Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Muzyka którą przywiozłam z Malezji

W tym poście chcę podzielić się muzycznymi zdobyczami, które poznałam będąc w Malezji, (chociaż prawdę mówiąc nie są to rdzennie malezyjskie zdobycze, bo to muzyka stworzona za sprawą emigrantów) oraz  poświęcić chwilę zakupom muzyki w Azji. Trzeba mieć na to minimum pół dnia czasu i wybrać się do jakiegoś sklepu muzycznego, z inteligentnym, komunikatywnym i pomocnym sprzedawcą, który nie będzie próbował spławić nas po kilkunastu minutach, lub sprzedać nam czegokolwiek, byle szybciej się nas pozbyć. Sklep z płytami poznamy już z daleka z powodu olbrzymich głośników z ryczącą muzyką z Bollywood, albo ryczącymi recytacjami Koranu. Zazwyczaj w okolicy jest takich sklepów kilka i dzielnie zagłuszają się nawzajem. Trzeba wybrać taki, w którym można wygodnie się rozsiąść i oddać w ręce sprzedawców. Zazwyczaj puszczają nam oni na początek kilka płyt by wybadać nasze gusta, po czym zaczynają grzebać w czeluściach swoich sklepów, by nas zadowolić. Jak dobrze się ułoży gdy do takiego sklepu wejdziemy po porannej kawie, opuścimy go dopiero w porze obiadowej z pokaźną stertą płyt. Oprócz zakupów możemy w takim sklepie zdobyć sporo informacji o lokalnej muzyce, do dalszych poszukiwań w internecie, jeśli tylko dominującym alfabetem jest europejski (bo w Chinach czy Tajlandii jest z tym znacznie gorzej). Zazwyczaj jeśli kupuję kilka płyt, to kilkanaście innych inspiruje mnie do późniejszych poszukiwań. Świetnym miejscem do takich zakupów jest Malezja, chociaż ja z każdego kraju przywożę jakąś muzykę, tylko po prostu tu jest najłatwiej gdyż mamy prawie całą Azję w jednym miejscu. W Malezji znajdziemy sklepy z muzyką wyłącznie indyjską i będą to płyty pewnie dużo lepiej wydane niż w Indiach. W asortymencie takiego sklepu znajdziemy indyjską muzykę religijną i bollywoodzki pop (Ravi Shankar też się znajdzie, ale to głównie dla turystów).  W sklepikach przy buddyjskich świątyniach zakupimy chińską muzykę religijną oraz łatwo dogadamy się ze sprzedawcami, nie to co w Chinach. Niebagatelną rolę w dystrybuowaniu muzyki buddyjskiej odgrywają w Malezji także bogate chińskie świątynie, które stać na to by materiały religijne rozdawać za darmo.  Bez problemu zakupimy tu oczywiście muzykę malajską – straszliwie sztuczny i odmóżdżony pop i muzykę gamelanu, za której pomocą Malezja się promuje, nie zważając na protesty Indonezyjczyków, którzy uważają, że to z ich kraju ten rodzaj muzyki pochodzi. Nie będzie też problemu z zakupem recytacji Koranu. Oczywiście oprócz zalewu tandetnego popu zdarzają się nieliczne bardziej zachodnio brzmiące i dające się słuchać utwory autorstwa Yuny, aczkolwiek jestem taką muzyką chyba już trochę znudzona, bo nie budzi ona we mnie emocji. Z Malezji przywiozłam największą do tej pory ilość muzyki, ponieważ najwygodniej było ją tam kupować i się o niej dowiadywać. W porównaniu z Singapurem czy Indonezją również ceny płyt w Malezji były rewelacyjne. Indonezja to niezbyt zaawansowany technologicznie kraj i płyty CD są traktowane niemal jak nowinka techniczna i wynalazek dla bogaczy, w związku z tym nie są za tanie, poza tym ludzie pominęli dość mocno ten etap muzycznej cywilizacji i muzykę odtwarzają głównie na telefonach. W Singapurze odwrotnie, płyty to przeżytek, ale jako że wszystko jest drogie to one także. W Malezji sporo płyt to porządnie wydane DVD zawierające niezliczoną ilość utworów w formacie mp3. Zapłacenie za taką płytę od dziesięciu do kilkunastu ringgitów nie wydaje się być ceną zawyżoną. Możemy jedynie mieć problem przy przekraczaniu granicy z Singapurem, bo nie wiem czy takie płyty nie zostaną tam uznane za piractwo i może czekać nas spora grzywna. Miałam kilka płyt mocno niewiadomego pochodzenia z Indonezji, ale singapurskie służby graniczne nie są przecież w stanie dokładnie sprawdzić bagażu każdego człowieka, poza tym gdybym miała ich sto sztuk, pewnie dało by się to zauważyć, a miałam ich kilka popakowanych z bardziej oryginalnymi płytami z Malezji.  Z drugiej strony identyczne wydawnictwa DVD z dużą ilością plików mp3, tylko że droższe, można zakupić także w Singapurze. Może więc mój strach jest przesadny, jednak jeśli jadę do najbardziej obsesyjnego kapitalistycznego państwa świata, lepiej mieć się na baczności.

plyty-z-muzyka-azjatycka-001

Różne płytowe nabytki oraz wydawnictwa darmowe.

Kogo takiego z wykonawców można odkryć w Malezji? Na przykład chińską wokalistkę Imee Ooi, której dziadek – znany pisarz i dramaturg pochodzący z prowincji Guandong osiedlił się w Malezji. Imee Ooi otrzymała klasyczne muzyczne wykształcenie – jest pianistką, oprócz tego posiada wytwórnię płytową. Jednak prawdziwą sławę przyniosło jej śpiewanie mantr zarówno po chińsku jak i w sanskrycie. Mantr śpiewanych przez nią nie da się pomylić z żadnymi innymi – ma bardzo oryginalny i wyjątkowo zrelaksowany i uduchowiony głos :).

Kolejne ciekawe odkrycia muzyczne pochodzą z Indii. Jako osoba bardzo lubiąca słuchać indyjskiej muzyki religijnej a zwłaszcza mantr, podstawy, takie jak mantra do Ganeshy, Gayatri, czy Lakshmi znam od dawna. W tej chwili raczej skupiam się na ciekawych i interesujących wykonawcach indyjskiej muzyki religijnej, bo świat nie kończy się na Ravim Shankarze i jego córce, chociaż ich oczywiście od bardzo dawna znam, lubię, szanuję i poważam, to tutaj chcę pokazać kilku bardziej niszowych, ludowych nieznanych na zachodzie twórców. Sporo o religijnej muzyce Indii możemy dowiedzieć się nie wychodząc z domu dzięki takim serwisom. Jeśli chodzi o muzykę z Bollywood, mnóstwo jej możemy znaleźć na przykład tu.

Kolejną ciekawym odkryciem muzycznym z płyt zakupionych w Malezji jest Bombay Saradha czyli Saradasridevi, która debiutowała w 1995 roku wieku siedmiu lat śpiewając piosenkę A. R. Rahmana z filmu Bombay. Obecnie zajmuje się tamilską muzyką religijną. Występuje w wielu tamilskich miejscach kultu w Indiach i za granicą. Słynie z hipnotyzującego i kuszącego głosu. Jej wykonanie pieśni Karpaganatha jest najlepiej sprzedającym się utworem w Malezji i Singapurze. Jest tak znana, że nawet plastikowe, kiczowate grające hinduskie ołtarzyki i świecące obrazy na prąd wygrywają pieśni jej wykonania. Możemy je nabyć na licznych stoiskach z dewocjonaliami w Batu Caves. Pierwszy utwór z dodanych poniżej to właśnie Karpaganatha, drugi pieśń z okazji Thaipusam.

Veeramanidasan jest wykonawcą około 3500 tamilskich utworów religijnych. Wydał kilkadziesiąt albumów. Ma bardzo rozpoznawalny ekspresyjny głos. Śpiewa bardzo emocjonalnie i hipnotyzująco. Chociaż superfajny sprzedawca w sklepie płytowym na Penangu jakoś mi go nie polecał (ciekawe dlaczego) ale ja się uparłam. Oczywiście nie wszystkie utwory są świetne i jeśli nic z tego nie rozumiemy może miejscami jego twórczość wyda nam się nudna. Zachęcam żeby poszperać po youtube, bo z pewnością można znaleźć jeszcze ciekawsze pieśni niż te które umieszczam poniżej.

Co przywieźć ze Lwowa

Wyjazd do Lwowa to jakby przeniesienie się w przeszłość o kilkanaście lat. Do czasów gdzie w większości sklepów dało się kupić nienadmuchany niczym podejrzanym, ciemny chleb, a piwo smakowało prawdziwie. Większość produktów nie była opakowana w kolorowy plastik. Dzisiaj w Polsce za takimi specjałami trzeba specjalnie się wybierać i ich szukać, bo w przeciętnym sklepie spożywczym trudno znaleźć coś jadalnego. Większość produktów ma loga kilku największych światowych korporacji w rodzaju Unilever czy Nestle i bardzo wzbogacony o różne substancje skład, po którego przeczytaniu, całkowicie odechciewa się takiego produktu spożywać. Oczywiście na Ukrainie taki stan rzeczy z pewnością nie będzie trwał wiecznie i prędzej czy później z żywnością zrobi się tak jak u nas. Pragnę się tutaj skupić na jedzeniu, które można kupić w większość sklepów i na bazarze. Być może powstanie kiedyś wpis o lwowskim jedzeniu bardziej niszowym.

Update z czerwca 2016:  powstał i zapraszam tutaj.

Morska kapusta

Na początek warto wybrać się do jakiegoś supermarketu i obejrzeć sobie wszystko w spokoju, żeby potem na jakimś bazarze wiedzieć co jest czym i móc wyszaleć się zakupowo. Na przykład na ulicy Gródeckiej (Городо́цька) naprzeciw głównego dworca kolejowego jest supermarket „Silpo” a w miarę niedaleko od centrum supermarket „Arsen”, jest ich zresztą w mieście kilka. Już na pierwszy rzut oka możemy znaleźć produkty, których u nas nie ma i się nimi zainteresować. Zacznijmy od dóbr morskich. Na pierwszy rzut pójść może morska(ja) kapusta czyli морская капуста – listownica, która zazwyczaj kosztuje śmieszne pieniądze, wspaniale smakuje rybą i glonami, jest chrupiąca i ciekawie wygląda. Zawsze gdy tam jestem, nie obejdzie się bez zakupienia przynajmniej jednego opakowania. Morska kapusta to reminiscencja sowieckiego imperium – towar zawsze dostępny na pustych półkach niczym nasz ocet. Może dlatego nie cieszy się szczególnym poważaniem. Dla mnie osoby niemieszkającej tam, w związku z tym pozbawionej tego rodzaju uprzedzeń to egzotyka i ciekawy smak. Spotkamy ją w pierwszym lepszym sklepie rybnym, kupimy na wagę bądź w osobnych opakowaniach, z dodatkiem marchewki, albo anchovies.

ukr_lwow_morska-kapusta-listownica_001.jpg

Morska kapusta spożywana na własnym różowym talerzu w hotelowym pokoju, smakuje najlepiej.

Kawior

Kolejnym morskim dobrem absolutnie koniecznym do zakupienia we Lwowie jest kawior. Taki na wagę, z jesiotra, kupowany na przykład we wspominanym wcześniej Slipo, był przynajmniej czterokrotnie tańszy niż w Polsce. Kawior można tu kupować także w konserwach, ale najlepszy jest w słoiczkach, tylko potem ciężko go przewieźć, bo nigdy nie wiemy ile będziemy oczekiwać na przekroczenie granicy, a lepiej nie trzymać go zbyt długo w cieple. Trzeba więc najeść się nim na miejscu, bo idealnie pasuje do zmrożonej wódki. Na kawior w konserwach należy uważać, by nie pomylić go ze „sztuczną ikrą” bo i takich wynalazków jest na półkach pełno i żeby było zabawniej często słowo „sztuczna” jest na etykiecie dość mocno zamaskowane, a jeśli nie znamy cyrylicy możemy go przeoczyć. Co to takiego ta sztuczna ikra? Oto cytat z pewnej rybackiej strony: „nie ma nic wspólnego nie tylko z kawiorem, ale również z ikrą jakichkolwiek ryb. Jest on bowiem produkowany z kazeiny, żelatyny, żółtka jaj kurzych z dodatkiem sztucznych aromatyzatorów i substancji smakowych.”

Kolejnym dobrem są suszone ryby przeróżnych gatunków, ale o nich powstał osobny wpis.

ukr_lwow_suszona-ryba-na-bazarze_002

Rynek krakowski we Lwowie stragan z suszonymi rybami.

Sało

Jeśli już jesteśmy przy produktach zwierzęcych, kolej na mięso. Tu akurat Ukraińcy nie mają za bardzo pola do popisu. Produkty wędliniarskie są jakby żywcem wyjęte z czasów komunizmu. Sklepy są pełne okropnie wyglądających mortadel i kiełbas pasztetowych. Jadąc do Lwowa kursowym autobusem z Przemyśla możemy zobaczyć, że w produkty mięsne przygraniczni Ukraińcy zaopatrują się w Polsce. Zanim doszło do ostatnich wydarzeń na Ukrainie i różnice w wartości polskiej i ukraińskiej waluty nie były tak drastyczne jak teraz, każda kobieta wiozła ze sobą wiaderko śledzi z przygranicznej Biedronki oraz siatkę pełną mięsa, bo ponoć u nas jest tańsze i lepszej jakości (chociaż to pewnie dlatego, że u nas zwierzęta karmi się już „nowoczesnymi paszami”). Pamiętam jak raz jechałam takim autobusem do Lwowa w trzydziestostopniowym upale i przez całą drogę wesoło pokapywała na mnie woda z rozmrażającego się mięsa upchanego na półce nad siedzeniami ;). Ale to i tak nic bo raz jechałam autobusem w jednej czwartej zawalonym od podłogi po sufit wiklinowymi koszykami przeróżnych rozmiarów. Ktoś chyba zrobił w Polsce wiklinowy deal życia. Wprawdzie do autobusu niezbyt przez to zmieścili się pasażerowie i całą drogę trzeba było stać, ale można było na pocieszenie wyobrażać sobie, jak musiało wyglądać pakowanie i rozpakowywanie tych dóbr.  Wracając jednak do mięsa, jedyną rzeczą jaką z produktów mięsnych warto kupić i to najlepiej na bazarze, bo tu możemy produktu skosztować i stwierdzić czy nam smakuje czy nie, jest sało – solona i/lub/albo wędzona i dojrzewająca słonina. Sprzedawcy z pewnością dopomogą nam w wyborze, bo jego rodzajów jest sporo. Sało to kwintesencja ukraińskiej (i litewskiej też) kuchni. Umożliwia bezkarne konsumowanie wódki w dużych ilościach bez przykrych efektów ubocznych w postaci kaca. Wchodzi w skład jednej z moich ulubionych potraw na Ukrainie, a mianowicie „ukraińskiej zakuski”, którą serwuje we Lwowie każda pierwsza lepsza knajpa. W skład ukraińskiej zakuski wchodzi oczywiście sało, pokrojone na cienkie plasterki, ząbki czosnku poprzekrawane na grube plastry, ciemny chleb oraz czasami także kiszony ogórek. Wszystko jest zazwyczaj podane na drewnianej desce. Oczywiście ukraińska zakuska byłaby niepełna, jeśli nie uzupełnimy jej o szklaneczkę (bo przecież nie kieliszek) wódki. Z sałem wyprawia się na Ukrainie przeróżne wariacje, można spotkać też słoninę w polewie czekoladowej, nie miałam jednak do tej pory okazji czegoś takiego spróbować. Ukraińcy ponoć bardzo sobie cenią wieprzowinę pod każdą postacią, a ukoronowaniem tego jest właśnie sało.

Wódki

Naturalną kolejnością po słoninie będzie teraz przejście do napojów wysokoprocentowych. Po pierwsze, alkohol jest tam tak ekstremalnie tani, że nie warto eksperymentować na tańszych markach, bo można trafić na coś prawdziwie obrzydliwego. Raz coś takiego kupiłam bo chciałam kupić małą buteleczkę i dostępna była tylko taka mocno tania i dziwnej firmy. Smakowała na prawdę okropnie Na pewno warto zapoznać się z produktami największego ukraińskiego producenta wódek czyli Nemiroffa, który swoje produkty eksportuje do 40 krajów. Na uwagę zasługują szczególnie: клюква czyli klukva – żurawina na koniaku w Polsce do kupienia pod nazwą Cranberry vodka. Druga z nich to paprykówka z miodem, dla amatorów pikantniejszych smaków – występuje tam pod nazwą medova, lub miodowa z pieprzem. Jest też trzeci produkt – nemiroff brzozowy z dodatkiem alkoholowych maceratów na pączkach brzozy, jednak mimo tego że strasznie podoba mi się ten pomysł, nie przypadła mi ona do gustu, gdyż jej zapach i smak kojarzył mi się nieco z salonem fryzjerskim. Za to żurawinówka i paprykówka z miodem są całkiem przyjemnymi produktami, mimo że staram się nie konsumować masowo produkowanego wysokoprocentowego alkoholu, dla nich czasem robię wyjątek. Obie wódki bez problemu kupimy w Polsce w dowolnym supermarkecie, więc nie musimy koniecznie kupować ich na Ukrainie, bo jest mnóstwo innych interesujących bardziej lokalnych produktów. Lokalnych wódek można popróbować w małych ilościach na przykład przy okazji posiłków, bo wódkę „w małych porcjach” sprzedają tu na każdym kroku: w sklepach spożywczych, tanich jadłodajniach, barach, restauracjach, oraz kioskach które sprzedają ją w plastikowych kubkach. Zaopatrzyć możemy się dosłownie na każdym rogu. Jeśli któraś szczególnie nam się spodoba, możemy zakupić sobie większą ilość, bo wybór jest tak przeogromny, że nie warto kupować pierwszej z brzegu. Pewną wadą spożywania wódki w ukraińskich lokalach gastronomicznych jest ilość w jakiej jest sprzedawana. Niestety najpopularniejsza to setka a jeśli poprosimy o pięćdziesiątkę kelnerzy bardzo dziwnie na nas spojrzą. O kieliszkach dwudziesto pięcio mililitrowych nikt tutaj nie słyszał.

Wino

Ja stamtąd wolę przywieźć sobie wino. Do Polski możemy wwieźć z Ukrainy 4 litry tego trunku. To bardzo mała ilość i zawsze jest problem co wybrać. Nie dość, że samych ukraińskich win jest ogromny wybór i w cenie jaką płacimy za wina w Polsce możemy kupić tam produkty dużo lepszej jakości, to jeszcze znajdziemy tam także ogromną ilość wspaniałych win z Mołdawii, których jest tam znacznie więcej niż u nas. To czyni decyzję co kupić wyjątkowo trudną. Przypuszczam, że w tej chwili zniknęły z półek wina Massandra, bo pewnie jest problem z ich dostępnością na Ukrainie. One zawsze były najdroższe, bo produkowane z lokalnych krymskich szczepów. Oprócz tego bardzo przyzwoite i znacznie tańsze były zawsze wina marki Winodieł (винодел). Z win mołdawskich znajdziemy tam ogromy wybór produktów dwóch największych mołdawskich graczy: winiarni Bostavan oraz Cricova, z tego co pamiętam jest też Kazayak. Lubię produkty z Cricovej bo prawie wszystkie są na prawdę dobre. Oprócz tego warto zapoznać się tam szczególnie z dwoma gatunkami wina w których specjalizują się tamtejsze rejony, a mianowicie Kagor oraz Czarny Doktor. Oba są słodkie albo przynajmniej półsłodkie, więc z pewnością nie każdemu podejdą. Ja też na co dzień raczej nie konsumuję słodkich win. Jednak jeśli już jestem w kraju słynącego głównie z produkcji takiego wina chwilowo przestawiam swoje smaki, bo warto to zrobić. Kagor to prawosławne wino liturgiczne. Oryginalnie pochodzi z Francji z miasteczka Cahors okrytego złą sławą francuskiej stolicy lichwy. Winny produkt z Cahors zawędrował we wschodnie rejony Europy i stał się winem wykorzystywanym w liturgii. W okresie dużych zmian we Francji w czasie rewolucji francuskiej, ten rodzaj wina zaczęto wytwarzać we wschodniej Europie. Obecnie ogromne ilości Kagora produkuje się w Bułgarii, Mołdawii, na Ukrainie, i w Rosji, oraz we Francji i Hiszpanii. We Francji powstaje głównie ze szczepu winogron Malbec, a w Europie Wschodniej głównie z Merlota i Cabernet Sauvignon.  Czarny Doktor to wino oryginalnie pochodzące z Krymu produkowane z lokalnych krymskich szczepów miało leczyć problemy żołądkowe. Dzisiaj mnóstwo wina o takiej nazwie wytwarza się w Mołdawii ze szczepów zupełnie innych.

Piwo

Powoli zbliżamy się do kolejnego trunku – piwa. Jeszcze kilka lat temu w tej materii zdecydowanie mieliśmy Ukraińcom czego zazdrościć. Kiedy u nas na półkach dominowały chemiczne piwne podróbki z wielkich koncernów,  tutaj można było w pierwszym lepszym sklepie kupić prawdziwe piwo. Dla mnie numerem jeden są piwa browaru Chernigivski: Biła Nich (Чернігівське Біла Ніч) oraz Biłe (Біле), bo są to chyba najoryginalniejsze masowo produkowane piwa jakie można tam kupić. Obydwa są bardzo aksamitne, z oryginalnym kolendrowym aromatem i bardzo obfitą pianą. Piwo Biłe kilka lat temu można było także zakupić w plastikowej butelce, na Ukrainie bowiem mało kto kupuje piwa w puszkach i butelkach, gdyż królują tu większe objętości. Z polskich piw nieco przypomina je Białe Pszeniczne browaru Namysłów, jednak ukraińska wersja bardziej mi odpowiada. Oprócz tego całkiem dobre piwa robi Obołoń, najbardziej warto spróbować ciemnego „aksamitowego” (Оболонь Оксамитове). Będąc we Lwowie trzeba koniecznie spróbować piwa z lokalnego browaru Lwiwskie (Львівська пивоварня). Niestety jak dla mnie piwo z tego browaru jest produktem mocno przeciętnym, piwem jak każde inne. Może dlatego, że jest własnością Carlsberga? Trochę lepiej smakuje takie rozlewane na miejscu w browarze, który przy okazji można zwiedzić, co nie jest sprawą łatwą. Zawsze jak tam jestem okazuje się, że grupa do browaru już weszła a na następną trzeba czekać nie wiadomo ile i zawsze nie mam czasu żeby poznać go od wewnątrz, może kiedyś w końcu się uda. Piwo lwowskie pite na miejscu w browarnianej restauracji kosztuje jak na Ukrainę bardzo drogo bo około 10 złotych za półlitrowy kufel, czyli jakieś trzy razy drożej niż gdzie indziej. Smakuje tak sobie, ale w porównaniu z tym butelkowanym jest dużo lepsze. Przynajmniej ma dobrą temperaturę i jest dobrze nalane – piana od razu z niego nie znika. Byłam tam już kilka razy podczas lwowskich wyjazdów, mimo że browar mieści się nieco na uboczu. Powodem dla którego tam zaglądam, jest znajdujący się obok rewelacyjny bazar krakowski (Krakiwskij Rynok), który koniecznie trzeba odwiedzić.

urk_lwow_browar-lwowski-restauracja_002.jpg

Browarniana pijalnia piwa lwiwskie należącego do Carlsberga.

urk_lwow_browar-lwowski-restauracja_001.jpg

Mieści się w pomieszczeniach browaru. Nie wiem czy warto specjalnie tam iść, ale obok browaru znajduje się najlepszy we Lwowie bazar, można więc po drodze wstąpić na piwo.

Kwas chlebowy

Kolejnym już bezalkoholowym napitkiem, z którym trzeba na Ukrainie się zapoznać jest kwas chlebowy. Jest to bardzo ważny ukraiński napój, który służy też trochę do podkreślania ich narodowej odrębności, stąd powstaje mnóstwo jego marek. Co roku na Ukrainie widzę kilka nowych kwasów chlebowych. Trzeba mieć na uwadze, że kwas na Ukrainie trochę się popsuł, odkąd spożywcze koncerny także wzięły się za jego wytwarzanie. Są kwasy o normalnym składzie, są jednak też takie zawierające aspartam, acesulfan i konserwanty. Trzeba więc niestety czytać etykietki. Co ciekawe, ukraińskie kwasy chlebowe sprowadzane do Polski w swoim składzie zawierają konserwanty, podczas gdy na Ukrainie ich nie zawierają. Jest tak na przykład z kwasem firmy Obołoń.

Słodycze

Odchodząc od tematu wszelakich napojów, może teraz skupmy się na słodyczach. Nie wiedzieć czemu wszyscy Polacy jadący do Lwowa na kilogramy kupują ukraińskie czekoladki i czekoladowe cukierki. Ich smak przypomina produkty wytwarzane u nas w latach osiemdziesiątych. Ja akurat nie należę do tej grupy, bo takie rzeczy jem mocno sporadycznie i wystarczy mi zjedzenie jednej sztuki od czasu do czasu. Jedynym produktem tego typu, który moim zdaniem zasługuje na uwagę, są rozmaite suszone owoce w czekoladzie: śliwki, figi i morele zapakowane w kolorowe papierki jak czekoladki. Składają się wyłącznie z prawdziwej ciemnej czekolady i suszonego owocu, są bardzo mało słodkie. Tego typu słodycze kupowane w Polsce składają się głównie z jakiejś ohydnej masy oblanej czekoladą i małego kawałka owocu w środku. We Lwowie powstaje coraz więcej czekoladowych przedsiębiorstw w rodzaju manufaktur czekolady i sklepów specjalizujących się w sprzedaży czekoladowych zazwyczaj drogawych produktów.

Chałwa słonecznikowa

Kolejnym rewelacyjnym produktem z Ukrainy jest chałwa słonecznikowa. Wprawdzie nie ma ona zbyt apetycznego wyglądu, gdyż przypomina szarą błotną masę i na talerzu wygląda wyjątkowo smętnie, jednak w smaku jest całkiem niezła i w niczym nie przypomina polskich koszmarów chałwopodobnych. Te polskie oprócz droższej masy sezamowej lub słonecznikowej zawierają wodę i utwardzony tłuszcz roślinny.  Unia Europejska sprzeciwia się chałwom z zawartością tradycyjnego składnika – korzenia mydlnicy, powołując się na szkodliwość saponin, które ta roślina zawiera, próbując zakazać ich importu. Natomiast takie z utwardzonym tłuszczem jakoś jej nie przeszkadzają. Tradycja wytwarzania chałwy na Ukrainie wywodzi się z wpływów tureckich i jest obecna w wielu krajach Europy Wschodniej z tym że tutaj tradycyjnie robi się ją ze słonecznika. Jest to chałwa zupełnie inna niż produkty tureckie czy libańskie zrobione z sezamu, lokalny wkład w światowe chałwowe dziedzictwo ;-), ale wcale nie znaczy że jest to produkt gorszy, jest po prostu inny. Wprawdzie kolor ma wyjątkowo mało  zachęcający ale wystarczy się przemóc, spróbować i z pewnością jej lekko trawiasto-orzechowy smak amatorom chałwy przypadnie do gustu. Wspaniale smakuje z mocną czarną herbatą (najlepiej pewnie z samowaru). Po wizycie na Ukrainie proponuję wybrać się na wycieczkę „krajoznawczą” do jakiegokolwiek supermarketu w Polsce i  przeczytać dla porównania, co znajduje się w przeciętnej polskiej „chałwie”. Najgorzej, że rodzime produkty są o wiele lepiej dostępne niż produkty tureckiej Koski, czy chałwy z Ukrainy. Buduje to w Polakach przeświadczenie, że tak powinna smakować chałwa, bo wielu osobom to okropieństwo smakuje.

ukr_zakupy_wino-vinodel-chalwa-kwas_001.jpg

Mały kolaż z produktów, które albo nie posiadają swoich stron internetowych, albo nie potrafiłam ich znaleźć. Tak wyglądają wina Vinodiel, jedna z najbardziej kultowych popularnych chałw i kwas chlebowy o w miarę przyzwoitym składzie.

Kiedyś na Ukrainie kupowałam też keczup w charakterystycznych plastikowych zgrzewkach. Smaków keczupu było kilkanaście z papryką, czosnkiem, cebulą, ziołami mniej lub bardziej ostre. Odkąd zaczęło robić go Nestle, a w składzie pojawiły się dodatkowe składniki, jakoś nie mam śmiałości go kupić, bo nie chcę przeżyć rozczarowania.

Haftowane koszule i ruszniki

Jeśli chodzi o zakupy inne niż jedzeniowe, to warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza z nich to przepiękne haftowane tkaniny. Hafty występują na przykład na ukraińskiej koszuli – soroczce, będącej elementem stroju narodowego. W ten sam sposób wyszywane są także ruszniki  (występujące też pod nazwą nabożniki), ukraińskie tkaniny sakralne, które w cerkwiach wiesza się zwykle nad ikonami. Tak tradycyjnie wyszywane tkaniny biorą udział w najważniejszych wydarzeniach ludzkiego życia narodzinach, ślubie i pogrzebie. Rusznik był dawany dziecku przy narodzinach, nim owijano złączone dłonie nowożeńców podczas ślubu a przy pogrzebie wkładano go zmarłemu do trumny. Są wyszywane w bardzo ciekawe wzory wywodzące się z czasów przedchrześcijańskich. Pojawiają się na nich boginie Berehynia, Mokosz, drzewo życia, symbole solarne motywy zwierzęce i roślinne.

ukr_lwow_bazar-krakowski_ruszniki_001.jpg

Ruszniki na bazarze krakowskim.

ukr_lwow_wernisaz_soroczki_001.jpg

Haftowane koszule – soroczki. Zdjęcie wprawdzie pochodzi z Wernisażu, ale na Bazarze Krakowskim także je kupimy.

Świetnym miejscem do zakupu soroczek, ruszników czy ludowych kwiecistych chustek, będzie wspomniany wcześniej Bazar Krakowski, znajdujący się bardzo blisko lwowskiego browaru (do którego można wstąpić po drodze). Sami Ukraińcy w tego typu dobra także się tam zaopatrują. Stragany na popularnym wśród turystów Wernisażu koło opery, mają ceny kilka razy wyższe.

Buty

Drugą rzeczą z dziedziny odzieży, jaką być może warto we Lwowie kupić są skórzane buty. Czasem zdarza się tak, że w cenie kupionych w Polsce butów ze „skóry ekologicznej”, które zazwyczaj po maksymalnie roku a zazwyczaj po pół, nadają się do wyrzucenia na śmietnik (taka ekologia), we Lwowie możemy kupić całkiem niezłe buty z prawdziwej skóry.  Sklepów z butami jest w mieście mnóstwo, duży wybór znajdziemy także na moim ulubionym, wspomnianym wielokrotnie bazarze (i po drodze do niego z ścisłego centrum miasta).