Roczne archiwum: 2017

Co zjeść i wypić na Słowacji

To będzie post o problemie, który miałam jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy dopiero zaczynałam samodzielnie jeździć gdziekolwiek, a najbliżej położonym, najtańszym i najprostszym rozwiązaniem by trochę pobyć „za granicą” była Słowacja. Wszyscy ludzie, z którymi wtedy jeździłam twierdzili, że zjedzenie smacznego obiadu na Słowacji jest czymś zupełnie niemożliwym. Pamiętam jak swego czasu na głębokiej słowackiej prowincji, czyli na przykład w Bardejowie, można było spotkać gastronomiczne upiory, w rodzaju mrożonej pizzy czy spaghetti zrobionego z dodatkiem keczupu, ale nawet wtedy nie były to jedyne dostępne opcje. Od tego czasu stopa życiowa na Słowacji (mimo ogromnego narzekania jej obywateli) znacznie się poprawiła i znalezienie tam czegoś smacznego nie jest specjalnie trudne. Problemy ze znalezieniem dobrego jedzenia z pewnością napotkamy jadąc mniej uczęszczanymi trasami, zwłaszcza wcześnie rano. W porównaniu z Polską mieszka tutaj znacznie mniej ludzi i nikomu nie chce się otwierać lokali wcześnie rano, część z nich nastawiona głównie na lokalnych mieszkańców otwiera się dopiero po godzinach pracy.

Pierwsze skojarzenie: Vyprážaný syr

Myśląc o kuchni słowackiej nie należy bynajmniej sądzić, że kończy się ona i zaczyna na smażonym serze (Vyprážaný syr s oblohou), bo jest to chyba pierwsze skojarzenie jakie przychodzi na myśl przeciętnemu Polakowi zapytanemu o słowackie smaki. Dla mnie smażony ser w gotowej panierce (posypce) z dodatkiem zawsze paskudnych i niejadalnych mrożonych frytek oraz majonezu z dodatkiem korniszona, to przeżycie którego na prawdę nie mam ochoty sobie fundować i cierpieć potem prawdziwych katuszy z powodu niestrawności. Ilość frytury i pustych kalorii przyprawia w tym daniu o zawrót głowy. Domowo przyrządzonego sera panierowanego w bułce tartej z dodatkiem ręcznie robionych frytek niestety na Słowacji zazwyczaj nie uświadczymy. Gdybyśmy tego typu jedzenie zamówili na przykład w Bułgarii, otrzymalibyśmy ręcznie robione i przygotowane ze świeżych ziemniaków frytki, smażone na słonecznikowym oleju i po domowemu panierowane w bułce tartej nierówne kawałki sera 🙂 niestety na Słowacji karmi się ludzi mrożonymi gotowcami. Odrobinę mniej drastyczną wersją tego samego dania jest wyprażany hermelin, czyli ser pleśniowy z dodatkiem żurawiny w towarzystwie pieczonych ziemniaków (które czasami niestety także są gotową mrożonką). Wiem że słowacki smażony ser to dla niektórych prawdziwa świętość, warto jednak odłożyć go na półkę i skupić się na bardziej jadalnych rzeczach, chyba że trafimy na lokal w którym danie od początku do końca zrobią nam ręcznie. Wtedy byłabym gotowa nawet coś takiego zamówić.

Kuchnia pasterska

Współczesna kuchnia słowacka wywodzi się z prostej kuchni, pasterskiej opartej na tanich i łatwo osiągalnych w tym rejonie produktach: mące pszennej, ziemniakach, kapuście, słoninie, oraz bryndzy. W większość najbardziej znanych dań żongluje tymi właśnie składnikami, które można napotkać w różnych konfiguracjach. Bryndzę możemy na Słowacji nabyć na prawdę dobrą i to nawet w całkiem zwyczajnym spożywczaku. Jestem w stanie uwierzyć w słowacką bryndzę widząc pasące się na pagórkach liczne stada owiec, tak samo zresztą jak w dania z baraniny i jagnięciny, bardzo popularne na przykład na Wielkanoc. Podstawowym tłuszczem służącym do doprawiania potraw jest smalec wytopiony z wieprzowych skwarków. Dania są treściwe, solidne, mocno rozgrzewające i mało pikantne. Mięso jako takie (oprócz skwarków) na co dzień w niej nie występuje. Jego małe kawałki możemy spotkać w zupach na przykład kapuścianej czy fasolowej, o których dowiecie się za chwilę. W kuchni chłopskiej większe porcje mięsa jadało się tylko w ważniejsze święta. Oczywiście w słowackich restauracjach możemy zamówić sobie dania z mięsem w roli głównej. Tak jak w polskich lokalach dominuje wieprzowina (bravčové mäso) i kurczak (kuracie mäso). Będą to jednak w większości dania smażone w panierce, oraz mocno przekombinowane rolady, i de volaille. To taka trochę nowobogacka i usiłująca udowodnić swoje arystokratyczne pochodzenie kuchnia, w rzeczywistości nie mająca z taką proweniencją niczego wspólnego. Zazwyczaj tego typu potrawy powstały w czasach głębokiego komunizmu, mając być swego rodzaju odtrutką oraz powiewem świeżości w gastronomicznej nudzie i monotonii jaka wówczas panowała. Nigdy w życiu nie zamówiłabym czegoś takiego. To tak samo jakbyśmy twierdzili, że kotlet schabowy jest tradycyjnym polskim daniem, a nie pozostałością z czasów minionego ustroju kiedy to kraj borykał się z niedoborem mięsa i trzeba było jakoś zwiększyć jego objętość.

Haluszki z bryndzą czyli Halušky s bryndzou

Kwintesencja słowackiej kuchni. Ziemniaczane kluseczki z luźnego ciasta polane roztopioną bryndzą i omaszczone słoninowymi skwarkami. Kiedyś było to dla mnie danie z gatunku tych niejadalnych, a potem się przyzwyczaiłam. Do dzisiaj trochę przeszkadza mi, że jest nieco mdłe i jeśli trafimy akurat na dużą porcję i nie zamówimy niczego do picia, to jakoś tak ciężko się z nim uporać. W zimie smakuje dużo bardziej niż w lecie, bo fajnie rozgrzewa i jest treściwe. Z folderów reklamowych na temat Słowacji, które posiadam można się dowiedzieć, że najlepsze w całej Słowacji haluszki, którymi swego czasu raczyła się nawet angielska królowa Elżbieta, zjemy w Szałasie u Franka na obrzeżach miejscowości Stara Lubovna, tuż koło polskiej granicy. Restauracja która odniosła olbrzymi sukces i jest prawdziwym ambasadorem słowackiej kuchni. Jest ogromna i cały czas się rozbudowuje, a mimo to w najbardziej obleganych godzinach możemy nie znaleźć w niej wolnego miejsca. Warto jednak chwilę poczekać jest bowiem tak olbrzymia, że prawdopodobieństwo zwolnienia się stolika w przeciągu kilku minut jest wysoce prawdopodobne. Szałas u Franka aktualnie znajduje się na trzecim miejscu na Słowacji pod względem smaczności haluszków o czym można poczytać w tym linku.

Jeśli już jesteśmy przy temacie bryndzy, to bryndzę i inne sery zakupimy w bardzo niewielkiej odległości od Szałasu w miejscowości Hniezdne, w której znajduje się spółdzielnia rolnicza Agro-Hniezdne. Niestety jej godziny otwarcia jak to na Słowacji bywa nie nastrajają do zakupów, jeśli jednak mieszkamy w okolicy, to powinno się udać. Oprócz serów wyrabiają tam także wędliny, które są mocno w stylu węgierskim z dużą ilością papryki i bardzo wyraziste w smaku. Kupimy tam także bardzo porządną słoninę, która jest składnikiem licznych tradycyjnych słowackich dań.

Tutaj na przykład strapaczki z kapustą i wielkanocną baraniną.

Tutaj zaś trzy rodzaje haluszków w Szałasie u Franka, który gościł swego czasu samą brytyjską królową.

A tutaj Gazdovsky Tanier czyli wszystko w temacie bryndzy na jednym talerzu.

Jeśli zaś chodzi o haluszki  to mam ten komfort, że mogę je sobie robić w domu. Swego czasu w czeskim kauflandzie zakupiliśmy bowiem urządzenie do robienia haluszków, a procedura ich robienia jest ekstremalnie prosta. Wystarczy drobno zmielić surowe ziemniaki (najlepiej starej polskiej odmiany o dużej zawartości skrobi, kiepsko będzie z ziemniakami z marketu, pochodzącymi z Maroka, czy Izraela) i dodać do nich trochę mąki, by całość miała luźną konsystencję umożliwiającą przesianie ciasta przez urządzenie przypominające trochę tarkę i sitko w jednym. Kluseczki wpadają do wrzątku i po chwili wypływają, co oznacza że są gotowe. Robię je w domu z dodatkiem mąki pełnoziarnistej, orkiszowej, gryczanej i każdej innej jaka tylko przyjdzie mi na myśl. Klasycznie jednak mąka powinna być pszenna i biała. Jedyne problemy napotkałam stosując mąkę wyłącznie żytnią, oraz przy kiepskiej odmianie ziemniaków z supermarketu. Wtedy po prostu kluski rozpuściły się w wodzie i całość zaczęła przypominać krochmal.

Inna wersja haluszków nosi nazwę strapačky. To te same kluseczki podane z kwaśną kapustą i słoniną. Danie przypomina nasze łazanki ale jest smaczniejsze – nie używamy przecież do niego kupnego makaronu, tylko własnoręcznie zrobione kluseczki. Czasem podobne kluski robi się z też dodatkiem jajka i wrzuca do zup.

Pierogi z bryndzą czyli Bryndzove pirohy

Bardzo interesujące wykorzystanie bryndzy – do pierogów przypominających nasze ruskie, ale znacznie bardziej wyrazistych w smaku. Uwielbiam to danie i często je zamawiam, niestety nie zawsze dobrze na tym wychodząc. Pierogi z bryndzą mogą smakować naprawdę świetnie, ale w niektórych słowackich przydrożnych lokalach (motorestach) wcale nie wstydzą podawać ich po uprzednim głębokim mrożeniu, a następnie totalnym rozgotowaniu, w wyniku czego są one niejadalne. Radzę zamawiać je tylko wtedy jeśli od pierwszego wejrzenia widać, że lokal z którym mamy do czynienia to miejsce z gatunku tych przyzwoitszych, gdzie do jakości przykłada się pewną wagę. W sumie poczujemy to też zazwyczaj nosem. Jeśli gdzieś pachnie dobrym wiejskim jedzeniem, a nie smażeliną, tym większe prawdopodobieństwo, że pierogi z bryndzą będą z gatunku tych jadalnych. Niestety czasem w lokalu, który robił dobre pierogi i zatrzymywaliśmy się w nim po drodze na kawę i śniadanie, po prostu zmienia się kucharz, (albo właściciel ) i pierogi najpierw ręcznie robione i przygotowywane na zamówienie, stają się mrożonymi gotowcami o grubym jak podeszwa i szarym cieście z wypływającym na zewnątrz farszem. W niektórych mocno prowincjonalnych częściach Słowacji zjedzenie czegoś smacznego po drodze to prawdziwe wyzwanie.

Gulasz z knedlikami

Kolejne danie obiadowe, tym razem wspólne dla Czech i Słowacji. Najczęściej spotkamy gulasz wołowy (hovädzí guľáš), albo wieprzowy czyli bravčovy. Ciekawą odmianą gulaszu wieprzowego jest gulasz szegedyński  (Segedínský guláš), zabielany śmietaną z dodatkiem kwaśnej kapusty i czerwonej sproszkowanej papryki, którą karmelizuje się na gęsim lub wieprzowym smalcu. Przepis na ten gulasz znajduje się na przykład na stronie Roberta Makłowicza.  Knedlików chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. To rodzaj drożdżowej bułki (o czeskiej proweniencji) gotowanej na parze. W wersji bułczanej dodaje się do ciasta pokrojoną w kostkę świeżą pszenną bułkę. Wszystkie gulasze idealnie nadają się na zimę, bo są mocno rozgrzewające, a najlepiej smakować będą w towarzystwie lokalnego lanego piwa. Indeks glikemiczny takiej kompozycji osiąga prawdziwe wyżyny, lepiej więc chyba nie fundować jej sobie zbyt często.

Zupa gulaszowa

Czyli kotlíkový guľáš występuje także w wersji baraniej. To zabójczo treściwa zupa z kawałkami mięsa, ziemniakami, galuszkami i dużą ilością sproszkowanej papryki.

Inne zupy

To między innymi słynna zupa czosnkowa (Cesnakova polievka), czyli klarowny rosół ze sporą ilością czosnku, grzankami i żółtym serem. Danie zazwyczaj kosztuje grosze i dobrze smakuje w towarzystwie czegoś mocno treściwego, na przykład haluszków lub gulaszu. Samą zupą raczej się zbytnio nie najemy. Niemniej jednak nawet z tak prostym jedzeniem możemy napotkać sporo problemów. W mniej smacznych lokalach dostaniemy zupę zrobioną z kostki rosołowej i z dodatkiem sztucznych polepszaczy smaku. Powierzchnia zupy będzie wtedy pokryta obrzydliwie wyglądającą jaskrawo żółtą zawiesiną, wygenerowaną przez tajemnicze składniki takiej kostki. Kolejny raz słowacka gastronomia z fajnego dania tworzy czasami prawdziwego kulinarnego upiora. Jeśli nie chcemy jeść wody z kostką rosołową, starannie wybierzmy lokal w którym jemy, kierując się najlepiej zapachem.

Kolejnymi opcjami są zupa fasolowa czyli Fazuľová polievka oraz jeszcze bardziej znana, zwłaszcza z górskich schronisk, Kapustová polievka. Obie ogromnie treściwe i niedrogie, są bardzo dobrą opcją na zjedzenie czegoś w górach. Ceny w wysokogórskich schroniskach nie są zbyt przyjazne, a taką zupę możemy zjeść już za 2 albo 3 euro. Poza tym to dania na które zazwyczaj nie trzeba długo czekać. Niestety efekty ich spożywania nie nastrajają  zbytnio do przebywania w towarzystwie, a także w zamkniętych pomieszczeniach. Z tego co pamiętam całkiem jadalne zupy (i w ogóle wszystko, miała jeszcze nie tak dawno (bo w 2015 roku) ta restauracja w Czerwonym Klasztorze (Červený Kláštor) i była to najlepsza opcja jedzeniowa w tej miejscowości. Niestety czas oczekiwania na jedzenie do najkrótszych nie należał, ale czasem już wolę poczekać, niż jeść fryturę i kostkę rosołową.

Pora na deser

W typowej słowackiej knajpie daniem deserowym będą naleśniki na słodko czyli Palacinky. Najczęściej z owocami w towarzystwie bitej śmietany i czekolady. Pozostaje mi tylko życzyć Wam, żebyście nie trafili na lokal w którym taka śmietana pochodzić będzie z puszki wypełnionej aerozolem, bo to niestety kolejne „uproszczenie” z jakim spotkamy się w mniej rzetelnie podchodzących do tematu jedzenia słowackich lokalach (piszę o tym w kółko, bo niestety jest ich sporo).  Zazwyczaj jednak jeśli już od początku lokal trzyma poziom, także deser nadaje się będzie do jedzenia. Drugą jeszcze bardziej treściwą opcją są sulance, czyli kluseczki ziemniaczane na słodko w towarzystwie masła, cukru, posypane makiem albo orzechami. Czasem ich porcja może być tak duża, że spokojnie mogą robić za drugie danie, zwłaszcza w upalny dzień. To taka  jakby wersja naszych pierogów leniwych – dania, które kojarzy mi się z barem mlecznym. Sulance są jednak innego kształtu i ich konsystencja jest bardziej zwarta.  Dość często na deser możemy zamówić także strudlę – w końcu bliskość Wiednia i austro-węgierska przeszłość dają znać o sobie. 

Sulance z makiem zatopione w maśle. Danie proste i genialne.

Co do picia

Powoli zbliżamy się do napojów. Zacznijmy od tych bezalkoholowych. We wszystkich słowackich sklepach spożywczych i lokalach gastronomicznych pierwszym napojem, który od razu rzuca się w oczy jest  kofola. To czesko-słowacka odpowiedź na coca-colę o dość oryginalnym i specyficznym smaku. Napój ten jest bardziej popularny w Czechach i na Słowacji niż jego amerykański pierwowzór. Smak zawdzięcza syropowi owocowemu, który daje smakowi coca-coli lekko ziołowy i bardziej wytrawny posmak. Napój odniósł duży sukces i mniej więcej od końca lat dziewięćdziesiątych, firma wprowadza na rynek rozmaite kompozycje smakowe napoju. Są więc kofole cytrynowe, waniliowe i świąteczne. Są one jak na mój gust totalnie niepijalne, za to oryginał „ma coś w sobie”. Od coca-coli w sumie smakuje mi bardziej, bo nie jest tak mocno gazowany. Ochotę na napicie się takiego czegoś mam może raz w roku. Na Słowacji można kupić  kofolę laną jak piwo (Čapovaná kofola), co ma stanowić alternatywę dla kierowców, ja jednak z dwojga złego wolę już chyba piwo bezalkoholowe.

Piwo

To trunek niesamowicie ważny na Słowacji. Codziennie po pracy, prawie każdy szanujący się lokalny mężczyzna idzie na jedno lub dwa do knajpy w swojej okolicy, żeby na spokojnie porozmawiać z kolegami i sąsiadami. Zresztą nie jest to wyłącznie domeną mężczyzn. Nie robi się tego po to, by tym piwem się upić, a co najwyżej lekko zrelaksować. Ma to raczej znaczenie społeczne – bardziej chodzi o to by pobyć z ludźmi.

Wszyscy piją piwa lane. Są one bardzo lekkie – rzadko mają więcej niż 5% alkoholu, w smaku świeże i orzeźwiające i z wyraźną goryczką. Te butelkowane smakują zupełnie inaczej (moim zdaniem gorzej) i dlatego przestałam je kupować. Czeskie i Słowackie piwa piję tylko w wersji lanej i na miejscu – wtedy smakują najlepiej. Nawet te z największych piwnych kombinatów w wersji lanej smakują przyzwoicie, w porównaniu do piw przemysłowych w Polsce. Oczywiście jak to zwykle bywa, piwa z dużych browarów zazwyczaj będą gorsze. Nie przypominam sobie by kiedykolwiek smakowały mi piwa Smädný Mnich, czy najbardziej podstawowa wersja piwa Zlatý Bažant. Za to całkiem przyzwoicie jak na piwa z ogromnych browarów nadal jak na mój gust smakuje piwo Šariš. Zazwyczaj jeśli już w danej knajpie jest konkretna marka piwa, to w kilku wersjach, dzięki czemu możemy wybrać sobie jego intensywność. Zazwyczaj mamy do wyboru piwo o różnej zawartości ekstraktu. Najczęściej w przypadku lagerów (svetlý ležiak) wybieramy między 10%, 11% i 12% ekstraktu. Oprócz tego mamy też zazwyczaj ciemną wersję piwa (tmave). Do piwa przykłada się tutaj dużą wagę, więc raczej nie zdarza się by było podane w złej temperaturze, lub źle nagazowane. Każda szanująca się knajpa i restauracja ma to bardzo dobrze opanowane, dlatego nawet piwa z dużych browarów, są tutaj w miarę zdatne do picia. To chyba przez częste wizyty w Czechach i na Słowacji, już od dawna nie potrafię tak po prostu napić się przemysłowego piwa w polskiej knajpie. Różnica w podejściu do tematu piwa jest tak olbrzymia, że nie jestem w stanie się przemóc. Na szczęście polski rynek piwny coraz bardziej się różnicuje i jestem w stanie znaleźć sobie jakąś niszową alternatywę w postaci piw z małych browarów. Jeśli takiej nie ma, to po prostu piwa nie piję. Uważajcie więc, bo od częstego przebywania na Słowacji może Wam się zrobić tak samo!

Horcovica

A teraz pora na coś bardziej niszowego. Tatranská Horcovica, czyli macerat korzenia zioła o nazwie Goryczka żółta (Horec žltý) w alkoholu. Roślina ma właściwości wzmacniające organizm i lecznicze dla układu pokarmowego. Działa na człowieka tym mocniej, im bardziej uszkodzony jest jego układ pokarmowy, najlepiej więc nadaje się do profilaktyki, zaś nie jest polecana dla osób cierpiących na poważne schorzenia tego układu. Sama nalewka nie jest specjalnie smaczna, przygotowuje się z niej jednak napój na ciepło, który sprzedawany jest na przykład narciarzom na stoku. Nalewkę z goryczki rozrabia się z wodą w proporcjach mniej więcej 1:1 i słodzi miodem. Powstaje z tego rewelacyjny grzaniec, gorzki korzenny smak Horcovicy znakomicie łączy się z miodem, a całość ma poniżej 10% alkoholu. Jeśli dodamy dobry i wyrazisty w smaku miód – wychodzi tam z tego prawdziwa rewelacja. Horcovicę odkryliśmy bardzo niedawno, bo w 2016 roku.  Z podobnych przyrządzanych na ciepło alkoholowych napojów, ostatnio tak bardzo smakowała mi grzana rakija w Bułgarii w roku 2010, tak więc na prawdę warto.

Horcovica – koncentrat z którego przyrządza się grzańca.

Najlepiej smakuje w towarzystwie takich widoków.

Wina

Na Słowacji zaopatrzymy się w wina i to zarówno białe jak i czerwone. Mało kto wie, że spora część słynnego rejonu winiarskiego Tokaj, znajduje się w granicach Słowacji. Od Vranowa nad Toplo’u do węgierskiej granicy rozciągają się tokajskie winnice. Niestety nie mam jak na razie żadnego doświadczenia w słowackich winach tego typu. Tokaje kupuję bowiem na Węgrzech. Najwięcej win czerwonych produkuje się na południu kraju, zwłaszcza w okolicach Bratysławy – na terenie Małokarpackiego Szlaku Winnego. Jeszcze tam nie byłam, ale jak będę, to z pewnością o tym tu napiszę. W sumie regionów winiarskich na Słowacji jest sześć (plus osobno wydzielony region tokajski), a winorośl uprawia się na tych terenach od X wieku. W uprawie znacząco dominują wina białe. Najczęściej uprawia się tutaj różne odmiany Rieslinga, Veltlínske zelené  – odmianę znaną bardzo dobrze z Moraw, oraz rulandské biele, czyli lokalną nazwę odmiany Pinot Blanc. Z win czerwonych bardzo popularne są svätovavrinecké, frankovka modrá czyli popualrny Blaufränkisch (występujący na Węgrzech pod nazwą kékfrankos) oraz modrý portugal. Takie wina najczęściej znajdziemy w sklepach. Niestety na dyskontowych półkach dominują wina stołowe, które do szczególne dobrych nie należą.

Coś mocniejszego

W tym temacie dzieje się sporo. Po pierwsze wśród wysokoprocentowych alkoholi poczesne miejsce zajmują destylaty owocowe, a to coś co bardzo mnie interesuje – napisałam nawet kiedyś posta w tym temacie.  Po drugie znajdziemy tu różne ziołowe alkohole, na przykład Tatranský čaj, 52% likier z dodatkiem górskich ziół, który bierze swój początek w nalewce robionej przez mieszkańców wysokogórskich terenów. Obecnie robi się go w fabryce, produkując rocznie 500 000 butelek, więc może nie jest to do końca to, na czym mi zależy, jednak zawsze warto poszukać źródeł pochodzenia oryginalnego przepisu i na przykład spróbować kiedyś odtworzyć coś takiego w warunkach bardziej domowych i slow foodowych. Regionem kraju, który produkuje najwięcej interesujących wysokoprocentowych alkoholi jest sąsiadujący z Polską Spisz. Wytwarza się tutaj owocowe destylaty na przykład gruszkówkę i śliwowicę, a także jałowcówkę (spišská borovička), która po prostu smakuje jak gin. Przy okazji, jeżeli już jesteśmy na Spiszu możemy także zwiedzić destylarnię wysokoprocentowych alkoholi, w której oprócz przemysłowego destylowania wódek i spirytusu, produkuje się whiskey tradycyjnymi metodami. Destylarnia znajduje się we wsi Hniezdne a nazywa się Nestville.

Wejście do destylarni Nestville. W tle ogromny silos zbożowy.

Beczki do produkcji whiskey.

Lokalny jęczmień używany do produkcji alkoholu. Słód  do produkcji whiskey przygotowywany jest tutaj od postaw.

Już nie pamiętam co to, ale podejrzewam że to ostatni etap produkcji słodu, bo zboże jest już zmielone

Dalszy proces technologiczny destylowania alkoholu w Nestville nie mógł być uwieczniony na zdjęciach, żeby firma nie padła ofiarą szpiegostwa przemysłowego. Zresztą byliśmy tam przy okazji lokalnego festynu, więc zwiedzanie odbywało się dosyć pobieżnie. Czuję że mam pewien niedosyt wiedzy na ten temat.

Słowacja jest tak często odwiedzanym przeze mnie krajem, że zastanawiałam się czy będę miała o czym w ogóle Wam napisać, bo nie dostrzegam już w tutejszej kuchni niczego co byłoby dla mnie dziwne lub nowe. W miarę jednak jak zaczęłam sobie przypominać potrawy i napoje, które próbowałam tutaj po raz pierwszy, dochodzę do wniosku, że jak na tak bliską odległość da się tutaj zjeść sporo rzeczy jakich u nas nie znajdziemy. Mnie te granice zatarły się już dość dawno temu.

 

Pięć moich ulubionych węgierskich kąpielisk

Na węgierskie kąpieliska jeżdżę regularnie przeszło siedmiu lat i na pewno odwiedziłam ponad dwadzieścia z nich. Obowiązkowo co najmniej raz do roku muszę zaliczyć pobyt w mineralnych wodach, najlepiej połączony z odwiedzeniem przy okazji jakiegoś słynnego winiarskiego regionu Węgier. Bez tego nie da się w moim przypadku, powiedzieć o „właściwie spędzonym” długim weekendzie czy wakacjach. Uwielbiam moczyć się w wodzie, która zamiast chlorem pachnie różnymi minerałami i czuć ich zapach na skórze nawet długo po wyjściu z niej (i spłukaniu się normalną wodą). Wizyta na jakimś kultowym węgierskim kąpielisku, to także absolutnie świetny pomysł na swego rodzaju podróżniczy „stop-over” w drodze na Bałkany. Z prawdziwą zgrozą i niedowierzaniem słucham o Polakach, którzy co roku tak pędzą do swojej umiłowanej Chorwacji (łamiąc po drodze wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego), że na Węgrzech nawet się nie zatrzymują. To wielki błąd i wielka szkoda. Rozumiem że części z nich nie da się pomóc, ale mam nadzieję że przekonam chociaż jedną osobę, o tym że po drodze do swojej umiłowanej Chorwacji będzie miała możliwość poobcowania przez moment z prawdziwą z „kulturą łaźniową”, której u nas niestety ze świecą szukać. Niemniej jednak pobyt na kąpielisku trwający dłużej niż pełne dwa dni, wywołuje u mnie lekkie znudzenie, więc nie jestem w stanie siedzieć w takim miejscu kilku dni pod rząd, bo preferuję bardziej aktywne spędzanie czasu, jednak dwa dni moczenia się w wodzie to dla mnie obowiązkowy, wspaniały i bardzo przyjemny punkt „do odhaczenia” którym właśnie zamierzam się z Wami podzielić.

Ilość termalnych kąpielisk na Węgrzech potrafi przyprawić o zawrót głowy. Węgry mają jedne z największych w Europie (po Islandii) zasoby wód termalnych. Źródeł jest ponoć około 1300, a w samym Budapeszcie około 80. W pewnej informacji turystycznej pewnego razu otrzymałam mapę Węgier z samymi tylko leczniczymi kąpieliskami wszelakiego typu i muszę stwierdzić, że cały kraj jest dosłownie nimi pokryty. Wystarczy zresztą przekonać się o tym wpisując w google frazę „thermal fürdő” i ocenić efekty. Myślę że, pomijając kwestię zasobności kraju w termalne źródła, w dużym stopniu jest to efekt tureckiej okupacji. Kultura łaźni na terenie Węgier bierze swój początek właśnie stamtąd – wynalazek tureckiego hammamu podbił spory kawałek świata. Wszędzie tam gdzie pojawili się Turcy razem z nimi pojawiały się także charakterystycznie pokryte kopulastymi dachami łaźnie, do których kobiety i mężczyźni chodzili w wyznaczone dni. Z takich zachowanych tureckich łaźni możemy skorzystać w Egerze i Budapeszcie.

Na kąpielisku można nawet spać, ale…

Omijam kąpieliska w których zamiast atmosfery jak z cesarsko-królewskiego uzdrowiska, dominuje dudniąca muzyka, gigantyczne plastikowe zjeżdżalnie i inne tym podobne rozwiązania.  Jeżdżę raczej na takie  bardziej „uświęcone tradycją”, niż te przypominające wodne parki. Czasem zdarza się jednak, że miejsce w którym jestem, mimo tego że teoretycznie jest mineralnym kąpieliskiem, bardziej niestety przypomina aquapark. Niestety taka tendencja zaczyna powoli dominować – zdaniem niektórych najwyraźniej nie da się już zrelaksować bez tego typu „ulepszeń”. Postaram się opisać więc tylko te kąpieliska w których ta tendencja jeszcze nie przeważa i które moim zdaniem są bardziej udane. Polecę Wam kilka miejsc, o których i tak dowiedzielibyście się z internetu, ponieważ są dość mocno znane i rozpoznawalne, a które warto rozważyć jako interesujący węgierski przystanek na przykład w drodze na Bałkany.

Kąpielisko może być przystankiem w sensie całkowicie dosłownym – wiele z nich jest połączonych z kempingami i w cenie noclegu otrzymujemy także wejściówkę na baseny, więc jeśli dysponujemy namiotem (albo jedziemy kamperem) możemy na takim przykąpieliskowym kempingu zanocować. Oczywiście w nocy lecznicze wody są nieczynne, nic nie stoi jednak na przeszkodzie żeby pójść tam wcześnie rano i rozkoszować się prawie zupełnym brakiem ludzi. Uwaga! Jeśli jednak nieopatrznie wybierzemy któryś z niezwykle popularnych wśród naszych rodaków kempingów we wschodniej części Węgier, to przez całą dobę, zamiast relaksować się na łonie natury i słuchać śpiewu ptaków, będziemy mieli okazję zapoznawać się z dudniącą, puszczaną na cały regulator, prymitywną muzyką, przy akompaniamencie wykrzykiwanych po polsku przekleństw. Nie mam pojęcia czemu kilka miejsc we wschodnich Węgrzech to prawdziwa mekka turystyczna, bardzo specyficznie zachowujących się rodaków, którzy zajmują się na nich głównie konsumowaniem przywiezionego z kraju alkoholu. Co ciekawe nie miałam takich przykrych doświadczeń z kąpieliskami położonymi na zachodzie Węgier, tam jednak Polacy znajdują się w wyraźnej mniejszości, a najwięcej gości to niemieccy i austriaccy emeryci, którzy przyjeżdżają na długie tygodnie. Dlatego po trzech zdecydowanie nieudanych postojach na kąpieliskowych kempingach, na wschodzie kraju, chyba raz na zawsze odpuszczę sobie tą dość traumatyczną „atrakcję”, mimo tego że mam tam relatywnie blisko.

Harkány

Nazwa miejscowości prawie nie do wymówienia 🙂 nie dajcie się zwieść zapisowi – wymowa jest zupełnie inna. Idealnie wręcz nadaje się na przystanek po drodze, bo otoczona jest dookoła bardzo interesującymi miejscami. Miejskim autobusem dojedziemy stąd do Peczu, a ekstremalnie blisko jest też stamtąd do Villanyi  – najbardziej cenionego przez samych Węgrów i i koneserów wina, regionu winiarskiego, produkującego wina czerwone. Tuż obok Harkány jest też całkiem ciekawy zamek w Siklos. Tak więc nie musimy siedzieć całego dnia na kąpielisku, mamy też możliwość aktywnego pokręcenia się po okolicy. Woda w Harkány pachnie cudownie, a jej zapach na długo wżera się w skórę. Wody są bardzo bogate w siarkę, a źródło ma temperaturę 62 stopni. Kąpielisko ma długą historię bo pochodzi z 1823 roku. Obecnie leczy się tu schorzenia reumatyczne, problemy ze stawami, oraz choroby skórne i schorzenia ginekologiczne. Kąpielisko jest czynne cały rok a na jego terenie znajduje się 7 basenów. Są też zjeżdżalnie i tego typu atrakcje, ale  część lecznicza jest oddzielona i trzeba do niej wykupić osobny bilet. Harkány odwiedza milion turystów rocznie, bo jest to jedno z najsłynniejszych węgierskich kąpielisk. Faktycznie na kąpielisku można usłyszeć bardzo dużo różnych języków także spoza Europy. Jest tłoczno, na szczęście część lecznicza jest odrobinę spokojniejsza, jeśli jednak szukamy bardzo spokojnego i nieco prowincjonalnego miejsca, w którym na kąpielisku jest maksimum kilkadziesiąt osób, to zdecydowanie nie powinniśmy tutaj jechać. Warto jednak wybrać to miejsce bo jest idealnym przystankiem w drodze do Bośni, a bliska odległość od Villany to atut, którego w żaden sposób nie da się przebić.

Harkany. To ta mniej oblegana część lecznicza.

Część lecznicza widziana z góry.

Kilka zdjęć, które mają Was zachęcić do zatrzymania się w tej okolicy. Piwczniki winne w Tetiye – dzielnicy Peczu.

A to wcale nie Maroko, tylko katolicka katedra w Peczu. Wnętrze jest bardzo orientalne.

A tak katedra w Peczu wygląda z zewnątrz.

W Siklos znajduje się całkiem przyjemny zamek.

Z takimi oto malowidłami.

A to piwniczki winne w Villanyi, argument absolutnie koronny, by zostać w tym rejonie jak najdłużej 🙂

Heviz

Kolejne niesamowicie słynne i historyczne kąpielisko. Już w 1795 roku hrabia Festetics György, zapoczątkował rozwój kąpieliska na jeziorze. W 1905 roku właścicielem tego terenu został browarnik z Kesztehely Vencel Reischl, który znacznie rozbudował i unowocześnił infrastrukturę kąpieliska.  W efekcie jego działań, w 1911 roku Heviz uzyskało status kąpieliska leczniczego.

Szczególnie chyba upodobane przez Rosjan, odrobinę snobistyczne, kosmopolityczne i przeznaczone dla ludzi o nieco zasobniejszym portfelu. Kiedy tam byliśmy na ulicach non stop słychać było rosyjski. Heviz to największe termalne kąpielisko na Węgrzech i przy okazji drugie co do wielkości termalne jezioro na świecie. Strumień wody jest tak duży, że wypływając rozlewa się,  tworząc duże na ponad 4 hektary głębokie jezioro, w którym cała woda wymienia się co 72 godziny. Woda w jeziorze krąży cały czas, ponieważ ciepła wypływa spod ziemi i przemieszcza się ku górze, ostatecznie osiągając temperaturę odrobinę niższą od temperatury ludzkiego ciała. Jej skład jest ponoć optymalny. To unikatowa kompozycja substancji alkalicznych i gazowych. Zawiera sodę, siarkę, wapń, magnez, siarkowodór, kwas węglowy, metan oraz związki radu. Nad jeziorem cały czas unoszą się opary które również mają właściwości lecznicze i tworzą unikalny mikroklimat. Dzięki nagazowaniu i optymalnej temperaturze, woda ta ponoć rewelacyjnie wnika w skórę.

Miejscowość jest tak znana i słynna, że posiada nawet własne lotnisko – przylatują tu samoloty z Budapesztu. Strona internetowa uzdrowiska, wyjątkowo jak na Węgry, występuje w wielu językach. Przyzwoicie zrobiona jest nawet wersja w języku polskim, gdzie można na przykład poczytać sobie o całkiem interesujących legendach związanych z jeziorem. Leczy się tutaj prawie wszystko: choroby układu mięśniowo-szkieletowego, reumatyzm, infekcje wewnętrzne, choroby kobiece, schorzenia tarczycy, różnorakie zaburzenia pracy i poszczególne narządy układu pokarmowego i wiele innych schorzeń, których nie sposób wymienić.

Kemping położony jest w bardzo korzystnym miejscu, tuż obok termalnego jeziora nad wypływającą z niego rzeczką, więc mineralne opary całą dobę się nad nim unoszą. Mimo to na samym kąpielisku podobało mi się średnio z jednej przyczyny. Jezioro jest bardzo obszerne i głębokie – miejscami ma ponad 38 metrów głębokości. Nie ma tam żadnego miejsca, gdzie można poczuć dno pod stopami, a moja miłość do wody kończy się właśnie na takiej głębokości. Na szczęście jest tam jeszcze jedna atrakcja a mianowicie błotna kąpiel. Ma formę odrębnie wydzielonego sporych rozmiarów płytkiego basenu z borowiną, w której stoi się mniej więcej na głębokość ud a mętna i czarna woda sięga nam mniej więcej do wysokości piersi. Lepiej tam nie wchodzić w jasnym stroju kąpielowym, z mojego ślady przebywania w Heviz znikły chyba po miesiącu. Całe dno jeziora pokryte jest 1,7 metrową warstwą leczniczej borowiny, o oszałamiającym mineralnym zapachu, która znakomicie oddziałuje na skórę. Warto więc sięgnąć ręką, wyjąć sobie trochę błota i posmarować nią wystającą z wody resztę ciała – robi tak większość osób, więc basen wygląda jak zasiedlony przez błotne potwory 😉 . W borowinie dość ciężko się poruszać więc żeby przejść cały basen kilka razy, można nawet nabawić się lekkich zakwasów. Babranie się w błocie z Heviz wspominam jako rewelacyjne doświadczenie.

Dookoła termalnego jeziorka rozciąga się taka oto gęstwina drzew.

Termalne jezioro Gyogy i kąpielisko termalne w Heviz.

Rośnie tutaj gatunek lilii wodnej występujący w Indiach. Wody jeziora są tak ciepłe przez cały rok, że swobodnie dają one radę przeżyć w naszym klimacie.

Kąpiele w borowinie.

Heviz leży niespełna 10 kilometrów od Balatonu. Więc oprócz samej miejscowości jest mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Na przykład balatońskie rejony winiarskie, położony tuż obok zamek w Kesztehely, czy samo słynne jezioro. Miejscowość posiada ogromne zaplecze noclegowe, oraz własną dzielnicę winnych piwniczek. Jest modnym i drogim kurortem.

Miszkolc

Kąpielisko w Miszkolcu zwane Barlangfürdő to kolejny unikat. Źródło mineralne wypływa tu z  wnętrza jaskini, która jest na tyle obszerna, i wysoka że stanowi naturalne zadaszenie. Kąpielisko ma około 150 metrów długości. Jaskinia była znana już od XIII wieku. Nieopodal wylotu jaskini, istniało wtedy opactwo benedyktyńskie, które stało w tym miejscu do XVI wieku, kiedy to zostało zburzone przez Turków. Od tego momentu Tapolca stała się miejscem niezamieszkanym. w 1743 roku podjęto pierwsze próby leczenia ludzi wodą tryskającą z jaskini – zbudowano w tym miejscu drewnianą łaźnię. W XIX wieku zastąpiono zniszczony budynek nowym, a od przełomu wieków XIX i XX rozpoczęła się kariera Tapolcy jako popularnego kurortu. Przez cały ten czas ludzie korzystali z dobrodziejstw mineralnej wody poza jaskinią. Kąpielisko w jaskini istnieje dopiero od 1959 roku. Od 1950 roku Tapolca stała się dzielnicą Miszkolca. Woda ma temperaturę 28-35 stopni, zawiera związki wapnia, magnezu, jod, brom, oraz niewielkie ilości kwasu mataborowego i metakrzemowego. Stosuje się ją w leczeniu: chorób układu ruchu i stawów, problemów z przemianą materii, nerwic oraz wyczerpania fizycznego i psychicznego. Woda pachnie zdecydowanie mniej intensywnie w porównaniu z Harkany, na skórze zostaje bardzo słaba woń mineralnej kąpieli, więc skoro komuś przeszkadza że na drugi dzień pachnie siarką, w Miszkolcu nie będzie odczuwał tego typu nieprzyjemnych doznań. Ja mam odwrotnie i lubię gdy moja skóra pachnie w ten sposób jak najdłużej.

Kąpiel w jaskini w Miszkolcu to również dość unikatowe i przyjemne doświadczenie. Jaskinia jest w wielu miejscach w bardzo estetyczny sposób podświetlona, żeby wydobyć z jej naturalnego ukształtowania wszystkie możliwe atuty. Czasem w korytarzach włączany jest dość intensywny prąd wody z którym można się trochę posiłować. Bardzo klimatyczne są też skalne korytarze którymi przechodzi się z jednej części jaskini do drugiej. Natomiast odrobinę przeszkadza mi temperatura wody, bo jak dla mnie jest nieco zbyt niska. Sporą wadą kąpieliska jest też stosunkowo niewielki wybór w miarę zdrowych opcji jedzeniowych – w kąpieliskowej restauracji dość marnie wyglądające jedzenie, składające się z gotowców i mrożonek, w kółko grzeje się w bemarach. Będąc tam, zawsze pod koniec jestem okropnie głodna.

Za to przed kąpieliskiem rozciąga się ogromny i piękny park, w którym opcji jedzeniowych mamy bardzo dużo i od biedy da się zjeść coś co nie jest ani mięsem ani fast foodem, co na Węgrzech wcale takie łatwe nie jest, o czym można poczytać w moim poście o jedzeniu na Węgrzech.

Kąpielisko dosłownie leży u podnóża Gór Bukowych, w których mamy możliwość pochodzenia po starym bukowym lesie. Kiedyś cała Europa była porośnięta takimi właśnie lasami, które w niczym nie przypominają „fabryk drewna” z idealnie równo nasadzonymi sosnami znanych z naszych czasów. W tym klimacie bukom żyje się bardzo dobrze, taki las jest o wiele ciemniejszy i bardziej klimatyczny. Bardzo blisko jest również z Miszkolca do Egeru. Jako przystanek po drodze na wakacje, Miszkolc może nie jest idealny, bo (przynajmniej ode mnie) jest położony w stosunkowo niedalekiej odległości, ale dookoła jest tyle interesujących rzeczy, że pobyt w tym rejonie jest wart osobnego krótkiego wyjazdu (jeśli jeszcze ktoś nie był).

Miszkolc kąpielisko Barlangfurdo – wejście do jaskini.

W takim naturalnym wnętrzu można o wiele lepiej się zrelaksować.

Korytarz między dwiema częściami jaskini.

Park zdrojowy z jeziorkiem.

Makó

Uwielbiam nieco zapomnianą prowincję i jeśli chcecie znaleźć się w miejscu, będącym totalnym przeciwieństwem hałaśliwego, popularnego i odrobinę snobistycznego (a miejscami tandetnego) kurortu w rodzaju Heviz, Makó będzie świetnym wyborem. Jest to po prostu urokliwe, prowincjonalne i spokojne miasteczko i w dodatku całkiem ładne. Słynie z największej jak na Węgry ilości słonecznych dni w roku, oraz upraw czosnku i cebuli. Jako lokalną ciekawostkę przytoczyć należy fakt że to właśnie w Makó w 1847 roku, urodził się słynny Joseph Pulitzer, znany z literackiej i dziennikarskiej Nagrody Pulitzera. Społeczność żydowska w mieście była bardzo liczna, o czym świadczy sporych rozmiarów synagoga. W Makó jest bardzo przyjemnie i kameralnie, za to kąpielisko Hagymatikum jest jednym z najważniejszych i największych na Węgrzech. Leczy się tutaj schorzenia reumatyczne, problemy z kręgosłupem, choroby układu nerwowego, paraliże nerwów i atrofię mięśni. Błoto z płynącej w miejscowości rzeki Maros posiada właściwości identyczne jak błoto z Morza Martwego. W uzdrowisku wykonuje się także liczne zabiegi z jego udziałem.

Uwagę zwraca interesująca architektura kąpieliska, autorem budowli jest słynny węgierski architekt Imre Makovecz – przedstawiciel nurtu architektury organicznej, czyli architektury wyzwolonej od wpływów historyzmu, a szukającej inspiracji w kształtach pochodzących wprost z natury. Makovecz to niezwykle wpływowa postać węgierskiej architektury i autor wielu znanych budowli w całym kraju. Piszą o nim, że jego styl był podwaliną węgierskiego stylu stawiania państwowych budowli po upadku komunizmu. Wszystkie budowle jego autorstwa w Makó mają nawiązywać do form uprawianych w okolicy roślin, czyli na przykład przypominać wielką cebulę. Jest to z pewnością interesujące i budzi pewien podziw za próbę wytyczenia nowej i oryginalnej stylistyki węgierskich kąpielisk, ale wywołuje u mnie mieszane uczucia. Budowle są jak na mój gust dość interesujące, lecz podobałaby mi się znacznie bardziej, gdyby głównym założeniem była tutaj większa oszczędność środków wyrazu. Projekty Makovecza są może ładne w szczegółach ale ich bryła jest dla mnie przegadana. Z jednej strony czuję się w nich dobrze, lecz z drugiej coś mi w nich przeszkadza. Jak dla mnie większa siła tkwi w dobrze przemyślanej prostocie, natomiast w budowlach Makovecza mnogość szczegółów architektonicznych odrobinę mnie przytłacza i zawsze mam wrażenie że autor budowli nieco przesadził. Wybujała i mocno wyróżniająca się forma wygląda odrobinę pretensjonalnie wśród XIX wiecznych kamienic. Jest więc w tym coś wyjątkowego, ale w całości jakoś tego „nie kupuję”. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. W Mako znajduje się też wysoko zawieszona stalowa kładka będąca jednocześnie ścieżką przyrodniczą, z której można podziwiać przyrzeczne chaszcze rosnące na brzegach rzeki Maros i w najwyższym jej miejscu zjechać na sam dół spiralną zjeżdżalnią.

Kąpielisko w Mako.

Uwagę przykuwają kolumny z twarzami.

Nie jestem do końca pewna czy w takiej scenerii można wypocząć.

Chociaż w pewien sposób na pewno wygląda to ciekawie.

Budynek mocno wyróżnia się na tle okolicy. W niektórych detalach wygląda bardzo ładnie.

A to wisząca kładka wśród przyrzecznej roślinności.

Przypominająca azjatyckie „canopy walk” rozwieszone w dżungli.

Zresztą roślinność południa Węgier trochę dżunglę przypomina.

Wygląda to bardzo relaksująco. Warto się tam wybrać z dziećmi. Z najwyższego punktu kładki można zjechać plastikową zjeżdżalnią na sam dół.

Hajdúnánás

Z Hajdúnánás nie mam żadnych zdjęć, ponieważ akurat wtedy zupełnie nie chciało mi się ich robić. Byłam tam stosunkowo krótko, ale wygląda na to, że jeszcze z pewnością tam wrócę, więc będę mieć szansę by je zrobić. To całkiem niezły punkt przystankowy w drodze do i z Rumunii. Wystarczy pobyć tam chwilę, by zorientować się, że jest to miejsce o długich tradycjach i potencjale uzdrowiskowym. Ogromne złoża wód leczniczych odkryto tu już w latach 30., a kąpielisko istnieje od lat 50. XX wieku. W 2003 roku przeszło gruntowną przebudowę. Kąpielisko otacza duży 14 hektarowy park. na którym jest także hotel i kemping. Woda z Hajdúnánás wykorzystywana jest do leczenia leczenia chorób reumatycznych, układu mięśniowo-szkieletowego i kobiecych. Miasteczko jest w miarę spokojne i kameralne, bo wszyscy pragnący rozrywek innego typu, jadą do leżących bardzo blisko Hajdúszoboszló lub Sóstófürdő. Tak więc największą zaletą miejscowości i kąpieliska jest jego położenie. Obok znajdują się znacznie bardziej słynne miejsca, dzięki temu w Hajdúnánás panuje względny spokój. Nie dość że miejscowość znajduje się dosłownie „na środku niczego”, a drogi dojazdowe do niej są bardzo, bardzo niskiej kategorii, to jeszcze samo kąpielisko znajduje się daleko od centrum miasteczka. Więc jak będziemy moczyć się w wodzie, naszego spokoju nie będą burzyć przejeżdżające tuż obok stada ciężarówek – położone tuż obok kąpielisk drogi tranzytowe, to gdzie indziej niestety dość popularne zjawisko. Hajdúnánás to nie grozi, gdyż nikomu nie zechce się raczej tłuc się właśnie tamtędy dziurawymi drogami.

Dodatkowym plusem jest możliwość zjedzenia w mieście czegoś porządnego. W centrum Hajdúnánás znajduje się bardzo sensowna jak na węgierską głęboką przygraniczną prowincję, restauracja o nazwie (oczywiście) Magyaros, która wyróżnia się (przynajmniej w momencie w którym to piszę) dość wyjątkowym jedzeniem. Horyzonty kucharza wybiegają znacznie dalej niż frytura i niezdrowa smażelina. W tym przypadku moje narzekania na brak sensownych i w miarę zdrowych opcji jedzeniowych na szczęście można włożyć między bajki. Z Hajdúnánás będziemy mieć bardzo blisko do parku narodowego Hortobagyi.

Wszystkie węgierskie kąpieliska, które lubię szczególne mocno (tak bardzo, że nie chcę się nawet dzielić informacjami o nich), posiadają kiepskie drogi dojazdowe i leżą ogólnie rzecz biorąc „nie po drodze”. Dzięki temu właśnie tak bardzo mi się one podobają. To powinna być wskazówka, jaką warto kierować się w wyborze miejsc do leniwego i spokojnego spędzania czasu na Węgrzech. Hajdúnánás jest jeszcze na tyle znane, że i tak byście łatwo je wygooglali, więc postanowiłam umieścić je w tym poście. Mam jeszcze kilka takich kąpielisk w zanadrzu i zachęcam, byście na własną rękę i spontanicznie jeździli do mniej znanych i popularnych wśród naszych rodaków miejsc, które nie są wymieniane na popularnych stronach internetowych.

Czego warto skosztować w Sarajewie

W Sarajewie nigdy nie czuję się do końca jakbym była w Europie, (to dla mnie różnica „na plus”). Duża ilość różnych narodowości sprawia, że ostatecznie trochę nie wiem gdzie jestem. Bardziej chyba na bliskim wschodzie, na przykład w Stambule, a miejscami trochę jak w Kuala Lumpur. Do całej układanki brakuje wprawdzie zastępów Chińczyków, jednak te dwa miasta mają co nieco wspólnego. może dlatego że w oba mocno inwestują Arabowie z półwyspu i wielu możemy w mieście zobaczyć? Z jednej strony to dobrze bo Sarajewo podnosi się ze zniszczeń i biedy. Z drugiej strony, monstrualne arabskie realizacje mogą sprawić, że miasto straci swój relaksacyjny i trochę prowincjonalny charakter. Teraz na przykład mieszkaliśmy na kempingu odległego 2 kilometry od Bacarsiji. Schodząc z niego okrutnie pionową drogą, mijaliśmy pasące się u góry owce i stopniowo wkraczaliśmy w coraz starszą zabudowę. Na całe szczęście miasto jest tak wciśnięte pomiędzy góry, że tak łatwo zniszczyć się go nie da, bo na nic nie ma już miejsca (zawsze jednak coś można wyburzyć, mimo to przestrzeni jest jak na lekarstwo). W tej chwili jednak, dwa kilometry pionowo w górę od samego środka Bacarsiji, barany żują spokojnie trawę. Jego ciekawe położenie sprawia, że zamiast rozrastać się promieniście jak większość miast, rozrasta się na długość.  To nie Stambuł, który mimo że jest bardzo energetyczny to jednocześnie potrafi mocno zmęczyć, przez trwające całą dobę korki, nieustanny hałas, tłumy ludzi. Sarajewo jest przy nim jak sanatorium, jednocześnie będąc miejscem trochę kosmopolitycznym.

bih_sarajewo_kryty-bazar_001.jpg

Sarajewo miejscami wygląda jak Stambuł jest jednak o wiele wiele mniej męczące w porównaniu z kilkunastomilionową metropolią, w której korki są całą dobę.

bih_sarajevo_bacarsija_003.jpg

Stare miasto dosłownie najeżone jest lokalami gastronomicznymi z bardzo przyjaznymi cenami.

bih_sarajevo_stoliki_001.jpg

Taka sama kosmopolityczność panuje w temacie jedzenia. Można się tutaj wspaniale najeść, popróbować bardzo różnorodnych rzeczy. Silnie zaznaczone będą zarówno wpływy austro-węgierskie, jak i bałkańskie, tak samo jak turecko-arabskie.

Oczywiście nie należy zapominać także o drugiej stronie medalu. Cały ten optymizm znika, gdy pojedzie się na przeciętne blokowisko obojętnie serbskie czy muzułmańskie. Na obydwu dominuje ta sama beznadzieja. Miasto cały czas jest silnie podzielone na dwa wykluczające się  i kompletnie ignorujące nawzajem obszary. Nie wiadomo jak długo jeszcze potrwa ta względna równowaga, dlatego warto korzystać póki można i szybko tam jechać.

Osmańskie słodycze

Pod tym względem Sarajewo to istny raj na ziemi. W mieście, a zwłaszcza na Bacarsiji, funkcjonuje sporo tradycyjnych cukierni wytwarzających słodycze chyba lepszej jakości niż przeciętnie spotkamy w Turcji. Mam wrażenie, że receptury są traktowane z większym szacunkiem niż tam skąd pochodzą. Bez problemu da się tutaj znaleźć miejsca z wieloletnią tradycją, w których słodycze są robione są z dobrych składników.  Nie oszczędza się na produkcie jak i niczego niepotrzebnie nie przyśpiesza. W dodatku ich ceny są sporo niższe w porównaniu z Turcją i resztą Europy, w miejscach gdzie tego typu słodycze da się kupić. W Bośni półproduktów nie trzeba sprowadzać z daleka. Takie składniki deserów jak ciasta filo i kadaif, są tutaj produktami codziennego użytku. znajdziemy je w przeciętnej piekarni. Nie jest tak, że lokalni wytwórcy kurczowo trzymają się wschodnich receptur i kultywują tylko przepisy znane chociażby z Turcji, bo tworzy się tutaj z nich interesujące lokalne wariacje, jakich próżno szukać bardziej na południu. Takim świetnym przykładem jest żurawinowe, czy śliwkowe lokum, które idealnie wpisuje się w klimaty bardziej europejskie.

sarajewskie-lokum_001.jpg

Te białe kostki to właśnie lokum żurawinowe. Kwaskowata suszona żurawina świetnie pasuje do mleka i kokosa.

bih_sarajewo_tufahija_001.jpg

A to tufahija deser wykonywany z jabłka gotowanego w syropie nadziewanego orzechami.

Niektóre z nich trzeba koniecznie spróbować na miejscu, bo tylko świeże smakują na prawdę genialnie. Inne przetrwają podróż i spokojnie można kupić je na zapas. W tym roku przywiozłam absolutnie genialne lokum, któremu nie zaszkodziła ani podróż samochodem w upale, ani leżenie w domu. Kupiłam je w Butik Badem, na miejscu można zjeść rewelacyjne słodycze turecko-arabskie oraz europejskie, głównie austro-węgierskie. Znajdziemy więc tu tort Sachera, Dobosza i tego typu wiedeńskie przysmaki. Bośniacy przychodzą zjeść słodycze europejskie, a turyści te tradycyjne. Tradycyjne najlepiej smakują z kawą z tygielka.

bih_sarajewo_zestaw-do-kawy_001.jpg

Każda tradycyjna cukiernia za punkt honoru stawia sobie także parzenie doskonałej kawy podawanej w takim właśnie miedzianym zestawie.

bih_sarajewo_kadaif_001.jpg

A to kadaif deser robiony z nitkowatego ciasta o takiej samej nazwie.

Lokalną specjalnością (chociaż o perskiej proweniencji) jest tufahija – jabłko gotowane i podane w syropie cukrowym i nadziewane orzechami włoskimi, z kleksem białego kremu. Tego na pewno nie zabierzemy z sobą – musimy zatem zjeść ją na miejscu. Bośniackie słodycze pochodzenia tureckiego są zazwyczaj tak ekstremalnie słodkie, że chociaż w moim przypadku oczy zawsze chcą zjeść więcej niż żołądek, na raz nie damy rady zamówić i skosztować wszystkich wspomnianych przeze mnie deserów, ponieważ nasz organizm chyba by tego nie przetrwał. Dlatego rozwiązanie jest jedno – przyjemności trzeba rozłożyć na kilka dni, bo wszystkich atrakcji nie da się „zaliczyć na szybko” w jeden, bo żadna to przyjemność. Choćby z powodu zaliczenia wszystkich rodzajów osmańskich słodyczy, tak by nie dostać szoku z przecukrzenia, warto zostać tutaj dłużej. (Nas zawsze wygania z miasta fatalna pogoda.)

Tucana kafa

O prawdziwej tureckiej kawie parzonej w tygielku pisałam już kilka razy przy różnych okazjach, na przykład tutaj. Pije się ją w kilku krajach do których często jeżdżę, więc ten temat dosyć często się tu pojawia. Ale nigdzie indziej kawy nie mieli się już ręcznie. Tutaj natomiast ziarna kawy obrabia się tak jak przed pojawieniem się elektryczności, na urządzeniach liczących sobie 150 lat! Procedura polega na mieleniu jej ręcznie w urządzeniu będącym pewną formą kamiennego żarna. Następnie kawę przesiewa się przez cienką tkaninę, a grubsze drobinki wracają do mielenia. Sarajewscy sprzedawcy twierdzą, że taka procedura obróbki kawy sprawia, że zmielona jest dokładniej. Takich sklepów sprzedających pod własną marką kawę mieloną w tradycyjny sposób, jest na starym mieście kilka.

Co ciekawe mielona w przedpotopowych urządzeniach i przesiewana przez materiał kawa w zasadzie jest tańsza niż kawa mielona mechanicznie kupowana w Turcji. Picie kawy to tutaj prawie największa świętość i codzienny kilkakrotnie powtarzany rytuał. Koniecznie przegryza się ją kawałeczkiem lokum, pije z dodatkiem domowego cukru w kostkach. Sypanie do dobrej jakości kawy zwykłego białego cukru, będzie uznawane w niektórych bardziej purystycznie nastawionych kafanach co najmniej za zbrodnię.

Tym razem w Sarajewie kupiłam trzy duże opakowania, każdą od innego producenta tucanej kahvy, wystarczy pokręcić się po najstarszej części Bacarsiji z pewnością znajdziemy przynajmniej jednego. Niestety nie potrafię podać namiarów na żadnego z nich, mimo że jeszcze posiadam na przykład ich firmowe reklamówki z adresami stron internetowych.  Jeden producent nazywał się na przykład Sehar Kahva. Najwyraźniej jednak domena ich strony przestała działać 🙂 mimo tego że adres jest wydrukowany na reklamówce. Mam też kawę producenta nazywającego się Dibek ale jeśli wpiszemy w internet Dibek kahva, wyskakuje nam strona pobliskiej kawiarni, nie zaś kawowego wytwórcy. Nie udało mi się ustalić czy kawiarnia i palarnia kawy to interesy należące do tego samego właściciela.  Trzeba więc pokręcić się trochę po sarajewskim starym mieście i samodzielnie ich odszukać.

Jeżeli nie uda nam się trafić na sklepik żadnego producenta tucanej kafy, na pocieszenie możemy kupić sobie w każdym markecie „Bosańską Kafę”, z dżezwą na zielonym tle, która także smakuje całkiem nieźle (ale oczywiście mielona jest mechanicznie).

Tradycyjny zestaw do parzenia kawy

Jeśli już nabędziemy kawę, można także pokusić się o zakup lokalnych tradycyjnych naczyń do jej parzenia i serwowania. Uwielbiam szwędać się po sklepach lokalnych metaloplastyków w poszukiwaniu idealnej cukierniczki zwieńczonej półksiężycem (bo taką właśnie pragnę od zawsze zakupić), ale jeszcze nie udało mi się takiej znaleźć. Każdy kolejny raz gdy tam jestem, ceny są znacznie wyższe niż poprzednio, więc ostatecznie nie wiem co z tą moją cukierniczką będzie.

bih_sarajewo_sklep-na-ulicy-kazandziluk_002.jpg

Właściciele sklepików z lokalną metaloplastyką (głównie artykułami kuchennymi) w uliczce Kazandziluk.

bih_sarajewo_sklep-na-ulicy-kazandziluk_001.jpg

Cevapi

Mięsne danie w formie małych pozbawionych osłonki kiełbasek dostępne na całych Bałkanach, pod wieloma różnymi nazwami i o składzie zmieniającym się w zależności od kraju i wyznania. W Rumunii na przykład nazywa się mici (mititei) i zawiera wieprzowinę. W Turcji, gdzie nazywa się kofte (koftecisi) to nie do pomyślenia. W Bośni to często mięso wołowe lub cielęce, pomieszane z baranim lub jagnięcym. Jednak największą wagę do tego dania przykłada się chyba właśnie w Sarajewie. Podaje się je tutaj w specyficzny sposób, przez co smakuje ono w tym miejscu moim zdaniem najlepiej na całych Bałkanach. Robię wyjątek i przynajmniej raz muszę je zjeść, nawet jeśli przez większość czasu staram się wybierać opcje zawierające bardzo mało mięsa lub nie zawierające go wcale. W stolicy Bośni po prostu da się zjeść perfekcyjnie zrobione cevapi, co poznamy chociażby po zatłoczeniu lokali. Nie mam tutaj na myśli jakiś drogich restauracji a lokale „na każdą kieszeń”, w których na dość obskurny stolik czekają kolejki, a obsługa uwija się jak w transie.

bih_sarajevo_cevabdzinica-zeljo_001.jpg

Obsługa lokalu w ogromnym piecu przygotowuje gargantuiczną ilość mięsa i bułek.

bih_sarajevo_cevapi_001.jpg

W Sarajewie je się cevapi w bułce zwanej lepinje/somun koniecznie z surową posiekaną cebulą i w towarzystwie ekstremalnie tłustego kajmaku – serka będącego pośrednią formą między masłem a mascarpone, zaś popija to wszystko zsiadłym mlekiem.

bih_sarajewo_czaga_001.jpg

A to czaga na stoisku zielarskim, o której napiszę za chwilę. Już sam sposób przechowywania w słoiku z białego szkła na świetle niezbyt mi się podoba.

Czaga

Pod względem produktów zielarskich Bośnia prezentuje się całkiem ciekawie, bo posiada swoje własne nie spotykane gdzie indziej specyfiki. Najciekawiej wyglądają chyba produkty z czagi – brązowej narośli na brzozie (zwanej także czyrem brzozowym) a po łacinie Inonotus obliquus.  Była ona stosowana w celach leczniczych przez mieszkańców Syberii. Posiada silne działanie przeciwzapalne i wzmacniające odporność. W internecie można znaleźć całą masę rewelacji o tym, jak niezwykle skutecznie rozprawia się ona z rakiem.  Niestety większość tych marketingowych teorii delikatnie mówiąc nie trzyma się kupy, a czaga jest metodą wyłudzania pieniędzy od zdesperowanych chorych gotowych wypróbować wszystko. W wyniku ogólnoświatowego szaleństwa na jej punkcie stała się produktem  bardzo często podrabianym i w wyniku przemysłowej obróbki również niskiej jakości. Osobiście uważam, że w każdej takiej teorii tkwi ziarnko prawdy – nie można zaprzeczyć przecież, że grzyb ten nie posiada interesujących właściwości. Niemniej jednak nikt nie zwraca uwagi na istotne szczegóły. Dla większości konsumentów wystarczy, żeby na opakowaniu było napisane czaga to specyfik musi pomóc na wszystko. Ponoć jego leczniczym właściwościom sprzyjają długie i mroźne zimy, powolne wzrastanie w surowym klimacie, oraz metody postępowania z nim po jego pozyskaniu. W bośniackich górach rośnie ponoć tego grzyba sporo, dlatego można spotkać jego lokalnych producentów, którzy zarzekają się że ich grzyb pod względem jakości nie ustępuje rosyjskiemu. Cena 100 gramowego słoika wynosiła 50 KM, a młoda córka właściciela firmy zielarskiej z którą rozmawiałam kilkadziesiąt minut piekąc się w upale, twierdziła że sposób jego suszenia w niskiej temperaturze (przypominający dość mocno liofilizację) sprawia, że zachowuje on wszystkie właściwości lecznicze. Co z tego skoro słoiki leżały na świetle niemal na pełnym słońcu w trzydziestokilkustopniowym upale? Kiedy zaczęła mi opowiadać że grzyby pozyskiwane są naturalnie z terenu nieopodal słynnych bośniackich piramid przez co posiadają unikatowe energetyczne właściwości, zupełnie już nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Na początku zainteresowałam się zakupem grzyba jako produktem na wzmocnienie podczas długiej polskiej zimy, po wysłuchaniu rewelacji na temat energii z piramid i innych tym podobnych rzeczy stwierdziłam, że pewniejszą opcją na wzmocnienie będzie chyba nazbieranie sobie wiosną pączków brzozy 🙂 i zalanie ich miodem i bimbrem.

Czagę wyraźnie promuje się jako lokalny produkt. Słoiczki ze zmielonym grzybem spotykałam później jeszcze w kilku miejscach w Sarajewie w sklepach sprzedających miód i szeroko pojętą zdrową żywność.

Piwo Sarajewsko w browarze

W mieście działa całkiem fajny dość nieduży browar, który na razie dzielnie opiera się piwnym korporacjom i mam nadzieję że tak zostanie, jeśli kupi go jakiś piwny moloch, chyba pęknie mi serce. Produkuje piwo, które może nie dorównuje niektórym super dopracowanym piwom rzemieślniczym, ale jest po prostu przyzwoite, a czasem to w zupełności wystarcza do szczęścia. Jak na przemysłowego wytwórcę to piwo jest wręcz świetne. O historii browaru poczytać można na jego stronie. Otwarto go w 1864 roku i działał nieprzerwanie nie niepokojony zarówno przez Imperium Ottomańskie jak i Austro-Węgry. Był ponoć pierwszym zakładem przemysłowym produkującym cokolwiek w całej Bośni. Na stronie browaru można poczytać barwny opis z 1930 roku o piciu piwa w pozycji półleżącej na ottomańskich sofach i  dywanach przez stambulskich paszów. Mniej nobliwi goście, po prostu udawali się z piwem na pobliską łąkę.  Browar usytuowany był poza miastem którego granicę wytyczała w tych czasach rzeka. Przenoszenie piwa przez most na rzecze Miljacka i wchodzenie z nim do miasta było możliwe po uiszczeniu opłaty, więc większość mieszkańców by tego uniknąć wypijała całość od razu. Sekretem smaku piwa jest ponoć głębinowa woda, której ujęcie znajduje się 300 metrów w głąb ziemi bezpośrednio pod browarem. W roku 1907 browar stał się największym producentem piwa całych Austro-Węgier – wytwarzał 45000 hektolitrów piwa. W latach 50. XX wieku produkował już 400 000 hektolitrów. Kompletnie zniszczony podczas oblężenia miasta w latach 1992-96 był jedynym źródłem zaopatrującym mieszkańców w wodę. Po wojnie oprócz piwa zaczęto produkować tu napoje gazowane dwu olbrzymich korporacji Coca-coli i Pepsi . W 2004 roku otwarto przybrowarnianą restaurację. W tej chwili sarajewski browar jest jednym z największych fabryk Bośni.

Jeśli będziemy mieć pecha i zwyczajnie nie zdążymy udać się do browaru na pocieszenie możemy kupić w sklepie zwykłe butelkowane Sarajewsko – smakuje przyzwoicie i występuje w kilku rodzajach.

bih_sarajewo_sarajewski-browar_001.jpg

bih_sarajewo_sarajewski-browar_002.jpg

Kajmak

O kajmaku jeszcze tutaj nie pisałam. To też produkt mocno typowy dla Bośni, chociaż kupimy go także w Serbii czy Bułgarii. To ekstremalnie tłusty rodzaj sera do smarowania. Z dostępnych w Polsce produktów najbardziej przypomina chyba serek mascarpone, ale jest bardziej puszysty. W zasadzie to forma pośrednia między masłem a serem mascarpone. Niekoniecznie przepadam za tłustym nabiałem, dlatego nie jem go jakoś szczególnie często, raz podczas całego wyjazdu w zupełności mi wystarczy, jednak przy okazji bośniackich cevapi po prostu muszę o nim wspomnieć. Oczywiście taki z plastikowego kubka to niekoniecznie jakaś ogromna atrakcja, ale taki z hali targowej od jakiegoś niewielkiego wytwórcy jest wart pofatygowania się po niego specjalnie. Hala targowa czyli Gradska tržnica  mieści się na ulicy Mula Mustafe Bašeskije, przecznicę od katolickiej katedry. Zresztą nawet jeśli z jakiś przyczyn boimy się kupować tak ekologiczne produkty, warto pójść tam tylko po to by pooglądać sobie halę. Pochodzi ona z roku 1894 i do złudzenia przypomina takie same miejsca w Budapeszcie, z tym że jest bardziej ludzkich wymiarów – nie przytłacza swoim ogromem.

bih_sarajewo_hala-targowa_001.jpg

Hala targowa czyli Gradska tržnica.

Ser tradycyjnie powinno przygotowywać się z długo gotowanego na małym ogniu, stopniowo redukowanego, nie odtłuszczanego mleka. Kajmak to jego górna warstwa, którą zbiera się osobno. Powinien zawierać około 60% tłuszczu. Wyrabia się go od Bałkanów po republiki Azji Środkowej. Na bazarze w Sarajewie kajmak bywa tak tłusty że jego kolor jest intensywnie kremowy, podczas gdy ten ze sklepu przypomina serek do smarowania pieczywa. Na hali targowej można także zakupić różne ciekawie wyglądające dojrzewające wędliny, swoim wyglądem przypominające chorwacki prsut.