Roczne archiwum: 2015

Bardzo długa lista nepalskich zakupów

W Nepalu prawie niemożliwe jest powstrzymanie się od amoku zakupów, oto bowiem właśnie przenieśliśmy się do świata gdzie większość rzeczy robi się jeszcze ręcznie. Prawie wszystko jest tutaj robione tradycyjnymi metodami jak kilkadziesiąt albo nawet kilkaset lat temu. Samo podglądanie jak tworzy się niektóre rzeczy może sprawić, że kilka dni w Katmandu przeleci nam jak z bicza trzasnął, sporo przedmiotów wykonuje się w przydomowych warsztatach na tyłach sklepów. Na skomplikowane maszyny nikogo jeszcze tutaj nie stać, a szczytem techniki jest maszyna do szycia. Na dodatek, ta ręczna nieraz bardzo misterna praca kosztuje tyle co zachodni maszynowo i seryjnie wykonywany przedmiot, czasami nawet mniej. Jak więc można nie skorzystać i nie wesprzeć przy okazji ludzi, którzy niszczą sobie wzrok na przykład malując całe życie misterne ornamenty? Jeśli dodatkowo jakiś przyjezdny cierpi na obsesję posiadania tradycyjnie wykonywanych przedmiotów może nabawić się sporego nadbagażu. Jest też druga strona medalu. Bieda, która powoduje że używa się kiepskiej jakości materiałów, na przykład nici czy barwników do tkanin, co sprawia że czasem jest to prawdziwa loteria. Raz trafia się na solidny produkt który może służyć nam przez lata, innym razem zakup rozpada się niemal po pierwszym użyciu. Tak jest zwłaszcza ze „współczesnymi” produktami takimi jak rozmaitej maści sprzęt turystyczny i trekkingowy. Nepal jest miejscem gdzie prawie wszyscy znajdą dla siebie coś unikatowego do kupienia. Od wielbicielek ubrań i biżuterii, po mężczyzn o  zainteresowaniach godnych samca alfa.  Zaczniemy od używek ale wyjątkowo nie będzie wśród nich alkoholu, bo w przypadku Nepalu nie ma za bardzo o czym pisać.

nep_katmandu_sklep-z-elektronika_001.jpg

W Nepalu zamiast na elektronice należy skupić się na zakupie rozmaitego rękodzieła.

Kawa

Kawa w Nepalu? W życiu bym nie przypuszczała, że oprócz sterty innych rzeczy przywiozę sobie stamtąd dwa kilogramy organicznej kawy. Jest to w tym kraju nowość. Na górskich zboczach od maksymalnie dwudziestu lat rolnicy uprawiają kawę. Okazało się że dobrze się udaje, nie choruje i nie wymaga chemicznych środków ochrony, i jej uprawa jest zrównoważona. Prawie zawsze jest to więc kawa z certyfikatem organic. W dodatku ma całkiem niezły smak i zaczyna być doceniana na świecie. W chwili obecnej jest jej już 1700 hektarów i można mówić o nepalskim „coffee industry”. Co ważne, pomaga bardzo biednym obszarom wydobyć się z nędzy, rośnie w miejscach gdzie niczego innego nie da się wyprodukować. Widać jednak, że nikt nie jest w tym kraju z nią obyty. Napicie się w tym kraju dobrej kawy graniczy z cudem, jeśli nie mieszkamy w wielogwiazdkowych hotelach lub hostelach dla bananowej młodzieży. Po pierwsze, w stolicy często nie ma prądu, a ciśnieniowy ekspres do kawy potrzebuje go sporo i nie zadowoli się lichym prądem z akumulatora lub generatora. Jest to urządzenie bardzo dla Nepalczyków drogie, a lokalnie się ich nie wytwarza. Nawet całkiem wypasione restauracje w których można jeść większość dań bez obawy o zatrucie, przyznają że nie stać ich na ekspres. Po drugie jeśli już mamy szansę napić się jakiejś latte albo prawdziwego espresso kosztuje ono czasem tyle co spory obiad z dodatkiem mięsa (albo dniówka wegetariańskiego wyżywienia), czy nocleg w hotelu gdzieś poza stolicą. Trochę bardziej powszechne są kawiarki czyli ciśnieniowe czajniczki, jednak nieco przeszkadza mi posmak aluminium w pitej kawie, a te ze stali nierdzewnej to rzadkość. Bardzo często zdarza się, że wchodzimy do miejsca które na szyldzie tytułuje się kawiarnią a parzą w niej tylko grubo zmielone fusy zalewając je przegotowaną wodą (a nie gotując na wolnym ogniu zmielone na pył jak w wersji turecko-arabsko-bałkańskiej, którą uwielbiam). Prawie nikt nie potrafi sensownie zaparzyć kawy i widać że jest ona robiona tylko na potrzeby przybyszów z zagranicy. Nepalczycy jakby nie czują w ogóle tematu. Moje poszukiwania kawy w Katmandu zmarnowały sporo czasu ale czego się nie robi dla najważniejszego z nałogów. Mieszkałam tam w sumie w trzech różnych częściach miasta i za każdym razem łatwo nie było. Najtrudniej napić się dobrej kawy było w tybetańskiej dzielnicy Boudnath, a mieszkaliśmy tam chyba tydzień. W każdym razie nepalską kawę warto kupić. Występuje tylko w dużych półkilogramowych workach i jest najczęściej sprzedawana w wersji niezmielonej. Kupiłam cztery: trzy tańsze i jedną dosyć drogą, produkowaną przez nepalsko-francuską firmę której nazwy już nie pomnę. Ją otwarłam najpierw i okazało się, że została dosłownie sponiewierana zbyt mocnym paleniem. Pozostałe były o wiele lepsze i delikatniejsze, ale ogólnie pali się tam kawę dosyć mocno, więc jak ktoś takiej nie lubi to lepiej kupić jeden worek. Warto jednak kupić cokolwiek po pierwsze z ciekawości, a po drugie z powodu korzystnego stosunku jakości do ceny. Na pewno smakują one inaczej niż popularne europejskie marki w rodzaju lawazzy.

nep_nepalska-kawa_001.jpg

Pół kilo dobrej kawy z certyfikatem organic, kosztuje 500 nrp.

Herbata

Herbata to co innego. Uprawiana jest tutaj od stuleci, bo warunki klimatyczne są podobne jak w Darjeelingu, ale to herbaty stamtąd są słynne na całym świecie, a o herbacie nepalskiej mało kto słyszał. Pita przez Nepalczyków najczęściej w formie masali z mlekiem i przyprawami na okrągło, co najmniej kilka razy dziennie. W górach króluje tybetańska wersja herbaty zielonej z masłem jaka i solą. Napój bardziej przypomina rosół niż herbatę i w zależności od ilości jaczego masła, jest albo pijalny, albo trudny do wypicia.  W sklepach na Thamelu turystycznej dzielnicy Katmandu leżą całe tony herbaty zazwyczaj z dodatkami, popakowane w różne ręcznie robione dosyć ładne (produkowane taśmowo i seryjnie) drewniane i szmaciane opakowania. Przy herbatach „smakowych” na przykład z dodatkiem mandarynki czy płatków róży zawsze podejrzewam, że mam do czynienia z naprawdę kiepską i niezbyt pijalną herbatą, której żaden Azjata przenigdy by nie wypił i która jest przeznaczana na eksport i zapewne kosztuje grosze. Jedynym wyjątkiem mogą być herbaty jaśminowe czy z dodatkiem płatków lotosu, bo tak aromatyzuje się i wzbogaca smak herbaty w chińskim kręgu kulturowym. W Nepalu zaś mamy w sklepach herbatę zieloną czasem nawet w kilkudziesięciu różnych smakach. Kupiłam jedną i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest całkiem przyzwoita, delikatnie aromatyzowana wyłącznie naturalnymi środkami – jakby w domu zmieszać sobie niezłą zieloną herbatę z płatkami róż  – nic więcej, żadnych sztucznych zapachów i kolorów. Na Thamelu sprzedaje się mnóstwo takiej herbaty zapewne z powodu turystów, którzy wybierają „bardziej znośną” dla siebie herbatę, czyli taką z różnymi dodatkami. Na zielonej się nie znają (trudno zresztą wiele się dowiedzieć jeśli herbata jest bardzo szczelnie zapakowana), a z dodatkami pewnie bardziej im smakuje. Nie warto jednak zakupów herbacianych zakończyć na odwiedzeniu sklepu samoobsługowego na Thamelu i kupieniu kilku herbat smakowych w ładnych ręcznie robionych pudełkach (wiem że zdarzają się też mniej ładne i kiczowate ale da się coś wybrać jak się poszpera). W Katmandu mamy bowiem sporo sklepów wyłącznie z herbatą prosto z plantacji. Ich właściciele mówią po angielsku i jak trzeba wyczerpująco opowiedzą o swojej herbacie. Zawędrowaliśmy na przykład do sklepu (znajdującego się przed wejściem na podwórko na którym znajduje się stupa Kathi Swoyambu i liczne sklepy z tangkami), sprzedającego herbatę z regionu Ilam, graniczącego ze słynnym Darjeeling. Sklep posiada nawet stronę internetową ale nastawiony jest chyba tylko na Japończyków i z nimi prowadzi biznesy, bo nie ma nawet wersji anglojęzycznej. Herbatę zakupioną przez nas w tym sklepie w ilościach pół i kilogramowych sprzedawca musiał pakować spawając foliowe opakowanie nad świeczką bo właśnie miała miejsce awaria podczas i tak krótkich godzin występowania prądu.  Zawędrowaliśmy jeszcze do kilku innych, ale nie dali nam wizytówek. Natomiast przenigdy nie kupiłabym w Katmandu herbaty na wagę, która leży sobie na ulicy niczym nie przykryta, bo ilość występujących w niej zanieczyszczeń całkowicie przeważyłaby nad korzyściami płynącymi z jej picia i chyba zdrowiej i rozsądniej byłoby napić się coli niż takiej herbaty. Niestety herbata sprzedawana jest w tej sposób bardzo powszechnie i sporo ludzi ją pije.

Kadzidła

Pod względem kadzideł Nepal to istny raj na ziemi, bo spotykają się tu wpływy hinduskie i tybetańskie, a w obu kulturach (i dominujących w nich religiach) bardzo duże znaczenie ma okadzanie i kadzidlany dym. Azjatyckie świątynie i kapliczki już od rana z daleka mocno pachną, ale w Nepalu pali się je w zasadzie w każdym sklepie, jadłodajni czy innym biznesie na dobry początek dnia i powodzenie w interesach. I to nie po jednym ale od razu cały pęk. Są formą ofiary składanej z różnych przyczyn:  wdzięczności dla Absolutu, lub w bardziej animistycznym wymiarze dla wzmocnienia sił duchów opiekuńczych danego miejsca, albo w celu przepędzenia tych złych. Składanie ofiar to ważny fundament buddyzmu i hinduizmu. Kadzidła w Nepalu można kupić w rozmaitej formie. Sypkiej – w postaci sproszkowanej mieszanki ziół, gdzie dominującym składnikiem jest pewien rodzaj górskiego jałowca. Im z większej wysokości pochodzi, tym większą ma moc. Pali się je w drewnianych pudełeczkach. Są też kadzidła sprasowane. Podpala się je i stopniowo się tlą. Mogą być podłużnych lub stożkowych kształtów. Te indyjskie posiadają drewniany patyczek, który możemy w coś włożyć lub wbić celem utrzymania kadzidła w pionie. Patyczek spala się razem z kadzidłem, na końcu zaś zostaje go kawałek. Te tybetańskie spalają się w całości gdyż nie posiadają żadnego patyczka. Kadzidła kupowane w Nepalu kosztują oczywiście co najmniej kilkakrotnie mniej niż sprowadzone do Europy. Jeśli przywiezie się je do domu i włoży do szafy, ma się gratis wyperfumowane wszystkie ubrania. Są produktem bardzo nietrwałym, na początku pachną niezwykle intensywnie, stopniowo zawarte w nich olejki wietrzeją. Zanim dotrą do Europy i przeleżą się w magazynach nie pachną już tak mocno, niż jeśli kupimy je gdy są niedawno wyprodukowane, dlatego będąc na miejscu warto zaopatrzyć się w nie z (prawie) pierwszej ręki. Do Europy docierają przede wszystkim kadzidła „o zapachu” na przykład paczuli, róży, cytrusów czy lawendy. Ich funkcja została zbanalizowana: mają usunąć z domu nieładne zapachy niczym kolejny odświeżacz powietrza albo środek czystości. W Azji pali się je żeby wyrazić cześć albo wdzięczność, a piękny zapach jest niejako przy okazji. Można więc kupić kadzidła dla konkretnej formy boskiego Absolutu (na przykład dla hinduskiej bogini Lakszmi albo strażnika buddyjskiej dharmy Mahakali) czy w konkretnej intencji na przykład usuwania przeszkód w życiu. Kadzidło ma zmienić atmosferę miejsca na lepszą, oczyścić ją z wszelkiego zła. Jest ofiarą składaną co rano w celu przypomnienia ofiarodawcy po co i dla kogo żyje. Niektóre kadzidła buddyjskie są robione w klasztorach wyłącznie przez mnichów a ich receptura jest tajemnicą. Są robione z konkretną intencją, albo błogosławieństwem, które ma dotyczyć ofiarującą je osobę. Uważam że to bardzo piękna sprawa. Czy wypada traktować takie kadzidło jedynie jako środek do poprawienia zapachu swojego mieszkania? Wolę wierzyć, że paląc je poprawiam w nim nie tylko zapach 🙂

nep_katmandu_boudnath_kadzielnica_001.jpg

Kadzielnica w skali makro przy Boudnath największej stupie Nepalu. Na pierwszym planie widać nawet jałowiec.

kadzidla_nepalskie_001

Kadzidło tybetańskie z Nepalu.

Przyprawy

W Nepalu kupimy wszystkie najbardziej znane w kuchni indyjskiej mieszanki przypraw takie jak niezliczone odmiany curry i masali, w tym także liczne masale do herbaty z mlekiem (każdy sklep ma własną indywidualną mieszankę dlatego szkoda kupować tylko jedną), ale także pojedyncze przyprawy kuchni indyjskiej takie jak kardamon i goździki, gałka muszkatołowa czy asafetyda.  Warto jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie ich czystość i jakość. Nepal jest bardzo biednym krajem co odbija się nawet na warunkach przechowywania przypraw. Jeśli w sklepie otwartym na ulicę, wszystko w jeden dzień jest w stanie pokryć się półcentymetrową warstwą pyłu, to jaka musi być sytuacja z przyprawami sprzedawanymi w takich warunkach na wagę? Ile jest w niej przyprawy a ile „zawartości” ulicy. Wybieram więc tylko te pakowane. Nepal jest na tyle ubogim krajem, że pakowane przyprawy w sklepie kosztują dużo więcej bo połowę albo więcej ceny stanowi jego opakowanie. Po rozpakowaniu ich w domu może okazać się, że były one cztery razy przepakowywane, a ich data przydatności do spożycia cztery razy „przedłużana”. Miałam okazję zapoznać się z takim sposobem radzenia sobie z datą ważności przypraw bo kupiłam raz kilka opakowań pieprzu na Thamelu. W dzielnicy Boudhanath na ulicy Boudha Main Road jest sporej wielkości supermarket, w którym można kupić pakowane przyprawy. Kupują w nim głównie bogaci Nepalczycy i zagraniczni rezydenci, którzy przyjechali tu na dłużej uczyć się jogi czy medytować. Niestety nawet jeśli zaopatrzymy się w przyprawy nie w pierwszym lepszym sklepie w dzielnicy turystycznej to i tak nie zawsze będą one poddane odpowiedniej obróbce. Zrobiłam w Nepalu zapasy czarnego kardamonu, bo u nas jest drogi i niezbyt intensywnie pachnący. Niestety po roku przechowywania w szczelnym słoju z bólem stwierdziłam, że cały pokrył się kożuchem pleśni bo nie został dobrze wysuszony. Zamiast służyć mi do różnych masal musiał więc trafić do kosza, co bardzo boli zwłaszcza jeśli targaliśmy go własnoręcznie w drodze do i z lotniska (czasem ta droga jest długa i kręta). Jeśli kupujemy przyprawy w bogatszych krajach coś takiego się nie zdarza. Dlatego mimo że przypraw na sprzedaż na ulicy leżą całe tony, to nawet za nimi trzeba się trochę nachodzić. Przyprawy kupione na Thamelu zapleśniały, albo miały wielokrotnie przedłużaną datę ważności. Te kupione w tybetańskiej dzielnicy w supermarkecie i u pana Hindusa, który dzielnie usiłował sprzedać nam cały swój sklep (i prawie mu się udało), mają się dobrze i zostały już w dużym stopniu zjedzone, chociaż jedno chili poleży u mnie chyba jeszcze z dziesięć lat bo mam go pół kilo a jest ekstremalnie pikantne i da się go używać tylko jeśli zmieszam go z jakimś innym. Zdarzyła mi się także zabawna pomyłka. W supermarkecie na Boudhanath, kupiłam opakowanie pociętej na ćwiartki (w swoim mniemaniu) gałki muszkatołowej. Podpis na opakowaniu był tylko nepalski, ale produkt stuprocentowo wyglądał na gałkę. Po rozpakowaniu jej w domu okazało się, że nasiona wcale nie pachną gałką, jedynie do złudzenia ją przypominają. Okazało się, że są to orzechy areki – składnik betelu, (także panu i guthki), o działaniu pobudzającym i delikatnie halucynogennym, co uzyskuje się dopiero po połaczeniu z pozostałymi składnikami mieszanki.

orzechy-areki_001

To właśnie orzechy areki omyłkowo uznane przeze mnie za gałkę muszkatołową. Podobne prawda?

nep_katmandu_stoisko-z-panem_001

A to stoiska z gotowym produktem – panem w saszetkach na jeden raz. Taki pan ma pełno niezdrowych dodatków i jest mocno odpowiedzialny za raka jamy ustnej i inne choroby.

Indyjskie kuchenne utensylia

Jeśli lubimy kuchnię indyjską Katmandu jest idealnym miejscem do zaopatrzenia się w kuchenne utensylia. Talerze do thali, kubki do lassi ze stali nierdzewnej, niezliczone miseczki na pikle, czy drewniany smukły wałek (wraz z deską) do robienia roti albo sitko do odcedzania masala tea. Nie wspomnę już o niezliczonych patelniach rozmaitych rozmiarów. Gdzieś między Durbar Square a Main Road jest ulica wyłącznie z indyjskimi naczyniami. Na wycieczkach od sklepu do sklepu można spędzić cały dzień nawet z niej nie wychodząc. Każdy z nich jest niemal jak labirynt z wąskimi przejściami, szczelnie zapchany towarem od podłogi po sufit. Uliczka sąsiaduje z kwartałem na którym można kupić metalowe statuetki bogów oraz dzwonki będące ważnym wyposażeniem hinduskich świątyń. Tylko waga takich zakupów powstrzymuje mnie odrobinę przed totalnym kuchennym zakupowym szaleństwem. W Nepalu jeszcze powszechne jest stosowanie naczyń ze stali nierdzewnej, znajdzie się też trochę miedzianych oraz glinianych. W tych krajach nowoczesność do kuchni na szczęście jeszcze nie dotarła i używa się jeszcze zdrowych materiałów takich jak glina i stal. Żadnych obrzydliwych i niezdrowych „nieprzywierających” powłok, które daliśmy sobie wmówić na zachodzie, które sprawiają że po roku albo nawet krócej garnek nie nadaje się do niczego a przy tym jeszcze nas truje. Produkujemy mnóstwo śmieci, co rusz wydajemy pieniądze na nowe naczynia i jeszcze w dodatku są one niezdrowe.

Kosmetyki

Indyjskich kosmetyków nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Ich produkty pielęgnacyjne i upiększające uważane są za jedne z najlepszych na świecie. W Nepalu kupimy je bardzo tanio i w szerokim wyborze. Ich najsłynniejsze składniki to zioła takie jak neem (miodla indyjska), amla (liściokwiat garbnikowy zwany indyjskim agrestem), kurkuma, czy henna,  masła i oleje roślinne (zwłaszcza kokosowy, ze słodkich migdałów, rycynowy). Bardzo tanio kupimy tu gotowe produkty czyli kremy, szampony, peelingi, farby do włosów na bazie henny, bardzo dobre mydła i ziołowe pasty do zębów bez fluoru. Jeszcze taniej preparaty w czystej postaci takie jak rozmaite oleje do włosów i masażu ciała, czy sproszkowane zioła. Receptury większości gotowych kosmetyków oparte zostały na zasadach ajurwedy – są więc bardzo dobrze zbilansowane. To wartościowe rzeczy robione z przyzwoitych składników. Wadą produktów rodzimych nepalskich marek są często bardzo tandetne niezbyt szczelne i solidnie opakowania. Jeśli produkty nie są dobrze przechowywane co się często zdarza, mogą być nie pierwszej świeżości. Dlatego wśród kosmetyków prym wiodą wielcy producenci tacy jak Himalaya Herbals czy Dabur. Obie firmy najpierw były w rękach indyjskich następnie zostały kupione przez akcjonariuszy z Emiratów Arabskich i uzyskały wszelkie możliwe certyfikaty jakości, przypuszczam że przez to teraz już niewiele różnią się od marek zachodnich. Himalaya weszła do Polski i przez internet można zakupić  szeroką gamę ich produktów, oczywiście ceny różnią się kilkakrotnie od nepalskich. Na uwagę zasługują też lokalne specyfiki do makijażu – na przykład kohl zwany też kajalem albo kajolem. To mieszanka ziół i minerałów na przykład antymonitu, zapobiegająca infekcjom oczu, o które łatwo w pustynnym lub tropikalnym klimacie. Jego przeciwbakteryjne właściwości zapewnia wysoka zawartość cynku. Niestety w niektórych krajach chałupniczo wyrabiano go z dodatkiem galeny – organicznego siarczku ołowiu o czarnej barwie, co oprócz zabijania infekcji mogło powodować ołowicę. W latach dziewięćdziesiątych przebadano fabryczne kohle z różnych krajów i znaleziono w nich związki ołowiu, do USA do dzisiaj nie wolno go sprowadzać. Te produkowane współcześnie są robione inną metodą, niemniej jednak bezpieczniej chyba kupić kohl wyprodukowany przez jakąś dużą międzynarodową firmę w rodzaju Dabur czy Himalaya. Kohl dłużej trzyma się na oczach niż popularne kredki czy eyelinery. Daje efekt, który najzgrabniej oddaje angielski termin „heavy eye makeup”. Jest podstawą arabskiego makijażu. W Katmandu można spotkać sklepy wyglądające jak nasze drogerie, w których lokalne kobiety namiętnie kupują produkty wielkich światowych koncernów w rodzaju Unilever czy Colgate-Palmolive, płacąc za nie spore pieniądze, a także rozliczne kosmetyki wybielające. Zagraniczni turyści kupują w nich natomiast dużo tańsze od tych zagranicznych chemicznych dóbr, wyroby miejscowe: oleje i farby do włosów (mające zazwyczaj uczynić je ciemniejszymi), czy lokalne chłodzące mydła. Wszyscy zawsze chcą czegoś innego niż to co w chwili obecnej mają.

nep_katmandu_swayambhunath_dziecko_001.jpg

Małym dzieciom w Nepalu bardzo często obrysowuje się oczy kohlem, z racji jego przeciwbakteryjnych właściwości.

Jeszcze jednym produktem w który zaopatrzyłam się w Katmandu są rożki z henną do wykonywania mehendi, bo zakochałam się w nim już dawno z powodu oglądania indyjskich filmów. Jak to w Katmandu bywa, pierwsze kupione przeze mnie opakowanie kilkunastu rożków (co okazało się dopiero przy próbie ich użycia) było  stare i na wpół wyschnięte, a drugie dobre i nadające się do użycia, żeby się o tym przekonać musiałam nabyć 30 rożków, bo da się kupić tylko całe ich opakowanie w którym jest 15 albo 16 sztuk. Po powrocie do domu gdy poczytałam nieco o rożkach z henną i ich mocno niewiadomej i niezbyt zdrowej zawartości, postanowiłam nauczyć się rozpuszczać hennę na mehendi ze sproszkowanego ziela z dodatkami. Co mi z tego wyszło? Otóż zajmuję się tym bezskutecznie jakieś półtorej roku i powoli zaczynam widzieć światełko w tunelu 🙂 Poszczególne rożki z henną (mehendi cones) w zależności od tego jak zostały sklejone są albo na wpół wyschnięte, albo zdatne do użytku. Muszą być idealnego kształtu nie powgniatane i z niepomniejszoną zawartością, bo to zwiastuje ich nadmierne wysuszenie i nieprzydatność. Po wciśnięciu ich palcem muszą być miękkie i wrócić do pierwotnego kształtu. Najlepsza jest henna z Radżastanu. Niedługo w dziale Co stamtąd przywiozłam pojawi się wpis na temat malowania henną.

nep_katmandu_moja-henna_001.jpg

A tak pomalowała mnie pani w salonie piękności w Katmandu (przy okazji gorąco namawiając mnie na zrobienie sobie fluorescencyjnych tipsów, żebym zaczęła wyglądać jak człowiek).

Ubrania

Przy zakupie ubrań zwłaszcza w dzielnicy turystycznej trzeba bardzo uważać. Są niesamowicie tanie i łatwo można stracić głowę, kupując co popadnie, potem jednak okazuje się że część rzeczy do niczego się nie nadaje. Na szczęście pojechałam tam z minimalną ilością ubrań i wszystko co kupiłam od początku na sobie nosiłam. Dzięki temu mogłam od razu chociaż trochę zbadać ich jakość. To prawdziwa loteria. Wszystko trzeba kilkakrotnie oglądać, nie zgadzać się przy kupnie na przyniesienie nowego zapakowanego ubrania tylko kazać je wypakować i sobie pokazać i dokładnie obejrzeć. Nie chodzi o to że sprzedawca chce nas tu celowo oszukać i sprzedać coś innego. Jakość tych rzeczy jest tak ogromnie zróżnicowana, że w partii 10 sztuk ubrań raz może trafić się dziewięć idealnie zrobionych i jedno zrobione źle, a innym razem może być dokładnie na odwrót. Miałam taką sytuację z relatywnie drogim jak na lokalne warunki kaszmirowym szalem. Kupiłam szary bez żadnych ozdobników w kolorze „mocno ekologicznym”. Nie chciałam tego, który oglądałam gdy leżał wystawiony na ulicy, bo chciałam w nim od razu chodzić a był on aż sztywny od pyłu. Kupiłam więc zapakowany i rozpakowałam w hotelu, ale tego dnia nie było już prądu. Na takim szaroburym materiale ciężko było cokolwiek zobaczyć. Dopiero na drugi dzień w południe okazało się, że są w nim cztery dziury i chociaż mieliśmy tego dnia jechać do Bhaktapuru musieliśmy wrócić i poszukać tego samego sklepu. Na szczęście szalik kupiłam w miejscu na tyle rozpoznawalnym, że udało się nam jakoś go odnaleźć (sklepów z takimi produktami są na Thamelu setki). Właściciel oczywiście bez słowa sprzeciwu wyjął całą stertę tych samych szalików i zaczęliśmy je sprawdzać. Dopiero czwarty w kolejności nie miał żadnych wad. Sprzedawca na moich oczach zaczął je naprawiać i był chyba trochę podłamany tym jaki ma towar. Gdybym jednak kupowała go w ostatni dzień, musiałabym zostać z uszkodzonym dość drogim szalikiem. Podobną sytuację miałam z na oko ładną kolorową koszulką z bogiem Ganeszą. Na szczęście kosztowała zupełne grosze. Okazała się być zszyta tak okropnie kiepskiej jakości nićmi, że chyba po drugim praniu całkowicie mi się rozleciała. Sporo kupionych ubrań przez jakiś czas mocno farbowało. Jeśli kupujemy ubranie leżące na ulicznym straganie przed użyciem lepiej je wyprać. Woda po praniu będzie brunatna. Na uwagę zasługują rozmaitej maści produkty z włóczki: swetry, szaliki, rękawiczki, zabawne i pomysłowe czapki, to dość nietypowe zakupy jak na Azję. Niektóre są bardzo grube i trochę trudno może być je wykorzystać przy naszych coraz bardziej kiepskich zimach. Poza tym jest tu ogromny wybór ubiorów indyjskich: sari i salwar kamizów. Salwary szyje się na miarę, gdyż mają być dobrze dopasowane – więc na manekinach wiszą tylko orientacyjnie wyglądające wzory i dopiero po wzięciu miary można odebrać gotowy produkt. Mężczyzn może zainteresować niezliczona ilość warsztatów krawieckich szyjących zarówno tradycyjne nepalskie stroje jak i garnitury na miarę. Można wybrać sobie krój i materiał. Nie wiem gdzie najlepiej to zrobić, bo nie korzystałam z tego typu usług.

nep_katmandu_stragan-z-odzieza_001.jpg

Jeżeli chodzi o ubrania jest w czym wybierać.

nep_katmandu_stragan-z-odzieza_002.jpg

Sprzęt turystyczny

O niezliczonych sklepach pełnych podróbek popularnych marek sprzętu turystycznego w Katmandu napisano całe epopeje. Na Thamelu jest ich pewnie kilkaset. Na jednej ulicy może ich być nawet kilkanaście. Czasem ciężko trafić dwa razy do tego samego sklepu. Osiągnęły już chyba apogeum swojej ilości. Dlatego w wielu z nich dostaje się bardzo duże zniżki. Sprzedawcy bardzo proszą żebyśmy coś u nich kupili, bo na przykład niczego jeszcze tego dnia nie sprzedali. Wszystko to oczywiście za sprawą tego, że w mieście jest „too many people” i z niczego nie da się już godnie żyć. Pewnie trochę ściemniają, ale też jest w tym sporo prawdy. Zwłaszcza jak sklep położony jest na uboczu, albo niewielki. Widząc straszną lichość i marność podrabianych produktów, trochę strach zdecydować się na ich zakup jako główny używany przez nas element wyposażenia. Jest to bowiem zupełna loteria czy trafimy na coś nieładnie wyglądającego ale solidnego, czy nieładnie wyglądającego a przy tym nietrwałego. Czasem od takiego sprzętu zależy nie tylko nasz komfort ale zdrowie albo życie. Co innego jeśli traktujemy taki zakup jako wyposażenie zapasowe, na przykład spodnie, których użyjemy, gdy te których używamy podczas wyjazdu na co dzień zniszczą się albo bardzo pobrudzą. Nie ma jednak co się łudzić, że produktem za nieraz 1/10 normalnej ceny zdołamy zastąpić jakiś poważny sprzęt turystyczny. Chyba jedyną poważniejszą rzeczą jaką w takich sklepach kupiłam była, nazwijmy to „niezbyt oryginalna” kurtka Rab z wypełnieniem z gęsiego puchu. Kupiłam bo była starannie uszyta. Nigdy nie widziałam na oczy tej marki i myślałam, że kupuję coś nepalskiego. Po roku rozpadł mi się pokrowiec na kurtkę, powoli psuje się też zamek. Dałam za nią mniej niż 100 złotych, poniżej trzydziestu dolarów. Jestem w miarę zadowolona (gdyby nie ten zamek). O wiele ciekawszą propozycją są sklepy oryginalnych marek. Nie mam tu jednak na myśli drogiego jak nieszczęście legendarnego sklepu North Face’a, ale innych bardziej lokalnych niedostępnych w Europie firm. Sporo z nich znajduje się na tej samej ulicy co North Face, a nawet tuż obok. Jest więc sklep ciekawej choć równie drogiej koreańskiej firmy Black Yak, której produkty są przynajmniej o wiele ładniejsze od North Face’a. Tuż obok znajduje się też sklep z produktami outdoorowymi o znacznie bardziej sensownym stosunku jakości do ceny marki Mountain Hardwear. Kupiliśmy w nim między innymi solidnie zrobiony worek ekspedycyjny o pojemności 130 litrów, który kompresuje się do wielkości saszetki – przydatna rzecz do wożenia w bagażniku, może się też przydać na nadbagaż (po to go zresztą kupiliśmy, ostatecznie jakimś cudem udało się upchać wszystko do plecaków i podręcznego).  Nieco dalej od tych sklepów znajduje się również inny przyjazny cenowo sklep – rosyjski Redfox, w którym bardzo niedrogo kupiłam polar (którego używam już ponad rok i dobrze się ma). Oprócz North Face’a w pobliżu znajdziemy też sklepy zachodnich marek: Marmot i Salewa. Ten ostatni sprzedaje końcówki serii i różne nietypowe rozmiary, czasami da się znaleźć coś sensownego, mnie jednak nie udało się znaleźć nic dla siebie. Kupiłam sobie też (za około 60-70 złotych) spodnie nepalskiej marki Everest Hardwear. Nie ma ona w Katmandu swojego sklepu, a przynajmniej nie udało mi się na niego trafić. Grzebiąc w  jednym sklepie w niezliczonych podróbkach marki North Face, znalazłam jedne solidniejsze spodnie z innym logiem. Zastanawiałam się nad ich zakupem dłuższą chwilę, były jakieś 3 lub 4 razy droższe niż standardowe podróbki. Sprzedawca poinformował mnie, że są to spodnie oryginalne, bo to „nepali brand”a swoich produktów nie podrabiają gdyż to nie byłoby w porządku.

Rękodzieło i broń

Mam na myśli raczej tańsze i dostępne dla wszystkich rękodzieło niż dzieła sztuki. Nepalczycy to bardzo zdolni manualnie ludzie. Jak już wspominałam na początku, tutaj  jeszcze bardzo dużo przedmiotów zamiast maszynowo robi się ręcznie, więc pod termin rękodzieło można podczepić bardzo wiele produktów. Na sporej części rękodzieła po prostu się nie znam, więc trudno będzie cokolwiek napisać. Jak bowiem osoba która ma pierwszy raz w życiu do czynienia z misami tybetańskimi ma sobie kupić odpowiednią i nie dać się nabrać na jakąś tandetę? Poza tym jeśli nie jesteśmy muzykami, albo uzdrowicielami i nie będziemy jej po prostu używać, to po co ją kupować, jeśli ma się kurzyć na półce? Jeśli już pragniemy kupić ją sobie w celach leczniczych (położenie wibrującej misy na brzuchu ma ponoć poprawiać dopływ życiowej energii do organów wewnętrznych i być swoistą profilaktyką chorób) w jaki sposób dobrać ją do swoich potrzeb, by jej używaniem na przykład sobie nie szkodzić?  Nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na te pytania, dlatego odpuściłam sobie zakup misy. Kupiłam jednak bardzo ciekawą płytę z muzyką w całości generowaną przez misy. Mocno przypomina twórczość Jana Jelinka, albo niektóre utwory Johna Cage’a. Dalej w ramach rękodzieła można chyba wymienić dywany i kilimy, zwłaszcza te tybetańskie. Są na prawdę piękne, nie wiem tylko na ile trwałe są ich barwniki. Dywany leżące na zewnątrz i poddane działaniu słońca i trudnych warunków atmosferycznych (zanieczyszczenia i smogu) miały nieraz słabo widzialne wzory. Czy po wypraniu taki dywan albo kilim nie zacznie farbować? Widziałam takie z porozmywanymi pod wpływem wilgoci wzorami. Nie wiem czy miałabym ochotę kupować jakiś drogi dywan bez poczytania wcześniej które sklepy i stolicy są warte zaufania, bo jak ze wszystkim z jakością dywanów bywa chyba bardzo różnie. Niemniej jednak trzeba wiedzieć że na ogromną skalę wykorzystuje się tutaj do ich tkania małe dzieci. Według the Guardian jest ich w tym momencie około 10 000 o czym można poczytać sobie tutaj.

Kolejnym rodzajem rękodzieła są rzeźby – posągi rozmaitych bogów. Jest tego trochę, w Nepalu funkcjonuje obok siebie wiele kultów i wyznań. Można na przykład kupić sobie kilkumetrowy trójząb Siwy, czy ogromną figurę wielorękiego buddy. Sporo jest też strasznej tandety, ale są sklepy z przepięknymi figurkami. Nas powstrzymał skutecznie ciężar przeciętnej statuetki, nawet niewielkiej. Oglądaliśmy jedną zrobioną w całości, albo tylko pokrytą mosiądzem i dobrze że jej nie kupiliśmy, bo niewielka może trzydziestocentymetrowa w najwyższym miejscu figurka ważyła sporo ponad 5 kilogramów. Była wprawdzie pusta w środku ale odlew był bardzo solidny. Ważnym produktem są też tutaj dzwonki, których dźwięk sprawdza się podobnie jak dźwięk mis. Im czystszy i donośniejszy dźwięk, tym wyższa cena. Dzwonki mają ważne znaczenie religijne, używane są co rano celem budzenia bogów i duchów opiekuńczych. Cała girlanda dzwonków potrafi także ważyć ładnych parę kilogramów.  Dzwonki mogę być też gliniane i tak płynnie przechodzimy do kolejnego działu – ceramiki. Zwłaszcza Bhaktapur słynie z wyrobów garncarskich, do których używana jest także zupełnie czarna glina. Produkty ceramiczne są ekstremalnie tanie bo glina jest bardzo niedrogim surowcem. Kupiłam dwa lampiony w kształcie rybek płacąc za nie równowartość kilku herbat na ulicy. Sprzedawca był tak zadowolony z transakcji, że dał nam jeszcze gratis. Widać po tym jak nisko jest wyceniana praca Nepalczyków i że większość ceny produktu stanowią koszty materiałów.

Nepal to także wspaniałe miejsce dla fanów białej broni. Są tutaj szeroko dostępne bogato zdobione sztylety, oraz będące na wyposażeniu nepalskiej armii proste ale skuteczne noże kukri.  Warto przyjrzeć się dobrze jak taki nóż wygląda żeby nie kupić podrób jakich pełno na Thamelu. W Nepalu każdy prawdziwy mężczyzna powinien mieć przytroczony do pasa taki właśnie nóż. Jest on dla mnie reminiscencją arabskiej dżambiji i indonezyjsko-malajskiego kerisu. Moda na takie noże rozciąga się od półwyspu arabskiego po Indonezję.

nep_bhaktapur_dzwonki_001.jpg

Przepiękne dzwonki w Bhaktapurze, w sumie żałuję że nie posiadam takich w domu.

nep_katmandu_stragan-figurki_002.jpg

Figurki bogów na straganie, w roli głównej Ganesha.

nep_katmandu_stragan-maski_001

Maski może fajnie zrobione ale nie chciałabym mieć ich w domu, bo nie wyglądają zbyt pozytywnie. Wolę gdy dom jest przyjazną strefą i chyba nie czułabym się w pełni dobrze mając na ścianie taki ponury widok.

nep_katmandu_stragan-figurki_001.jpg nep_katmandu_durbar-square_dzwonki_001.jpg

nep_katmandu_stragan-misy-tybetanskie_001.jpg

Thangki (tanki)

Czyli ręcznie malowane buddyjskie obrazy religijne w formie zwoju. Początkowo służyły do opowiadania buddyjskich treści i nauczania osób nie potrafiących czytać i pisać. Dzięki nim wierni mogli też prawidłowo robić wizualizacje w trakcie swojej medytacji. Ich wykonanie oparte jest o bardzo szczegółowe kanony, podobnie jak nasze ikony. Przedstawiają przede wszystkim buddów, arhattów i dakinie, a także strażników dharmy oraz lamów, którzy zazwyczaj przedstawiani są w większej liczbie w formie drzewa, przypominającego trochę to genealogiczne. Osobnymi przedstawieniami są mandale. Do jej wykonywania wykorzystywano najczęściej płótno albo jedwab znacznie rzadziej zwierzęcą skórę albo papier.  Skóra była nieczysta, a papier stosunkowo nietrwały. Do malowania używa się pigmentów. Bardzo ważna jest symetria i harmonia dzieła. Na końcu postaciom maluje się oczy, co symbolizuje ich budzenie i od tego momentu wizerunki zaczyna uważać się za przedstawienie bóstwa. Malowidło obszywa się tkaniną i nadaje mu formę zwoju. Obraz posiada też osobną zasłonkę, zazwyczaj z żółtego albo pomarańczowego materiału, którą można drapować. Thangki różnią się wielkością oraz starannością wykonania – ilością zawartych w na obrazie szczegółów. Thangki niewielkie i niezbyt skomplikowane mogą kosztować parenaście dolarów, nawet poniżej 50 złotych. Ceny kilkumetrowych bardzo skomplikowanych malowideł kosztują tysiące dolarów. Pewnego razu posiedzieliśmy sobie z jednym malarzem niecałą godzinkę przyglądając się mu jak maluje. Nie miał nic przeciwko robieniu zdjęć swojej pracy. Sporo nam o tym opowiedział, bo świetnie mówił po angielsku. Od tego czasu mam na niego oko na facebooku. W międzyczasie zdążył już być ze swoimi malowidłami we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, więc idzie mu nieźle. Sklep i pracownia malarska Bijaya (bo tak ma na imię) nazywa się Himalayan Arts Gallery i znajduje pod adresem 270 Ashok Galli, Thamel, Katmandu posiada też facebooka swojej galerii i sprzedaje swoje prace za pośrednictwem tej strony.

nep_thamel_himalayan-arts-gallery_002.jpg

nep_thamel_himalayan-arts-gallery_001.jpg

Na tance Zielona Tara żeński boddisathwa, przedstawienie bardzo popularne w Tybecie.

Thangki kupiliśmy wcześniej gdzie indziej. W Nepalu bardzo popularne i często widoczne jest przedstawienie Buddy Samantabhadra zwanego także Shakti Buddą, właściwego dla buddyzmu tantrycznego. Jest to przedstawienie mężczyzny o niebieskiej skórze siedzącego w medytacji i obejmującego kobietę o białej skórze. Uważa się że jest to lokalna wersja symbolu yin yang, ale przede wszystkim mistyczna unia aktywnej siły (symbolu mężczyzn) z mądrością (właściwością kobiet). Dopiero takie połączenie cech męskich i żeńskich pozbycie się fałszywego dualizmu może zapewnić urzeczywistnienie. Druga z kupionych przez nas tanek to koło życia zwane też kołem samsary, albo Bhavachakrą, które ma bardzo złożoną symbolikę. Spróbuję przedstawić ją bardzo pokrótce. Demon Yama zwany też władcą śmierci trzyma składające się z trzech kręgów koło reprezentujące wszystkie przemiany egzystencji boskiej ludzkiej oraz demonicznej. W centrum koła znajdują się trzy reprezentacje sprawców cierpienia przedstawione pod postaciami zwierząt. Wąż symbolizuje zazdrość, kogut pożądanie a świnia ignorancję.  Środkowy krąg u samej góry zajmują istoty niebiańskie potem kolejno ludzie, zwierzęta, świat głodnych duchów, następnie liczne piekła. Nad nimi rozpościera się świat tytanów, którzy działają przeciwko bogom i bez końca się odradzają.  Żeby dokładnie przedstawić o co w tym wszystkim chodzi trzeba by było napisać osobnego posta.

nep_kopan_fresk-kolo-dharmy_001.jpg

Koło samsary na ścianie w klasztorze Kopan.

Płyty

Nepalska muzyka łączy w sobie wpływy hinduskie i tybetańskie. Bardzo popularne są tu jeszcze płyty CD. Sklepy z płytami są bardzo liczne i z daleka je słychać. Zarówno bollywoodzkimi śpiewami jak i klasyką rocka, która cieszy uszy licznych podstarzałych dzieci kwiatów. Kult starej muzyki rockowej jest w Katmandu dość silny. W wielu szanujących się knajpach obleganych na przykład przez nepalskich studentów (albo ogólnie intelektualistów) leżą sobie tu i tam różne akustyczne instrumenty i można do woli na nich grać. Bardzo dużo osób potrafiło robić to sensownie. Nie spodziewałam się na co dzień podczas jedzenia kolacji oglądać Nepalczyków grających swoim dziewczynom na przykład Led Zeppelin na gitarze akustycznej. Dzięki temu cała knajpa nie musi siedzieć w ciszy przy świecach gdy nie ma prądu. Jaki to straszny kontrast z Tajlandią i ich dzielnicami rozrywki na niekorzyść Tajlandii oczywiście. Wracając jednak do płyt sklepy pełne są pirackich kopii zachodniej muzyki. Swojej muzyki Nepalczycy nie podrabiają (podobnie jak odzieży, uważając że to nie w porządku). Jedną z większych wytwórni płytowych jest Sac Music. Płyty z lokalną muzyką nepalskich wytwórni kosztują zazwyczaj około 300 rupii przy kilku należy się zniżka. Jedynie płyty buddyjskiej zakonnicy Ani Choying Dolmy kosztują ponad 500 bo całkowity dochód z nich przeznaczony jest na sierociniec prowadzony przez jej klasztor.  Wzięła ona też udział w trzecim sezonie indyjskiego The Coke Studio, gdzie razem z jordańską wokalistką Farah Siraj wykonała utwór A.R. Rahmana. Płyty kupowałam na słynnej ulicy Freak Street na której jest ich kilka, jako że mieszkaliśmy w pobliżu, przez kilka następnych dni pan sprzedawca machał nam z daleka i głośno nas pozdrawiał o każdej porze dnia i nocy.

Książki

Oczywiście anglojęzyczne. W Katmandu jest mnóstwo antykwariatów, w których można kupić stare angielskie książki, ale przyznam się że do żadnego nie weszłam, bo najzwyczajniej nie miałam czasu. Na uwagę zasługują księgarnie w których znajdują się przedruki angielskich książek w bardzo korzystnych cenach. Kupiłam sobie na przykład wyczerpujące kompendium na temat jogi metodą Yengara, autorstwa samego B.K.S Yengara (wydanie czterdzieste pierwsze). Dałam za nią poniżej 10 złotych. To akurat nie był książkowy pirat bo miał osobną niższą cenę obowiązującą na indyjskim subkontynencie, ale przedruki zagranicznych książek czyli książkowe piractwo to w Nepalu zjawisko powszechne. Z drugiej jednak strony jak miałoby ich być stać na kupno anglojęzycznych tytułów za angielskie ceny? Wspaniała księgarnia znajduje się w klasztorze Kopan. Są w niej książki nieprzypadkowe, poświęcone duchowości, religiom świata i filozofii. Ceny są bardzo rozsądne, ma służyć minimalnemu zarobkowi ale głównie rozprzestrzenianiu wiedzy o buddyzmie ale także o innych religiach. Widziałam tam na przykład najwięcej książek o sufizmie niż w jakiejkolwiek innej księgarni w Azji. W turystycznej dzielnicy Katmandu znajduje się wiele drogawych księgarni oferujących szeroki wybór map i himalajskich szlaków oraz zagranicznych albumów poświęconych sztuce i buddyzmowi. W porównaniu z nimi księgarnia w klasztorze Kopan o wiele bardziej się opłaca, przy okazji możemy wesprzeć tą wspaniałą instytucję. W klasztorze są bowiem organizowane ponoć jedne z najlepszych w Nepalu kursy medytacji i wprowadzenia do buddyzmu, oraz kilkudniowe odosobnienia. Nie są one nastawione na działalność zarobkową, tylko na popularyzację nauk buddyjskich w najlepszym wydaniu.

Co ciekawego przywieźć z Serbii

W Serbii dostaniemy większość towarów typowych dla całych Bałkanów. Po pierwsze, na kraju mocne piętno odcisnęło pięćsetletnie tureckie panowanie, po drugie, znajdziemy tu dobra typowe dla tej szerokości geograficznej. Niemniej jednak, jako kraj prawosławny, delikatnie różni się od swoich sąsiadów. Jak dla mnie pod względem dostępności dóbr konsumpcyjnych najbardziej przypomina Bułgarię. Nie ma sensu dublować o każdym kraju podobnych informacji, gdyż przeciętny sklep na Bałkanach wyposażony jest mniej więcej w to samo. Lepiej skupić się na ciekawostkach, których nie dostaniemy w normalnym sklepie.

Wino, winogrona, rakija

Zacznijmy więc tradycyjnie od napojów wyskokowych. Najpopularniejszym trunkiem niezaprzeczalnie jest w Serbii rakija. Występuje tu najczęściej nawet w kilkunastu odmianach – w zależności od owocu z jakiego zrobiony był zacier. Nie spotkałam się jeszcze tutaj z mieszaniem z sobą kilku różnych owoców jak ma to miejsce w Rumunii. Najbardziej skomplikowane i najdroższe rakije mogą być robione na przykład z leśnych jagód, albo z owoców suszonych. Tym razem zakupiliśmy rakiję jabłkową, której zdecydowanie warto spróbować ze względu na bardzo ciekawy zapach (to chyba mój ulubiony!), oraz nagradzaną medalami rakiję gruszkową, którą nawet regularnie kupuje Emir Kusturica do swojej „idealnie serbskiej” drewnianej wioski Drvengrad, oraz drogawego hotelu. Najpopularniejszą i najtańszą rakiją jest „rakija od loza” czyli destylat z winogron – który robi się z winogronowych wytłoczyn, pozostałości po produkcji wina. Tej rakii produkuje się najwięcej, jest ona bazą wszelkiego typu nalewek, na przykład miodowej (na zdjęciu poniżej), z dodatkiem liści gojnika jaką można zakupić w monastyrze Sopocani. Nalewki to osobna dziedzina serbskiej produkcji alkoholowej, jednak mam tyle własnych, że na razie nie zbadałam nawet pobieżnie tego zagadnienia. Nigdy nie próbowałam żadnej „sklepowej”, wytwarzanej przemysłowo rakii. Kupuję je wyłącznie w monastyrach albo od ludzi którzy z jej produkcji żyją. Ta w sklepach jest wręcz ekstremalnie tania. Ta z monastyrów najdroższa, a w przypadku rakijowych wytwórców często mamy dwie opcje: kupienia rakii tańszej w plastikowej butelce, albo w zakorkowanej butelce firmowej z etykietką i podatkami. Zazwyczaj pytają wprost: czy chcemy butelkę ładną i droższą, czy brzydszą i tańszą.

srb_sopocani_rakija-z-miodem_001.jpg

Nalewka na miodzie z zielem gojnika (szałwii libańskiej). Jej bazą jest rakija z winogron.

Wino w Serbii znane jest od czasów prehistorycznych. Osobą która zaszczepiła w narodzie ideę jego uprawy był święty Sawa najważniejsza postać serbskiego prawosławia. Jeśli chodzi o wino, lepiej unikać win dużych wytwórców, takich jak na przykład Vino Župa, które dominuje na półkach w sklepach. Tego typu zakłady święciły triumfy w latach jugosłowiańskiego komunizmu i produkują gigantyczne ilości wina, które jak każda masowa produkcja niestety zbyt pijalne nie jest. Jedno z nich otworzyłam w Serbii z zamiarem wypicia, nie udało się. Przelałam do innej butelki i w końcu przywiozłam do kraju. Nawet teraz nie wiem co z nim zrobić, chyba dodam go do jakiegoś mięsa podczas pieczenia albo duszenia. Kupowanie w sklepach wina rodzimej produkcji nie z najwyższej półki  to jak widać dość kiepski pomysł, ale na szczęście da się w nich kupić także produkty ościennych republik na przykład słynnego macedońskiego Tikveša.

Dużych regionów winiarskich jest w kraju osiem, plus do tego niezliczona ilość szlaków winiarskich w obrębie tych regionów. Ja w bardzo niewielkim stopniu odwiedziłam dwa regiony: Subotica – Horgoš i  Šumadija – Velika Morava. Wino w Serbii jest przede wszystkim wiele tańsze w stosunku do sąsiednich Węgier. U lokalnych wytwórców przeważnie będzie to wino bardzo przyjemnej jakości. Większość małych winiarni produkuje dużo różnych win, nieraz nawet po kilkanaście. Nawet jeśli nie wszystko smakuje idealnie, zawsze znajdzie się jakiś ciekawy dopracowany produkt, ze względu na dużą różnorodność.  Szczepów winogron spotkamy tu bardzo wiele, bo klimat jest dla wina sprzyjający. W muzeum winiarstwa w Aleksandrovacu naliczyłam uprawę dwudziestu kilku, zarówno typowych dla Europy Wschodniej, jak i takich popularnych wszędzie jak Merlot, czy Cabernet Sauvignon. Odmiany całkowicie lokalne to: Prokupac, Vranac, Tamjanika i Smerdevka. Tutaj można zapoznać się z regionami winiarskimi Serbii. A inne materiały o kraju można pobrać stąd.

Jeśli już jesteśmy przy winogronach, absolutnie koniecznie (!) trzeba w lipcu, sierpniu (a może także wrześniu – tego nie wiem) zakupić na targu lokalne winogrona – zwłaszcza te ciemne, prawie czarne i je zjeść. Zazwyczaj już z daleka zobaczymy gdzie leżą, bo krążą nad nimi stada os. Są ekstremalnie słodkie i smaczne, w porównaniu do naszych rodzimych (działkowych) prawie zawsze cierpkich winogron. Bardzo blado wypadają na ich tle importowane, smętne i pozbawione smaku produkty z naszych marketów. Objawia nam się wtedy w pełnej krasie, że żyjąc w chłodnym polskim klimacie jesteśmy trochę poszkodowani.

srb_aleksandrovac_winorosl_002.jpg

Uprawa winogron w Aleksandrovacu. Tutejsze muzeum winiarstwa prezentuje uprawiane w Serbii odmiany.

srb_vrnjacka-banja_rakija_001.jpg

Rakija jabłkowa z monastyru Manasija. Sprzedaje się ją w butelkach bez etykiety z ręcznie robioną „metką”.

srb_kremna_gruszka-wiliamowka_001.jpg

Gruszki odmiany Viljamovka rosną na kempingu o tej samej nazwie, który znajduje się w miejscowości Kremna.

srb_kremna_rakija-gruszkowa_001.jpg

Rakija z vijlamovek. Z takich buteleczek pije się ją także w restauracjach.

srb_kremna_rakija-z-wiliamowek_001.jpg

Nazywa się carska od nazwiska jej wytwórcy (Carevic).

srb_kremna_tworca-rakiji_001.jpg

Oto i on na tle swojej aparatury.

Kawa

Jeśli jesteśmy przy rakiji, nie sposób pominąć innego niemal równie ważnego napoju – kawy parzonej po turecku (ale tego w Serbii nikt nigdy nie przyzna, bo tureckie panowanie to dla nich ogromna trauma). W wielu barach  restauracjach nazywana jest kawą serbską lub domową (srpska kafa, domaća kafa). Jedynie w mocno sympatyzującym z Turcją regionem Sandżak nazywana jest kawą turecką czyli turską kafą. W Nowym Pazarze istnieją liczne niewielkie palarnie kawy. Co ważne, kupowana w nich świeżo palona i mielona kawa ma idealnie tygielkową, mączną konsystencję i kosztuje tyle samo co normalny produkt w sklepie. Jakości jest zdecydowanie lepszej. Cała technologia oparta jest tureckich starych i solidnych maszynach z lat pięćdziesiątych. Wiem to, bo panowie prowadzący palarnie pozwolili poszwędać się po zapleczu, a także porobić sobie zdjęcia. Używana przez nich kawa to Arabica sprowadzana z Brazylii,  nazywa się Minas. Można kupić kawę o trzech stopniach jej wyprażenia. Do każdej jest osobny niemal zabytkowy młynek. Kawa którą kupujemy mielona jest na naszych oczach. W porównaniu z nią zwykła lokalna kawa ze sklepu smakuje gorzej. Nigdy przenigdy przeciętna kawa z wielkich przemysłowych zakładów nie będzie tak dobra jak ta z małej palarni. Oczywiście w Serbii w każdym wiejskim nawet sklepie bez trudu zaopatrzymy się w drobno mieloną kawę znakomicie nadającą się do parzenia w tygielku. Natomiast najlepsza chyba opcja to zakupienie jej w takiej właśnie małej palarni jak te w Nowym Pazarze.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_003.jpg

Novi Pazar. Tyle kosztuje kilogram świeżo palonej i mielonej kawy (700 dinarów to jakieś 25 złotych).

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_006.jpg

Palarni jest w mieście kilka. Kawę w nich wytwarzaną można kupić w sklepach ze zdrową żywnością w całym kraju, bo widziałam ją kilkakrotnie, trzeba pytać o kawę minas (pytanie tylko czy jest świeża).

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_005.jpg

Ale to nie to samo co na miejscu.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_002.jpg

Kawa występuje w trzech rodzajach słabo średnio i mocno prażona.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_001.jpg

A po zmieleniu pakowana jest do takich pięknych opakowań.

Zioła i przyprawy

W Serbii jak grzyby po deszczu powstają dwa typy sklepów. Pierwszy to niezliczone Kinajskie Markety, czyli sklepy prowadzone przez dzielnych chińskich kupców z niezliczonymi plastikowymi dobrami. Drugi to sklepy Zdrava Hrana czyli sklepy ziołowe i ze zdrową żywnością. W każdym nawet najmniejszym miasteczku istnieje co najmniej jeden. Można w nim kupić przyprawy na wagę i na przykład zaopatrzyć się w prawdziwe oregano, lawendę, lokalne bałkańskie chili w korzystnej cenie, czy inne rosnące tutaj zioła i przyprawy. W Serbii czarnej herbaty pije się niewiele a alternatywą dla nich są herbaty owocowe a zwłaszcza ziołowe. Bardzo charakterystycznym produktem, którego chciałam spróbować w Serbii i który od razu przypadł mi do gustu jest rtanjski čaj (nie potrafię tego dobrze wymówić, język mi się łamie). To ziele górskiego cząbru zwanego planinski čubar. Pomaga na problemy z trawieniem (cevapi, pljeskavicy i innych upiornie ciężkich potraw z grilla) oraz przeziębienia, przyśpiesza przemianę materii i ogranicza nadmierną fermentację jelitową. Poza tym można nim przyprawiać jedzenie.

Nabiał

Serbia to kraj w którym duże koncerny jeszcze nie przejęły małych lokalnych mleczarni. Istnieje bardzo dużo niewielkich sklepików sprzedających absolutnie genialnej jakości prawdziwy nabiał krowi, owczy i kozi. Są to produkty pierwszej potrzeby w absolutnie normalnych i rozsądnych cenach i nie trzeba szukać ich na półkach z drogą żywnością ekologiczną. Sklepy tego typu znajdują się również na targach i bazarach. Tutaj akurat widać plusy niebycia tego kraju w Unii Europejskiej.  Nie ma obowiązku robienia wszystkiego z pasteryzowanego mleka w sterylnych warunkach, w dużych zakładach. Kilka dni jedzenia prawdziwego, domowego owczego lub koziego sera, który nie widział fabryki, może spowodować drobne problemy żołądkowe u ludzi przywykłych do nabiału mocno przetworzonego. Na uwagę zasługuje też kajmak –  bardzo tłusty, kremowy, smarowny biały ser odrobinę przypominający mascarpone. Na Bałkanach je się go na śniadanie, oraz podaje z mięsnymi daniami takimi jak cevapi i pljeskavica.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_001.jpg

Sklep z nabiałem halal w Nowym Pazarze.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_003.jpg

Ser dojrzewa w pięknych drewnianych skopkach.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_002.jpg

Z dala od Unii Europejskiej i jej zakazów żywieniowych.

Słodycze

Pod względem słodyczy jest typowo dla Bałkanów, mianowicie królują tutaj smaki tureckie. Możemy bez trudu spróbować wszystkich najpopularniejszych słodyczy tureckich i arabskich. Najbardziej dostępny jest rahat, rahatlokum czy po prostu lokum, czyli rodzaj słodkiej galaretki w kostkach. Te najtańsze i najmniej dobre składają się głównie z cukru i/lub syropu glukozowo-fruktozowego. Niestety w porównaniu do tureckich oryginałów smakują bardzo kiepsko. Można jednak spotkać takie piękne stragany jak ten we Vrnjackiej Banji, w których można kupić lokum tureckie i macedońskie w przeróżnych także lokalnych smakach takich jak na przykład śliwkowy, z którym w Turcji chyba się nie spotkałam.

W cukierniach zjemy rozmaite typy baklavy, kunafy i innych ciast i ciastek, których bazą jest ciasto filo w gęstym syropie. Oczywiście desery są tańsze niż w Turcji i raczej w niczym tureckim pierwowzorom nie ustępują. O tureckich słodyczach więcej piszę tu.

srb_vrnjacka-banja_lokum_002.jpg

Stragan z lokum (tudzież rahatem albo rahatlokum) we Vrnjackiej Banji.

srb_vrnjacka-banja_lokum_001.jpg

Można na nim kupić 18 rodzajów lokum. W sklepie znajdziemy tylko trzy: waniliowe, różane i orzechowe.

srb_vrnjacka-banja_slodycze_001.jpg

To jabłka pokryte kolorowym lukrem na innym straganie we Vrnjackiej Banji.

srb_vrnjacka-banja_serbska-viagra_001

A to słynne na całych Bałkanach orzechy i bakalie w miodzie zwane tutaj „serbską viagrą” jest też viagra bułgarska, grecka i inne lokalne wariacje, każdy kraj uzurpuje sobie tą nazwę i twierdzi że był prekursorem tego deseru.

Coś na szczęście

Bałkany to region mocno przesądnych ludzi. Oficjalne religie to jedno, ale ludzie i tak wiedzą swoje. Wystarczy zobaczyć że prawie każde dziecko nosi na rączce czerwoną wstążkę. Szczęście można także  kupić sobie na targu. Na przykład korzeń mandragory lekarskiej, zwany tutaj raskownikiem. Ta bardzo trująca roślina od zawsze fascynowała ludzi, tym bardziej że jej korzeń swoim kształtem bardzo często przypomina człowieka. Ilość legend w średniowiecznej Europie  związanych z tą rośliną przechodzi wszelkie wyobrażenia. Wykopywano ją w środku nocy najczęściej przy pomocy zwierząt na przykład psa, gdyż wierzono że człowieka który to zrobi spotka szybka śmierć. Roślina miała wydawać z siebie krzyk, po którego usłyszeniu nie było dla człowieka ratunku. Był to też składnik słynnej maści czarownic. Jeżeli korzeń „zobaczył” światło słoneczne tracił swoją moc. Dowiedziałam się że w Serbii umieszcza się go w najciemniejszym miejscu domu w celu jego ochrony przed złymi mocami i zapewnieniu sobie szczęścia i bogactwa, podobno wielu ludzi nosi skrawki korzenia w portfelu. Kulminacją szczęścia jest zawiązanie na nim czerwonej wstążki (co gwarantuje jeszcze lepszą ochronę przed urokami).

srb_vrnjacka-banja_korzen-mandragory_001.jpg

Korzeń z metką jednak mniej mi się podobał.

srb_vrnjacka-banja_korzen-mandragory_002.jpg

Dlatego wybrałam ten bez, w dodatku był tańszy.

srb_vrnjacka-banja_rosliny-na-szczescie_001.jpg

Dziewięćsił jako symbol mocy również do kupienia na targu.

Prawosławne gadżety

Jeżeli już jesteśmy przy szczęściu to absolutnie zdumiewa wszędobylstwo prawosławnych świętych – są oni dosłownie wszędzie. Towarzyszą w życiu każdemu prawdziwemu Serbowi w nieskończonej liczbie wizerunków niczym hinduscy bogowie w Indiach. Na bazarze sacrum zupełnie szaleńczo miesza się z profanum. Magnesy na lodówkę  z prawosławnymi ikonami i otwieracze do butelek a nawet korkociągi wizerunkiem jakiegoś świętego to chyba najlżejszy tego przypadek. Na targu spotkać można bowiem na przykład zegar ścienny ze świętym Mikołajem albo Paraskewą a także liczne butelki na rakiję. Najpopularniejsze są te ze świętym Jerzym. Widziałam z jego podobizną także zapalniczki. Wygląda to niemal jak wrogie przejęcie przez religię wszystkich zakazanych aspektów życia. Z drugiej strony podczas naszych noclegów w prawosławnych monastyrach po liturgii na którą zostaliśmy zaproszeni, (więc trzeba było przyjść nawet jeśli zaczynała się o szóstej rano), zaproszono nas także na poranną kawę. Okazało się że do kawy wszyscy – również liczne osoby duchowne – zamieszkujący monastyr zakonnicy i ich goście, piją rakiję. Robią tak codziennie na dobry początek dnia. Może więc butelka na wódkę ze świętym Jerzym nie jest wcale takim profanum jak nam może się wydawać.

srb_vrnjacka-banja_zegar-ze-swietym_001.jpg

Czy zegar kuchenny ze świętym Mikołajem to obok drewnianych łyżek standardowe wyposażenie kuchni na Bałkanach?

srb_vrnjacka-banja_butelka-na-rakije_001.jpg

A to już absolutny hit. Butelka na rakiję (powierdzone, pytałam na straganie) z charakterystycznymi buteleczkami/kieliszkami do jej konsumpcji.

srb_vrnjacka-banja_butelka-na-rakije_002.jpg

Tu butelki drewniane wiadomego przeznaczenia.

Koszulka z Putinem

Rosja jest w Serbii bardzo poważana, jednak nikt nigdy nie powiedział nam złego słowa gdy ośmieliliśmy się wyrazić o niej krytycznie. Mam wrażenie, że naszym rozmówcom zdecydowanie bardziej nie spodobałoby się jeśli wypowiedzielibyśmy się pochlebnie o Turcji czy Albanii, niż krytycznie o Rosji. Z drugiej strony, niejednokrotnie korzystaliśmy z miłości Serbów do wszystkiego co rosyjskie – po prostu bezustannie byliśmy brani za Rosjan z racji różnic językowych. Polski i rosyjski brzmią dla nich bardzo podobnie. Miłość do Putina dopada tutaj zarówno młodych nacjonalistów jak i dużo starszych „jugonostalgików”. Marzą o dzielnym władcy, który silną ręką zaprowadzi porządek w zdegradowanym w ich mniemaniu kraju (i przywróci mu dawną świetność). To prawda, że mnóstwo młodych ludzi jest na emigracji za granicą, a drogi nie są najlepsze, najbardziej jednak zdumiewa mnie wszechobecny nie wiem skąd się biorący marazm. Żaden prezydent-superman na to nie pomoże, dopóki nie zmienią się ludzie. Kraj turystycznie nie istnieje. Ja tam bynajmniej na to nie narzekam, bo nie lubię hord ludzi, a atrakcje mam niemal na wyłączność. Większość potrzebnych informacji dam radę znaleźć sobie sama, zwłaszcza że język jest mocno podobny do naszego. Ościenne kraje zrobiły jednak w tym czasie dużo więcej. Nie chciałabym by Serbia stała się pod względem turystyki drugą Chorwacją, jednak niektóre rozwiązania sporo mogłyby ułatwić życie przybyszom z zewnątrz.

srb_vrnjacka-banja_koszulka-z-putinem_001.jpg

Koszulki z Putinem do wyboru do koloru na straganie zaopatrującym serbskich „dresiarzy”, kibiców oraz nacjonalistów.

Park Narodowy Tara

Kemping Viljamovka

Park narodowy Tara jest super, niestety pogoda bardzo nam nie dopisała, dlatego mam stamtąd dosyć mało zdjęć, nie widzę bowiem sensu w targaniu aparatu w deszczowy dzień, a deszczowo było prawie codziennie i przy tym okropnie wręcz zimno. Pogoda na namiot „idealna”. Na szczęście zatrzymaliśmy się na bardzo sensownym kempingu Viljamovka w miejscowości Kremna (Кремна). Ulokowanie się na jakiejś totalnej prowincji w zabitej dechami wiosce to jedyna opcja by spędzić tutaj sensownie czas. Lokalny kurort Zlatibor okazał się niemożliwy do zdzierżenia. Przypominał nasze Zakopane, ale nawet bez tej minimalnej osłody w postaci drewnianej architektury stylu zakopiańskiego. To jeden wielki chaotyczny parking i mnóstwo sklepów z upiornymi pamiątkami i sprzętem górskim. Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę by zobaczyć jak wygląda słynny kurort, ale ciężko było nawet znaleźć tam sensowne jedzenie nie będące jakimś turystycznym fast foodem, więc ewakuowaliśmy się niemal natychmiast. Zlatibor okazał się miejscem ekstremalnie zatłoczonym, bardzo brzydkim i chaotycznym. Zrelaksować się można było dopiero na kempingu w Kremnej. Niby jego wyposażenie należało do bardzo podstawowych, gdyż właściciel po prostu udostępnia właścicielom namiotów i kamperów kawałek sadu owocowego, z jednym z najpiękniejszych widoków na okolicę jaki miałam przyjemność oglądać. Każdy gość traktowany jest serdecznie i wyjątkowo. Właściciele dbali by każdy był należycie „zaopiekowany”, więc pomimo braku specjalnych wygód, byli na tyle inteligentni, pomysłowi, obdarzeni wyobraźnią i po prostu gościnni, że bardzo przyjemnie spędzało się tam czas. Na przywitanie każdy dostawał potężną porcję absolutnie genialnej gruszkowej rakii. Wiem co mówię, rakiję o tak wybitnym zapachu trudno spotkać u przeciętnego wiejskiego gospodarza, bo trochę ich zdegustowaliśmy w różnych wschodnioeuropejskich krajach. Więc możliwości są tylko dwie: właściciel kempingu i destylarni albo był geniuszem i perfekcjonistą we wszystkim co robił, albo nie był zwykłym wiejskim gospodarzem. Prawie każdy wyjeżdża stamtąd z butelką gruszkówki, bowiem jej receptura jest opanowana do perfekcji, smak prawdziwie aksamitny, a zapach wręcz genialny. Zaopatruje się u niego (hurtowo) sam Kusturica, który następnie poi nią gości zatrzymujących się w Drvengradzie.

Takie widoki można obserwować rano nawet przed myciem zębów

Sąsiedzkie rozpuszczone barany.

Sad gruszkowo-śliwkowy do biwakowania, to między innymi stąd pochodzą owoce do słynnej rakii.

Dla nieobznajomionych z cyrylicą, tabliczka wskazuje kierunek degustacji.

Tak składniki rakii wyglądają w szczegółach.

I w dodatku można pod nimi biwakować.

Jesienią zostaną przerobione we właściwy sposób.

A to równie piękne i dorodne śliwy.

I gotowe produkty w malutkich porcjach.

I w większych.

A to autor na tle swojej aparatury.

Po degustacji można zregenerować siły w takich warunkach.

Park Narodowy Tara

Jednak wizytę w Drvengradzie jakoś sobie odpuściliśmy, ponieważ wielu Serbów z którymi przez te dwa tygodnie rozmawialiśmy i tak miało dość jak na mój gust egzotyczne podejście do historii własnego narodu i lokalnych sporów. Mentalnie byli w głębokim średniowieczu, w dodatku pełni rozgoryczenia i rozczarowania, że żaden inny naród ich nie rozumie, co z pewnością jest efektem jakiegoś ogólnoświatowego spisku. Wizyta w serbskim lunaparku, który z pewnością celebruje prawdziwą serbskość tak bardzo jak to tylko możliwe, byłaby chyba jeszcze bardziej przygnębiająca. W Sarajewie na przykład,  Bośniacy i Chorwaci naśmiewali się z „zadęcia” jego twórców i mówili o nich wręcz okropne rzeczy.

Natomiast sam park narodowy przedstawia się bardzo pozytywnie. Tutejsze niskie góry porośnięte lasem są bardzo urokliwe, nawet w rzęsistych opadach deszczu.  Niestety dostępność terenu i specyficzna niechęć Serbów do chodzenia na nogach sprawia, że samochody są dosłownie wszędzie. Pomimo zakazów, po szlakach pieszych porusza się chyba więcej samochodów niż piechurów. Pod tym względem jest dość dziko. Chodzenie po nim jest bardzo interesujące, chociażby ze względu na rośliny jakie tutaj rosną. W niektórych miejscach prawie cały niższy obszar lasu, kilometrami jest porośnięty pokrzykiem – to coś niesamowitego. Znajdują się tutaj chyba idealne warunki do rośnięcia tej rośliny, bo jest ona dosłownie wszędzie. Pokrzyk to roślina silnie trująca i posiadająca właściwości halucynogenne, jednak intensywnie wykorzystywana przez ludzi, zarówno we współczesnej medycynie oraz w czasach historycznych, będąc na przykład składnikiem maści czarownic. Niesamowicie to wygląda gdy idzie się ścieżką, wzdłuż której rosną tylko krzaczki z czarnymi jagódkami. Podobnie dużo rośnie tutaj omanu. Ogólnie w lasach Tary można spotkać wszystkie najbardziej znane trujące rośliny Europy.

Wzdłuż dróg rosną „jagódki” pokrzyku, który totalnie zdominował okolicę.

Wilcza jagoda jest silnie trująca, ale pozyskuje się z niej atropinę. Pokrzyk był składnikiem słynnej maści czarownic.

Nawet jej kwiatki wyglądają lekko niepokojąco 🙂

Jeśli zaś wzdłuż drogi nie rośnie wilcza jagoda jej miejsce zajmuje oman. Takiej ilości omanu i tak dużych egzemplarzy również nigdy w życiu nie widziałam. Oman to roślina lecznicza o silnym działaniu, wymagająca dokładnego dawkowania w konkretnych przypadkach.

Tojad także można spotkać dość często. W lasach Tary rośnie niezła mieszanka trujących roślin.

Te góry są więc prawdziwym rajem dla wszelkiej maści trucicieli.

Banjska Stena

Pod względem widokowym najlepiej prezentuje się szlak Banjska Stena, zakończony uskokiem z którego widać sąsiednią Bośnię – zaporę na Drinie i zalew wcinający się w kanion i góry. Przypuszczam, że ta atrakcja jest okupowana przez sporą ilość osób, które w dodatku starają się podjechać samochodem najbliżej jak się da, jednak dzięki rzęsistym opadom po drodze, było ich bardzo niewiele. Rozpogodziło się dosłownie pół godziny przed naszym dotarciem. Widoki są bardzo fajne – poniżej rozpościera się Bośnia, widać nawet minarety, ale jeśli chcielibyśmy tam zjechać musimy najpierw kluczyć górskimi serpentynami, a następnie oczekiwać w kolejce na przejściu granicznym. To trochę dziwne uczucie, gdy jest się na co dzień przyzwyczajonym do mieszkania w strefie Schengen i nad tego typu pojęciami jak granica państwa, dawno przestaliśmy się zastanawiać. Nie da się tak po prostu wpaść za granicę na zakupy lub w celu chwilowej zmiany otoczenia – przekraczanie jej zwłaszcza w sytuacji gdy oba kraje, delikatnie mówiąc się nie lubią, zawsze zajmuje sporo czasu. Po drodze mamy niemal zagwarantowane, że będą stały patrole policyjne i łapały każdego kto właśnie przekroczył granicę za jakieś minimalne wykroczenia i starał się wlepić obcym mandaty. Tak wygląda drogowa rzeczywistość na każdej granicy serbsko-bośniackiej. Oczywiście nie będąc ani Serbami ani Bośniakami niekoniecznie będziemy musieli zostać skontrolowani, bo nie jesteśmy częścią tej skomplikowanej układanki, niemniej jednak wszystko to znacznie wydłuża kilkudziesięciokilometrową  wycieczkę.

Na słynnym punkcie widokwym rozstawione są maciupeńskie krzesełka w sam raz dla krasnali, czasem niemal nad samą przepaścią, które pozwalają rozkoszować się widokami.

A widoki są takie.

I nawet towarzyszyła im przerwa w opadach.

Kolejnym interesującym miejscem jakie można zobaczyć w Parku Narodowym Tara jest  Tepih-livada, czyli dywan z mchu który jest bardzo miękki, gdyż rośnie na lekko podmokłym terenie. Żeby go nie zadeptać chodzi się po drewnianych pomostach. Niestety ścieżka jest bardzo krótka, ale dość malownicza. Niestety nie wszyscy miejscowi stosują się do poleceń na tabliczkach informacyjnych i niszczą delikatny ekosystem. Byliśmy jeszcze w kilku miejscach i na innym punkcie widokowym, ale ze względu na nieustający deszcz nie chciało mi się nosić z sobą aparatu. To chyba ostatnie fajne miejsce jakie jeszcze mam na zdjęciach.

 

Tepih livada czyli dywan z mchu.

Odbyliśmy jeszcze kilka pomniejszych wycieczek leśnymi drogami o niezbyt dużym nachyleniu, wiodących w większości przez las. Gdzieniegdzie można było spotkać nielicznych wyczynowych rowerzystów. Pozostałe szlaki były nieszczególnie widokowe, niezbyt męczące i dość monotonne. Chyba całkiem nieźle muszą nadawać się dla turystów z małymi dziećmi bo nie są specjalnie wymagające.  Pomimo malowniczych widoków nie należy spodziewać się tutaj skalistych i śmiało poprowadzonych ścieżek. trasy sa bardzo łatwe a o tak większość ludzi stara się jako może pokonać je samochodem. Infrastruktura we wsiach jest w dość rozwinięta, nie przypomina jednak w niczym koszmarnie turystycznego Zlatiboru, który nadaje się chyba tylko na szybkie zakupy i uzupełnienie wszelakich zapasów.  To z pewnością najbrzydszy serbski kurort w jakim byłam. Najlepszą opcją jest zaszyć się w jednej z mniejszych miejscowości o podstawowej infrastrukturze i pooddychać czystym powietrzem.

 

Monastyr Mileszewa

Monastyr Mileševa (Милешево) znajduje się trochę nie po drodze i na uboczu, na kompletnej serbskiej prowincji. W sumie to w miarę spontanicznie postanawiamy tutaj przenocować w drodze do parku narodowego Tara i zobaczyć słynny fresk „Biały anioł”, którego obraz był częścią pierwszej satelitarnej video transmisji z Europy do USA, oraz został wysłany w kosmos (z tego faktu Serbowie są bardzo bardzo dumni). Tutaj można o tym poczytać. W Serbii noclegi w hotelach są dość drogie, w porównaniu z cenami jedzenia, paliwa czy ogólnie rzecz biorąc kosztów życia. Zamiast więc spać w przepłaconym i obowiązkowo przesiąkniętym tytoniowym dymem hotelu, wolimy wesprzeć jakiś prawosławny monastyr. Nie dość, że będzie taniej, to jeszcze znacznie lepiej i w pięknym otoczeniu. Do zatrzymywania się w monastyrach na noc, zachęcił nas pobyt w monastyrze Studenica, który mimo tego że jest obecnie najważniejszym miejscem na religijnej mapie Serbii, w niczym nie przypomina mocno skomercjalizowanych monastyrów w Bułgarii z kramami ciągnącymi się na kilkaset metrów. Nikt nie robi nam specjalnych problemów, goście są mile widziani i pomagają zasilić budżet zgromadzenia. Bardzo polecam tę formę noclegów w Serbii. Wieczorem w monastyrze kręci się mało ludzi, miejscowi mają trochę wolnego czasu i można liczyć na interesującą rozmowę z kimś ciekawym.

Mileševa znajduje się w bardzo spokojnej okolicy – górskiej dolinie rzeki o tej samej nazwie i jest położony 6 kilometrów od miasta Prijepolje. Miejsce nie jest więc całkiem pozbawione kontaktu z cywilizacją, ale spokojnie możemy tu od niej odpocząć. Same zabudowania monastyru rewelacyjnie prezentują się wśród okolicznych gór. Okolica także wyglądała bardzo ciekawie i szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, by powłóczyć się po niej na spokojnie. Niedaleko znajdowała się na przykład całkiem niczego sobie wyglądająca twierdza. Pytani o nią miejscowi twierdzili, że nie da się do niej dojść, bo na górę nie ma żadnego szlaku ani nawet ścieżki, nie wiem jednak czy byli dobrze poinformowani. Za monastyrem asfalt się urywa i raczej nie da się dalej jechać samochodem osobowym.

Za monastyrem szybko kończy się asfalt, naszą uwagę przykuwa twierdza.

Dookoła monastyru pasą się owce i rosną chaszcze.

Budowa monastyru została rozpoczęta w latach 1218-19 przez serbskiego króla  Władysława, wnuka Stefana Nemanji. Monastyr Mileševa i było pierwszym miejscem pochówku sprowadzonych z Wielkiego Tyrnowa relikwii św. Sawy – twórcy państwa serbskiego. Wydarzenie to miało miejsce w 1237 roku. O randze tego miejsca świadczą unikatowe freski w cerkwi Wniebowstąpienia Pańskiego, których wiele do naszych czasów się nie zachowało. Freski są autorstwa serbskich twórców. Najsłynniejszy z nich „Biały anioł”, któremu udało się przetrwać wojenne zawieruchy, uważany jest za największe osiągnięcie serbskiej sztuki malarskiej. Biały anioł niesie przesłanie pokoju. Oprócz słynnego anioła w cerkwi znajdowały się także freski takie jak „Narodzenie”, „Zdjęcie z krzyża”, czy „Ostatnia wieczerza”, żaden jednak nie dotrwał do naszych czasów w całości. Wszystkie posiadały ponoć znaczną wartość artystyczną.

Monastyr Mileševa po Studenicy stał się drugim najważniejszych monastyrem w Serbii, od XV wieku siedzibą metropolity oraz miejscem funkcjonowania jednej z pierwszych w kraju drukarni. Monastyr był wielokrotnie niszczony przez Turków. Po raz pierwszy spalono go w 1459 roku, jednak został szybko odbudowany z uwagi na wielkie znaczenie jako ośrodka serbskiej kultury i znanego miejsca kultu. Podczas kolejnego ataku pod koniec XV wieku, Turcy zabrali z Mileševa relikwie św. Sawy i publicznie spalili je w Belgradzie.

Dzisiaj jednak jedyną pozostałością po tej traumatycznej historii są uszkodzone freski. Na ścianach cerkwi, możemy zobaczyć ślady połączeń i zaprawy murarskiej i zdać sobie sprawę jak mocno cała konstrukcja została uszkodzona. W okolicy jest bardzo spokojnie, a miejsce sprawia wrażenie położonego totalnie na uboczu i może nawet nieco zapomnianego. To dziwne, bowiem wizerunek „Białego anioła” to według serbskiego ministerstwa turystyki obraz promujący kraj na świecie, powielany nieskończoną ilość razy i ekstremalnie wręcz znany. Tymczasem w miejscu gdzie się znajduje można liczyć na spokój i odpocząć od cywilizacji.

Samo Prijepolje też przedstawiało się całkiem ciekawie,  kiedy zatrzymaliśmy się w nim na późne śniadanie. Na szczęście nie ma w sobie niczego z kurortu, mimo że jest otoczone górami. Znajdują się w nim ciekawe kamienice i wieża zegarowa. Jedząc na śniadanie burek i siedząc na ławce nad rzeką nieopodal parkingu na którym zostawiliśmy samochód, nagle zauważyliśmy trzech rosłych facetów kręcących się niepokojąco blisko naszego samochodu i robiących dziwne rzeczy. Postanowiliśmy zostać chwilę i przypatrzeć się co robią. Okazało się, że planowali przenieść własnymi rękami stojące nieopodal naszego samochodu yugo, które jakiś gamoń kompletnie zastawił, uniemożliwiając mu wyjazd. Nie muszę chyba dodawać, że im się to świetnie udało.

Novi Pazar i okolice

Novi Pazar to dla mnie przykład miejsca wielce interesującego dzięki swojej różnorodności. Z jednej strony jest tu bardzo turecko i wpływy muzułmańskie są bardzo silne. Z drugiej strony znajdują się tutaj jedne z najstarszych zachowanych do naszych czasów zabytki chrześcijańskie w dodatku o zupełnie niesamowitym klimacie. Koniecznie trzeba to zobaczyć. I chyba lepiej zrobić to szybko. W tej chwili jeszcze panuje tam względna równowaga, z której chyba nikt nie jest w pełni zadowolony. Ciekawe jednak jak potoczą się przyszłe losy tego rejonu Serbii, bardzo luźno związanego ze stolicą w Belgradzie. Podobnie pewnie było w leżącym nieopodal Kosowie i wiemy czym się skończyło. W mieście na prawie każdym wolnym kawałku muru zielonym (sic!) kolorem, ktoś napaćkał napisy domagające się autonomii dla prowincji Sandżak. Nikt specjalnie ich nie usuwa. W zasadzie są na co drugiej kamienicy.

Takich napisów znajdziemy w mieście na pęczki.

Nikt chyba nie zadaje sobie trudu z ich usuwaniem.

Novi Pazar stolica prowincji Sandżak, to miasto założone przez osmańskiego generała Isa-Beg Isakovicia w latach 1459-1461, ponieważ w tym miejscu krzyżowały się ważne szlaki komunikacyjne. Wtedy miasto nazywało się z turecka Yeni Pasar. Generał Isakovic jest także założycielem Sarajewa. Już w 1468 roku było jednym z największych miast na Bałkanach. Obecnie 80% mieszkańców to muzułmanie. Strona lokalnej organizacji turystycznej podaje że w mieście mieszka 22 % Serbów, 75% Bośniaków, poniżej 1% Albańczyków i Czarnogórców. Dlatego Novi Pazar ma zdecydowanie odmienny charakter od pozostałych miast kraju. Silnie widać wpływy tureckie, ale nie tylko. Co ciekawe serbskie ministerstwo turystyki niezbyt chętnie chwali się tym miastem, promując na przykład znacznie mniej ciekawy Nisz, w którym najbardziej chyba fascynująca jest architektura tamtejszych blokowisk – w tym temacie faktycznie jest na co popatrzeć. Takich bloków nigdzie indziej nie znajdziecie. W porównaniu z Niszem, Novi Pazar przedstawia się znacznie ciekawiej  kulturowo, kulinarnie oraz architektonicznie. W mieście jest dużo meczetów i hammamów, kawiarni i herbaciarni w stylu tureckim, oraz sklepów z żywnością halal i osmańskim rękodziełem, muzułmańskimi dewocjonaliami. W całym mieście znajduje się wiele palarni kawy, o których piszę więcej w poście o zakupach w Serbii. Miasto nazywane jest też mini-Stambułem.

Arabska dżamija czyli meczet arabski – nie byliśmy w środku.

Na wzgórzu znajduje się osmańska twierdza.

Ten sam meczet i zabytkowe samochody.

A to lokalny Sebilij bardzo przypominający Sarajewski.

Wnętrze jednej z kawiarni.

W najstarszej części miasta spotkamy tylko sklepy z jedzeniem halal, kawiarnie, biura podróży oferujące wycieczki do Mekki, złotników. wszystkie biznesy mają wyraźnie muzułmański charakter.

Oraz odpowiednie ubrania. Jak widać idealna kobieta nie posiada nawet twarzy.

W całym mieście znajdziemy mnóstwo palarni kawy.

Wszyscy używają arabiki „Minas” sprowadzanej z Brazylii.

Następnie ziarna praży się i mieli do konsystencji mąki w zabytkowych tureckich młynkach.

Przyjeżdżamy do miasta i okazuje się, że nie za bardzo mamy gdzie przenocować. Cena w mocno odjechanym architektonicznie hotelu Vrbak jest dla nas odrobinę nieakceptowalna, więc pytamy o nocleg przechodniów, którzy tłumaczą nam jak mogą gdzie należy szukać tańszych opcji. Udaje się nam jakimś zupełnym przypadkiem znaleźć rewelacyjnie tani smestaj (czyli pokoje do wynajęcia) na ulicy Rifata Burdževića, tylko ze względu na strefę płatnego parkowania trzeba wjechać do bramy szerokiej mniej więcej na wymiar samochodu (i to niekoniecznie z rozłożonymi lusterkami) i jeszcze zostawić miejsce dla wchodzących do domu ludzi, więc przy każdym wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu z niej mam dreszcze, a robimy to często bo jeździmy trochę po okolicy.

A propos hoteli i noclegów – niesamowite wrażenie robi szalona (postmodernistyczna) bryła hotelu Vrbak – pozostałość z epoki komunistycznej i zadziwiająca mieszanina stylów. Wybudowano go w latach siedemdziesiątych XX wieku. Wielka szkoda że budynek jest w stanie dużego rozpadu i rujnacji. Jest to ciekawa próba wpasowania tak odjechanej bryły w otoczenie. Hotel rozpościera się na dwóch brzegach rzeki. To absolutne must-see dla wszystkich fanów wschodnioeuropejskiej komunistycznej architektury, mimo że niektórzy znawcy określają jego wygląd jako depresyjny i tandetny.  Jest on odważną próbą podjęcia współczesnego dialogu z ottomańską architekturą. W sumie to mi się podoba i nie czuję się źle patrząc na niego. Jedyne co mi przeszkadza to jego obecny stan niemal kompletnej ruiny. Tutaj można poczytać o nim więcej.

Dość przerażająco wygląda natomiast w prowincji Sandżak ilość religijnych radykałów – salafitów. Widok lokalnego, nie pochodzącego z Arabii, brodatego mężczyzny w spodniach do pół łydki, z żoną szczelnie okutaną w abaję posiadającą tylko otwór na oczy, w towarzystwie gromady dzieci to widok na Bałkanach bardzo egzotyczny. Oprócz charakterystycznego wyglądu ludzie ci posiadają jeszcze jedną cechę charakterystyczną – zazwyczaj traktują ludzi innego od siebie pokroju jak powietrze, lub pustą przestrzeń przed sobą. Nie nawiązują nawet kontaktu wzrokowego. W Bośni owszem, spotkamy sporo ludzi noszących brody i abaje, ale to Arabowie z półwyspu którzy przyjeżdżają tu na wakacje. Niemal wszyscy Bośniacy z którymi rozmawialiśmy twierdzili, że odrobinę przeraża ich najazd arabskich turystów, chociaż z drugiej strony są to dla nich niebagatelne pieniądze. Wszyscy narzekają na stawiane przez Saudyjczyków szkoły i meczety, które krzewią radykalną wersję islamu. Twierdzą, że Bośniacy zupełnie z tak pojmowanym islamem się nie identyfikują i się go boją. Zwyczaje i model życia przyjezdnych Arabów oceniają negatywnie i podkreślają, że jako Europejczycy mają zupełnie inną wizję swojej religii. W Bośni ciężko spotkać lokalną kobietę noszącą zasłonę na twarzy. Nawet jeśli część z nich nosi hidżab, wyglądają w nim przeważnie bardzo kobieco i szykownie. Kiedy tuż przed Nowym Pazarem zatrzymujemy się w jednej miejscowości bo do jej centrum źle poprowadził nas głupi GPS, w wyniku czego postanawiamy zatrzymać się i zakupić jakieś owoce, na placu zabaw widzę rosłą kobietę, która nie jest arabką, odzianą w abaję i zasłonę, trochę nie wierzę własnym oczom. Kiedy po półgodzinnym spacerze w Nowym Pazarze widzę takich szczelnie zasłoniętych lokalnych kobiet kilkanaście, już zupełnie nie mogę się nadziwić. Widać, że radykalne idee znajdują w mieście sporo zwolenników. Co więc stanie się z Sandżakiem jeśli zdecyduje odłączyć się od Serbii? Czy wpadnie prosto w objęcia religijnych radykałów? Żeby nie być gołosłownym – już w tej chwili z tych właśnie terenów biednego i radykalnego południa Serbii rekrutowani są członkowie islamskich ekstremistycznych organizacji, o czym można poczytać w tym artykule. Najbardziej współczuję mieszkańcom Novego Pazaru wyznającym lokalną, umiarkowaną wersję islamu, bo w tej chwili z pewnością z przerażeniem przyglądają się wzrostowi radykalnych postaw, a rząd w Belgradzie z krótkowzroczną i ambicjonalną polityką niekoniecznie ma ochotę odróżniać jednych od drugich.

Żeby było ciekawiej w tej kolebce serbskiego radykalnego islamu – niedalekich okolicach Novego Pazaru znajduje się też absolutnie genialny i jeden z najstarszych w kraju zabytek chrześcijański. Petrova Crkva czyli z X wieku. Wraz z okalającym świątynię cmentarzem posiadają niesamowity klimat. Może jeszcze lepszy byłby przy pełni księżyca i wichurze, ale nawet w dzień, próżno szukać drugiego tak pięknego miejsca. Nagrobki pochodzą przeważnie z XIX wieku, a kościół ma ponad 1000 lat. Podobne do niego konstrukcje z tego okresu znajdują się w Gruzji, we Włoszech i Armenii. Jego wnętrze jest bardzo ciemne i surowe, pokryte gdzieniegdzie szczątkowymi malowidłami z IX, X, XII i XIII wieku. Kościół wybudowano na miejscu innej konstrukcji pochodzącej z VI wieku. Oczywiście znajduje się on na liście UNESCO. Rozegrały się w nim różne ważne wydarzenia dynastii Nemaniciów. W kościele tym ochrzczono na przykład Rastka czyli późniejszego świętego Sawę, tutaj również pobrali się jego rodzice. Jest to miejsce koniecznie warte odwiedzenia.

Kolejnym bardzo interesującym i bardzo starym miejscem jest monastyr Đurđevi Stupovi. Cerkiew pod wezwaniem świętego Jerzego pochodzi z lat 1170-71 i wybudowana została przez Stefana Nemanję. Monastyr znajduje się 4 kilometry od centrum miasta. Po drodze mijamy bardzo ładne tereny i żałuję, że nie wybraliśmy się tu piechotą. Entuzjazm do pieszych wycieczek za miasto szybko się kończy, gdy mijamy stado kilkunastu psów. Na wizję spotkania z taką sforą w niezbyt zamieszkałej okolicy, zwłaszcza gdy mówimy i gestykulujemy inaczej niż lokalni ludzie, zrobiło mi się lekko słabo. Nie wiem czy warto myśleć o pieszych wycieczkach po przedmieściach Novego Pazaru.

W samej cerkwi zostajemy podjęci tak samo jak każdy gość przychodzący do tej świątyni, wodą, kawą i ciastkami, oraz wypytani o to kto, co, skąd i dlaczego. To zupełnie niewyobrażalne jak na nasze polskie standardy, by w klasztorze lub świątyni zakonnik lub pop cały dzień podejmował gości kawą i słodkościami i o wszystkim z nimi rozmawiał. Nie chodzi tu oczywiście o jakieś nachalne nawracanie, ani zbieranie informacji o ludziach. Chodzi o pokazanie, że są oni dostępni i służą ludziom – radą, wsparciem, rozmową. Nieważne jakiego jesteśmy wyznania i po co przychodzimy. Pod tym względem serbska prawosławna cerkiew zdecydowanie mi imponuje. I nie jest to odosobniony przypadek, tylko zdecydowana większość. Sporo czasu przegadaliśmy w prawosławnych monastyrach. Jak można do tego porównać sytuację w polskim kościele, kiedy rozmowę z osobami duchownymi w najlepszym przypadku odbywamy z pozycji petenta. Jeśli zaś nie jesteśmy związani z ich kościołem, każdym możliwym gestem starają się okazać nam niechęć. Oczywiście są od tego wyjątki, jak wszędzie, możemy spotkać tu jednostki wybitne i kierujące się innymi wartościami, niestety kontakt z przeciętnym kościelnym urzędnikiem wygląda w porównaniu z Serbią straszliwie smutno.

Tak wygląda okolica monastyru Đurđevi Stupovi.

Warto się tam wybrać choć niestety niekoniecznie piechotą.

Obowiązujące stroje niewiele różnią się od tych muzułmańskich.

A to sama cerkiew.

I uszkodzone malowidła.

W końcu idziemy zwiedzać cerkiew i pierwsze co rzuca mi się w oczy to wydrapane twarze świętych postaci. Podobne rzeczy można było zaobserwować w skalnych kościołach w Kapadocji, gdzie w imię krótkowzrocznie pojmowanej religii  w ten sposób niszczy się prawie tysiącletnie malowidła. Islam i prawosławie mają bowiem zupełnie skrajne podejście do przedstawiania wizerunków. Jedna religia zakazuje w ogóle przedstawiania wizerunków zwierząt i ludzi, zaś druga maksymalnie się na wizerunkach skupia, otacza je kultem, w dodatku przypisując niektórym cudowne właściwości. W Novim Pazarze oba wyznania niszczą sobie nawzajem świątynie. Ludzie tak bardzo obawiają się innej religii, że aż niszczą należące do niej budynki. Po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo lokalni prawosławni Serbowie niszczyli i palili meczety, zaś zabytkowe i na prawdę piękne freski w Đurđevi Stupovi w mają wymazane twarze (co z pewnością nie jest efektem ostatnich lat, lecz zostało uczynione za tureckiej okupacji). Przypuszczam że tak wyglądała w Serbii większość świątyń przed renowacją.  Wszystko to wygląda, trzeba przyznać, odrobinę smutno. Minęło tyle lat lokalnych konfliktów religijnych, a ludzie nadal niczego się nie nauczyli, a radykalne organizacje znajdują tu podatny grunt. Dlatego koniecznie trzeba pojechać do Nowego Pazaru przyjrzeć się temu wszystkiemu i wesprzeć mniej radykalnych mieszkańców tego ciekawego regionu. Nawet będąc tutaj kilka dni na wakacjach, czuć miejscami ciężką atmosferę. Życie codzienne w tak skrajnie nastawionym środowisku musi być dla nich prawdziwym wyzwaniem.