Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

Park Narodowy Fruška Gora

Fruška Gora to pasmo niskich zalesionych gór ze wszystkich stron otoczonych równinami Panonii. Znajdziemy tu sporo pieszych szlaków i miejsc przeznaczonych do rekreacji i wypoczynku. Od 1960 roku istnieje tutaj park narodowy. Największą atrakcją są prawosławne klasztory skoncentrowane na terenie około 50 kilometrów.  Powstało tam w sumie 35 monastyrów, większość z nich w późnym średniowieczu, kiedy tereny Serbii zostały podbite przez Turków (po klęsce na Kosowym Polu).  W lasach Fruškiej Gory chronili się uciekinierzy z podbitych przez Imperium Osmańskie terenów. Stopniowo klasztory stały się ostoją życia kulturalnego i religijnego Serbii. Na przestrzeni lat były one wielokrotnie rabowane, niszczone, odbudowywane – największe zniszczenia miały miejsce w czasach II wojny światowej. Do dzisiaj przetrwało 17 z nich: Privina Glava, Divša, Kuveždin, Petkovica, Šišatovac, Bešenovo, Mala Remeta, Beočin, Rakovac, Jazak, Vrdnik, Staro Hopovo, Novo Hopovo, Grgeteg, Velika Remeta i Krušedol. Niepotwierdzone w źródłach historycznych legendy twierdzą, że już od XII wieku istniały tutaj ośrodki życia monastycznego, jednak po raz pierwszy źródła historyczne wymieniają istnienie niektórych klasztorów w XVI wieku.

W jeden dzień udało nam się odwiedzić jedynie pięć z nich, oczywiście mogliśmy zobaczyć więcej, ale i tak tempo było dość szaleńcze, a kolejnego dnia nie mogliśmy już w Serbii zostać, ponieważ musieliśmy zacząć wracać. Dobrze, że przynajmniej odległości były na tyle małe, że nie traciliśmy dużo czasu na jeżdżenie pomiędzy nimi, bo zazwyczaj dystans był zbyt daleki na dojście piechotą. Pieszo udało nam się jedynie przejść z Velikiej Remety do Monastyru Grgeteg. Pogoda tego dnia była taka sobie, więc nie byłam szczególnie zadowolona ze zdjęć. Za to byłam zadowolona z zakupów. W monastyrach można kupić sporo ciekawych produktów po przystępnych cenach – miody, rakije, przetwory, przeróżne ziołowe produkty zdrowotne. Przywiozłam też sporo płyt z prawosławną muzyką sakralną, część z nich mocno niewiadomej oryginalności. W jednym z odwiedzonych przez nas klasztorów, wiekowy zakonnik siedzący w punkcie sprzedaży dewocjonaliów na widok zakupionych przez nas płyt, dodatkowo wręczył nam gratis kilka dvd z niewiarygodną ilością plików mp3 z muzyką (większość niestety dość marnej jakości). Każdej z nich miał po kilkaset egzemplarzy. Ogólnie klasztory zrobiły na mnie dość pozytywne wrażenie, ich mieszkańcy żyli na obrzeżach cywilizacji, zajmowali się uprawą roli, hodowlą zwierząt (w tym także pszczół) i co ważne nie zadzierali nosa oraz nie opływali w szczególnie demoralizujące bogactwa. Wyglądało to dość przyjemnie i prawdziwie. Fajnie byłoby pomieszkać sobie z tydzień w takim serbskim klasztorze i na przyszłość z pewnością sprawdzę czy w którymś z nich nie można przypadkiem przenocować. Ostatnio w podobnym miejscu – licznych klasztorach skumulowanych na niewielkim obszarze, odwiedzanych przez tłumy pielgrzymów byłam chyba w Chinach, przy okazji pieszej wycieczki na Emei Shan i moje wrażenia przynajmniej jeśli chodzi o te najpopularniejsze były mocno odmienne, gdyż zamieszkujący je mnisi byli ogromnie uzależnieni od dóbr doczesnych w postaci szeleszczących papierków z Mao, które dostawali od wiernych w zamian za talizmany. Obracali sumami pieniędzy nawet jak dla Europejczyków całkiem niemałymi. W międzyczasie byłam także w tureckich miejscach kultu, takich jak Konya czy Şanlıurfa, ale tam z racji tego że duchowieństwa jako takiego w tureckim islamie za wiele nie ma, wyglądało to całkowicie odmiennie.

srb_fruska-gora_monastyr-krusedol_001

Brama Monastyru Krušedol, który został wybudowany w latach 1509-14.

srb_fruska-gora_monastyr-krusedol_002.jpg

Monastyr Krušedol.

srb_fruska-gora_monastyr-velika-remeta_001.jpg

Monastyr Velika Remeta.

srb_fruska-gora_monastyr-grgeteg_001.jpg

W Monastyrze Grgeteg właśnie suszył się czosnek. Bardzo dużo czosnku.

srb_fruska-gora_monastyr-velika-remeta_003.jpg

Wieża Monastyru Velika Remeta jest bardzo wysoka i widać ją z oddali.

srb_fruska-gora_monastyr-grgeteg_003.jpg

Monastyr Grgeteg.

srb_fruska-gora_monastyr-grgeteg_002.jpg

Monastyr Grgeteg.

srb_fruska-gora_monastyr-krusedol_003.jpg

Monastyr Krusedol. Malowidła na zewnątrz kościoła. Wewnątrz nie można robić zdjęć.

srb_fruska-gora_monastyr-novo-hopovo_002.jpg

Przepiękne wnętrze Monastyru Novo Hopovo. Freski z początku XVII wieku anonimowych autorów.

W klasztorach Fruškiej Gory nie było tłumów wiernych. Można było w spokoju gdzieś przysiąść i porozmawiać z ludźmi, dostać od nich plastikowe obrazki ze świętymi na szczęście i powodzenie, albo wspomniane wcześniej nagrania prawosławnych śpiewów. Zarówno duchowni jak i osoby świeckie byli sympatyczni, kontaktowi, przystępni. Szkoda że się śpieszyliśmy i nie mieliśmy czasu spokojnie spędzić w jednym z nich połowy dnia, dlatego trzeba w przyszłości to nadrobić. Zupełnie inaczej jest w Rumunii, na przykład w Maramureszu – atmosfera, jaka panuje w tamtejszych klasztorach jest zupełnie inna. Wszystkie osoby duchowne sprawiają wrażenie jakby były ulepione z lepszej gliny, a wierni są przejęci i poważni. Może jest tak dlatego, że w okresie Ceaușescu  większość klasztorów była niezamieszkała i dopiero od stosunkowo niedawna monastyry z powrotem pełnią swoją funkcję. Zarówno duchowni jak i wierni – obie strony w swoich nowych rolach czują się mocno niepewnie i muszą nadrabiać to jakoś inaczej? W sumie to w Rumunii wszędzie indziej poza klasztorami (zwłaszcza żeńskimi), ludzie są dosłownie „jak do rany przyłóż” a w klasztorach prawosławne zakonnice patrzą krzywo na odwiedzających ludzi z byle powodu.

Które spośród odwiedzonych przez mnie klasztorów Fruškiej Gory najbardziej mi się podobały? Na pewno największe wrażenie robi Novo Hopovo, z niewielką i z zewnątrz dość niepozornie wyglądającą cerkwią, która w środku dzięki zastosowanym zabiegom konstrukcyjnym wydaje się być bardzo duża, smukła i strzelista. Cała pokryta jest niesamowitymi freskami z XVII wieku w pięknych ciepłych kolorach. Identyczne znajdują się w Czarnogórze, prawdopodobnie stworzone przez tego samego autora. Sympatycznie było też w monastyrze Velika Remeta, gdzie spędziliśmy najwięcej czasu. Nie wiem czy warto było jechać specjalnie do monastyru Vrdnik, ale w miejscowości znajdują się ciepłe źródła i chcieliśmy zbadać to zagadnienie na przyszłość. Pozostałe dwa klasztory – Krušedol oraz Grgeteg, też były dosyć przyjemne i na mojej krótkiej liście rankingowej znajdują się pośrodku. Warto przejść się pieszo z Velikiej Remety do Grgeteg. Zajmie nam to około 45 minut, a widoki po drodze są bardzo ładne. Z chęcią przenocowałabym w którymś z monastyrów bo zazwyczaj są one położone nieco dalej od cywilizacji ładnie otoczone pagórkami i lasem, ale na razie niewiele na ten temat można dowiedzieć się z internetu. Nikomu z ich mieszkańców nie przychodzi do głowy, że klasztory mogą zostać turystycznym hitem i przysłużyć się do przymnażania bogactw ziemskich. Z jednej strony to oczywiście dobrze bo do następnej wizyty pewnie wiele się tu nie zmieni. Z drugiej strony jechanie tam bezpośrednio z Polski w nadziei na znalezienie noclegu wieczorową porą może być dość ryzykownym przedsięwzięciem. Warto tam pojechać ze względu na ładne wiejskie krajobrazy, spokój, brak religijnej komercji oraz sztywności, zwłaszcza że z Polski jesteśmy w stanie dotrzeć tam w jeden dzień.

srb_fruska-gora_monastyr-novo-hopovo_001.jpg

Monastyr Novo Hopovo, zrobił na mnie największe wrażenie.

srb_fruska-gora_monastyr-velika-remeta_002.jpg

Velika Remeta.

srb_fruska-gora_monastyr-vrdnik_001.jpg

Żeński monastyr Vrdnik. We wnętrzu cerkwi nie można robić zdjęć.

Co warto zobaczyć w Sremski Karlovci

Sremski Karlovci po polsku zwane Karłowicami, to miejsce mocno kojarzące się z podręcznikami do nauki historii – podpisano tutaj w roku 1699 słynny Pokój w Karłowicach, kończący wojnę Świętej Ligi z Imperium Osmańskim.  Turcja zrzekła się wtedy między innymi Węgier z Siedmiogrodem,  części Ukrainy z Kamieńcem Podolskim, Dalmacji oraz Peloponezu. Jak widać powstała już o miejscowości porządna strona w języku angielskim, trzeba więc strasznie szybko tam jechać bo miejsce może zrobić prawdziwą, wschodnioeuropejską, turystyczną karierę, porównywalną choćby z Tokajem. Wtedy wszystko podrożeje i stanie się mniej swojskie a bardziej komercyjne. Trzeba przyznać, że miasteczko potencjał ma ogromny i skazane jest na sukces nie wiadomo tylko jak szybko to nastąpi. Położenie ma wręcz wymarzone. Z jednej strony ogromna rzeka – Dunaj, który jest tu bardzo szeroki i wygląda imponująco. Pływa po nim sporo różnych jednostek, pewnie w lecie jak jest ciepły weekend ruch jest na rzece przypomina niemal ten na pobliskiej autostradzie. Z drugiej strony porośnięte gęstym lasem łagodne pagórki, w które poutykano kilkanaście XVI wiecznych prawosławnych klasztorów (kiedyś było ich 35) oraz gdzieniegdzie małe i ładne wioski. Tam gdzie lasu nie ma uprawia się kukurydzę, słoneczniki, warzywa oraz winorośl. Miasteczko jest ważnym ośrodkiem winiarskim. Na dodatek sąsiaduje z Nowym Sadem, więc nie jest to kompletna prowincja. Pomimo wcześniejszych planów w ogóle do Nowego Sadu nie dotarliśmy. Klasztory Fruškiej Gory i Sremski Karlovci okazały się zbyt ciekawe, by warto było jeszcze gdziekolwiek indziej w tak krótkim czasie jechać, mimo tego że do centrum Nowego Sadu jest stamtąd niespełna 15 kilometrów. Pobyt tam rozleniwił nas całkowicie i wcale nie chcieliśmy nigdzie wyjeżdżać.

Architektura Karłowic jest niezwykle monumentalna. Co drugi budynek wygląda jak mniejsza wersja Schönbrunnu. Niektóre kamienice, słynne gimnazjum, pałac metropolity oraz obiekty sakralne wyglądają tak, jakbyśmy znajdowali się w jakimś sporej wielkości mieście a nie w miasteczku niespełna dziesięciotysięcznym, gdzie wszyscy hodują kury i prosięta. Monstrualna i imponująca habsburska architektura robi się przez to bardziej oswojona i ludzka, zwłaszcza gdy obok z godnością spacerują kury. Widać jednak że kiedyś miejsce musiało być bardzo ważnym centrum kultury i nauki oraz życia duchowego. Jest dużo starsze niż leżący obok Nowy Sad obecnie drugie co do wielkości miasto Serbii. Karłowice po raz pierwszy w źródłach historycznych wymieniono w 1308 roku. Było ważnym centrum kulturalnym w okresie panowania Habsburgów. To tutaj istniała pierwsza serbska szkoła, wystawiono pierwszą sztukę teatralną w tym języku, powstało tutaj także drugie na świecie prawosławne seminarium teologiczne. Miasto leży w obrębie Wojewodiny, kawałka Serbii znajdującego się pod silnymi wpływami węgierskimi oraz austriackimi. Należy on do Europy Środkowej, podczas gdy reszta Serbii to Europa Wschodnia i Bałkany. Wojwodina posiada pewną autonomię, jednak niezbyt dużą, pewnie żeby zapobiec sytuacji jaka miała miejsce z Kosowem. Jest to najbogatszy region kraju – żyzne niziny z bardzo  dobrze rozwiniętym wielkopowierzchniowym rolnictwem. Krajobrazowo wygląda jak Węgry, bo jest częścią Panonii, czyli było tu kiedyś morze. W przeszłości Wojwodina zamieszkiwana była w większości przez Węgrów do dzisiaj jest to obszar bardzo zróżnicowany etnicznie. Zdecydowana większość to Serbowie, jest też sporo Węgrów, Rusinów, Chorwatów, Słowaków, Romów i innych narodów zamieszkujących kiedyś Imperium Habsburskie. Widać że miasteczko długo znajdowało się pod wpływami austriackimi. Wystarczy pogrzebać trochę w lokalnej kuchni i to od razu widać.

srb_wojwodina_pejzaz_001.jpg

Wojwodina widziana z wzniesienia Fruškiej Gory.

srb_sremski-karlovci_dunaj_001.jpg

Dunaj.

srb_sremski-karlovci_panorama_001.jpg

Dwie najważniejsze rzeczy których trzeba tutaj skosztować to kuglof i bermet. Karłowicki kuglof to odmiana niemieckiego Gugelhupf, drożdżowej babki z dodatkiem bakalii i jakiegoś interesującego płynnego dodatku, na przykład wina (czasem nawet bermeta), soku albo syropu z owoców (na przykład wiśni), rumu, miodu.  Poznaliśmy jedną z propagatorek kuglofowego dziedzictwa, zakupiliśmy jej produkt oraz dostaliśmy adres jej bloga.  Kuglof ma nawet swoją stronę na facebooku. Drugim wspaniałym lokalnym produktem jest bermet, którego nazwa pochodzi od słowa wermut. Jest to słodkie deserowe wino z winogron czerwonych lub białych doprawione mieszanką kilkunastu ziół i przypraw. Najważniejszy w tej mieszance chyba jest piołun (pelen) bo wszyscy wymieniali go jako pierwszy składnik. Bardzo wyczuwalne są też goździki Tradycje winiarskie na tym terenie mają 1700 lat i kultywowane są od czasów rzymskich. Najpierw uprawy winorośli znajdowały się w rękach kościoła prawosławnego, bo osobą która zaszczepiła Serbom uprawę winorośli był nikt inny jak najważniejsza postać serbskiego prawosławia – święty Sawa. W czasach osmańskich uprawa winorośli podupadła, gdyż regularnie ją niszczono. Wkrótce potem serbskie wina zrobiły ogromną karierę w Imperium Habsburskim, a bermet stał się ulubionym trunkiem tamtejszej arystokracji. Powstał około 200 lat temu i stał się tak sławny, że dostępny był nawet na Titanicu. Po drugiej wojnie światowej zaprzestano jego produkcji. Robiony był jedynie w prywatnych domach. Po upadku komunizmu wznowiono jego komercyjną produkcję.

Oprócz bermeta robi się tam dużo innych win zwłaszcza z portugizera, merlota, traminaca i słynnej smerdevki. Właściciele winiarni nie są tak znużeni tłumem klientów-turystów jak w węgierskich regionach winiarskich. Tutaj każdy właściciel czuje się w obowiązku pokazać swoją piwniczkę, czasem także winotekę i niemal zmusić gościa do spróbowania większości produktów. Na samym końcu jako ukoronowanie degustacji pojawia się bermet. Nie wiem czy gdziekolwiek udało mi się obejrzeć tyle piwniczek winnych co w Sremskich Karlovcach. Pytanie czy chcemy obejrzeć piwniczkę, albo przejść się po winnicy pojawia się niemal z marszu. Jeśli powiemy, że w sumie to już widzieliśmy kilka w okolicy, padnie argument że przecież nie widzieliście naszej, więc nie sposób się temu łatwo przeciwstawić. Czasu wszyscy mają pod dostatkiem.

srb_sremski-karlovci_palac-arcybiskupa_001.jpg

Budynek dawnej szkoły teologicznej.

srb_sremski-karlovci_kamienica_003.jpg

W miasteczku spotkać można rewelacyjne, podniszczone kamienice.

srb_sremski-karlovci_fontanna-czterech-lwow_001.jpg

Fontanna Czterech Lwów w samym centrum Karłowic.

srb_sremski-karlovci_kaplica-pokoju_001.jpg

Kaplica Pokoju postawiona na pamiątkę traktatu pokojowego.

srb_sremski-karlovci_kamienica_002.jpgsrb_sremski-karlovci_kamienica_004.jpg
srb_sremski-karlovci_kamienica_001.jpg
srb_sremski-karlovci_winiarnia-bajilo_bermet_001.jpg

Bermet w winiarni Bajilo.

srb_sremski-karlovci_winiarnia-bajilo_piwnica_001

Piwniczka winna winiarni Bajilo.

srb_sremski-karlovci_winiarnia-dosen_winoteka_001.jpg

Winiarnia Dosen – winoteka.

Sremski Karlovci słyną także z rakiji. Zresztą przypadło nam w udziale mieszkanie u jednego z lokalnych wytwórców. Stało się tak bo perypetie z noclegiem mieliśmy spore. Najpierw udaliśmy się na lokalny kemping, który mimo nowoczesnej strony internetowej z wersją anglojęzyczną i licznymi zdjęciami z fotograficznego stocka, okazał się być kempingiem nieczynnym. Udawać się tam w jakimkolwiek terminie nie napisawszy wcześniej maila do obsługi jest chyba kiepskim pomysłem. Serbowie to nie Węgrzy, którzy lubią korzystać z takiej formy podróżowania i spanie pod namiotem raczej nie posiada tam zbyt wielu fanów.  Kolejna nasza nadzieja, Eko Center Radulovački okazał się być w całości wypełniony młodymi ludźmi, którzy przyjechali tu z jakiejś organizacji. Inne noclegi były nie wiedzieć czemu zupełnie za drogie. Robiło się coraz później i ciemniej i dopiero dzięki pomocy ludzi z Centrum, znaleziono nam zakwaterowanie u jednego z właścicieli przedsiębiorstwa Benišek & Veselinović, które mieściło się jakieś sto metrów od Ekocentrum. Nasz gospodarz był strasznie smutnym i melancholijnym, samotnym facetem posiadającym niezmiernie wesołego i energetycznego psa. Jakoś tak wyszło, że nie kupiliśmy jego słynnej rakiji, o której można nawet przeczytać po polsku, ponieważ biła od niego straszna rezygnacja.  Mieliśmy już pół bagażnika alkoholu, a zakupy przeróżnych dóbr w tym także rakiji w monastyrach Fruškiej Gory sprawiły, że zaczynał całkiem pękać w szwach – prawosławni zakonnicy mieli zdecydowanie lepszą żyłkę do handlu. Chociaż gdybym wiedziała że jest on tak znany zakupiłabym coś u niego bez względu na złą energię

Przyjechać tutaj na jeden dzień to niemal jak zbrodnia :), to już chyba lepiej nie jechać wcale. Tylko jeśli zostaniemy dłużej, poddamy się tutejszemu powolnemu tempu życia. W Sremski Karlovci chyba nikomu i do niczego się nie śpieszy, panuje zupełny marazm, może nawet ma on w sobie coś z beznadziei bo jakoś nie widać by mieszkańcy na swoich trunkach zarabiali krocie. Przerywają go jedynie grupy wycieczkowiczów (a może już pielgrzymów?), którzy wpadają tu po drodze na winne zakupy pomiędzy monastyrami Fruškiej Gory. Okupują także wtedy bardzo sympatyczną knajpę „Četiri lava”, położoną w najbardziej reprezentacyjnym punkcie Sremskich Karlovci, której nazwę zupełnie idiotycznie przetłumaczyłam sobie na „Cztery stoły”. Jeśli ona jest zajęta, trudno znaleźć w miasteczku coś sensownego do jedzenia. Oprócz kilku fast foodów dla wyrostków  w tuningowanych samochodach, jest jeszcze mocno trącająca komunizmem i drogawa restauracja Dunav położona nad samym Dunajem, oraz jeden nieco mniejszy rybny lokal po drodze z centrum nad rzekę, który albo był zamknięty, albo pełny, albo miał nieczynną (już albo jeszcze) kuchnię – nikomu specjalnie nie zależało na głodnych klientach.  Na razie ludziom nie przychodzi do głowy by prowadzić jakiś biznes wyłącznie z myślą o turystach, jeśli nie liczyć jakiegoś pojedynczego stojaka z pamiątkami. Miasteczko i jego okolice wraz z Nowym Sadem to miejsce nadające się na co najmniej tydzień leniwego urlopu. Piwniczek winnych w okolicy jest około sześćdziesiąt. Samo oglądanie miasteczka może zająć nam większą część dnia, nieopodal jest kilkanaście prawosławnych klasztorów, oraz szlaki piesze po zalesionych wzgórzach, pozwalające przejść pieszo drogę pomiędzy niektórymi monastyrami. Turystów spotkamy głównie lokalnych i niewiele znajdziemy tu informacji po angielsku, ludzie też raczej po angielsku nie mówią na szczęście język jest dość podobny do naszego.

Sarajewo na kilka dni – co zobaczyć

Sarajewo pomimo widocznych na każdym kroku niezabliźnionych pozostałości wojny i to zarówno jeśli weźmiemy pod uwagę miejski krajobraz jak i ludzi którzy w nim funkcjonują, jest miejscem wyjątkowym, niezwykle interesującym, do którego z pewnością jeszcze wrócę i to wiele razy, jeśli tylko sytuacja polityczna na to pozwoli i nie zmieni się na gorsze. Do tej pory mniejsze bośniackie miejscowości, takie jak Jajce, Blagaj czy Počitelj miały zdecydowanie lepszą atmosferę, niż nieco przygnębiające większe miasta. Tak nie jest w przypadku Sarajewa.  Czuć tutaj prawdziwie wielokulturową atmosferę, która przyciąga ludzi niczym magnes. Mieszkańcy miasta w przeszłości słynęli z tolerancji jaką darzyli inne narody. Sarajewo dumnie nazywane było przez Bośniaków „Damaszkiem północy”. Kiedyś było to najbardziej orientalne miasto Europy Wschodniej. Bez większych problemów żyli tutaj obok siebie wyznawcy wszystkich religii „księgi”: chrześcijanie tradycji wschodniej i zachodniej, muzułmanie i żydzi. Również pod względem prawdziwie egzotycznego wyglądu miasto nie miało sobie równych w Europie. Prawy brzeg rzeki Miljacki, która płynęła przez miasto swobodnie w sposób nieuregulowany, pokryty był ogrodami w stylu osmańskim. Ponoć panowała tu „wschodnia wolność” i „nietolerancja wobec wszelkiej monotonii” co można przeczytać w książce Bozidara Jezernika „Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników”. Po przejściu Sarajewa w ręce austro-węgierskie, w mieście zmieniło się wiele, ponieważ starano się nadać mu bardziej współczesny, europejski charakter. To samo spotkało prawie wszystkie miasta Bałkanów, dlatego w takiej na przykład Sofii tak trudno znaleźć obecnie jakikolwiek charakter, ponieważ ślady kilkusetletniego panowania Turków skutecznie usunięto, zastępując je XIX wiecznymi monumentalnymi gmachami bez wyrazu, będącymi często gorszymi kopiami tych w Paryżu czy Wiedniu. Miasta Bałkanów straciły swojego ducha zawartego w meczetach, minaretach, karawanserajach, bazarach, cmentarzach, mostach, domach. Kiedy to wszystko wyburzono, zniknęły także całe wieki historii, a nowe kanony estetyczne były  niestety niewiele warte. Pogoń za Europą była tylko czczą chęcią, bo skok cywilizacyjny nie mógł odbyć się w tak krótkim czasie. Budowle powstałe w szybkim tempie i bez większej refleksji, mogły być jedynie prowincjonalną karykaturą, wymarzonego pierwowzoru. Wszystko to, za co dawni podróżnicy cenili Bałkany przestało istnieć. W Sarajewie próbowano uczynić podobnie, jednak z racji tego, że mieszkała tutaj znaczna liczba muzułmanów, nie zniszczono wszystkich śladów tureckiej obecności. Uregulowano rzekę, zniszczono dużą część terenów zielonych, jednak Baščaršija pozostała w niezmienionym stanie do lat dziewięćdziesiątych. Dopiero to co dokonało się potem określane jest często słowem „miastobójstwo”. Sarajewo pozostające pod kontrolą Bośniaków, było tak mocno ostrzeliwane, że jego architektura przekształciła się w „architekturę wojny”. Niemal wszystkie budynki w Sarajewie zostały uszkodzone, a 35 000 obiektów zostało całkowicie zniszczonych.

Dlatego teraz miasto robi także nieco smutne wrażenie, bo poza historycznym centrum odwiedzanym przez tłumy ludzi, inne dzielnice są o wiele bardziej zrujnowane. Bardzo dużo budynków nadal podziurawionych jest kulami rozmaitego kalibru, a na ulicach widoczne są ślady moździeżowych pocisków zwane Różami Sarajewa. Mnóstwo ludzi żebrze (podając się za ofiary wojny), albo próbuje zarobić na przykład myjąc okna samochodów stojących w korkach, bo bezrobocie w tym kraju jest gigantyczne. Całości dopełnia olbrzyma ilość cmentarzy. Obszary na których grzebano ofiary kilkuletniego oblężenia, wyrastają raz po raz w miejscach takich jak pas zieleni ruchliwej drogi, podcienia mostów, boiska i stadiony sportowe, czy miejskie parki i tereny zielone. Patrząc na historię Bośni prędzej czy później chyba musiało do tego dojść, bo pomimo wspomnianego wcześniej szacunku do odmienności oraz wspólnej historii, zawsze zostawało tutaj trochę miejsca na pewną dozę nienawiści. Bośnia jest krainą o której chyba najbardziej z państw byłej Jugosławii można powiedzieć, że leży na styku kultur i właśnie dlatego podczas wojny na Bałkanach w latach 90. dokonano tu najwięcej zbrodni wojennych. Obecnie w skład Bośni i Hercegowiny wchodzą trzy grupy etniczne, mówiące tym samym językiem i bardzo często w swojej ponad tysiącletniej historii dzielące wspólne losy, mówiące identycznym językiem, różniące się tylko tym, że ludzie należący do nich wyznają inną religię. Początkowo nie stanowiło to problemu, jednak za sprawą duchowieństwa (głównie serbskiego i chorwackiego), które naukę swoich Bogów rozumiało mocno opacznie, skutecznie udało się wydobyć z ludzi najgorsze instynkty. Różnice zaczęto uwypuklać i to właśnie z religii uczyniono główny motor, który wielokrotnie pchał Bośniaków, Chorwatów i Serbów w stronę aktów wzajemnej nienawiści, której ostatnio dano upust w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, jednak podobne historie wcześniej miały miejsce wiele razy, może na nieco mniejszą skalę. W książce Roberta D. Kaplana „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię” będącej jednocześnie reportażem i esejem historycznym możemy przeczytać, że zamieszkujący Bośnię Chorwaci zawsze byli bardziej „chorwaccy” od swoich pobratymców z Chorwacji, a Serbowie bardziej „serbscy” niż gdziekolwiek indziej. Autor książki był w państwach byłej Jugosławii tuż po jej rozpadzie i przewidział, rychłe nadejście wojny domowej, jednak wtedy nikogo na zachodzie Europy ten problem nie interesował. W wyniku dużego przemieszania się wyznawców katolicyzmu, prawosławia i islamu (będących obecnie trzema różnymi narodami) każdy potrzebował najsilniej jak to możliwe zaakcentować swoją religijną przynależność. Ponoć kwintesencją tego problemu jest właśnie stolica Bośni i Hercegowiny. Miasto w zasadzie niepodzielne, do którego wszystkie zamieszkujące go narody mają jakieś roszczenia, których w całości nie da się spełnić. Problem w tym, że nikt nie jest zadowolony z jakiegokolwiek kompromisu. Całe Bałkany a więc każda z republik byłej Jugosławii a także Bułgaria, Grecja i Albania pragną powrotu do swoich historycznych granic z okresu największej świetności, który zazwyczaj miał miejsce gdzieś w głębokim średniowieczu, zanim na te ziemie nadeszli Turcy. To powoduje, że tego terenu nie da się w żaden sposób podzielić, a jeśli zacznie się próbować, to przykładem tego co może się stać, jest wojenna historia Sarajewa, które trwało w kompletnym impasie przez przeszło trzy lata, przy całkowicie biernej postawie reszty państw europejskich i najbardziej ucierpieli na tym zwykli mieszkańcy miasta, do których z okolicznych gór strzelano jak do kaczek.

bih_sarajewo_most-lacinski_001

Most przy którym miał miejsce słynny Zamach w Sarajewie, bezpośrednia przyczyna I wojny światowej i muzeum poświęcone temu wydarzeniu.

bih_sarajewo_sebilij_002.jpg

Muzułmańska dzielnica handlowa Baščaršija i jej serce okolice zabytkowej studni Sebilij.

bih_sarajewo_meczet-ghazi-husrev-bega_studnia_001.jpgbih_sarajewo_katedra-najswietszego-serca-jezusa_001.jpg
bih_sarajewo_bacsarcija_002.jpgbih_sarajewo_medresa-ghazi-husrev-bega_001.jpgbih_sarajewo_witryna-sklepowa-hidzab_001.jpg

bih_sarajewo_vjecna-vatra_001.jpgbih_sarajewo_bacsarcija_001.jpg

Dlatego właśnie ilość powierzchni Sarajewa zajmowana przez cmentarze jest tak ogromna. Nie da się przejść  małego kawałka miasta bez napatoczenia się na co najmniej jeden, są one  naturalnym elementem pejzażu i wyrastają wszędzie gdzie popadnie. Chcąc nie chcąc zaczyna się je odwiedzać bo żeby gdziekolwiek dojść zazwyczaj trzeba przejść przez kilka. Większość nagrobków jest z lat dziewięćdziesiątych. Przedstawiciele wrogich sobie religii nie mieszają się ze sobą nawet po śmierci. Muzułmanie i chrześcijanie chowani są na osobnych cmentarzach. Fakt posiadania istniejącego i namacalnego miejsca spoczynku jest w tym kraju powodem do radości, ponieważ losy mnóstwa ludzi są nieznane i rodziny nadal czekają na jakikolwiek ślad po swoich zmarłych. Od czasu do czasu, choć już coraz rzadziej, w mediach przebrzmiewają informacje o znalezieniu kolejnych masowych grobów. Znakomicie pisze o tym Wojciech Tochman w „Jakbyś kamień jadła”. Po  przeczytaniu tej książki mogłam lepiej zrozumieć wrażenie jakie odniosłam po obserwacji mieszkańców Bośni. Wydało mi się bowiem, że  większość ludzi zamiast aktywnie działać, to na coś biernie czeka. W tym kraju wszystko znajduje się w swego rodzaju impasie albo dość paraliżującej równowadze, której nikt nie ma odwagi przełamać. Stosunki społeczne zostały tak zniszczone, że wielu ludzi nie jest w stanie podjąć jakiejkolwiek inicjatywy, po tym co przeszli, oraz współistnieć obok ludzi od których doznali krzywd nie tak dawno temu. Dlatego odsetek obywateli, którzy chcą z tego kraju wyjechać jest ponoć najwyższy w Europie.

bih_sarajewo_zniszczenia-wojenne_001.jpg

Nawet na starym mieście w bezpośredniej bliskości Baščaršiji można znaleźć kamienice bez okien i z dziurami po kulach.

bih_sarajewo_okolice-stadionu-kosevo_002.jpg

Okolice stadionu Kosevo, część chrześcijańska.

bih_sarajewo_okolice-stadionu-kosevo_001.jpg

Okolice stadionu Kosevo, część muzułmańska.

bih_sarajewo_blokowisko_001.jpg

A to blok jakich w mieście pełno. Każdy mieszkaniec naprawiał swoją część na własną rękę.

Dla kontrastu mamy jednak turystyczną dzielnicę Baščaršija. Pracujący tam ludzie są znacznie większymi optymistami za sprawą turystów i strumienia pieniędzy, który od nich płynie. Trzeba tylko mieć nadzieję, że poziom skomercjalizowania nie będzie szybko się zwiększał i kiedyś nie osiągnie poziomu takiego na przykład Dubrownika, bo przestanie tu być tak miło jak w tej chwili. Na razie bowiem ceny w Sarajewie są rozsądne, ludzie jeszcze całkowicie normalni. Dzielnica funkcjonuje także dla miejscowych a nie jedynie dla turystów.  Nikomu z pracujących tam ludzi jakoś strasznie się nie śpieszy i nie chodzi im już tylko o zarabianie pieniędzy na swoim turystycznym kombinacie, jak ma to miejsce w Dubrowniku. Na Baščaršiji można długo błąkać się po małych sklepikach i kupować przeróżne muzułmańskie słodycze i wschodnie przyprawy, po cenach dużo mniejszych niż w Turcji. Dogadać się na temat różnych nieznanych produktów jest nieco łatwiej, bo słowiański język ma jednak z naszego punktu widzenia pewną przewagę nad tureckim. Sprzedawcy są strasznie zadowoleni, że ktoś kupuje artykuły mniej typowego zastosowania i jeszcze się o nie wypytuje, a jeśli powiemy że je znamy, bo je wcześniej jedliśmy, tylko nikt nam o nich nie opowiedział, to już nie posiadają się z zachwytu. Niemniej jednak kupiłam tam jedną rzecz przetrzymaną na półce, więc warto czasem spojrzeć na daty widniejące na opakowaniach. W dzielnicy można również włóczyć się po rozmaitych knajpach, które miejscami urządzone są z tureckim przepychem jak w Stambule, tylko drastycznie różnią się cenami oczywiście na korzyść Sarajewa. Jest też pewna dbałość o to by zachodni turyści nie mieszali się z pobożnymi turystami na przykład z Arabii Saudyjskiej, których też jest mnogo, dlatego w niektórych z nich menu jest tylko po arabsku (i nie jestem pewna czy będzie w nich piwo). Można w nich zjeść stały repertuar arabskich potraw, królują góry mięcha i pszenne placki. Ceny na Baščaršiji są jeszcze na tyle przyjazne, że także miejscowi siedzą w ogródkach pijąc niezliczone kawy z tygielka i paląc papierosy jak lokomotywy (a czasem fajkę wodną). W zasadzie wszystkie lokale są mocno wypełnione i trwa nie kończąca się umiarkowana impreza. Kilka razy odwiedzaliśmy lokal z kuchnią bośniacką, w którym nie było dań spotykanych wszędzie takich jak cevapi i pljeskawica, za to można było zjeść coś bardziej niszowego na przykład lonac, sogan dolma, czy potrawy z baraniny z górskich miejscowości, wszystko w przepięknych ręcznie kutych naczyniach. Codziennie przyrządzali tam tylko kilka dań i po południu wybór był drastycznie mały, za to jedzenie świetne, tylko że zawsze dostawaliśmy jakieś resztki. Zamiast więc przeglądać menu i robić sobie niepotrzebny apetyt, wystarczyło się zapytać co jeszcze mamy szansę zjeść. Jeśli dobrze pogrzebiemy w bośniackich przepisach, okazuje się, że da się znaleźć tu  wpływy perskie czy kurdyjskie i potrawy jakie je się tysiące kilometrów dalej. Widać że górzystość terenu ma swoje zalety i sprawia, że kuchnia jest oryginalna i nie wymieszana z europejskimi wpływami tak bardzo jak gdzie indziej.

bih_sarajewo_sarajewski-browar_001.jpg

Przybrowarniana pijalnia piwa. W środku pusto bo godzina jeszcze mało „piwna”, ale skoro już byliśmy w okolicy…

bih_sarajewo_sarajewski-browar_002.jpg

Oczywiście Sarajewo to nie tylko Baščaršija. Miasto jest jednocześnie uzdrowiskiem i obfituje w termalne wody. Warto na przykład odwiedzić Sarajewski browar, który znajduje się bardzo blisko Baščaršiji. Piwo robione jest z wody oligoceńskiej, która pochodzi ze studni znajdującej się na terenie fabryki. W czasie oblężenia w latach dziewięćdziesiątych, browar zaopatrywał miasto w wodę pitną. Na miejscu znajduje się knajpa, w której piwo smakuje tak jak powinno smakować w takich miejscach, bo robi się je jeszcze w prawdziwy sposób. W Sarajewie znajduje się też nowiutkie kąpielisko termalne, więc pod pewnymi względami można tu poczuć się jak w Budapeszcie. W parkowo-uzdrowiskowej dzielnicy Ilidža oprócz tego ogólnodostępnego kąpieliska, znajduje się wiele drogich hoteli w których są baseny lecznicze, okupują je jednak tłumy wycieczkowieczów z krajów Półwyspu Arabskiego. Miejscami w Ilidžy można poczuć się jak w Arabii Saudyjskiej, gdyż jest dosłownie skolonizowana przez ortodoksyjnych muzułmanów i istnieje tu dla nich całkowicie odrębna infrastruktura. Trzeba przyznać, że zatrzymują się w całkiem ładnym, zielonym miejscu. Niedaleko jest źródło rzeki Bośni – Vrelo Bosne, miejsce ważne dla tożsamości Bośniaków, jedyne miejsce w kraju w którym ktokolwiek z jego mieszkańców patrzy na to państwo na tyle optymistycznie, że nawet kupuje pamiątki z nim związane. Flagi i inne symbole Bośni i Hercegowiny całkiem nieźle się tu sprzedają a kupują je głównie ludzie lokalni, a nie turyści z zachodu, jak ma to miejsce na Baščaršiji. Kramy są prawdziwą ciekawostką i niektórzy nawet się pod nimi fotografują. Sam park jest dość urokliwy, szkoda tylko, że szpetnie ogrodzony siatką i oddzielony od reszty pejzażu. Droga do niego to trzykilometrowa aleja wzdłuż której rosną platany i jeżdżą bryczki z ludźmi, którzy nie mieli siły by przejść taką odległość na piechotę. Rzeka wypływa od razu dość sporym strumieniem i jest bardzo zimna i krystalicznie czysta.

bih_sarajewo_bacsarcija_kute-talerze_001.jpg

To jeszcze Baščaršija i pamiątkowe talerze.

bih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_002.jpg

A taka zacieniona platanami droga, prowadzi do Vrelo Bosne.

bih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_001.jpg

Vrelo Bosne popularny cel podmiejskich wycieczek.

bih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_003.jpgbih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_004.jpgbih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_005.jpg

Niemniej jednak okolica jest dość mocno zmieniona przez człowieka, wszędzie pełno płotów, barierek i niezbyt do tego wszystkiego pasujących rabatek, co sprawiło że nie chciało nam się strasznie długo tam przebywać i tego samego dnia postanawiamy jeszcze udać się do Muzeum Tunelu. Znajduje się ono spory kawałek od cywilizacji,  w dzielnicy Butmir na przedmieściach. Jest to zwyczajna podmiejska sypialnia złożona z domków jednorodzinnych, sąsiadująca z lotniskiem. Chociaż dojeżdża tam ponoć miejski autobus, to jednak bez GPSa i wpisanego weń wcześniej adresu, trochę trudno byłoby znaleźć Tunel Spasa na piechotę nie posługując się taksówką, bo trzeba błądzić w wąskich uliczkach wśród domków z ogródkiem. Znaczna większość ludzi dociera tu prywatnym transportem. Znajduje się w zupełnie niecharakterystycznym miejscu między domami. Sam budynek jak już go znajdziemy mocno się wyróżnia, bo w przeciwieństwie do okolicznych domów nie usunięto z niego śladów kul. W środku towarzystwo jest zupełnie międzynarodowe, a najwięcej jest Japończyków. Jako że w Sarajewie zamieszkaliśmy na Ilidžy, więc w zasadzie nie spotykaliśmy tam nikogo oprócz Saudyjczyków,  nie spodziewaliśmy się że miasto odwiedza taki tłum obcokrajowców a już na pewno że spotkamy ich w tak odległym od centrum miejscu. To bardzo dobrze, że wszyscy tak pilnie tam jeżdżą, finansują bowiem odbudowę tego tunelu w całości i może kiedyś to nastąpi. Warto byłoby przywrócić go do pełnej funkcjonalności, bo zdecydowanie na to zasługuje. Projekt tunelu opracowany został przez lokalnych inżynierów  Fadila Šeru i Nedžada Brankovića na zlecenie wojska pod koniec 1992 roku. Początkowo ludzie kopali go ręcznie pracując na trzy zmiany, za paczkę papierosów dziennie. Od strony Butmiru konstrukcję umacniano drewnem ze względu na jego dostępność a od strony Dobrinji elementami z metalu – wszelkimi pozostałościami z sarajewskich fabryk. Pracę nad nim znacznie utrudniały podziemne wody i prace na jakiś czas przerwano. Dopiero w lipcu 1993 roku kopiący z dwu stron ludzie spotkali się. Zaczęto szmuglować nim lekarstwa, żywność, broń a także przeprowadzać ludzi. W sumie przeszło nim milion osób w tym Alija Izetbegović prezydent Bośni i Hercegowiny.

bih_sarajewo_muzeum-tunelu_001.jpg

Wejście do Muzeum Tunelu.

bih_sarajewo_muzeum-tunelu_002.jpg

Jego wysykość to około 1,5 m. Przejście 20 metrów będąc zgiętym wpół jest dość wykańczające, co dopiero mówić o 800 metrach.

bih_sarajewo_muzeum-tunelu_003.jpg

Warto szybko jechać do Sarajewa i poświęcić na nie parę dni. Nie wiadomo jak długo potrwa obecny stan względnej równowagi, która nikogo nie zadowala i co się wtedy stanie? Czy problemy uda się rozwiązać w sposób pokojowy bo ludzie wyciągnęli wnioski z niedalekiej przeszłości? W każdym razie wygląda na to, że w takim stanie jak obecnie państwo nie będzie mogło zbyt długo istnieć. Miasto ma w sobie coś bardzo fascynującego. Miejscami jest tu tak pięknie i bezproblemowo, ludzie są mili a jedzenie pyszne i jeszcze bardzo prawdziwe, że popadamy w hedonistyczno-szczęśliwy nastrój. Za chwilę robi nam się smutno, bo przeszłość przypomina o sobie na każdym kroku. Może warto jeszcze dodać coś dla osób, które twierdzą, że nie pojadą tam bo to kraj muzułmański i w dodatku niebezpieczny. Słyszałam mnóstwo takich opinii (oczywiście region Polski, w którym mieszkam z pewnością ma na to spory wpływ). Islam panujący w Bośni i Hercegowinie to chyba najmniej konserwatywna jego wersja na świecie (nie wiem jak jest w Albanii bo jeszcze w niej nie byłam). Jeśli z powodu religii, Europa będzie odwracać się od Bośni i Hercegowiny i traktować ją jak „niechciane dziecko”, tą niechęć w pewnością zagospodarują kraje takie jak Arabia Saudyjska, które mogą przeznaczyć spore pieniądze na przykład na ultrakonserwatywną oświatę i skutecznie zwracać młode pokolenie ludzi wychowanych już po upadku komunizmu i nie posiadających dobrych perspektyw na przyszłość, w stronę radykalniejszych odłamów islamu.

Počitelj 2013

Koniecznie trzeba zrobić sobie przystanek się po drodze do i z Mostaru albo Chorwacji, żeby zobaczyć  najlepiej zachowany osmański zespół urbanistyczny w Bośni, (albo wybrać się do niego specjalnie). To prawdziwe przeniesienie się w czasie. Gdyby nie działania wojenne w latach 90. XX wieku, można by powiedzieć że od ładnych kilkuset lat nikt niczego tutaj nie zmienił.  Nie da się o nim pisać inaczej niż tylko w samych superlatywach, bo gdyby usunąć asfaltową drogę i samochody oraz pomniejsze dodatki w rodzaju szpetnych reklam coli, pejzaż wygląda na niezmieniony od wieków. Nawet rzeka ma czysty kolor i wygląda jakby pochodziła sprzed ery ścieków i uprzemysłowienia. Budynki wyglądają bardzo naturalnie bo zbudowano je z kamienia w takim samym kolorze jak otaczające miasteczko skały, bo pewnie stamtąd pochodzącego.

bih_pocitelj_stare-miasto-neretwa_001.jpg
bih_pocitelj_stare-miasto_001.jpgbih_pocitelj_twierdza_001.jpg

W średniowieczu miasto było centrum administracyjnym prowincji Dubrava župa i ważnym punktem strategicznym, z racji swojej rewelacyjnej lokalizacji i wysunięcia na zachód. Istnieje hipoteza, że pierwsze średnowieczne fortyfikace powstały za sprawą najpotężniejszego króla Hercegowiny  Stjepana Tvrtko I Kontromanicia już w roku 1383. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z 1444 roku. Twierdza miała duże znaczenie za panowania króla Węgier, Chorwacji i Czech Macieja Korwina, kiedy to w latach 1463-71,  stacjonował w niej węgierski garnizon. Na niewiele się to zdało bo po tej dacie, na długie stulecia, Počitelj wpadło w ręce Turków. Twierdza i jej otoczenie ewoluowały w czasach osmańskich, rozbudowano je zarówno w wieku  XVI jak i XVIII. Przez jakiś czas funkcjonował tutaj nawet osmański sąd – kadiluk działający według prawa szariatu. Obecnie Počitelj jest unikatowym przykładem osmańskiej architektury, gdyż zachowała się w niezmienionym stanie. Turcy wybudowali tutaj łaźnię, jadłodajnię dla ubogich, mekteb, czyli muzułmańską szkołę podstawową, a także medresę (szkołę wyższą) i niewielki prowincjonalny meczet – dwie ostatnie instytucje imienia Šišman Ibrahim Pašy. Przed meczetem rośnie piękny cyprys. W mieście funkcjonował też han – mały karawanseraj, w którym obecnie mieści się restauracja. Elementem powstałym pod wpływem architektury śródziemnomorskiej (chorwackiej) jest Sahat Kula czyli wieża zegarowa, co do której uważa się że powstała po roku 1664. Natomiast architektura mieszkalna jest pomieszaniem stylu osmańskiego ze śródziemnomorskim. Konstrukcja domu jest osmańska ale jego wykończenie i detale zawierają lokalne wpływy sprzed tureckiego panowania.  Po upadku osmańskiego imperium gdy w 1878 Počitelj  znalazło się na terenie Austro-Węgier, miasto straciło na znaczeniu i stawało się coraz bardziej prowincjonalne. Przed wojną w latach 90. mieszkała w nim populacja 660 Bośniaków, 172 Chorwatów, 20 Serbów i 19 osób deklarujących się jako Jugosłowianie. Podczas wojny domowej na Bałkanach ucierpiało bardzo poważnie i zostało niemal zrównane z ziemią najpierw przez wojska serbskie a potem chorwackie, a to co widzimy obecnie, zostało odbudowane niemal od zera. W 1996 roku historyczną zabudowę Počitelj dodano na listę stu najbardziej zagrożonych zabytkowych miejsc świata według World Monuments Fund. Jego odbudowa miała być modelowym przykładem rekonstrukcji budynków i próby ponownego odtworzenia istniejącej przed wojną społeczności, gdyż większość bośniackich muzułmanów opuściła miasto. Do dzisiaj widać kilka nieodbudowanych i zarośniętych zielskiem domów, których właściciel jeszcze się nie pojawił. Ponoć nie wszyscy chcieli tutaj wrócić. A na rozwieszonych po miasteczku tablicach, można zobaczyć jak po chorwackim ostrzale wyglądał meczet i kilka innych budynków. Minaret zrównano z ziemią, a kopuła meczetu zapadła się do środka budynku. Sytuacja Počitelj była taka sama jak większości miast w tym kraju, gdzie miejscowość wciśnięta jest pomiędzy góry, z których dogodnie można było ją ostrzeliwać.

bih_pocitelj_kamienne-domy_001.jpg

Domy z kamienia.

bih_pocitelj_stare-miasto_004.jpg

Całe stare miasto otoczone jest murem.

bih_pocitelj_stare-miasto_003.jpg

Minaret i wieża zegarowa.

bih_pocitelj_stare-miasto_002.jpg

Twierdza z jednej…

bih_pocitelj_twierdza_002

…i z drugiej strony.

Dzisiaj miasteczko ma spokojną mało turystyczną atmosferę, mimo że byliśmy tam równocześnie z dwoma autokarami wycieczek z Turcji, które szczelnie wypełniły wszelkie dostępne miejsca w których można było coś zjeść i w tym celu musieliśmy zatrzymać się za Počitelj  w przydrożnej knajpie. Dlatego nie byłam tam szczególnie długo, a szkoda. Myślę że w okolicy również znalazłoby się coś ciekawego do robienia i mam nadzieję, że kiedyś spędzę tam trochę więcej czasu, bo w miejscowości są noclegi. Natomiast tureccy emeryci na wycieczce byli strasznie sympatyczni i próbowali nawet coś nam tłumaczyć na temat tego miejsca, ale mówili tylko po turecku, a nie znam go na tyle by rozpatrywać różne historyczne zawiłości. Całość funkcjonuje nie na zasadzie martwego muzeum jak na przykład w Melniku, ale jest małym spokojnym miasteczkiem, po którym w sumie nie widać wcale nie tak dawnej wojennej traumy. Jest to kolejna całkowicie niewymuszona i naturalna atrakcja jakie można spotkać w Bośni.

Trsteno 2013

Trsteno, miejscowość licząca niespełna 300 mieszkańców, jest słynna z powodu jedynego w Chorwacji arboretum. Znajduje się niespełna kilkanaście kilometrów od Dubrownika. Początkowo był to ogród letniej rezydencji należącej do arystokratycznej rodziny Gučetić – Gozze z Dubrownika. Założono go pod koniec XV wieku. Zachowana jest wzmianka z 1492 roku o budowie akweduktu zasilającego ogród, który zresztą stoi do dziś. W 1948 roku ogród przekazano  Jugosłowiańskiej Akademii Nauk i powstało tutaj arboretum, które do 1991 roku  uważane było za najpiękniejsze w Europie. Mocno ucierpiało podczas wojny w latach 90., reszty zniszczenia dopełnił pożar w wyniku suszy w roku 2000. Do dzisiaj jednak możemy pooglądać tu gatunki roślin przywiezione dawno temu przez dubrownickie statki handlowe z całego świata. Największą lokalną dumą są dwa orientalne platany w znajdujące się w centrum miejscowości poza terenem arboretum, liczące sobie 500 lat. Oprócz tego możemy zobaczyć tu gaj oliwny ze starymi drzewami oliwnymi, roślinność makii, las bambusowy, liczne cyprysy oraz palmy a także klasycystyczną fontannę Neptuna, letni pałac odbudowany po trzęsieniu ziemi, oraz olejarnię z zabytkowymi tłoczniami do oliwek. Gdy tam byliśmy, w arboretum stały rozłożone dekoracje z planu serialu „Gra o tron”, więc do części parku nie można było wejść. Zresztą kilka plenerów jest eksploatowanych w tym filmie na okrągło, bo całkiem dobrze je pamiętam, chociaż serial oglądam jednym okiem, bo szkoda mi na niego czasu. Mimo tego, że dzisiaj mamy możliwość obejrzeć tylko pozostałości po dawnej świetności tego ogrodu i tak warto było zapłacić te 40 kun od osoby i się po nim poszwendać. Razem z biletem dostajemy folder o arboretum w języku polskim, więc trzeba przyznać, że są dobrze przygotowani.

cro_trsteno_arboretum_005.jpg
cro_trsteno_arboretum_012.jpgcro_trsteno_arboretum_011.jpg
cro_trsteno_arboretum_006.jpgcro_trsteno_arboretum_003.jpg
cro_trsteno_arboretum_004.jpgcro_trsteno_arboretum_002.jpgcro_trsteno_arboretum_010.jpgcro_trsteno_arboretum_001cro_trsteno_arboretum_013.jpg cro_trsteno_arboretum_009.jpgcro_trsteno_arboretum_008.jpg

Było tam bardzo spokojnie i miejsce to jest dobrą odtrutką po okrutnie skomercjalizowanym Dubrowniku, który zatracił już swój klimat i patrząc na wszystkie atrakcje wyjazdu na Bałkany był miejscem chyba najmniej wartym odwiedzenia. Stari Grad to ogromne muzeum pełne turystów, w którym prawdziwe życie już się nie toczy. Nasz czterodniowy pobyt w Chorwacji przed całkowitą klapą uratowały jedynie mniejsze ościenne miejscowości, gdzie życie płynęło spokojnie i mogliśmy w spokoju zakupić i posmakować różnych lokalnych produków. Niemniej jednak szybko wróciliśmy z powrotem do Bośni. Jeśli to właśnie Dubrownik i okoliczne plaże mają być tym upragnionym celem Polaków na urlopie, do którego jedzie się nieprzerwanie z Polski nie zatrzymując się nigdzie po drodze (bo nie warto) i łamiąc wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego, to chyba bardzo dużo w Dubrowniku i okolicach mnie ominęło.