Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Masala Tea

Tak, będę pisać o indyjskiej herbacie gotowanej z mlekiem i przyprawami, mimo że nie byłam w Indiach. Za to w Malezji jest tyle Hindusów i tyle razy jadłam w ich knajpach, że jednak czuję się na tyle kompetentna by coś w temacie masala tea napisać. Niedawno wróciłam z Nepalu a tam również powszechnie się ją pije. Na pewno czaj  pity z glinianego kubeczka na indyjskiej ulicy smakuje najlepiej i nic nie może się równać z tą czynnością, ale kto wie, może kiedyś będzie mi dane i tego spróbować. Robiłam go już wcześniej bo występował w co drugim indyjskim filmie, który oglądałam a widziałam ich już co najmniej kilkadziesiąt i chciałam poznać jego smak. Zaczęłam od bardzo prostej receptury z tej strony. Po czym z pomocą przyszły mi liczne vlogi indyjskich gospodyń domowych (na przykład ten i ten), które nudząc się całymi dniami w domu podczas gdy ich mąż siedzi w pracy, publikują istne internetowe epopeje na temat swojej kuchni. Tylko trochę deprymujące w tych filmikach jest to, że składniki w stylu „zmielone ucho żaby i suszone oko nietoperza” na pewno znajdziecie w swoim „nearest indian store”. W Polsce to co najwyżej w internecie i to tylko te bardziej znane, które dam radę i tak kupić w Azji przy każdej nadarzającej się okazji. Dowiedziałam się dzięki nim, że mieszanek którymi przyprawia się czaj jest tyle ile jest gospodarstw domowych. Każda pani domu ma swój własny sekretny przepis, który jeśli jest udany, to może cementować jej małżeństwo  skuteczniej  niż seks. Dzięki temu przetestowałam już sporo internetowych przepisów na domową masalę. Dziś już wiem, że oprócz przyprawy w proszku składającej się najczęściej z kilkunastu składników, najbardziej lubię dodawać do niej suszone płatki róż, świeżą lub mrożoną miętę i świeży tarty imbir. Dzięki samodzielnie składanym i mielonym masalom, mogłam wykorzystać resztki różnych poczynionych wcześniej zakupów w Herbapolu takich jak owoc anyżu, koper włoski, czy lukrecja których resztki nie załapawszy się na bycie składnikiem różnych mieszanek na gardło, bądź grypę, tudzież inne przypadłości, zostawały mi i nie miałam co z nimi zrobić. Nie jestem w stanie w chwili obecnej podać jedynego słusznego przepisu na indyjską przyprawę do herbaty, bo jak sama nazwa „masala” wskazuje, trzeba mieszać samemu i wypróbowywać różne warianty. Moje masalowe upodobania zmieniają się i stają coraz odważniejsze. Jeśli zdecyduję że w którymś przepisie zakochałam się na tyle że będę powtarzać go ciągle, wtedy spróbuję go tutaj podać. Na razie jestem w fazie eksperymentów a każdy słoiczek robionej przeze mnie przyprawy zdecydowanie różni się od poprzedniego.

masala-tea-przed-dodaniem-mleka_001

Tak apetycznie wygląda przed dodaniem mleka, potem zaczyna przypominać jakaś niesmaczną zupę mleczną z dzieciństwa.

Naprawdę wstyd się przyznać, gdzie wypiłam swój pierwszy czaj na azjatyckiej ziemi. W jaskini komercji i globalizacji, w towarzystwie światowych marek takich jak Gucci, Kenzo, Mc Donald i Body Shop – w food courcie Surii KLCC najbardziej wypasionego centrum handlowego w Malezji które znajduje się na najniższych poziomach wież Petronas w Kuala Lumpur. Na dodatek wypiłam go pierwszy i jedyny raz w życiu z papierowego kubka z plastikową przykrywką jak coca-colę z Mc Donalda (chociaż coca-coli z Mc Donalda w takim kubku nigdy w swoim życiu nie wypiłam). Pomimo całej tej otoczki smakował dość nieźle. Byłam po prostu ogromnie ciekawa czaju, a pierwszym miastem w jakim byliśmy w Malezji, było Kuala Lumpur, a zaraz po przyjeździe jak każdy wzorowy turysta zaszliśmy do Petronas Towers, które świeciło z daleka i przyciągało nas jak ćmy do świeczki.

Wszystkie kolejne czaje piłam już w mniej lub bardziej porządnych knajpach i ulicznych garkuchniach, czasem jak na mój gust na tyle hardkorowych, że zjeść jednak trochę bym się w nich bała ale napić się czegoś przegotowanego chyba można. W tych najbardziej budżetowych gdzie wszystko robi się na oczach klienta jest najlepiej, bo widać skomplikowany proces jego przygotowania. Uwielbiam patrzeć na tą ceremonię. Gdy go zamawiasz, nagle cała grupka ludzi zaczyna się krzątać. Każdy szanujący się uliczny indyjski lokal w Malezji lub Nepalska tania jadłodajnia zatrudnia całą masę pomocników. I wszyscy oni przez chwilę kręcą się wokół jednej małej szklaneczki otumaniająco słodkiego napoju. Jeden przepłukuje wodą graniastą szklankę po poprzednim jej użytkowniku (nie będziemy się przecież oszukiwać, że dokładnie ją myje), inny z wielkiego gara przecedza trochę napoju do jednego z dwóch metalowych kubków, kolejny przelewa go wielokrotnie z kubka do kubka czyniąc przy tym niezwykłe akrobacje w celu wytworzenia piany, jeszcze inny podstawia szklankę by ten poprzedni mógł nalać do niej spienioną zawartość koniecznie z meniskiem żeby potem było co siorbać, ostatni kładzie ją na tackę i podaje. Uwielbiam te poważne miny i skupione twarze jakby wykonywali właśnie jakieś skomplikowane obliczenia matematyczno-fizyczne, prowadzili odrzutowiec, pojazd formuły jeden, albo ratowali porządek świata. A może oni właśnie w ten sposób ratują porządek świata?  Czaj w Azji najlepiej smakuje w oblepiajacym upale i przez chwilę po jego wypiciu pod wpływem temperatury i przypraw robi nam się jeszcze gorzej bo goręcej, w wyniku czego potem robi nam się chłodniej. Stawia na nogi jak kawa, ale może to tylko szok wywołany cukrem, bo czasem jest tak słodki że aż gęsty. Czaj w Polsce nieźle smakuje także zimą, świetnie rozgrzewa, a jego słoneczny kolor napawa optymizmem gdy na zewnątrz jest szaro i leży obrzydliwy na wpół roztopiony śnieg. Niestety nie mam tutaj dostępu do super tłustego mleka i herbaty też używam innej, dlatego gliniany kolor nepalskiego czaju na razie pozostaje dla mnie trochę nie do odtworzenia, ale mimo wszystko kolor jaki udaje mi się uzyskać jest również optymistyczny.

masala-tea-przyprawa_001

Masala zakupiona wraz z połową sklepu z przyprawami u pewnego Pana Sprzedawcy w Bodnath w Katmandu prawdziwego mistrza przyprawowego marketingu.

W Nepalu w każdym prawie sklepie z przyprawami i herbatą sprzedawcy mają swoją własną masalę, która leży sobie w ogromnych wielokilogramowych worach i można kupić kilogram lub pół, no w ostateczności 20 lub 30 deko – mniej się nie da, bo waga jest oczywiście analogowa  na odważniki i to tylko duże, na jakiej u nas jeszcze gdzieniegdzie ważą marchewkę albo ziemniaki. Inna być nie może bo rodziny są liczne a przyprawy sypie się szczodrze, więc jakby taki sprzedawca przypraw zobaczył, że u nas kupuje się je w absurdalnych torebeczkach po 10 gramów to chyba nic by z tego nie zrozumiał. Zresztą im bardziej szczelnie, próżniowo i nowocześnie są zapakowane tym bardziej słaby po rozpakowaniu mają zapach. W nepalskich sklepach typu samoobsługowego możemy znaleźć gotowe zapakowane mniejsze masale, tylko że za cenę kolorowego opakowania, na ulicy kupimy jej kilka razy tyle. W dodatku będziemy uczestniczyć w całym ceremoniale zachęcania, demonstrowania klientowi towaru, zachwalania go (w międzyczasie padną standardowe pytania o to skąd, dokąd, ile dzieci, i takie tam) ważenia i pakowania. Przy okazji nieco nadpobudliwy sprzedawca będzie próbował sprzedać wam prawie cały swój sklep. Jeśli choć niewielki procent jego zamierzeń się uda – wyjdziecie ze sklepu z całą siatą przypraw, przy których rozpakowywaniu będziecie raz po raz kichać tak bardzo będą świeże i niezwietrzałe. A potem ilekroć będziecie obok jego sklepu przechodzić będzie z dumą Was witał, pozdrawiał i zapraszał po jeszcze.

Suszone ryby

Na Ukrainie, w Rosji oraz w innych krajach byłego Związku Radzieckiego najpopularniejszą zakąską do piwa nie są orzeszki ani broń boże obrzydliwe czipsy, ale suszone ryby, których wybór jest imponujący. Po raz pierwszy zetknęłam się z nimi w Kijowie. Był to chyba pierwszy produkt, który zwrócił moją uwagę i który odróżniał się nieco od towarów dostępnych w przeciętnym sklepie polskim. Kupiłam, spróbowałam i od razu zostałam fanką stawridki. Małe rybki są tam artykułami pierwszej potrzeby jak u nas czipsy i słone paluszki. W każdym przydrożnym sklepie kupimy więc jeszcze mniejsze od stawridek anchovies, suszone kalmary w plasterkach i nitkach, czy kawałki mintaja, albo makreli obrane ze skóry. Dla bardziej wtajemniczonych (z tym że jeszcze tą bardziej wtajemniczoną się nie stałam) pozostają duże, suszone w całości ryby. Na jednym z bazarów widziałam na przykład tak przygotowane całe leszcze. To już przysmak dla prawdziwych koneserów. Zazwyczaj będąc na wyjeździe nie mamy przy sobie narzędzi którymi bylibyśmy w stanie taką rybę rozczłonkować, więc jeszcze nie udało mi się zakupić większej ryby i zadowalam się jej kawałkami.

ukr_lwow_suszona-ryba-na-bazarze_001

A to już ryby zdecydowanie większego kalibru na Bazarze Krakowskim (Krakiwskij Rynok) we Lwowie -wianuszek ryb w promocyjnej ofercie. Jedzenie takich jest dość problematyczne bo są twarde jak kamień.

 
ind_yogyakarta_stoisko-z-suszonymi-rybami_002.jpg

A to stanowisko suszonorybne w indonezyjskiej Yogyakarcie. Robi wrażenie. Zapachowe. Trochę współczuję tej pani jej biznesu, bo w wysokiej temperaturze zapach rybek dosłownie wwierca się w mózg.

ind_yogyakarta_stoisko-z-suszonymi-rybami_001.jpg

Rybki z Indonezji, strasznie podobne do Stawridki, z dodatkowym bonusem w postaci oczu.

Z suszoną rybą związane jest także jedno z przepięknych wizualnych wspomnień z Odessy, w której byłam na pamiętnym długim weekendzie, kiedy to całe miasto spowite było w gęstych oparach koniecznie wysokoprocentowego alkoholu. Pewnego poranka zobaczyłam tam bowiem prawdziwego ukraińskiego lub co bardziej prawdopodobne rosyjskiego macho, który z powodzeniem mógłby grać w filmach Tarantino, w skórzanej kurtce, wyżelowanymi ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu, grzebieniem wystającym z tylnej kieszeni spodni, butami szpiczastymi jak Elvis Presley i… sporych rozmiarów suszoną rybą pod pachą owiniętą w gazetę, tak by nie zanieczyścić sobie kurtki, ale jej głowa i ogon wystawały na zewnątrz. Korzystając z paru dni wolnego niósł on pewnie zakąskę na jakąś alkoholową imprezę. Zresztą wyglądał jakby właśnie z jakiejś wracał. Na szczęście wybrał się piechotą i można było podziwiać jego piękną stylizację.

W Odessie tak w ogóle, obowiązuje jeszcze innego typu zakąska. W bardzo wielu miejscach w mieście sprzedawano krewetki „na szklanki” jak u nas sprzedaje się jagody. Szukałam więc budek z jedzeniem w których te krewetki można by było zjeść, jak wyobrażałam sobie na przykład smażone lub z jakimś ryżem. Otóż okazuje się że krewetki je się tam zupełnie na surowo jako zakąskę do alkoholu. Oczywiście spróbowałam, tyle że akurat bez alkoholu i były w porządku, tylko nieco przeszkadzały mi pancerzyki. Ich obieranie nie miałoby żadnego sensu bo prawie nic nie zostało by z nich do zjedzenia gdyż były bardzo małe. Jedzenie ich z pancerzykami było średnio przyjemne – chyba że po wypiciu pewnej ilości napojów wysokoprocentowych ten problem jak i wiele innych znika.

ukr_odessa_krewetki_001

W Polsce oczywiście świeżych krewetek na szklanki nie kupimy, ale wybór suszonych ryb w internecie jest całkiem spory. Niestety żeby przygoda z rybą była faktycznie pozytywnym doznaniem, a nie rozczarowaniem, musi ona być stosunkowo świeża, a nie zapakowana kilka lat temu. Ich produkcja jest tradycyjna i nie konserwuje się ich niczym prócz dużych ilości soli, więc po jakimś czasie robi się sucha, łykowata, traci swoją niepowtarzalną konsystencję. Sposób ich przechowywania też jest ważny. Lepiej przechowywać je w chłodzie. Doświadczeni rozpoznają to nawet po kolorze rybek. Zresztą mają one krótki termin przydatności do spożycia, to nie czipsy, które mogą leżeć i pięć lat bo są tak chemiczne, że nawet nie chcą się rozkładać. Coś o tym wiem, bo zawsze będąc na Ukrainie z zachłanności kupuję za dużo suszonych rybich produktów, część z nich zjadam szybko i częstuję nimi gości. Resztę upycham do przepastnej kuchennej szafy wysoko pod samym sufitem i znajduję na przykład za rok przy okazji porządków. Niestety średnio da się to potem jeść. Suszonych ryb jeszcze za pośrednictwem internetu nie kupowałam, nie wiem więc czy zakupione w Polsce będą wiekowe, jak te wyciągnięte z mojej szafy, czy dopiero co zapakowane, dlatego nie polecam żadnego sklepu. Mam na tyle blisko na Ukrainę, że od czasu do czasu wybieram się tam między innymi po suszone rybne delikatesy, a najbardziej marzy mi się by u kobiet „mrówkujących” przez granicę ukraińską wódkę i papierosy dało się kupić także świeże suszone ryby.

suszone-ryby_001

Smacznego

suszone-ryby-i-piwo_001

I na zdrowie.

Małe suszone rybki są bardzo popularną przyprawą w Malezji. Tam również używa się małych anchovies, jak na Ukrainie z tym że do doprawiania nimi zup na bazie rosołu, tuż przed ich podaniem, jako przyprawy. Dzięki temu w zupie pływają więc na przykład maleńkie rybie głowy. Posypuje się nimi też różne smażone dania. W całej Azji zupy soli się często sosem rybnym robionym z małych przefermentowanych w kadzi rybek, co nie jest chyba niczym nowym. Jednak posypywanie suszonymi rybkami albo maleńkimi krewetkami, to zwyczaj typowy dla Azji południowo-wschodniej.  Akurat zostało mi jeszcze odrobinę rybek, bo zakupiłam kilka opakowań za ostatnie malezyjskie drobne, gdyż nie miałam pomysłu jak lepiej je wydać. Jakoś lepiej znoszą przechowywanie. Używam ich zgodnie z przeznaczeniem do zup. No i do piwa.

zupa-z-suszonymi-rybkami_001

Zupa posolona suszonymi rybkami z Malezji.

Turecka herbata

Mówiąc turecka herbata możemy mieć na myśli zarówno herbatę parzoną na sposób turecki, jak i herbatę która pochodzi z tego kraju. Pewnie mało kto wie, że w Turcji rośnie herbata. Herbatę z Rize położonego nad Morzem Czarnym blisko granicy z Gruzją bez problemu kupimy także w Polsce. Oczywiście jej uprawa nie wystarczyłaby na pokrycie herbacianego zapotrzebowania tureckiego narodu, który sprowadza ją na przykład z Iranu czy Sri Lanki, bo przeciętny obywatel ponoć zużywa jej średnio 2,5 kg. Od czasu reform Ataturka, kiedy to herbata wyparła kawę, jest napojem zdecydowanie najpopularniejszym i najważniejszym: wypełnia czas, dostarcza przyjemności, pomaga zawierać, wzmacniać, podtrzymywać kontakty społeczne i przypieczętowywać rozmaitego rodzaju transakcje i uroczystości. Jej popularność widać w sklepach i na bazarach: sprzedaje się ją w ogromnych worach na kilogramy, a spośród pakowanych, najmniejsza jest chyba półkilogramowa. Kręcąc się nieśpiesznie po mniej turystycznych miejscach Turcji otrzymamy średnio kilkanaście zaproszeń na herbatę dziennie, nawet jeśli nasz rozmówca albo nowy znajomy nie zna słowa po angielsku i zbyt wiele z nami nie porozmawia, zaproszenie na cay i charakterystyczne siorbanie, będzie pierwszym gestem który nam pokaże. Oczywiście takiej herbaty nie da się wypić w pięć minut i pójść dalej po pierwsze dlatego, że nie wypada i trzeba się nią rozkoszować powoli, po drugie jest strasznie gorąca a w upale powoli stygnie. Herbata jest pretekstem do spotkania a to nie powinno być za krótkie, dlatego chcąc przyjmować każde zaproszenie na herbatę trzeba by było chyba tylko tym się zajmować bo na cokolwiek innego brakło by nam już czasu.

Właściciel małego hotelu w którym nocujemy za każdym razem kiedy wchodzimy lub wychodzimy z niego zaproponuje nam herbatę (najgorzej jak wchodzimy i wychodzimy kilkanaście razy dziennie), w sklepie gdzie kupujemy na przykład kolejne dywaniki modlitewne lub inne tureckie dewocjonalia musimy wypić co najmniej jedną i to koniecznie na siedząco bo na stojąco nie wypada, jeśli chodzimy po jakimś normalnym bazarze dla lokalnych mieszkańców a nie dla turystów każdy nudzący się sprzedawca obowiązkowo będzie starał umilić sobie czas i nas na nią zaprosi, gdy czekamy na autobus lub inny środek transportu z pewnością ktoś będzie chciał nas w międzyczasie nią ugościć u siebie w pracy, domu lub sklepie, jeśli będziemy przechodzić akurat koło piknikującej rodziny zawsze znajdzie się dla nas zaproszenie i pusta szklaneczka. Herbata czai się wszędzie. Oczywiście w każdym normalnym miejscu, każdy kto będzie tą herbatą częstował robi to bezinteresownie i nigdy nie zażąda od nas za to pieniędzy, a nasza propozycja zapłacenia za herbatę byłaby obrazą. Jeszcze jedno. Jeśli ktoś częstuje nas „herbatą jabłkową” czyli granulkami o smaku jabłkowym rozpuszczanymi w gorącej wodzie, to jest to osoba najczęściej pracująca w przemyśle turystycznym, a miejsce do którego trafiliśmy jest miejscem często nawiedzanym przez turystów. Tak się zawsze składało, że jeśli tylko napiliśmy się z kimś jabłkowej herbaty, ten ktoś zaraz zaczynał chcieć nam coś sprzedać. Teraz już wiemy co jabłkowa herbata oznacza. Europejskim podniebieniom zawarta w herbacie goryczka może przeszkadzać dlatego „sprzedawca czegoś” zamawia dla turysty „apple tea” a sobie zamawia herbatę czarną. Nie widziałam nigdy by jakikolwiek Turek pił  kiedykolwiek ten paskudny produkt instant z własnej i nieprzymuszonej woli.

tur_stambul_bazar-egispki_sklep-z-akcesoriami-gospodarstwa-domowego_001

Oprzyrządowanie do parzenia herbaty tureckiej kupimy na przykład na Bazarze Egipskim w Stambule, choć niekoniecznie po normalnej cenie.

W każdym mieście na pewien obszar przypada jedna lub kilka herbaciarni w której sprzedawcy i właściciele rozmaitych biznesów co chwila zamawiają herbatę, rozliczając się za nią na przykład raz w tygodniu (śmiejemy się że mają wykupiony abonament). Jest ich z pewnością więcej niż meczetów. Często można spotkać młodych chłopaków śmigających z tacami pełnymi tulipanowych szklaneczek, lawirujących i wymachujących nimi w tłumie całkowicie wbrew prawom grawitacji. Szklaneczki jakimś cudem nigdy nie spadają. Do tradycyjnych herbaciarni wstęp mają tylko mężczyźni, którzy często grają w nich w tavlę. Króluje w nich minimalizm (lub po prostu jest biednie) a estetyka jest „typowo męska” wystarczy kilka wiekowych plecionych lub plastikowych miniaturowych krzesełek parę obowiązkowo koślawych stołów oraz samowar w honorowym miejscu i już mamy herbaciarnię. Czas spędzają w nich starsi mężczyźni na emeryturze. Oczywiście wizyta zagranicznej kobiety w herbaciarni, zwłaszcza jeśli będzie siedzieć na zewnątrz a nie w środku i będzie miała osobę towarzyszącą płci męskiej, w bardziej turystycznym mieście raczej nie wywoła niczyich negatywnych emocji.

herbata_turecka_001

Herbata z Rize.

Żeby zaopatrzyć się w zestaw do parzenia tureckiej herbaty musimy po pierwsze mieć samą herbatę. Drobnoliściastą, czarną, która po zalaniu wodą „w stylu polskim” da słaby i niezbyt dobry napar. Całe bogactwo smaku pojawia się dopiero po wygotowaniu.  Stwierdzam po przetestowaniu kilku rodzajów herbat w tym również z Rize, że najbardziej odpowiada mi herbata firmy Akbar, jest jej zresztą kilka rodzajów lepsze i gorsze. Chyba trafiają się też jej podróbki, bo wielokilogramowe wory z herbatą są opatrzone nawet hologramem Akbara.

tur_sanliurfa_herbata-turecka-cay_001

Herbata podawana z obowiązkowo co najmniej dwoma kosteczkami cukru.

tur_sanliurfa_bazar-demli_001

Bogato zdobiony stylizowany na osmański zaparzacz do herbaty na bazarze w Urfie.

Kolejnym zakupem jest demli – czajnik, a raczej dwa czajniki jeden umieszczony nad drugim. W jednym gotuje się wrzątek, a na parze w drugim górnym czajniku gotują się herbaciane fusy. Esencja która powstaje w wyniku tego zabiegu jest mocna i gorzka. Dlatego w szklaneczce dolewa się do niej wody i dodaje dużo białego cukru. Gotowanie fusów powinno trwać od 10 do 20 minut (ja gotuję chyba jakoś między 10 a 20 bo nigdy nie mogę się doczekać aż herbata będzie gotowa). Na razie mam dość podły czajnik z aluminium, zakupiony podczas pierwszej podróży do Turcji (bo po co kupować drogi i porządny, jeśli nie będziemy często go używać). Okazał się być używany na tyle często, że powoli się rozlatuje. Za każdym razem kupuję w Turcji tyle różnych rzeczy, że czajnika w żaden sposób nie da się już upchnąć więc w tej sprawie zostanie mi chyba internet.

No i na koniec szklaneczki w kształcie tulipanów. Tutaj mamy na prawdę duże pole do popisu. Ilość ich rodzajów, wzorów podstawek i sposobów łączenia ze sobą szklaneczek i podstawek jest setki jeśli nie tysiące. Są sklepy sprzedające wyłącznie herbaciane akcesoria, a panie sprzedawczynie pomagają dopasować najlepsze szklanki do podstawek i odwrotnie, zgodnie z najnowszymi obowiązującymi trendami. Jest w tej modzie wyraźna regionalizacja i w danym regionie Turcji modelowy zestaw szklaneczka plus podstawka wygląda inaczej. Ja mam strasznie obciachowe podstawki w dodatku zrobione plastiku, więc zdecydowanie nie mam się czym w tej materii chwalić. Tego typu podstawki były modne w 2007 roku i teraz są zdecydowanie nie na czasie. Miniaturowe łyżeczki też musimy do zestawu kupić bo nasze polskie łyżeczki do herbaty będą o wiele za duże i będą wyglądać pokracznie. Jest też zdecydowana różnica pomiędzy modelami „dla turystów” a standardowymi modelami będącymi na wyposażeniu gospodarstwa domowego. Taki na przykład zestaw dwie szklaneczki z podstawkami plus herbata jabłkowa, możemy kupić tylko w sklepie z pamiątkami, bo nigdy nie występuje w naturze.

herbata_turecka_004

A to mój aluminiowy nabytek.

herbata_turecka_003

Powoli się rozpada, ale przynajmniej wygodnie się z niego nalewa.

Oleje do włosów

Od krajów arabskich przez Indie, Malezję, aż po Chiny mnóstwo ludzi używa olejów do włosów.  Od jakiegoś czasu część z nich można także kupić w Polsce, na bazie ich popularności zaczynają pojawiać się bardzo ciekawe (chociaż jeszcze nie próbowałam) oleje  z roślin lokalnych, które rosną w naszych warunkach na przykład z łopianu, lub typowe kosmetyczne podróby na przykład o zapachu sztuczno-pomarańczowym niewiadomego składu nie mające zbyt wiele wspólnego z odwieczną tradycją namaszczania skóry głowy pachnącymi naturalnymi olejami, lecz przystępniejsze dla przeciętnego konsumenta.  Moja przygoda z olejami do włosów zaczęła się dość niedawno. Od tej pory nie mogę się bez nich obejść przynajmniej kilka razy w miesiącu. Jeśli zaczynam bardzo często go używać znika jakikolwiek łupież a włosy wyglądają na prawdę nieźle (chociaż wiem, że nigdy nie będą one wyglądać rewelacyjnie bo są cienkie i kiepskie i zawsze wyglądają jakby właśnie zostały czymś mocno sponiewierane). Olej przyda nam się zwłaszcza zimą, gdy jest sucho a nasza skóra jest podrażniona różnego rodzaju nakryciami głowy i suchym powietrzem, oraz na przykład sauną, czy chlorem z basenu. Przyda się także latem kiedy słońce mocno wysusza nam włosy.  Pomoże na wypadanie włosów, ich zbyt częste mycie, oraz na problemy z przesuszoną skórą głowy.  Po zapoznaniu z różnymi olejami, niezbyt wyobrażam sobie sens stosowania jakiejkolwiek odżywki do włosów jakiejś popularnej marki.

W wielu krajach Azji kobiety (chociaż mężczyźni także) mają obsesję na punkcie swoich włosów i stosują rozmaite ziołowe maseczki i papki oraz nacierają olejem włosy za każdym razem zanim umyją głowę, oraz niektórzy także świeżo po jej umyciu, bo olej na włosach chroni je od słońca. W takim na przykład Nepalu, w którym wielu ludzi żyje poniżej wszelkiego minimum, można kupić olej nawet w mikroskopijnych saszetkach jednorazowego do użycia w każdym  mini sklepiku, także tym obnośnym. Jest to też artykuł tak popularny, że musi być pod ręką w każdym możliwym opakowaniu, nawet jeśli kogoś nie stać na całą butelkę. Ludzie nie boją się chodzić po ulicach z mocno natłuszczonymi włosami i dosłownie ociekać olejem (chociaż na ciemnych włosach całkiem nieźle to wygląda, a na moich niestety nie). Najpopularniejszymi olejami są amla, olej kokosowy, musztardowy (z ziaren gorczycy) ze słodkich migdałów, oraz różne oleje wieloskładnikowe jak Sesa czy Navratna,  oraz przeróżne oleje ajurwedyjskie złożone z ziół i innych składników ale nie posiadające swojej handlowej nazwy. U nas oczywiście chodzenie z tłustymi włosami by nie przeszło i olej nakłada się przed umyciem głowy, tak żeby działał także po jej umyciu.

Od czego zacząć używania olejów do włosów? Pewnie od wybrania takiego, którego zapach nam się podoba, tu niezbędna będzie wizyta w stacjonarnym sklepie, bo niektóre niewprawionym nosom pewnie mogą wydać się dość dziwne czy wręcz odpychające. Ja już tak mam, że jeśli chodzi o takie naturalno-roślinne zapachy to przeważnie wszystko od razu mi się podoba. Istnieje teoria, dobierania oleju w zależności od stopnia złuszczenia włosa aczkolwiek ja używam zupełnie innych niż ta teoria nakazuje i nie narzekam. Trzeba tylko uważać by nie nakładać go za dużo, gdy w wyniku jego użycia włosy po umyciu głowy nadal będą lekko tłuste, na drugi raz trzeba użyć go mniej, żeby nie obciążał nam włosów, bo będzie przynosić do skutek odwrotny do zamierzonego.  W tej chwili mogę opisać cztery oleje które obecnie posiadam, wszystkie są bardzo popularne i przemysłowe, bez żadnej olejowej ekstrawagancji czy niszowych marek: Amla firmy Dabur, Vatika również firmy Dabur, Navratna firmy Himani, oraz Zam Zam hair oil. Na początek spośród tych co wymieniłam najlepszy będzie olej kokosowy czyli Vatika zawierający w swoim składzie także niewielkie ilości amli, różnych ziół i olejek cytrynowy. Nuta zapachowa kokosu jest zdecydowanie dominująca, a chyba większość ludzi lubi ten zapach, więc żeby zacząć przygodę z olejami ten powinien być w sam raz. Bardzo fajnie zmiękcza włosy, które potem delikatnie pachną kokosem. Jego jedyną wadą jest to, że w naszym klimacie tylko kilka dni w roku w czasie rekordowych upałów ma on szansę pobyć przez chwilę w stanie rozpuszczonym, bo w temperaturze pokojowej zastyga, więc z wydłubaniem go z butelki trzeba się nieco namęczyć, widać że opakowanie nie zostało stworzone z myślą o naszej strefie klimatycznej. Można butelkę z olejem wsadzić do ciepłej wody, ale zawsze szkoda mi na to czasu, lepiej już użyć jakieś łyżeczki czy innego patyczka. Jeśli weźmiemy grudkę oleju na rękę po chwili zaczyna się topić i z białego robi się przeźroczysty.  Bez problemu kupimy go w Polsce. Możemy także do celów kosmetycznych używać nierafinowanego oleju spożywczego zarówno do głowy jak i do ciała zamiast balsamów i innych paskudztw.

oleje-do-wlosow_001

zam-zam-hair-oil_002

Drugi olej który posiadam, czyli amla to już zdecydowanie olej nie dla wszystkich, ze względu na specyficzny zapach, od razu zaznaczam że mi się on podoba. Amla czyli liściokwiat garbnikowy to drzewo rosnące w Indiach którego jadalne owoce wykazują właściwości antywirusowe i antybakteryjne, są też ważnym składnikiem wielu leków medycyny ajurwedyjskiej. Działa on bardzo ściągająco na skórę głowy, po pierwszym nałożeniu skóra może nas delikatnie zacząć szczypać i swędzieć, (uwielbiam to uczucie). Usuwa łupież i wywołuje intensywny wzrost włosów. Całkiem nieźle zmywa się z głowy. Produkuje go wiele różnych firm. Można spotkać oleje amla bio i organic, można też zrobić go samemu dodając sproszkowaną amlę do jakiegoś oleju (instrukcje są na youtube) można zakupić bardziej przemysłowe na przykład firmy Dabur, który w  Nepalu jest artykułem absolutnie pierwszej potrzeby jak u nas zapałki czy papier toaletowy. Produkuje go także firma Khadi, która w swojej ofercie ma również bardzo ciekawe oleje ajurwedyjskie, które nieco odstraszają mnie swoją ceną za niewielką buteleczkę, ponieważ zdaję sobie sprawę ile taka buteleczka kosztuje w kraju z którego pochodzi.

Kolejny olej – Zam zam, wytwarzany jest w Malezji. Składa się on z kombinacji ziół i minerałów. Ma on przepiękny świeży zapach w którym przeważa nuta jaśminu, ale jest bardzo ciężki, stworzony do ciemnych, grubych włosów. Jeśli nałożymy go tyle co innych olejów to trudno zmyć go z głowy, jedno mycie zazwyczaj nie wystarczy. Trzeba więc bardzo mało go używać. Piękny świeży zapach który potem zostaje na włosach trochę to rekompensuje.

navratna-oil-shakrukh-khan_001

Shakrukh też go używa (zdjęcie z indyjskiego ebaya).

navratna-hair-oil_002

Olej Navratna na męskie włosy, ale kobiecym też pewnie pomoże ;).

navratna-hair-oil_001

Ma podejrzanie czerwony kolor, ale jego zapach i działanie sprawiają że przestaje to przeszkadzać.

Na koniec mój obecnie ulubiony olej – Navratna niezbyt popularny w Polsce ale do zdobycia, na przykład tu. Niestety w Katmandu taki sam olej kosztował 175 rupii czyli równowartość około 5,50 zł w Polsce natomiast kosztuje dokładnie 7 razy drożej. W Nepalu sprzedaje się go jako olej dla mężczyzn. Ambasadorami tej marki są Amitabh Bachchan i Shakrukh Khan, więc musi być świetny. Olej ma mocne właściwości chłodzące skórę głowy, oraz przepiękny zapach. Składa się z dziewięciu ziół między innymi amli, mięty, hibiskusa, bhringaraju, kamfory. Na opakowaniu jest napisane że oprócz włosów możemy wyleczyć nim: migreny, ból karku, bezsenność, oraz stres, napięcie oraz ból mięśni. Jednym słowem pomaga na wszystko :). Jego nałożenie na głowę powoduje u mnie efekty takie same jak przy amli tyle że intensywniejsze. Jest on bardzo przyjemnym olejem.

Jeśli czasem oglądamy telewizję, jesteśmy bombardowani absurdalnymi reklamami, w których jakaś odżywka do włosów, składająca się  z delikatnie mówiąc niezbyt zdrowych chemikaliów w dwa lub trzy tygodnie naprawi nam zniszczone włosy, jednocześnie mając pod ręką na przykład w kuchni czy lodówce środki używane od tysięcy lat które są w stanie zrobić to naprawdę.

Update z października 2015

Po odbytych przeze mnie studiach zielarskich i coraz większemu zainteresowaniu tematyką różnych olejów, pasowałoby dodać tutaj jeszcze kilka informacji. Oleje powinno się podzielić również pod względem sposobu ich pozyskania. Będziemy więc mieć tutaj dwie grupy: oleje pochodzące bezpośrednio od roślin oleistych z których zostały pozyskane – jak olej palmowy, kokosowy, czy ze słodkich migdałów, oraz oleje będące wynikiem maceracji roślin w innych olejach. Do takich zaliczamy oleje amla, czy chociażby nasz polski olej łopianowy do włosów. Rośliny takie jak liściokwiat garbnikowy, czy łopian nie są roślinami oleistymi, uzyskuje się je w wyniku maceracji materiału roślinnego w oleju. Po jakimś czasie substancje przechodzą z rośliny do oleju. Bardzo ważne jest jednak jaki jest to olej. Czytając na przykład ten post możemy się z niego dowiedzieć, że dostępne na polskim rynku oleje z łopianu czy uczepu trójlistkowego robione są na oleju sojowym, do którego mało kto ma zaufanie, bo soja jest rośliną chyba najczęściej modyfikowaną genetycznie. Co gorsza na etykiecie nie znajdziemy o tym informacji. Podobnie nie najszczęśliwszym wyborem jest używana przeze mnie amla firmy Dabur, ponieważ jest robiona na oleju parafinowym, który również jest dodatkiem nieco kontrowersyjnym (jest produktem ropopochodnym, wprawdzie neutralnym dla skóry, jednak blokuje jej pory uniemożliwiając wymianę powietrza i usuwanie przez skórę toksyn). Olej parafinowy to także podstawowy składnik oliwek dla niemowląt. Firma Dabur przynajmniej informuje na etykiecie z jakim olejowym medium mamy do czynienia. Dlatego też w przyszłości zamierzam sama kupić sobie sproszkowaną amlę i pomacerować ją w jakimś lepszym oleju.

Turecka kawa

Mówiąc o tureckiej kawie mam na myśli sposób jej mielenia i parzenia, a nie kawę która wyrosła w Turcji, bo taka oczywiście nie istnieje. Jest to najdrobniej mielona mocno palona kawa swoją konsystencją przypominająca mąkę. Nie da się tak zmielić kawy samemu w warunkach domowych dysponując zwykłym młynkiem za 100 złotych. Taka drobna kawa nie będzie oczywiście nadawała się do jakiegokolwiek ekspresu lub zaparzacza, dlatego kupując turecką kawę, trzeba też kupić lokalny osprzęt do jej parzenia. Przyrządza się ją zalewając zimną wodą i gotując razem z cukrem w tygielku zwanym cezve, na wolnym ogniu, chociaż w Turcji mało kto korzysta z tradycyjnych mosiężnych ozdobnych tygielków i w gospodarstwach domowych królują takie oto współczesne, bardziej przypominające garnki, obowiązkowo made in China. Wiele razy  różni ludzie w Turcji częstowali nas  kawą i zawsze korzystali z czegoś takiego, a nigdy z mosiężnych tygielków.

tur_sanliurfa_bazar-palarnia-kawy_001

Palarnia kawy na bazarze w Urfie. Niestety zapach się nie sfotografował.

Za to w Bośni panuje istny kult tradycyjnego tygielka, a ich wytwórcy z przekąsem mówią o tym jak to Turcy porzucili całkowicie ten element swojego dziedzictwa i produkują je tylko po to by sprzedawać turystom. W Bośni każda „bosanska kafa” zamówiona nawet w najmniej eleganckim lokalu, zostanie podana na pięknie kutej tacy, z tygielkiem i dwoma porcelanowymi czarkami  również ozdobionymi okuciem. Tak więc mój pierwszy tygielek zakupiłam w Turcji za śmieszną cenę 5 lirów, ale jest za mały, jego rączka dziwnie się nagrzewa a w wyniku tego że jego kształt zbyt mało rozszerza się ku dołowi, kawa strasznie z niego kipi. W Bośni kilka lat później, gdzie kupiłam kolejny, droższy i większy, dowiedziałam się że w Turcji nikt nie zwraca uwagi na właściwości użytkowe mosiężnych tygielków bo produkują je tylko dla turystów. W tym nowym nic się nie nagrzewa i mniej kipi. W tym artykule można poczytać o różnicach między kawą po bośniacku i kawą turecką.

bih_sarajewo_bacsarcija_tygielki-do-parzenia-kawy_001

Tygielkowy zawrót głowy na starym mieście w Sarajewie w bazarowej dzielnicy Baščaršija.

bih_sarajewo_bacsarcija_tygielki-do-parzenia-kawy_002

Tygielkowe zagłębie na Baščaršiji.

turecka-kawa-001

Mój nabytek z tradycyjnymi bośniackimi wzorami.

turecka-kawa-003

Jeżeli chodzi o samą kawę to w Turcji jej najpopularniejszą i najbardziej rozpoznawalną marką jest Mehmet Efendi. Bez problemu kupimy ją w Polsce, na przykład tu. Niestety w porównaniu do innych kaw tureckich jest relatywnie droga, a smakiem jakimś szczególnym spośród innych marek zdecydowanie się nie wyróżnia. Moim zdaniem identycznie smakuje na przykład jej odrobinę tańszy zamiennik z tureckiego dyskontu Bim, sprzedawany pod wdzięczną nazwą Abdullah Efendi. Za to w Bośni tygielkowa kawa jest niewiarygodnie tania i nie tak dawno zrobiłam jej gigantyczne zapasy. Kupiłam na przykład kawę Zlatna Dzezwa oraz Jubilarna. Jest bardzo podobna do tureckiej, aczkolwiek moim numerem jeden do kupowania w ilościach hurtowych pozostanie kawa z Bima. Niemniej jednak taka kawa jest tak mocno palona, że chyba trudno doszukiwać się pomiędzy nimi znacznych różnic i niuansów. Bardzo znana jest także Stambulska palarnia kawy, mająca swój punkt sprzedaży na Bazarze Egipskim, ale jej ceny (jeśli chcielibyśmy kupić większą ilość) zdecydowanie nie powalają. Za to uczestników fakultatywnych wycieczek którzy jakimś cudem odważyli się pójść na bazar i w dodatku kupić tam jakiś produkt spożywczy, ceny nie odstraszają zupełnie, dlatego za kilka lat jak znów odwiedzę to miejsce kawa na pewno znowu zdąży podrożeć kilkakrotnie. Przepisów jak prawidłowo taką kawę zaparzyć jest kilka i poszczególne frakcje kłócą się ze sobą i obrażają na forach internetowych. Wydaje mi się że trzeba przetestować kilka receptur i robić ją tak żeby nam smakowała. To na przykład jest słuszna receptura. Inne szkoły zalecają mieszać bez odstawiania kawy na bok, ale mieszać tylko u góry tak, żeby łyżka nie dotykała dna, po takim zabiegu piana opada na chwilę po czym znów się podnosi. Po trzykrotnym zamieszaniu kawę można przelać do filiżanki. Ja stosuję tą właśnie metodę. Po jakimś czasie kawa przestaje się pienić i kipieć i zaczyna regularnie się gotować. Z doświadczenia wiem, że nie lubię przegotowanej kawy która już się nie pieni. Ideałem byłoby powolne podgrzewanie tygielka z kawy na rozgrzanym piasku, ale w Turcji piłam taką tylko raz w kafanie czyli kawiarni (po prostu zazwyczaj chodzimy do mało szpanerskich i bardziej niskobudżetowych lokali). Opcjonalnie do tej kawy można oprócz cukru dodać kardamon, jednak nie jest to powszechne bo nie spotkałam się w Turcji z kawą z kardamonem, bo taka kawa to już bardziej klimaty arabskie.

Kawa przygotowana w ten sposób jest mocna i esencjonalna. Nie da się jej wypić dużo. Tym bardziej dziwią historie jakie można wyczytać na temat kawy w Imperium Osmańskim, kiedy to mężczyźni pili dziennie nawet 200 filiżanek! Nic więc dziwnego że wielokrotnie próbowano zakazać picia kawy, powołując się na tekst Koranu zakazujący spożywania tego co spalone i zwęglone. W książce Bozidara Jezernika „Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników” znajduje się rozdział poświęcony tureckiej kawie i jej ekspansji na Bałkany pod wdzięcznym tytułem „Gdzie raj był tylko na odległość łyku piekielnego naparu”. Możemy się w nim dowiedzieć że jedną z pierwszych kawiarni w Europie była kawiarnia w Belgradzie założona w 1555 roku, natomiast pierwsze wzmianki o kawiarni w Sarajewie pochodzą z końca roku 1591. W pozostałej części Europy kawa zaczęła być traktowana poważnie dopiero w industrialnym wieku XIX kiedy to zaczęła pełnić rolę stymulatora, umożliwiającego długą i wydajną pracę w fabrykach. Dlatego tradycje kawy są tak silne na terenach które niegdyś były pod panowaniem osmańskim. Co ciekawe Węgry również posiadają tureckie tradycje picia kawy jednak kawa tygielkowa została stamtąd całkowicie wyparta i w cukierniach królują wyłącznie ekspresy robiące słabą kawę którą pije się najczęściej z mlekiem. Podobnie jest w Bułgarii, z tym że tam króluje czarna i mocna kawa z ekspresu którą kupimy w każdym kiosku. W obu krajach raczej mocno nie lubią Turków. Kawa była na tyle uzależniająca że została, ale jej picie zmodernizowano. W pierwszej połowie XX wieku brytyjski korespondent na Bałkanach Paul Edmonds pisze że „w najbiedniejszych i odległych norach Albanii próbował lepszej kawy niż mógłby dostać w pierwszorzędnym hotelu londyńskim”. Myślę że to stwierdzenie może pozostawać aktualne do dziś, chociaż osobiście nie byłam ani w albańskiej norze, ani w pierwszorzędnym angielskim hotelu.