Miesięczne archiwum: Kwiecień 2015

Penang 2015 (część druga – o zakupach)

Drugą część wynurzeń, z drugiego pobytu w moim ulubionym miejscu w Azji Południowo-Wschodniej czas zacząć. Ostatnio trochę pisałam o różnych ciekawych świątyniach, które tym razem mieliśmy okazję na Penangu odwiedzić oraz co nieco w temacie lokalnego jedzenia. Tym razem zaczniemy od zakupów i to całkiem niezwyczajnych. Stworzono bowiem całkiem fajny przewodnik po sklepach tradycyjnych wytwórców różnych dóbr. Książeczka zawiera kilkanaście pozycji. Część z nich poznaliśmy już wcześniej bez pomocy jakichkolwiek specjalistycznych publikacji 😉 część z kolei była dla mnie tym razem niczym prawdziwe objawienie. We wszystkich wymienianych przez broszurkę miejscach nie byliśmy, oczywiście będąc też przy okazji w miejscach ciekawych, które z jakichś przyczyn nie załapały się na strony tej publikacji. Czyli jak zwykle informacja turystyczna twierdzi swoje, a poszukać czegoś ciekawego na własną rękę trzeba, bo takie odkrycia cieszą najbardziej. Zapraszam zatem do snucia się po Georgetown i całym Penangu śladem „heritage traders”. Miałam pewne dylematy czy lepiej nie umieścić tego posta w kategorii „zakupy”. Jednak większości wymienionych przeze mnie tutaj artykułów raczej  nikt nie będzie potrzebował, bo są zbyt egzotyczne. Są to sklepy bardziej do pozwiedzania i pooglądania.

Muzułmańskie perfumy

Zaczniemy jednak od istnego zakupowego objawienia (o tym miejscu nie wiedziałam wcześniej), czyli sklepu z tradycyjnymi muzułmańskimi perfumami, które nie zawierają alkoholu. Przybierają formę olejku i rozprowadza się je w niewielkich ilościach na skórze, najlepiej w najcieplejszych miejscach ciała. Sklep Badjenid & Son działa nieprzerwanie od 1917 roku i był pierwszym w Malezji importerem i sprzedawcą perfum, ich komponentów, oraz olejków eterycznych. W sklepie można kupić „własne wersje” perfum popularnych zachodnich marek, oraz popularnych zapachów arabskich, kilka rodzajów oud w różnych cenach (rewelacja) i zabójczo drogi olejek sandałowy. Byłam tutaj dwa razy, gdyż stwierdziłam że perfumy są bardzo dobrej jakości i warto kupić ich więcej,  za drugim udało mi się nawet zrobić zdjęcie właścicielowi. Za pierwszym razem perfumy sprzedawał mało rozgarnięty młody sprzedawca, dlatego kupiłam ich niewiele. Za drugim razem zaś inny, podszedł do tematu ze zrozumieniem i wprost świetnie rozkminił mój gust. Zaczął polecać mi różne zapachy i muszę przyznać, że trafiał idealnie! Nie dość, że kupiłam prawie pół sklepu, to na dodatek dostałam jeszcze gratisy. Zaszalałam tak bardzo, że od „pamiętnego 2015 roku” jeszcze nie kupiłam żadnej perfumy – pragnę najpierw chociaż częściowo zużyć zapasy zrobione w tym sklepie. Niektóre niestety są dla mnie za mocne i drażnią mi skórę, na szczęście większości z nich mogę używać bez takich problemów. Od kiedy kilka lat temu po raz pierwszy zetknęłam się z perfumami w olejku, zdecydowanie wolę takich używać, ze względu na ich poręczność, wygodę i długotrwały zapach.

mal_penang_georgetown_własciciel-sklepu-z-muzulmanskimi-perfumami_001.jpg

Pan właściciel. Niestety nie widać olbrzymiego sygnetu na palcu i tego, że do pracy przychodzi w pełnym makijażu, ale mężczyźni w Azji mogą więcej.

Kopi

Na Penangu działa kilku wytwórców kawy kopi, o której już Wam kiedyś pisałam. Wytwarza się tutaj kawę „Kopi O”, która sprzedawana jest w całej Malezji. W tym celu praży się ziarna kawy z dodatkiem cukru, margaryny palmowej, soli i ziaren sezamu. Jedna z palarni znajduje się na ulicy Jalan Cheong Fat Tze i nazywa się Kun Kee Food Industries. Na Penangu istnieje ulica, na której znajdują się prawie wyłącznie chińskie pijalnie kopi (można też zjeść jakąś tradycyjną zupkę z wsadem mięsnym, warzywami i lokalnymi ziołami). W wielu miejscach można także napić się najdelikatniejszej i najdroższej „White Kopi”, a to już prawdziwy kawowy hedonizm. Bardzo polecam. Więcej na ten temat w podlinkowanym na początku tego akapitu wcześniejszym poście (nie będę się powtarzać).

mal_penang_georgetown-ulica_006.jpg

Oczywiście Penang jest na tyle turystyczny, że „kawa po europejsku” jest także dostępna, ale będąc tutaj zdecydowanie lepiej raczyć się White Kopi. Chociaż za tak kreatywną reklamę, można zrobić wyłom od czasu do czasu.

Sklepy z chińskimi artykułami religijnymi

Czego jak czego, ale artykułów religijnych nie potrafię sobie nigdy odmówić, gdyż mam na ich punkcie swoistą manię. To co w Azji najpiękniejsze, to zjawisko grupowania się sklepów o podobnej tematyce na przykład wzdłuż jednej ulicy, lub w całym kwartale. Można więc plątać się długie godziny i patrzeć na te cuda. A cuda to niemałe. Spory kawałek Lebuh Carnavaron to sklepy z przedmiotami przeznaczonymi do składania w całopalnej ofierze w chińskich świątyniach. Oczywiście normalnie pali się w nich kadzidła i lampki, ale od wielkiego dzwonu, na przykład śmierci kogoś bliskiego, taka ofiara nie wystarczy. Żeby zapewnić szczęście i powodzenie, trzeba darować sile wyższej (lub przodkom w życiu pozagrobowym) coś naprawdę cennego. Ponieść dotkliwą stratę czegoś, co dosłownie odejmujemy sobie od ust, by zmarły cieszył się tym przedmiotem w swoim nowym życiu. Na szczęście chiński pragmatyzm daje radę jakoś sprawić, by zarówno wilk był syty jak i owca cała. Darowane przedmioty mogą przecież być atrapami prawdziwych. Stąd sklepy specjalizujące się w papierowych kopiach popularnych dóbr. Można więc palić na cześć przodków na przykład papierowe pieniądze, ale to dopiero początek. Takie artykuły znajdziemy w większości azjatyckich sklepów. Za to na Carnavaron Street można kupić na przykład wcale nie tanie papierowe atrapy telefonów, wszelkiej maści najnowsze modele Samsungów Galaxy oraz Iphone’ów, a także najdroższych zegarków a nawet markowych ubrań. Można też kupić (tylko zupełnie nie mam zielonego pojęcia jak przewieźć) przepiękne delikatne i misterne modele tradycyjnych chińskich świątyń i domów. W to co widzimy w takim sklepie trudno z początku uwierzyć. Z daleka i nie wgłębiając się w szczegóły wygląda to jak jakiś chaotyczny magazyn, w którym obok siebie, często rozrzucone byle jak, stertami piętrzą się najrozmaitsze przedmioty codziennego użytku i elektroniczne dobra. Wszystkie one są podejrzanie lekkie i tak jakoś dziwnie nikt o nie nie dba. Leżą sobie jedne na drugim i czasem wyglądają jakby nic nie ważyły (bo tak w rzeczywistości jest, tylko trudno nam to zaakceptować). W końcu już nie wiemy, czy to mózg nas oszukuje czy jednak to co widzimy to prawda. Bardzo polecam to uczucie niepewności. Z wrażenia nawet zdjęć zapomniałam zrobić.

mal_penang_georgetown-ulica_011.jpg

Oczywiście to nie żaden sklep tylko drzwi oklejone noworocznymi naklejkami. Także do dostania w takich sklepach, lecz to towar bardziej okolicznościowy.

Indyjskie dobra

W Georgetown jest niewielka indyjska dzielnica Little India, którą słychać już z daleka. Każdy sklep, a jest ich bardzo dużo, bo na parterze każdego domu jest co najmniej jeden, posiada bowiem sporych rozmiarów głośniki i umila życie jak tylko może indyjskimi przebojami filmowymi. Między sklepami panuje konkurencja kogo głośniej słychać. Największe zgrupowanie tradycyjnych sklepów jest na Lebuh Pasar na przykład pod numerami 25, 29, 32, 41. Możemy się tutaj ubrać od stóp do głów, nabyć wyposażenie całej kuchni, wszelkie możliwe produkty spożywcze, środki czystości, kosmetyki, artykuły religijne i wspomnianą już wcześniej kulturę czyli płyty, gazety i czasem książki. Wszystko to jest albo sprowadzane z Indii (a sporo tańsze niż produkty malezyjskie) albo produkowane przez indyjskich emigrantów w Malezji na ich własne potrzeby. Każda, dosłownie każda rzecz, jest odrębna i różni się od produktów w sklepach prowadzonych przez malajskich muzułmanów oraz Chińczyków. Sprzedawcy są bardzo mili, energetyczni i wygadani. Jak tylko mają czas, bardzo bardzo chętnie wytłumaczą do czego dany przedmiot służy, doradzą wybór (na przykład przypraw albo kadzideł). Zawsze tak to wychodzi, że nawet jeśli kupujemy olej do włosów za równowartość bochenka chleba, zostajemy obsłużeni po królewsku, co najmniej jakbyśmy w Polsce właśnie nabywali jakiś samochód. Oni po prostu tak mają. Handel jest ich oczkiem w głowie i zakupy w ich sklepach przypominają bardzo zakupy w Turcji. W dodatku cała ta uprzejmość, czy wręcz nadskakiwanie klientom nic ich nie kosztuje – nie zachowują się tak ze względu na to, że są w pracy i muszą, czy też są zdesperowani, bo sklep nie przynosi im spodziewanych dochodów. Traktują tak każdego i jakoś nie tracą na swoim wizerunku (a wręcz przeciwnie). W naszym kręgu kulturowym takie zachowanie jest traktowane jako coś egzotycznego, a sprzedawca obowiązkowo musi traktować klienta nieco z góry, albo udawać eksperta w danej dziedzinie, bo najwyraźniej inne zachowanie przyniosłoby mu plamę na honorze. To pozostałość epoki komunizmu, kiedy sprzedawczyni w wiecznie pustym sklepie posiadała realną władzę nad ludźmi. Trochę tego jeszcze w nas zostało, dlatego po powrocie z Azji, podczas pierwszych kilka dni w kraju gdy kupuję podstawowe produkty spożywcze jakoś nigdy nie mogę się odnaleźć. Co więc warto kupić w takim indyjskim sklepie?

Na pewno przyprawy, bo są bardzo świeże i z pierwszej ręki. Oczywiście sprzedaje się na wagę do plastikowych reklamówek a w sklepie leżą w wielkich wielokilogramowych workach, lub metalowych puszkach. Co wybrać jeśli rodzajów curry jest kilkanaście i w różnych cenach? Sprzedawca musi wybadać nasz gust i postara się doradzić najlepiej. Przyprawy są tak tanie, że na prawdę nie warto kupować najtańszego. Każde curry jest zdecydowanie inne, często sklepy posiadają własne rodzinne kompozycje, które sami mieszają. Oczywiście będzie to curry indyjskie, malajskie to coś zupełnie innego.

Rewelacyjnie świeże i pachnące są w takich sklepach także kadzidła, jako że przeciętny Hindus zużywa ich tygodniowo tyle co my w pół roku. Nie mają więc kiedy wyleżeć się na półkach. Ich zapach jest nieporównywalny w żaden sposób do kadzideł kupowanych w Polsce, mimo że to często te same opakowania. Parę tygodni (w najlepszym wypadku) transportu w nieprzewidywalnych temperaturach, plus leżenie na sklepowej półce lub w magazynie zdecydowanie oddziaływuje na kadzidła.

Sklepy te to wspaniałe miejsce do zaopatrywania się w indyjskie kosmetyki. Ich ceny w porównaniu do cen tych samych towarów w Polsce mogą szokować bo jest przeważnie kilkakrotnie taniej. Można tu kupić mnóstwo olei i olejków, hennę oraz farby do włosów na jej bazie, ajurwedyjskie pasty do zębów.

Oprócz tego do Little India warto się wybrać ze względu na restauracje „banana leaf curry”, w których wegetariańskie curry podaje się na bananowym liściu i zgodnie z tradycją bez przerwy dokłada się je gościowi, dopóki ten wyraźnie nie zaprotestuje. Uliczni sprzedawcy sprzedają zaś tradycyjne słodycze oraz wegetariańskie samosy. Indyjskie słodycze to temat zasługujący na osobnego posta i z pewnością kiedyś go popełnię, jak zrobię odpowiednią ilość zdjęć na ten temat. Sporo z nich robimy już sami, bo na youtube mnóstwo indyjskich gospodyń domowych wrzuca filmy, na których można wszystko dokładnie zobaczyć.

mal_penang_sklep-z-sari_001.jpg

Sklep z tekstyliami gdzie można kupić sobie sari w kratkę w Little India.

mal_ipoh_indyjskie-slodycze_001.jpg

Przepraszam za wyjątkowo brzydkie zdjęcie i w dodatku nie z Penangu, ale jest na nim kilka popularnych indyjskich słodyczy: kulki po prawej to gulab jamun (smażone w głębokim tłuszczu z ciasta o smaku pączków namaczane w syropie z wodą różaną są tak słodkie, że zapewniają cukrowy odjazd) po lewej zaś: brązowa kulka to laddu, a żółta kostka i biały okrąg to różne rodzaje burfi (żółte to besan z mąki z ciecierzycy) teraz już robimy sami indyjskie słodycze i może kiedyś powstanie o nich nawet osobny post.

mal_ipoh_sprzedawca-kwiatowych-girland_001.jpg

A to zdjęcie wprawdzie z Ipoh, ale nasz broszurkowy przewodnik po sklepach sprzedawców tradycyjnych dóbr polecał odwiedzenie wytwórców kwiatowych girland, w Georgetown byłam zbyt rozleniowiona by robić zdjęcia. Natomiast ten pan girlandy miał wyjątkowo wypasione. 

Chińskie kuchenne utensylia

Na Lebuh Pantai 224 znajduje się bardzo ciekawy sklep z chińskimi narzędziami kuchennymi. Warto wybrać się by je obejrzeć. Ponoć sprowadzane są niemal ze wszystkich prowincji Chin. Najpiękniejsze są drewniane wycinane ręcznie foremki na ciastka, które przypominają arabskie formy na daktylowe ciastka maamoul. Niestety w sklepie nie można robić zdjęć, ani niczego dotykać, co jest trochę dziwne bo sklep nie sprzedaje rękodzieła tylko seryjnie wytwarzane przedmioty. Nie zachęciło mnie to do kupna drewnianej foremki, mimo że były przepiękne. Sklep specjalizuje się w tradycyjnie wykonywanych przedmiotach.

 Sklep z materiałami do kaligrafii

Znajduje się nieopodal sklepów z ofiarnymi artykułami z papieru na Lebuh Carnavaron. Można w nim kupić pędzle do kaligrafii w najróżniejszych  cenach i rozmiarach, nawet takie które da się używać trzymając je dwoma rękami. Takimi pędzlami posługuje się na przykład francuska artystka Fabienne Verdier. Oprócz tego różne rodzaje tuszy i podkładek do ich mieszania. Na tej samej ulicy można także odwiedzić zakład wytwórcy pieczęci, którymi podpisuje się kaligrafie (ma on swą siedzibę pod numerem 85).

mal_penang_sklep-z-materialami-do-kaligrafii_001

Tradycyjne ubrania różnego typu

Podaję bo może komuś się przydadzą. Chciałam kilkakrotnie odwiedzić wytwórcę tradycyjnych kobiecych zdobionych koralikami butów, których proces wytwarzania i zdobienia trwa nawet trzy miesiące, ale zawsze było zamknięte bo byliśmy tam albo za wcześnie, albo zbyt późno. Takie buty nosi się odświętnie razem z pasującym do nich sarongiem. Służą podkreśleniu statusu społecznego. Są całe wyszywane koralikami. Wytwórca takich butów (Nyonya shoes) mieści się na Lebuh Armenian 4. Równie interesujące jest stanowisko ostatniego wytwórcy muzułmańskich nakryć głowy – songkoków. Mijaliśmy je kilka razy ponieważ mieści się w mikroskopijnym straganie tuż obok Nagore Shrine – mauzoleum poświęconym Syedowi Shahulowi Hamidowi – sufickiemu świętemu z południowych Indii. Stragan działa nieprzerwanie od 1933 roku. Niedaleko tego miejsca, bo na Lebuh Chulia pod numerami 109 i 111 można zaopatrzyć się w sarongi oraz batikowe tkaniny użytkowe.

Po drodze od sklepu do sklepu można też podziwiać inne widoki. Połączenia faktur i kolorów onieśmielają i zapadają na długo w pamięć 😉 Oczywiście to co tutaj wrzucam to tylko wierzchołek góry lodowej. W rzeczywistości jest jeszcze ładniej, tylko nie zawsze chce mi się robić zdjęcia. Wpadam tam w tak dalece zaawansowany komfort życia i marazm, że czasem przez parę dni nie robię żadnych zdjęć, bo bycie tam jest zbyt zajmujące i zwyczajnie nie mam czasu. Może następnym razem odrobię straty, (spodziewam się że już niedługo będę miała tę okazję).

mal_penang_fryzjer_001.jpg

Szkoda że akurat nie potrzebowałam skorzystać z usług strzyżenia, pewnie w środku jest równie pięknie jak na zewnątrz.

mal_penang_georgetown_hotel-central_001.jpg

Lubię ten rodzaj architektonicznego zmęczenia właściwy dla miejsc w klimacie tropikalnym gdzie często pada.

mal_penang_georgetown-ulica_012.jpg

I wszystkie nawet najbardziej fantazyjne kolory zaczynają po kilku latach blaknąć i odłazić warstwami.

mal_penang_georgetown-ulica_013.jpg

To dla mnie prawdziwy street art, natomiast taki zlecany za pieniądze różnym słynnym artystom to już nie jest to samo.

mal_penang-georgetown_streetart_003.jpg

A to na przykład przepiękny zakład naprawy (i chyba też sprzedaży rowerów).

mal_penang-georgetown_streetart_004.jpg

A to chyba już prawdziwy street art z kotem.

mal_penang_georgetown-ulica_003.jpg

A to piękny przykład wykorzystania roślin w przestrzeni miejskiej.

mal_penang_georgetown-ulica_005.jpg mal_penang_georgetown-ulica_007.jpg mal_penang_georgetown_capitan-keling-mosque_001 mal_penang_georgetown-ulica_008.jpg mal-penang_georgetown_ludzie-na-nadbrzezu_001.jpg mal-penang_georgetown_nocny-street-food_001.jpgmal-penang_georgetown_nocny-street-food_002.jpg

Dlaczego w Ipoh warto zostać dłużej niż jeden dzień

Do Ipoh pojechaliśmy z planem, że będziemy tam krótko, bo według internetowych opinii miasto jest wystarczająco interesujące tylko na jednodniowy wyjazd. Nie pojmuję czemu obiegowe opinie o Malezji są tak jednostronne, dla mnie w ogóle nie jest tutaj nudno. No i tak się stało, że w sumie byliśmy w mieście pięć dni, bo złapaliśmy poważnego lenia. Dużym atutem jest niemal zupełny brak turystów, którzy nie zadają sobie trudu żeby sprawdzić jak jest w Ipoh, bo z polecenia różnych przewodników wybierają „ciekawsze” miejsca. Tymczasem w Ipoh można włóczyć się po imponujących chińskich świątyniach, jeździć na jednodniowe wycieczki po okolicy (ciekawych miejsc jest sporo) i oglądać różne mniej lub bardziej dramatyczne próby uczynienia z miasta popularnej destynacji turystycznej.

Na początek trochę historii. Jakoś tak się składa, że najpopularniejsze miasta w kontynentalnej części Malezji (może z wyjątkiem stolicy) swoje lata świetności mają już dawno za sobą. Na przykładzie Ipoh można dokładnie to zobaczyć. Jeszcze na początku XIX wieku w miejscu miasta rosła sobie spokojnie tropikalna dżungla. Ekspansja Brytyjczyków na Półwysep Malajski powoduje rozwój przemysłu wydobywczego w okolicy. Tworzą go Chińczycy i Brytyjczycy, którzy zbijają tu pokaźne fortuny. Nieopodal dzisiejszego Ipoh najpierw powstało miasto Gopeng, w które zaczęło  rozwijać się w szaleńczym tempie, z powodu odkrycia znacznych złóż cyny. Początkowo Ipoh było „miastem satelickim” Gopengu. W 1892 roku ponad połowa budynków Ipoh spłonęła w wielkim pożarze, co pozwoliło odbudować miasto na nowo w bardziej nowoczesny sposób. Od tej pory zaczyna się systematyczny rozwój Ipoh. To wtedy powstaje słynna Concubine Lane – ulica, na której bogaci mężczyźni mieli okazję spotkać swoje przyszłe „kolejne żony” (dość skomplikowany to eufemizm). Lokalny chiński kopalniany potentat Yao Tet Shin, kupuje swojej żonie i konkubinom osobne ulice, na których stoją ich domy. Odbudowuje też znaczną część spalonego miasta, znaną jako „New Town”.

 Tę jak i inne historie próbuje się obecnie wskrzesić w celach rozwoju miejskiej turystyki. Szczytowym momentem w historii miasta są lata 20. i 30. XIX wieku. Miasto staje się stolicą stanu Perak, wypierając z tej pozycji Taiping. W drugiej połowie XX wieku po uzyskaniu przez Malezję niepodległości i odłączeniu się Singapuru, rozwój miasta dramatycznie się załamuje. Powodem jest znaczny spadek cen cyny. Przemysł spożywczy rezygnuje z opakowań wykonywanych z tego surowca. Koszty energii niezbędnej do wydobycia rosną, a środowisko naturalne jest coraz bardziej zrujnowane. Zamykane są kolejne kopalnie. Cynę w okolicy wydobywali wszyscy, od wielkich odkrywkowych kopalni, po małe rodzinne przedsiębiorstwa zajmujące się wymywaniem surowca z gleby. Sytuacja miasta staje się opłakana a jego mieszkańcy są zmuszeni szukać pracy gdzie indziej. Dlatego miasto nawet dzisiaj do końca nie otrząsnęło się z tej straty i miejscami sprawia wrażenie wyludnionego.

mal_ipoh_dworzec-kolejowy_001.jpg

Pierwszą budowlą jaką zapewne ujrzycie w tym mieście, będzie imponujący dworzec kolejowy, zwany pieszczotliwie Taj Mahalem, wybudowany w latach największej prosperity. Dziś nieco podniszczony, senny i odrobinę opuszczony.

Po mieście chodzi się jak po sennym labiryncie. Wszystkie ulice wyglądają dokładnie tak samo – dominuje niska kilkupiętrowa zabudowa – i przecinają się pod kątem prostym. Strasznie ciężko je ogarnąć, bo ciągną się kilometrami, bez jakichkolwiek punktów charakterystycznych. Sporo budynków wygląda na całkowicie opuszczone. Najbardziej niesamowite wrażenie robi to na nas w nocy, bo część centrum miasta wygląda jak zupełnie wymarłe. Lokalni ludzie z którymi o tym rozmawialiśmy, mówili nam potem, żebyśmy pod żadnym pozorem nie zapuszczali się po zmroku w mniej ludne kwartały miasta, ponieważ możemy być prawie pewni tego że padniemy ofiarą napaści rabunkowej. To ponoć niezwykle częsty problem w tym mieście, po upadku kopalń wielu ludzi nadal nie ma tutaj z czego żyć, a turyści stają się łatwą formą „zarobku”. Dlatego po Ipoh nocą warto ponoć przemieszczać się tylko głównymi ulicami. Problemy z bezpieczeństwem nie są nagłaśniane, by nie zaszkodzić dość wątłej jeszcze turystyce.

Mimo to zaczęliśmy dzielnie poszukiwać miejsc w których są jacyś ludzie i coś w miarę żywego jeszcze się dzieje. Oto efekty naszych poszukiwań.

mal_ipoh_zabudowa_001.jpg

Starsza część miasta wygląda właśnie tak. Tego typu niska zabudowa ciągnie się kilometrami i dość łatwo się zgubić, bo ulice wyglądają niemal identycznie.

mal_ipoh_zabudowa_002.jpg

Czasem trafią się takie smaczki. Niestety było zamknięte i nie dało się sprawdzić co kryje się za tą tajemniczą nazwą.

Mural Art’s Lane

Władze miejskie nie ustają w staraniach uczynienia z Ipoh popularnej turystycznie destynacji. Czasem robią to z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Nie da się sprawić by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki turyści zaczęli nagle zjeżdżać do miasta jak przysłowiowe ćmy do lampy. Na przykład, dość nieudolnie próbuje się zrobić z miasta kolejną już w Malezji 😉 stolicę street artu. Robienie z Ipoh stolicy Street artu wygląda tak, że ulicę przemianowuje się na Mural Art’s Lane i każdy budynek pokrywa się malowidłami, delikatnie mówiąc klasy takiej sobie, prezentującej najważniejsze kulturowe treści Malezji, a więc mniejszości narodowe i lokalne wierzenia, a także przyrodę. Problem w tym, że kultury nie da się tak po prostu zaprojektować, na wzór kwietnej rabatki. Dlatego idąc wzdłuż ulicy czujemy się tak, jakbyśmy byli w szkole i ktoś nachalnie wtłaczał nam do głowy ogólnie przyjęte prawdy popularnej wiedzy. Na dodatek malowidła są naprawdę kiepskie, stworzone w pośpiechu z pewną dydaktyczną nachalnością, nie posiadające ani odrobiny niepokorności, wdzięku i spontaniczności jaki cechuje prawdziwa uliczna sztuka. Dlatego dla kogoś kto orientuje się w tematach sztuki ulicznej, miejsce to jest absolutnym must see, jako przykład jak nie należy robić street artu! Oto co wychodzi z prób podporządkowania niezależnej sztuki ulicznej i tworzenie jej wyłącznie „na zamówienie”. Dla street artowców to miejsce jak z najgorszego sennego koszmaru. Na szczęście w mieście da się spotkać odrobinę bardziej wdzięczne przykłady tego typu sztuki. Wystarczy po prostu oddać przestrzeń ludziom i nie wtrącać się za bardzo, a oni najlepiej będą wiedzieć co trzeba z nią zrobić.

mal_ipoh_mural-art-lane_002.jpg

Niestety nie kupuję takiego street artu. Kojarzy mi się to z jakimś szkolnym konkursem malarstwa ściennego polegającego na tym, kto zapaćka więcej ściany topornymi i grzecznymi jak szkółka niedzielna malowidłami.

mal_ipoh_mural-art-lane_001.jpg

Tutaj odrobinę ładniejszy kawałek ściany.

 Concubine Lane

Odrobinę lepiej prezentuje się słynna ulica konkubin. Mimo tego że ulicę tą za sprawą swojej nazwy i nieco mrocznej przeszłości, próbuje się wypromować jako atrakcję turystyczną, znajduje się na niej parę w miarę naturalnych miejsc. Ulica oczywiście zionie dosyć mocno pustką, ale znajduje się na niej parę sympatycznych knajpek i niszowych artystycznych sklepów z interesującymi przedmiotami i ubraniami. Dominuje vintage i nieco senna atmosfera z przeszłości. Obecnie miejsce nie ma chyba za wiele wspólnego z seksem i hazardem. Knajpki wyglądają na dość grzeczne. Oczywiście nie marzę o atmosferze rodem z Khaosan Road w Bangkoku, ale znowu spotykamy się tutaj z próbą tworzenia atrakcji nieco na siłę choć tym razem z odrobinę większym powodzeniem. Warto tam się przejść, jednak obawiam się, że odtworzenie atmosfery Ipoh będącego miejscem w którym spełniają się marzenia o bogactwie i niekończących się perspektywach nie do końca wyszło, bo całość wygląda odrobinę smutno.

mal_ipoh_concubine-lane_001.jpg

O wejściu na słynną niegdyś ulicę informuje wielka tablica że oto zaraz znajdziemy się w słynnej atrakcji.

mal_ipoh_concubine-lane_002.jpg

Na szczęście całość jeszcze nie jest idealnie uporządkowana i da się tutaj zobaczyć różne wizualne smaczki.

Kong Heng Flea Market

Za to tutaj jest już całkiem przyjemnie i naturalnie. Można kupić fajne rzeczy i posiedzieć w cieniu. Jak spojrzycie na Ipoh na mapie google, pchli targ znajduje się w zespole dość urokliwie zrujnowanych budynków, porośniętych zielskiem, między którymi przebiega przedłużenie Concubine Lane. Z tym że ulica w tym miejscu jest całkowicie zabudowana przez małe knajpki i sklepiki. Miejsce wygląda jednocześnie azjatycko i mocno zachodnioeuropejsko. Korzystają z niego głównie bogaci Chińczycy, którzy do złudzenia przypominają mieszkańców Europy. Malajowie także przychodzą „zwiedzić” to miejsce. Większość z nich zamawia snowballe. Co to takiego? To dość zabawne. Tu kula lodu w formie trochę podobnej do śniegu polana słodkim syropem. Cieszy się ogromnym powodzeniem, mieszkańcy krajów równikowych mają swoistego bzika na punkcie śniegu, wreszcie ktoś postanowił sprytnie to wykorzystać. Oprócz tego można zakupić tutaj różnego rodzaju rękodzieło. No i znajdziemy też tu sklep z rewelacyjnymi jedwabnymi ubraniami za mnóstwo pieniędzy, chociaż przypuszczam że i tak znacznie taniej niż u nas.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_005.jpg

Przygotowywanie snow ball’ów.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_001.jpg

Miejsce jest dość sympatycznie zaaranżowane, stare i zrujnowane w ładny sposób łączy się z nowym.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_003.jpg
mal_ipoh_kong-heng-flea-market_002.jpg

Warto wpaść tam i pobuszować w niewielkich sklepikach ze wszystkim.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_004.jpg

A to dość typowe dla bogatych Chińczyków urządzenie – wózek dla psa. W tej części świata wypielęgnowane psy wozi się w mini wózkach i traktuje prawie jak dzieci 🙂

Kulinarne atrakcje

Do miasta przyjeżdża się dla słynnych ciastkarni, białej kopi i kurczaka. To znaczy, po to przyjeżdżają tu lokalni turyści – Chińczycy i Malajowie, bo przez pięć dni spotkaliśmy tylko bardzo pojedynczych turystów z Europy. Wszystkie te jedzeniowe atrakcje znajdują się w chińskiej dzielnicy. Tam trudno narzekać na brak ludzi. Wieczorami to nawet lekka przesada, bo kompletnie nie ma gdzie usiąść. Mimo że cała starsza część miasta wygląda jak jakaś filmowa dekoracja, w której na co dzień może w co dziesiątym domu faktycznie ktoś mieszka, a reszta stoi pusta, to jednak kilka kwartałów w okolicy Jalan Raja Ekram wieczorem niespodziewanie zaczyna tętnić życiem. Rozkładają się też nocne bazary z tandetą. Zacznijmy więc od ciastek. Słynne ciastka Heong Peng (po malajsku zwane Biskut Wangi) produkuje w Ipoh wiele różnych firm, zajmują się tym oczywiście Chińczycy. Są one z wierzchu dość mocno suche a w środku nadziewane żelowatą substancją która ponoć zrobiona jest z cebuli, maltozy i sezamu (tego pierwszego składnika kompletnie bym nie podejrzewała) i gdy dowiedziałam się o tym przeglądając informacje w internecie, byłam w lekkim szoku. Ciastka są oczywiście słodkie. Jak dla mnie Wszystkie chińskie ciastka smakują mocno podobnie, ale ja najbardziej gustuję w takich z nadzieniem zrobionym z fasoli. Tak więc przyznaję – jestem wielkim kulinarnym laikiem w dziedzinie chińskich ciastek, bo nawet nie potrafię docenić ich cebulowego nadzienia, ani znaleźć między nimi istotnych różnic. Częstowano nas nimi w kilku różnych sklepach i jak na mój gust ciężko było znaleźć pomiędzy nimi jakieś różnice. W racji klimatu są one bardzo bardzo suche a przy tym mocno słodkie i dość ciężko zjeść ich większą ilość. Jakoś nie potrafię obudzić w sobie zdeklarowanej miłości do chińskich ciasteczek, i moje opinie o nich są jednostronne. Więc jeśli obrażam właśnie uczucia ich miłośników, to bardzo przepraszam ale jakoś nie potrafię doszukać się w nich niczego co pozwoliłoby mi na zakup całej ich paczki. Natomiast wszyscy lokalni turyści kupują po kilka.

mal_ipoh_street-food_001.jpg

Jeden z dosyć znanych lokali produkujących słynnego kurczaka i część jego ekipy.

Kolejnym kulinarnym tematem z którym należy się na miejscu zapoznać, jest słynny kurczak Tauge Ayam. Jest to podobna wersja do dość popularnego w Malezji kurczaka po hainańsku, o którym pisałam już przy okazji Penangu.  Sekret polega na gotowaniu kurczaka w wodzie a następnie gwałtownym jego schłodzeniu, dzięki temu mięso zachowuje soczystość. Kawałki gotowanego i pociętego (a raczej porąbanego, jak tylko Chińczycy potrafią) kurczaka pływają w brązowym słodko-słonym sosie i posypane są kiełkami fasoli mung i zieloną cebulką i inną zieleniną.

Kolejną atrakcją jest white kopi o której pisałam w tym poście. To właśnie w Ipoh wynaleziono tę delikatną i interesującą kawę. Nie mam pojęcia dlaczego wszyscy fascynują się kawą kopi luwak, która w większości „produkowana” jest niestety metodą klatkową. Zwierzęta, które żywią się kawą, (w  przypadku kopi luwak łaskuny) spędzają całe życie w klatkach jak nasze kury znoszące jaja „3”. Nie wiedzieć czemu, kawa produkowana w ten sposób jest produktem elitarnym, a jajka z chowu klatkowego cieszą się wiadomą opinią. Natomiast genialna w smaku kawa „white kopi” jest mało znana w Europie, a jej produkcja nie jest obarczona dodatkowymi kosztami w postaci dręczenia zwierząt.

Parki

Kolejną atrakcją miasta są parki które wyrastają znienacka pośród monotonnej zabudowy. Dopiero w nich możemy trochę poczuć, że znajdujemy się w dość konserwatywnym i prowincjonalnym mieście. Chińczycy po prostu zwyczajnie uprawiają w nim jogging samotnie lub w parach i niczym się nie przejmują. Natomiast malajska młodzież spędza czas w nieprzemieszanych z sobą grupach.  Jedynie gdzieś w bardziej ustronnych miejscach napotykamy na bardzo młodociane pary, które na nasz widok prawie dostają ataku serca. Gdy trzy lata wcześniej byliśmy w Kuala Lumpur, raczej nikt tak bardzo nie przejmował się tam muzułmańskimi konwenansami. Tutaj jednak mają się one dość dobrze. Razem z tego typu obyczajami pojawiają się także coś,  co dość mocno mnie irytuje, a mianowicie wpatrujący się we mnie intensywnie lokalni mężczyźni (nigdzie w Malezji nie miałam okazji tego doświadczyć). Malezyjska prowincja wygląda więc pod względami obyczajowymi niego inaczej niż bardziej kosmopolityczne miejsca. Było to widać już po przyjeździe do miasta, nieopodal dworca kolejowego ogromny salaficki meczet podświetlony na kolorowo jak monstrualna choinka, dźwiękowo całkowicie dominował nad otoczeniem. Kazanie imama było słychać wiele przecznic dalej, podczas gdy inne meczety ograniczały się jedynie do wydawania dźwięków w czasie azanu. Na szczęście liczna obecność Chińczyków w mieście, którzy zupełnie nie przejmują się konserwatywnymi konwenansami, stanowi pewną przeciwwagę dla tego typu szaleństw. Jak wszędzie w Malezji panuje tutaj względna równowaga z której nikt nie jest do końca zadowolony. Tymczasem za niedługo napiszę kolejny wpis o Ipoh i jego ogromnych chińskich świątyniach, których odwiedziliśmy aż cztery.

Takie podcienia ciągną się w mieście kilometrami.

Zabronili prawie wszystkiego – takie znaczki witają przyjezdnych po wyjściu z dworca kolejowego. Podobne obrazki można znaleźć w parkach.

Jeden z miejskich parków.

 

Chińskie świątynie w Ipoh

Niektóre przewodniki turystyczne polecają pojechać do Ipoh ze względu na znajdujące się tu interesujące chińskie świątynie. Okazało się że całkowicie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Są to świątynie nie byle jakie, bo skalne. W okolicach miasta znajduje się ich aż trzydzieści! Ipoh otaczają zbudowane z wapienia góry i wszystkie świątynie powstały na zboczach tychże gór, więc ich naturalnym przedłużeniem są jaskinie. Zresztą dzięki takiej właśnie budowie geologicznej cała okolica jest niezwykle ciekawa, bo obfituje w ciekawostki geologiczne i mineralne źródła, wprost idealne na jednodniowe wypady. Na włóczenie się po chińskich świątyniach przeznaczyliśmy dwa dni. Pierwszego dnia wycieczka trochę się nam nie udała, bo w tygodniu świątynie są zamykane bardzo wcześnie, także jedyną sensowną opcją jest pojechać tam dość wcześnie rano (a my zrobiliśmy to po obiedzie). Niektóre z nich rozciągają się na całkiem sporym terenie – zawierają wydrążone w skale korytarze, albo miejscami dosyć odważnie poprowadzone między skałami chodniki. Świątynie nie są jakoś specjalnie zabytkowe – nie znajdziemy w nich zapierającej dech w piersiach architektury, bo całe miasto istnieje od dość niedawna, o czym można przeczytać w poprzednim wpisie. Wszystkim czterem, które udało nam się odwiedzić należą się ogromne plusy za nastrój jaki w nich panuje. Uwielbiam chińskie świątynie, za to że zazwyczaj dużo w nich się dzieje i za to jak w nich pachnie. Zapach kadzideł, owoców, dość oszałamiająco pachnących więdnących kwiatów w połączeniu z tłokiem i harmidrem tworzą mieszankę, w której bardzo lubię przebywać.  Dlatego do chińskiej świątyni można pójść na przykład po to żeby się w niej nawąchać 🙂 i zrelaksować. Nastrój posągów pogrążonych w spokojnej medytacji z pewnością nieco nam się udzieli, a jeżeli ktoś w takowej jeszcze nie był, na pierwszy rzut oka spostrzeże, że chodzi tutaj o coś zupełnie innego niż w europejskich religiach.

Na początek dwa obrazki ze świątyni Ling Sen Tong. Do kadzideł przyczepione są karteczki z prośbami (intencjami).

Świątynia powstała w naturalnych jaskiniach.

Tak w ogóle, to jaka to świątynia?

Czasem będąc w azjatyckich świątyniach mamy problem z przyporządkowaniem ich do konkretnej religii. Motywy buddyjskie, konfucjańskie i taoistyczne oraz lokalne, są w takich świątyniach tak przemieszane, że nieraz jest to niemożliwe do określenia. Na tak postawione pytanie czasem nie da się odpowiedzieć, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Często ze świątyń korzystają ludzie kilku różnych wyznań, a w poszczególnych jej częściach znajdują się miejsca kultu poświęcone na przykład Buddzie, jego lokalnym i mocno popularnym na danym terenie inkarnacjom, które na przykład są czczone również przez taoistów oraz obecne w lokalnych wierzeniach, a także postaci znane z chińskiej mitologii na przykład Ośmiu Nieśmiertelnych. Co dla nas wydaje się czymś kompletnie niezrozumiałym i niemożliwym do wykonania, tam przebiega bezkonfliktowo. Informacje o tym czy to świątynia buddyjska czy taoistyczna czy też może konfucjańska, znajdziemy głównie w przewodnikach dla Europejczyków, którzy najwyraźniej wyrośli w tradycji, która uwielbia „religijne szufladkowanie” i bez tego czują się nieswojo. Chińczycy niezależnie od wyznawanej religii nie widzą również niczego złego w odwiedzaniu i składaniu ofiar w dużej ilości świątyń wszelkiej maści, niezależnie od własnego wyznania, szczęścia bowiem nigdy za wiele. Jest to podejście totalnie odmienne od podejścia jakie mają do innych wyznań „religie księgi” (czyli, jeśli ktoś nie wie: judaizm, chrześcijaństwo i islam). W nich niestety różnice między poszczególnymi wyznaniami, szczególnie mocno podkreśla się i akcentuje, a nawracanie na swoją religię przy użyciu wszelkich możliwych środków przymusu, to coś co niestety bardzo mocno wrosło w nasz rejon świata. Zresztą czy jesteście w stanie wyobrazić sobie przeciętnego chrześcijanina i muzułmanina modlących się w świątyniach należących do drugiego wyznania? Azja wydaje się więc dla nas dość odległą planetą i nie mam tutaj na myśli wyłącznie znanych z pragmatyzmu Chińczyków 😉 Świetnym przykładem takiej religijnej koegzystencji spoza chińskiego kręgu kulturowego, może być na przykład nepalska świątynia Swayambhunath, w której swoje miejsca kultu mają zarówno buddyści jak i hinduiści. Widocznie religie po naszej stronie świata najwyraźniej do czegoś takiego jeszcze nie dorosły, chociaż oczywiście powoli to się zmienia. Podejmowane są wysiłki by dialog międzyreligijny stał się zjawiskiem codziennym i powszechnym, nadal jednak jest to dosłownie promil życia religijnego.

Świątynia Perak Cave Temple.

Jak zachować się w chińskiej świątyni

Tak samo jak w każdej innej, czyli przede wszystkim przestrzegać lokalnych zwyczajów. Nie przeszkadzać swoim „zwiedzaniem” ludziom w ich kulcie religijnym, zachowywać się dyskretnie i spokojnie. W chińskiej świątyni zazwyczaj panuje spory harmider, ludzie bez ogródek rozmawiają czy też robią sobie zdjęcia, podczas składania ofiar, oczywiście raczej nie „na tle” świętych wizerunków by nie odwracać się do nich tyłem. Spokojne i zrelaksowane sylwetki stojących w świątyni posągów, kontrastują z zamieszaniem które dzieje się dookoła. Tak więc jeśli tylko zachowujemy się cicho i dyskretnie, prawdopodobnie nasza obecność niespecjalnie zostanie nawet odnotowana. Ludzie w chińskich świątyniach poruszają się bardzo często z pękiem palących się kadzideł w ręku, więc warto uważać by na przykład nie wchodzić im w drogę. Nie raz w środku panuje tak duży tłok, że niechcący na przykład gdy robimy zdjęcia jakiegoś interesującego nas fragmentu świątyni, możemy zderzyć się z kimś niosącym kadzidła i rozmawiającym w tym czasie z kimś innym, więc warto mieć oczy dookoła głowy, albo przestać zajmować się tak głupimi zajęciami jak fotografia, w miejscu gdzie możemy przymnożyć sobie szczęścia i zasług w doczesnym życiu (lub następnych wcieleniach) i samemu zapalić ofiarną lampkę lub kadzidła.  Ludzie chodzą do chińskiej świątyni żeby złożyć ofiarę, co odbywa się poprzez spalenie czegoś, dlatego w sklepach z chińskimi dewocjonaliami tak popularne są na przykład fałszywe papierowe pieniądze, czy też miniaturowe modele domów, samochodów, czy też elektronicznych gadżetów. Jeśli więc ktoś zastanawiałby się po co komuś papierowy model najnowszego Iphone’a, to właśnie ma odpowiedź. Takie przedmioty pali się w specjalnych okolicznościach na przykład podczas świąt związanych ze zmarłymi lub pogrzebów, natomiast na co dzień, wystarczą do tego lampki i kadzidła. Sporo osób również nie zważając na rozgardiasz dookoła przychodzi do świątyni by sobie pomedytować i odpocząć od codziennych spraw.

Do chińskich świątyń chodzi się również po to, by w nich wróżyć. Astrologia jest dziedziną życia w Europie (za sprawą wiadomych przekonań religijnych) niemal „wyklętą” i kojarzącą się z czymś w najlepszym wypadku niepoważnym. W Azji natomiast do astrologa chodzi się po to by ustalić datę ślubu, czy też przeprowadzenia ważnych operacji w biznesie i finansach. Z usług astrologów korzystają także politycy – to nic wielkiego. Zresztą w Chinach to poważna dziedzina naukowa, której podstawą jest klasyczny taoistyczny tekst Księga Przemian – Yijing, który opisuje  przemiany materii, zilustrowane przy pomocy symboli – zwanych heksagramami.  Tekst był na tyle ważny i wpływowy, że opiera się na nim właściwie cała chińska kultura, a więc budowle, dzieła literackie, plastyczne, a nawet kuchnia. Regułami przemian posługiwano się także w wojnach, polityce interesach. Zamierzam kiedyś chociaż trochę zapoznać się z tym tematem, bo zdecydowanie zasługuje on na głębsze poznanie. Na pewno nie da się streścić go w paru zdaniach.

Ipoh świątynia Nam Thean Tong. Na pierwszym planie znajdują się pałeczki do wróżenia.

tai_bangkok_wat-chakrawat_001.jpg

Pałeczki z bliska w chińskiej świątyni Wat Chakrawat w Bangkoku.

Takie klimatyczne spiralne kadzidła znajdziemy w świątyni Ling Sen Tong.

A może w ogóle lepiej nie wchodzić by nie przeszkadzać

Czy w takim razie w ogóle warto wchodzić do chińskich świątyń, może lepiej nie przeszkadzać? Wydaje mi się że wchodzić do nich trzeba i to koniecznie, żeby uświadomić sobie gigantyczne różnice. Realia kulturowe w których wzrasta przeciętny (religijny) Europejczyk i przeciętny Chińczyk pod wieloma względami są krańcowo różne i odwiedzając w krótkim czasie świątynie obu tych tradycji doskonale będziemy mieli możliwość to sobie uświadomić. Jeśli tylko będziemy zachowywać się w nich odpowiednio miejscowi ludzie na pewno nie będą mieć niczego przeciwko. W Chinach w których byliśmy w 2008 roku, w każdej świątyni ludzie robili sobie z nami zdjęcia. Gdzie indziej miejscowi reagują na gości z zewnątrz przyjaźnie, ale w sposób raczej się nie narzucający. Trochę inaczej wyglądało to w 2017 roku na Tajwanie, gdzie wielu Chińczyków nie proszonych specjalnie o to, wyjaśniało nam zawiłości lokalnych wierzeń i mitologii. Tam traktowanie gości z zewnątrz w miejscach kultu jest wspaniałe i można je przyrównać chyba tylko do odwiedzania tureckich meczetów (z których nieraz wychodziliśmy po kilku godzinach). Chińczycy ogólnie mają jednak, w porównaniu do Turków, podejście odrobinę mniej się narzucające i jeśli wyraźnie nie chcemy, nie będą zajmować nam tak dużej ilości czasu. Ja jednak zawsze ogromnie podziwiam i szanuję ludzi, którzy nie przejmując się różnicami językowymi i kulturowymi starają się trochę wyjaśnić ludziom z zewnątrz lokalne realia. To najlepsza wizytówka danej religii, nieprzystająca do absurdów jakie serwują nam politycy i media i to właśnie z takich źródeł trzeba czerpać wiedzę o nich.

Świątynia Perak Tong Cave Temple. Psy świątynne, każdy z nich posiada na uchu kolczyk z numerkiem i są regularnie dokarmiane.

Perak Tong Cave Temple.

W momencie w którym to piszę odwiedziłam już dziesiątki chińskich świątyń. Jednak jeśli znajdziemy się w takiej świątyni po raz pierwszy, niesamowicie uderzające są spokój, równowaga, stabilność i harmonia jaką dosłownie emanują wszystkie przedstawione w świątyniach wizerunki bogów.  Nie znajdziemy tutaj raczej rozdzierających scen znanych ze średniowiecznych katedr, a więc diabłów i kościotrupów, scen tortur, oraz powyginanych ciał pokrytych skrzepłą krwią i przybitych do krzyża. Jeśli po miesiącu spędzonym w Azji nieopatrznie znajdziemy się w jakiejś europejskiej świątyni sprzed kilkuset lat, szok mamy gwarantowany. W azjatyckich świątyniach jest po prostu znacznie mniej obsesyjnie. Postaci o odrobinę bardziej negatywnych konotacjach, czyli na przykład wizerunki strażników świątyni, czy też demonów, nie są przedstawiane jako potencjalne zagrożenie, bo im także należy się szacunek. Są one traktowane jak dopełnienie – absolutnie konieczne, bo bez nich ta „bardziej pozytywna” strona po prostu nie mogłaby zaistnieć. Nie stanowi to swoistego przyzwolenia na zło, co usilnie starają się wmówić swoim „owieczkom” przeróżni oszołomi. Cierpienie czy też zło stanowią po prostu nieodłączny element życia  bez których, czy tego chcemy czy nie, nie da się egzystować. Takie pozbawione skrajności rozumiejące i akceptujące wszystkie aspekty egzystencji podejście, umożliwia moim zdaniem znacznie szczęśliwsze życie tu i teraz, dlatego warto z ogromnym szacunkiem podejść do wszystkiego co się w takiej świątyni odbywa. Pod tym względem Azjaci mają lepiej i to już od urodzenia, bo wzrastają w o wiele rozsądniejszej tradycji religijnej. Zresztą wystarczy popatrzeć na historię i spróbować dowiedzieć się ile wojen religijnych miało miejsce w Azji i przez kogo były one w dużej mierze spowodowane. Obsesyjne skupianie się na tak zwanym „dobru” – próba zwalczania wszelkich możliwych aspektów zła także w samym sobie, nie kończą się niestety dobrze dla równowagi psychicznej wyznawcy, (to takie moje osobiste doświadczenia z zagorzałymi wyznawcami różnorakich religii) ale wróćmy może do świątyń w Ipoh.

Świątynie w Ipoh

Świątynie Ling Sen Tong, Nam Thean Tong oraz Sam Poh Tong znajdują się tuż obok siebie ich naturalnym przedłużeniem jest jaskinia usytuowana na zboczu Gunung Rapat, więc możemy je wszystkie odwiedzić za jednym zamachem. Oczywiście każda z nich nie wygląda tak samo i da się między nimi zauważyć istotne różnice. Świątynia Ling Sen Tong jest pierwszą świątynią którą napotykamy – znajduje się tuż przy głównej ruchliwej ulicy i jest najnowsza i najbardziej kiczowata ze wszystkich odwiedzonych przez nas w Ipoh świątyń. Znajduje się w niej bardzo dużo figur różnych zwierząt i dosyć klimatyczne spiralne kadzidła. Świątynia ma niewielką wartość zabytkową, dlatego można wewnątrz niej dokonywać ofiar całopalnych. Wszystkie postaci są więc w dużym stopniu pokryte dymem. Warto zdać sobie sprawę że wszystkie chińskie świątynie musiały właśnie tak wyglądać. Warto wybrać się w jej wyższe partie – pokryte dymem jaskinie w których kiedyś medytowali lokalni święci.

Formacje skalne w górnej części świątyni Ling Sen Tong

Kadzidła ofiarne w jaskini górnej części świątyni Ling Sen Tong.

Świątynia Nam Thean Tong również mocno pokryta jest wewnątrz dymem i znajduje się w niej dużo postaci znanych z chińskiej mitologii.

Świątynia Nam Thean Tong, postaci z chińskiej mitologii.

Świątynia Sam Poh Thong pochodzi z 1950 roku i jest sporych rozmiarów kompleksem jaskiń i architektury. Gdybyśmy mieli zbyt mało czasu na wszystkie trzy świątynie to właśnie tę – położoną najdalej od strony ruchliwej ulicy warto zobaczyć najbardziej. Była pierwszą ze wszystkich trzech świątyń zbudowanych w tym miejscu. Jaskinia, która roztacza się za wszystkimi świątyniami została odkryta w 1890 roku przez chińskiego mnicha, który zdecydował się w niej zamieszkać i medytować. Żył w niej 20 lat aż do śmierci. Obecnie istnieje tam buddyjski klasztor, oraz dość skomplikowana świątynia z której roztacza się widok na miasto. Warto pochodzić po całym jej obszarze, zobaczyć basen z żółwiami i pawilony ukryte między skałami.

Świątynia Sam Poh Tong.

Największy i najbardziej tłoczny kompleks świątynny w Ipoh – świątynię Perak Tong, której początki datuje się na 1929 rok  znajduje się w innej części miasta i rozciąga na dość sporym obszarze, pokrytym wykutymi dość śmiało w skale chodnikami i porozrzucanymi tu i ówdzie pawilonami. To najchętniej odwiedzana przez wiernych świątynia. Będąc tam w dzień roboczy nie spotkaliśmy tam tłumów osób, jednak wtedy skaliste otoczenie świątyni to popularne miejsce randkującej młodzieży.

Tak wygląda wejście do świątyni.

A tak tereny do niej przylegające po których można pospacerować.

Odpoczywając w kilku ciekawie położonych pawilonikach (niestety komary nie odpuszczają i chcą nas zjeść).

Miejscami można poczuć się nawet trochę jak w dżungli.

Skały pokryte są inskrypcjami (niestety w tej kulturze jeśli chodzi o czytanie to jestem niestety zupełnym analfabetą).

Za świątynią roztaczają się takie widoki.

Nie ma jednak kiedy nimi się porozkoszować, bo zbiera się na burzę a komary dosłownie szaleją.

Miejscami klimat jest wspaniały.

I robi się nieco skaliście.

Można spotkać liczne małpy i poczuć się jak na wycieczce za miastem.

Nie należy więc chodzić po terenie świątyni Perak Tong z jedzeniem w ręku, bo można łatwo go stracić. Skalne chodniki są przez nie gęsto oblegane.

Penang 2015 (część pierwsza)

No i stało się. Całkiem szybko po poprzedniej wizycie, los znowu rzucił nas na Penang. No to zostaliśmy tydzień i prawie na nic więcej w Malezji nie starczyło nam już czasu. Skoro mając na cały wyjazd w sumie miesiąc, zamiast poznawać nowe miejsca, poświęcam tydzień na zostanie w tym samym w którym już byłam, to musi ono być wyjątkowe. Zresztą już o tym pisałam. Co można tam robić przez cały tydzień? Bez pośpiechu przyglądać się chyba najbardziej fascynującej mikro społeczności (mieszance kultur i religii) jaką kiedykolwiek widziałam. I oczywiście po kolejnym tygodniu nadal nie mam dosyć i koniecznie muszę tam wrócić na dłużej. Co zmieniło się od 2012 roku kiedy poprzednio tutaj byliśmy? Ano na przykład w niektórych miejscach zrobiło się tak:

mal_penang-georgetown_streetart-turysci_001.jpg

Akurat mieszkaliśmy i przechodziliśmy co najmniej kilka razy dziennie obok „słynnego street artu” i kolejka osób chcących zrobić sobie przy nim zdjęcie stała dość często.

Oby tylko niebawem całe historyczne centrum nie stało się martwą dekoracją jak jakaś Wenecja. Na szczęście nadal jest jeszcze w miarę spokojnie i leniwie. Na razie większość stanowią lokalni azjatyccy turyści. Niemniej jednak już zrobiło się dużo bardziej turystycznie, co widać chociażby po cenach noclegów. W samym centrum nie znajdziemy już „na pęczki” niedrogich noclegów, jak kilka lat temu a hotel w którym poprzednio mieszkaliśmy przestał istnieć (zawsze takie wybieramy).

Poprzednio pisałam Wam, że do oglądania i jedzenia jest tutaj bardzo dużo ze względu na szaloną wręcz różnorodność. Na lotniskach, dworcach w hotelach (i w informacji turystycznej) już poprzednim razem w 2012 roku, można było znaleźć na przykład dosyć obszerne i sensowne materiały na temat lokalnego „food heritage”, albo unikatowego street artu. W tej chwili opisanych zagadnień lokalnego dziedzictwa kulturowego i materialnego jest znacznie więcej. Wydawane są w formie książeczek i monograficznie opisują na przykład lokalne chińskie świątynie klanowe, albo tradycyjne sklepy (byłam w kilku), wytwórców lokalnych przysmaków, czy też dziedzictwo materialne i niematerialne zamieszkujących wyspę muzułmanów. Jako że nie jesteśmy zbyt pilni, ze zdobytych materiałów skompilowaliśmy własny zestaw miejsc w których jeszcze nie byliśmy i wybitnie lokalnych potraw których jeszcze nie jedliśmy. Zresztą Penang staje się (przynajmniej dla bogatszych Azjatów) mekką street foodu. Bardzo popularne dzięki tanim lotom są wyjazdy weekendowe, gdzie przez większość czasu chodzi się po lokalach i relacjonuje swoje kulinarne podboje na portalach społecznościowych. Ponoć można tutaj zjeść „wszystko” w cenach o wiele niższych niż na przykład w Tokio czy Seulu, stąd cała masa turystów z nieco dalszego wschodu. Takich rewelacji dowiedzieliśmy się siedząc w jednej z najbardziej kultowych nocnych jadłodajni, ale o tym za chwilę.

mal_penang_georgetown-ulica_004

No i znowu nie wiadomo czy to już street art, czy jeszcze normalne niezamierzone efekty życia w tropikach.

Do wielu miejsc przynajmniej w jedną stronę szliśmy piechotą, albo wsiadaliśmy do transportu publicznego przeszedłszy wcześniej parę kilometrów żeby pooglądać okolice, dużo razy też się gubiliśmy, dzięki temu nie zaliczaliśmy tylko kolejnych miejsc punkt po punkcie, ale sporo mogliśmy się „napatrzeć”. Komfort bycia gdzieś nie po raz pierwszy sprawia, że nie ciągnie nas w żaden sposób do popularnych wymienianych we wszystkich materiałach miejsc, bo niektóre z nich „zaliczyliśmy” za pierwszym razem.

Najciekawsze w tym wszystkim jest totalne kulturowe wymieszanie wszystkiego ze wszystkim. W wersji azjatyckiej wygląda to lepiej niż w europejskiej. Może dlatego że na te tereny wszyscy przybyli w tym samym czasie i od tej pory nauczyli się jakoś obok siebie koegzystować. Oczywiście nie mam tutaj na myśli że wszyscy mieszają się z sobą i przenikają wbrew barierom jakie tworzą narodowości, zwyczaje i wyznania – ludzie raczej obracają się przede wszystkim we własnych społecznościach, ale na jednej ulicy koegzystują z sobą bez większych problemów chińska świątynia, meczet i przeróżne hinduskie biznesy. Nikt nikogo nie nienawidzi i nie pragnie wyspy tylko dla siebie. Chińskie lokale z wieprzowiną i alkoholem stoją tuż nieopodal jadłodajni halal i nikt nie chce palić ani niszczyć konkurencji, wszyscy zajęci są zarabianiem pieniędzy. Nikt nie biadoli że obok niego mieszkają jacyś odmieńcy. Chodząc ulicami Penangu trudno do końca uwierzyć w to co się widzi, bo ma się odczucie jakbyśmy na przestrzeni kilkuset metrów, teleportowali się kilkakrotnie do różnych krajów. Po tygodniu spędzonym tutaj rzeczywistość znacznie mniej mnie dziwi. Pomieszanie wpływów jest tak duże że co chwilę przenosimy się z Chin do Indii zahaczając o Indonezję, Birmę czy Tajlandię a wszystko to także z domieszką wpływów arabskich.

Jak więc tym razem plątaliśmy się po Penangu? Bardzo chaotycznie i przypadkowo. Najpierw pojechaliśmy do

Bat Cave Temple

W buddyjskiej ( i hinduistycznej) części Azji dość typowe są świątynie poświęcone różnym zwierzętom. Oddaje się im cześć, bo w takiej formie możemy się przecież odrodzić w kolejnym życiu. Niektóre, jak słynna tajska świątynia tygrysów przy okazji robią obrzydliwy biznes na cierpieniu zwierząt, jednak większość z nich powstała w sposób naturalny, a nie z potrzeby zarobienia na turystach – po prostu niektóre zwierzęta z jakiś przyczyn otacza się w danym miejscu kultem. Czy same zwierzęta się z tego cieszą to już inna sprawa, ale taka jest tam tradycja i trudno się z nią sprzeczać. Świątynia nietoperzy na Penangu powstała około roku 1917, początkowo na zupełnym odludziu. W jaskini medytował znany mnich mistrz feng shui, który ochronił nietoperze przed szkodliwym działaniem człowieka. Świątynia poświęcona jest lokalnemu bóstwu Tua Pek Kong, który jest bogiem powodzenia bogactwa i dobrobytu. Przed ołtarzem poświęconym temu bogu, zostawia się puszki z piwem Guinness i innymi wysokoenergetycznymi napojami. Świątynia jest zupełnie spokojna i kameralna. Leży na uboczu z dala od popularnych na wyspie miejsc, nieco dalej zaczynają się zalesione stoki Bukit Bengara. Po wyjściu z autobusu idzie się kawałeczek pod górę wzdłuż chaszczy i na wpół zburzonych domów. Kiedy tam byliśmy, jedynie kilku Chińczyków postanowiło rano przed pracą wpaść do niej i zapalić kadzidło lub złożyć niewielką ofiarę. Turysty (oprócz nas) nie spotkaliśmy ani jednego. W świątyni znajduje się jaskinia w której mieszkają prawdziwe, całkiem sporych rozmiarów nietoperze. Ludzie co chwilę wchodzą do tej samej jaskini i trochę im chyba przeszkadzają paląc ofiarne lampki.

mal_penang_bat-temple_001.jpg

Wejście do świątyni nietoperzy.

mal_penang_bat-temple_002.jpg

Jaskinia w której mieszkają zwierzęta, znajduje się w niej także ołtarz na którym palą się ofiarne lampki.

Burmese Temple

W zupełnie innym miejscu na wyspie, w północnej części Georgetown, znajduje się świątynia birmańska. Trochę błądziliśmy zanim udało nam się w końcu do niej dotrzeć. Jest to ponoć jedyna świątynia birmańskiego buddyzmu znajdująca się poza Birmą. W kraju tym panuje buddyzm Theravada, taki sam jaki dominuje w Tajlandii. Świątynia pochodzi z 1803 roku i znajdują się w niej niesamowicie piękne zdobienia z drewna tekowego, oczywiście wykonane ręcznie. Świątynia zajmuje całkiem spory teren, na którym rozpościera się zadbana zieleń. W normalny dzień miejsce jest niezwykle spokojne. Główny pawilon świątyni robi oszałamiające wrażenie dzięki ażurowym rzeźbieniom i pięknym posągom licznych buddów w pełnych gracji póz. Budynek jest bardzo przewiewny – jest w nim względnie chłodno bez jakiejkolwiek klimatyzacji, dzięki wykorzystaniu naturalnych ciągów wentylacyjnych. Choćby z tego względu warto tam pojechać, żeby zobaczyć jak niezwykle się kiedyś budowało. Teraz w Azji zazwyczaj stawia się ohydne betonowe klocki, które zużywają masę prądu bo bez gargantuicznej mocy klimatyzacji nie sposób nijak tego schłodzić.

Niektóre bardziej współczesne ozdoby w ogrodzie odrobinę przypominają Licheń, jednak zrobione są z większym wyczuciem i gracją ale trochę ocierają się już o religijny kicz. Inne fragmenty świątyni starzeją się jednak z godnością i posiadają wspaniały klimat. Miejscami gdzieniegdzie odchodzi farba i budynki nabierają tej charakterystycznej tropikalnej patyny, którą bardzo uwielbiam, a która powstaje w wyniku smagania budynków ulewnymi deszczami i wysoką wilgotnością przez cały rok.

mal_penang_burmese_temple_002.jpg

Wejścia pilnują przepiękne wizerunki strażników.

mal_penang_burmese_temple_006.jpg

Są tak piękne, że aż wrzucę Wam obie części drzwi.

mal_penang_burmese_temple_003.jpg

Dalej jest jeszcze ładniej.

mal_penang_burmese_temple_004.jpg

A to główna statua buddy w najważniejszym pawilonie świątyni.

mal_penang_burmese_temple_005.jpg

Dopiero z innej perspektywy widać obłędne wykończenie w całości – misterne rzeźbienia w drewnie tekowym. Wyglądają tak niesamowicie, że trudno stamtąd wyjść.

mal_penang_burmese_temple_008.jpg

W nowszych budynkach także warto skupić się na detalach.

mal_penang_burmese_temple_007.jpg

Zieleń świątyni to także osobny temat na zdjęcia ale więcej ich się tu nie zmieści.

mal_penang_burmese_temple_001.jpg

A to bardziej licheńsko kiczowaty motyw. Fontanna z obracającymi się skarbonkami do których można wrzucać monety. Każda z nich to jakaś inna opcja w życiu na przykład dobra praca, albo szczęśliwa rodzina. Nawet udało mi się trafić za którymś razem, do takiej na której pisało że będę mieć szczęście, ale to dla mnie nic nowego, bo szczęście to akurat zawsze mam 🙂 i na jego brak na prawdę nie mogę narzekać.

Będąc już w temacie świątyń, naprzeciwko znajduje się świątynia tajska. Tak długo zeszło nam w świątyni birmańskiej że tajską właśnie zamykali, ale pozwolili nam na szybko wpaść do niej i zobaczyć jak jest w środku.

Thai temple czyli Wat Chaiyamangalaram

Znajduje się naprzeciwko świątyni birmańskiej. Pierwsza świątynia powstała około 1900 roku na terenie podarowanym w 1845 społeczności tajskiej zamieszkującej Penang, przez samą królową Wiktorię. Dawna świątynia nie zachowała się do czasów współczesnych – została znacząco przebudowana i prezentuje współczesne tajskie budownictwo sakralne. Świątynię wybudowali tajscy mnisi. Znajduje się tutaj trzeci co do wielkości leżący Budda na świecie, ale to chyba wszystko co pozytywnego można o tej rzeźbie napisać. Jest mocno ludowa, ale w wydaniu za jakim chyba niezbyt przepadam. Natomiast na postumencie na którym leży Budda znajdują się rozliczne wnęki na urny z ludzkimi prochami. Najchętniej pooglądałabym sobie rozliczne twarze ludzi przez co najmniej godzinę, ale ze świątyni każą szybko nam wychodzić. Nie wiem czy wstawić tam swoją urnę mogą jedynie członkowie tajskiej diaspory, czy też wyznawcy buddyzmu therawada, czy też osoby, które po prostu za to wystarczająco zapłaciły i uznano, że liczba ich zasług była wystarczająca by spocząć w tak szacownym miejscu, niemniej jednak wygląda to super i w sumie to zazdroszczę wszystkim mieszkańcom urn, że tak fajnie prezentują się po śmierci. W świątyni oprócz ogromnego leżącego budy znajdują się liczne ważne przedstawienia typowe dla tajskiej odmiany tej religii, oraz posągi słynnych mnichów o których można poczytać na przykład tutaj.

mal_penang_thailand-temple_004.jpg

Leżący budda najładniejsze ma stopy.

mal_penang_thailand-temple_003.jpg mal_penang_thailand-temple_002.jpg mal_penang_thailand-temple_001.jpg

Kapitan Keling Mosque

Na końcu, jeśli jesteśmy już w temacie odwiedzonych tym razem świątyń, będzie też meczet – ten najsłynniejszy i najbardziej charakterystyczny na Penangu. Pochodzi z 1801 roku, wybudowany przez hinduskich muzułmańskich kupców – Tamilów. Ostatnio nie mieliśmy okazji zobaczyć go od środka. Teraz zaś udało się nam tam wejść, ale byliśmy bardzo krótko. Zazwyczaj tak się składa że najwięcej czasu spędzamy w meczetach. Jako że są przeważnie dosyć puste, by nic nie rozpraszało wiernych od oddawania czci Bogu, nie ma tam zbyt długo czego oglądać, ale zazwyczaj ktoś zaczyna z nami rozmawiać. Jakoś tak się składa że muzułmanie są chyba najbardziej otwarci i kontaktowi, albo po prostu takie mamy szczęście. Tym razem też mieliśmy szczęście, ale innego typu bo przed rozmową ocalił nas azan, czyli wezwanie na modlitwę. Kiedy tylko weszliśmy na dziedziniec zostaliśmy zawróceni do stojącego nieco dalej budynku, żeby rzekomo zapoznać się z zasadami obowiązującymi w świątyni. Przywitał nas starszy już wiekiem brodaty imam (pochodzenia malajskiego) i poczęstował wodą. Ze zdumieniem zauważyliśmy ogromne kolorowe tablice, służące do nauczania islamu, swoją retoryką bardzo mocno przypominające nauki świadków Jehowy :). Świat przedstawiony na nich jest idealnie czarno-biały. Tylko na wybrańców z ich odłamu czeka oszałamiające zbawienie, a na wszystkich innych przygotowane są straszliwe kary piekielne. Słuszna jest tylko jedna jedyna wiara. Imam prezentował najczystszy wahabizm i właśnie się rozkręcał, na szczęście przerwało mu wezwanie na wieczorną modlitwę. Oczywiście poprosił nas byśmy na niego zaczekali, jednak słuchanie tak koszmarnie jednostronnej, konserwatywnej, tępej i topornej wersji obojętnie jakiej religii, przyprawia mnie o mdłości (tak samo jak i niektórych przejawów naszego rodzimego katolicyzmu) więc wzięliśmy nogi za pas. Niestety nie zdążyłam się zapytać kto tak hojnie inwestuje w nauczanie anglojęzycznych przybyszów, czy to Malezja, czy może jednak Arabia Saudyjska i byłam tym faktem mocno niepocieszona. Najgorsze chyba rzeczy imam mówił o swoich sąsiadach hinduskich muzułmanach, zupełnie odżegnując ich od czci i wiary, a przecież meczet powstał właśnie dzięki nim.

mal_penang_georgetown-capitan-keling-mosque_002

Wygląda bajkowo i bardzo sympatycznie czego niestety zupełnie nie można powiedzieć o poglądach opiekunów świątyni.

Nasi Beratur Stall

Jeśli już jesteśmy przy tym meczecie, przeskoczmy może na znacznie przyjemniejszy temat jedzenia. Otóż w budynku leżącym tuż przy ogrodzeniu meczetu w kompletnie odjechanych godzinach działa jedna z najsłynniejszych jadłodajni na Penangu. Normalnie dosyć trudno w niej zjeść. Akurat mieszkaliśmy bardzo blisko i codziennie wieczorem tamtędy przechodziliśmy, więc dwa razy się udało. Lokal jest czynny w kompletnie niemożliwych godzinach bo od godziny 22 do około 2 w nocy, czyli tradycyjnie w porze między dwoma muzułmańskimi modlitwami. Czasem już o 20 ustawia się do niego kolejka. Okazuje się że w Azji można otwierać swój biznes niemal w środku nocy na dwie-trzy godziny (czasem lokal zamyka się wcześniej, bo wszystko zostaje już sprzedane i zjedzone) i przy okazji być jednym z najsłynniejszych street-foodowych lokali na całej wyspie :). Lokal sprzedaje tylko jedną potrawę – nasi kandar, za to robi ją tak perfekcyjnie, że przed ich marnie wyglądającym stoiskiem ustawia się kolejka ludzi ze wszystkich stron świata, lokalnych i turystów i czeka czasem na przykład godzinę (nieraz w deszczu) na wolny stolik, przy czym przez „stolik” należy rozumieć miejsce na małym plastikowym krzesełku i z nogami pod brodą. Nasi kandar to potrawa, którą każdy komponuje sobie sam. W jej skład wchodzi ryż i aksamitny, idealnie wyważony w smaku sos curry, oraz różne dodatki w rodzaju bakłażana, świeżego ogórka, jajka pod różną postacią, ogromnych i genialnie przyrządzonych niemożliwie chrupiących krewetek czy kalmarów i różnych rodzajów soczystego mięsa o idealnej konsystencji, oczywiście bez wieprzowiny (jadłodajnia jest halal). Cena potrawy rośnie w zależności od ilości mięsnych dodatków, lecz kosztuje mniej więcej tyle samo co w każdej innej ulicznej jadłodajni.

Przed godziną 22 w tym samym lokalu działa inna jadłodajnia. Nie jest ona tak sławna jak ta nocna, o której szyld informuje, że posiada niezmienną tradycję od roku 1943. W nocy przed lokalem widać nieraz chaotycznie zaparkowane samochody i policję straszącą sygnałami świetlnymi i dźwiękowymi kandydatów do wystawienia mandatu. W tym miejscu jest bowiem bezwzględny zakaz parkowania, ale sporo osób niewiele sobie z tego robi i woli zatrzymać się na kultowe jedzenie. Na resztki pod stołem czekają zmanierowane, tłuste koty. Jedzenie tam jest dość męczące. Nie dość, że w środku nocy i wymaga czekania i stania w kolejce, to jeśli już zdobędziemy swoją porcję, nad naszą głową stoją kolejni wygłodniali kolejkowicze z zazdrością patrząc na nasz talerz, a koty usiłują skorzystać z chwili nieuwagi i przechwycić coś dobrego. Nikt jednak na to nie zważa, a wszystkie te przeszkody tylko dodają smaku wyjątkowemu jedzeniu.

mal-penang_georgetown_nocny-street-food_003.jpg

Panowie profesjonalnie pozują do zdjęć, widać że to dla nich chleb powszedni 🙂 uwijają się jak w ukropie, mimo to żaden nawet się nie poirytował gdy plątałam się wśród nich z aparatem.

Hainan Chicken Rice

Kolejne kultowe jedzenie, z którym zapoznaliśmy się tym razem,  pochodzi z chińskiego kręgu kulturowego. Słynne lokalne znajdują się na Lebuh Cintra na przykład nieopodal niesamowicie sławnej, wymienianej we wszystkich materiałach chińskiej piekarni Leong How Keng’s bakery shop, która słynie z tarty kokosowej i fasolowych ciastek (a działa od trzech dekad). Nieopodal piekarni działają lokale specjalizujące się w kaczce i kurczaku. Pracują przed południem, tak że około 14 zostają już tylko zupełne resztki. I na takie właśnie resztki załapaliśmy się my. Właściciel podrapał się po głowie i stwierdził, że spróbuje jeszcze skombinować nam 2 porcje. Zazwyczaj unikam jedzenia kurczaka (ale kaczki w lokalu obok już nie było) bo jest to chyba najstraszniej naszpikowane chemią mięso, lecz to danie było po prostu oszałamiające. Przyprawione unikatowym sosem sojowym mięso o idealnej wprost konsystencji z warzywnymi dodatkami. Właściciel opowiedział nam, że jest czwartym pokoleniem  imigrantów z chińskiej wyspy Hainan. Od kilkudziesięciu lat w lokalu przygotowuje się tylko jedną potrawę – kurczaka po hainańsku. Wszystkie ściany wyłożone są artykułami z gazet na temat słynnego kurczaka i serwującej go rodziny, a receptura dopracowywana jest od czterech pokoleń. Chciałam zrobić zdjęcie właścicielowi, ale właśnie kończył pracę i wyglądał strasznie. Był cały czerwony i spocony w poplamionych sosem i tłuszczem ubraniach, jakby właśnie wrócił z frontu lub dowodził jakąś skomplikowaną operacją. Dziennie przyrządza wraz z kilkoma pracownikami kilkadziesiąt kurczaków, a sekret sosu jest pilnie strzeżoną tajemnicą rodzinną.

mal-penang_georgetown_street-food_001.jpg

Hainan Chickien Rice – trudno uwierzyć że coś tak niepozornie wyglądającego może być tak oszałamiająco pyszne, ale to prawda.

Zostając w temacie jedzenia, a w szczególności przypraw, symbolami Penangu oprócz palmy betelowej , znajdującej się na godle i fladze wyspy, jest muszkatołowiec. To właśnie nadzwyczajna obfitość tych dwu roślin zadecydowała że Penang stał się jedną z pierwszych posiadłości Imperium Brytyjskiego w Azji. Pod ich panowaniem Penang stał się centrum produkcji przypraw Azji Południowo-Wschodniej, co złamało monopol Holendrów na handel kolonialnymi dobrami. Gałka muszkatołowa była w przeszłości dla wyspy surowcem niezwykle ważnym, dzięki któremu stała się jedną z „pereł Orientu”.

Gałka muszkatołowa i jej przetwory

Na Penangu możemy na przykład wypić różne dziwne napoje ze świeżej gałki. Są straszliwie jadowite, bo dosyć pikantne i nie pomoże nawet zasypanie napitku dużą ilością cukru. Zdecydowanie nie warto go pić na pusty żołądek. Niemniej jednak, pomimo jego mocy, nie zaobserwowałam na sobie żadnego oddziaływania halucynogennego. Handlem wyrobami z gałki zajmują się na Penangu Chińczycy. Oprócz samej przyprawy, czyli pestki, kupimy też tutaj suszony owoc gałki, czy suszoną czerwoną otoczkę (osnówkę) pestki. Warto też zaopatrzyć się w olejek eteryczny, który znacząco pomaga na kontuzje, dolegliwości i bóle związane z mięśniami. Wytwarzają go chińskie rodziny od pokoleń handlujące tym surowcem, więc jak dla mnie jest to wiarygodne źródło jego pochodzenia. Kupiony od nich olejek na prawdę pomaga i leczy różne bóle, jest rewelacyjnym, silnie przeciwzapalnym składnikiem maści na mięśnie a jego zapach jest genialny 🙂

mal_penang_napoj-z-galki-muszkatolowej_001.jpg

Taki oto mocno pikantny, gorący i przeraźliwie słodki syropek z gałki można dostać w chińskich jadłodajniach. Siódme poty gwarantowane.

mal_penang-galka-muszkatolowa-oslona_001.jpg

Tutaj z kolei suszy się otoczka pestki. Świeża ma piękny czerwony kolor. Te które możemy dostać w Polsce są zupełnie wyblakłe – droga którą muszą pokonać trwa bardzo długo.

mal_penang-galka-muszkatolowa_001.jpg

Na końcu gałka w najbardziej znanej nam formie w Tropical Spice Garden, gdzie można także pooglądać całą żywą roślinę.

Na koniec tej części może coś z zupełnie innej beczki. Miejsce stworzone z myślą o obcokrajowcach, by mogli pooglądać sobie tropikalne przyprawy, nawiązujące do historii wyspy, która rozwinęła się dzięki handlowi tymi właśnie dobrami.

Penang Tropical Spice Garden

To całkiem fajny pomysł umożliwiający ludziom nie żyjącym na co dzień w tropikalnym klimacie pooglądać popularne rośliny w tym przyprawy i zioła w sumie około 500 gatunków. Rośliny są dokładnie opisane, wszystkiego można dotknąć i powąchać. Oczywiście o żadnej prawdziwej „tropical adventure” jak twierdzi strona internetowa parku, raczej nie może być mowy. Jest to po prostu niewielkich rozmiarów ogród z ładnie opisanymi najpopularniejszymi roślinami. Czasem można poczytać o nich także ciekawe anegdoty legendarne, religijne i historyczne. Na terenie parku znajduje się także sklep z o wiele za drogimi ziołami, przyprawami i kosmetykami, a także szkoła gotowania. Fajnym pomysłem jest na przykład pokazanie do czego można wykorzystać lokalne olejki i zioła. W jednym miejscu pracownicy parku częstują aromatycznymi herbatkami z lokalnych ziół czy też można posmarować się na komary olejem z dodatkiem cytronellowego olejku eterycznego. Jest ich oczywiście pod dostatkiem i niespecjalnie przejmują się tym, że posmarowaliśmy się czymś co ma je odstraszyć. Dzięki wizycie w Ogrodzie Przypraw wiem już jak wygląda pieprz, imbir czy słynna palma betelowa. Najfajniejsze jest to że Malezję zamieszkują dwie mniejszości narodowe mające największy wpływ na kulturę całego kontynentu: Chińczycy i Hindusi. Mogłam także przekonać się jak pachną wszystkie najważniejsze przyprawy i zioła w obydwu kuchniach. Dzięki temu zioła takie jak tulsi, liście curry czy galangal nie stanowią już dla mnie obiektu nieznanego. Można także dowiedzieć się jakie rośliny są wybitnie trujące, a z jakich robi się niezwykle cenne instrumenty muzyczne. W sumie gdyby nie żarłoczne komary można by było zostać tam cały dzień. Kolejną wadą ogrodu jest to, że nie można w nim niczego zjeść, jeśli chcemy wybrać się tu na cały dzień warto mieć z sobą jakiś prowiant.

mal_penang-tropical-spice-garden_002.jpg

Na terenie ogrodu przyprawowego można podziwiać (naprawdę mikroskopijny) fragment lasu deszczowego.

mal_penang-tropical-spice-garden_005.jpg

Pooglądać różne epifity i trochę o nich poczytać, bo to bardzo ciekawe.

mal_penang-tropical-spice-garden_007.jpg

A tutaj zaplątał mi się kaktus z Kolumbii – Pereskia bleo

mal_penang-tropical-spice-garden_004.jpg mal_penang-tropical-spice-garden_003.jpg mal_penang-tropical-spice-garden_006.jpg mal_penang-tropical-spice-garden_001.jpg

Park Narodowy Koh Tarutao

Będąc w kraju który posiada niemożliwie długą linię brzegową oraz mnóstwo pięknych wysp, warto chociaż przez kilka dni pobyć gdzieś nad morzem. Niestety tak myślą wszyscy ludzie, którzy tłumnie Tajlandię odwiedzają, czego efektem są „atrakcje” w rodzaju full moon party. Najpopularniejsze morskie destynacje to miejsca w których koncentruje się to czego w tym kraju wolałabym jak najbardziej uniknąć, dlatego na pobyt nad morzem starannie wybieramy miejsca kompletnie zabite dechami. Poprzednio byliśmy na Ko Sichang. Tym razem odwiedziliśmy wyspę na której nawet nie ma prądu. Koh Tarutao to największa wyspa archipelagu Tarutao na którym od 1972 istnieje Tarutao National Marine Park. Jest prawie w całości porośnięta dżunglą. Była miejscem tak odosobnionym że służyła do przetrzymywania więźniów politycznych ze względu na swoją izolację oraz wody bogate w rekiny i krokodyle. Warunki jakie panowały na wyspie sprawiały że śmiertelność więźniów zwłaszcza w początkowych latach była wysoka. Od 1939 roku istniała tutaj kolonia karna, a pod koniec wojny wyspa stała się bazą wypadową piratów rabujących statki płynące Cieśniną Malakka.  Więźniowie wybudowali na wyspie dwie betonowe drogi i do dzisiaj jest to jedyna infrastruktura. W latach siedemdziesiątych z Koh Tarutao wysiedlono nielicznych mieszkańców (w tym morskich cyganów). Od tej pory przebywa na niej tylko personel parku narodowego. Turystyka na wyspie jest mocno ograniczona. Można mieszkać w bungalowach należących do władz parku. Domki są czyste, dobrze utrzymane, zacienione i spokojnie można się w nich obejść bez klimatyzacji. Na wyspie prąd jest bowiem limitowany, nie ma gniazdek w ścianach więc nie da się naładować żadnego urządzenia elektronicznego (można przynajmniej od nich odpocząć) a z żarówki i wentylatora możemy korzystać tylko przez 12 godzin na dobę. W dzień, gdy powietrze stoi a słońce praży, nie da się za bardzo przebywać w domku. W nocy wentylator daje radę i panuje w nich miły chłodek.  W momentach szczytu turystycznego zdarza się że nie ma w nich miejsc. Parę kilometrów od głównej przystani, krętą drogą przez pagórkowaty teren można dostać się do kolejnego skupiska domków. Następnie jest drugi na całej wyspie sklep/restauracja (z tańszym i lepszym jedzeniem) i na tym atrakcje się kończą. Bungalowy nie są jakieś szczególnie drogie – dwuosobowy kosztuje 600 THB, jest też tańsza opcja – można zamieszkać na plaży w wynajętym od parku namiocie. Tak zrobili Rosjanie którzy razem z nami przypłynęli na wyspę. Ich wyposażenie godne domorosłych komandosów na nic się nie zdało, ponieważ natura i tak ich przechytrzyła.

tai_koh-tarutao_plaza_002.jpg

Rano przyjeżdżają pierwsze łodzie wycieczkowiczów z Koh Lipe.

tai_koh-tarutao_plaza_004.jpg

Zjawisko pustej plaży utrzymuje się tutaj przez cały dzień.

tai_koh-tarutao_plaza_005.jpg

A to miejsce położone kilkanaście kilometrów od przystani na której zatrzymują się łodzie. Znajduje się tutaj stacja badawcza, kilka domków oraz sklep i restauracja.

tai_koh-tarutao_droga_001.jpg

Można do niej dojechać rowerem taką drogą.

tai_koh-tarutao_zatoka_001.jpg

A to port po drugiej stronie wyspy obok niego znajdują się ruiny więzienia.

Tutaj puste plaże nie występują tylko na zdjęciach, ale faktycznie są puste. Czasem można spotkać pojedyncze osoby siedzące na niej co kilkaset metrów. Prawda jest taka, że nie da się na plaży za długo posiedzieć, chyba że w długich ubraniach, bo kiedy tam byliśmy panował istny wysyp much piaskowych i po chwili można było mieć na sobie kilkanaście śladów po ugryzieniach z których mało apetycznie ciekła krew. Nasi Rosjanie po kilku nocach wyglądali wręcz potwornie i zaczynali już mieć alergiczną opuchliznę. Poza tym muchy te gryzą oprócz ludzi także małpy i inne zwierzęta, można zarazić się od nich różnymi nieciekawymi odzwierzęcymi chorobami.

tai_koh-tarutao_malpa_001.jpg

Na wyspie nie ma samochodów. Można wypożyczyć rower i pojeździć po betonowych drogach wybudowanych przez więźniów w ubiegłym stuleciu. Zresztą więzień na wyspie było dwa. Do jednego z nich można pojechać rowerem – prawie pod same ruiny wiedzie asfaltowa droga, a do drugiego trzeba iść przez dżunglę kilkanaście kilometrów. Ścieżka jest tak kiepsko oznaczona, że trzeba wybrać się tam z kimś z personelu parku. Wzdłuż betonowych dróg rozpościera się dżungla, ale czasem da się też zobaczyć nieco bardziej rozległe pejzaże. Koniecznie trzeba wybrać rower ze sprawnymi hamulcami i przerzutką (!), bowiem przewyższeń do pokonania jest kilka i można łatwo zakończyć przejażdżkę w kłujących krzakach, co jest kiepskim rozwiązaniem na wyspie na której nie ma żadnego lekarza.

Jeśli chodzi o wyżywienie nie jest za bogato. Kantyna przy siedzibie parku narodowego jest droga i robi marne jedzenie w niewielkich porcjach. Gdyby chcieć tylko tam się stołować, trzeba liczyć się z kosztami kilkukrotnie wyższymi niż na lądzie. Dlatego sensowną opcją jest zabranie ze sobą własnego prowiantu. Pojawia się jednak problem jak i gdzie go trzymać. Wyspa ma problem z małpami, których „gangi” kilka razy dziennie przetaczają się przez ludzkie osiedle i grabią wszystko co spotkają na drodze, Dlatego wszystkie śmietniki są zamykane na różne przemyślne zamknięcia, jednak nie wystarczająco skutecznie i małpom i tak udaje się zawsze któryś otworzyć. Dzięki temu chwilę po ich wizycie rozwłóczone wszędzie na wpół zjedzone syntetyczne opakowania są niesione przez wiatr. Z tego względu w bungalowach nie posiadających szyb w oknach (tylko siatkę), jest zakaz trzymania jedzenia (łazienka na szczęście nie posiada okna i ma zamykane drzwi, więc da się w niej położyć reklamówkę z prowiantem). Warto wziąć ze sobą jedzenie nie przetworzone, żeby nie produkować plastikowych śmieci. Trzymania jedzenia w namiotach kompletnie sobie nie wyobrażam, bo ilość małp uzależnionych od ludzkiego jedzenia jest wielka i na pewno znajdą sposób jak je pozyskać.

tai_koh-tarutao_swinia_001.jpg

Wieczorem i rano nieopodal bungalowów można było spotkać takich gości. Świnki szukały jedzenia pod wybranym gatunkiem drzewa i za porządkiem przeglądały ziemię pod nimi.

Dostać się na wyspę jest stosunkowo prosto, ponieważ zatrzymują się na niej po drodze niektóre łodzie płynące z Satun na Koh Lipe – robią to kilka razy dziennie. Jak na wyspiarskie atrakcje Tajlandii pobyt na Koh Tarutao to dosyć budżetowe rozwiązanie nie wymagające płacenia za wszystko kilka razy więcej niż na lądzie. Niemniej jednak nie ma tu za bardzo co robić przez więcej niż trzy dni. Można wybrać się na przejażdżkę łodzią na okoliczne niezamieszkałe wyspy, oraz odwiedzić jaskinię krokodyli, ale wszystko zależy czy danego dnia znajdą się amatorzy na taki wyjazd. Wynajęcie łodzi dla dwóch osób to spory wydatek, przy czterech albo sześciu osobach ma to dużo większy sens. Wszystkie opcje transportowe należy ustalić w siedzibie parku i nie da się niczego zorganizować na własną rękę. Akurat w dzień w którym mogliśmy wybrać się łodzią na okoliczne  wyspy nikt nie chciał płynąć a kolejnego planowaliśmy już jechać dalej więc nie ruszaliśmy się z niej wcale, co wcale nie było takim złym rozwiązaniem.

tai_koh-tarutao_plaza_001

Dla takich widoków warto pobyć w domkach bez prądu.

tai_koh-tarutao_krab_001.jpg

Po plaży maszerują mikroskopijne kraby których całe chmary uciekają na widok człowieka.

tai_koh-tarutao_domek-duchow_001.jpg

Ogólnie jest tam bardzo ładnie i spokojnie.

tai_koh-tarutao_droga_002.jpg tai_koh-tarutao_drzewo-kapur_001.jpg

tai_koh-tarutao_dzungla_003.jpg tai_koh-tarutao_dzungla_002.jpg tai_koh-tarutao_dzungla_001.jpg

Jako że mieliśmy odrobinę za dużo wolnego czasu mogliśmy się nieco przyjrzeć tajskiej ochronie przyrody i stwierdzić że jest mocno fasadowa i bezsensowna. Nikt nawet tego specjalnie nie ukrywa. Codziennie wyspę odwiedza wielu ludzi, głównie turystów z sąsiedniej Malezji, którzy w ramach wycieczek fakultatywnych z Koh Lipe płyną obejrzeć okoliczne wyspy. Spędzają na wyspie maksymalnie godzinę spacerują po plaży robią sobie zdjęcia i odpływają. Przypomina to mocno turystykę autokarową tyle że zamiast pojazdu na kołach poruszają się speed boatem. Teoretycznie w parku nie można zostawiać żadnych śmieci i trzeba zabierać je ze sobą o czym informują tablice w wielu językach z którymi można zapoznać się przy zejściu z przystani. Ta zasada nie obowiązuje mieszkańców bungalowów, jednak tak daleko wycieczki fakultatywne nie docierają. Co ma zrobić na przykład malezyjska gospodyni domowa ubrana w hidżab w wilgotnym upale, która z piątką małych dzieci i mężem, wybrała się odwiedzić park narodowy. Oczywiście musi ona posiadać reklamówkę mrożonych napojów w małych buteleczkach którymi poi zmęczone dzieci. W 80, a może nawet 90% przypadków nikt nie zabiera opakowań z sobą tylko wyrzuca je pod nogi. Być może tak by nie było gdyby po przyjeździe dało się na przykład poczęstować przybyszów zimną wodą? Albo postawić kosze i opłacić kurs łodzi, która raz dziennie odbierze odpady? Niestety tak się nie dzieje. Lepiej udawać że ich po prostu nie ma i regularnie palić je całkiem niedaleko od bungalowów, gdzie rozciąga się sporych rozmiarów dzikie wysypisko śmieci. Pieniądze na utylizację odpadów pewnie idą na inne cele. Multum zakazów i nakazów odnośnie tego jak należy zachowywać się na terenie parku, wygląda na tym tle dosyć niepoważnie. Gdyby na serio ludziom zajmującym się ochroną przyrody zależało na niej a nie tylko na zysku, na wyspę nie zaglądało by codziennie minimum kilkaset ludzi. W bardziej aktywne turystycznie okresy roku liczba odwiedzających idzie pewnie w tysiące.

tai_koh-tarutao_smieci_005.jpg

Serce parku narodowego, wysypisko położone sto metrów od głównej drogi.

tai_koh-tarutao_smieci_006.jpg

Na zakończenie pobytu idziemy w końcu obejrzeć zachód słońca na plaży. Przy tak romantycznej okazji można także obserwować nie kończącą się „wystawę” przyniesionych przez morze zarośniętych małżami i wodorostami plastikowych śmieci. Morze Andamańskie jest tak nasycone plastikowymi odpadami, że co krok napotykamy klapki, kaski, plastikowe butelki i inne opakowania. Mimo że próbujemy uciec od masowej turystyki wszędzie dookoła widzimy jej nieubłagane efekty, nawet jeśli żadnych ludzi nie ma w pobliżu. Trudno więc się oszukiwać że przyjeżdżając tutaj przyczyniamy się do bardziej ekologicznej formy turystyki, bo żeby tak było musiało by tutaj po prostu nikogo nie być.

tai_koh-tarutao_plaza_003.jpg

Ciężko zrobić takie puste zdjęcie.

tai_koh-tarutao_smieci_002.jpg

Przeważnie co pół metra poniewierają się takie oto „prezenty” wyrzucone przez morze.

tai_koh-tarutao_smieci_003.jpg

Spacerując po plaży wieczorem można by było nazbierać ich kilkaset.

tai_koh-tarutao_smieci_004.jpg

Dlatego już niedługo pocztówki znad morza będą wyglądać tak.

tai_koh-tarutao_smieci_001.jpg