Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Dolina Izy 2014

To kawałek Maramureszu piękny jak z obrazka i tak ekstremalnie sielski, że aż trudno uwierzyć że istnieje na prawdę. Jest uważany za kwintesencję rumuńskości, mimo że zawsze znajdował się na obrzeżach kraju na głębokiej prowincji, na której nikomu specjalnie nie zależało. Dzięki temu udało mu się w dużym stopniu uniknąć destrukcji jaka spotkała Rumunię za czasów komunizmu. Większość gospodarstw uniknęła kolektywizacji. Wcześniej tereny te znajdowały się w rękach Austriaków, po których zostało zamiłowanie tutejszych ludzi do ładu i porządku, dlatego wsie wyglądają przepięknie. Ludzie nadal żyją tu po swojemu i nie przejmują się że reszta Europy dawno już porzuciła ich model życia. Nie wiem czy powtarzane wszędzie określenie „żywy skansen” którym opisuje się ten region jest trafne, bo skansen jest próbą zakonserwowania a czasem nawet odtworzenia wybranych aspektów kultury ludowej, które nie mają racji bytu w naszych czasach. W Maramureszu mają się one świetnie i nie wymagają zamykania w żadnym skansenie. Tradycje są żywe a nie odtwarzane na pokaz. Mieszkańcy z dumą kultywują swoje zwyczaje i nie jest to, jak gdzie indziej, domeną wyłącznie ludzi w mocno podeszłym wieku. Przy okazji niedzieli, święta, ślubu czy jakiejkolwiek innej uroczystości, młodzi wręcz obnoszą się ze swoim folklorem, paradują w strojach ludowych i nie widzą w tym niczego niemodnego. Niemal licytują się kto jest bardziej „ludowy” – najmniej chyba pokolenie, którego większość życia przypadło na czasy rządów komunistów. Młodzi bardzo silnie akcentują swoją przynależność i fakt bycia „stąd”.

Mieszkańcy Maramureszu nie pragną za wszelką cenę nadążać za szeroko pojętą nowoczesnością, wpuszczają ją do swojego świata w pewnych ilościach, ale niespecjalnie się nią zachłystują.  Nie są nawet szczególnie zależni od pieniędzy, bo większość potrzebnych do życia rzeczy zapewniają sobie pracą własnych rąk. Dzięki temu są ciągle w ruchu. Hodują mnóstwo zwierząt, uprawiają ziemię. Mają własne mięso, nabiał, warzywa, owoce, zboże, miód, alkohol. Gdyby nastąpił jakiś ostateczny krach cywilizacji niewiele by go odczuli, gdyż są praktycznie samowystarczalni. Może obeszłoby ich to, że nie mogą wieczorem oglądać telewizji albo nie da się korzystać z komórek, poza tym nawet brak dostaw benzyny niespecjalnie by ich zmartwił i bez niej z pewnością daliby radę funkcjonować, bo wóz z końmi to tutaj podstawowy środek lokalnego transportu. Do sklepu po papierosy jedzie się albo niemieckim gruchotem albo konno. Dzieje się tak nie z powodu biedy, bo do miasta przeciętny obywatel wybiera się samochodem, tylko dlatego że wszyscy dookoła mają konie i są one powodem do dumy. Może nieco inaczej wygląda to u Cyganów zamieszkujących domki pokryte folią – tam spotkamy autentyczną nędzę i ich sposób życia nie jest modelem z wyboru. Nawet jeśli młodociani mieszkańcy tego regionu na co dzień rozbijają się samochodami sprowadzonymi z Niemiec, w święto do kościoła pojadą wozem zaprzężonym w konie i oczywiście w ludowym stroju. Zwierzęta używane są także powszechnie do uprawy roli, resztę prac wykonuje się ręcznie. Na polach siano suszy się w kopkach. Ludzie grabią je używając drewnianych narzędzi. Czasem nawet można znaleźć kogoś ubranego do takiej pracy w białą haftowaną, ludową, koszulę.  Wszędzie pełno jest zwierząt, bo każdy człowiek coś hoduje. Dzięki temu marmaroska wieś także dźwiękowo przypomina zupełną sielankę, co chwilę coś ryczy, gdacze, kwacze, kwiczy i rży. U nas w większości gospodarstw po wykoszonym na zero trawniku zazwyczaj przechadza się pies jakiejś zupełnie bezsensownej rasy, poza nim nic już nie generuje dźwięków z wyjątkiem przejeżdżających pojazdów.

rum_breb_001.jpg

Tak wygląda wieś Breb widziana z góry.

rum_breb_laka_001.jpg

Łąka w okolicach Brebu, siano suszy się w kopkach.

rum_breb_laka_002.jpg rum_breb_rolnicy_002

W Rumunii miasta zasiedlane były przez ludność napływową – na przykład Sasów, a wieś zawsze zamieszkiwali rdzenni mieszkańcy. Dlatego kultura tego kraju jest bardzo mocno związana z wsią, bo nadal większość jego mieszkańców pochodzi ze wsi, a Maramuresz jest tej wiejskości kwintesencją. Region jest ze wszystkich stron odizolowany od reszty kraju zalesionymi łańcuchami górskimi. Jak je przekroczymy, przenosimy się z tandetnej Rumunii pełnej stunningowanych samochodów i jaskrawych reklam oraz dość obrzydliwych betonowych budowli wybudowanych za czasów szalonego przywódcy do zupełnie innego świata, gdzie dominuje kultura drewna. Robi się z niego domy, bramy, kościoły oraz przedmioty codziennego użytku. Niektóre budynki to arcydzieła sztuki ciesielskiej, gdzie deski łączy się bez użycia gwoździ. Oczy mogą chwilowo odpocząć od szalonej rumuńskiej fantazji kolorystycznej. Uwagę zwracają zwłaszcza oryginalnie rzeźbione drewniane bramy wiejskich domostw. Nie są one jakimś przeżytkiem sprzed kilkudziesięciu lat. Robi się je do dzisiaj i jest na nie stałe zapotrzebowanie. Każde szanujące się nowe domostwo taką bramę sobie funduje. Ozdabiają je bardzo już dzisiaj nietypowe ornamenty, któych większość pochodzi z czasów przedchrześcijańskich. Takie same symbole znajdziemy też na drewnianych kościołach. Bardzo często są to motywy solarne, krzyże wpisane w koło będące symbolem środka świata, motyw drzewa życia, oraz bardzo często pojawiający się symbol skręconej liny często opasującej lub też spinającej cały budynek. Jest ona symbolem życia i jego ciągłości, nie przerwanej śmiercią.

rum_budesti_brama_003.jpg

Brama w Budeşti.

rum_budesti_brama_002.jpg

Detal jednej z bram w Budeşti.

rum_budesti_brama_004.jpg

Budeşti – brama ze szczyptą nowoczesności.

rum_budesti_brama_001.jpg

Detal jednej z najbardziej ozdobnych bram w Budesti zrobionej w 1985 roku.

rum_budesti_bazylika-drewniana_001.jpg

Podobne symbole znajdziemy na drzwiach drewnianych bazylik – na zdjęciu bazylika Św. Mikołaja w Budeşti Josani.

Ukoronowaniem pracy lokalnych mistrzów obróbki drewna są jednak drewniane cerkwie. Niektóre z nich (z Bârsany, Budeşti, Deseşti, Ieud, Plopiş, Poienile Izei, Rogoz, Şurdeşti) wpisano na listę UNESCO, ale jest ich znacznie więcej. Są one próbą dostosowania sztuki gotyku do tutejszych warunków, przerobienia jej na lokalną miarę z dostępnych pod ręką materiałów. Z połączenia różnych pogranicznych wpływów artystycznych i religijnych powstał styl marmaroski. Jako że tego typu budowle są stosunkowo nietrwałe, większość cerkwi zachowanych do naszych czasów pochodzi z XVIII wieku i powstała w miejscu podobnych wcześniejszych budowli. Robiono je z drewna bukowego, dębowego i sosnowego, w konstrukcji zrębowej. Łączenia najdłuższych desek zwane zamkami dekoracyjnie wykańczano. Dzięki temu świątynie są bardzo „ludzkich” rozmiarów. Wchodząc do nich z pewnością nie poczujemy się przytłoczeni. Nieco inaczej rzecz się ma ze wznoszonymi obecnie w podobnym stylu drewnianymi kościołami, które licytują się między sobą o posiadanie najwyższej drewnianej wieży. Tego typu ogromne kompleksy z drewna budowane są między innymi we wsiach Sapanta i Bârsana. Olbrzymich rozmiarów drewnianą świątynię jako kwintesencję rumuńskiego stylu o mały włos nie wybudowano w samym sercu Bukaresztu. Świątynie z drewna uważane są przez społeczeństwo za prawdziwie rumuńskie, stawia się je w sąsiedztwie betonowych budowli na przedmieściach „Wznosząc dziś dla siebie drewniane cerkwie marmaroskie mieszkańcy przedmieść manifestują swą tęsknotę do ładu i świata o czytelnej hierarchii wartości” pisze Łukasz Galusek w książce Wydawnictwa Bosz „Rumunia przestrzeń, sztuka, kultura”. Współczesne drewniane cerkwie mają mocno zaburzone proporcje i wyglądają jak na mój gust odrobinę kiczowato i upiornie. Te z dawnych czasów mają niesamowity klimat, siłę i prostotę. Zazwyczaj otoczone są cmentarzem (na którym już nie grzebie się nikogo) pełnym drzew owocowych, kapliczek i krzyży. Są to miejsca bardzo spokojne. Niestety świątynie nie są na co dzień używane i zazwyczaj odbywa się w nich już bardzo niewiele wydarzeń, bo mieszkańcy wsi wybudowali sobie nowe większe i lepsze często nawet z betonu. Dawna cerkiew razem ze cmentarzem znajdują się zazwyczaj w centrum wsi, ale teraz nikt już tam na co dzień nie chodzi, i miejsca te stały się „zabytkami” dlatego nie tak łatwo jest zobaczyć wszystkie od wewnątrz. Trzeba być przygotowanym na to, że wszędzie obok cerkwi wisi tabliczka z numerem telefonu, albo adresem pod który należy się udać po klucze. Dlatego też udało mi się obejrzeć od wewnątrz tylko niektóre świątynie, kiedy mieliśmy wystarczająco dużo czasu by zaczekać na jej otwarcie. Niestety nie udało mi się wejść do cerkwi w Ieud, która robi ponoć największe wrażenie. W jednej odwiedzonej przeze mnie świątyni (w Şurdeşti) nie można było robić wewnątrz zdjęć. Trochę szkoda że świątynie nie są cały czas otwarte i są wykorzystywane tylko czasami, ale rozumiem że na razie pewnie lokalne władze nie mają wystarczającej ilości funduszy by zapewnić świątyniom należytą konserwację i pełną dostępność. Mam wrażenie że przez miejscowych są one odrobinę zapomniane.

rum_ieud_bazylika-drewniana_001.jpg

Cerkiew pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Marii Dziewicy w Ieud. Wybudowano ją w 1717 roku zastąpiła istniejącą od XIV wieku świątynię zniszczoną przez Tatarów.

rum_budesti_bazylika-drewniana_006.jpg

Wnętrze cerkwi pw. Świętego Mikołaja w Budeşti Josani. Malowidła wykonywano temperą na przyklejonym do ściany płótnie lub bezpośrednio na zagruntowanych deskach.

rum_budesti_bazylika-drewniana_005.jpg

Cerkiew znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

rum_budesti_bazylika-drewniana_008.jpg

Prezentowane jest w niej także słynne lokalne malarstwo na szkle.

rum_budesti_bazylika-drewniana_003.jpg

Przedstawiane sceny są mocne, dosłowne, okrutne. Mają zdecydowanie aspekt moralizatorski.

rum_budesti_bazylika-drewniana_004.jpg

Niestety niektóre malowidła są mocno zniszczone, te z Budeşti i tak są w świetnym stanie w porównaniu z inymi.

rum_budesti_bazylika-drewniana_002.jpg

Ikony przyozdobione są ręcznie wyszywanymi tkaninami.

Na zewnątrz cerkwie przeważnie otoczone są starym cmentarzem pełnym starych czasem rozpadających się nagrobków i przepięknych krzyży i kapliczek w stylu ludowym. Na nich także dość często umieszczone są symbole solarne, gołębie i inne dodatki.
rum_budesti_krzyz_002.jpg

Kapliczka w Budești.

rum_budesti_cmentarz_001.jpg

Cmentarz w Budești.

rum_desesti_krzyz_001.jpgrum_budesti_krzyz_001.jpg
rum_desesti_bazylika-drewniana_005.jpg

A to już wnętrze bazyliki pw. Świętej Paraskewy w Desești. Scena przestawiająca piekło do którego idą między innymi Turcy, Żydzi i Francuzi. Rumuni idą do nieba.

Dwie najważniejsze ikony w cerkwi w Desești.

rum_desesti_bazylika-drewniana_002.jpg

Cerkiew w Desești.

rum_desesti_bazylika-drewniana_004.jpgrum_desesti_bazylika-drewniana_001.jpg
rum_desesti_bazylika-drewniana_006.jpg

Przez pomyłkę, zwiedzeni przez znaki drogowe trafiamy także do całkowicie współczesnego żeńskiego monastyru w miejscowości Bârsana. Jego architektura ma nawiązywać do tradycyjnego drewnianego budownictwa Maramureszu. We wsi znajduje się także zabytkowa cerkiew, ale znaki prowadzą nas do współczesnego religijnego kombinatu. Monastyr jest wprawdzie pięknie zadbany i tonie w kwiatach ale jego wygląd jest dość niepokojący. Sielski charakter drewnianych świątyń został tutaj nieco zatracony a szpiczaste nienaturalnie wysokie wieże przywodzą na myśl legendy o wampirach. Jednakowoż warto tam zaglądnąć żeby zobaczyć jak próbuje się współcześnie wykorzystywać dziedzictwo tego regionu. Znajduje się tu także sporych rozmiarów sklep z lokalnym rękodziełem, niestety w dość zawyżonych cenach. Można obejrzeć całą galerię wspaniałego malarstwa na szkle, które tworzą lokalni artyści.

rum_barsana_klasztor_003.jpg

Współczesny monastyr i cerkiew w Bârsanie.

rum_barsana_klasztor_001.jpgrum_barsana_klasztor_004.jpg
rum_barsana_klasztor_002.jpg

W dolinie Izy najlepiej zamieszkać na kwaterze u jakichś gospodarzy, korzystając od czasu do czasu z wytwarzanego przez nich na miejscu jedzenia, można też zaopatrzyć się w wyśmienitą palinkę, której w każdym domu produkuje się niemal hektolitry. Mieszkaliśmy w ogromnym wieloosobowym gospodarstwie na które składało się kilka domów rodziców i dzieci, których część był także pensjonatem dla gości otoczonych jednym płotem. Trudno było zorientować się kto jest kim bo osób zamieszkujących je było bardzo wiele i rodzina wyglądała jak jakiś klanowy monolit. Nie wiem czy tutaj wszyscy tak żyją, ale domy buduje się duże by zmieściło się w nich wiele pokoleń. Takie wieloosobowe gospodarstwo jest niemal całkowicie samowystarczalne, jedynymi łączącymi ją ze światem sprawami są prąd, benzyna, telefon, telewizja i czasami jakieś ubrania. Cała reszta powstaje w wyniku ich własnej pracy. Niesamowitym doświadczeniem jest oglądanie w jaki sposób to wszystko działa i jak codziennie na bieżąco mieszkańcy domostwa wypełniają swoje obowiązki jak trybiki w maszynie. Tak kiedyś funkcjonowało się wszędzie żeby łatwiej było przetrwać, teraz wystarczy pójść do supermarketu i zaraz potem na spokojnie zająć się leniwym konsumowaniem zakupionych dóbr i tylko mieszkańcy Maramureszu sprawiają że porządek świata jeszcze gdzieniegdzie jest na swoim miejscu i żeby go zobaczyć nie trzeba nawet jechać do Azji. Niemniej jednak tego świata została już tylko dość niewielka enklawa i mimo ogromnej dumy mieszkańców z tego kim obecnie są, przypuszczam że z powodu europeizacji oraz chęci coraz wygodniejszego życia może okazać się że za jakieś dwadzieścia lub trzydzieści lat zrobi się tutaj tak jak w reszcie kontynentu, bo mimo ogromnego bogactwa folkloru niektóre zwyczaje tak jak wszędzie zaczynają zanikać.

 

Góry Rodniańskie 2014

Zwane też Alpami Rodniańskimi są pasmem Karpat Wschodnich (po rumuńsku Carpatii Orientali – piękna nazwa, nieprawdaż?), które rozciągają się także na terytorium Ukrainy. Odwiedziliśmy je dość pobieżnie robiąc kilka jednodniowych wycieczek z Borşy. Nazwa tych gór podoba mi się chyba znacznie bardziej niż wrażenia po kontakcie z rumuńskim wydaniem górskiej turystyki, ale po kolei. Kiedy oglądaliśmy zakupioną ambitnie mapę Gór Rodniańskich i podawane na niej czasy przejścia do różnych miejsc, wydawało się że będziemy mieli tam co robić przez dobrych kilka dni i czasu starczy na kilka górskich wycieczek. Okazało się że czasy podane na mapie mocno rozmijały się z rzeczywistością i wycieczka teoretycznie całodniowa okazywała się być możliwa do pokonania w pół dnia, więc w jeden dzień mogliśmy przejść więcej niż planowaliśmy i szybko wyczerpały nam się pomysły. Czasy przejść są chyba odpowiednie dla ludzi obładowanych wieloma kilogramami sprzętu i jedzenia. Poruszając się bez takich obciążeń, trzeba chyba dzielić je przez połowę i to idąc niezbyt szybko i robiąc milion zdjęć po drodze. Odległości są na prawdę niewielkie. Być może spodobało by mi się tam bardziej, gdybym wybrała się pieszo na kilkudniową wycieczkę z plecakiem i namiotem, żeby na trochę wydostać się z cywilizacji, ale jako że mieliśmy mało czasu i po górach w Europie zazwyczaj chodzimy w systemie „jednodniowym”, tym razem także zdecydowaliśmy się na taki wariant.

rum_alpy-rodnianskie_okolice-borsa_001.jpg

To jeszcze niskie partie gór w okolicach Borşy, gdzie zaczyna się szlak na Pietrosul, który najpierw błądzi gdzieś po wiejskich drogach gdyż jest bezsensownie oznaczony i kilka razy trafiamy na różne pastwiska.

rum_alpy-rodnianskie_smieci_001.jpg

A tuż po skończeniu się szutrowej drogi do stacji meteorologicznej (leżącej na wysokości ponad 1700 m.n.p.m) napotkać można pierwsze wysokogórskie śmietnisko.

rum_alpy-rodnianskie_pietrosul_001.jpg

A jak już wydrapiemy się na Pietrosula, możemy podziwiać piękne druty zbrojeniowe resztek obserwatorium meteorologicznego.

Ostatnio w rumuńskich górach byłam w roku 2006 i widać że w podejściu lokalnych ludzi coś się zmienia na lepsze, ale nadal nie jest idealnie. Idąc popularnym szlakiem z Borşy na szczyt Pietrosul zaraz po skończeniu się szutrowej drogi i minięciu stacji meteorologicznej natykamy się na górę śmieci, które na dodatek regularnie są eliminowane poprzez ich palenie. Oczywiście dzieje się tak również z plastikowymi butelkami, których nadpalone resztki walają się dookoła, tak więc ekologia w parku narodowym ma się wprost „świetnie”. Po drugie: szczyty gór mają dość płaską budowę przypominającą bieszczadzkie połoniny łagodne i zarośnięte trawą. To powoduje że z przełęczy Prislop mnóstwo „mądrych inaczej” kierowców wjeżdża terenówkami na teren parku narodowego i ruch u góry jest prawie jak na autostradzie. Ciekawe czy dzieje się tak dlatego, że nikt tego nie pilnuje, czy też uiszczają jakąś nielegalną opłatę na boku na przykład strażnikom parku. Wielu z nich, a jakże, umila sobie przejazd puszczając głośno dudniącą muzykę. To taki miejscowy punkt honoru, rozbijać się nową terenówką po szlakach pieszych. Z drugiej strony widać coraz więcej lokalnych ludzi chodzących po górach. W 2006 roku Rumunów na szlaku można było policzyć na palcach jednej ręki, a jedynymi spotkanymi ludźmi byli obcokrajowcy nie licząc oczywiście pasterzy. Wprawdzie chodzą będąc jeszcze nieodpowiednio wyposażeni na wypadek na przykład pogorszenia się pogody, ale widać że wypoczynek w górach to już nie tylko grill, kiełbaski, muzyka oraz góra śmieci, ale też chodzenie po nich. Popularność szlaków na których byliśmy powodowała że można było pooglądać także ludzi w klapkach, szpilkach albo złotych balerinkach, jednak większość ludzi dzielnie wspinała się w trampkach i adidasach. Nie wiem tylko co by się z nimi stało gdyby nagle zaczęło padać, ale pogodę mieliśmy rewelacyjną. Wśród Rumunów widać już olbrzymie zainteresowanie górami. Bardziej świadomi (i bardziej bogaci) przedstawiciele społeczeństwa posiadają już w miarę bezpieczne górskie wyposażenie. Co do reszty to trochę rozbolały nas oczy, ale świadomość sensownego korzystania z górskich atrakcji pewnie nie za długo się w nich wykształci. Trochę z tego tłumu i terenówek byliśmy niezadowoleni, dlatego nie wiem czy jednodniowe wycieczki to tutaj dobry pomysł.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_005.jpg

W parku narodowym ruch jak widać bywa ogromny.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_006.jpg

U góry rozciąga się łagodny płaskowyż przypominający trochę bieszczadzkie połoniny.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_007.jpg

rum_alpy-rodnianskie_barany_001.jpg

Moje ulubione zwierzęta też tam były.

Najsensowniejszą metodą na wybranie się w te góry jest przejście ich z własnym namiotem, ponieważ ilość ludzi w bardziej dostępnych miejscach jest mocno zniechęcająca. A może niepotrzebnie narzekam, gdyż w ogóle starannie unikam polskich gór we wszelkie długie weekendy, a w polskich Tatrach nie byłam już kilkanaście lat i na razie się nie wybieram, więc jestem nieprzyzwyczajona? Może jak na standardy polskie ludzi i tak zbyt wiele nie ma. Rumuni uczą się dopiero w sposób w miarę umiarkowany korzystać z górskich atrakcji i jeszcze nie wszystkim do końca to wychodzi. Na razie jest dużo śmieci i samochodów. Pójście na mniej uczęszczane szlaki z pewnością umożliwiłoby nam spokojne delektowanie się widokami. Koniecznie trzeba też wziąć ze sobą solidny kij, bo na psy pasterskie narzekali chyba wszyscy ludzie z którymi rozmawialiśmy. Owiec jest w tych górach bardzo dużo. Spotkaliśmy kilka stad, ale z racji olbrzymiej popularności miejsc w których byliśmy, psy były przyzwyczajone do ludzi i nie chciało im się reagować.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_004.jpg

Stacja meteorologiczna w pobliżu Borşy widziana z góry.

rum_alpy-rodnianskie_borsa_001.jpg

Borşa z góry w okolicach Pietrosula.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_002.jpg

Widoki w okolicach Pietrosula.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_001.jpg

Widoki w okolicach Pietrosula.

rum_przelecz-prislop_004.jpg

A to drewniana mikroskopijnej wielkości cerkiew obok monastyru na przełęczy Prislop. Ten monastyr to bardzo sympatyczne miejsce.

rum_przelecz-prislop_003.jpg

Niestety okazała się niewystarczająca i trzeba było wybudować nową, dużą i betonową. Zastanawiam się tylko jak straszliwie będzie w niej zimno w zimie.

rum_przelecz-prislop_002.jpg

Prislop przyozdobiona kolumna świątyni.

rum_przelecz-prislop_001.jpg

Krzyż na przełęczy Proslop.

Monastyr Putna 2014

Jeśli chcecie na chwilę zanurzyć się w kompletnie innym świecie, pojedźcie do Monastyru Putna (ze strony internetowej klasztoru można pobierać ich prawosławną muzykę!). Pojechałam tam jak zwykle niemal w pełni przypadkowo, powodowana zamiarem przenocowania jednej, a może nawet kilku nocy w prawosławnym klasztorze, oraz pochodzeniu po okolicznych pagórkach. Putna leży na samym północno-wschodnim krańcu Rumunii tuż pod granicą z Ukrainą, dojazd do niej jest taki sobie, a jak już tam pojedziemy, to jest stamtąd wszędzie nie po drodze. Wizualnie sam klasztor wygląda raczej przeciętnie (między innymi z powodu burzliwych dziejów tego miejsca). Nie jest też szczególnie imponujący pod względem architektonicznym. Nieco lepiej prezentuje się z okolicznych wzgórz. Więc jeśli pojedziemy tam w środku tygodnia na dwie godziny, wyda nam się on zapewne strasznie nudnym i nie wartym przejechanych kilometrów miejscem. Na szczęście udało mi się odwiedzić go w taki sposób, że było to bardzo ciekawe doświadczenie.

rum_putna_klasztor_001.jpg

> Monastyr Putna.

rum_putna_cerkiew-zasniecia-bogurodzicy_001

Budowa całego kompleksu klasztornego rozpoczęła się w roku 1466. W 1469 ukończono cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy, a w 1481 fortyfikacje klasztoru. Monastyr wiele razy w swoich dziejach był palony i rabowany. Mimo tego niemal od samego początku swojej działalności był centrum życia artystycznego, naukowego i duchowego. Znajduje się tutaj grób najsłynniejszego mołdawskiego władcy i prawosławnego świętego Stefana Wielkiego, (który po rumuńsku nazywa się Stefan cel Mare), za którego panowania Mołdawia przechodziła najświetniejszy okres w historii rozciągając się na największym obszarze i skutecznie stawiając opór Turkom. Putna była pierwszym ufundowanym przez niego klasztorem z 44 lub 27 (według różnych źródeł) które wybudował, tu też został pochowany. Tradycyjnie uważa się, że wybudował tyle klasztorów ile stoczył bitew. Po drugie, monastyr znajdując się bardzo mocno na na uboczu uniknął kasacji pod rządami austriackimi. Działał również w czasach komunistycznych (ze względu na bycie miejscem pochówku największego symbolu rumuńskiego państwa) i jest obecnie centrum rumuńskiego prawosławia. To olbrzymia instytucja, przez którą przewija się tłum wiernych. Niemniej jednak znajduje się na tak głębokiej prowincji, że nie ma bardzo komercyjnego charakteru. Putna to także olbrzymie gospodarstwo, posiadające własne zwierzęta, uprawiające spory kawałek ziemi, produkujące sobie wszystko własnym sumptem. W klasztornym sklepie można oprócz ikon pisanych przez mnichów, zakupić na przykład miód czy różne ziołowe produkty.

rum_putna_owce_001.jpg

Klasztorne owce. Dwie osobne plamki czarna i biała, to zakonnik i pies pilnujący owiec.

rum_putna_gory_001.jpg

Widok na okoliczne wzgórza. Klasztor leży na głębokiej prowincji.

Warto znaleźć się tam w czasie gdy jest tam sporo lokalnych ludzi. Idealnym terminem jest więc jakieś święto, albo chociaż weekend. Trafiamy tam w sobotę i usiłujemy się zakwaterować. Niby są drewniane domki dla gości, oraz coś w rodzaju domu pielgrzyma obok nich, ale nie ma kompletnie nikogo kto cokolwiek by na ten temat wiedział. Wychodzimy i wracamy kręcimy się w kółko, nikt nie zwraca na nas uwagi. Widocznie dla lokalnych ludzi wszystko jest jasne, a my nie wiemy do kogo mamy iść. Po około godzinie chcę już zrezygnowana udać się do jakiejś pobliskiej agroturystyki, w końcu udaje mi się znaleźć tam jakiś ludzi będących pracownikami tego kompleksu, którzy chcą z nami rozmawiać. Najpierw musimy zapytać jakiegoś starszego zakonnika o zgodę, i najważniejszą dla niego kwestią jest to, czy jesteśmy małżeństwem, po czym różni ludzie biegli w obcych językach, aż dwukrotnie sprawdzają w naszych dokumentach czy mówimy prawdę. Takie pytania pojawiły się raz, może dwa razy w życiu na jakiejś kompletnej tureckiej prowincji, były jednak bardziej pro-forma i wystarczyło nasze ustne zapewnienie, nikt jednak tego nie sprawdzał. Zresztą podejrzewam, że nawet jakby okazało się że nim nie jesteśmy i tak nie odmówiono by nam noclegu. Tutaj sytuacja jest inna, co sprawia, że zaczynam być lekko na nie, ale mimo to kwaterujemy się w monastyrze Putna w ekstremalnie tanim drewnianym domku, za który płacimy równowartość 10 zł za osobę. Jest bardzo mały, ale nie narzekamy brak towarzystwa, wisi w nim bowiem kilka świętych obrazków i obrazów – reprodukcji ikon. Korzystać z toalet i kuchni możemy w domu pielgrzyma – przy wejściu wisi gigantyczna złota ikona, przed którą pali się ogień i wszyscy przechodzący ją całują i nisko się kłaniają. Jeszcze dziwniej czuję się widząc wszystkie kobiety przewijające się przez noclegownię, otóż w zasadzie to nie wiedzieć czemu noszą one ubiór wyglądający jak hidżab – wszystkie co do jednej noszą długie do kostek spódnice, długie rękawy i chustki na głowach (na szczęście było dość zimno i deszczowo, więc nie wyróżniałam się za bardzo strojem). Kawałek dalej po wsi chodzą standardowo ubrane lokalne kobiety, z utlenionymi na blond ciemnymi włosami, ubrane w krótkie spódnice oraz bardzo wysokie obcasy. Po południu okazuje się, że na całym domu pielgrzyma z zewnątrz zamontowane są głośniki, które (na szczęście dźwięk jest względnie cichy i przyzwoitej jakości) transmitują trwające dobre cztery godziny nabożeństwo w klasztorze. Całkiem przyjemnie się tego słuchało, tylko nie wiem czy z równym entuzjazmem słuchałabym tego samego codziennie. Na drugi dzień mamy więc pobudkę o czwartej albo piątej rano, bo nasz domek znajduje się tuż pod jednym z głośników. Nikt się specjalnie nami nie interesuje, jedynie czasem ktoś nas zapyta na ile przyjechaliśmy i dziwi się że na zaledwie dwie noce. Zresztą nie wiem czy wielu ludzi z zagranicy w ogóle tam się zatrzymuje, bo samo zakwaterowanie się nie jest szczególnie łatwe i przyjazne. Lokalni ludzie zostają tutaj znacznie dłużej. Sporo jest młodych, którzy pracują w kompleksie jako wolontariusze, albo zajmują się sprawami duchowymi. My chcemy to tylko trochę poobserwować.

rum_putna_cerkiew-ikonostas_001.jpg

Fragment przepięknie zdobionego ikonostasu.

rum_putna_grob-stefana-wielkiego_001.jpg

Grób Stefana cel Mare, cel wszystkich pielgrzymek.

rum_putna_cerkiew-ikonostas_002.jpgrum_putna_cerkiew_002.jpg
rum_putna_cerkiew_001.jpg

Na drugi dzień – w niedzielę rano okazuje się że w naszej noclegowni nie da się zjeść żadnego śniadania bo jak tłumaczą nam Rumuni, przed świętą liturgią się nie je. Wychodzę więc na wieś w poszukiwaniu jedzenia, tam jednak jest podobnie i wszystko jest zamknięte. Z braku lepszego zajęcia, (i braku porannej kawy) idziemy więc w stronę klasztoru, gdyż już jakiś czas trwa tam niedzielne nabożeństwo, na miejscu jest już spory tłum ludzi. Sporo z nich rozmawia z tutejszymi zakonnikami, którzy wyglądają jakby zostali żywcem przeniesieni z XIX wieku, mają niesamowicie fascynujące twarze i ubrania, oraz bardzo długie brody. Gdyby zrobić im zdjęcia przy pomocy jakiejś archaicznej metody fotograficznej, odbiorcy z całą pewnością uznaliby, że są to zdjęcia osób z początku XX albo z XIX wieku. Część z nich ma zupełnie nie spotykane nigdzie indziej rysy twarzy, albo po prostu takie wrażenie potęguje dodatkowo ich ubiór. Spędzamy tam przedpołudnie odwiedzając przyklasztorne muzeum, przyglądając się ludziom i zamieniając z niektórymi kilka słów, albo wymieniając uśmiechy. Większość tych stojących na zewnątrz jakoś strasznie nie przejmuje się wydarzeniami i luźno sobie rozmawiają, natomiast ci przebywający w środku świątyni, w której znajduje się grób świętego Stefana, bardzo przeżywają całą ceremonię. Niektóre kobiety na przykład płaczą i skulone leżą na podłodze. Obok nich trwa nieustanna sesja fotograficzna – pod grobem Stefana kolejka ludzi nieprzerwanie robi sobie zdjęcia i autoportrety. Niedzielna liturgia trwa na oko dobre pięć godzin, pod koniec pojawia się coraz więcej ludzi. Okazuje się, że po trwającym tyle czasu nabożeństwie wszyscy biorący w nim udział jedzą wspólnie obiad i każdy niezależnie od tego czy jest z zewnątrz czy jest mieszkańcem wioski jest na niego zaproszony. Spory kawałek otoczonego murem klasztoru to dużych rozmiarów zadaszona jadłodajnia. Jak już udaje nam się ustalić gdzie należy do niej pójść, od razu zostajemy posadzeni i zaproszeni do jedzenia. Obiad jest bardzo pyszny a zakonnicy dokładają go więcej i więcej. Własnoręcznie roznoszą jedzenie i obsługują wiernych, a na końcu sprzątają ze stołów. Ten fakt robi na mnie pewne wrażenie, przypuszczam że w wielu innych miejscach tego typu, zamiast zakonników robiłyby to jakieś „panie do sprzątania”, tutaj to oni własnoręcznie służą swoim gościom. Jemy jakąś tradycyjną ciorbę, a potem przepyszne sarmale z do których podana jest robiona na miejscu bryndza, gdyż klasztor posiada między innymi własne owce w dużej liczbie, a na deser prawdziwy cozonac. Ta gościnność i podejście do sprawy, częściowo rekompensują mi  wcześniejsze nieco dziwne odczucia. Niemniej jednak na następny dzień planujemy już stąd wyjechać, bo nie mamy tam nic więcej do roboty, oprócz przyglądania się klasztornemu życiu i przebywania z ludźmi bardzo intensywnie zajmującymi się sprawami duchowymi. Muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie.

Malowane monastyry Bukowiny

Powstałej w XIV wieku Mołdawii, nigdy nie udało się być potęgą polityczną przez dłuższy czas. Mołdawscy hospodarowie nie mieli w swoim kraju pewnej i stabilnej pozycji i nigdy nie mogli być pewni jutra. Działo się tak zarówno ze względu na wewnętrzną bojarską opozycję i jak niepewną sytuację kraju na arenie międzynarodowej. Za czasów panowania Stefana Wielkiego, dzięki jego umiejętnej polityce lawirowania między ówczesnymi europejskimi mocarstwami Polską, Węgrami a Imperium Osmańskim, przed Mołdawią pojawiły się chwilowe perspektywy zostania lokalną potęgą. Następcy Stefana szybko jednak zaprzepaścili jego osiągnięcia. W takiej atmosferze na Bukowinie zaczęto budować liczne fortyfikowane monastyry. Na ich wygląd bardzo mocno oddziaływały specyficzne uwarunkowania historyczne tego regionu Europy. W 1487 roku Mołdawia ostatecznie mimo wysiłków Stefana stała się lennem Turcji, która na swoim terytorium nie zezwalała na budowanie kamiennych twierdz. Mogły one być budowane jedynie z drewna, by w razie oporu można było łatwo je zlikwidować. Dlatego zamiast zamków zaczęły tu powstawać warowne monastyry. Hospodarowie mołdawscy przy pomocy mecenatu artystycznego budowali swój wizerunek polityczny, który trwał nie tylko za ich życia. Po ich śmierci nabierał charakteru mitu – czego najlepszym przykładem jest postać Stefana Wielkiego zwanego we współczesnej Rumunii Stefanem cel Mare. W 1992 roku został on nawet kanonizowany i wpisany do panteonu świętych Prawosławnej Cerkwi Rumuńskiej.

rum_monastyr-moldovita_fresk-fundacyjny_001.jpg

Monastyr Mołdawica (Moldovița) – fresk przedstawiający fundację monastyru. Piotr Raresz przekazuje kościół wprost do rąk tronującego Chrystusa. Taką scenę możemy zobaczyć we wszystkich bukowińskich monastyrach. Umieszczenie swojej podobizny na ścianach świątyni było gwarantem miejsca na tronie i praw potomstwa władcy do jej dziedziczenia w niepewnych czasach.

Stefan jako pierwszy zaczął w taki sposób budować swój prestiż i pierwszym monastyrem, który wybudował była Putna. Wypracował także styl stawiania takich świątyń. Stał się on kanonem sztuki mołdawskiej. Śmierć władcy przyniosła kres pomyślności Mołdawii na arenie politycznej, ale jego następcy pomimo jeszcze gorszych warunków sprawowania władzy kontynuowali jego dzieło ze zdwojoną siłą. W tych fundacjach osoba fundatora miała bardzo szerokie kompetencje. Oprócz kościoła i klasztoru władcy budowali także dla siebie część mieszkalną i mieli prawo przebywać w obrębie murów kiedy tylko mieli na to ochotę. W murach monastyru hospodar mógł czuć się w miarę bezpiecznie. Może nie ochroniłyby go one w przypadku regularnej wojny, zapewniały jednak ochronę przed małymi rozproszonymi oddziałami wojska, o jakie na rubieżach Imperium Osmańskiego było nietrudno. Pod koniec życia fundatorzy dość często zostawali mnichami. Monastyry były również miejscem ich ostatniego spoczynku i to w sensie całkowicie dosłownym. Wydzielona część świątyni pomiędzy przedsionkiem a nawą stawała się komorą grobową w której spoczywał hospodar i przyszłe pokolenia jego rodu. Pomimo ambicji Stefana Wielkiego by to Putna stała się nekropolią mołdawskich władców, każdy z nich wolał stworzyć takie miejsce na nowo by lepiej zapisać się na kartach historii i przyćmić poprzedników.  Dzięki temu cały region usiany jest malowanymi cerkwiami, zasadniczo do siebie dość podobnymi ale jeśli przyjrzymy się im bardziej, zobaczymy między nimi wiele istotnych różnic. Dlatego mówi się o nich „malowane monastyry”? O ich unikatowości decyduje że są pokryte freskami zarówno wewnątrz jak i z zewnątrz. Do dzisiaj nie wiadomo jaka dokładnie była technologia wykonywania barwników, na tyle skuteczna, że pomimo surowego klimatu freski na wielu z nich jeszcze do dzisiaj są widoczne. Malowidła z czasów Stefana i jego potomków zdumiewają swoją oryginalnością – to dość często kopie miniatur z Ewangeliarzy powiększone go gigantycznych rozmiarów i inaczej niż w książkach zaaranżowane, albo rozwinięcie wzorców malarskich z innych prawosławnych krajów na przykład Serbii i Grecji. Bardzo często przedstawiają słynnych świętych-wojowników utożsamianych z królem walczącym o niepodległość Mołdawii z Imperium Osmańskim. Im późniejsze fundacje, tym bardziej freski stają się na powrót mocno prymitywne i schematyczne. Dawną subtelność zastępuje ludowa maniera i estetyka głęboko zakorzeniona w rodzimych wzorcach. Podobnie niełatwe losy spotykają mołdawskie państwo, które stopniowo ulega coraz większemu rozkładowi.

rum_monastyr-woroniec_malowidlo_001.jpg

Woroniec (Voroneț) to pierwszy malowany monastyr wzniesiony przez Stefana Wielkiego w 1488 roku. Dużo wcześniej bo w 1481 wybudował Putnę nie pokrytą z zewnątrz malowidłami. Kolorem dominującym w zewnętrznych freskach jest niebieski. Przeszedł on do historii pod nazwą Błękitu Woronieckiego.

rum_monastyr-woroniec_sad-ostateczny_002.jpg

Ogromne wrażenie robi olbrzymi fresk ze sceną Sądu Ostatecznego na ścianie cerkwi.

rum_monastyr-woroniec_sad-ostateczny_001.jpg

Przedstawiciele innych religii i narodowości idą oczywiście do piekła.

rum_monastyr-woroniec_sad-ostateczny_003.jpg

Zastępy świętych.

rum_monastyr-woroniec_wnetrze_001.jpg

Wnętrze cerkwi monastyru w Worońcu.

rum_monastyr-woroniec_swiece_001.jpg

Monastyr Woroniec.

Monastyry stały się symbolem Rumunii i to w sensie dosłownym. Rumuni uważają że kolor ich flagi jest kolorem malowanych monastyrów. Mówi o tym cytat z książki Roberta D. Kaplana „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię”: „Teraz już wiesz dlaczego nasza flaga jest błękitno, żółto, czerwona? – spytał Mihai – Bo to kolory naszych monastyrów: błękit Worońca, czerwień Humoru, żółć Mołdawicy”, zresztą jest to wspominane w wielu książkach i innych materiałach. Wśród zachowanych do dzisiaj malowanych monastyrów można wyróżnić cztery grupy: fundacje Stefana Wielkiego (na przykład świetnie zachowany monastyr w Worońcu), monastyry wybudowane przez jego nieślubnego syna Piotra Raresza (Mołdawica), obiekty fundowane przez dostojników mołdawskich w okresie rządów Raresza (cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy w Humorze ufundowana przez Toadera Bubuioga i jego żonę Anastazję), oraz obiekty wzniesione już po śmierci Raresza (Suczewica). Przedstawienia malarskie charakteryzowała zbieżność ikonograficzna, co musi świadczyć o istniejącej w tamtych czasach lokalnej szkole malarskiej zajmującej się hospodarskimi fundacjami.

rum_monastyr-humor_001.jpg

Monastyr Humor położony w miejscowości Gura Humorului.

rum_monastyr-humor_003.jpg

W tym monastyrze spędziliśmy najwięcej czasu, akurat trafiliśmy na święto.

rum_monastyr-humor_002.jpg

Ogród wokół cerkwi zajmują starannie wypielęgnowane róże w przeróżnych kolorach i idealnie przystrzyżony trawnik.

rum_monastyr-moldovita_wnetrze_002.jpg

A to już monastyr Mołdawica (Modlovița). Normalnie we wnętrzu nie wolno robić zdjęć ale wszyscy je robią i to niestety z fleszem (ja robię bez). Cerkiew w chwili naszej wizyty była odwiedzana przez wycieczkę zakonnic z innego monastyru razem z fotografem który starannie fresk po fresku dokumentował ściany Mołdawicy (zakonnice miały wybrać freski jakimi pokryją ściany swojego zgromadzenia), nie omieszkałam więc przyłączyć się do niego.

rum_monastyr-moldovita_wnetrze_001.jpg

Niektóre wewnętrzne freski we wszystkich cerkwiach są bardzo brutalne przedstawiają śmierć przeróżnych męczenników.

rum_monastyr-moldovita_pomnik-piotra-raresza_001.jpg

A to pomnik Piotra Raresza nieślubnego syna Stefana fundatora Mołdawicy.

rum_monastyr-moldovita_zakonnica_001.jpg

Zakonnica zamiatająca niewidzialne śmieci, w monastyrze było jak w każdym z nich ekstremalnie czysto.

rum_monastyr-moldovita_roza_001.jpg

Kolejny różany ogród.

rum_monastyr-moldovita_brama_001.jpg

Do monastyru wchodzi się przez przepiękną kamienną bramę.

Cerkwi tego typu odwiedziłam w sumie sześć: jedną w 2007 i pięć 2014 roku. Były to Suczawa, Putna, Woroniec, Humor, Mołdawica i Suczewica. W większości są one zamieszkane przez zakonnice, jedynie Putna i Suczawa to klasztory męskie. Każda z nich była warta odwiedzenia i jeśli będę w okolicy w przyszłości, bardzo chętnie pooglądam też inne. Kwestią rzucającą się w oczy od pierwszego wejrzenia jest znaczne zdystansowanie zamieszkujących klasztory zakonnic od odwiedzających te miejsca ludzi. Byłam w licznych prawosławnych monastyrach w Rumunii, Bułgarii czy Serbii, gdzie prawie zawsze udawało się usiąść i z kimś porozmawiać, nigdzie nikomu się specjalnie nie śpieszyło. W serbskich klasztorach panowała wręcz całkowicie luźna atmosfera. Wystarczyło pokręcić się po nich trochę dłużej, zaraz ktoś nas zagadywał rozmawiał dłuższą chwilę, a na pożegnanie niekiedy dostawaliśmy święte obrazki. Zamieszkujący je ludzie byli niesamowicie gościnni i robili wspaniałe wrażenie. Odwiedzający czuli się tam swobodnie. W malowanych monastyrach Rumunii zakonnice rzucały mordercze spojrzenia widząc kogoś przypadkowo depczącego zadbany trawnik, śmiejącego się, lub głośniej mówiącego. Czułam się tam bardziej jak intruz, a znacznie mniej jak gość. Obowiązywała swoista powaga. Miejsca są niemal obsesyjnie zadbane i wypielęgnowane. Miałam wrażenie, że niekiedy zakonnicom przeszkadzają odwiedzający, burzący ten idealny ład i porządek. Może zamieszkując to miejsce od niedawna czuły się niepewnie w swojej roli i musiały sobie to jakoś zrekompensować. Zresztą wszyscy także wierni zachowywali się w swoich rolach dość nieporadnie.  Większość monastyrów została zlikwidowana w czasach komunistycznych i jest ponownie zamieszkała od lat 90. XX wieku. Wyjątkiem jest Putna. Tam atmosfera była zupełnie inna.

rum_monastyr-sucevita_mury-obronne_001

Suczewica (Sucevița) ukończona w 1584 roku stanowi zwieńczenie dzieła, które rozpoczął Stefan Wielki. Budowla ze swoimi potężnymi obwarowaniami i trzykondygnacyjnymi wieżami jest zdecydowanie większa niż pozostałe. Naznaczona jest też pewnego rodzaju manieryzmem którego brak we wcześniejszych realizacjach.

rum_okolice-monastyru-humor_001.jpg

Nieopodal świątyń zaczyna się bukowy las.

rum_monastyr-sucevita_widok-z-gory_002.jpg

Suczewica pięknie prezentuje się z okolicznych wzgórz.

rum_monastyr-sucevita_widok-z-gory_001.jpg

To najlepiej położony z malowanych monastyrów które odwiedziłam. Podobnie położony jest monastyr Putna, który znajduje się niedaleko od Suczewicy.

rum_monastyr-sucevita_malowidlo-na-zewnatrz_002.jpg

We freskach Suczewicy dominującym kolorem jest zieleń. Pochodzą prawdopodobnie z lat 1595-96. Na freskach postaci z hierarchii niebiańskiej.

rum_monastyr-sucevita_malowidlo-na-zewnatrz_001.jpg

Freski zewnętrzne monastyru Suczewica.

Sapanta prawdopodobnie najweselszy cmentarz w Rumunii

Jakoś tak wyszło, że jadąc do Sapanty, trochę nastawiłam się na to, że wesoły cmentarz może być wesoły już tylko z nazwy. Podejrzewałam, że być może trochę zaszkodziła mu sława, bo ilość artykułów i relacji na jego temat dosłownie może przerazić. Internet na punkcie tego miejsca ogarnęło istne szaleństwo. Spodziewałam się więc,  że może trochę przerósł go własny sukces i powoli zamienia się w turystyczny lunapark. Jest opisywany niemal wszędzie i chyba najlepiej obfotografowany ze wszystkich cmentarzy tej części Europy – nie bezpodstawnie – w końcu jest naprawdę unikatowy i nawet wpisano go na listę UNESCO. Okazuje się jednak, że w Sapancie nikt z tego powodu nie zatracił zdrowego rozsądku. Wieś żyje dla siebie samej, a nie tylko z powodu istnienia swojego cmentarza i jeśli by go nie było, dalej funkcjonowałaby jak gdyby nigdy nic. Zresztą niczym specjalnym spośród sąsiednich wsi się nie wyróżnia. No może tylko stertą bezładnie zaparkowanych samochodów, z powodu licznych gości którzy chcą obejrzeć słynne miejsce. Wprawdzie koło głównej bramy stoi kilkanaście kramów, jednak ludzie sprzedają tam głównie własne lub okoliczne wyroby, a nie chińską tandetę. W porównaniu chociażby z Branem ta atrakcja turystyczna jest bardzo naturalna i niewymuszona. Myślałam że w Rumunii tak się nie da, jednak mieszkańcy Maramureszu mocno stąpają po ziemi. Sukces nie pomieszał im w głowach i podchodzą do sławy swojego cmentarza ze spokojem. Tak samo zresztą jak do śmierci. Umieją bardzo terapeutycznie się z nią obchodzić i specjalnie się nią nie przejmują. Każdego z nas ona czeka, bo to jedyna pewna rzecz w życiu.  Dlatego cmentarz w Sapancie zrobił na mnie dość krzepiące wrażenie i muszę stwierdzić, że słowo „wesoły” w nazwie naprawdę mu się należy. Wspaniale ogląda się cmentarz, który wprawdzie należy do zachodniej kultury, ale w podejściu do śmierci jest zupełnym jej zaprzeczeniem. Nie znajdziemy na nim żadnego  tak dobrze znanego cierpiętnictwa i płaczących lub żałobnie wyglądających postaci. Jeśli już pojawiają się jakieś bardziej mroczne obrazki, na przykład kościotrupy, to są one głupkowato wesołe.  Życie po śmierci wygląda jak kolorowy relaks, albo nigdy nie kończące się sanatorium. Może takie wrażenie zostało spotęgowane przez to, że odwiedziliśmy go w pełni lata i oprócz jaskrawo kolorowych nagrobków wszędzie rosło mnóstwo kwiatów i było bardzo zielono. Najśmieszniej wyglądali na nim odwiedzający, którzy przeglądali nagrobek za nagrobkiem i wyglądali jakby szukali jakiegoś przodka, ale nie bardzo wiedzieli gdzie został on pochowany. Leżącym na nim ludziom musi być całkiem fajnie, co chwilę ktoś ich odwiedza i na pewno nie nudzi im się w życiu pozagrobowym.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_008.jpg

Cmentarz gdy go odwiedziliśmy bardziej przypominał łąkę i jeszcze bardziej tryskał optymizmem niż na większości zdjęć.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek-ioan-patras_001.jpg

A to nagrobek pomysłodawcy i założyciela cmentarza.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_004.jpg

Chyba wiem co zaraz przydarzy się temu panu.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_007.jpg

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_005.jpgrum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_003.jpgrum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_006.jpgrum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_001.jpg
rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_009.jpg rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_002

Oprócz cmentarza we wsi znajduje się także odbudowywany od lat 90. XX wieku żeński klasztor Sapanta Peri.  Powstaje niedaleko miejsca w którym od XIV wieku pierwotnie się znajdował (obecnie jest to terytorium Ukrainy). Zniszczono go w wieku XVIII.   Drewniany kościół, którego wieża miała być najwyższą drewnianą wieżą kościelną na świecie, została w międzyczasie zdetronizowana przez inne rumuńskie kościoły. Najwyższa drewniana wieża to taka lokalna ambicja. W całym kraju panuje obecnie ogromny boom na stawianie kościołów i klasztorów. Myślę że to odreagowanie po okresie komunizmu. Ludzie dopiero niedawno zaczęli mieć na tyle środków do życia że mogą pozwolić sobie na stawianie rozlicznych miejsc kultu. Zapewne za kilkadziesiąt lat ze sporą częścią z nich nie będzie wiadomo co zrobić, gdyż kościoły stawia się niemal jeden na drugim i gdzie popadnie. Najlepiej jeśli przy okazji pobija się jakiś rekord na przykład będzie on największym albo najwyższym kościołem wybudowanym z drewna. Akurat Sapanta Peri nie jest miejscem szczególnie ciekawym i wartym odwiedzenia.  Jeśli ktoś lubi oglądać stworzone współcześnie miejsca kultu, lepiej pojechać do miejscowości Barsana.

rum_sapanta_kosciol-drewniany_001.jpgrum_sapanta_drewniany-krzyz_001.jpg