Roczne archiwum: 2016

Jak kupować wino w Egerze

Kawał czasu minął od mojego ostatniego pobytu w Egerze. Wtedy byłam tam parę dni, podczas których niemal bez przerwy padał intensywny deszcz. Przez to nie udało mi się zrobić w wielu interesujących miejscach żadnych sensownych zdjęć. Najbardziej żałowałam że nie mam żadnych z Doliny Pięknej Pani czyli Szépasszonyvölgy, bo już dawno chciałam napisać co nieco na temat tamtejszych winnych piwniczek. Tymczasem Eger ciągle znajdował się nie po drodze naszych węgierskich wycieczek. Tym razem będąc w miarę blisko, bo w Aggtelek postanowiłam w końcu nadrobić zaległości. Dookoła miasta znajduje się około 200 piwniczek winnych. Najwięcej skupionych blisko siebie winiarni znajduje się właśnie w Dolinie Pięknej Pani. Wina są tutaj bardzo mocno zróżnicowane i prawdopodobnie najtańsze na Węgrzech. W porównaniu z południowymi regionami kraju, jak na przykład Villány, którego wina czerwone cechują się wyjątkową jak na Węgry elegancją i potrafią kosztować jak w Europie Zachodniej, Eger jest przeciwnym cenowym biegunem. W Egerze można nabyć zarówno wina białe i czerwone od słodkich po wytrawne. Wybór jest ogromny. Winiarze nie specjalizują się w jednym konkretnym szczepie jak często ma to miejsce w innych winiarskich regionach. Jak więc wybrać dla siebie cokolwiek spośród takiej obfitości? Jak w ogóle przeżyć zakupy wina w Egerze?

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_006.jpg

Podczas wizyty w Dolinie Pięknej Pani tego typu mniej lub bardziej kiczowate elementy wystroju o tematyce „winiarskiej” będą towarzyszyć nam wszędzie.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_003.jpg

Aczkolwiek takie pięknie rzeźbione elementy są cool i szkoda że zostało ich tak mało.

Moja relacja będzie przedstawiona z perspektywy osoby, która szanuje wino i się nim interesuje, ale ma do niego podejście raczej indywidualne. Szuka sama (bo lubi) i tylko czasami słucha się innych. Po pierwsze i najważniejsze – średnio kręcą mnie wina dużych producentów. Raczej omijam tego typu produkty. Wina z winnych kombinatów to już nie to samo co trunek z małej winiarni, gdzie właściciel wie o swoim winie wszystko. Po drugie – najbardziej lubię smakować i kupować wino w miejscach w których się je wytwarza, więc raczej nie pasjonują mnie wina z Chile, Australii, czy RPA produkowane w ogromnych ilościach i smakujące zawsze i wszędzie tak samo. Jeśli oczywiście kiedyś do któregoś z tych krajów pojadę i akurat na mojej drodze stanie jakaś niewielka i sympatyczna winiarnia (jeśli to w ogóle możliwe), na pewno zmienię zdanie. Po trzecie – nie przejmuję się tak bardzo winnymi recenzjami (chociaż je czytam) i irytuje mnie traktowanie wina jako produktu mocno snobistycznego. Dla mnie to po prostu dodatek do dobrego jedzenia. Nie zamierzam wydawać na niego jakiś mocno zawyżonych kwot, aczkolwiek rozumiem czemu 6-puttonowy Tokaj Aszu trochę kosztuje. W tym przypadku cena wina jest absolutnie uzasadniona. Nie zawsze jednak tak jest. Mam podejście mocno demokratyczne i w żadnym wypadku nie uważam że powinno smakować mi jedynie bardzo drogie wino, które ma świetne recenzje. Wino musi pasować do mnie i nie chcę czuć się przez nie sztywniacko. Dlatego piję zarówno te tanie jak i te drogie. Oczywiście jeśli jakieś wino z nieco wyższej półki bardzo mi się spodoba to od czasu do czasu mogę je sobie kupić, ale cena nie jest dla mnie absolutnie wyznacznikiem jakości. Nie fascynuję się drogimi winami dlatego, że są drogie.

Piwniczki

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_001.jpg

Wolę wybrać piwniczkę w której pachnie pleśnią, niż taką, która przypomina swoim wystrojem zakład fryzjerski.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_013.jpg

W piwniczce z takim sufitem nabieram większej ochoty na degustowanie wina.

Na początek może trochę o samych piwniczkach. Po pierwsze – znacznie różnią się od siebie wystrojem. Ja lubię takie, w których mogę trochę poobcować ze szlachetną pleśnią, która porasta ściany. W piwniczce z pleśnią na ścianach cudownie i niepowtarzalnie pachnie. Takie miejsce ma wiele klimatu. Zupełnie nie rozumiem kilku winiarzy w Dolinie Pięknej Pani, którzy całkowicie wyremontowali swoje piwniczki i wyczyścili ściany „do zera” malując je na jasny kolor albo wykładając jasnym drewnem czy nawet kafelkami – zgroza! Taka piwniczka wygląda jak łazienka, albo sztampowa miejska knajpa zaprojektowana z modnych obecnie materiałów do nabycia w każdym markecie budowlanym. Piwniczka winna raczej nie powinna swoim wystrojem przypominać szpitala czy salonu fryzjerskiego. Niestety w porównaniu z rokiem 2010 część miejsc zatraciła swój charakter. W takich piwniczkach trochę przechodzi mi ochota na próbowanie wina, skoro obok jest wiele innych miło pokrytych wieloletnią pleśnią. Jest też druga strona medalu. Niektóre piwniczki wyglądają odrobinę smutno bo są nie remontowane od lat. To zazwyczaj takie prowadzone przez ludzi w mocno podeszłym wieku, którzy zamiast wypasioną terenówką jeżdżą jeszcze przedpotopowym zaporożcem. Niestety czas takich piwniczek powoli dobiega końca czego również mi szkoda.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_004.jpg

Niektóre piwniczki w Dolinie Pięknej Pani żyją głównie z wycieczek. Turyści przywożeni są na degustacje autokarami. Nie kupimy tutaj praktycznie żadnych win butelkowanych, bo winiarnia nastawia się głównie na degustacje i sprzedaż wina turystom do plastikowych butelek. W niektórych można spotkać informacje dla klientów z Chin i Japonii – wszędzie wiszą karteczki z azjatyckim pismem. Obawiam się że w takich piwniczkach jakość wina może pozostawiać wiele do życzenia. Azjatycki turysta kupi bowiem wszystko. Pewnego razu w Tokaju odwiedziliśmy jedną winotekę, w której sprzedawca oprócz sprzedawania wina posiadał w swoim sklepie kolekcję „Tokajów” kupowanych w różnych krajach, często nie mających z tym winem nic wspólnego. Ukoronowaniem jego kolekcji było czerwone wino „Tokaji” albo „Takaji” kupione w Japonii! Myślę piwniczki dla turystów zwłaszcza azjatyckich lepiej omijać, z ciekawości kosztowałam w takiej kilka win i były zupełnie fatalne. Są też piwniczki z ambicjami, posiadające wina nagradzane na różnych branżowych imprezach. Poznamy je po tym, że wina jest w nich dużo, a piwniczka raczej nastawia się na sprzedaż win butelkowanych (chociaż żywe także w swojej ofercie posiada). Wino popakowane jest w kartonowe pudła – restauratorzy podjeżdżają vanami i często kupują ich po kilkadziesiąt. Pomijając turystyczną magmę, Dolina Pięknej Pani to mimo wszystko możliwość zaopatrzenia się także w wina butelkowane o sensownej jakości. Niemniej jednak idąc tam chcę głównie zaopatrzyć się w te żywe, bo w butelkowane lepiej chyba będzie kupić w innych miejscach egerskiego regionu winnego. Generalnie – jeśli pokręcimy się po dolinie przez większość dnia, zobaczymy w których z nich zaopatrują się restauratorzy, a które żyją głównie z obsługiwania grup turystycznych. Lepiej oczywiście wybrać te pierwsze.

Ogólnie o winach

Samo wymienienie wszystkich rodzajów wina jakie można nabyć w Egerze sprawi, że już od słuchania z pewnością rozboli nas głowa. Smaków jest tak wiele, że będąc tam jeden raz nie sposób wszystkiego spróbować, bo po piątym winie nawet próbowanym w niewielkich ilościach tracimy jakiekolwiek poczucie smaku. Postaram się zaraz omówić pokrótce te najważniejsze. Kupimy je w wersji zarówno niebutelkowanej – czyli lane bezpośrednio z kadzi do butelek plastikowych (dominują kadzie ze stali nierdzewnej), jak i takie w szklanych butelkach z korkiem. Wina z kadzi nie są przed nalaniem do butelki konserwowane siarczynami (chociaż oczywiście mogły one być dodane na wcześniejszym etapie produkcji, co jest normalne), cały czas pracują i zmieniają swój smak. Jeśli więc postoi nam ono tydzień w cieple, będzie smakowało zupełnie inaczej (zazwyczaj gorzej) niż podczas degustacji w piwniczce. Ba! nawet jeśli takie wino jedzie z nami w bagażniku w temperaturze powyżej trzydziestu stopni podczas powrotu do Polski, (jeśli akurat jest ogromy upał) to już będzie ono smakować delikatnie inaczej. Dlatego takie wina powinno się pić na miejscu ewentualnie kupić i zabrać ze sobą tyle, żeby w bardzo niedługim czasie skonsumować całość. Oczywiście jeśli mamy dużych rozmiarów lodówkę albo piwnicę czy ziemiankę, w której jest na prawdę zimno, zwiększamy szansę wina na przetrwanie. Nawet jeśli będziemy trzymać je w lodówce, wydaje mi się, że po transportowych perypetiach, miesiąc to czas maksymalny w którym należy je spożyć. W przeciwnym wypadku mogą się z nim podziać straszne rzeczy. Takie wino może zacząć mocno bąbelkować, skwaśnieć, stracić piękny aromat i wszystkie inne swoje atuty. Może nawet wytrącić się z niego osad. Jeśli przelane do plastikowej butelki i całkowicie ją wypełnia tak, że zawiera niewiele powietrza, ma mniejsze szanse na zepsucie się niż jeśli butelka wypełniona jest na przykład do połowy, dlatego lepiej takie wino przelewać do mniejszych zbiorników w miarę zmniejszania się jego ilości. Zazwyczaj psują się resztki pozostawione w dużej butelce wypełnionej w większości powietrzem. Wino z lodówki będzie oczywiście za zimne do picia, więc przed spożyciem trzeba wyjąć je z niej odpowiednio wcześniej, wtedy pojawią się jego wszystkie atuty. Mimo tych wszystkich niedogodności ogromnie warto kupować takie wina, bo są niepowtarzalne i żywe. Co z tego że mało dopracowane, zmienne i łatwo się psujące. To wino stołowo-imprezowe mające dokładnie tyle samo zalet (jednak zupełnie innych) co porządne wina butelkowane.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_002.jpg

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_005.jpg

Egri Bikawer

Na początek zacznę od tego, po co właściwie tutaj przyjechaliśmy. Wino produkowane tylko w Egerze i okolicach. Bycza krew jest kupażem czyli mieszanką kilku szczepów, winem o pięknym czerwonym kolorze i wytrawnym smaku. Bazą dla tego wina jest Kékfrankos, zmieszany z kilkoma lub jednym z następujących szczepów: Blauburger, Zweigelt, Cabernet Sauvignon, czasem też Menoire i Pinot Noir.  Kiedy byłam w Egerze w 2010 roku, kupowałam Egri Bikawera w plastikowych butelkach. Obecnie jest to zakazane, z uwagi na ochronę lokalnego produktu, podobnie zresztą jak w Tokaju, gdzie puttonowego Aszu, czy Tokaja Samorodnego również nie powinno się tak sprzedawać. Sprzedawcy jednak i tak robią i wiedzą swoje. Sprzedają Egri Bikawera w butelkach plastikowych z oficjalną nalepką Baluburger (informując klienta wcześniej że głupie przepisy i tak dalej, a nalepkę można sobie oderwać). Jest to wino specyficzne i z pewnością nie przypadnie do gustu typowemu polskiemu amatorowi win słodkich (ponoć to takiego wina najczęściej w sklepach szukają Polacy, ale przyznam że niewiele mi o tym wiadomo, bo chyba nie rozmawiam o winie z typowymi Polakami). Egri Bikawer może kojarzyć nam się z najtańszym winem jakie możemy znaleźć w polskich supermarketach.  Nie należy jednak uważać go za jakiś winny koszmar, bo na miejscu sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej niż nam się wydaje. W Polsce takie wino potrafi czasami kosztować 8 złotych, „pachnieć” siarczynami na kilometr, a w smaku nie ustępować najgorszym odmianom legendarnej Sofii. To niestety pokłosie epoki komunizmu, kiedy to z wina cieszącego się kiedyś największą estymą, zrobiono produkt tani i masowy i zaczęto produkować go przemysłowo. Na miejscu za tyle samo albo niewiele więcej, kupimy sympatyczne nieraz mocno wytrawne wino, które w niczym nie przypomina najtańszych win o tej nazwie z polskich hipermarketów.  Dostępne są też znacznie droższe butelkowane Egri Bikawery, kosztujące kilka tysięcy forintów, cechujące się intensywnym kolorem i smakiem. Winiarze próbują przywrócić temu gatunkowi wina dawną świetność. W Polsce najłatwiej dostępnym winem Egri Bikawer z wyższej półki będzie pewnie wino z winiarni Egri Korona. Osobiście nie wiem co sądzić na temat tej winiarni, jej produkty są bowiem bardzo mocno nierówne. Zdarzają się u nich wina przyzwoite ale także zupełnie fatalne. Raczej nie kupiłabym ich w ciemno. W okolicach Egeru winiarni tego rodzaju są dziesiątki i z pewnością znajdziemy jakiegoś Egri Bikawera, który bardziej przypadnie nam do gustu.

Medina

Teraz coś z zupełnie innej beczki. Kolejna lokalna ciekawostka, tyle że mniej znana. Wino czerwone słodkie albo półsłodkie, produkowane w takiej szerokości geograficznej to prawdziwa ciekawostka. Medina to lokalna krzyżówka odmiany Medoc Noir, która daje wina co najmniej półsłodkie. Nie mają one delikatnie mówiąc jakiegoś bogatego bukietu, są bardzo proste (maniacy wina pewnie stwierdziliby że tępe) – jeśli jednak skosztujemy medinę w każdej piwniczce w Dolinie Pięknej Pani z pewnością damy radę znaleźć taką, która przypadnie nam do gustu. Po spróbowaniu słodkiego czy półsłodkiego wina, nie da się już przez następne 30-40 minut spróbować wina na przykład wytrawnego, bo zupełnie nie odczujemy jego smaku. Najlepiej więc jednego dnia kupować tylko jeden gatunek wina. Wtedy mamy niewielkie (ale zawsze jakieś) szanse zrobienia odpowiadającego nam wyboru. Medina jest winem szczególnie problematycznym, bo po jej spróbowaniu trzeba odczekać dłuższą chwilę, albo coś zjeść, bo nie odczujemy prawidłowo żadnego kolejnego wina. A tak w ogóle, to po co coś takiego kupować? Na przykład do ziołowo-winnych przetworów. Sporo właściwości różnych ziół i roślin możemy pozyskać przez zalanie ciepłym kilkunastoprocentowym alkoholem. Wystarczy na przykład zalać takim winem młode pędy sosny (w tym roku oczywiście już za późno), odczekać dwa tygodnie i otrzymujemy bardzo pyszne wino z lekko sosnową nutą i leczniczymi właściwościami. Jeżeli zalalibyśmy takie pędy winem wytrawnym, w smaku nastawu dominowałaby gorycz. Dzięki temu że medina to wino niemal słodkie, smaki fajnie się równoważą. Wina ziołowe robione z Mediny to ogromne odkrycie.

Inne wina czerwone

Pewnie nie powinnam wrzucać ich wszystkich „do jednego worka”, ale inaczej ten wpis będzie miał długość kilometra. W Egerze rosną i udają się odmiany francuskie takie jak Pinot Noir, Cabernet Sauvignon, czy Merlot, oraz odmiany znane z winiarskich regionów Niemiec i Austrii takie jak Zweigelt czy Blauburger oraz niezmiernie tutaj popularny Blaufränkisch znany na Węgrzech pod  nazwą Kekfrankos (a w Czechach i na Słowacji jako Frankovka Modra). To właśnie przede wszystkim te wina kupimy tutaj osobno, albo w kupażach, (które tutaj nazywają się Cuvée). Zazwyczaj z tych szczepów wychodzą tutaj wina wytrawne i półwytrawne, chociaż zdarza się czasami znaleźć jakiegoś półsłodkiego Zweigelta (ale cieszy się chyba niezbyt dużą estymą, co kiedyś cierpliwie tłumaczył nam pan winiarz w Villany i doszedł to konkluzji, że półsłodki Zweigelt robiony na Węgrzech nie może być dobry). Wybór takich win jest ogromny. Warto próbować je według jakiegoś klucza, żeby całkowicie nie zginąć. Na przykład jednego dnia próbuję tylko Kekfrankosa, albo tylko wina czerwone nagrodzone medalami na konkursach winiarskich, lub skupiam się tylko na półwytrawnych kupażach, czy próbuję tylko odmian francuskich w rodzaju wytrawnym. W ten sposób będziemy mieli szansę dowiedzieć się czegokolwiek i porównać jakość produktów z poszczególnych piwniczek.

Leanyka

Pora na wino białe. Niektórzy winiarze z Egeru uważają że uprawa czerwonego wina w tym regionie, oraz promowanie Egri Bikawera jako kluczowego regionalnego wina to zupełna pomyłka. W tak zimnych północnych regionach jak Eger mogą bowiem wyjść dobrze tylko wina białe, a wina czerwone dopiero na południu kraju mogą konkurować na przykład z winami włoskimi i francuskimi (czy w ogóle ma to jakieś znaczenie to już inna strona medalu). Myślę że czkawką odbija się tutaj epoka komunizmu, podczas której ponoć zupełnie odpuszczono sobie uprawę win białych, tak samo zresztą jak słynnej Kadarki i dopiero w tej chwili uprawa białych winorośli w tym regionie się odradza. Według opowiadań lokalnych mieszkańców komunizm dosłownie zmiażdżył Egerski Region Winiarski. Dwadzieścia pięć lat to za mało żeby w pełni się z tego otrząsnąć. Co ciekawe do XV wieku w Egerze i okolicach uprawiano tylko wina białe. Leanyka to szczep pochodzący z Transylwanii, gdzie nazywa się Fetească albă. Leanyka w języku węgierskim oznacza pannę. Należy się więc spodziewać delikatnego wina i tak właśnie jest. Leanyka jest uprawiana w wielu węgierskich regionach winiarskich od Egeru po Balaton. Wychodzą z tego niezłe lekkie niemal przeźroczyste wina o ciekawym i oryginalnym aromacie. Z tego szczepu wyrabia się też wina musujące (ale nie w Egerze). W Egerze można kupić sporo Leanyki półsłodkiej i to takie wino jest chyba najczęściej kupowane przez turystów. Kupowanie akurat tego wina do plastikowych butelek to słaby pomysł. Delikatny aromat po spędzeniu paru godzin w nieklimatyzowanym bagażniku pozostaje tylko wspomnieniem (uff, na szczęście kiedyś przywiozłam tylko mała butelkę i niewiele się zmarnowało). Wino nabiera zupełnie innego smaku. Leanyka to wino do picia na miejscu, ewentualnie do kupienia w wersji butelkowanej, jest za delikatne do przewożenia w wersji żywej. Porządnie zrobione Leanyki mogą zaskakiwać lekkością i oryginalnymi i bogatymi aromatami. To wino lekkie przyjemne i przy okazji łatwe do zepsucia. Dlatego można też napotkać jej zupełnie fatalne przykłady.

Riesling

Moja chyba najbardziej ulubiona odmiana win białych. Ma specyficzny i niepowtarzalny zapach, który uwielbiam. Występuje w całej Europie Wschodniej i Środkowej od Czech po Serbię a wywodzi się z Niemiec znajdziemy go też we wszystkich krajach Nowego Świata w których uprawia się winorośl. Uwielbiam degustować wschodnioeuropejskie rieslingi i wczuwać się w austro-węgierski klimat. Riesling to odmiana z której można wyrabiać przedziwne rzeczy, dlatego jest to winny temat-rzeka, jak na jeden z popularniejszych szczepów wina białego przystało. W Egerze zaznajomimy się więc tylko z kawałeczkiem tego tematu. Uprawia się tutaj odmianę włoską Olaszriesling. Zresztą nie słynie on z Rieslinga jakoś szczególnie. Warto jednak jeździć po Europie Środkowej i Wschodniej i zbierać rieslingowe doświadczenia. Jest to wino mocno wszechstronne. Jego smak ponoć bardzo zależy od gleby na której rośnie. Najlepsze wychodzi na terenach powulkanicznych. Eger tak samo zresztą jak i Tokaj to właśnie tereny wygasłych wulkanów.

Pozostałe wina białe

Uprawia się tutaj zarówno szczepy francuskie jak i te pochodzące z Niemiec. Dość powszechny jest na przykład Muscat Ottonel (Ottonel muskotály) pochodząca z XIX wieku odmiana znad Loary, dobrze radząca sobie w chłodniejszym klimacie Europy Środkowej i Wschodniej. Potrafi ponoć osiągać wysoką koncentrację cukru, mimo umiarkowanego klimatu. Na portalu vinisfera piszą także, iż ottonel dobrze nadaje się dla początkujących amatorów wina, którzy mogą na nim ćwiczyć nos i podniebienie. Oprócz ottonela sporo można tutaj znaleźć żółtego muszkatu czyli Sárgamuskotály, oraz słynnego węgierskiego Hárslevelu, z tych dwu ostatnich szczepów winogron porażonych szlachetną pleśnią robi się słynnego Tokaja Aszu. Z odmian pochodzących z Francji najważniejsze jest Chardonnay.

Które piwniczki wybrać?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć. W Szépasszonyvölgy znajdziemy pewnie niezły przekrój winiarskiego biznesu. Jeżeli chodzi o dokładne obejrzenie całej doliny, warto odwiedzić wszystkie, żeby wyrobić sobie własną opinię i mieć skalę porównawczą. Trzeba wybrać coś stosownego do własnego zaawansowania w temacie wina. Znajdziemy tutaj zarówno piwniczki zaopatrujące  głównie zupełnie nie znające się na winie wycieczki zagraniczne, których uczestnicy kupują głównie wina słodkie i do plastikowych butelek (taka winiarnia sprzedaje zazwyczaj maksymalnie kilka rodzajów wina), jak i winiarzy, którzy za swoje produkty zgarniają nagrody i medale a w ich ofercie znajdziemy wiele gatunków własnych butelkowanych win z różnych roczników. Ja pragnę tylko wyszaleć się tutaj zakupowo w temacie wina żywego i niebutelkowanego. Na pewno wybiorę najbardziej wypośrodkowane piwniczki, w których właściciel nie nastawia się głównie na autokary z zagranicznymi turystami, ale również zaopatruje w swoje wina restauratorów. Nie posiada totalnie odremontowanej i czystej jak w szpitalu piwniczki, która swoim wystroje przypomina bardziej  zakład fryzjerski, niż miejsce w którym pije się wino 🙂 Mam kilka swoich typów.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_012 hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_007.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_009.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_008.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_011.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_010.jpg

Co przywieźć ze Lwowa, wersja dla wybrednych

Większość osób wchodzi na tą stronę żeby poczytać o Lwowie. Dobrze się składa bo ja też bardzo lubię tam jeździć, chociaż ostatnio nie bywam już tak często jak dawniej. W latach 2007-2010 odwiedzałam to miasto kilka razy do roku. Później trochę mi przeszło. Dzięki tak licznym wyjazdom widzę, jak wiele zmieniło się w mieście na przestrzeni lat. Turystyka dosłownie eksplodowała. Lwów stał się strasznie modną destynacją. Dzięki temu okolice rynku powoli wypełnia się miejscami stworzonymi wyłącznie z myślą o turystach. Zaczynają pojawiać się coraz bardziej luksusowe towary i można stąd przywieźć coraz ciekawsze rzeczy. Dlatego postanowiłam skupić się także na nieco bardziej niszowych lwowskich zakupach, które zadowolą bardziej wybredne gusta. Lwowskie towary, które opisałam w tym poście są do kupienia praktycznie w każdym sklepie. Niekoniecznie zadowolą poszukiwaczy jedzeniowych przygód, bo co to za przygoda pójść do sklepu na rogu i kupić w nim kapustę morską? Dla mnie to już nie jest egzotyka, mimo że uwielbiam jeść kapustę morską i za każdym razem we Lwowie obowiązkowo ją kupuję. Tym razem chcę skupić się na rzeczach, których może nie zauważymy za pierwszym razem, ale gdy je już znajdziemy możemy poczuć się trochę jak odkrywcy. Żeby kupić niektóre wymienione przeze mnie w tym poście towary, trzeba odrobinę się nachodzić. Miejsca w których można je kupić są dosyć mocno rozstrzelone po mieście. Nie sądzę żeby dało się to wszystko zgromadzić w jeden dzień, ale warto poznać przynajmniej część z nich.

Nie znajdziemy jednak w moich propozycjach odnośnie tego co zjeść i przywieźć, aktualnych gastronomicznych mód, czyli na przykład hipsterskich palarni i pijalni kawy, w rodzaju niezliczonych klonów nieszczęsnego Starbucksa, czy burgerowni w których zjemy odrobinę zdrowsze hamburgery.  Tego typu lokali dość dużo namnożyło się na Starym Mieście. Są to miejsca, które przeważnie wszędzie i zawsze wyglądają tak samo. Jakoś tak się składa, że im bardziej są popularne, tym bardziej przewidywalne będzie to co w nich znajdziemy. Zamiast spędzać czas w kolejnym identycznie wyglądającym miejscu, wolę powłóczyć się po bazarach.

Lawasz (вирменский лаваш)

Czyli ormiański chleb. Nie trzeba już jechać do Turcji, by móc łatwo go kupić. Znajdziemy go bowiem już we Lwowie, występuje w budkach z chlebem na Bazarze Priwokzalnym i kosztuje zupełne grosze. Wygląda jak rozwałkowane i nie upieczone ciasto, a zapakowany jest w worek foliowy. Opakowanie zawiera 5 dużych płatów lawasza, w wymiarach mniej więcej 40×60 centymetrów.  Nie zawiera niczego podejrzanego: mąkę, wodę i olej roślinny. Tak przy okazji – ten bazar, czyli Ринок Привокзальний to teraz mój najbardziej ulubiony rynek we Lwowie. W chwili obecnej w moim rankingu lwowskich bazarów przejął palmę pierwszeństwa i lubię go bardziej niż Bazar Krakowski. Lawasz to rodzaj chleba ogromnie popularny od Turcji po republiki Azji Środkowej oraz Syrię i Liban, zupełnie naszego chleba nie przypominający. Dostosowany do suchego i gorącego klimatu. W takich warunkach może leżeć długo i nie psuć się. To bardzo cienkie białe ciasto, w które zawija się praktycznie wszystko co chce się zjeść. W formie zeschniętej może przetrwać nawet pół roku. Aby z powrotem stał się miękki, wystarczy skropić go wodą i zostawić na chwilę a potem podgrzać albo przypiec. Trzeba to robić bardzo krótko i szybko, inaczej chleb znów całkowicie się odwodni i stanie kruchy i łamliwy.

ukr_lawasz_001.jpg

Lawasz wygląda trochę jak ścierka.

ukr_truskawiec_herbaty-ziolowe_001.jpg

A to herbaty ziołowe o których będzie mowa poniżej.

Czurczela (Czurczchela) чурчхела

Czurczela to rodzaj słodyczy, z wyglądu przypominający suszoną kiełbasę, albo nieregularną woskową świecę. Wszystko to za sprawą syropu winogronowego zagęszczonego mąką, którym oblane są bakalie, najczęściej orzechy włoskie, ale zdarzają się też pistacje oraz migdały. Bakalie są nanizane na sznurek albo nitkę jak korale i zanurzane w garze z syropem. Robi się to wiele razy, metodą mniej więcej taką, jak kiedyś robiono świece. Następnie wiesza się na sznurku gotowy produkt do wysuszenia. Deser występuje od Grecji i Turcji przez cały Kaukaz po byłe republiki radzieckie Azji Środkowej. Można go też kupić w Iranie. Sporo razy jadłam coś takiego w Turcji, gdzie mówią na to sujuk, czyli po prostu kiełbasa. Jednak te tureckie produkowane były z dodatkiem cukru i innych sztucznych dodatków. Ten rodzaj słodyczy w Turcji jakoś zupełnie nie przypadł mi do gustu. Może po prostu nie trafiłam na żaden prawdziwy i porządnie zrobiony Natomiast we Lwowie na Bazarze Priwokzalnym możemy kupić uzbeckie czurczelo zupełnie domowej roboty, bez żadnych niepotrzebnych dodatków. Znajduje się tam bowiem (we wnętrzu hali targowej) całkiem spore i bogato wyposażone stoisko oferujące mnóstwo przypraw (w tym także przyprawy do płowu o którym piszę w tym poście), ręcznie malowane, bogato i misternie zdobione uzbeckie naczynia, oraz duży wybór mięs i wędlin halal, co wygląda dosyć zabawnie obok stert wieprzowiny we wszelkich możliwych formach, rozłożonych na straganach dookoła. Czurczela z tego straganu jest po prostu genialna. Panowie sprzedawcy twierdzą, że robiona jest na miejscu, na Ukrainie, ale z uzbeckich składników. Jedno jest pewne, ktoś wie co robi. Gorąco polecam.

ukr_czurczchela_001

Udało mi się nawet dowieźć kawałek do domu i nie zjeść po drodze.

Produkty z Uzbekistanu

Samo stoisko to też ciekawe zjawisko. Na zachodniej Ukrainie na każdym mniejszym i większym  bazarze z jedzeniem, nawet w niewielkich i prowincjonalnych miastach, napatoczymy się na stoisko z uzbeckimi towarami. Co ciekawe na każdym z nich jest mniej więcej to samo, głównie przyprawy, oraz uzbeckie rękodzieło, czasami także produkty sypkie w rodzaju ryżu do płowu, czy soczewicy. Przyprawy zapakowuje się w ten sam sposób i do takich samych plastikowych pojemniczków. Wygląda to jak dobrze zorganizowana firma, albo franczyza w rodzaju naszego sklepu Żabka. Uzbecy opanowali już praktycznie każdy bazar we Lwowie, oraz bazary na prowincji. Musi to być jakaś skoordynowana działalność, bo każde stoisko wygląda tak samo.  Dzięki temu nagle zaczynamy mieć dostęp do herbaty, przypraw, lokalnych słodyczy z byłych republik radzieckich Azji Środkowej. Dla mnie to cudowna sprawa. Mimo że jeszcze w żadnym z tych krajów nie byłam, mam możliwość umiarkowanego doszkolenia się w temacie tamtejszego jedzenia.

ukr_lwow_przyprawy-do-plowu_001.jpg

Na stoisku uzbeckim na bazarze Priwokzalnym można zaopatrzyć się w liczne przyprawy.

ukr_lwow_stoisko-uzbeckie-na-bazarze_002.jpg

Słodycze popularne od Grecji po Azję Środkową.

ukr_lwow_stoisko-uzbeckie-na-bazarze_001.jpg

I pięknie malowane uzbeckie naczynia.

Adżika, albo pasty warzywne (аджика)

Na Ukrainie mamy spory wybór rozmaitych ajwarów, czyli past zrobionych przede wszystkim z pieczonej papryki, odrobiny pomidorów, często także pieczonych bakłażanów, cebuli, chilli i czosnku. Jest to danie bardzo popularne na całych Bałkanach, posiada mnóstwo regionalnych odmian i bardzo wiele nazw. Mamy więc na przykład ljutenicę, ajwar, adżikę, oraz zakuskę. Nie będę teraz wgłębiać się w zagadnienia, co się jak nazywa i dlaczego, ale na Ukrainie pod tymi wszystkimi nazwami będzie się  kryło mniej więcej to samo. Panuje tutaj zupełne pomieszanie z poplątaniem, mimo że coś teoretycznie nazywa się tak i tak, w rzeczywistości smakuje podobnie do pasty nazywającej się inaczej :). No bo weźmy taką adżikę. Teoretycznie powinna być pikantną pastą zrobioną głównie z ostrej papryki, typową dla kuchni kaukaskiej, ale w ukraińskich sklepach najczęściej jest po prostu zwykłym ajwarem. Nie wiem dlaczego tak właśnie się nazywa. Na szczególną uwagę spośród ukraińskich past warzywnych zasługuje Adżika Niżyn (аджика нежин) ponieważ posiada porządny skład i bardzo dobrze smakuje, zwłaszcza wersja z kawałkami bakłażana oraz pikantna. Natomiast niezupełnie przepadam za wersją zrobioną z samego bakłażana bo jest jak dla mnie trochę za bardzo mdła i ma niefajną papkowatą konsystencję. Adżika firmy Niżyn jest dosyć powszechna zwłaszcza w sklepach z ekologiczną żywnością na przykład еко лавка, których we Lwowie znajdziemy sporo. Dosyć często widziałam ją także w normalnych sklepach spożywczych. Na razie nie zawiera żadnych podejrzanych dodatków, niestety to produkt popularny i szeroko dostępny, więc zobaczymy jak długo to jeszcze potrwa. W Polsce też kupimy te pasty, tyle że co najmniej pięciokrotnie drożej.

Śniadanie z adżiką sfotografowane na potrzeby bloga.

Sery

W tej chwili wiele się dzieje także w temacie naturalnych serów wytwarzanych w małych ilościach przez niewielkie domowe, rodzinne wytwórnie. Takie sery są najlepsze, w wielkich mleczarniach oryginalne smaki gdzieś się gubią. W sumie to dziwne, że dopiero od niedawna takie produkty zaczęły być widoczne w Lwowie (ilość serowarni na Ukrainie rośnie chyba w postępie geometrycznym) –delikatnie pofałdowane podgórskie tereny zaczynają się niedaleko na południe od miasta. W tej części Ukrainy dominują małe rodzinne gospodarstwa. W kraju leży spory kawałek Karpat. Sporo osób musiało się niedawno wziąć za ten rodzaj biznesu, ponieważ niszowe lokalne sery sprzedawane są w wielu miejscach. Widać też, że są bardzo chętnie kupowane. Sprzedawcy mówią że dopiero niedawno zaczęli się tym zajmować, ale ich produkty w niczym nie ustępują tym po naszej stronie granicy no i oczywiście są znacznie tańsze. Dominują sery krowie, ale sporo jest też owczych. Na razie chyba najmniej popularne są kozie.  Sprzedażą lokalnych serów zajmuje się we Lwowie sieć sklepów Сирні Мандри, który posiada fanpage na facebooku i wystawia się także na lwowskich targach (np. Stryjskim) ostatnio spotkaliśmy ich stoisko na bazarze w Niedzielę Palmową. W ich ofercie dominują sery ukraińskie głównie z Zakarpacia. Również wymieniona przeze mnie wcześniej sieć sklepów Eko Lavka (еко лавка) posiada lokale wyposażone w lodówkę z serami, ale są to przede wszystkim produkty zagraniczne w absurdalnych jak na ukraińskie warunki cenach. Co ciekawe we Lwowie można też kupić wiele serów gruzińskich, niemniej jednak nie byłam w stanie się dogadać czy są to sery z Gruzji, czy też tylko naśladują one gruzińskie sery, ale patrząc po cenach zapewne były to sery ukraińskie.

ukr_lwow_ekologiczne-sery_001.jpg

Stoisko Сирні Мандри na jarmarku na Prospekcie Swobody w Niedzielę Palmową.

Ziołowe herbaty

Boom na zdrową żywność zaczął się na Ukrainie na dobre. W wielu sklepach możemy natknąć się na rozmaite „fito czaje” (фиточай), często są to produkty niezapakowane w torebki ekspresowe, tylko mieszanina ziół i liści drzew, albo roślin z karpackiego stepu. Wyglądają świetnie. Ostatnio kupiłam sobie kilka takich herbatek i bardzo ciekawie smakują. Trzeba je parzyć w czajniczku raczej słabo zaparzą się w kubku (piję herbaty tylko z czajniczków). Zawierają na zioła których u nas (z powodu bycia w Unii Europejskiej) raczej w herbatkach nie znajdziemy, takie jak na przykład piołun. Oczywiście picie takich herbat non stop z pewnością nie wyszłoby nam na zdrowie, nigdy jednak nie możemy być pewni czego nam brakuje, dlatego najbardziej odpowiada mi podejście chińskie by jeść i pić wszystko. W kwestii herbatek jeszcze jedna ważna uwaga: lepiej takie produkty kupować w sklepie, zamiast od przydrożnych sprzedawców. Ostatnio będąc w Truskawcu miałam okazję widzieć jak kobieta sprzedająca swoje herbatki „domowej roboty” zrywa rośliny przeznaczone na herbatki z przydrożnego trawnika (!).

Olej z ziaren prażonego słonecznika i inne oleje

Na lwowskich bazarach mamy możliwość zakupu bardzo dobrego oleju słonecznikowego, w tym także wyciskanego z ziaren prażonego słonecznika (pachnie rewelacyjnie) przez małe rodzinne tłocznie. Znowu w tym celu najlepiej udać się na bazar Priwokzalny. Tym razem trzeba przejść się po hali z warzywami i owocami. Oprócz oleju ze słonecznika kupimy tam także olej z pestek dyni, olej lniany czy z ziaren gorczycy. Nie muszę chyba dodawać, że jest kilka razy taniej niż podczas polskich ekologicznych targów.

Na uwagę zasługują także oleje dostępne w aptekach w rodzaju oleju rokitnikowego, czy z pestek dyni. Są znacznie tańsze niż u nas. Sporo jest też maceratów, na przykład  z uczepu, czy glistnika. Niestety nie ma szans się dowiedzieć jaki olej został użyty do ich zrobienia, ponieważ sprzedawcy nie mają świadomości że z uczepu nie da się wycisnąć oleju i jest to macerat. Na opakowaniu także nie znajdziemy takich informacji.

Zioła, kosmetyki i produkty lecznicze

Będzie tego trochę. W przypadku ziół i kosmetyków, jest analogicznie jak w przypadku jedzenia – jadąc niespełna dwieście kilometrów od domu, mam możliwość zakupu kosmetyków i produktów leczniczych z terenu Rosji i byłych republik. Są to bardzo specyficzne produkty, a co najważniejsze, zrobione ze znanych i popularnych u nas roślin, więc mało prawdopodobne że będą nas na przykład uczulać w porównaniu z produktami z drugiego końca świata. Na terenach byłego Związku Radzieckiego ziołolecznictwo ma się świetnie. Nie mam pojęcia czemu będąc tak blisko, zapomnieliśmy tak dużo. Weźmy na przykład taką gemmoterapię, czyli leczenie substancjami leczniczymi wytwarzanymi z pączków drzew i roślin. U nas właśnie w tej chwili najbardziej modne blogi zielarskie rozkręcają temat. Na Ukrainie niczego nie trzeba rozkręcać. W sklepach kupimy mnóstwo produktów z pączków brzozy, kasztanowca, dębu, lipy, topoli i mnóstwa innych roślin, a także suszone pączki rozmaitych drzew. Przywiozłam sobie na przykład suszone pączki topoli czarnej, które w dodatku kosztowały mnie grosze.

Na Ukrainie dostępne są produkty, które u nas po wejściu do Unii Europejskiej zostały wycofane z powodu obecności zakazanych substancji. Znajdziemy więc tutaj produkty kosmetyczne na przykład z dziegciem, żywokostem, czy produkty borowinowe nieobjęte obostrzeniami takimi jak u nas. Są też specyfiki właściwe tylko dla tych krajów, takie jak produkty z czyru (po ukraińsku Чага), czyli narośli rosnącej na brzozie, albo mumio zwanego także smołą górską, a także biszofitu czy ozokerytu. Są także lekarstwa z udziałem substancji pochodzenia zwierzęcego, na przykład jadu żmii czy pijawek (zresztą moda na leczenie pijawkami święci tutaj ogromne triumfy). Bardzo interesujące są gotowe wyroby kosmetyczne i lecznicze z udziałem przeróżnych interesujących lokalnych substancji, trzeba mieć jednak świadomość, że większość z nich zawiera popularne kosmetyczne składniki takie jak na przykład SLS czy olej parafinowy, które niekoniecznie wyjdą nam na zdrowie. Dlatego ogólnie nie kręcą mnie produkty w rodzaju serii od Babuszki Agafii. Oczywiście składniki popularnych kosmetyków są używane na co  dzień przez mnóstwo ludzi i wielu z nich będzie pukać się w czoło, bo przecież używają tego codziennie i nic im nie jest. Warto jednak zapoznać się z innym punktem widzenia, no i zobaczyć różnicę jaką odczujemy po odstawieniu popularnych kosmetyków na dłuższy czas.  Niemniej jednak gwoli sprawiedliwości trzeba stwierdzić że da się także kupić tutaj na przykład szampon dziegciowy „bez sulfatów” z substancjami powierzchniowo czynnymi pochodzącymi z kokosa.

Kolejnym produktem z którego słyną Rosja i byłe republiki są glinki kosmetyczne. Kupimy ich tutaj bardzo szeroki wybór, a ceny oczywiście będą bardzo korzystne, chociaż glinki ogólnie są produktem niedrogim, więc nie wiem czy warto specjalnie je z sobą targać jeśli przyjechaliśmy do Lwowa na przykład z przeciwnego krańca Polski. Dla mnie wyjazd tu to po prostu wycieczka zakupowa.

Na Ukrainie warto także zaopatrzyć się w olejki eteryczne, które są o wiele tańsze niż u nas. W każdej przeciętnej aptece ich wybór jest całkiem niczego sobie. Prym wiodą dwie firmy: Aromatika i Adverso. Z ich jakością jest różnie, raz lepiej, a raz odrobinę gorzej. Ponoć żeby poznać czy olejek eteryczny nie jest zafałszowany olejem „ciężkim”, wystarczy wylać kropelkę na papier w rodzaju chusteczki higienicznej i zobaczyć, czy po wyparowaniu nie została tłusta plama. Jeśli został ślad po olejku został on zafałszowany. Takie rzeczy co prawda z tymi olejkami się nie zdarzają, ale nie są to też najlepsze olejki eteryczne z jakimi się spotkałam. Są to po prostu całkiem porządne olejki średniej klasy, o korzystnym stosunku jakości do ceny.

ukr_olejki-eteryczne_001.jpg

Między innymi takie olejki kupiłam sobie ostatnio.

Coś na ochłodę

A na koniec coś bardziej odpowiedniego na letnią porę. W mieście można jeszcze spotkać obnośne punkty sprzedaży kwasu chlebowego. Ten na zdjęciu jest bardzo zmęczony i stoi sobie na dworcu (ten akurat w Truskawcu) nieużywany, ale zwłaszcza w mniej reprezentacyjnych miejscach miasta „kwasomaty” nadal mają się dobrze. Oprócz kwasu chlebowego na ochłodę możemy napić się także na przykład „pierwszego eko piwa Ukrainy” czyli piwa Biłe o którym piszę także w pierwszym poście o zakupach we Lwowie. O ile jednak kupić je w sklepie to żadne wyzwanie, bo jest ono wszędzie, o tyle znaleźć je w wersji lanej to już nieco większy problem. Niemniej jednak warto go szukać, bo smakuje dużo lepiej niż butelkowane. Moda na „żywe piwo” czyli piwo odrobinę mniej przemysłowe, właśnie się na Ukrainie rozpoczyna. Stąd też mnóstwo sklepów w których można kupić lane piwo małych lokalnych browarów. Często taki sklep jest bardzo mikroskopijnych rozmiarów, posiada 2-3 stoliki, na których można szybko przysiąść i wypić takie piwo na miejscu. Co ciekawe do piwa można w tego typu lokalach dostać świetnej jakości suszoną rybę. Nie są to już ryby pakowane w foliowe worki, jakie można kupić w niemal każdym ukraińskim sklepie spożywczym, ale produkty świeże i niepakowane. Często taka ryba jest na miejscu krojona żeby łatwiej było nam ją zjeść. We Lwowie taki lokal można znaleźć na przykład piętro niżej pod restauracją Bagrationi, o której piszę w poście co zjeść we Lwowie. Ostatnio odwiedziłam taki lokal w Truskawcu i miałam okazję zjeść na prawdę świetnego suszonego kalmara, jakiego próżno szukać w normalnych sklepach.

ukr_truskawiec_automat-do-kwasu-chlebowego_001.jpg

Nieco zmęczony życiem „kwasomat”.

ukr_piwo-bile-lane_001.jpg

Piwo biłe lane smakuje zdecydowanie lepiej niż to z butelki.

ukr_truskawiec_kalmar-suszony_001.jpg

A to najlepszy kalmar jakiego jadłam do tej pory, trudne warunki fotograficzne sprawiły że słabo go widać.

Mięsne ekskursje

Teraz coś dla odrobinę bardziej odważnych. Sposób sprzedawania mięsa wygląda na Ukrainie, tak jak u nas przed co najmniej dwudziestu laty (albo po prostu tak jak w każdym normalnym azjatyckim kraju). Mnie to nie szokuje, bo jestem przyzwyczajona. Nie mam z tym zjawiskiem żadnych problemów. Nie brzydzę się dopóki mięso jest w chłodzie i nic nie rozkłada się na upale. Chociaż i takie obrazki można było swego czasu zaobserwować we Lwowie, na bazarach gdzie mięso leżało w upale na ladach pod gołym niebem. Wprawdzie ostatnio powstaje coraz więcej sklepów sprzedających je bardziej na naszą modłę z chłodniami, lodówkami i mięsem zapakowanym w foliowe worki próżniowe. Niemniej jednak większość sprzedaje się tu jeszcze inaczej – bez opakowań foliowych, przeźroczystych lodówek i terminów przydatności do spożycia. Na lwowskich bazarach mięso w rozmaitych formach leży na ladzie i czeka na klienta. Sprzedawane jest w osobnych halach – mięsnych jatkach. Zapach panuje w nich nie do opisania. Jednak ludzie mają tutaj możliwość zrealizowania jednej z mocno atawistycznych ludzkich potrzeb, a mianowicie pogapienia się na mięso. Mam wrażenie że sporo z nich przychodzi tutaj jedynie popatrzeć, nic nie kupują, tylko wpatrują się w nie z uwagą. Warto zaobserwować takie zjawisko także i w naszych sklepach z mięsem. Nieraz ludzie stoją ze wzrokiem utkwionym w nim jak zahipnotyzowani. Wyglądają jak zawieszeni w czasie i przestrzeni, mija kilka minut a oni nie zdają sobie z tego sprawy. Tylko że u nas muszą patrzeć przez szybę, a tutaj mają je dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeśli już wybierzemy się tam na przykład po sało, (przy okazji możemy spróbować tego co kupujemy), mamy możliwość porzuć się jak na jakimś porannym bazarze w Azji Południowo Wschodniej, gdzie na ladach piętrzą się góry mięsa, które sprzedawane są na pniu i nieraz już w południe nie zostaje po targu ani śladu. Mięso nie jest tutaj tak mocno przetworzone jak na zachodzie, nadal więc możemy zakupić tutaj na przykład głowę świni w całości, wszelkiej maści podroby, czy nawet krowie kopyta.

ukr_lwow_bazar-krakowski_hala-z-miesem_001.jpg

Bazar krakowski posiada osobną halę w której możemy kupić mięso. Tak funkcjonowały miejskie jatki. Niesamowite wrażenie robią wazony ze sztucznymi kwiatami w kolorze sprzedawanego mięsa poustawiane na górnym piętrze.

ukr_lwow_bazar-krakowski_hala-z-miesem_002.jpg

Unoszący się wszędzie zapach świeżego mięsa trudno opisać.

ukr_lwow_bazar-priwokzalny_001.jpg

A to weseli sprzedawcy słoniny na bazarze priwokzalnym.

Pamiątkowe gadżety

Po rosyjskiej agresji na Krym i wydarzeniach na Majdanie, na straganach z pamiątkami pojawiły się gadżety z Putinem, które chyba mocno nie przypadłyby mu do gustu. Popularnym nabytkiem są wycieraczki z jego podobizną oraz kolorowy i czarno biały papier toaletowy. Całkiem niedawno byłam w Serbii, gdzie znowuż dla odmiany można było kupić koszulki z Putinem przedstawianym jak superman, dzielny wódz i komandos. Na dodatek oba kraje dzieli niewielka odległość i wyznają tą samą religię. Kompletnie się jednak różnią w swoim podejściu do Rosji.

Co zobaczyć w Truskawcu

W końcu postanowiłam pojechać do legendarnego Truskawca – uzdrowiska, które całkiem jeszcze nie tak dawno znajdowało się na terenach Polski. Wybierałam się tu chyba od 20 lat czyli od czasów kiedy w ogóle mogłam zacząć myśleć o wybraniu się gdziekolwiek, żeby było śmieszniej, mam do Truskawca niesamowicie blisko. Uzdrowisko święciło ogromne triumfy na przełomie XIX i XX wieku z racji unikatowych wód, przepięknych domów zdrojowych czy położenia w pobliżu centrum naftowego Zagłębia Drohobycko-Borysławskiego – jednego z największych ośrodków przemysłowych II Rzeczpospolitej. Odpoczywały w nim chyba wszystkie najsłynniejsze postaci znane ze szkolnych książek (na przykład Piłsudski), całe mnóstwo polityków i artystów. Truskawiec był wakacyjnym miejscem spotkań ówczesnej bohemy.  Posiadał na przykład sklepy jakich nie mógłby powstydzić się nawet Paryż. Był najdroższym i najbardziej ekskluzywnym polskim uzdrowiskiem. Trochę na ten temat jego przedwojennej historii możemy przeczytać chociażby w Wikipedii, o dalszych losach miasta autorzy artykułu milczą jak zaklęci, opisując jedynie historię rzymskokatolickiego kościoła z XIX wieku. Po II wojnie światowej Truskawiec został niemal całkowicie przebudowany. Przepadła większość kameralnej przedwojennej zabudowy. Na jej miejscu wybudowano gigantyczne sanatoria, które były w stanie pomieścić rekordową ilość odwiedzających (na przykład 350 tys. w 1985 roku) z licznych republik radzieckich, Europy i Afryki. I może to wszystko kręciłoby się do tej pory, gdyby nie rozpad ZSRR. Zmiany polityczne i ustrojowe sprawiły że uzdrowisko znowu znalazło się na krawędzi swojej egzystencji i jego część stoi do dziś całkowicie nieużywana i zapomniana.

W internecie wszyscy narzekają na Truskawiec, że pełen okropnych betonowych socjalistycznych molochów, że zrujnowany i bez charakteru. Postanowiłam w końcu wyrobić sobie własną opinię na ten temat. Dostać się do Truskawca z przejścia granicznego w Medyce/Szeginiach jest dość łatwo. Mamy dwie opcje: pierwsza to pojechać do położonego około 10 kilometrów od Truskawca Drohobycza. Dwa razy dziennie przed południem i po południu z przejścia granicznego odjeżdża  marszrutka do Drohobycza. Jeśli akurat nie mamy szczęścia i na nią nie trafimy, zostaje nam inna możliwość – pojechać do Lwowa skąd sprzed głównego dworca kolejowego średnio co 30 minut jeździ całkiem wypasiony (jak na standardy ukraińskie) autobus. Uzdrowisko jest bowiem dość mocno popularne wśród wielu narodowości byłych mieszkańców ZSRR. W obu przypadkach czekają nas przejażdżki dość okropnymi marszrutkami po wertepiastych drogach, chociaż ponoć kilka lat temu było znacznie gorzej, bo teraz na drodze do Drohobycza przynajmniej dziury załatali. Chyba jednak mniej męcząca jest wyprawa przez Lwów. Prawie cały czas jedziemy całkowicie odnowioną na Euro 2012 drogą, a potem wertepy pokonujemy dużym i w miarę komfortowym autobusem. Czasowo wygląda to mocno podobnie. Jeśli planujemy na przykład małe zakupy we Lwowie, warto w którąś ze stron pojechać przez Lwów, aczkolwiek Truskawiec jest bardzo dobrze zaopatrzony we wszelkie możliwe dobra, bo żyje głównie dzięki kuracjuszom i turystom, którzy przyjeżdżają tam wydawać pieniądze.

ukr_truskawiec_kubeczek_001.jpg

Podstawowym atrybutem tutejszego kuracjusza jest posiadanie kubeczka z rurką. Rodzajów do wyboru jest mnóstwo. Całkiem niezłą frajdę sprawia też ich fotografowanie.

ukr_truskawiec_kubeczek_003.jpg

Ponoć wody truskaweckie niszczą szkliwo zębów. Dzięki piciu ich w ten sposób minimalizujemy szkodliwe działanie wody na zęby (ale nie wiem czy to prawda).

ukr_truskawiec_kubeczek_002

W dodatku ponoć z Naftusią nie ma żartów i nie należy przekraczać starannie odmierzonych dawek, w przeciwnym wypadku zamiast sobie nimi pomagać – szkodzimy. Dlatego wypić należy określoną porcję, którą zaleci nam lekarz. Woda działa tylko na miejscu, i nie nadaje się do transportu. Po dwóch godzinach „na powierzchni ziemi” przestaje działać.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_003.jpg

Tak się to odbywa. Tu nie ma miejsca na improwizację.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_002.jpg

Truskawiec posiada spory potencjał, który niestety został częściowo zmarnowany przez komunistycznych planistów. To oni sprawili, że wybudowano betonowe wieżowce w miejsce pięknych drewnianych domów zdrojowych. Takie same, tylko nieco mniejsze i uboższe zachowały się na przykład w polskim Iwoniczu-Zdroju. W Truskawcu większość nie przetrwała do naszych czasów, gdyż zastąpiły je gigantyczne betonowe sanatoria. Kilka drewnianych willi na szczęście ocalało, przerobiono je na muzea – na przykład historii miasta, kilka odnowiono, a kilka niszczeje i wygląda bardzo kiepsko. Na szczęście zachował się ogromny i nieco podniszczony (ale z klimatem) park zdrojowy z pijalnią wód mineralnych. Miasto posiada wiele atutów do których należą: bardzo ciekawie ukształtowany i zadrzewiony teren, bardzo duży chociaż nieco zrujnowany, klimatyczny  park zdrojowy pełen starych drzew i ciekawych gatunków roślin no i oczywiście lecznicze wody. Dominuje nostalgiczna atmosfera i poczucie, że w wielu miejscach czas zatrzymał się gdzieś dawno temu.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_003.jpg

W Parku Zdrojowym zachował się pomnik Adama Mickiewicza postawiony w setną rocznicę jego urodzin.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_001.jpg

Znajdziemy w nim też inne nieliczne drewniane pozostałości dawnego Truskawca.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_006.jpg

Jest też mini jeziorko. Mniej uczęszczane miejsca pokryte są dość dzikimi chaszczami. Zieleń rośnie sobie w miarę naturalnie nie będąc zbytnio umęczoną i ukształtowaną przez nadgorliwych miejskich ogrodników.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_008.jpg

W starszej części parku znajduje się kilka całkiem sensownych rzeźb.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_007.jpg

Jedna z pijalni na świeżym powietrzu. Ta woda nie jest tak silnie zmineralizowana jak naftusia i nie trzeba pilnować wielkości dawek.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_002.jpg

Czasami chodzenie po parku zamienia się w taki trochę miejski surwiwal zwłaszcza gdy ktoś jak większość lokalnych kobiet nosi niebotycznie wysokie obcasy.

ukr_truskawiec_deptak_001.jpg

Główny deptak – miejsce uzdrowiskowego lansu. „Psy miejskie” odpoczywają po męczącej nocy.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_001.jpg

W porze picia wody (przed posiłkami) na deptaku i w pijalniach pojawiają się tłumy.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_005.jpg

Uzdrowiskowy szyk i kubeczek w ręku.

 Nad leniwym miasteczkiem dominują niesamowite i trochę upiorne, sypiące się architektoniczne relikty z czasów komunistycznych. To sanatoria obecnie już nieużywane, które straszą pustymi oknami. Są w całości skolonizowane przez jaskółki i inne małe ptaki, które zbudowały mnóstwo gniazd na balkonach. Dzielnica gigantycznych betonowych opuszczonych sanatoriów wygląda jak jakiś ptasi rezerwat. Niestety obecnie także stawia się tutaj wysokościowce. O ile gargantuicznych rozmiarów sanatoria z epoki komunizmu mogłyby być elementem całkiem pasjonującego zwiedzania, o tyle współczesne kontynuowanie tego tematu jest odrobinę straszne. Jeśli powstanie dużo takich budowli Truskawiec zmieni się w odhumanizowany leczniczy kombinat z niezdrowym powietrzem. Zresztą komunistyczne molochy były przynajmniej stawiane z pewną konsekwencją. Może w tej chwili wyglądają strasznie, bo były budowane z tandetnych materiałów, ale to nie była całkiem zła architektura. Może trochę niedostosowana rozmiarem do ludzkich potrzeb, zbyt duża i zbyt monstrualna, ale całościowo dosyć spójna. Wystarczy jej trochę pomóc i może zacząć całkiem pięknie się starzeć.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_007.jpg

To pijalnie wybudowana w czasach komunistycznych. Strasznie się sypie ale ma na prawdę fajny klimat.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_005.jpg

Mogłaby być fajnym tłem do jakiegoś interesującego teledysku.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_004.jpg

Jakiegoś przekombinowanego skandynawskiego wykonawcy.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_008.jpg

A to gigantyczne niezamieszkałe sanatoria. Mieszka w nich mnóstwo jaskółek i innych ptaków.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_006.jpg

Fajnie znaleźć się w takim dużym nieczynnym kombinacie leczniczym z przeszłości. Plenery do zdjęć rewelacyjne.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_007.jpg

Już sobie wyobrażam jakąś grę miejską w nieczynnych sanatoriach rodem z filmu Lśnienie.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_004.jpg

W mieście sporo też jest niedokończonych budynków z okresu kryzysu na Ukrainie w latach 90. Podobne „szkieletory” straszą też przy wjeździe do Lwowa.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_005.jpg
ukr_truskawiec_park-zdrojowy_004.jpg ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_009.jpg
ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_001.jpg

A to piękna „naprawa obuwia” na jednym z blokowisk.

Natomiast to co stawia się tam współcześnie, to jakaś wielka tragedia. Współczesny Truskawiec wygląda jak miasteczka wypoczynkowe nad polskim Bałtykiem, w których nie ma niczego lokalnego z czym obecni mieszkańcy, mogli by się się identyfikować. Stąd cała masa „turystycznych cytatów” z innych polskich regionów. Nad Bałtykiem kupimy ciupagi z termometrami, oscypki czy owcze skóry, muszelki z tropikalnych mórz oraz całe morze chińskiej tandety. W Truskawcu sytuacja wygląda podobnie. Próbuje się tutaj stawiać pałace rodem z popularnego w latach dziewięćdziesiątych serialu „Dynastia”, które przypominają rezydencje bogatych Romów. Ten brak identyfikacji z czymkolwiek bywa miejscami dość fascynujący. Z drugiej strony, Truskawiec będzie chyba kiedyś wyglądał na prawdę strasznie. Najpierw przewałkowany przez komunizm, a potem dziki kapitalizm. W ogóle nie wiem czemu na Ukrainie wszystkie większe kurorty (jak na przykład Odessa) wyglądają tak anarchicznie i charakteryzuje je wszechobecna tandeta, poparkowane byle gdzie ogromne terenówki z przyciemnianymi szybami i absolutnie chaotyczna zabudowa. Każdy odgradza się jak może od reszty ludzi i tworzy sobie małą enklawę, będącą zazwyczaj ubogim cytatem i kopią jakiegoś odległego oryginału. Greckie kolumny, rzymskie lwy, dziki i zupełnie poplątany klasycyzm, marmur i wszelkie jego podróby, pozłacane detale,  wielkie głośniki – taki Licheń do kwadratu. Fajnie zobaczyć coś takiego przez jeden dzień ale życie w takim „wielkopańskim” otoczeniu przez cały czas musi chyba powodować urazy psychiczne.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_001.jpg

Na początek zaczniemy od najgorszego. Współczesna architektura, tutaj niedościgniony amerykański sen.

ukr_truskawiec_drewniana-architektura_001.jpg

Tymczasem tuż obok budynku rodem (prawie) z Hollywood, niszczeje taka oto piękna klimatyczna drewniana willa.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_002.jpg

Rustykalny płot i blacha falista we wszelkich formach i kolorach, w tle nieużywane sanatorium z czasów Związku Radzieckiego.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_003.jpg

Na mieście stoi pełno takich nowobogackich detali. Jeszcze dobrze nie oddali ich do użytku a już się sypią.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_004.jpg

Wejście do Night Clubu „Abordaż” ciekawe jak prezentuje się wnętrze lokalu.

Może dlatego w samym mieście nie byliśmy chyba ani jednego pełnego dnia, bo Truskawiec ma tą niewątpliwą zaletę, że jest fajnym centrum wypadowym do ciekawych okolicznych miejscowości, z którymi jest bardzo dobrze skomunikowany (marszrutkowo). Jeśli jesteśmy bardziej wygodni można także pojechać na wycieczkę taksówką. Taksówkarzy jest tutaj chyba odrobinę za dużo i zaczepiają wszelkich możliwych przyjezdnych byleby tylko gdzieś pojechać. Wystarczy przejść się na dworce w Truskawcu by zdać sobie sprawę, że jest to ważne miejsce, cieszące się estymą mieszkańców wielu byłych republik radzieckich. Odjeżdżają stąd autobusy na przykład do Rygi czy Kiszyniowa oraz do każdego chyba miejsca na Ukrainie. Zresztą wystarczy przejść się po głównym zdrojowym deptaku by w kilka minut naliczyć kilkanaście narodowości z byłych republik radzieckich, na przykład kobiety w pięknych długich do ziemi tradycyjnych sukniach i długich czarnych warkoczach, z grubsza wyglądające jak na dokumentalnych filmach o Turkmenistanie (ale nie znam się bo nie byłam).

Wracając jednak do możliwości wycieczkowych mamy przynajmniej trzy interesujące opcje. Bardzo ciekawym miejscem na jednodniową wycieczkę jest Drohobycz, o którym powstanie osobny wpis. Warto też się wybrać do Borysławia, żeby zobaczyć co zostało z naftowego snu, ale dla mnie zdecydowanie najciekawszym miejscem na wycieczkę jest Schidnica i to tam zdecydowanie pragnę się jeszcze wybrać. Schidnica jest miejscem dużo spokojniejszym od Truskawca. Dominuje w niej zabudowa wiejska tylko gdzieniegdzie znajdują się kilkupiętrowe pensjonaty. Znacznie różni się od Truskawca najeżonego kilkunastopiętrowymi wysokościowcami i przesiąkniętego uzdrowiskowym lansem. W porównaniu z nim wygląda bardzo sielsko. W miasteczku rozmieszczonych jest kilkadziesiąt źródeł z wodą mineralną. Do ponad dwudziestu z nich prowadzą oznakowane szlaki. Co chwilę można spotkać ludzi nie wyglądających na miejscowych, którzy pytają się na przykład, jak dojść do źródła numer dwadzieścia cztery. Szukanie ich to taki miejscowy sport. Każda woda smakuje zdecydowane inaczej. Są na przykład wody mocno żelazowe które po chwili stają się rude. Największym hitem jest woda ponoć smakująca identycznie jak jedna z najbardziej znanych na świecie wód – gruzińska Borjomi. Napicie się jej nie jest wcale łatwym zadaniem. Pod źródłem siedzi bowiem cały komitet kolejkowy, ponieważ miejscowy żyją ze sprzedaży tej wody przejeżdżającym przez miejscowość kierowcom. Chyba większość lokalnych emerytów dorabia sobie w ten sposób.  Niektóre źródła są nieco bardziej „ucywilizowane” i w miejscu ich wybicia stoją różne budynki (na przykład pilnowane przez pijanego w sztok dozorcę), żeby dotrzeć do niektórych trzeba przedzierać się przez chaszcze. Gdybym miała jeszcze raz pojechać do Truskawca, na miejsce pobytu wybrałabym Schidnicę. Wygląda dużo sympatyczniej. Cała okolica ma bardzo podobny, nieco nostalgiczny klimat – warto to zobaczyć, bo wszystko zmienia się bardzo szybko.

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_001.jpg

Źrodło wody mineralnej w parku zdrojowym (Schidnica)

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_003.jpg

Kolejne źródło ze Schidnicy.

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_002.jpg

Ma bardzo dużo żelaza które barwi ziemię na rudo.

ukr_schodnica_kiwon_001.jpg

Tak wygląda park w Schidnicy, jedyny element cywilizacji to latarnie i drewniane ławki. Park jest po prostu łąką, na której stoją nieczynne kiwony.

ukr_schodnica_kiwon_002.jpg

Pozostałości po imponującej nafciarskiej przeszłości tego regionu. Kiedyś w okolicach Borysławia pozyskiwano 10% światowego wydobycia ropy naftowej.

Park Narodowy Aggtelek

Aggtelek to interesujące miejsce na krótki, kilkudniowy wypad, jeśli chcemy odpocząć od szeroko pojętej cywilizacji, pochodzić trochę po zupełnie nieuczęszczanych a przy tym dobrze utrzymanych szlakach, zwiedzić jaskinię i pomieszkać trochę w miejscu gdzie przejeżdża jeden samochód na godzinę. Sam dojazd tutaj wygląda interesująco. Kilkanaście kilometrów przed Aggtelek ludzi i domów gwałtownie ubywa, a pejzaż robi się pusty. Aggtelek to miejscowość na pograniczu. Największą okoliczną metropolią po węgierskiej stronie jest Miszkolc, położony w odległości około 70 kilometrów. Na Słowacji również nic większego (oprócz Koszyc)  w pobliżu się nie znajduje. Gdyby nie atrakcja turystyczna znajdująca się na Unesco, z pewnością nikt by tutaj nie zaglądał. W Aggtelek znajduje się najbardziej popularne wejście do jaskini Baradla – długiego na ponad dwadzieścia pięć kilometrów systemu jaskiń znajdujących się na pograniczu Węgier i Słowacji. Wejść do jaskini jest kilka, z czego większość po stronie węgierskiej.  Tras do pokonania wewnątrz jaskini jest kilkanaście o zróżnicowanym stopniu trudności. Oprócz głównego korytarza, jaskinia posiada też wiele odnóg. Wszystkie trasy opisane są na stronie parku, ale najwięcej informacji jest w lokalnej informacji turystycznej naprzeciwko głównego wejścia do jaskimi. Uwaga! jedynie na najbardziej popularne trasy pójść można bez wcześniejszej rezerwacji. Wszystkie inne wymagają rezerwacji drogą mailową z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem, jeśli więc wyjazd tutaj jest spontaniczną decyzją i chcemy doświadczyć czegoś więcej niż przejścia się po równo wybetonowanym chodniczku z widokiem na przeróżne formacje skalne, to raczej się nam to nie uda. Przy najpopularniejszym wejściu do jaskini w miejscowości Aggtelek (o czym świadczy ilość straganów z jedzeniem i pamiątkami oraz spory parking dla autokarów) mamy możliwość skorzystania jedynie z bardzo krótkiej niespełna kilometrowej przechadzki po wybetonowanym chodniku. Żeby przejść się nieco dłuższym szlakiem, trzeba wybrać się do sąsiednich miejscowości na przykład Jósvafő albo w okolice jeziora Vörös-tó. Pomiędzy różnymi wejściami do jaskini kursują autobusy, odwożące turystów do wejścia, w którym zaczynali trasę. Można też nimi pojechać do konkretnego wejścia. Częstotliwość autobusów była na oko spora ale z nich nie korzystaliśmy, gdyż poruszaliśmy się piechotą.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_006

Jaskinia Baradla.

Sama jaskinia jest imponująca, ale sposób jej przystosowania na potrzeby masowej turystyki wygląda tak samo jak wszędzie. Taka turystyczna eksploatacja jaskini to jak dla mnie dość smutne zjawisko. Mamy więc bardzo jasne elektryczne oświetlenie, a wzdłuż betonowych chodników dosyć często widać poodłupywane „na pamiątkę” formacje skalne. A już szczytem wszystkiego,  jest puszczanie pod koniec przechadzki po jaskini hałaśliwej i odrobinę kiczowatej muzyki, celem pokazania akustyki jednej z sal (którą można wynająć na śluby, koncerty i inne wydarzenia). Podczas „koncertu” po kolei włączają się światła prezentując rozmaite formacje skalne. Poziom turystycznej popeliny skacze na dość niebezpieczne rejony. W ten sposób miejsce zamienione zostaje niestety w maszynkę do robienia pieniędzy, przez którą niemal hurtowo przetaczają się tłumy odwiedzających. Pierwotne założenie było pewnie takie, by umożliwić jak największej liczbie osób doświadczenie przebywania wewnątrz jaskini, co miało posłużyć edukacji i przybliżeniu ludziom wielu zagadnień przyrodniczych związanych z jaskiniami. Problem w tym, że mając wszystko podane na tacy, zwiedzający raczej nie nauczą się szacunku do przyrody. Traktują to jak wejście do kolejnego parku rozrywki. Żeby nabrali takiego szacunku, przejście przez nią nie powinno być tak łatwe i tanie. Niestety chęć zysku i „ochrony przyrody” sprawia, że na terenach przez które przetaczają się tłumy nie spotkamy już żadnego życia. Ewentualnie zawita tam czasami jakiś zagubiony nietoperz. Ilustracje w węgierskich folderach reklamowych na temat tej jaskini, przedstawiające ludzi ubranych w kombinezony z latarkami czołówkami maszerujących po niezbyt gładkim pełnym błota dnie, są odrobinę naciągane, ponieważ na miejscu takie atrakcje okazują się być mocno limitowane i dostępne jedynie z dużym wyprzedzeniem – a szkoda. Z drugiej strony pieniądze z nieszczęsnej turystyki jaskiniowej służą pewnie między innymi do utrzymana pieszych szlaków, czy na kursowanie autobusów między wejściami do jaskini, co trzeba przyznać jest dość wygodne.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_001.jpg

Wchodzimy, wzdłuż jaskini ciągnie się całkowicie „wyrównany” chodnik i tak będzie przez całe 1,5 godziny przechadzki.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_003.jpg

Miejscami jak na mój gust światła jest nawet za dużo.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_004.jpg

Oczywiście podziwiamy te interesujące okoliczności przyrody w tłumie innych turystów.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_005.jpg hun_aggtelek_jaskinia-baradla_007.jpg hun_aggtelek_jaskinia-baradla_002.jpg

Za to cała okolica wygląda świetnie bo jest niemal pusta i jak zwykle nie warto się spieszyć. Jeśli przyjedziemy do Aggtelek tylko na pół dnia zobaczyć jaskinię, zdążymy przejść się tylko po wybetonowanym chodniku wewnątrz niej i pooglądać formacje skalne razem z tłumem innych turystów lub dodatkowo w towarzystwie hordy dzieci z wycieczki szkolnej. Miejsce jest chyba najpopularniejszą wycieczkową destynacją jak u nas Wieliczka. Jeśli zostaniemy dłużej, będziemy mieli możliwość pochodzenia po łagodnych wzniesieniach i łąkach, szlakami pieszymi wyznaczonymi między najważniejszymi wejściami do jaskini, oraz po szeroko pojętej okolicy. Rosną tam bardzo ciekawe i nie występujące powszechnie rośliny, w tym sporo chronionych. Co jakiś czas można spotkać tablicę w rodzaju „cennika”, informującą ile kary zapłacimy za zerwanie albo zniszczenie którejś z nich. Przez trzy dni nie spotkaliśmy na szlakach zupełnie nikogo i mieliśmy park całkowicie na wyłączność. Są też szlaki na słowacką stronę i można (celem zjedzenia słowackiego obiadu) dojść na przykład do miejscowości Kečovo.  W  Kečovie nie ma gdzie zjeść obiadu, za to jest knajpa w której siedzą i piją piwo miejscowi emeryci. Tak bardzo ucieszyli się na widok turystów z zagranicy, że aż postawili nam chrupki oraz beherovkę, żebyśmy nie byli głodni. Nie sposób było odmówić i musieliśmy umacniać z nimi przyjaźń polsko-słowacką nie zważając na niekorzystny wpływ beherovki w prażącym słońcu. Nie wiem dlaczego, zawsze  nasza wizyta w jakiejkolwiek małej miejscowości, kończy się albo zaproszeniem na obiad, albo na piwo, albo kupieniem chrupek i beherovki.

hun_park-narodowy-aggtelek_001.jpg

Włócząc się piechotą po Parku Narodowym Aggtelek można oglądać takie ładne i zupełnie pozbawione jakichkolwiek turystów krajobrazy.

hun_park-narodowy-aggtelek_002.jpg

Przez trzy dni chodzenia nie spotkaliśmy nikogo.

hun_park-narodowy-aggtelek_003.jpg hun_park-narodowy-aggtelek_004.jpg

Noclegi są tu bardzo tanie jak na warunki węgierskie, śpi się na kwaterach prywatnych, których sporo jest na szallas.hu. W naszej było bardzo śmiesznie bo nikt nie rozumiał ani słowa w jakimkolwiek obcym języku. Mimo to, ktoś wcześniej odpowiedział na naszego maila po angielsku, a przy wejściu leżał klucz i karteczka z instrukcjami w języku obcym. W samym Aggtelek znajduje się też jeden hotel, którego betonowy klocek dość niefajnie szpeci krajobraz. Z zewnątrz wygląda mało zachęcająco, znajduje się też w nim jedyna w miejscowości restauracja. Warto zostać w Aggtelek bo fajnie jest się zatrzymać w miejscu, które jest tak głęboką prowincją, że prawie nie spotkamy tutaj żadnych samochodów. Jedynie w dzień czasem przejedzie jakiś pojedynczy, natomiast w nocy panuje całkowita cisza. To prawdziwy węgierski koniec cywilizacji. Jest tutaj tylko jeden sklep z podstawowymi produktami i jeden bar z piwem i winem, a jedyne życie w postaci licznych straganów i barów znajduje się przy wejściu do jaskini. Do innych ośrodków miejskich i wiejskich, czy chociażby większego sklepu jest spory kawałek, możemy więc całkiem nieźle od tego wszystkiego odpocząć i się zrelaksować. Zakupy „jedzeniowe” zrobiliśmy przezornie wcześniej w Miszkolcu, więc na miejscu nie brakowało nam niczego. Aggtelek to fajne miejsce na wiejski relaks.

Co i gdzie warto zjeść we Lwowie

Ten wpis jest nieco jubileuszowy.  W tym roku minie dokładnie 10 lat odkąd pierwszy raz pojechałam do Lwowa (i tak już zostało, bo nie mogę przestać tam jeździć). Uwielbiam to miasto i za każdym razem świetnie się tam bawię. Co prawda ostatnio nieco zmniejszyłam częstotliwość wyjazdów, ale są one teraz bardziej tematyczne. Nie muszę już zwiedzać zabytków i przebywać w miejscach, które odwiedza się za pierwszym razem. Robię tam tylko to co na prawdę lubię, bo turystyczny przymus w zupełności mnie nie dotyczy. Oczywiście raz na jakiś czas dawkuję sobie na przykład jakieś muzeum albo zabytek, w przerwie od włóczenia się po rozmaitych lokalach, sklepach no i oczywiście bazarach. Rok temu napisałam posta o tym co kupić we Lwowie, tym razem pragnę skupić się na tym co warto zjeść w rozmaitych lokalach gastronomicznych. Na przestrzeni 10 lat w mieście wiele się zmieniło. W porównaniu z czasami kiedy zaczynałam jeździć do Lwowa lokali z jedzeniem jest kilkakrotnie więcej. Na Euro 2012 zaczęło przybywać ich w tempie iście geometrycznym, jednak impreza dawno się skończyła, a one nadal powstają jak grzyby po deszczu. Starówka w tej chwili, mimo wojny na wschodniej granicy kraju, przypomina plac budowy. Wszystko gwałtownie się odnawia.  We Lwowie na dobre zaczął się turystyczny boom. Ilość obcokrajowców w porównaniu do roku chociażby 2010 wzrosła znacznie. Zmienił się też charakter nowo powstających lokali. Sporo z nich jest budowana pod potrzeby turystów, żeby znaleźć coś ciekawego i w dobrej cenie trzeba nieco oddalić się od najpopularniejszych turystycznie terenów. Na szczęście wiele istniejących od dawna lokali stoi nadal i ma się dobrze, a turystyczny boom niezbyt im zaszkodził.

Zaczniemy od tego co warto w mieście zjeść, następnie skupimy się na kilku interesujących miejscach. Najbardziej elektryzującą mnie w kuchni Lwowa kwestią jest to, że przenosząc się niespełna 200 kilometrów od domu, zaczynam mieć dostęp do potraw które je się także dziesięć stref czasowych dalej. Dania takie jak pielmieni czy solianka znajdziemy bowiem w całym byłym imperium sowieckim, od Kaliningradu po Władywostok. Drugą sprawą jest dostępność produktów wielu byłych republik radzieckich. Lwów to nadal miasto wielokulturowe, gdzie mieszają się rozmaite wpływy. Można tak po prostu wyjść z domu, pójść na bazar i zakupić przyprawy Kaukazu czy Uzbekistanu albo ryby z Morza Czarnego. Mimo tego, że poszczególne republiki posiadają już własne granice, dobra gastronomiczne krążą tak jak dawniej, bo ludzie są do nich przyzwyczajeni, znają je i nie mogą się bez nich obejść.

Płow czyli Плов

Danie kuchni krymskiej oraz występujące w republikach Azji Środkowej. Jego bliski krewniak – pilaw znajdziemy we wszystkich kuchniach od Grecji po Indie, wymieniany jest nawet w Mahabharatcie. To rodzaj tłustego risotto z kawałkami wołowiny lub baraniny z dodatkiem cebuli i marchewki pokrojonej w słupki (tak jest w wersji popularnej na Ukrainie, bo przecież w Indiach jedzenie wołowiny zupełnie by nie przeszło). Danie ocieka tłuszczem zarówno pochodzenia zwierzęcego (mięso powinno być tłuste) jak i dodatkiem sporej ilości oleju słonecznikowego. Żeby jakoś przeżyć zjedzenie tak treściwej potrawy, musi ona być odpowiednio mocno przyprawiona: kuminem, berberysem, nasionami kolendry, ostrą papryką, liściem laurowym, pieprzem. Jeśli do potrawy zostanie jeszcze użyty oryginalny ryż z Azji Środkowej można znaleźć się w kulinarnym niebie. Niestety jest on dosyć drogi i ciężko na niego trafić. Nasionka mają specyficzny kształt.

ukr_lwow_plow_001.jpg

Płow z uzbeckiego ryżu, który wspaniale nasiąka tłuszczem. Jajko na zdjęciu jest przepiórcze, ryż nie jest aż tak wyrośnięty :).

ukr_lwow_przyprawy-do-plowu_001.jpg

A tak prezentują się przyprawy uzbeckie do płowu na Priwokzalnym Bazarze we Lwowie. Z prawej widać suszone owoce berberysu, dzięki którym potrawa posiada trudny do pomylenia smak.

Pierogi czyli Вареники

Danie kuchni ukraińskiej. Wyglądają tak samo jak nasze. Od wersji polskiej różnią się nadzieniem i dodatkami. Najpopularniejsze są z ziemniakami (картоплею) oraz z kapustą (капустою). Ukraińska wersja pierogów z kapustą podoba mi się znacznie bardziej od wersji polskiej, zwłaszcza że podawana jest jak wszystkie tamtejsze pierogi z kwaśną gęstą śmietaną. Nazwa pierogi  (Вареники) jest zarezerwowana dla tych bezmięsnych na słodko albo słono i świetnie do nich pasuje kwaśna śmietana. Pierogi z mięsem nie są nazywane pierogami tylko w zależności od rodzaju i rozmiaru są to: chinkali, pielmieni albo manty. Ich nie podaje się ze śmietaną tylko na przykład w towarzystwie octu, lub bez dodatków.

Pielmieni czyli Пельмени

Jedno z najbardziej znanych dań kuchni rosyjskiej. Małe wręcz mikroskopijne pierożki z cienkiego ciasta nadziewane surowym mięsem z przyprawami i cebulą. Mięso gotuje się w cieście i uwalnia sok. W lwowskich knajpach w każdym zakresie cenowym danie absolutnie podstawowe. Idealnie byłoby gdyby farsz składał się z mięsa wieprzowego, wołowego i baraniego, ale dominują takie wieprzowo-wołowe. Pierożki je się polane masłem, octem i posypane czarnym pieprzem. Robienie ich pochłania sporo czasu – ciasto musi być cieniutkie, a rozmiary pierożków mikroskopijne. Na dodatek żeby procedura była bardziej skomplikowana, ciasto wykrawa się w kształcie kółeczek. Powinny one być robione ręcznie. Nie warto jeść takich robionych maszynowo (co poznamy przez ich podejrzaną regularność i podobieństwo), bo ich ciasto jest grube i niedobre. Chyba raz przez przypadek przytrafiły mi się takie mechanicznie robione pielmieni i zdecydowanie ich nie polecam. Na szczęście w lwowskich lokalach w których regularnie się stołuję dominują te robione ręcznie.

ukr_lwow_pielmieni_001.jpg

Pielmieni z ekstremalnie taniego cafe baru przy ulicy Szewczenki 14 (nie mylić z bulwarem Szewczenki), gdzie mężczyźni piją wódkę na szklanki.

Manty (Манты) i chinkali (Хинкали)

W porównaniu do okresu sprzed 9 czy 10 lat, potrawy kuchni kaukaskiej przeżywają w mieście prawdziwy renesans. Dawniej ekstremalnie popularnym daniem z tamtych stron było jedynie czanachi (чанахи), którym zajmiemy się poniżej. Od jakiegoś czasu coraz popularniejsze stają się także pierogi z mięsem z tamtych stron. Tym razem jadłam zarówno manty jak i chinkali i muszę przyznać, że oba dania nie były zbyt dobrze zrobione.

ukr_lwow_manti_001.jpg

To akurat pyszne manti w wersji wegetariańskiej z dynią jakie można zjeść w Czajchanie Samarkand.

Na fali lwowskiego boomu turystycznego, stosunkowo niedawno pootwierały się lokale nowej sieci barów o nazwie Cezar (Цісар Кафе) z brązowym szyldem i nazwą zapisaną złotymi literami. W jednej z nich miałam ostatnio nieszczęście zamówić manty. Była to okropna pomyłka. Pierogi były wieprzowe, w ogóle nie przyprawione i polane margaryną – po prostu okropne. To chyba najgorsze jedzenie jakie kiedykolwiek jadłam we Lwowie. Warto zresztą zobaczyć jakie recenzje mają owe lokale w internecie żeby móc je omijać i nie nabawić się przez nie wstrętu do kuchni naszych wschodnich sąsiadów.

Chinkali natomiast, jadłam w gruzińskiej restauracji Bagrationi, która już na początku odstraszyła mnie swoim wyglądem prawie jak z serialu „Dynastia”. Kryształowe żyrandole, pretensjonalne marmurowe podłogi, kolumny i białe obrusy to klimat w którym czuję się zdecydowanie źle. Na szczęście pomimo wyglądu rodem z prowincjonalnego wesela z aspiracjami, ceny w restauracji były stosunkowo znośne, pewnie dlatego, że znajdowała się ona spory kawałek od zabytkowego centrum na zwyczajnym blokowisku. Chinkali dotarły do mnie będąc uszkodzone, być może przez za długie gotowanie i powstały podczas ich gotowania mięsny bulion wylewał się z nich na talerz jeszcze przed wzięciem ich do rąk. Co z tego że podano je razem z naczyniami do mycia rąk przybranych miętą i cytrynką, jeśli nie dało się ich zjeść rękami ponieważ od razu się rozpadły. Taki błąd gruzińskiej restauracji chyba nie przystoi. Mięso było dobrze doprawione kolendrą ale takie rzeczy z ciastem chyba nie powinny się przytrafiać. Na szczęście inne zamówione tutaj dania były jadalne, aczkolwiek nie rzuciły mnie specjalnie na kolana.

ukr_lwow_chinkali_001.jpg

Chinkali prezentują się dość śmiesznie na ogromnych białych talerzach w lokalu wystrojonym jakby był tłem do serialu „Dynastia”.

ukr_lwow_chinkali_002.jpg

Nie pomogą specjalne estetyczne naczynia do mycia rąk jeśli pieróg jest źle zrobiony.

Czebureki czyli Чебуреки

To kolejna odmiana pieroga tym razem dużego i smażonego w głębokim tłuszczu. Wszystko pięknie, o ile tłuszcz jest w miarę często zmieniany i nie ma czarnego koloru, oraz pierogi nie są w nim reanimowane, to znaczy usmażone dużo wcześniej a następnie tylko odgrzane. To niestety dość często zdarza się na przykład w różnych przydworcowych jadłodajniach, dlatego lepiej nie kupować ich w pierwszym lepszym z brzegu miejscu, zwłaszcza gdy są z mięsnym nadzieniem. Czebureki są potrawą znaną w całej Rosji, na Litwie, jeśli zaś chodzi o kuchnię ukraińską, to jest to danie kuchni krymskich tatarów. Czebureki warto moim zdaniem jeść tylko w lokalach specjalizujących się tylko w tej potrawie. Wtedy mamy pewność że nie leżą usmażone od kilku dni. Ich nadzienie może być przeróżne: groch, kapusta, ziemniaki i mięso.

Pora na zupy. Kuchnia byłych republik radzieckich ma kilka charakterystycznych pozycji w menu. Zupy są mięsne i treściwe. Zakwaszone cytryną i/lub kwaśną gęstą śmietaną. Czasem taka zupa może robić za cały obiad. Dodatkiem do niej jest chleb, najlepiej ciemny, który liczony jest na kromki. Jeśli go zamawiamy, kelner albo sprzedawca pyta nas zawsze „ile chleba?” No i trzeba podać mu ilość kromek, którą zamierzamy zjeść. Jeśli jemy gdzieś pierwszy raz i nie wiemy czy kromki są duże czy małe, ciężko przewidzieć jak bardzo będziemy głodni. Zwłaszcza że nie wiemy czy porcja będzie duża. Rzadko więc udaje się utrafić w sensowną jego ilość i jest go albo za dużo albo za mało. To taka lokalna przypadłość. Chleb kosztuje zupełne grosze, ale liczony jest bardzo dokładnie.

Barszcz czerwony i zielony (Червоний борщ, Зелений борщ)

Barszcze na wschodzie są bardzo treściwe. Barszcz czerwony z buraków z dodatkiem fasoli, kapusty, mięsa, odrobiny przecieru pomidorowego, ziemniaków, marchewki i innych warzyw korzeniowych, z kwaśną śmietaną, jedzony z dodatkiem chleba skutecznie poskramia głód. Nieco uboższa wersja wiosenna – zielona, robiona obecnie głównie ze szczawiu i komosy koniecznie jedzona z jajkiem i ziemniakami. Na bazarach jako zielenina na barszcz sprzedawane są dość mocno wyrośnięte szczaw i komosa. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek udało mi się spotkać na targu roślinę nazywaną barszczem (Heracleum sphondylium L) z której tę potrawę przygotowywano pierwotnie i właśnie od niej wywodzi się nazwa zupy. Ukraińska wikipedia twierdzi, że zielony barszcz zawiera także pokrzywę, ale nie udało mi się do tej pory natrafić na taką wersję. Do barszczu czerwonego podaje się drożdżowy kulebiak.

ukr_lwow_barszcz-ukrainski_001.jpg

Taki barszcz – przyzwoity choć nie wyróżniający się niczym szczególnym, w towarzystwie drożdżowego kulebiaka przyprawionego olejem, czosnkiem i koprem zjemy w popularnej sieciówce Puzata Chata.

Solianka

To zupa z kilku rodzajów mięsa i podrobów z sokiem z ogórków kiszonych z oliwkami, kaparami cytryną. Ponoć idealna na kaca. Zapałałam do niej miłością ogromną wiele lat temu i co najmniej raz do roku ją gotuję. Jednak nie mam w sobie na tyle hartu ducha, by używać do niej cynaderek czyli nerek wieprzowych, wołowych lub cielęcych, jest to bowiem składnik obowiązkowy tej zupy. Problem w tym że nie da się ich przyrządzać w mieszkaniu, ponieważ podczas obróbki termicznej cynaderek, dookoła unosi się upiorny zapach moczu. Nawet jeśli odlejemy kilka razy wodę w której się one gotują nie tak łatwo pozbyć się zapachu unoszącego się dookoła. Zrobiłam tak tylko raz i więcej już nie będę. Są inne mniej problematyczne podroby – na przykład serca czy żołądki, które z powodzeniem w wersji domowej mogą je zastąpić. Po jakości solianki najlepiej widać jakiej klasy jest lokal w którym się stołujemy. Tej zupy lepiej nie jeść w miejscach bardzo niskobudżetowych bo poczęstowani zostaniemy zupą z dużą ilością parówki, a droższe składniki takie jak oliwki czy cytryna mogą w ogóle w niej nie wystąpić. Porządnie zrobiona solianka to wspaniała kompozycja słodko słonych smaków, które wzajemnie się uzupełniają. Wydaje mi się że robiąc ją z jakiegoś mało dokładnego przepisu nie uda nam się uzyskać równowagi smaków jaka powinna w niej wystąpić. Dlatego lepiej przed jej gotowaniem zjeść ją kilka razy w różnych lokalach by zobaczyć o co w niej chodzi.

ukr_lwow_solianka_001.jpg

Solianka.

Czanachi (чанахи)

To zupa pochodzenia gruzińskiego, która we Lwowie weszła do absolutnie masowego obiegu. Na Ukrainie jest umiarkowanie popularna, natomiast we Lwowie to topowe danie kulinarnej popkultury. Sprzedają ją dosłownie na każdym kroku. Występuje w niezliczonych wersjach mniej lub bardziej dalekich od oryginału. Czanachi w założeniu ma być zawiesistym mięsnym gulaszem z mięsa jagnięcego z pomidorami, fasolą, bakłażanem, ziemniakami, mocno doprawionym czosnkiem i kolendrą. Taką zapiekanką w płynie, ponieważ zupę piecze się w glinianych naczyniach. Warzywa i mięso przywierają do ścianek a potrawa nabiera skondensowanego smaku. We Lwowie po pierwsze przeważnie dominuje wersja z o wiele tańszą wieprzowiną, poza tym nie ma w niej bakłażana,  czasem to nawet fasoli jest w niej jak na lekarstwo, a całość wypełniona jest najtańszym składnikiem – ziemniakami. Najczęstsza zielenina jaką możemy w niej znaleźć to zwykły szczypiorek. Danie jest dalekie od gruzińskiego oryginału, co nie znaczy że jest ono niedobre – jest to po prostu coś innego.

ukr_lwow_czanachi_001.jpg

Tak we Lwowie podaje się czanachi. Charakterystyczne baniaczki w kształcie dyni, często z motywem liści winorośli możemy zobaczyć w niemal każdej jadłodajni we Lwowie. Ten był używany tak bardzo, że aż odpadły mu uszka.

Zupa jest bardzo treściwa (bo zagęszczona mąką) i pożywna. Przyjemnie rozgrzewa w chłodne dni. Jej smak bardzo mocno kojarzy mi się ze Lwowem. Tak bardzo chciałam móc ją gotować w domu, że pewnego razu zakupiliśmy nawet na bazarze komplet glinianych naczyń w kształcie dyni. Były ładnie zdobione w liście winorośli i bardzo tanie. Niestety ich szkliwienie zaczęło się rozpuszczać w wysokiej temperaturze i wyglądało na to, że naczynia nie nadają się do zapiekania w nich potraw. Jako że nie mieliśmy miejsca na ich przechowywanie, oddaliśmy je do lokalnego oddziału Emaus.

ukr_lwow_czanachi_002.jpg

To czanachi w ogóle nie ma nic wspólnego z oryginałem bo przed podaniem nawet nikt potrawy nie zapiekł. Mimo tego zupa i tak była jeszcze jadalna. Taką wersję można zjeść na Bazarze Krakowskim.

Łagman Лагман

Teraz pora na zupę trochę we Lwowie niszową. Danie typowe dla kuchni krymskiej, ale jedzone od Krymu po Chiny.  Jest narodową potrawą Ujgurów – chińskiej muzułmańskiej mniejszości. Ojczyzną ręcznie robionego, specyficznego makaronu, dodawanego do tej zupy tuż przed podaniem są Chiny. Makaron robi się następująco. Kawałek wilgotnego ciasta rozciąga się bardzo mocno i powstaje z niego coś na kształt nitek. To danie bardzo popularne w byłych republikach radzieckich Azji środkowej: Kazachstanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie. Bardzo gęsta i pożywna bo zawierająca kawałki mięsa, ziemniaki no i oczywiście makaron. Zupę obficie doprawia się kuminem i ostrą papryką.

ukr_lwow_lagman_001.jpg

Lagman. Makaron ukryty jest pod spodem i go nie widać. Zajmuje połowę miski.

Kiszone i marynowane warzywa

Jako sałatka do obiadu, potrawa zasługuje na nasze zainteresowanie. Na Ukrainie bardzo popularne i stosunkowo często używane są zielone pomidory. W sklepach kupimy je marynowane w occie spirytusowym. W przeróżnych restauracjach będą one składnikiem kwaśnej warzywnej zakąski do mięsnych dań, na którą składa się kapusta, kiszone ogórki oraz właśnie zielone pomidory.

ukr_lwow_kiszone-i-marynowane-warzywa_001.jpg

Zielone pomidory w towarzystwie innych kiszonych i marynowanych warzyw.

Gdzie to wszystko zjeść? Z tym nie powinniśmy mieć większego problemu. Wybór lokali w mieście jest przeogromny, dlatego myślę że warto je w jakiś sposób podzielić. Na takie dla początkujących i zaawansowanych na przykład. Na tanie i drogie chociaż do tych drugich przeważnie  nie chodzę, zresztą w mieście jest tak tanio że trudno o duże wykosztowanie się na jedzenie na mieście. W chodzeniu do knajp i restauracji uwielbiam stosowanie zasad demokratycznych. Nie mam nic przeciwko najtańszym lokalom, gdzie obiad z kawą albo piwem kosztuje tyle co przystawka w popularnej sieciówce. Oczywiście o ile jedzenie w nich jest po prostu w miarę domowe i robione nie najtańszym sumptem. Od czasu do czasu lubię także zjeść coś prawdziwie dobrego, ale dobrze wiem że wysoka cena niekoniecznie musi być tego wyznacznikiem.

Dla początkujących

Gdzie skierować swe kroki jeśli przyjechaliśmy do miasta pierwszy raz? Najsensowniejszą opcją na pierwszy raz będzie chyba pójście do Puzatej Chaty. We Lwowie sieciówka ma dwa lokale. Jedzenie jest w niej przyzwoite, ale nie wyróżniające się niczym szczgólnym. Potrawy leżą wystawione na oczach klientów, chodzimy z tacką i obsługa nabiera czego nam potrzeba. W ten sposób nawet jeśli kompletnie nie potrafimy czytać cyrylicy znajdziemy sobie coś do zjedzenia. Jest tam ładnie i czysto, dość często bywa tłoczno, zarówno za sprawą turystów jak i bardziej majętnych mieszkańców Lwowa. Najbardziej jadalne mają tam moim zdaniem zupy i pierogi. Reszta raczej zupełnie niewarta jest uwagi. Nie znajdziemy tam lokalnych lwowskich potraw w rodzaju czanachi. Puzata Chata to taki Mc Donald tyle że z w miarę tradycyjnym ukraińskim jedzeniem. W porównaniu do rozlicznych Cafe Barów jest tam relatywnie drogo.

Kafe bary czyli lokale niższych lotów

Lwowskie kafe bary to miejsca w których napijemy się kawy i najróżniejszych alkoholi, zjemy czebureka, kanapkę z kawiorem i podstawowe dania barowe w rodzaju czanachi. To taki trochę „level hard” lwowskiej gastronomii a jednocześnie zjawisko najbardziej interesujące. Miejsca gdzie prawie każdy szanujący się lokalny mężczyzna zaczyna dzień od szklaneczki wódki, czasami przepijanej wodą a czasami nawet nie (dlatego mężczyźni żyją tutaj szybko i krótko). Kafe bary to miejsca demokratyczne, najtańsze i dla wszystkich, gdzie spotykają się ludzie o wszelkiej możliwej proweniencji. Trzeba znaleźć sobie kilka takich ulubionych lokali i regularnie je odwiedzać gdy tylko jest nam po drodze. Sporo z nich nie zmienia się od lat. Oczywiście menu jest w nich wyłącznie po ukraińsku. Toaleta czasem bywa mocno przykra, z drugiej strony tak kiedyś wyglądały wszystkie toalety w mieście, więc odrobinę historii może się przydać. Jeśli tylko nie musimy koniecznie z niej korzystać, pobyt w kafe barach jest bardzo przyjemny, zwłaszcza że we wszystkich lokalach gastronomicznych od 2013 roku obowiązuje zakaz palenia. Jeśli obsługa przygląda nam się z niedowierzaniem i trzy razy pyta skąd właściwie się tu znaleźliśmy, to znaczy że trafiliśmy do odpowiedniego lokalu. Mamy we Lwowie kilka ukochanych barów i odwiedzamy je regularnie. Jeden z nich, położony niedaleko hotelu Lwów niestety już nie istnieje bo zajęła okropna sieciówka „Cesarz” (Цісар Кафе). Uwielbiam włóczyć się po cafe barach to mój najulubieńszy sport we Lwowie.

ukr_lwow-kafe-bar_001.jpg

Kafe bary mogą być urządzone bardzo minimalistycznie i na przykład posiadać jedynie wylewkę zamiast podłogi. Mogą być jednak także urządzone z ogromną fantazją.

Kuchnie regionalne i narodowe

Jeśli już zapoznamy się z podstawowymi daniami kuchni ukraińskiej, pora na kuchnie mniejszości narodowych zamieszkujących miasto kiedyś lub teraz. Oczywiście stwierdzenie „kuchnia narodowa” w ogóle moim zdaniem ma sens średni bo znacznie trafniejsze jest określenie „kuchnia regionów”, które niekoniecznie pokrywają się z granicami współczesnych państw, tylko z warunkami klimatyczno-kulturowymi przeróżnych obszarów.

Ostatnio coraz modniejsza staje się w mieście kuchnia gruzińska. Myślę że zainteresowanie Gruzją wzmaga się z powodu ostatnich wydarzeń – obydwa narody mają odwagę przeciwstawiać się Rosji. Stąd większe zainteresowanie Ukraińców gruzińskimi potrawami. W okolicach Starego Rynku jest kilka lokali oferujących kuchnię gruzińską, ja jednak wybrałam się do położonej dość daleko na blokowisku restauracji Bagrationi. Oprócz mocno sztywnego wystroju w sam raz na wesele, jedzenie było w niej w miarę niezłe, ale na pewno nie  oszałamiające. Nie sądzę że będzie mi się chciało kiedyś jeszcze do tej restauracji wrócić.

Następne odkrycie będzie za to takie, że wszyscy czytający tę stronę będą mi za nie wdzięczni do końca życia :). Odkryłam bowiem istniejącą od roku absolutnie rewelacyjną restaurację uzbecką Czajchana Samarkand. Mieści się ona stosunkowo niedaleko od centrum na ulicy Piekarskiej (Пекарська) 48. Potrawy są pyszne, ceny niezłe, a stosunek jakości do ceny wręcz rewelacyjny. Byliśmy tam dwa razy zamawiając po kilka potraw na dwie osoby. Wszystko było świetnie zrobione. Na uwagę zasługuje także przepięknie udekorowane wnętrze, lokal jest po prostu dopracowany w każdym detalu, aż miło popatrzeć. Rozmawialiśmy chwilę z właścicielem który bez problemu komunikuje się także po angielsku i ponoć niemiecku. Widać że wie co robi. Zresztą w najbardziej obleganych godzinach trudno o wolny stolik, bo jest ich dosyć niewiele.

Lokalem którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać jest Cafe Ormianka (Virmenka) przy ulicy Вірменська 19 – lokal w którym byłam tak dawno temu, że jeszcze pamiętam go ze starą i nieodnowioną, dość upiorną toaletą, która obecnie już nie straszy. Miejsce absolutnie kultowe i zawsze pełne ludzi za sprawą kawy. Można się tutaj bowiem napić prawdziwej kawy po ormiańsku, przyrządzanej w tygielkach stojących na rozgrzanym piasku. Kawiarni w mieście powstało mnóstwo, jednak jedna z najbardziej kultowych i historycznych to właśnie ta. Niezbyt odpowiadają mi najnowsze nieco hipsterskie i tworzone na identyczną modłę, wszędzie jednakowe kawiarnie, gdzie kawę pije się z papierowych kubków. Ormianki ta epidemia na szczęście zupełnie nie dotyczy. Do kawy można tutaj zamówić domowe, mocno słodkie i treściwe torty i ciastka oraz napić się koniaków w tym także słynnego Araratu.

ukr_lwow_kawiarnia-ormianka_001.jpg

Tygielki z kawą w specjalnym profesjonalnym podgrzewaczu.