Miesięczne archiwum: Marzec 2015

Po co pojechaliśmy do Trang

Miasteczko Trang położone na głębokiej prowincji na południu Tajlandii 150 kilometrów na północ od przygranicznego Hat Yai niczym szczególnym się nie wyróżnia. Właśnie dlatego postanowiliśmy tam pojechać. Zatrzymują się tu niektóre pociągi jadące na południe kraju lub do Malezji, ponieważ Trang jest bazą wypadową na okoliczne wyspy z których jedna – Koh Lipe jest znaną turystyczną destynacją. Zaraz po wyjściu z pociągu kilku naganiaczy usiłuje zabrać nas na którąś z wysp, jest jednak tak gorąco, że nie chce im się długo nas nagabywać i szybko nam odpuszczają. Idziemy w spokoju poszukać noclegu. Niestety nie ma ich tutaj za wiele i są stosunkowo drogie. Nasz hotel (Hotel 23 na ulicy Ramy VI) jest bardzo tani, ale jest pewien poważny problem, z jego użytkowaniem – trzeba do niego wrócić do godziny 22 bo potem podobnie jak ten w Bangkoku, jest zamykany aż do 6 rano. To zupełne nieporozumienie, bowiem w Tajlandii o 22 toczy się jeszcze codzienne życie. Większość handlu odbywa się nocą, bo jest odrobinę chłodniej niż w dzień. Stąd w tej części świata rozmaite night markety, które często o 21 albo 22 dopiero nieśmiało startują.  Wieczorem także rozkładają się najlepsze uliczne garkuchnie, więc życie mieliśmy mocno utrudnione. Dlatego zatrzymując się w tym mieście w jakimś hotelu, warto dopytać się do której trzeba do niego wrócić, bo miejscowe zwyczaje są mocno nietypowe jak na ten kraj i na tą część Azji w ogóle. Gdybyśmy zatrzymywali się tam na dłużej z pewnością zmienilibyśmy go na jakiś inny, ale jako że mieliśmy tam zostać całe dwa dni, odpuściliśmy sobie szukanie. To pierwszy tak szalony pomysł właściciela azjatyckiego hotelu, a spaliśmy już pewnie w kilkudziesięciu, więc zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Nikt nie wspomniał też o takiej sytuacji w internecie. Niemniej jednak lokalizacja okazała się być dosyć szczęśliwa. Pierwszego ranka okazało się, że pod oknami naszego hotelu od mniej więcej 4 albo 5 rano zaczyna się rozkładać poranny bazar owocowo-warzywny, posiadający również znaczną ofertę gotowych dań na śniadanie i przeróżnych dziwnych substancji do jedzenia i picia z którymi w Tajlandii można zacząć dzień. Co prawda wyjść zakupić jakieś dobra udało mi się dopiero o szóstej gdy hotel się otworzył, pewną osłodą była jednak możliwość buszowania po straganach w odległości stu albo dwustu metrów od hotelu i obserwowanie mnichów z okolicznych klasztorów, którzy przyszli z tradycyjną miską żebraczą by zebrać od wiernych produkty spożywcze. Otrzymane dary ładowali na motocyklową przyczepę. Uzbierali w ten sposób kilkadziesiąt kilogramów warzyw. Przed południem po bazarze nie było już ani śladu, wszystko zostało dokładnie wymyte, nie pozostał nawet zapach.

tai_trang_bazar_001.jpg

Pani sprzedawczyni na porannym bazarze.

tai_trang_baklazany_001.jpg

Lokalna odmiana bakłażanów.

tai_trang_ryby_001.jpg

Bliskość morza sprawia że morskich stworzeń w rozmaitych kształtach i rozmiarach jest niesamowite zatrzęsienie.

tai_trang_owoce-morza_001.jpg

Trang słynie z ciekawych nocnych bazarów na które zjeżdża się mnóstwo ludzi z okolicy. Jest tam bardzo tanio, można kupić ciekawe ubrania, szyte w małych lokalnych rodzinnych szwalniach w bardzo niskich cenach. Są to rzeczy produkowane głównie dla Tajów, więc trudno o rozmiary dla przeciętnego Amerykanina. Na szczęście nie mam z rozmiarem lokalnych ubrań żadnego problemu i mogę do woli wybierać i przebierać. Tajowie mają całkiem fajny pomyślunek jeśli chodzi o szycie ubrań, czasem jednak można niemiło zdziwić się ich kiepską jakością, chociaż na pierwszy rzut oka ubranie nie zdradza takich oznak. Cena nie gra roli. Można kupić ubranie w cenie azjatyckiej, które posłuży nam długi czas, jak i ubranie w cenie europejskiej, które zaraz się zniszczy. Trudno się w tym połapać i zakupy zawsze noszą pewne znamiona loterii. I tak wolę kupować ubrania w tej części świata, bo mój rozmiar nie jest tu rozmiarem XS, tylko absolutnie przeciętnym i najpowszechniej występującym. W Trangu jest kilka nocnych bazarów. Mniejszy w nieopodal wieży zegarowej (najbardziej charakterystycznego punktu w miasteczku) odbywa się codziennie, a duży (o wiele większy i lepszy) zajmujący okolice dworca kolejowego tylko w niektóre dni tygodnia. Na obu bazarach oprócz tekstyliów, stragany uginają się od jedzenia. Widać już mocne wpływy kulinarne sąsiedniej Malezji. Wybór dań jest tak ogromny, że szkoda jeść jeden większy posiłek, lepiej zjeść kilkanaście małych żeby poznać jak najwięcej dziwnych potraw. Niektóre stoiska oprócz robienia jedzenia robią także show – kucharze są lokalnymi gwiazdami. Większość ma mundurki z własnym logo i własne gadżety. Miasto słynie z ciekawych potraw i napojów. Można się tu napić znanej i bardzo popularnej w Malezji i Singapurze a także w Indonezji kawy kopi (jest kilku lokalnych wytwórców), zjeść rosół z dodatkiem ważnych ziół i grzybów medycyny chińskiej, dzięki czemu przypomina on bardziej wywar ziołowy z dodatkami niż zupę. Co ważne można do woli włóczyć się po nocnym bazarze bez potrzeby posiadania oczu dookoła głowy. To nie Bangkok, tylko spokojna prowincja. Nie sądzę by łatwo można było tam paść ofiarą kieszonkowców. W większych miastach trzeba nieco bardziej uważać i nie można tak bardzo skupić się na konsumpcji.

tai_trang_ikra-skrzyplocza_002.jpg

Bazar wieczorny stoisko oferujące rzadko spotykane owoce morza, posiadające w ofercie sałatkę z ikrą skrzypłocza.

tai_trang_ikra-skrzyplocza_001.jpg

Ikra skrzypłocza.

tai_trang_streetfood-sprzedawcy_004.jpg

Ten pan sprzedawał tak ostre przyprawy że nie dało się zbyt długo wytrzymać przy jego stanowisku. Południe Tajlandii jest zamieszkane także przez muzułmanów

tai_trang_night-market_001.jpg

Kolejna potrawa z działu muzułmańskiego – samosy.

tai_trang_streetfood-sprzedawcy_005.jpg

A to dział tajski i różne rodzaje curry (jeśli dobrze pamiętam).

tai_trang_ryby_002.jpg

Niespełna 11 km od Trangu znajduje się ogród botaniczny Thung Kai Botanical Garden. Postanowiliśmy wybrać się do niego na cały dzień. Jako że w miasteczku prawie nikt nie mówi po angielsku, musieliśmy jakoś dowiedzieć się jak tam dojechać, bowiem przejście 20 kilometrów  w takim upale nie wchodziło w grę. Zarówno w jedną jak i drugą stronę mieliśmy problem z transportem, bo żaden z ogromnej liczby lokalnych busików nie zatrzymywał się na nasze machanie (mimo że staliśmy na przystanku w dobrą stronę prawie przy wyjeździe z miasta).  W końcu po około godzinie a może półtorej, udało nam się złapać odpowiedniego minivana, który jednak zawiózł nas trochę za daleko i musieliśmy wracać się po rozgrzanym asfalcie. Z powrotem było jeszcze gorzej, gdyż staliśmy wzdłuż ruchliwej ulicy, na której nie było przystanku i po podobnie długim czasie oczekiwania w końcu zmiłował się nad nami kierowca osobówki który nie znał ani słowa po angielsku i się z nami na pamiątkę sfotografował. Zresztą w Trang fotografowani byliśmy dość często, ponieważ różne jadłodajnie nie wiedzieć czemu pragnęły nas uwiecznić podczas spożywania u nich posiłku, pewnie żeby pokazać że u nich także czasem bywają jacyś turyści. Po dwóch dniach sporo osób wymieniało z nami pozdrowienia i uśmiechy, zupełnie jak w Chinach czy Indonezji.

tai_trang_ogrod-botaniczny_008

Dzięki takim kładkom rozmieszczonym na trzech różnych wysokościach można oglądać poszczególne warstwy roślinności.

tai_trang_ogrod-botaniczny_004.jpg

Rozmiar najwyższych drzew w porównaniu do człowieka.

tai_trang_ogrod-botaniczny_009.jpg

Epifit, czyli roślina żyjąca na innej.

tai_trang_ogrod-botaniczny_001.jpg tai_trang_ogrod-botaniczny_007.jpg

Sam ogród wygląda na nieco opuszczony i zapuszczony. Nikt nie mówi w nim po angielsku, nikt nie sprzedaje biletów (wstęp jest darmowy), prawie nie ma w nim pracowników. Jest chyba trochę niedoinwestowany. Prezentuje głównie lokalne gatunki roślin. Posiada jedyne w całej Tajlandii canopy walk, czyli podwieszane chodniki, które pozwalają na obejrzenie poszczególnych pięter roślinności w dżungli. W Malezji takie atrakcje w parku Taman Negara są drogie i tłumnie oblegane, tutaj prawie cały czas byliśmy na nich sami, przez chwilę chodziła z nami po nich także grupa tajskich wyrostków po szkole. Oprócz kładek nad drzewami, znajduje się też tutaj sporych rozmiarów teren podmokły z drewnianymi pomostami pozwalającymi na obejrzenie roślinności bagiennej. Wszędzie na temat tego ogrodu można przeczytać informacje, że to atrakcja stosunkowo nowa. Nie wiem jak to możliwe, bo wszystkie tablice informacyjne, budynki czy chociażby ławki wyglądały na mocno zużyte, chyba że taki jest wpływ ekstremalnie wilgotnego klimatu. Niektóre części parku posiadają informacje w języku angielskim, w innych te informacje są częściowo zrujnowane i niepełne a w jeszcze innych nie ma ich wcale. Miejscami zieleń jest mocno zapuszczona i jest odrobinę dziko, ale nie aż tak żeby się zgubić. Ogród rozciąga się na sporym obszarze i trudno spotkać innych odwiedzających, dopiero po południu ich liczba odrobinę wzrosła. Nie było w nim jednak takich tłumów jak w przeciętnej tego typu azjatyckiej atrakcji, nie dało się w nim także zakupić niczego do jedzenia, ale można było się zrelaksować i popatrzeć na zieleń. Cały ogród jest miło zacieniony i jest w nim mniej gorąco niż w mieście. Jedyną wadą dłuższego przebywania w zarośniętym przez rośliny miejscu są komary. Jeśli przestajemy iść zaraz dopada nas chmara owadów. Więc lepiej nie wybierać się tam bez jakiegoś odstraszacza i dłuższych ubrań pod ręką. Miejsce jest raczej spacerowe i przypomina zapuszczony park, więc nie trzeba mieć solidnych butów.

tai_trang_ogrod-botaniczny_011.jpg

Część poświęcona roślinności bagiennej.

tai_trang_ogrod-botaniczny_010.jpg

Kolejny przykład epifita.

tai_trang_ogrod-botaniczny_003.jpg

Można by było spędzić cały dzień fotografując roślinki, ale komary nie odpuszczają.

tai_trang_ogrod-botaniczny_002.jpg tai_trang_ogrod-botaniczny_005.jpgtai_trang_ogrod-botaniczny_006.jpg

Subiektywny przegląd ciekawych miejsc w Bangkoku

Po poprzednich doświadczeniach w Bangkoku wiedzieliśmy, że tym razem na pewno nie zamieszkamy w części miasta najsilniej opanowanej przez masowy ruch turystyczny czyli w okolicach słynnej ulicy Khaosan Road. Po pierwsze z powodu braku dostępu do  szybkiego publicznego transportu no i z powodu mocno imprezowego podejścia większości ludzi którzy się tam zatrzymują. Planowaliśmy się tam wybrać, żeby zobaczyć czy przez się przez ostatnie lata coś się zmieniło, ale tym razem do mieszkania wybraliśmy peryferie dzielnicy chińskiej łączące się z obrzeżami dzielnicy pakistańskiej. Dzięki temu w zależności od ochoty mogliśmy albo chodzić na pakistańskie curry, albo uczestniczyć w jedzeniowym szaleństwie na Yaowaratt, a czasem także (z różnym skutkiem) zjeść coś tajskiego. Mieliśmy też w miarę niedaleko do dzielnicy hindusko-sikhijskiej. Miejsce naszego noclegu było dobrze skomunikowane z resztą miasta za sprawą stacji metra i promów na rzece Chao Praya. W dodatku na dworzec kolejowy można było bez problemu dojść piechotą, bo odległość wynosiła około połowy dystansu między dwoma przystankami metra.  Budżetowych noclegów w tym miejscu było kilka, prowadzonych zarówno przez Pakistańczyków (albo Bengalczyków) w których zatrzymywali się głównie muzułmanie jak i przez Chińczyków. Ostatecznie wybraliśmy hotel prowadzony przez Chińczyków mający tę ogromną zaletę, że o północy rodzina prowadząca hotel szła spać i zamykała bramę wejściową. Ogólnie nie lubię gdy ogranicza się moją wolność, a dotarcie na północ do hotelu w warunkach takich jak w Bangkoku gdzie życie toczy się prawie przez całą dobę może być czasami dość trudne. Jednak dzięki temu w hotelu nie zatrzymują się ludzie, który przez większą część doby pozostają pod wpływem rozmaitego rodzaju środków odurzających. Sporo turystów odwiedza miasto właśnie w takim celu. Dzięki podejściu właścicieli ten rodzaj turystyki nie rozprzestrzenia się na kolejną dzielnicę. W naszym hotelu nikt nie nagabuje gości i nie wciska im wycieczki na Water Market czy innych punktów turystycznego programu do odhaczenia, bowiem żaden lokalny tour operator nie jeździ z tak niepopularnego miejsca. Czujemy się tam jakbyśmy mieszkali w każdym innym dużym azjatyckim mieście, w dodatku mieści się on w spokojnej bocznej uliczce gdzie nie jeżdżą żadne pojazdy i jest jak na Bangkok względnie cicho. Dzięki temu jeśli tylko nasze drogi nie krzyżują się z trasami do najpopularniejszych zabytków możemy poczuć się jak wszędzie indziej w Azji. Taki Bangkok jest jeszcze całkiem znośny. Oczywiście nadal uważam że pod względem chaotyczności i bezładu daleko mu do innych azjatyckich metropolii i nie zmieni tego nawet kilka nowoczesnych dzielnic. Mało przyjemne wrażenie robi również niedostatek zieleni miejskiej. Tym razem podczas kilkudniowego pobytu zwiedziliśmy jak prawdziwi turyści tylko dwa miejsca. Całą resztę czasu spędziliśmy na włóczeniu się głównie po bardzo ciekawych bazarach. Byliśmy wiele razy na bazarze w chińskiej dzielnicy Yaowaratt a także na słynnym sobotnio-niedzielnym Chatuchak Market.

Khaosan Road

Jeśli ktoś zdecydowanie nie przepada za backpackersko-turystyczną magmą, wybierając miejsce do mieszkania w Bangkoku w żadnym wypadku nie powinien słuchać tego co radzą mu najpopularniejsze anglojęzyczne przewodniki. Koncentracja ruchu turystycznego w okolicach Khaosanu jest tak absurdalnie duża, że dla własnego bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia lepiej za długo w takim miejscu nie przybywać. Ta dzielnica Bangkoku to prawdziwe turystyczne getto (w sumie chyba pierwsze i ostatnie w jakim byłam), nie ostało się tam chyba absolutnie nic, żadne miejsce ani usługa, która byłaby skierowana do lokalnych ludzi a nie do turystów. Nie ma tam oprócz turystyki żadnego lokalnego życia. Tyle ludzi imprezujących w jednym miejscu musi generować problemy. Statystycznie rzecz ujmując podczas kilku dni pobytu z pewnością wiele razy będziemy mieć możliwość padnięcia ofiarą kradzieży, oszustwa, lub innego typowego dla miejsc turystycznych przekrętu. Niemniej jednak ta dzielnica to absolutne „must see” jeśli jeszcze w podobnym miejscu nie byliśmy, żeby zobaczyć wpływ masowej turystyki na miasto i uświadomić sobie że do tego co tam zobaczymy również się przyczyniamy, (nawet jeśli pośrednio).

Wat Ratchanatdaram

Świątynia znajduje się blisko turystycznej dzielnicy nieopodal Democracy Monument. Uwielbiam znajdujący się obok niej targ buddyjskich dewocjonaliów, na którym figury świętych dekoruje się przy użyciu pistoletów klejowych i obkleja plastikowymi diamentami. Wracałam tam kilka razy podczas pobytu w Bangkoku w 2011 roku, żeby popatrzeć na te cuda, ale nie robiłam zdjęć. Tym razem wyciągnęłam aparat. Nikt nie miał nic przeciwko. Można tam kupić głównie współczesne masowo wytwarzane elementy wyposażenia przydomowych kapliczek i domków duchów. Rozmiarowo przekrój jest pełen: od figur kilkumetrowych do wyposażania świątyń, po rozmaite amulety, buddyjskie medaliki, czy metalowe figurki rozmiarów iście mikroskopijnych stawiane masowo przy starych banyanowcach, które mają status drzew świętych. Nikt nie mówi po angielsku, co oczywiście zupełnie nam nie przeszkadza, bo znaczy jedynie że zagraniczni turyści nie przychodzą tutaj bardzo często.

tai_bangkok_loha-prasat-stragany-z-dewocjonaliami_002.jpg tai_bangkok_loha-prasat-stragany-z-dewocjonaliami_001.jpg tai_bangkok_loha-prasat-stragany-z-dewocjonaliami_004.jpg tai_bangkok_loha-prasat-stragany-z-dewocjonaliami_003.jpg tai_bangkok_loha-prasat-stragany-z-dewocjonaliami_005.jpg tai_bangkok_loha-prasat-stragany-z-dewocjonaliami_006.jpg tai_bangkok_loha-prasat-stragany-z-dewocjonaliami_007

Yaowaratt

Mieszkanie w pobliżu chińskiej dzielnicy to wybór na prawdę świetny, zwłaszcza jeśli planuje się kupowanie licznych chińskich dóbr. Można się tam zaopatrzyć w dobre herbaty, większość ziół wykorzystywanych w chińskiej medycynie, przyprawy, artykuły papiernicze, rękodzieło, ubrania, zabawki, złoto – jednym słowem wszystko. Są to dobra zarówno nowe jak i używane, oryginalne jak i będące bardzo kiepskimi podróbami. W dzielnicy oprócz nie kończących się sklepów i bazarów, można także zjeść najdziwniejsze rzeczy w Tajlandii, a także jak na turystę przystało odwiedzić kilka świątyń i innych zabytków. Znajduje się tutaj na przykład największy złoty budda na świecie. Figura jest ponoć w całości wykonana ze złota i waży 5 ton.  Pochodzi prawdopodobnie z wieku XIII i została wykonana w stylu Sukhotai. Miejsce niestety nie posiada żadnej atmosfery, czego można się spodziewać jeszcze przed wejściem do niej, widząc wielką ilość zaparkowanych autokarów. Przez świątynię cały czas przetacza się tłum ludzi. Bilety wstępu kosztują absurdalne pieniądze i wszyscy starają się jak najwięcej na nas zarobić. Przez chwilę czujemy się jakby żywcem przeniesieni do roku 2011, kiedy to byliśmy w Tajlandii po raz pierwszy i odwiedzaliśmy w większości „znane miejsca”, co okazało się dość kiepskim rozwiązaniem. W okolicach świątyni czeka kilkunastu Tajów bez zajęcia usiłujących rozpocząć jakąś niewinną gadkę z turystami, która skończyć się może w sklepie z mocno nieprawdziwymi zegarkami albo biżuterią, lub innymi przygodami w którymi z pewnością nie chcemy brać udziału.

tai_bangkok_wat-traimit_001.jpg

Złoty budda w Wat Traimit. Jedyny odwiedzony tym razem zabytek w Bangkoku.

Po drodze trafiamy do kolejnej buddyjskiej świątyni Wat Chakrawat zamieszkałej przez święte krokodyle. Kto by przypuszczał, że w samym środku ruchliwego miasta w jednej ze świątyń można spotkać żywe krokodyle. Jednak sposób ich przetrzymywania jak zwykle w Azji pozostawiał wiele do życzenia. Nie wiem czy mikroskopijnych rozmiarów betonowa sadzawka umożliwia normalną egzystencję tak dużemu zwierzęciu, w dodatku Tajowie wrzucają do sadzawki plastikowe opakowania, które zwierzę je.

tai_bangkok_wat-chakrawat_002.jpg

Wat Chakrawat ze świętymi krokodylami. Nie spotkaliśmy żadnego zagranicznego turysty, jedynie kilku Tajów.

tai_bangkok_wat-chakrawat_004.jpg

Sadzawki nikt nie pilnuje i byliśmy świadkami karmienia krokodyla plastikową nakrętką (przez pana na zdjęciu).

tai_bangkok_wat-chakrawat_001.jpg

W świątyni można sobie profesjonalnie powróżyć patyczkami jeśli znamy języki obce.

tai_bangkok_wat-chakrawat_005.jpg

W świątyni rosną przepiękne bugenwille.

tai_bangkok_wat-chakrawat_003.jpg

Panuje w niej zupełny spokój i lenistwo.

Świątynie w chińskiej dzielnicy przeważnie nie są jednak wielkimi kompleksami opanowanymi przez autokary z turystami, tylko małymi prowincjonalnymi miejscami dla okolicznych mieszkańców. Chodząc na wieczorne jedzenie mijaliśmy na przykład raz po raz przepiękną chińską świątynię poświęconą buddyjskiej bogini miłosierdzia Guanyin będącej jedną z inkarnacji Awalokiteśwary. Wieczorem starsze kobiety gromadziły się w świątyni żeby śpiewać mantry dla bogini.  Przypominało to do złudzenia swoją atmosferą śpiewanie przez starsze kobiety koronek na wsiach w Polsce, co jeszcze przejeżdżając przez niektóre miejscowości można czasem zobaczyć.

tai_bangkok_yaowaratt_swiatynia-chinska_001.jpg

Mała świątynia poświęcona Guanyin w chińskiej dzielnicy. Starsze kobiety co wieczór przychodzą śpiewać mantry.

Silom

Często bywaliśmy też w okolicach Silom road gdzie można popatrzeć na wielopoziomowe betonowe miasto niemal całkowicie pozbawione zieleni i nie kończącą się rzekę ludzi na zakupach. Zakupy zrobimy tu zarówno w wielopiętrowych klimatyzowanych centrach handlowych z największymi światowymi markami w cenach mocno zawyżonych, jak i zaopatrzymy się w najtańsze podróbki tychże marek na najniższym poziomie ulicy obok przejeżdżających samochodów, gdzie całą dobę rozstawiają się sprzedawcy najtańszych ubrań. Panuje demokracja i w zależności od zasobności portfela każdy znajdzie coś dla siebie i może czuć się częścią tego skomplikowanego organizmu. Na uwagę zasługują egzystujące między galeriami handlowymi małe buddyjskie świątynie i kapliczki. Znaczna ich ilość znajduje się w pobliżu słynnego hotelu Erawan, którego budowę w latach pięćdziesiątych XX wieku co chwilę przerywały różne wypadki w których ginęli ludzie. W końcu w roku 1956, religijne autorytety zdecydowały by w tym miejscu wybudować świątynię, ponieważ wypadki spowodowane są błędnym wyborem daty rozpoczęcia budowy która jest szczególnie niefortunna. Po wybudowaniu świątyni tragiczna seria wypadków skończyła się. Opisuje to Tiziano Terzani  w książce „Powiedział mi wróżbita”.

tai_bangkok_skytrain_001.jpg

Poziom najwyższy, skytrain.

tai_bangkok_ruch-uliczny_003.jpg

Poziom średni – chodniki pomiędzy centrami handlowymi.

tai_bangkok_ruch-uliczny_001.jpg tai_bangkok_ruch-uliczny_002.jpg
tai_bangkok_ruch-uliczny_004.jpg

Poziom najniższy – zakupy bezpośrednio na rozgrzanym chodniku.

tai_bangkok_kapliczka-przy-centrum-handlowym_001.jpg

Buddyjska świątynia (albo kapliczka duchów) przy centrum handlowym nikogo nie dziwi. W przerwie między zakupami można spełnić powinności religijne.

tai_bangkok_budda_001.jpg

Można także odwiedzić różne niepopularne wśród turystów świątynie odwiedzane codziennie przez mieszkańców.

tai_bangkok_swiatynia-sufit_001.jpg

Gdzie nikt nawet nie zwróci na nas uwagi i  można zwrócić uwagę na detale.

Tym razem prawie zupełnie odpuściliśmy sobie rolę turystów w Bangkoku i włóczyliśmy się po mieście zdając się głównie na przypadek. Dzięki temu odwiedziliśmy kilka bardzo ciekawych nocnych bazarów dla azjatyckich wielbicieli i znawców vintage, centra handlowe dla wielbicieli azjatyckiej elektroniki (głównie tej mocno nieoryginalnej), gdzie przy wejściu dostaje się do ręki mapę by móc jakoś wyjść z plątaniny stoisk. Zjedliśmy kilka bardzo dziwnych posiłków, poznaliśmy zupełnie nowe dzielnice i zaułki miasta. Traktowaliśmy Bangkok głównie tranzytowo i zakupowo. Jeśli chce się kupić kilka kilogramów chińskich ziół, trudno skupić się na czymkolwiek innym. Być może następnym razem uda nam się znaleźć w nim jakieś ciekawe bardziej historyczne a jednocześnie mało komercyjne miejsca. Tym razem zupełnie się nie wysilaliśmy, jednak w porównaniu do poprzedniej „masowo turystycznej traumy” spędziliśmy czas nieporównywalnie lepiej.

Co warto kupić na Węgrzech

Papryka pod wszelką postacią

Węgry standardowo kojarzą się nam z papryką, bo są jednym ze światowych potentatów jej produkcji. Najbardziej znanymi miejscami wytwarzania tej przyprawy są dwie miejscowości – Szeged i Kalocsa.  Papryka dotarła na Węgry z Turcji w XVI-XVII wieku i początkowo używana była jako roślina ozdobna. Od XIX wieku stała się dominującą przyprawą tej kuchni. Na uwagę zasługują zarówno odmiany kupowane na surowo, jak i suszone w całości, mielone i w formie rozmaitych past. Zacznijmy od surowej papryki  której wybór jest tutaj znaczny, nie tak jak w Polsce, gdzie przez większą część roku z wyjątkiem kilku miesięcy latem i jesienią, kupić możemy jedynie wodnistą i zawsze smakującą jednakowo paprykę z Holandii w trzech kolorach zielonym, żółtym  czerwonym, których smak praktycznie się od siebie nie różni. Żeby dostać inne odmiany trzeba pofatygować się do hipermarketu, ale nawet wtedy kupujemy jakiś zmęczony produkt przechowywany w chłodni nie wiadomo ile, w dodatku w mocno niekorzystnej cenie. Na Węgrzech w pierwszym lepszym sklepie mamy do wyboru co najmniej 5 różnych odmian. Moją najbardziej ukochaną jest banana chili, znana też pod nazwą hegyes erős paprika – średnio ostra, podłużna, koloru zielonego, czasem przechodzącego w żółty świetnie nadająca się do robienia przetworów. Kupuję ją na kilogramy i po powrocie z części robię przetwory, a część zamrażam w całości. Dodanie jednej albo dwóch surowych papryk do jakiegokolwiek curry znakomicie podnosi smak potrawy. Ta papryka jest magiczna, po podgrzaniu robi się bardziej ostra niż jak jest zimna. Mimo że często na surowo jest dość łagodna, po obróbce cieplnej kapsaicyna daje czasem mocno popalić, dlatego nie można dawać się zwieść jej niepozornemu smakowi kiedy jemy ją na surowo. Również ręce po jej krojeniu mogą zacząć nas piec z opóźnieniem, na przykład jak wsadzimy je do ciepłej wody. Bananowe chilli marynowane w occie winnym świetnie nadają się do pizzy, natomiast ocet z marynowania doprawi nam różne liściaste sałatki. U nas można kupić takie marynaty. Produkuje je na przykład firma „Rolnik” ale w zalewie z octu spirytusowego, dlatego lepiej zrobić je sobie samemu z lepszym octem, to rodzaj przetworów, który nigdy się nie psuje. Również przez prawie cały rok możemy tam kupić białą paprykę (u nas nazywa się ją papryką igołomską), która w Polsce jest w sklepach bardzo krótko od lipca do września. Taka papryka jest delikatnej budowy i łagodna w smaku. Znakomicie nadaje się do nadziewania, pieczenia i grillowania. Po obróbce cieplnej rozpada się i potrafi być niemal kremowa. Na Węgrzech robi się z niej słynne delikatne leczo. Oprócz tego mamy tam spory wybór papryk jabłkowych (almapaprika), które są znacznie bardziej gruboskórne. Te większe zazwyczaj są łagodne i bardzo słodkie, a małe  zwane cseresznyepaprika – pikantne, czasem nawet bardzo. Robi się z niej mój ukochany węgierski przetwór – paprykę nadziewaną kiszoną kapustą. Niestety ta komercyjna z marketu zalana jest octem spirytusowym. Lepsze da się znaleźć na targu, kupowane od starszych ludzi którzy sami ją kiszą. Wtedy nie jest pakowana w słoiki i zalana płynem, tylko leży sobie i mocno pachnie. Smak kapusty i ostrej papryki znakomicie do siebie pasuje, łączy się i uzupełnia.

Czas na suszoną paprykę. Możemy kupić ją tutaj suszoną w całości związaną w estetyczne wianuszki, jak również sproszkowaną. Ta w wianuszkach suszona w całości nie powinna długo wisieć nam w kuchni i pokrywać się kurzem. Chcąc jej użyć w celach spożywczych, po przyjeździe do domu lepiej przepakować ją do puszki lub słoika. Przed użyciem mielę ją w młynku elektrycznym (po otwarciu którego nie można przestać kichać), i używam do robienia kimchi, mieszając z azjatycką znacznie mocniejszą papryką. Kimchi zrobione z papryki wyłącznie węgierskiej byłoby jak na mój gust za mało ostre, a z samej azjatyckiej użytej w niezmniejszonej ilości tak ostre, że aż niejadalne. Zmielenie jej tuż przed użyciem sprawia, że nie ma szansy zwietrzeć.  Węgierskie odmiany mielonej papryki dzielą się na słodkie (édes), półsłodkie (felédes) i ostre (erős). Papryka może być także szlachetna (édesnemes), czy wyborna (csemege). Warto przywieźć sobie przynajmniej po kilkaset gramów ostrej i słodkiej, bo jak już zaczniemy takiej używać, przestawienie się na pakowane po 10 gramów torebeczki z mało smacznym i wyrazistym produktem polskich producentów przypraw będzie dość bolesne. Jak już zasmakujemy w  węgierskiej papryce, zawsze będziemy mieć powód żeby przejazdem wpaść tam chociaż raz do roku celem uzupełnienia zapasów.

hun_budapeszt_papryka_001

Suszona papryka w strączkach, jest ostra ale nie tak bardzo jak azjatyckie odmiany chilli.

tur_hatay_papryka_001.jpg

Zielona banana chilli, średnio ostra znakomicie nadająca się na pikle i marynaty.

hun_harkany_papryka_001.jpg

Słynna papryka z Kalocsy na bazarze w Harkány.

Na koniec pasty paprykowe. Na Węgry jeżdżę regularnie od wielu lat i mam szansę obserwować jak te same pasty w słoiczkach niegdyś gęste i ostre, robią się coraz słabsze, rzadsze, bardziej wodniste i zaczynają zawierać coraz więcej sztucznych wypełniaczy i podejrzanych dodatków. Dzieje się z nimi ta sama smutna rzecz co z polskim chrzanem. Dzisiaj znalezienie na sklepowej półce w Polsce chrzanu w słoiczku, bez całej listy dodatków w rodzaju błonnika z bambusa, to nie lada wyzwanie.  Dlatego pastę paprykową wolę kupić sobie w Turcji na jakimś pięknym bazarze, niż w węgierskim hipermarkecie.

Ocet winny i marynaty

Węgry to świetne miejsce do zakupienia dużych ilości octu winnego w sensownej cenie. Taki ocet przyda nam się do przetworów, znacznie zdrowszych i smaczniejszych niż te w occie spirytusowym, który w dużych ilościach jest dla człowieka trujący. Ocet winny na Węgrzech jest w powszechnym użyciu dlatego jest tani (nazywa się po prostu bor ecet) i możemy kupić sporo jego odmian smakowych. Dominuje ten z białego wina. Najbardziej charakterystyczną smakową odmianą węgierskiego octu jest ocet estragonowy (tárkonyos ecet). W węgierskiej kuchni służy do zakwaszania zup, czy doprawiania słynnej sałatki z ogórków zwanej uborka saláta.  Na bazarach można też kupić liście estragonu zalane winnym octem. Węgrzy kochają marynaty i kiszonki, które spożywane są z ciężkimi i tłustymi daniami mięsnymi dla odświeżenia smaku i w celu ułatwienia trawienia. Niestety te tanie i popularne robione są przy użyciu octu spirytusowego i dosładzane białym cukrem, więc nie jest to niestety żaden rarytas. Na węgierskich bazarach można kupić na spróbowanie pojedyncze sztuki marynowanych warzyw, które pełnią funkcję sałatki gdy zamawiamy grillowaną kiełbasę lub mięso. Marynuje się i kisi różne rodzaje papryki, cukinię, kalafiory, kapustę, ogórki. Przetwory tego typu mają różny stopień ostrości. Marynaty z małych papryk jabłkowych cseresznyepaprika mogą być na przykład bardzo ostre. Nie udało mi się do tej pory przywieźć produktów tego typu, które nie byłyby przemysłowymi produktami zalanymi octem i posłodzonymi białym cukrem.

hun_harkany_marynaty-na-bazarze_001.jpg

Różne rodzaje marynat na bazarze w Harkány.

rum_baia-mare_liscie-estragonu-w-zalewie-octowej_001.jpg

Liście estragonu (i lubczyku) w zalewie octowej. Zdjęcie z Rumunii, ale na Węgrzech też takie kupimy.

 Melony i arbuzy (w sezonie)

Będąc na Węgrzech w lecie, koniecznie trzeba spróbować węgierskich melonów i arbuzów. Wprawdzie ich uprawy są mocno wielkopowierzchniowe, więc nie należy się spodziewać, że będą to owoce bez jakiejkolwiek chemii, to jednak jest to lepsza opcja niż identyczne owoce z polskich supermarketów, które zanim do nas trafią to jeszcze poleżą trochę w chłodniach, gdzie stracą swój zapach. Najlepiej kupować je w małych zieleniakach, gdzie leżą w temperaturze pokojowej, lub bezpośrednio od rolników z przydrożnych kramów, bo wtedy mamy gwarancję, że owoce nie były zrywane na wpół zielone i nie przeleżały sporego czasu w chłodzie. I tak przecież nie jemy ich ze skórką. Nie wgłębiając się zbytnio w ich ekologiczność, warto nacieszyć się ich soczystością, słodyczą i zapachem. Należy kupować melony które mają wyraźny świeży zapach. Te miękkie i o zapachu lekko „mulącym” będą nadawały się do natychmiastowego zjedzenia, bo są już bardzo dojrzałe. Te które nie pachną wcale zazwyczaj są jeszcze lekko niedojrzałe i być może powinny poleżeć z tydzień, dwa w cieple zanim zostaną skonsumowane. Jeśli jesteśmy na Węgrzech samochodem spokojnie można przywieźć kilka – przeżyją 2-3 tygodnie w pokojowej temperaturze, tylko nie powinniśmy za bardzo ich obijać.

Wino

Nie da się w takim skrócie napisać wszystkich niezbędnych informacji na temat węgierskiego wina, bo jest to temat-rzeka. W samym Tokaju byłam 3 razy po kilka dni i uważam, że nadal jestem jeszcze nie w temacie jeśli chodzi o różne jego odmiany. Zresztą w ogóle winiarskich rejonów na Węgrzech odwiedziłam tylko cztery: Tokaj, Eger, Villanyi oraz bardzo pobieżnie okolice Balatonu. Liczba butelek wina przywiezionego przeze mnie z Węgier idzie w setki. Kupuję je w szerokim zakresie cenowym od równowartości  5 do 50 złotych, zarówno takie zlewane do plastikowej butelki, przeznaczone do szybkiej konsumpcji jak i puttonowego Tokaja Aszu, zarówno w marketach jak i w winnych piwniczkach. Kupowanie w markecie drastycznie różni się od kupowania wina bezpośrednio w piwniczce. W markecie mamy do wyboru niezliczoną ilość przeciętnych win, w piwniczce jest ich zazwyczaj kilka, ale często są to rzeczy bardzo oryginalne i unikatowe, nie spotkamy ich nigdzie indziej. Właściciel produkuje to samo niezliczoną ilość razy, zna swój produkt i poświęca mu dużo uwagi. Istnieje całe mnóstwo małych lokalnych winiarni sprzedających wino jedynie u siebie i dostarczające je do kilku sklepów w okolicy, gdzie właściciel własnoręcznie zlewa wino a następnie sam nakleja naklejki na butelki, bo właśnie ktoś zamówił kilkadziesiąt sztuk, niestety sytuacja takich winiarni robi się coraz gorsza. Czasy dla przeciętnych małych producentów wina na Węgrzech nastały wręcz fatalne. Interesy upadają jeden  po drugim  i albo ktoś inwestuje i przestawia się na większą produkcję, albo dokłada do interesu. W markecie nikt nie przykłada do wina szczególnej uwagi. Butelki segreguje się kolorystycznie – układa pod względem kolorów trunku, albo co gorsza etykietek, żeby ładnie wyglądało to na półce. Mam już to na tyle rozpracowane że nie zgubię się w przeciętnym węgierskim Tesco w dziale win krajowych, ale przyjemność kupowania wina w markecie nie umywa się do kupowania go w piwniczkach.

Najczęściej na przeciętnej butelce nie ma ani słowa w języku innym niż węgierski. Informacje o szczepie, jakości wina oraz jego smaku trzeba więc rozszyfrować, ale nie jest to wcale bardzo trudne. Tak więc mamy fehérbor (wino białe) rosébor (różowe) i vörösbor (czerwone), które mogą być száraz (wytrawne), félszáraz (półwytrawne), półsłodkie (felédes), albo słodkie (édes). Wino gatunkowe nazywa się minőségi i zazwyczaj jest droższe. W nazwie zazwyczaj mamy podaną nazwę szczepu na przykład Leányka,  Ottonel Muskotály, Hárslevelű, Olaszrizling, Chardonnay, Tramini, Furmint i wiele wiele innych dla win białych, albo Cabernet Sauvignon, Merlot, Cuvée, Kékfrankos, Menoire, Zweigelt, Pinot Noir (i wiele wiele innych) dla win czerwonych. Jeśli wino jest mieszanką kilku szczepów może mieć ustaloną nazwę jak na przykład Kadarka, albo Egri Bikawer.  Na butelce znajdują się też informacje na temat regionu z którego wino pochodzi. Regionów jest dwadzieścia kilka, jak widać na mapce poniżej, można w tym nieco zginąć. Węgierskie informacje turystyczne rozdają szczegółowe mapy regionów winiarskich.

hun_regiony-winiarskie_001.jpg

Regiony winiarskie Węgier mapka z Wikipedii (byłam w 21-22, 19-20, 15 i co nieco w 4)

hun_heviz_winogrono_001.jpg

Aby nabrać rozeznania jak który szczep na Węgrzech smakuje nie ma innego wyjścia, trzeba testować. Wymienione przeze mnie szczepy to absolutne podstawy, jest tego znacznie więcej. Żeby zacząć przygodę z węgierskimi winami, można na początek kupić wszystkie podstawowe występujące tu szczepy, żeby zobaczyć między nimi jakąś różnicę. Czasem z tego samego szczepu udaje się wyprodukować wino całkowicie wytrawne, czasem półwytrawne, a czasem nawet półsłodkie, więc to również jest dość płynne i w dużym stopniu zależy od lokalnych warunków glebowych i klimatycznych, pogody w danym roku i umiejętności winiarza oraz szczęścia.  Wcale nie będzie nas to kosztowało fortuny, bo na Węgrzech ceny wina są rozsądne i umiarkowane. Za pieniądze jakie wydamy w Polsce, tu zazwyczaj  kupimy coś lepszego, dlatego warto przywozić sobie z Węgier wino do codziennej konsumpcji. Tanie węgierskie wina również są bardzo sympatyczne. Za cenę poniżej 10 zł często kupimy całkiem sensowne butelkowane wino, które u nas z nieznanych przyczyn kosztuje kilkanaście. Czasami zdarzają się absolutne niewypały, ale na kupione przeze mnie setki, miało to miejsce może trzy razy.

Jak kupować wino w piwniczkach winnych? Jesteśmy w o tyle lepszej sytuacji, że wino które zamierzamy kupić możemy skosztować. Zazwyczaj piwniczki skomasowane są po kilka albo kilkanaście w niewielkiej odległości. Prawie zawsze chociaż w jednej z nich trafi się jakiś przesympatyczny człowiek o ogromnych chęciach wyedukowania nas na temat swojego i okolicznego wina, mający akurat czas i świetnie mówiący po angielsku, który opowie nam wszystko co chcemy wiedzieć, a nawet jeszcze więcej. W każdej winiarni sprzedawcy jeśli ich poprosimy, dadzą nam do spróbowania po odrobinie każdego wina, które mają na sprzedaż, zaczynając od wytrawnych a skończywszy na słodkich, tłumacząc nam przy okazji co pijemy. Jeśli któreś nam się podoba, odkłada nam je na bok. Oczywiście może się tak zdarzyć, że nic z danej winiarni nam nie smakuje i wyjdziemy z pustymi rękami, ale przeważnie taka dłuższa wizyta kończy się wyjściem z paroma butelkami. Tańsze wina rozlewa się do plastikowych butelek i zwłaszcza te słodsze trzeba wypić naprawdę szybko, bo w cieple zaczynają pracować i szybko zmieniają swój smak.  Dlatego w wina lepiej zaopatrywać się w drodze powrotnej do domu, żeby nic nam po drodze nie wybuchło. To wcale nie znaczy że nie są one dobre, po prostu wymagają stałej niskiej temperatury. Dlatego jeśli nie posiadamy chłodnej przez cały rok piwnicy, lepiej zwłaszcza latem nie kupować takiego wina więcej niż będziemy w stanie zużyć w krótkim czasie. Szkoda tylko, że podczas winnych zakupów nie jesteśmy w stanie spróbować na raz wielu gatunków, bo po prostu po kilku przestajemy czuć jakąkolwiek różnicę w smaku. Najgorzej pod tym względem jest chyba w Egerze, gdzie do degustacji w niewielkim odstępie czasu leją nam wszelkiej maści wina białe i czerwone. Najlepiej wybrać się na zakupy w kilka osób tak, żeby każdy nie musiał kosztować wszystkiego, bo albo trzeba robić to powoli i spędzić tam pół dnia, albo próbować tylko określone smaki wina, na przykład tylko wina wytrawne. To nieco lepsza strategia niż próbowanie wina wytrawnego niespełna pięć minut po słodkim. Wymieszanie ze sobą mnóstwa rozmaitych gatunków wina może skutkować zamętem w ciele i umyśle. Dlatego najlepiej mieszkać blisko winnych piwniczek i codziennie przez kilka dni próbować ich zasoby wieczorową porą, bo jednorazowe próbowanie wszystkich win z kilku piwniczek skutkuje w najlepszym wypadku bólem głowy.

hun_harkany_wino-z-villanyi_001.jpg

Wina w plastiku sprzedaje się zazwyczaj w nie mniejszej objętości niż jeden litr (a zazwyczaj przynajmniej półtora), dlatego żeby nie kupić czegoś dziwnego lepiej skosztować je przed zakupem. Czasem trafiają się na prawdę fajne i niepowtarzalne okazy. Absolutnie nie można obrażać się na tego typu wina bo to ogromna strata.

hun_heviz_winiarnia_001.jpg

Winiarnia w Heviz. Wino dostaje się  zawsze w małych i karłowatych kieliszkach , sprzedawane jest na decylitry.

hun_heviz_winiarnia_002.jpg

W tej winiarni w Heviz sprzedaje się je z dodatkiem wody sodowej z prawdziwego zabytkowego syfonu.

hun_keszthely-spritzer_001.jpg

W porze ciepłej nad Balatonem można napić się spritzera – wina z wodą sodową, odświeża smak i pomaga w upale.

hun_tokaj_najtanszy-tokaj_001.jpg

A to najtańszy Tokaj Furmint, za nic w świecie nie kupiłabym czegoś takiego w ciemno. Da się kupić dobre tanie Furminty o świeżym smaku, ale da się też kupić zupełnie okropne.

Garnki Rzymskie

Garnek rzymski to świetna rzecz dla ludzi lubiących prawdziwe jedzenie. Już po pierwszym pieczeniu zostałam jego wierną fanką. Są zdrowe i naturalne, nie mają żadnych szkodliwych powłok i nigdy się nie zepsują ani zużyją, no chyba że uda nam się go stłuc. Potrawy pieką się w nim równomiernie z każdej strony, bo taki garnek świetnie rozprowadza i długo trzyma ciepło. Jak tanio kupić garnek rzymski? Aby mieć taki sprzęt, wcale nie trzeba kupować go w Ikei albo Duka za minimum 200-300 złotych, wystarczy pojechać na Węgry i w przeciętnym Tesco kupić garnek Pataki Keramia (na stronie trzeba przeszukać dział Sütőtálak). Za równowartość 40-50 złotych możemy kupić nawet garnek 9 litrowy ciężki i o grubych długo trzymających ciepło ścianach. Przyznam skromnie, że taki właśnie garnek, szkliwiony od wewnątrz udało mi się kupić na przecenie w polskim Tesco za niespełna 30 złotych. Mieści się w nim ponad 4 kilogramowa gęś. Identyczne widziałam na Węgrzech w niemal każdym markecie. W Polsce garnki tej samej firmy sprzedawane są w internecie nie wiedzieć czemu o wiele drożej.

Różne inne rzeczy

Na uwagę zasługują też herbaty Pickwick, których nie ma w Polsce.  Są one niezłej jakości przypominają dostępne w Polsce herbaty Dilmah, ale sprzedawane są niestety tylko ekspresowe, a picie takich to w sumie żadna atrakcja. Koniecznie warto kupić też palinkę, ale jej wcześniej poświęciłam osobny wpis. Warto też skupić się na różnych rodzajach salami, niestety na Węgrzech prawie zawsze jestem latem i nie mam jak zabierać ze sobą wędlin, dlatego raczę się nimi na miejscu. Nie znam się na nich zbytnio, po prostu czytam skład i jeśli nie zawiera zbyt dużo podejrzanych dodatków kupuję kawałek. W porze ciepłej dość rzadko jem mięso, dlatego nie zgłębiam zbyt pilnie tego tematu. Warto spróbować także miększych kiełbas w rodzaju Gyulai Kolbász,  intensywnie przyprawionych papryką. Tak samo przyprawia się również słoninę. Tego typu produkty łatwiej nabyć w zimie i skosztować je na różnych bożonarodzeniowych straganach. Na każdej hali targowej znajdują się również działy mięsne, gdzie możemy skosztować produktów, ale bez jakiejkolwiek nadziei że czegokolwiek się o nich dowiemy. W markecie znowu, nie damy rady ich skosztować. Nie udało mi się na razie wymyślić jak sensownie zaopatrywać się w produkty kiełbasiane, by jednocześnie wiedzieć co się kupuje i móc skosztować ich przed kupnem.