Miesięczne archiwum: Sierpień 2016

Co zobaczyć w Płowdiwie

W Płowdiwie byłam ekstremalnie krótko (bo tylko jeden dzień), więc za bardzo nie wypada bym się o nim w ogóle wypowiadała. Jednak to co przez ten krótki czas zobaczyłam, zapowiadało się rewelacyjnie. To zdecydowanie godne polecenia miejsce. dlatego postanawiam wyjątkowo napisać o miejscu odwiedzonym na szybko i mocno pobieżnie. Więc zapraszam do Płowdiwu z perspektywy totalnego w tym temacie ignoranta. Zazwyczaj pewnie też nim jestem, ale: staram się mimo wszystko przesiąknąć miejscem, które chcę uwiecznić na blogu i trochę w nim pobyć na spokojnie. Tym razem gdyby nie dosyć poważne problemy zdrowotne i różne inne dziwne oraz niewytłumaczalne przygody, które przytrafiły się nam podczas wyjazdu, przez co straciliśmy aż trzy dni, z pewnością zostałabym tutaj dłużej. Niemniej jednak, dobrze że w ogóle udało nam się do Płowdiwu dotrzeć, bo teraz wiem że tutaj na pewno wrócę.

W porównaniu z Sofią Płowdiw przedstawia się znacznie przyjemniej. Oczywiście posiada, jak to w Bułgarii, komunistyczne blokowiska i ponoć największą w całej Bułgarii romską dzielnicę-getto. Cała reszta wygląda jednak ogromnie na plus – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę atmosferę pewnej prowincjonalności. Trzeba przyznać że jest tu spokojnie i przyjemnie Płowdiw to nie gigantyczna metropolia, w której korki trwają całą dobę, a miasto nigdy nie zasypia. Z wyjątkiem knajp w centrum, życie płynie spokojnym torem, zwłaszcza podczas wakacji, gdy miasto opuszczają liczni studenci. Ilość turystów również nie męczy, Płowdiw chyba dopiero czeka na turystyczny sukces, ale lepiej chyba mu tego nie życzyć, by zrobiło się tu jak w Budapeszcie gdzie turystyka zajmuje kolejne kwartały i wypiera normalne życie. W mieście znajdziemy dużo rzeczy do zobaczenia i przeżycia, w końcu to kulturalna stolica Bułgarii. Wiele historycznych epok i różnych kultur nieustannie styka się tutaj ze sobą i łączy, tworząc zupełnie nową jakość. W dodatku jest przepięknie położone na siedmiu wzgórzach, więc teren jest mocno pofałdowany. Z tego co mocno pobieżnie udało mi się zobaczyć Płowdiw musi być świetnym miejscem na leniwe trzy dni włóczenia się po: odważnie poprowadzonych stromych i wąskich uliczkach, mnóstwie knajp, ciekawych muzeach, świątyniach wielu religii, antykwariatach i autorskich sklepikach w dzielnicy artystycznej. W ciągu jednego dnia zdążyliśmy tylko przebiec jak szaleni po kilku starych dzielnicach, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tak wyglądać powinno  prawdziwe „zwiedzanie”. Jako że bardzo dawno już niczego takiego nie robiłam, od razu stwierdzam, że wybitnie do czegoś takiego nie mam kondycji. Po jednym takim dniu byłam wykończona. Współczuję uczestnikom wycieczek mocno zorganizowanych, bo w taki sposób to już w ogóle nie da się o niczym czegoś sensownego dowiedzieć.

Architektoniczny misz-masz

Włócząc się po mieście możemy na przestrzeni kilkuset metrów natknąć się na imponujące pozostałości z czasów rzymskich, tradycyjną bułgarską architekturę, piękne osmańskie budowle,  dziewiętnastowieczne kamienice, oraz komunistyczne bloki. To wszystko doprawione jest całkiem świeżym i przyjemnym streetartem i odrobiną bałkańskiego bałaganu. Jedno ładniejsze od drugiego. W to wszystko poutykane są ciekawe knajpki i rewelacyjne antykwariaty.  Niechcący i zupełnie z marszu udaje nam się zakwaterować w bardzo tanim i bezproblemowym Hostel The House w samym centrum miasta, dzięki czemu rzut beretem mamy zarówno do artystycznej dzielnicy Kapana jak i do najstarszej części miasta na wzgórzu Newet Tepe (Небет тепе).

Co chwilę spotykamy jakieś wystające z ziemi antyczne ruiny starożytnego Filipopolis. Wszystko jest mozliwie jak najdokładniej obudowane współczesną miejską tkanką.

Tradycyjne bułgarskie domy w okolicy wzgórza Newet Tepe.

A to słynny dom Bałabanowa (Балабанова къща) wejść do środka oczywiście nie mieliśmy czasu, (och jak ja tak nie lubię).

A po lewej stronie widzimy kolejny zabytek słynną bramę Hisar Kapija (Хисар капия)

A to Meczet Piątkowy czyli Централна джамия, z przesympatycznym gospodarzem, który zapalił nam wszystkie możliwe światła i zrobiło się jasno jak w dzień.

Dopytywał czy przypadkiem nie potrzebujemy by opowiedział nam historię meczetu i wytłumaczył co się w nim znajduje – ale nie mieliśmy czasu (a resztę wiemy).

Meczet Piątkowy pięknie podświetlony w nocy.

Warto pójść do meczetu piątkowego, bowiem na dole znajduje się rewelacyjna turecka cukiernia, gdzie możemy skosztować wszelkich możliwych tureckich słodyczy. Jest tak słynna że w najbardziej newralgicznych momentach, ustawia się kolejka chętnych na stolik.

Nie lubię sytuacji kiedy mam tak mało czasu, że muszę biegać od miejsca do miejsca, nie mając czasu sobie spokojnie usiąść, zjeść coś lokalnego, porozmawiać z przypadkowo spotkanymi osobami. Przez to straciliśmy kilka okazji do ciekawej rozmowy, bo „obowiązki turystyczne” niestety wzywały nas mocniej. Cóż poradzić skoro klimat w mieście taki ładny i z drugiej strony szkoda by było wcale po nim nie pobiegać.

Cerkiew Konstantyna i Eleny pięknie wygląda z zewnątrz niestety – nawet nie byliśmy w środku. Następnym razem. Na pocieszenie wpadliśmy do kilku innych cerkwi.

A to sklep z ikonami – wybór może nieco oszołomić, podobne sklepy i kramy znajdziemy w Sofii pod soborem Aleksandra Newskiego. Ikony są malowane ręcznie ale średnio ładnie i dokładnie :-/

Całość mieszanki stylów i epok w Płowdiwie, uzupełnia też architektura z czasów komunizmu.

Sporo w mieście ciekawie wyglądających socrealistycznych murali.

Rewelacyjnie prezentuje się też artystyczna dzielnica Kapana, pełna mikroskopijnych kamieniczek, w których na parterze mieszczą się galerie sztuki i autorskich sklepy z ubraniami, rękodziełem sztuką i designem. To jest właśnie ten moment, kiedy już jest bardzo ładnie i interesująco, a jeszcze nie jest upiornie drogo i snobistycznie. Bułgarzy dopiero całkiem niedawno dostrzegli turystyczny potencjał zapuszczonej dzielnicy i dali jej drugie życie. Dzięki temu centrum Płowdiwu jest niezmiernie zróżnicowane, bo w tej dzielnicy klimat panuje  iście unikatowy. Kapana jest zupełnie odmienna od typowych dzielnic „starego miasta” w których dominującym typem zabudowy są kaszty, czyli tradycyjne bułgarskie domy. Ta dzielnica to klimat bardziej skłoterski, przy czym panuje tutaj iście młodzieżowy entuzjazm, a nie zachodnioeuropejskie zblazowanie.

Budynek w dzielnicy Kapana. inne prezentują się znacznie bardziej zachęcająco.

Streetart i antykwariaty

Do Płowdiwu warto pojechać by zobaczyć różne formy i odmiany streetartu. Jest go na ulicach bardzo dużo na różnym poziomie. Mnie najbardziej chyba spodobały się malowidła w jednym przejściu podziemnym, bardzo mocno nawiązujące do estetyki ikon. Przy czym były to prawdziwe ikony z pazurem, znacznie ładniejsze niż te ze sklepów i targów dla turystów. Widać że taką estetykę Bułgarzy po prostu mają we krwi. Kolejnym elementem który należy dodać do tej skomplikowanej mieszanki jest antykwaryczne szaleństwo jakie w tym mieście panuje. Tak, zdążyliśmy jeszcze przebiec jak szaleni po kilku rewelacyjnie zapowiadających się antykwariatach. Sklepy ze wszystkim mogłyby być przepięknym tłem do zdjęć  jakiegoś filmu. Z antykwariatami mam ten problem (chyba wszyscy go mają) że zakupione w nich przedmioty przepięknie wyglądające w otoczeniu innych przedmiotów w antykwariacie, już tak pięknie nie wyglądają w moim chaotycznym domostwie. Dlatego teraz już wiem że to pułapka 🙂 i żeby to jakoś wyglądało, musiałabym kupić cały antykwariat, a na to nie mam środków i miejsca 🙂 . Dlatego wolę podziwiać second-handy oraz znajdującą się w nich plątaninę ciekawych przedmiotów – właściciele sklepów mogliby przecież sprzedawać bilety dla osób chcących sobie „popatrzeć”.

Nie wiem o co chodzi, ale mi się podoba.

A to chyba nie streetart tylko „reklama dźwignią handlu” ale wpisuje się w estetykę.

Piękny pokrowiec na samochód – niestety nie wiem o co chodzi (nie zapytałam, bo wiadomo dlaczego).

Osobną historią są antykwariaty pełne najdziwniejszych rzeczy.

Co ccC

Co i gdzie zjeść w Płowdiwie

Co natomiast jadłam w Płowdiwie? Oprócz wizyty w osmańskiej cukierni południową porą,  obawiam się że wyjątkowo nie starczyło czasu by zjeść coś normalnego. Gdy stwierdziłam, że już totalnie umieram z głodu, czynne były już chyba tylko całodobowe budy z burkiem i pizzą 🙂 . To musi być znakomitym dowodem na to że to miasto bardzo zajmujące, do którego koniecznie trzeba zajrzeć.

Baczkowski monastyr

Dzisiaj będzie o rewelacyjnym miejscu w Bułgarii, które koniecznie musicie odwiedzić, jeśli wybieracie się na przykład do Asenovgradu albo Płowdiwu, (o których niebawem również napiszę). Tym miejscem jest monastyr Baczkowski (Бачковски манастир) i rozciągający się koło niego rezerwat przyrody Czerwona Skała (Червената стена) w dorzeczu rzeki Czapełare (Чепеларска река). Podobało mi się tam chyba bardziej niż w najsłynniejszym bułgarskim monastyrze rilskim, ze względu na kameralność i znacznie mniejszą liczbę turystów. Jadąc do monastyru i widząc ciągnące się wzdłuż drogi kramy z pamiątkami, ziołami i ceramiką trojańską, możemy odnieść wrażenie, że całość będzie jakimś turystycznym koszmarem. Na szczęście okazuje się, że to tylko złudzenie, bo spędziliśmy tam czas całkiem spokojnie. Może zawdzięczaliśmy to pobytowi w środku tygodnia?

Turystyka religijna to w krajach prawosławnych ważna część naszych wyjazdów, bo w większości monastyrów w Bułgarii (czy Serbii) za niewielkie pieniądze można przenocować i to w warunkach całkiem komfortowych i pod pewnymi względami nie do pobicia. Najbardziej opłaca się tam nocować ze względu na ciszę. Po zapadnięciu zmroku wszyscy jego mieszkańcy udają się na spoczynek, a mieszkający w monastyrze goście jakoś nie mają odwagi niczym go zakłócać (czyli na przykład hałasować i imprezować). Cisza w dzisiejszych czasach to towar prawdziwie deficytowy, a tutaj za niewielkie pieniądze mamy możliwość dość specyficznego odcięcia się od cywilizacji. Poza tym, nocowanie w zabytku i to w sensie całkowicie dosłownym, to nieraz unikatowe przeżycie.

Do Bachkova przyjeżdżamy przed południem i usiłujemy się zakwaterować. Żeby zamieszkać w prawosławnym klasztorze, prawie zawsze trzeba się trochę nagimnastykować. Nie posiadają one klasycznej recepcji, a nawet jeśli, to i tak nikt stale w niej nie przebywa. Tym razem wszyscy są bardzo zajęci, nikt nie ma czasu powiedzieć nam czy znajdzie się dla nas jakiś pokój, zarejestrować nas i przyjąć pieniądze. Czekamy kilka godzin. Z jednej strony jest to odrobinę irytujące, z drugiej strony mamy szansę przyjrzeć się wszystkiemu na spokojnie. Siedzimy na dziedzińcu klasztornym, na którym rosną niespotykane w Bułgarii gatunki drzew i znajduje się klatka z owcą, która od czasu do czasu żałośnie pobekuje. Okazuje się że codziennie rano z ogromnego stada owiec posiadanych przez klasztor, wybierana jest jedna owca, która spędza czas w klatce na dziedzińcu monastyru, a wieczorem odprowadzana jest z powrotem. Na szczęście ma dostęp do jedzenia i picia. Nie dowiedziałam się o co chodzi z tą owcą i czemu spędza ona czas w klatce na klasztornym dziedzińcu. Niestety w monastyrze Bachkovo zostać możemy tylko na jedną noc, bo potem przyjeżdża duża grupa i wszystkie pokoje są zarezerwowane. Dlatego czasem warto coś zaplanować i wcześniej zadzwonić, z drugiej strony pewnie i tak nie dogadalibyśmy się po angielsku. Szkoda tym większa, że pokoje są na prawdę w dobrym stanie, a w okolicy byłoby kilka ciekawych do zobaczenia miejsc – monastyr znajduje się dosłownie „u wrót” Rodopów.

W Bułgarskich monastyrach panuje dużo swobodniejsza atmosfera, w porównaniu z monastyrami w Serbii, a zwłaszcza w Rumunii. W Rumunii na przykład, niemal w każdym miejscu obowiązują inne zasady ubierania się. Czasem trzeba koniecznie mieć długą do kostek spódnicę, a do innej cerkwi możemy wejść w spodniach (byle długich), innym razem oprócz spodni konieczna jest jeszcze jakaś przepaska. Do jednej świątyni można wchodzić z odkrytą głową, a w drugiej pilnująca cerkwi zakonnica jest święcie oburzona, że wchodzę bez chusty na głowie. Ciężko nie zginąć w tym gąszczu zakazów i nakazów. Zastanawiam się kto to wszystko wymyśla. Odnoszę wrażenie, że mnóstwo zasad istnieje głównie po to, by czuć się w tym wszystkim trochę zagubionym i zawsze mieć możliwość zrobienia czegoś nie tak. W cerkwi bułgarskiej, ważniejsze chyba od wyglądu zewnętrznego wiernych, są ich intencje. Mimo tego, że dookoła klasztorów rozciągają się rozliczne kramy z rękodziełem, ziołami czy zwyczajną tandetą, same monastyry są prawdziwymi oazami spokoju w których mamy nasycić swoją duszę. Dlatego znajdują się w nich miejsca w których możemy usiąść, stół z dzbankiem wody i szklankami, lub po prostu czeszma z zimną górską wodą, czasem w formie fontanny, ale zrobionej tak, by móc z niej pić. Picie ze studni symbolizować ma ukojenie pragnienia duszy. Dlatego w większości serbskich i bułgarskich monastyrów przy wejściu albo zostajemy ugoszczeni, albo mamy ugościć się sami zimną wodą. Dawanie przybyszom wody na powitanie, nie jest tylko pustym gestem i niezbyt wypada nam odmówić, gdy ktoś nam ją proponuje. W Rumunii niestety nie ma już takiego zwyczaju. Jeżeli monastyr położony jest mocno na uboczu, oprócz picia wody będziemy z pewnością musieli spędzić trochę czasu na rozmowie z osobą, która nas gości, dlatego nie warto się śpieszyć. Bardzo często zostajemy także poczęstowani na przykład kawą, owocami, czasem nawet rakiją. Baczkowo jest chyba zbyt tłumnie obleganym miejscem, by czegoś takiego doświadczyć, ale piszę o tym niejako przy okazji.

Monastyr Baczkowski – cerkiew z XVII wieku.

W obrębie murów monastyru znajduje się dużo miejsc w których można usiąść i coś pokontemplować.

Przepiękna metasekwoja na dziedzińcu klasztoru.

Na dziedzińcu monastyru baczkowskiego rosną również granaty.

Dookoła monastyru rozciągają się takie widoki.

Po południu robi się bardzo pusto.

Monaster Zaśnięcia Matki Bożej w Baczkowie jest drugim co do wielkości i drugim najliczniej odwiedzanym monastyrem Bułgarii po Monastyrze Rilskim. W jego skład wchodzą 4 kościoły, i ponad ośmiohektarowe gospodarstwo, w tym liczne sady owocowe i stada zwierząt. Na stronie monastyru jest napisane, że miejsce to jest częścią bułgarskiego dziedzictwa i jest zawsze otwarte na wszystkich odwiedzających. Monastyr powstał w roku 1083 za sprawą Cesarstwa Bizantyjskiego – jego założycielem był Gruzin Grigorii Bakuriani, a jego pierwszymi mieszkańcami mnisi z południowo-wschodniego krańca imperium, głównie Gruzji i Armenii. W końcu jedenastego stulecia przy klasztorze powstała szkoła z biblioteką, w której zgromadzono bogaty zbiór ksiąg starogruzińskich, ormiańskich, bizantyjskich oraz starobułgarskich. Monastyr posiadał pełną autonomię i do 1363 roku nie musiał podlegać administracji Płowdiwu. Monaster pozostawał w granicach Bułgarii do 1393, kiedy tereny te zostały podbite przez Turków. Baczkowo wprawdzie przetrwało pierwszą falę tureckiej inwazji, jednak w XV wieku zostało rozgrabione i zniszczone. Klasztor odbudowano pod koniec XVII stulecia na wzór cerkwi na świętej górze Athos, a patronatem objął ją Patriarchat Konstantynopola.

W cerkwi pochodzącej z 1604 roku, postawionej na ruinach budowli wzniesionej przez Bakurianiego, znajduje się cudowna gruzińska ikona z 1310 roku przedstawiająca Maryję Eleusa – przedstawienie w którym postaci Maryi i dzieciątka stykają się z sobą policzkami. Przed obrazem niemal cały czas stoi kolejka wiernych. Ikona w czasach ottomańskich została z Baczkowa wyniesiona i znajdowała całkiem niedaleko w miejscu o nazwie Kluviata, które zaraz zobaczycie. Tam znaleziono ją w XVII wieku i z powrotem umieszczono na swoim miejscu. Tutaj można poczytać o przypadkach cudownego wyleczenia się z chorób, które ponoć dokonało się za sprawą cudownego obrazu.

Pokryty freskami przedsionek cerkwi.

  Nawet jeśli jesteśmy wielkimi fanami zabytków i historii sztuki, wizyta w samym monastyrze nie może trwać w nieskończoność. Jeszcze tego samego dnia postanawiamy udać się do rezerwatu „Czerwona Skała” i obejrzeć schowane w górach paraklisy oraz wodospad (który latem jest niemożliwy do zobaczenia ze względu na brak wody w rzece). Jeśli już przyjechaliśmy do monastyru koniecznie trzeba nie zważając na upał, pospacerować po okolicy, bo jest niezwykle malownicza. Na szczęście większość trasy jest miło zacieniona. Idąc mijamy klasztorne sady i pastwiska.
Paraklis to rodzaj kaplicy znajdujący się zazwyczaj nieopodal dużego i znanego miejsca kultu. Paraklisy stawiano dla konkretnego świętego, miały umożliwiać odprawianie nabożeństw w wąskim gronie wiernych, na przykład chrztów. W Bułgarii stawiano je także wysoko w górach za tureckiej okupacji. Ich lokalizacja była objęta sekretem, o którym wiedzieli tylko wtajemniczeni. Wierni spotykali się tam w tajemnicy i uczestniczyli w nabożeństwach.
Niesamowite wrażenie robi baczkowskie ajazmoto, czyli kaplica mieszcząca w sobie źródło cudownej i leczniczej wody. Budynek pokryty jest malowidłami z zewnątrz i wewnątrz, a dookoła niego rosną kilkusetletnie platany. Drzewa malowniczo powrastały w kamienną konstrukcję i powoli zaczynają ją rozsadzać.  Miejscami wygląda to jak jakiś lokalny Angkor.

Czerwona skała o zachodzie słońca.

Większość trasy mimo że wiedzie odrobinę pod górę 😉 to jest przyjemnie zacieniona.

Baczkowskie ajazmoto – źródło świętej i leczniczej wody.

Studnia wyłożona jest świętymi wizerunkami na zewnątrz i wewnątrz.

Ogromne wrażenie robią kilkusetletnie platany (prawie jak w Angkor).

Potem ścieżka pnie się mocno pod górę i prowadzi nas w stronę Kluviaty.

Następnie ścieżka zaczyna piąć się pod górę i dochodzimy do miejsca zwanego Kluvia lub Kluviata, w którym znaleziono baczkowską ikonę Maryi Eleusa ukrytą przed Turkami. Znajduje się tam piękny i w całości od wewnątrz pokryty zadymionymi malowidłami paraklis poświęcony św. Michałowi Archaniołowi. Miejsce jest niezwykle klimatyczne, zwłaszcza że o zachodzie słońca jesteśmy jedynymi odwiedzającymi. Szkoda tak szybko stamtąd wracać, ale ze względu na włóczące się samopas psy, które po ciemku mogłyby być mniej przyjazne, musimy zacząć iść z powrotem. Położone wyżej miejsca mają niesamowity klimat i wielka szkoda tak szybko je opuszczać. Porównać można je jedynie z pustelnią św. Sawy nieopodal monastyru Studenica w Serbii.

Paraklis Świętego Michała Archanioła wewnątrz w całości pokryty zadymionymi freskami.

Paraklis św. Michała Archanioła w detalach. Miejsce stoi sobie w górach nie pilnowane przez nikogo.

Niestety przepięknego wnętrza nie dało się sfotografować ze względu na panujące wewnątrz egipskie ciemności.

Na koniec kilka informacji o rozciągających się przed monastyrem kramach. Można zakupić na nich oprócz spotykanej wszędzie chińskiej tandety, także rękodzieło, ceramikę trojańską, rewelacyjny kozi, owczy i bawoli nabiał, oraz skonsultować się i otrzymać poradę zielarską. Kilka kiosków z suszonymi ziołami i mieszankami ziołowymi obsługiwanych jest przez baby czyli starsze kobiety znające się na medycynie ludowej. Dlatego jeden ze straganów prowadzony był na przykład przez Babę Martę. Niestety konsultacja może odbywać się wyłącznie w języku bułgarskim. Kobietom niestety nie asystuje nikt młody, kto mógłby pełnić rolę tłumacza. Można zakupić u nich mieszanki ziołowe na przykład słynny Rodopski Czaj, ziele gojnika, czubrycę i inne tym podobne mocno lokalne rośliny.

Jak przeżyć Gucę

Podczas tegorocznych wakacji udało mi się niechcący spełnić jedno ze swoich odwiecznych marzeń. Obecnie może nie wysuwało się ono na czołówkę moich wakacyjno-wycieczkowych celów (bo w międzyczasie przybyła mi masa innych), ale kiedyś bardzo bardzo chciałam pojechać do Gucy na festiwal trębaczy. Filmy Kusturicy oglądane w liceum i przekonanie, że Bałkany są świetnym miejscem, sprawiły, że Guca stała się dla mnie swego rodzaju mitem. Wybierałam się tam nieskończoną ilość razy. Potem, co chyba zrozumiałe, mój entuzjazm nieco zmalał, bo ilość dostępnych miejsc i atrakcji w dodatku znacznie mniej komercyjnych, urósł w postępie geometrycznym. O tym że udało się w tym roku, zadecydował przypadek. Akurat okropnie mokliśmy i marzliśmy w Sarajewie przy temperaturze poniżej 10 stopni w sierpniu, na jakimś marnym kempingu (tak się składa że jak jesteśmy w Sarajewie, to zawsze pogoda jest „pod psem”), gdy poznana na nim dwójka Włochów powiedziała nam, że jest to ich przystanek w drodze do Gucy. Festiwal miał zacząć się nazajutrz. Postanowiliśmy więc szybko zmienić plany, opuścić Sarajewo i pojechać tam, bo niespełna 250 kilometrów dalej pogoda przedstawiała się diametralnie różnie. Okazało się także, że w pobliżu Gucy jest fajne miejsce, które planowaliśmy odwiedzić rok wcześniej, ale nam nie wyszło, w którym można się zatrzymać na nocleg. Na początek trochę praktycznych spraw.

srb_festiwal-guca-2016_003.jpg

Parada trębaczy i zespołów folklorystycznych na rozpoczęcie festiwalu.

srb_festiwal-guca-2016_004.jpg

Od jakiegoś czasu zapraszane są orkiestry z innych krajów (nie tylko ościennych).

srb_festiwal-guca-2016_007.jpg

Rozpoczęcie festiwalu kilkuset trębaczy gra hymn Gucy.

srb_festiwal-guca-2016_008.jpg srb_festiwal-guca-2016_005.jpg

Transport

Niewiele mogę o nim powiedzieć, gdyż przyjechałam własnym samochodem. Wjazd prywatnym transportem do miejscowości kosztuje 10 euro i jest to jednorazowa opłata za wszystkie dni trwania festiwalu. Po jej uiszczeniu dostajemy nalepkę na szybę i z nią możemy wielokrotnie wjeżdżać i wyjeżdżać z Gucy, oraz za darmo parkować samochód na ogólnodostępnych parkingach. Masa miejscowych dorabia jednak udostępniając swoje pola i kasując za nie opłatę. Nie pamiętam ile, ale sumy raczej nie były zawrotne. Warto rozważnie zaparkować! Lepiej stanąć gdzieś na początku miejscowości i przejść się kawałek na piechotę, niż zrobić odwrotnie i jechać w środku nocy lub gdzieś nad ranem przez całe miasteczko, podczas gdy ludzie często pijani prawie do nieprzytomności włażą nam pod koła. Czasami wyglądają jak prawdziwi zombie. Trzeba jechać z prędkością 5 km/h a i tak możemy kogoś przejechać. Ktoś idący chodnikiem może po prostu przewrócić się na ulicę i problem gotowy. Wszystkie najbardziej strategiczne i darmowe miejsca parkingowe zajęte są już późnym popołudniem.

Nocleg

Spanie poza Gucą ma swoje wady i zalety. Najpierw będzie o wadach. Uwaga! Już pierwszego wieczoru, właścicielka naszego hotelu po jakiś pięciu minutach rozmowy powiedziała nam, że podczas powrotu z festiwalu w środku nocy, kierowca samochodu nie może mieć we krwi ani grama alkoholu! Przy wszystkich wjazdach na główne drogi stoi policja i sprawdza każdy samochód. Nikt nie ma szansy przejechać bez badania, nie da się także w żaden sposób ominąć „rogatek” jakimiś polnymi drogami. Osoby u których badanie promili coś wykaże, proszone są „na stronę” do negocjacji w sprawie ewentualnych darowizn. Właścicielka hotelu w którym się zatrzymaliśmy, opowiadała nam jak rok wcześniej jej hotelowi goście spędzili noc na komisariacie, ponieważ nie mieli chęci, albo wystarczającej ilości środków by wykupić się z opresji. Z rozmów z lokalnymi ludźmi wynikało jednak, że niespecjalnie chodzi tu o zapewnienie względnego bezpieczeństwa, może jedynie osoby pijane w sztok są zatrzymywane, pozostałe muszą tylko uiścić odpowiednią opłatę i jadą dalej – tak to działa. Na picie i siadanie za kierownicą musi być w Serbii dużo większe przyzwolenie społeczne niż w Polsce, skoro ostrzeżenia (wypowiadane z pewną dozą oburzenia) słyszeliśmy od kilku lokalnych osób wcale o nie nie prosząc. Jako że zdecydowanie nie mamy ochoty na płacenie łapówek serbskim policjantom, picie alkoholu podczas festiwalu muszę sobie odpuścić, ale za bardzo nie narzekam. Prawie nigdy nie mam ochoty robić tego co wszyscy dookoła mnie. Drugą kwestią jest wracanie w środku nocy razem z tłumem kierowców na podwójnym gazie. Na szczęście mieliśmy blisko, ale nie wiem czy miałabym ochotę powtarzać to codziennie na przykład przez tydzień.

Dlaczego nie spaliśmy w Gucy? Bo zdecydowaliśmy się na wyjazd zupełnie spontanicznie i w ostatniej chwili. Impreza jest tak popularna że, ciężko byłoby znaleźć tam jakiś sensowny nocleg. Na co można liczyć jeśli śpi się na miejscu? Z pewnością na zdecydowanie inną cenę i jakość noclegów, niż mieliśmy my, śpiąc w odległości niespełna dwudziestu kilometrów. Za samo rozbicie namiotu na czyimś trawniku w Gucy, właściciel terenu może zażyczyć sobie 10 euro. Jeszcze niedawno było to ponoć 10 euro od namiotu, teraz zdarza się że i 10 od osoby. W tej cenie oczywiście nie ma żadnej łazienki ani prysznica. Planując wyjazd pół roku do przodu, pewnie da się znaleźć jakiś względnie sensowny nocleg. Dla mieszkańców jest to możliwość olbrzymiego zarobku. Mit festiwalu jest tak silny, że ludzie rokrocznie skłonni są płacić więcej i więcej. Jeśli ktoś (większość osób, mam wrażenie) jedzie na festiwal by konsumować alkohol w ilościach hurtowych, nie ma co liczyć na noclegi poza Gucą i lepiej zostać w miasteczku przez cały czas. Ja na przykład piję alkohol głównie po to by delektować się jego smakiem i nie bawi mnie już jakoś specjalnie, picie go w ilościach znacznie przekraczających dobre samopoczucie, (i cierpienie dzień później mąk z powodu kaca), dlatego nawet jeśli piłabym go podczas festiwalu, to raczej nie w ilościach zbyt wysokich. W takim razie mogę go przecież wypić kiedy indziej. Nawet jeśli przyjedziemy do hotelu o trzeciej nad ranem, mamy zapewnione kilka godzin snu, ciepłą wodę i przez pół dnia możemy robić inne rzeczy, a po południu jechać na festiwal. Całkiem przyzwoity nocleg poza miejscowością kosztuje tyle co namiot rozbity na czyimś podwórku. W Gucy impreza trwa praktycznie przez całą dobę. Mieszkając gdzieś w centrum należy raczej zapomnieć o spaniu, bo nie o spanie przecież tutaj chodzi.

Jedzenie

wszędzie jest praktycznie takie samo, nieważne jaki lokal wybierzemy. W zależności od preferencji może być ono dla nas albo świetne, albo bardzo bardzo problematyczne. Podstawą wyżywienia uczestnika festiwalu w Gucy jest mięso, głównie grillowane najczęściej typowy bałkański fast food. Ponoć przed festiwalem,  w okolicy ma miejsce ogromne świniobicie. Na każdym rogu niemal wszędzie dookoła piętrzą się stosy jedzenia wręcz w potwornych ilościach, więc na pewno z głodu nie zginiemy. Jeśli zachowujemy się typowo, zapijając wszystko ogromnymi ilościami alkoholu, to w zasadzie wszystko jedno co będziemy jeść. Raczej trudno wtedy o zwracanie uwagi na szczegóły. Dania służą osobom spożywającym go na okrągło – są proste, nieskomplikowane i bardzo tłuste. Fakt że zbliżamy się do centrum miejscowości gdzie odbywa się festiwal czuć nosem już z daleka. Nad uliczkami unosi się bowiem gęsty, siwy dym o specyficznym słodkawym zapachu – to rozliczne grille pracują pełną parą. Zapach przypalonego mięsa jest tak intensywny, że gryzie po oczach. Odbiera mi całkiem ochotę na jedzenie go chyba przez cały najbliższy tydzień. Widok pieczonych w całości baranów i prosiąt obracających się na rożnie, nie robi przynajmniej dla mnie takiego wrażenia jak zapach, który jest dość piorunujący. W dodatku to już upieczone mięso leży sobie na gorącu w pyle i kurzu wzniecanym przez morze ludzi idących dookoła. Z jednej strony fajnie zjeść takie tradycyjne jedzenie jak gotowany na węglach w wielkim glinianym garze kupus, czy pieczone w całości prosiaki i barany.  Z drugiej strony te piętrzące się wszędzie góry jedzenia przygotowywanego w warunkach delikatnie mówiąc takich sobie, przygotowywanych hurtem, w pośpiechu, i przy braku specjalnej higieny, które leżą nie wiadomo jak długo i czekają na kupca.

srb_festiwal-guca-2016_027.jpg

Nad stanowiskami z jedzeniem unosi się siwy dym z grillowanego wszędzie mięsa. Jego zapach skutecznie zniechęca mnie do jedzenia go na jakiś czas.

srb_festiwal-guca-2016_012.jpg

Trudno o jakiekolwiek roślinne alternatywy.

srb_festiwal-guca-2016_019.jpg

Kupus w kilkunastolitrowych glinianych garach piecze się na żarze.

srb_festiwal-guca-2016_018.jpg

Na prawie każdym stoisku z jedzeniem można zobaczyć takie obrazki (wegetarian przepraszam).

srb_festiwal-guca-2016_016.jpg

Jedzenie na festiwalu wygląda nieco przygnębiająco. Nie chodziłam i specjalnie nie szukałam takich widoków. Są one dosłownie na każdym rogu.

W Azji co roku żywimy się na ulicy, więc czemu tutaj wybrzydzam? Bo w Azji raczej się to tak nie odbywa. Tam jedzenie przygotowywane jest na oczach klienta, a nie poniewiera się po zrobieniu kilka godzin. Jeśli są to potrawy gotowane dłużej, to sprzedawane są od razu.  Jeśli nie mam ochoty na mięso lub lokal wygląda odrobinę podejrzanie – wybieram bezpieczniejsze warzywa. W Gucy nie ma takiego wyboru, a od zapachów spalonego mięsa robi mi się trochę niedobrze. W zasadzie jedyną wegetariańską opcją są tutaj frytki. Jest i pizza wegetariańska z warzywami z puszki, a więc „samo zdrowie”. Na festiwal rokrocznie przyjeżdża coraz więcej mocno alternatywnie wyglądających osób z zachodniej Europy i to pewnie dla nich istnieje jedno jedyne stoisko z daniami „wegetariańskimi”, które zdecydowanie rozmijają się z tychże wegetarian oczekiwaniami, bo dominuje fast food i tania smażelina, podobnie jak w przypadku dań mięsnych.

Drugim trochę irytującym problemem jest oszukiwanie w lokalach. Do zamówień doliczane są nie zamawiane przystawki, chleb, dodawane różne dodatki.  Zjawisko zdecydowanie nasila się w środku nocy, gdyż kelnerzy liczą na mocniej wstawionych klientów. Nam doliczono na przykład „wsad mięsny” do pieczonej fasoli (specjalnie zamówiłam bo bez mięsa), kiepską przystawkę której wcale nie zamawialiśmy oraz policzono dość kosmiczną kwotę 400 dinarów za dwa chlebki. Różnica między cenami z menu a ostateczną kwotą zapłaty wyniosła u nas około 10 euro. Wolałabym tą kwotą zasilić na przykład jakąś sympatyczną trzecioligową orkiestrę, niż dawać oszustom za kiepskie jedzenie. Zamiast wstać i wyjść zobaczywszy dania których nie zamawialiśmy zostaliśmy i niepotrzebnie kłóciliśmy się z bardzo niesympatycznym kelnerem, który w ostatecznym rozrachunku rzucił nam na stół dwieście dinarów. Jeśli zamawiamy jedzenie w środku nocy lepiej wybierać najprostsze dania do których nie da się niczego dodać. Co ciekawe dodatek może „kosztować” tyle samo co zamawiana potrawa więc ceny mnożą się na przykład dwukrotnie.

Wkurzające w lokalach różnego typu są podwójne cenniki, inne na czas festiwalu a inne przez resztę roku. Taka na przykład kawa może podczas festiwalu kosztować kilkakrotnie więcej, osiągając cenę prawie jak na zachodzie Europy, mimo tego że w Serbii normalnie jest bardzo tania. Kiedy przychodzi do płacenia nagle okazuje się że wiszący na ścianie cennik z pieczątkami jest nieważny, bowiem na czas festiwalu obowiązuje inny. Można zostać i się trochę pokłócić albo machnąć ręką bo szkoda czasu.

Zdarzają się oczywiście lokale, które nie stosują takich praktyk, niemniej jednak mam wrażenie że są w mniejszości.

Alkohol

Od jakiegoś czasu zupełnie nie piję przemysłowych trunków, a alkohol jest dla mnie wyłącznie elementem szeroko pojmowanego slow foodu. Napoje z dodatkiem procentów leją się w Gucy szerokim strumieniem. Sponsorem festiwalu jest producent piwa marki Jelen. Fajna i kultowa jest tylko jego nazwa i logo, bo w smaku to zwykły przemysłowy sikacz. Jelen sprzedawany jest wszędzie i dostępny co krok (razem z innymi przemysłowymi piwami). Na festiwalu browar pewnie zarabia krocie. Strona Wikipedii poświęcona Gucy, wymienia że na przykład już w roku 2006 podczas festiwalu wypito 4000 hektolitrów piwa, czyli ponad 700 000 kufli. Dominuje sprzedaż piwa na zgrzewki i tylko w puszkach, co eliminuje skutecznie wszelkie mniej przemysłowe piwne napoje.  Z drugiej strony dzięki temu na festiwalu jest bezpieczniej, bo na przykład nikt się nie pokaleczy. Spożywanie w nadmiernych ilościach przemysłowego piwa sprawia że na drugi dzień można cierpieć prawdziwe męki. Tym razem na szczęście z pomocą przychodzą miejscowi, sprzedając własne wyroby – najczęściej domową rakiję. Kupują ją także lokalni, więc to chyba w miarę bezpieczne. Zawsze może trafić się jakiś oszust, dopóki jednak ktoś sprzedaje swoje wyroby na głównej ulicy i kupują go także Serbowie, to raczej chyba nie warto być zbyt podejrzliwym. ja w każdym razie wolałabym domową rakiję od przemysłowego piwa gdybym na festiwalu postanowiła pić alkohol. Co ciekawe na jednej z ulic rozstawił się też jeden znany winiarz ze Sremskich Karlovci. Sprzedawał bardzo dobre wino (kupiliśmy) i rakiję. Miał też bermet, ale w takich warunkach nie znalazł chyba wielu fanów. Tutaj chodzi o to by alkohol był tani i dawał szybkie efekty, nikt nie zamierza specjalnie się nim delektować.

srb_festiwal-guca-2016_011.jpg

Sponsorem festiwalu jest producent piwa Jelen – takie ma na przykład hostessy.

srb_festiwal-guca-2016_028.jpg

Miejscowi starają się jak mogą by zarobić w czasie festiwalu. Tutaj na przykład niestacjonarny sprzedawca rakii i innych napojów.

 Bezpieczeństwo

Trzeba przyznać że jest dosyć bezpiecznie, jak na taką ilość mocno wstawionych osób – strony internetowe podają, że w tej chwili rokrocznie przyjeżdża tu ponad 600 tys. gości. Będąc zagranicznymi turystami jesteśmy bezpieczni w dwójnasób. Dopóki nie zaczniemy zajmować się polityką i wdawać w różne dziwne narodowościowe dyskusje, raczej nic nie powinno nam się przytrafić. Ogólnie w tym temacie bywa dosyć gorąco, miejscami aż iskrzy. Na szczęście Serbowie w swoim (niestety muszę to powiedzieć) szowinizmie skupiają się głównie na najbliższych sąsiadach, obcokrajowców „bardziej z daleka” on raczej nie dotyczy. Zwłaszcza wieczorową porą, gdy wszyscy są już nieco wstawieni zaczynają się toczyć różne pyskówki na tematy polityczno-narodowościowe. Nie znam na tyle języka, żeby dokładnie wiedzieć o czym mowa, na pewno wspominane są różne historyczne zaszłości. Serbia to kraj który mocno nie lubi chyba wszystkich swoich sąsiadów. Z drugiej strony mieszkańcy Bałkanów żywo wyrażają swoje emocje, gestykulują i podnoszą głos nawet przy normalnej rozmowie, może więc skala ich wnerwienia nie była taka jak mi się wydaje? Mimo wszystko nie dochodzi do rękoczynów. Widziałam tylko jednego zakrwawionego człowieka przez dwa dni i wyglądał na regularnego alkoholika, nie wiadomo więc jaka była przyczyna tej sytuacji. Pewnie w takim tłumie może zdarzyć się nam jakaś drobna kradzież kieszonkowa, ale nikt normalny nie idzie chyba bawić się do nieprzytomności z portfelem pełnym pieniędzy? Natomiast bardzo okropne wrażenie robią na mnie stragany z lokalnymi „artykułami patriotycznymi” gdzie można zakupić podobizny lokalnych zbrodniarzy wojennych i innych mocno kontrowersyjnych postaci, czarne flagi skrajnych nacjonalistów i czetnickie czapki. Stragany zdobią także podobizny Putina, który tutaj jest chwalony pod niebiosa. Można nawet kupić jego różne cytaty oprawione w ramkę. Na festiwalu już od dawna obecne są różne organizacje nacjonalistyczne, najczęściej gromadzące się pod pomnikiem trębacza. Non stop wykrzykiwane są tam teksty w rodzaju „Kosowo je Srbija„. Niestety festiwal tradycyjnej muzyki cygańskiej został obecnie trochę zawłaszczony przez serbskie organizacje nacjonalistyczne.

srb_festiwal-guca-2016_015.jpg

Przypinki a na nich lokalni bożyszcze: Ceca, Putin i Dragoljub Mihailović przywódca czetników.

srb_festiwal-guca-2016_022.jpg

Kram prawie w całości poświęcony Putinowi można na nim nabyć liczne pamiątki z wodzem.

srb_festiwal-guca-2016_021.jpg

Stragan na którym nacjonaliści mogą zaopatrzyć się w przydatne gadżety. Oczywiście to nie pojedyncze stanowisko – takich straganów jest co najmniej kilkanaście. Mijając je pomiędzy stoiskami z baranimi i świńskimi głowami i zwierzętami obracającymi się na ruszcie można nabrać dość przygnębiającego wrażenia.

Drugim trochę irytującym zjawiskiem jest spora ilość żebraków – najczęściej małych Romów z najbiedniejszych klanów. Tak olbrzymie skupisko ludzkie przyciąga spore ilości osób tego typu bo  łatwo wtedy o zarobek. Dlatego jeśli nie jesteśmy podatni na czyjeś sugestie raczej nikt się do nas na dłużej nie przyczepi. Jesteśmy odbierani jako obcy, którzy chyba nie wiedzą do końca o co w tym wszystkim chodzi (i tak zapewne jest). Ludzi jest tyle, że szkoda marnować cennego czasu na nagabywanie niechętnych obcokrajowców. Serbowie raczej dają pieniądze żebrakom. Może nie każdy człowiek, ale większość daje im bardzo niskie kwoty, zazwyczaj zachowując się przy tym trochę po wielkopańsku.

Jeśli jesteśmy już przy temacie Romów to będąc na festiwalu mamy niepowtarzalną okazję podejrzeć odrobinę ich świata, który jest dość hermetyczny i trudny do zobaczenia na co dzień. Do Gucy ściągają Cyganie z wszystkich ościennych krajów: Macedonii, Czarnogóry czy nawet Rumunii. Parają się różnymi zawodami. Przyjeżdżają zarówno najbiedniejsi handlujący chińską tandetą i rozkładający swe stragany na ulicach, albo żyjący wyłącznie z żebractwa, ale także rodziny bardzo bogate, które na festiwalu wydają olbrzymie ilości pieniędzy. To ogromnie fascynujące móc trochę to wszystko pooglądać, bo tego rodzaju społeczności coraz bardziej się liberalizują a ich archaiczna struktura trochę traci na znaczeniu.

srb_festiwal-guca-2016_020.jpg

Oprócz wydarzenia muzycznego Guca to też możliwość zrobienia najróżniejszych zakupów.

srb_festiwal-guca-2016_025.jpg

Od zupełnej tandety po ciekawe produkty spożywcze.

srb_festiwal-guca-2016_024.jpg

Jest też piękne oldschoolowe wesołe miasteczko.

srb_festiwal-guca-2016_023.jpg

Dudni upiorną mechaniczną muzyką na całą okolicę. Pogłębiając uczucie absurdu w jakim się znajdujemy 🙂

srb_festiwal-guca-2016_026.jpg

Ale na zdjęciach wygląda całkiem fajnie.

Muzyka

Dlaczego piszę o niej na końcu? Wydaje mi się, że w tym całym zamieszaniu odrobinę straciła na ważności. Odkąd festiwal stał się hitem europejskiej turystyki festiwalowej wielu ludzi jedzie tam głównie po to, by przez kilka dni praktycznie nie trzeźwieć. Dlatego żeby posłuchać muzyki lepiej chyba pojechać na bardziej niszowy festiwal, gdyż ten stał się ofiarą własnej popularności i przekształcił się w lekkie szaleństwo.

srb_festiwal-guca-2016_010.jpg srb_festiwal-guca-2016_009.jpg srb_festiwal-guca-2016_006 srb_festiwal-guca-2016_014.jpg srb_festiwal-guca-2016_013.jpg

Oprócz koncertów na scenach, oficjalnych przemarszów i parad, na festiwal przyjeżdża cała masa mniej znanych kapeli. Warto ich trochę poobserwować. Członkowie kilku najbogatszych i najbardziej sławnych zespołów, żyją sobie jak prawdziwe lokalne gwiazdy. Ich instrumenty są z najwyższej półki i brzmią donośnie a przy tym aksamitnie. Po przeciwnej stronie muzycznej barykady są kapele grające na zabawach i weselach, grające na sfatygowanych, tępo brzmiących i wyglądających jak „wyklepane” instrumentach. Czasami ci maluczcy podglądają tych wielkich, a w ich oczach widać ogromną determinację. Liczą na to że pewnego dnia też dołączą do panteonu szczęśliwców którym się udało. Niemal pożerają wzrokiem tych którym udało się jakoś wybić. Ich motywacja i wiara w sukces jest ogromna 🙂

Cała masa zespołów grających na ulicy niemal bez przerwy to na prawdę świetna sprawa. Po kilku godzinach słuchania w kółko tego samego można wpaść w trans. Mnóstwo osób kręci sobie filmy z orkiestrami żeby wrzucić je na portale społecznościowe. Za zagranie kilku szlagierów orkiestrze należy zapłacić. Muzykowi grającemu na pierwszej trąbce przykleja się do czoła banknot o wysokim nominale – zazwyczaj 1000 dinarów. Żeby banknot się przykleił, należy go poślinić. Oprócz tego każdemu członkowi orkiestry wrzuca się do trąbki podobne lub nieco mniejsze nominały, a perkusistom kładzie pieniądze na talerzach perkusji. Widziałam jednak również większe kwoty, zwłaszcza jak ktoś jest już nieco pod wpływem wysokoprocentowych napojów i pragnie zaimponować kolegom lub partnerce :). Dzięki temu dla takich pomniejszych orkiestr Guca jest szansą na realny zarobek. Dla mnie takie nieco surowe i nieokrzesane orkiestry są chyba bardziej ciekawsze niż te bogate i ugłaskane. Tamtych mogę posłuchać na youtube. Z tymi niszowymi i dzikszymi nie mam szansy inaczej się zetknąć. Dlatego od występów na scenie znacznie moim zdaniem ciekawsza jest ulica i to co się na niej dzieje.

srb_festiwal-guca-2016_029.jpg srb_festiwal-guca-2016_001.jpg srb_festiwal-guca-2016_002.jpg

Czy w takim razie warto w ogóle tam jechać?

Pewnie że tak. Trzeba mieć świadomość że festiwal mocno się komercjalizuje i jeżeli zależy nam faktycznie tylko na muzyce, lepiej wybrać jakiś mniej znany. Jeżeli zaś chcemy robić to co większość przyjeżdżających tam ludzi czyli ostro się bawić festiwal będzie miejscem oryginalnym i nadal chyba w miarę bezpiecznym. Niestety tłumy ludzi znacznie zmieniły jego charakter. Miejscami bywa odrobinę przygnębiająco. Zdecydowanie cieszę się jednak że tam pojechałam, bo złapałam trąbkowego bakcyla. Na pewno jeszcze pojadę na jakiś festiwal trębaczy ale znajdę go sobie sama i będziemy na nim jednymi z nielicznych zagranicznych gości 🙂