę Bukit Bendera, leżącą nieopodal świątyni. Nie docieramy tam jednak za sprawą młodego Chińczyka, który z rewelacyjnym akcentem niezdradzającym nawet śladu chińskiej naleciałości, pyta nas czy nie chcielibyśmy zboczyć z naszej trasy i wziąć udziału w durian party. Durian Party? A co to takiego? Okazuje się, że lipiec to w Malezji początek sezonu na duriany. Zresztą w nowszej części Georgetown właśnie odbywał się festiwal poświęcony tym owocom. Jeden z lokalnych właścicieli licznych drzew durianowych, właśnie urządza imprezę inaugurującą sezon. Żeby zapewnić sobie pomyślność i powodzenie w biznesie część durianów musi na samym początku rozdać za darmo. Dlatego zaprasza znajomych na degustację tegorocznych plonów. Pojawienie się na takiej imprezie osób całkowicie obcych, zapewnić mu miało szczególne szczęście, dobrą karmę i powodzenie, dlatego młody Chińczyk tak mocno nas nagabywał. Mam nadzieję, że spisaliśmy się dobrze. Pewnie dlatego Chińczycy wszędzie odnoszą taki sukces w swoich interesach, skoro mają takie założenia. Bardzo mi się one podobają, ale spodziewam się że bardzo trudno byłoby zaszczepić je w naszej mentalności. Widocznie nie wyglądaliśmy na amatorów duriana, Chińczycy bowiem wyjaśnili nam co to jest i jak smakuje. Nie wiedzieli, że duriany konsumujemy namiętnie podczas każdej podróży do Azji, a pierwszy raz jedliśmy go już drugiego dnia w Hongkongu w 2008 roku. Jednak taki świeżo zerwany z drzewa durian to rewelacja w porównaniu z takim obranym na tacce, jaki zazwyczaj możemy kupić. Na imprezie osób było pewnie z pięćdziesiąt i byli to sami Chińczycy. Wszyscy wyglądali raczej na ludzi bardzo dobrze sytuowanych. Wcinali nieprawdopodobne ilości tych owoców. Impreza odbywała się na plantacji. Właściciel mówił że ma drzewa w różnych częściach wyspy, a tutejsze drzewa były pierwsze i tutaj mieści się siedziba jego durianowego interesu. Wszystkie bardzo wysokie drzewa, na oko kilkudziesięcioletnie, miały pod sobą rozwieszone sieci, żeby duriany nie uszkodziły się przy upadku. Zresztą dostanie w głowę kilkukilogramowym kolczastym owocem zazwyczaj kończy się dla człowieka śmiercią. Durian to według medycyny chińskiej owoc mocno rozgrzewający i posiadający dużo męskiej energii yang. Żeby zminimalizować skutki jego spożycia, nasi Chińczycy popijali go bardzo smaczną herbatą o właściwościach chłodzących organizm, a na koniec jedli rambutany, które są owocami żeńskimi i także ponoć mocno go chłodzą. Nigdy w swoim życiu nie zjadłam tak dużo duriana. Chińczycy ostrzegali nas, że tak duża ilość może nam zaszkodzić, ale chyba nie wierzyli, że naprawdę bardzo lubimy te owoce i jemy je nie z uprzejmości, a z przekonania. Penang słynie z uprawy durianów. Po powrocie do kraju poczytałam sobie o durianach z wyspy Penang. Na miejskim festiwalu prezentowano różne duriany, a ceny poszczególnych odmian mocno się od siebie różniły. Na koniec emocjonującego dnia postanawiamy coś zjeść. Jako że jest niedziela, bazar o wczesnej porze kompletnie się zwinął, a jedyną czynną jadłodajnią jest taka, w której stoi  duży garnek z curry z rybich głów. Potrawa gotuje się na przyjęcie i zaraz ktoś ma po nią przyjechać, jednak właścicielka czuje się w obowiązku zaznajomić nas z tą potrawą, więc sprzedaje nam jedną porcję na dwie osoby. Bardzo dobrze że była to tylko jedna porcja bo głowy na których gotowało się curry były bardzo duże. Największą atrakcją w tej potrawie jest właśnie zjedzenie rybiej głowy. Stwierdzam że fish head curry w wersji malajskiej jest również bardzo smaczne.

mal_penang_durian_001.jpg

To duriany festiwalowe, ale byliśmy nimi tak obżarci, że już żadnego nie kupiliśmy.

Kolejnego dnia odwiedzamy ogród botaniczny. Zdecydowanie warto do niego pojechać, bo rozciąga się na bardzo dużym obszarze (29 ha). Wprawdzie strasznie przeszkadzała nam pogoda bo padało non stop i dużo miejsc w ogrodzie, takich jak na przykład storczykarnia, było już zamkniętych ze względu na późną porę, ale i tak bardzo mi się tam podobało. Został utworzony przez Brytyjczyków w 1884 roku a dzisiaj określa się go jako płuca Penangu. Z niego także można dostać się na górę Bukit Bendera ale deszcz padał tego dnia co chwilę i znowu nie udało się nam tam dostać.

mal_penang_ogrod-botaniczny_005.jpg

Ogród botaniczny (po deszczu oczywiście).

mal_penang_ogrod-botaniczny_003.jpgmal_penang_ogrod-botaniczny_002.jpgmal_penang_ogrod-botaniczny_001.jpgmal_penang_ogrod-botaniczny_004

Kolejnego dnia postanawiamy udać się do Parku Narodowego Wyspy Penang, do którego trzeba wykupić bilet wstępu/permit i wpisać się do kajeciku. Tego dnia park narodowy odwiedzali wyłącznie wycieczkowicze z Arabii Saudyjskiej i Emiratów, oraz pojedyncze osoby z innych krajów. Najpierw mamy zamiar ambitnie dojść do położonej na skraju wyspy latarni morskiej, ale musimy przeczekać godzinną ulewę i robi się za późno, więc zmieniamy plany i mamy zamiar dojść na Monkey Beach. Po drodze cały czas widać małpy, które czasami wyrywają jedzenie i napoje arabskim wycieczkowiczom i są w tym bardzo skuteczne. Mnie także coś takiego po drodze się przytrafiło, małpa usiłowała wyrwać mi przyczepioną do plecaka butelkę i siadła mi na plecach, ale na szczęście nie zostałam przez nią przy okazji podrapana. Sama plaża jest „upiększona” przez betonowe rudery i można na niej nabyć sataye, gdyż znajduje się tu kilka bardzo minimalistycznych w swym wyposażeniu i higienie garkuchni. Niestety woda morska na Monkey Beach była bardzo mętna nie było widać dna, chociaż było płytko. Gdy tam byliśmy z plaży korzystał cały przekrój społeczny od zachodnich turystów kąpiących się w strojach kąpielowych, poprzez kobiety z krajów arabskich kąpiących się w burkini, aż do kobiet okrytych w całości czarnym materiałem z rękawiczkach i bez otworów na oczy, które oczywiście przypłynęły tutaj łodzią, jedzących w cieniu sataye. Nie zdążyliśmy zbyt długo nacieszyć się plażą bo zaczęło zbierać się na kolejną dużą ulewę i musieliśmy szybko stamtąd wracać (potem okazało się że tego dnia nasz hotelowy pokój uległ częściowemu zatopieniu bo dach nie wytrzymał). Postanowiliśmy więc zmienić miejsce naszego pobytu, na mniej deszczowe. Wyjeżdżałam stąd z ogromnym niedosytem i na pewno wrócę tam tak szybko, jak tylko Penang będzie mi po drodze.

mal_penang_monkey-beach_001.jpg

Monkey beach w Parku Narodowym Wyspy Penang.

mal_penang_monkey-beach_002.jpg