Miesięczne archiwum: Maj 2016

Co zobaczyć w Truskawcu

W końcu postanowiłam pojechać do legendarnego Truskawca – uzdrowiska, które całkiem jeszcze nie tak dawno znajdowało się na terenach Polski. Wybierałam się tu chyba od 20 lat czyli od czasów kiedy w ogóle mogłam zacząć myśleć o wybraniu się gdziekolwiek, żeby było śmieszniej, mam do Truskawca niesamowicie blisko. Uzdrowisko święciło ogromne triumfy na przełomie XIX i XX wieku z racji unikatowych wód, przepięknych domów zdrojowych czy położenia w pobliżu centrum naftowego Zagłębia Drohobycko-Borysławskiego – jednego z największych ośrodków przemysłowych II Rzeczpospolitej. Odpoczywały w nim chyba wszystkie najsłynniejsze postaci znane ze szkolnych książek (na przykład Piłsudski), całe mnóstwo polityków i artystów. Truskawiec był wakacyjnym miejscem spotkań ówczesnej bohemy.  Posiadał na przykład sklepy jakich nie mógłby powstydzić się nawet Paryż. Był najdroższym i najbardziej ekskluzywnym polskim uzdrowiskiem. Trochę na ten temat jego przedwojennej historii możemy przeczytać chociażby w Wikipedii, o dalszych losach miasta autorzy artykułu milczą jak zaklęci, opisując jedynie historię rzymskokatolickiego kościoła z XIX wieku. Po II wojnie światowej Truskawiec został niemal całkowicie przebudowany. Przepadła większość kameralnej przedwojennej zabudowy. Na jej miejscu wybudowano gigantyczne sanatoria, które były w stanie pomieścić rekordową ilość odwiedzających (na przykład 350 tys. w 1985 roku) z licznych republik radzieckich, Europy i Afryki. I może to wszystko kręciłoby się do tej pory, gdyby nie rozpad ZSRR. Zmiany polityczne i ustrojowe sprawiły że uzdrowisko znowu znalazło się na krawędzi swojej egzystencji i jego część stoi do dziś całkowicie nieużywana i zapomniana.

W internecie wszyscy narzekają na Truskawiec, że pełen okropnych betonowych socjalistycznych molochów, że zrujnowany i bez charakteru. Postanowiłam w końcu wyrobić sobie własną opinię na ten temat. Dostać się do Truskawca z przejścia granicznego w Medyce/Szeginiach jest dość łatwo. Mamy dwie opcje: pierwsza to pojechać do położonego około 10 kilometrów od Truskawca Drohobycza. Dwa razy dziennie przed południem i po południu z przejścia granicznego odjeżdża  marszrutka do Drohobycza. Jeśli akurat nie mamy szczęścia i na nią nie trafimy, zostaje nam inna możliwość – pojechać do Lwowa skąd sprzed głównego dworca kolejowego średnio co 30 minut jeździ całkiem wypasiony (jak na standardy ukraińskie) autobus. Uzdrowisko jest bowiem dość mocno popularne wśród wielu narodowości byłych mieszkańców ZSRR. W obu przypadkach czekają nas przejażdżki dość okropnymi marszrutkami po wertepiastych drogach, chociaż ponoć kilka lat temu było znacznie gorzej, bo teraz na drodze do Drohobycza przynajmniej dziury załatali. Chyba jednak mniej męcząca jest wyprawa przez Lwów. Prawie cały czas jedziemy całkowicie odnowioną na Euro 2012 drogą, a potem wertepy pokonujemy dużym i w miarę komfortowym autobusem. Czasowo wygląda to mocno podobnie. Jeśli planujemy na przykład małe zakupy we Lwowie, warto w którąś ze stron pojechać przez Lwów, aczkolwiek Truskawiec jest bardzo dobrze zaopatrzony we wszelkie możliwe dobra, bo żyje głównie dzięki kuracjuszom i turystom, którzy przyjeżdżają tam wydawać pieniądze.

ukr_truskawiec_kubeczek_001.jpg

Podstawowym atrybutem tutejszego kuracjusza jest posiadanie kubeczka z rurką. Rodzajów do wyboru jest mnóstwo. Całkiem niezłą frajdę sprawia też ich fotografowanie.

ukr_truskawiec_kubeczek_003.jpg

Ponoć wody truskaweckie niszczą szkliwo zębów. Dzięki piciu ich w ten sposób minimalizujemy szkodliwe działanie wody na zęby (ale nie wiem czy to prawda).

ukr_truskawiec_kubeczek_002

W dodatku ponoć z Naftusią nie ma żartów i nie należy przekraczać starannie odmierzonych dawek, w przeciwnym wypadku zamiast sobie nimi pomagać – szkodzimy. Dlatego wypić należy określoną porcję, którą zaleci nam lekarz. Woda działa tylko na miejscu, i nie nadaje się do transportu. Po dwóch godzinach „na powierzchni ziemi” przestaje działać.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_003.jpg

Tak się to odbywa. Tu nie ma miejsca na improwizację.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_002.jpg

Truskawiec posiada spory potencjał, który niestety został częściowo zmarnowany przez komunistycznych planistów. To oni sprawili, że wybudowano betonowe wieżowce w miejsce pięknych drewnianych domów zdrojowych. Takie same, tylko nieco mniejsze i uboższe zachowały się na przykład w polskim Iwoniczu-Zdroju. W Truskawcu większość nie przetrwała do naszych czasów, gdyż zastąpiły je gigantyczne betonowe sanatoria. Kilka drewnianych willi na szczęście ocalało, przerobiono je na muzea – na przykład historii miasta, kilka odnowiono, a kilka niszczeje i wygląda bardzo kiepsko. Na szczęście zachował się ogromny i nieco podniszczony (ale z klimatem) park zdrojowy z pijalnią wód mineralnych. Miasto posiada wiele atutów do których należą: bardzo ciekawie ukształtowany i zadrzewiony teren, bardzo duży chociaż nieco zrujnowany, klimatyczny  park zdrojowy pełen starych drzew i ciekawych gatunków roślin no i oczywiście lecznicze wody. Dominuje nostalgiczna atmosfera i poczucie, że w wielu miejscach czas zatrzymał się gdzieś dawno temu.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_003.jpg

W Parku Zdrojowym zachował się pomnik Adama Mickiewicza postawiony w setną rocznicę jego urodzin.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_001.jpg

Znajdziemy w nim też inne nieliczne drewniane pozostałości dawnego Truskawca.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_006.jpg

Jest też mini jeziorko. Mniej uczęszczane miejsca pokryte są dość dzikimi chaszczami. Zieleń rośnie sobie w miarę naturalnie nie będąc zbytnio umęczoną i ukształtowaną przez nadgorliwych miejskich ogrodników.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_008.jpg

W starszej części parku znajduje się kilka całkiem sensownych rzeźb.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_007.jpg

Jedna z pijalni na świeżym powietrzu. Ta woda nie jest tak silnie zmineralizowana jak naftusia i nie trzeba pilnować wielkości dawek.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_002.jpg

Czasami chodzenie po parku zamienia się w taki trochę miejski surwiwal zwłaszcza gdy ktoś jak większość lokalnych kobiet nosi niebotycznie wysokie obcasy.

ukr_truskawiec_deptak_001.jpg

Główny deptak – miejsce uzdrowiskowego lansu. „Psy miejskie” odpoczywają po męczącej nocy.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_001.jpg

W porze picia wody (przed posiłkami) na deptaku i w pijalniach pojawiają się tłumy.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_005.jpg

Uzdrowiskowy szyk i kubeczek w ręku.

 Nad leniwym miasteczkiem dominują niesamowite i trochę upiorne, sypiące się architektoniczne relikty z czasów komunistycznych. To sanatoria obecnie już nieużywane, które straszą pustymi oknami. Są w całości skolonizowane przez jaskółki i inne małe ptaki, które zbudowały mnóstwo gniazd na balkonach. Dzielnica gigantycznych betonowych opuszczonych sanatoriów wygląda jak jakiś ptasi rezerwat. Niestety obecnie także stawia się tutaj wysokościowce. O ile gargantuicznych rozmiarów sanatoria z epoki komunizmu mogłyby być elementem całkiem pasjonującego zwiedzania, o tyle współczesne kontynuowanie tego tematu jest odrobinę straszne. Jeśli powstanie dużo takich budowli Truskawiec zmieni się w odhumanizowany leczniczy kombinat z niezdrowym powietrzem. Zresztą komunistyczne molochy były przynajmniej stawiane z pewną konsekwencją. Może w tej chwili wyglądają strasznie, bo były budowane z tandetnych materiałów, ale to nie była całkiem zła architektura. Może trochę niedostosowana rozmiarem do ludzkich potrzeb, zbyt duża i zbyt monstrualna, ale całościowo dosyć spójna. Wystarczy jej trochę pomóc i może zacząć całkiem pięknie się starzeć.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_007.jpg

To pijalnie wybudowana w czasach komunistycznych. Strasznie się sypie ale ma na prawdę fajny klimat.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_005.jpg

Mogłaby być fajnym tłem do jakiegoś interesującego teledysku.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_004.jpg

Jakiegoś przekombinowanego skandynawskiego wykonawcy.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_008.jpg

A to gigantyczne niezamieszkałe sanatoria. Mieszka w nich mnóstwo jaskółek i innych ptaków.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_006.jpg

Fajnie znaleźć się w takim dużym nieczynnym kombinacie leczniczym z przeszłości. Plenery do zdjęć rewelacyjne.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_007.jpg

Już sobie wyobrażam jakąś grę miejską w nieczynnych sanatoriach rodem z filmu Lśnienie.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_004.jpg

W mieście sporo też jest niedokończonych budynków z okresu kryzysu na Ukrainie w latach 90. Podobne „szkieletory” straszą też przy wjeździe do Lwowa.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_005.jpg
ukr_truskawiec_park-zdrojowy_004.jpg ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_009.jpg
ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_001.jpg

A to piękna „naprawa obuwia” na jednym z blokowisk.

Natomiast to co stawia się tam współcześnie, to jakaś wielka tragedia. Współczesny Truskawiec wygląda jak miasteczka wypoczynkowe nad polskim Bałtykiem, w których nie ma niczego lokalnego z czym obecni mieszkańcy, mogli by się się identyfikować. Stąd cała masa „turystycznych cytatów” z innych polskich regionów. Nad Bałtykiem kupimy ciupagi z termometrami, oscypki czy owcze skóry, muszelki z tropikalnych mórz oraz całe morze chińskiej tandety. W Truskawcu sytuacja wygląda podobnie. Próbuje się tutaj stawiać pałace rodem z popularnego w latach dziewięćdziesiątych serialu „Dynastia”, które przypominają rezydencje bogatych Romów. Ten brak identyfikacji z czymkolwiek bywa miejscami dość fascynujący. Z drugiej strony, Truskawiec będzie chyba kiedyś wyglądał na prawdę strasznie. Najpierw przewałkowany przez komunizm, a potem dziki kapitalizm. W ogóle nie wiem czemu na Ukrainie wszystkie większe kurorty (jak na przykład Odessa) wyglądają tak anarchicznie i charakteryzuje je wszechobecna tandeta, poparkowane byle gdzie ogromne terenówki z przyciemnianymi szybami i absolutnie chaotyczna zabudowa. Każdy odgradza się jak może od reszty ludzi i tworzy sobie małą enklawę, będącą zazwyczaj ubogim cytatem i kopią jakiegoś odległego oryginału. Greckie kolumny, rzymskie lwy, dziki i zupełnie poplątany klasycyzm, marmur i wszelkie jego podróby, pozłacane detale,  wielkie głośniki – taki Licheń do kwadratu. Fajnie zobaczyć coś takiego przez jeden dzień ale życie w takim „wielkopańskim” otoczeniu przez cały czas musi chyba powodować urazy psychiczne.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_001.jpg

Na początek zaczniemy od najgorszego. Współczesna architektura, tutaj niedościgniony amerykański sen.

ukr_truskawiec_drewniana-architektura_001.jpg

Tymczasem tuż obok budynku rodem (prawie) z Hollywood, niszczeje taka oto piękna klimatyczna drewniana willa.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_002.jpg

Rustykalny płot i blacha falista we wszelkich formach i kolorach, w tle nieużywane sanatorium z czasów Związku Radzieckiego.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_003.jpg

Na mieście stoi pełno takich nowobogackich detali. Jeszcze dobrze nie oddali ich do użytku a już się sypią.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_004.jpg

Wejście do Night Clubu „Abordaż” ciekawe jak prezentuje się wnętrze lokalu.

Może dlatego w samym mieście nie byliśmy chyba ani jednego pełnego dnia, bo Truskawiec ma tą niewątpliwą zaletę, że jest fajnym centrum wypadowym do ciekawych okolicznych miejscowości, z którymi jest bardzo dobrze skomunikowany (marszrutkowo). Jeśli jesteśmy bardziej wygodni można także pojechać na wycieczkę taksówką. Taksówkarzy jest tutaj chyba odrobinę za dużo i zaczepiają wszelkich możliwych przyjezdnych byleby tylko gdzieś pojechać. Wystarczy przejść się na dworce w Truskawcu by zdać sobie sprawę, że jest to ważne miejsce, cieszące się estymą mieszkańców wielu byłych republik radzieckich. Odjeżdżają stąd autobusy na przykład do Rygi czy Kiszyniowa oraz do każdego chyba miejsca na Ukrainie. Zresztą wystarczy przejść się po głównym zdrojowym deptaku by w kilka minut naliczyć kilkanaście narodowości z byłych republik radzieckich, na przykład kobiety w pięknych długich do ziemi tradycyjnych sukniach i długich czarnych warkoczach, z grubsza wyglądające jak na dokumentalnych filmach o Turkmenistanie (ale nie znam się bo nie byłam).

Wracając jednak do możliwości wycieczkowych mamy przynajmniej trzy interesujące opcje. Bardzo ciekawym miejscem na jednodniową wycieczkę jest Drohobycz, o którym powstanie osobny wpis. Warto też się wybrać do Borysławia, żeby zobaczyć co zostało z naftowego snu, ale dla mnie zdecydowanie najciekawszym miejscem na wycieczkę jest Schidnica i to tam zdecydowanie pragnę się jeszcze wybrać. Schidnica jest miejscem dużo spokojniejszym od Truskawca. Dominuje w niej zabudowa wiejska tylko gdzieniegdzie znajdują się kilkupiętrowe pensjonaty. Znacznie różni się od Truskawca najeżonego kilkunastopiętrowymi wysokościowcami i przesiąkniętego uzdrowiskowym lansem. W porównaniu z nim wygląda bardzo sielsko. W miasteczku rozmieszczonych jest kilkadziesiąt źródeł z wodą mineralną. Do ponad dwudziestu z nich prowadzą oznakowane szlaki. Co chwilę można spotkać ludzi nie wyglądających na miejscowych, którzy pytają się na przykład, jak dojść do źródła numer dwadzieścia cztery. Szukanie ich to taki miejscowy sport. Każda woda smakuje zdecydowane inaczej. Są na przykład wody mocno żelazowe które po chwili stają się rude. Największym hitem jest woda ponoć smakująca identycznie jak jedna z najbardziej znanych na świecie wód – gruzińska Borjomi. Napicie się jej nie jest wcale łatwym zadaniem. Pod źródłem siedzi bowiem cały komitet kolejkowy, ponieważ miejscowy żyją ze sprzedaży tej wody przejeżdżającym przez miejscowość kierowcom. Chyba większość lokalnych emerytów dorabia sobie w ten sposób.  Niektóre źródła są nieco bardziej „ucywilizowane” i w miejscu ich wybicia stoją różne budynki (na przykład pilnowane przez pijanego w sztok dozorcę), żeby dotrzeć do niektórych trzeba przedzierać się przez chaszcze. Gdybym miała jeszcze raz pojechać do Truskawca, na miejsce pobytu wybrałabym Schidnicę. Wygląda dużo sympatyczniej. Cała okolica ma bardzo podobny, nieco nostalgiczny klimat – warto to zobaczyć, bo wszystko zmienia się bardzo szybko.

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_001.jpg

Źrodło wody mineralnej w parku zdrojowym (Schidnica)

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_003.jpg

Kolejne źródło ze Schidnicy.

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_002.jpg

Ma bardzo dużo żelaza które barwi ziemię na rudo.

ukr_schodnica_kiwon_001.jpg

Tak wygląda park w Schidnicy, jedyny element cywilizacji to latarnie i drewniane ławki. Park jest po prostu łąką, na której stoją nieczynne kiwony.

ukr_schodnica_kiwon_002.jpg

Pozostałości po imponującej nafciarskiej przeszłości tego regionu. Kiedyś w okolicach Borysławia pozyskiwano 10% światowego wydobycia ropy naftowej.

Park Narodowy Aggtelek

Aggtelek to interesujące miejsce na krótki, kilkudniowy wypad, jeśli chcemy odpocząć od szeroko pojętej cywilizacji, pochodzić trochę po zupełnie nieuczęszczanych a przy tym dobrze utrzymanych szlakach, zwiedzić jaskinię i pomieszkać trochę w miejscu gdzie przejeżdża jeden samochód na godzinę. Sam dojazd tutaj wygląda interesująco. Kilkanaście kilometrów przed Aggtelek ludzi i domów gwałtownie ubywa, a pejzaż robi się pusty. Aggtelek to miejscowość na pograniczu. Największą okoliczną metropolią po węgierskiej stronie jest Miszkolc, położony w odległości około 70 kilometrów. Na Słowacji również nic większego (oprócz Koszyc)  w pobliżu się nie znajduje. Gdyby nie atrakcja turystyczna znajdująca się na Unesco, z pewnością nikt by tutaj nie zaglądał. W Aggtelek znajduje się najbardziej popularne wejście do jaskini Baradla – długiego na ponad dwadzieścia pięć kilometrów systemu jaskiń znajdujących się na pograniczu Węgier i Słowacji. Wejść do jaskini jest kilka, z czego większość po stronie węgierskiej.  Tras do pokonania wewnątrz jaskini jest kilkanaście o zróżnicowanym stopniu trudności. Oprócz głównego korytarza, jaskinia posiada też wiele odnóg. Wszystkie trasy opisane są na stronie parku, ale najwięcej informacji jest w lokalnej informacji turystycznej naprzeciwko głównego wejścia do jaskimi. Uwaga! jedynie na najbardziej popularne trasy pójść można bez wcześniejszej rezerwacji. Wszystkie inne wymagają rezerwacji drogą mailową z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem, jeśli więc wyjazd tutaj jest spontaniczną decyzją i chcemy doświadczyć czegoś więcej niż przejścia się po równo wybetonowanym chodniczku z widokiem na przeróżne formacje skalne, to raczej się nam to nie uda. Przy najpopularniejszym wejściu do jaskini w miejscowości Aggtelek (o czym świadczy ilość straganów z jedzeniem i pamiątkami oraz spory parking dla autokarów) mamy możliwość skorzystania jedynie z bardzo krótkiej niespełna kilometrowej przechadzki po wybetonowanym chodniku. Żeby przejść się nieco dłuższym szlakiem, trzeba wybrać się do sąsiednich miejscowości na przykład Jósvafő albo w okolice jeziora Vörös-tó. Pomiędzy różnymi wejściami do jaskini kursują autobusy, odwożące turystów do wejścia, w którym zaczynali trasę. Można też nimi pojechać do konkretnego wejścia. Częstotliwość autobusów była na oko spora ale z nich nie korzystaliśmy, gdyż poruszaliśmy się piechotą.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_006

Jaskinia Baradla.

Sama jaskinia jest imponująca, ale sposób jej przystosowania na potrzeby masowej turystyki wygląda tak samo jak wszędzie. Taka turystyczna eksploatacja jaskini to jak dla mnie dość smutne zjawisko. Mamy więc bardzo jasne elektryczne oświetlenie, a wzdłuż betonowych chodników dosyć często widać poodłupywane „na pamiątkę” formacje skalne. A już szczytem wszystkiego,  jest puszczanie pod koniec przechadzki po jaskini hałaśliwej i odrobinę kiczowatej muzyki, celem pokazania akustyki jednej z sal (którą można wynająć na śluby, koncerty i inne wydarzenia). Podczas „koncertu” po kolei włączają się światła prezentując rozmaite formacje skalne. Poziom turystycznej popeliny skacze na dość niebezpieczne rejony. W ten sposób miejsce zamienione zostaje niestety w maszynkę do robienia pieniędzy, przez którą niemal hurtowo przetaczają się tłumy odwiedzających. Pierwotne założenie było pewnie takie, by umożliwić jak największej liczbie osób doświadczenie przebywania wewnątrz jaskini, co miało posłużyć edukacji i przybliżeniu ludziom wielu zagadnień przyrodniczych związanych z jaskiniami. Problem w tym, że mając wszystko podane na tacy, zwiedzający raczej nie nauczą się szacunku do przyrody. Traktują to jak wejście do kolejnego parku rozrywki. Żeby nabrali takiego szacunku, przejście przez nią nie powinno być tak łatwe i tanie. Niestety chęć zysku i „ochrony przyrody” sprawia, że na terenach przez które przetaczają się tłumy nie spotkamy już żadnego życia. Ewentualnie zawita tam czasami jakiś zagubiony nietoperz. Ilustracje w węgierskich folderach reklamowych na temat tej jaskini, przedstawiające ludzi ubranych w kombinezony z latarkami czołówkami maszerujących po niezbyt gładkim pełnym błota dnie, są odrobinę naciągane, ponieważ na miejscu takie atrakcje okazują się być mocno limitowane i dostępne jedynie z dużym wyprzedzeniem – a szkoda. Z drugiej strony pieniądze z nieszczęsnej turystyki jaskiniowej służą pewnie między innymi do utrzymana pieszych szlaków, czy na kursowanie autobusów między wejściami do jaskini, co trzeba przyznać jest dość wygodne.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_001.jpg

Wchodzimy, wzdłuż jaskini ciągnie się całkowicie „wyrównany” chodnik i tak będzie przez całe 1,5 godziny przechadzki.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_003.jpg

Miejscami jak na mój gust światła jest nawet za dużo.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_004.jpg

Oczywiście podziwiamy te interesujące okoliczności przyrody w tłumie innych turystów.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_005.jpg hun_aggtelek_jaskinia-baradla_007.jpg hun_aggtelek_jaskinia-baradla_002.jpg

Za to cała okolica wygląda świetnie bo jest niemal pusta i jak zwykle nie warto się spieszyć. Jeśli przyjedziemy do Aggtelek tylko na pół dnia zobaczyć jaskinię, zdążymy przejść się tylko po wybetonowanym chodniku wewnątrz niej i pooglądać formacje skalne razem z tłumem innych turystów lub dodatkowo w towarzystwie hordy dzieci z wycieczki szkolnej. Miejsce jest chyba najpopularniejszą wycieczkową destynacją jak u nas Wieliczka. Jeśli zostaniemy dłużej, będziemy mieli możliwość pochodzenia po łagodnych wzniesieniach i łąkach, szlakami pieszymi wyznaczonymi między najważniejszymi wejściami do jaskini, oraz po szeroko pojętej okolicy. Rosną tam bardzo ciekawe i nie występujące powszechnie rośliny, w tym sporo chronionych. Co jakiś czas można spotkać tablicę w rodzaju „cennika”, informującą ile kary zapłacimy za zerwanie albo zniszczenie którejś z nich. Przez trzy dni nie spotkaliśmy na szlakach zupełnie nikogo i mieliśmy park całkowicie na wyłączność. Są też szlaki na słowacką stronę i można (celem zjedzenia słowackiego obiadu) dojść na przykład do miejscowości Kečovo.  W  Kečovie nie ma gdzie zjeść obiadu, za to jest knajpa w której siedzą i piją piwo miejscowi emeryci. Tak bardzo ucieszyli się na widok turystów z zagranicy, że aż postawili nam chrupki oraz beherovkę, żebyśmy nie byli głodni. Nie sposób było odmówić i musieliśmy umacniać z nimi przyjaźń polsko-słowacką nie zważając na niekorzystny wpływ beherovki w prażącym słońcu. Nie wiem dlaczego, zawsze  nasza wizyta w jakiejkolwiek małej miejscowości, kończy się albo zaproszeniem na obiad, albo na piwo, albo kupieniem chrupek i beherovki.

hun_park-narodowy-aggtelek_001.jpg

Włócząc się piechotą po Parku Narodowym Aggtelek można oglądać takie ładne i zupełnie pozbawione jakichkolwiek turystów krajobrazy.

hun_park-narodowy-aggtelek_002.jpg

Przez trzy dni chodzenia nie spotkaliśmy nikogo.

hun_park-narodowy-aggtelek_003.jpg hun_park-narodowy-aggtelek_004.jpg

Noclegi są tu bardzo tanie jak na warunki węgierskie, śpi się na kwaterach prywatnych, których sporo jest na szallas.hu. W naszej było bardzo śmiesznie bo nikt nie rozumiał ani słowa w jakimkolwiek obcym języku. Mimo to, ktoś wcześniej odpowiedział na naszego maila po angielsku, a przy wejściu leżał klucz i karteczka z instrukcjami w języku obcym. W samym Aggtelek znajduje się też jeden hotel, którego betonowy klocek dość niefajnie szpeci krajobraz. Z zewnątrz wygląda mało zachęcająco, znajduje się też w nim jedyna w miejscowości restauracja. Warto zostać w Aggtelek bo fajnie jest się zatrzymać w miejscu, które jest tak głęboką prowincją, że prawie nie spotkamy tutaj żadnych samochodów. Jedynie w dzień czasem przejedzie jakiś pojedynczy, natomiast w nocy panuje całkowita cisza. To prawdziwy węgierski koniec cywilizacji. Jest tutaj tylko jeden sklep z podstawowymi produktami i jeden bar z piwem i winem, a jedyne życie w postaci licznych straganów i barów znajduje się przy wejściu do jaskini. Do innych ośrodków miejskich i wiejskich, czy chociażby większego sklepu jest spory kawałek, możemy więc całkiem nieźle od tego wszystkiego odpocząć i się zrelaksować. Zakupy „jedzeniowe” zrobiliśmy przezornie wcześniej w Miszkolcu, więc na miejscu nie brakowało nam niczego. Aggtelek to fajne miejsce na wiejski relaks.