Roczne archiwum: 2017

Festiwal niedźwiedzi w Dărmănești

Czy wiecie o tym, że w jednym z krajów Unii Europejskiej końcem każdego roku ludzie przez wiele godzin tańczą ubrani w niedźwiedzie skóry, przez co wpadają w lekki trans? W dodatku w jednym miejscu gromadzą się ich setki. W Rumunii jak na razie kultywowane od stuleci tradycje mają się dobrze – tak bardzo, że oparły się najpierw chrześcijaństwu, a potem wyjątkowo paskudnej odmianie komunizmu, która doświadczyła ten kraj. Nie mam pojęcia co ma wpływ na ten fenomen. Oczywiście globalizacja jak wszędzie postępuje nieubłaganie, jednak jakimś cudem tutejsi ludzie z uporem maniaka kultywują dawne zwyczaje. Zimowa obrzędowość w Rumunii na pierwszy rzut oka wydaje się być okrutnie skomplikowana, a folklor i ilość tradycji przebogata. Jednak trzeba sobie uświadomić, że dawniej takie obrzędy miały miejsce w całej Europie a motywy powtarzały się wszędzie. Niestety u nas większość ludzi pozwoliła odrzeć się z tego ważnego elementu rzeczywistości, skupiając się zamiast tego na szalonej świątecznej  konsumpcji i mocno instytucjonalnych formach religijności. Zwyczaje związane z przemianami odbywającymi się pod koniec każdego roku przetrwały jedynie w bardzo niewielkich enklawach i społecznościach i niestety ich kultywowanie bardziej przypomina żywe muzeum, niż faktycznie jednoczy i cementuje całą społeczność jak ma to miejsce na przykład w Rumunii. Właśnie dlatego jesteśmy jako społeczeństwo tak mocno oderwani od rzeczywistości.

Wydarzenie odbywa się w takiej pięknej okolicy.

Często tak mam, że nieraz w ostatniej chwili dowiaduję się o czymś ciekawym, ale z powodu posiadania regularnej pracy nie mam możliwości rzucenia wszystkiego  z dnia na dzień, żeby znaleźć się na przykład tysiąc kilometrów od domu. Staram się za to przy następnej możliwej okazji nadrobić to co mnie ominęło i tak właśnie było z festiwalami tańczących niedźwiedzi w Rumunii. W tamtym roku przez anglojęzyczny internet i media społecznościowe przetoczyła się fala artykułów na ten temat, bo pewna amerykańska reporterka, która spędzała dzieciństwo w Rumunii, pojechała tam i wzięła udział w kilku takich właśnie festiwalach starannie je obfotografowując. Odbywają się one pod koniec roku kalendarzowego praktycznie w każdej mniejszej i większej miejscowości w należącym do Mołdawii okręgu Bacau (chodzi oczywiście o mołdawski region Rumuii, a nie o odrębny kraj). Największy z nich (i najbardziej promowany jako atrakcja turystyczna) ma miejsce w mieście Comanesti, jednak również bardzo ciekawe są te w  okolicznych mniejszych miejscowościach i wsiach. W tym roku byliśmy na dwóch niedźwiedzich festiwalach i bardzo dobrze że nie na jednym, bowiem wyraźnie się one od siebie różniły.

Godzinę przed rozpoczęciem nic nie wskazuje na to, że to właśnie tutaj będzie miał miejsce jakiś festiwal. Postaci takie jak te pojawiają się dosłownie w ostatniej chwili.

A chwilę później robi się tak i formuje się pochód przebranych postaci z rurami wypełnionymi karbidem. Na tej jest napisane „Szczęśliwego Nowego Roku”

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę że długi czerwony nos w maskach takich jak ta symbolizuje wszędzie to samo – czyli fallusa zanurzonego we krwi.

Do zespołów obrzędowych należą zarówno mężczyźni i kobiety jak i dzieci.

Niedźwiedziom towarzyszą inni przebierańcy.

Każda grupa ma transparent informujący z jakiej miejscowości pochodzą.

Miłością do zimowych festiwali w Rumunii zapałaliśmy już w roku 2014, kiedy to pojechaliśmy po raz pierwszy na festiwal „Marmația” do Sighetu Marmației. Szczerze mówiąc w tym roku też byliśmy tam przez chwilę i może nawet powstanie o tym post – zobaczymy. Jednak w porównaniu do festiwalu tańczących niedźwiedzi, festiwal „Marmația” jest znacznie bardziej ugrzeczniony. Mimo mocno szamanistycznych przebrań niektórych postaci, są także grupy typowo kolędnicze, składające się głównie z osób w strojach ludowych, śpiewających kolędy. Na  festiwalach tańczących niedźwiedzi jest dużo bardziej dziko i intensywnie, za sprawą znacznie większego hałasu generowanego przez liczne bębny oraz różnego rodzaju materiały wybuchowe domowej roboty (to bardzo piękne, że globalizacja jeszcze nie dotknęła Rumunów w tej materii) oraz niektórych ludzi przebywających w lekko odmiennym stanie świadomości.

W mołdawskim regionie Bacau w okresie od połowy grudnia do końca roku, mężczyźni, kobiety i dzieci ubierają na siebie spreparowane w całości niedźwiedzie skóry, odpowiednie rozmiarem do własnego wzrostu. W rytmie bębnów, a czasem również fletów i fujarek wykonują w korowodzie rytmiczny taniec, przez który (ci starsi często zasilani dodatkowo wysokoprocentowymi napojami) wpadają w lekki trans. Niektórzy opowiadają, że ich ciała na krótko stają się własnością niedźwiedzia. Korowody chodzą od domu do domu życząc szczęścia gospodarzom i zbierając za swoje występy drobne pieniądze. Tradycję zapoczątkowali Romowie, którzy w dawnych czasach tresowali żywe niedźwiedzie z których „występów” nierzadko się utrzymywali. Z czasem żywe zwierzęta zostały na szczęście zastąpione przez ludzi, którzy zaczęli przebierać się w ich skóry. Potem z tradycji przebierania się za niedźwiedzie całkowicie wykluczono Romów, bo posiadanie niedźwiedziej skóry stopniowo stało się wyznacznikiem bogactwa i statusu społecznego. W tej chwili niedźwiedzia skóra kosztuje kilka tysięcy dolarów i coraz głośniej mówi się o zbyt dużym trzebieniu tej najliczniejszej w Europie populacji niedźwiedzi na potrzeby karnawału, co słyszeliśmy od samych Rumunów nie biorących udziału w tych imprezach i mocno je krytykujących właśnie ze względu na generowanie popytu na niedźwiedzie skóry. Tancerze (bo chyba można tak ich nazwać) zrzeszeni są w grupach obrzędowych i biorą udział w ceremoniach w swojej miejscowości a także na festiwalach, podczas których w jednym miejscu spotyka się kilkanaście lub kilkadziesiąt grup. Oprócz tańczących niedźwiedzi występuje tam również sporo innych postaci, których przebrania posiadają rozliczne motywy szamanistyczne.  Niedźwiedź to w tradycji szamanistycznej bardzo potężne i silne zwierzę. Symbolizuje coroczny cykl przyrody – śmierć i odrodzenie się życia. Jest zwierzęciem, które co roku przechodzi na drugą stronę kiedy zapada w sen zimowy i bez szwanku z niej wraca, a więc w pewien sposób zwycięża śmierć. Dlatego oprócz fascynacji niedźwiedzią siłą i potęgą przypisywano mu z tego względu liczne nadprzyrodzone moce, a wręcz uważano za najmocniejsze zwierzę przed którym drżała cała przyroda.

Globalizacja wkracza do niektórych przebrań.

Czasem jest odrobinę ponowocześnie, albo wręcz apokaliptycznie 🙂

Na szczęście zabudowa składająca się z rozlatujących się komunistycznych bloków prawie nie występuje w Darmanesti.

Bo poza ścisłym centrum wygląda to tak.

Karnawał od zawsze był czasem przekraczania granic – własnego wieku, statusu społecznego, płci. Dlatego w przebrania właśnie na tym się koncentrują. Mężczyźni przebierają się za kobiety i odwrotnie. Młodzi ludzie na chwilę stają się bardzo starzy, przebierając się za staruszków. Drugi aspekt karnawału to odwrócenie powszechnie przyjętego porządku – jeśli więc na co dzień to co kojarzy się ze złem i mroczną stroną życia, jest spychane do podziemi i nie wychodzi na światło dzienne, w okresie karnawału dochodzi do głosu, gdyż jest on próbą oswojenia ciemnej strony naszej egzystencji. Dlatego w karnawałach mamy tak wiele przebrań za śmierć, diabły i potwory. Był to czas oswojenia mrocznych aspektów rzeczywistości, których na co dzień panicznie się bano i przepracowania tych lęków w pewien sposób. Wierzono że udobruchane w ten sposób złe moce nie pojawią się już przez cały następny rok, który będzie mógł dzięki temu upłynąć spokojnie. Dlatego pozwalano im na kontrolowaną obecność.

Ci panowie tak jakby trochę pomylili imprezy, ale nie spotykali się z wrogością. Podziwiam, że trzymali fason w temperaturze 5 stopni w cieniu i 10 w słońcu.

Bo mainstream męskich przebrań w Darmanesti dla kogoś kto nie był niedźwiedziem wyglądał tak.

Dărmănești to niewielka 15 tysięczna miejscowość leżąca w okręgu Bacau. Kiedy przyjeżdżamy tam w Sylwestrowe południe, godzinę przed rozpoczęciem festiwalu, trochę nie wiedząc czego się spodziewać i chcąc zająć jakieś dogodne miejsce do parkowania, nic nie wskazuje na to by za niedługo miał się tam odbywać jakiś festiwal. Gdyby nie to że o festiwalu dowiedzieliśmy się dużo wcześniej za pośrednictwem facebooka od lokalnych ludzi,  chyba zaczęlibyśmy nerwowo przemieszczać się po miasteczku w poszukiwaniu śladów przygotowań do imprezy. Idziemy na kawę do jedynego baru i po niespełna 40 minutach, zewsząd zaczynają pojawiać się tłumy ludzi, a grup obrzędowych jest nie mniej niż poprzedniego dnia w Comănești. Orkiestry i mnóstwo ludzi przebranych za niedźwiedzie schodzą się z trzech różnych stron i formują pochód, wszystko wygląda tak jak wczoraj, jednak dzieje się w wiele bardziej sielskiej scenerii. W ścisłym centrum Dărmănești możemy naliczyć dosłownie kilka komunistycznych bloków a tak to  dominuje niska jednorodzinna zabudowa, zza której widać rzekę i rozległe góry. Widokowo jest więc znacznie lepiej. Podoba mi się też bardzo duża chaotyczność imprezy. Policja zupełnie nie pilnuje porządku, a ludzie jakoś potrafią sami o niego zadbać. Pochód przebierańców startuje z trzech różnych miejsc i łączy się z sobą na głównym placu przed dyskontem spożywczym. Można więc bez problemu wszędzie się plątać.

Na festiwal w Dărmănești przyszli też Romowie z jakiejś pobliskiej osady (musiała być bardzo blisko bo przyszli pieszo) ubrani jakby przybyli wprost z lat osiemdziesiątych. Wszyscy mężczyźni mają wąsy, czarne kamizelki i kapelusze, a kobiety kwieciste chusty, spódnice z cekinami i… klapki na obcasach. Nie jest im zimno. Uświadamiam sobie że wieki temu widziałam tak klasycznie ubranych Romów, jakby właśnie wyszli z planu jakiegoś filmu Kusturicy. Gdzie indziej ich także dotknęła już globalizacja i w zimie chodzą w bluzach z napisami, dresach i kurtkach. Grupy obrzędowe kończą swój pochód na trawiastych błoniach w centrum miejscowości, na których porozkładały się również typowo odpustowe stoiska, sprzedające watę cukrową, kolorowe cukierki, kołatki i pistolety. Przez to wszystko można mieć wrażenie że całkiem przenieśliśmy się w czasie, gdzieś do przełomu lat 80. i 90. Zapach błota i rozdeptanej trawy jeszcze bardziej wzmacnia to wrażenie. Wpadliśmy tu w totalną dziurę czasową i kilka godzin zleciało dosłownie jak z bicza strzelił. Niestety nie mogliśmy zostać tu tak długo jak na wczorajszym festiwalu bowiem jeszcze tego samego dnia chcieliśmy przejechać 300 kilometrów i zaliczyć miejski sylwester w Klużu (Cluj-Napoca). Chociaż z drugiej strony może to i dobrze bo tak do końca nie wiadomo co zaczęłoby się tutaj dziać wieczorem, gdy rozochoceni palinką festiwalowicze zaczęliby jeszcze intensywniej korzystać z materiałów wybuchowych domowej roboty na okoliczność sylwestrowego wieczoru? Już po południu można było chwilowo postradać słuch od wybuchów, jeśli akurat znaleźliśmy się za blisko (a wiem co mówię, bo w tym roku przeszłam morderczy trening na Tajwanie, tam to dopiero kochają fajerwerki i wysadzanie wszystkiego i to podczas uroczystości religijnych). Po tych doświadczeniach „sklepowe” materiały wybuchowe, którymi ludzie w Polsce uprzykrzają życie innym (oraz ich zwierzętom domowym) w okolicach Sylwestra, to ledwie brzęczenie komara.

Jedno jest pewne, jeśli już jedziemy ten tysiąc (lub więcej) kilometrów, to zdecydowanie warto być na więcej niż jednej niedźwiedziej imprezie, bo każda z nich różni się drobnymi szczegółami, więc warto zaplanować sobie ich kilka. Główną i centralną uroczystością jest ta w Comanesti, ale te nieco mniejsze koniecznie warto odwiedzić. Na każdej niedźwiedziom towarzyszą nieco inne akcesoria, prezentują się grupy obrzędowe z innych miejscowości, kto inny przyjeżdża imprezę oglądać, a czasem oglądający ją są równie ciekawi jak to co na festiwalu jest prezentowane. Część ludzi występujących w niedźwiedzich skórach spotkaliśmy dzień  wcześniej w Comanesti, za to towarzyszyli im zupełnie inni przebierańcy.  Imprez w tym okresie roku jest tyle, że nie da się być na wszystkich. Część z nich odbywa się także przed świętami, startują w okolicach 15-17 grudnia, a następnie są kontynuowane w okresie od świąt Bożego Narodzenia do Sylwestra. Przejeżdżając w Sylwestra przez spory kawałek okręgu Bacau, widzieliśmy w kilku wioskach grupy ludzi przebranych za niedźwiedzie na pomniejszych imprezach chodzących od domu do domu – więc jest to tutaj żywa i pilnie kultywowana tradycja, która odbywa się niezależnie od organizowania festiwali.

Niedźwiedzie w Comănești

Pisałam Wam nie tak dawno, jak pod sam koniec 2017 roku pojechaliśmy do Rumunii by obejrzeć ludzi przebranych w niedźwiedzie skóry, wykonujących przez wiele godzin transowy taniec. Ten ciekawy zwyczaj jest mocno kultywowany na przełomie grudnia i stycznia w regionie rumuńskiej Mołdawii zwłaszcza w okolicach miasta Bacau. Dziś opiszę Wam imprezę centralną – główne obchody tańca niedźwiedzi, która staje się powoli (i niestety) turystycznym hitem. Miasteczko Comănești od pewnego czasu promuje się jako stolica niedźwiedzich tańców. Odbywa się w nim największa impreza, na której występuje najwięcej zespołów i grup folklorystycznych. To co dzieje się tego dnia w miejscowości, można opisać tylko słowami „totalne szaleństwo”. Na festiwal przyjeżdża cała masa fotografów z magazynów podróżniczych i przeróżnych telewizji. Najegzotyczniejszą ekipą, która z pewnością miała najdalej, była telewizja z Korei Południowej, ale ponoć telewizje z krajów Azji pojawiają się co roku.

Na początku, w towarzystwie próbnych wybuchów formuje się pochód trwa to pewnie ze dwie godziny. Już wtedy można na chwilę ogłuchnąć.

Można spotkać różne niepokojąco wyglądające postaci 😉

Początek pochodu otwierają dwaj jeźdźcy, jeden z flagą Unii Europejskiej a drugi Rumunii. Wiele przebrań przyozdobionych jest flagą Unii. Rumuni czują się częścią Europy i podkreślają to na każdym kroku.

Na przykład tutaj. A do czego służy ta rura przeczytacie poniżej.

Niespodziewana wizyta na dywaniku u Pana Mera

Pochód zazwyczaj wyrusza spod ratusza, który znajduje się trochę na uboczu. Właśnie tam umówiliśmy się z V. dzięki któremu w ogóle udało mi się dowiedzieć kiedy dokładnie odbędzie się tegoroczny festiwal. Parę miesięcy przed imprezą, napisałam na facebooku i wysłałam kilka maili do miejskich portali, fanpejdży i instytucji, by móc jakoś sensownie zaplanować przerwę urlopową. Odpisała mi tylko jedna osoba – V., ale gościnność lokalsów i chęć pomocy są ogromne! Można na przykład zapisać się na lokalną grupę na facebooku a na niej na pewno pojawią się informacje związane z festiwalem, można też się na niej zapytać o kolejne imprezy. Ku naszemu zdziwieniu V. tak to zorganizował, że zostajemy zaproszeni do ratusza i otrzymujemy identyfikatory umożliwiające wejście za wszelkie możliwe barierki, więc mamy takie same szanse jak dziennikarze różnych znanych mediów by obejrzeć festiwal ze szczegółami. Oczywiście jak zwykle na ulicy jest najciekawiej, a z naszych magicznych identyfikatorów korzystamy może przez pół godziny, pod sam koniec, kiedy jesteśmy już zupełnie ogłuszeni ciągłymi wybuchami materiałów pirotechnicznych domowej roboty i przenosimy się pod scenę w nadziei, że tam będzie ciszej. Tymczasem wokół ratusza zbierają się pokaźne tłumy a mnie trochę żal, że własnie pijemy kawę i grzane wino z Panem Merem, zamiast przesiąkać atmosferą, jednak jak się okazało na szczęście raczej niczego nie straciliśmy. Impreza jest bardzo intensywna, więc szybko odrobiliśmy straty.  Jako że bardzo nie lubię lansu celowo nie wrzucam tutaj fotek z ratusza 🙂

A po co scena? – występy grup tańczących niedźwiedzi ocenia jury 😉 i wyłania corocznego zwycięzcę który zaprezentuje najciekawszy program. Oczywiście sam konkurs to tylko tło do totalnej masakry jaka ma miejsce w miasteczku.

Było światowo. Imprezę w Comănești zaszczycił swą obecnością nawet były prezydent Stanów Zjednoczonych.

Moją uwagę zaś przykuły bardzo zacnie ozdobione bębny, wybijające godzinami ten sam rytm, zresztą bardzo fajny.

Można z czystym sumieniem stwierdzić że bębniarzy są setki, wszyscy bębnią cały czas to samo.

Trochę praktykaliów

Najsprytniej jest przyjechać trochę wcześniej (impreza zaczyna się w południe) i zaparkować nie w centrum, ale gdzieś na uboczu. Potem bowiem  tak łatwo się z miasteczka nie wydostaniemy. Pochód karnawałowy jest bardzo długi, a przez ulicę jeszcze długo po przejściu czołówki marszu przetacza się tłum ludzi. Zanim przejdą wszyscy uczestnicy parady oraz ustaną ostatnie wybuchy mija pewnie ze 3-4 godziny, podczas których centrum jest totalnie wyłączone z ruchu. Impreza jest szalenie intensywna, a poziom hałasu przekracza możliwości bębenków w uszach. Bębnią i strzelają wszyscy, a ja myślałam że święta religijne na Tajwanie, kiedy to pół miasta prawie idzie z dymem a w środku nocy jest jasno jak w dzień, i całe włosy i ubranie ma się w prochu, to w tym temacie maksimum możliwości. Ale nie w Rumunii. Jeśli chodzi o jedzenie i korzystanie z toalety w czasie trwania imprezy, to w miasteczku działa kilka knajp i kawiarni oraz rozstawiają się liczne kramy z ekologicznym jedzeniem, miodem oraz grillem. Tłok w knajpach jest tak ogromny, że najszybciej będzie chyba, jak napijemy się kawy przy barze, a i tak stracimy na to pewnie z pół godziny stojąc w kolejce po kawę i do toalety. Lokali jest relatywnie mało, więc jeśli przyjechaliśmy tylko na chwilę bo na przykład mieszkamy daleko, lepiej chyba zjeść coś na ulicy. Chociaż tam też postoimy w ogonku. Ludzi zjeżdża się tysiące. Jeśli chodzi o okoliczne noclegi to w Comănești noclegów jest dosłownie kilka i na czas festiwalu z pewnością żadnego nie znajdziemy, ja szukałam w listopadzie i wszystko było do cna zajęte. Okolica też przedstawia się pod względem noclegowym średnio bo noclegów jest mało, ale jest szalenie popularna wśród rumuńskich sylwestrowiczów. Mieszkaliśmy co prawda niespełna 20 km od Comănești, ale za to w na prawdę paskudnym, zdewastowanym i brudnym noclegu, w sumie jedynym tak obskurnym w Rumunii i jednym z najgorszych w których kiedykolwiek nocowałam podczas licznych wyjazdów. Płaciliśmy za to chyba około 20 euro za dobę, a to chyba mnie powinni dopłacać za okoliczność spania w tak okrutnie zdezelowanej ruinie. Posiadam dużą dozę tolerancji i zrozumienia dla lekko syfiastych noclegów, zwłaszcza jeśli są budżetowe, tutaj jednak moja tolerancja nie przetrwała próby. Nie będę Was zanudzać listą nie działających w  bardzo podstawowo wyposażonym pokoju sprzętów i przedmiotów Mimo posiadania rezerwacji na booking na trzy noce, okazało się że w ostatnią, sylwestrową noc nie mamy gdzie nocować! Właściciele noclegu wiedzieli o tym przez 1,5 miesiąca, ale nie raczyli nas poinformować, choćby napisać maila. Jedyną pomoc jaką udało się otrzymać ze strony booking.com to chęć wyrównania ewentualnej różnicy w noclegach (jeśli mielibyśmy na nie rachunek), ale i tak wszystkie noclegi w okolicy były pozajmowane i mimo zaproszeń od lokalsów, żeby zostać na sylwestra na jakiejś domówce, postanowiliśmy w sylwestra ewakuować się co Kluża, by potem mieć te 300 km mniej do przejechania. Mimo napisania stosownej recenzji „świetnemu” noclegowi na booking, jakimś cudownym trafem po kilku dniach zniknęła ona stamtąd (tak samo jak nasza rezerwacja), więc od tej pory nie tracę już czasu na wystawianie ocen noclegom, skoro tylko te powyżej 5 są na nim publikowane. W miarę niedaleko (80 km) jest z Comanesti do Piatra Neamț albo Bacau (60 km), gdzie niedrogich i normalnych noclegów jest mnóstwo. Jeśli więc jedziemy tylko na jedną niedźwiedzią imprezę, a nie tak jak my – na dwie, warto rozważyć taką opcję.

Na osłodę tej niewesołej historii, kilka portretów. Można nosić niedźwiedzią głowę na sobie i jednocześnie mieć doklejane rzęsy, nic nie stoi na przeszkodzie, okazuje się. Chwilę później ta pani zaczęła wymiatać niedźwiedzi taniec.

Temu panu było nawet gorąco i dzięki temu podrywał mnóstwo kobiet. Odporność na zimno, to taka forma miejscowego lansu.

Estetyka z seriali o zombie też miejscami się pojawiała.

No i oczywiście także ludowo-folklorystyczna.

A tu freestyle w przebraniach czyli elementy popkultury i folku splecione w jedno.

Pieniądze i szczęście

Mimo tłumów, nikt nie ma tutaj tak dzikiego podejścia jak w serbskiej Gucy gdzie przez cały rok w knajpach obowiązują inne cenniki, a podczas festiwalu rosną trzykrotnie. Nikt tutaj nie wpada na takie pomysły i nie robi z imprezy prostej maszynki do zarabiania pieniędzy. Za robienie sobie zdjęć z niedźwiedzimi przebierańcami mile widziana jest jakaś opłata, ale nie jest ona konieczna. To raczej nam powinno zależeć na tym by dawać innym pieniądze, by zapewnić sobie szczęście przez resztę roku. Nie ma jednak żadnej presji i zależy to tylko od nas. Raczej nikt tego od nas nie wymaga, bo przecież jesteśmy spoza i niewiele z tego rozumiemy. Z drugiej strony jeśli jest się lokalnym mieszkańcem to taki wyjazd z rodziną na festiwal (w charakterze widza) to obowiązkowy wydatek stówy albo nawet kilku (leu do złotówki ma się około 1:1, raz mniej a raz więcej). Co chwilę mija się znajomych przebranych za niedźwiedzi, którzy składają życzenia zdrowia szczęścia i pomyślności w nowym roku, czasem zapozuje się z nimi do zdjęcia by mieć co wrzucić na portale społecznościowe, a przed znajomymi trzeba się pokazać i obdarowywać ich pieniędzmi. Im bardziej nobilitowana osoba posiadająca więcej  kontaktów społecznych tym więcej pieniędzy musi przygotować. Takie jest społeczne oczekiwanie by tego dnia bogaci dzielili się z mniej bogatymi, a turyści w tym wszystkim są (jeszcze) nieważną mniejszością. Widziałam jak w niespełna pół godziny jeden wyglądający na nieźle sytuowanego lokalny człowiek, pozbył się sporej ilości banknotów właśnie w taki sposób. Chcąc jednak mieć szczęście trzeba się dzielić i nie ma innej opcji.

W Comănești możemy zobaczyć niedźwiedzie nie tylko tańczące, ale też wykonujące tego typu akrobacje. Ponoć każda miejscowość przedstawia inną tradycję związaną z tańcem niedźwiedzi, której nigdzie indziej nie zobaczymy.

Jeśli boicie się wybuchów  tuż koło uszu, na czas festiwalu warto może pomyśleć o dźwiękochłonnych słuchawkach, ale to będzie chyba wyglądało dosyć śmiesznie. Miejscowi nie zakładają ich nawet dzieciom. W końcu karnawał jest raz w roku, a słuch się szybko zregeneruje. W centrum Comănești dominuje czteropiętrowa zabudowa z niezbyt pięknych komunistycznych bloków i dźwięk wybuchów jeszcze się zwielokrotnia, na szczęście nie są one aż takie, by szyby wypadały z okien 😉 ale po wybuchu tuż koło nas traci się słuch na chwilę.  Jeśli widzimy gdzieś w pobliżu pana z rurą PCV w rękach możemy być pewni, że za chwilę huku będzie dużo.

Ci panowie dbają by nie było za cicho.

Kto nie ma rury ma chociaż gwizdek.

albo instrumenty muzyczne.

Od tego bębnienia, wybuchów i specyficznego tańca (a w przypadku starszych uczestników także palinki za pazuchą) wszyscy robią się coraz bardziej odrealnieni. Niektórym zresztą nawet nie potrzeba do tego palinki. Nie było czasu by porozmawiać z jakimś uczestnikiem parady o tym jak się czuje będąc przez chwilę niedźwiedziem i czy niesie to z sobą jakieś skutki uboczne. I czy w ogóle da się wpaść w trans w tak medialnej  atmosferze, wśród wszędobylskich telefonów, aparatów fotograficznych i telewizyjnych kamer. Mimo wszystko lepiej pojechać na jakąś mniej słynną niedźwiedzią imprezę, bo podobało mi się na nich bardziej niż tutaj. Tylu zblazowanych fotografów w jednym miejscu sprawia, że mam ochotę się stamtąd ewakuować. Co jest najśmieszniejsze, rozliczni fotografowie zagranicznych magazynów podróżniczych z najnowocześniejszymi bezlusterkowcami na piersi, zachowują się jakby nie zauważali siebie nawzajem, a w najlepszym przypadku traktują kolegów z pracy jak zło konieczne i raczej nawet nie rozmawiają ze sobą. Odczuwam jakiś dziwny dystans i wyższość do siebie nawzajem oraz do realizowanego tematu. Ja na szczęście nie żyję z fotografii podróżniczej i mogę zupełnie się zrelaksować. Wiem tylko, że nie chciałabym się z nimi zamienić. Oni są w pracy a ja na wczasach.

 

Dlaczego musicie pojechać do Piranu

W Słowenii mieliśmy robić różne rzeczy, na przykład chodzić po górach, ale okazało się że Istria jest tak ciekawa, że przez tych kilka dni jakie nam zostało, kursowaliśmy tylko między Piranem a Koprem i na nic więcej prawie nie starczyło już czasu. Mimo tego że średnio interesuje mnie spędzanie wakacji w miastach, choćby były nawet nie wiem jak śliczne, bo wolę zaszyć się gdzieś w krzakach na totalnej prowincji i zrelaksować, mimo niesprzyjających warunków noclegowych (mieszkaliśmy na niezbyt tanim i w dodatku beznadziejnym kempingu położonym na granicy słoweńsko-włoskiej), mimo chęci zobaczenia na szybko jak największego kawałka Słowenii i zdecydowania czy warto kiedyś w przyszłości na dłużej tutaj przyjechać, utknęliśmy w Istrii na dobre. Wybrzeże Słowenii jest dosyć zajmujące. Dlaczego siedzieliśmy tam kilka dni?

Z nowszej części Piranu do starego miasta idzie się takim deptakiem.

Przestrzeń miejska wygląda bardzo południowo. Ze względu na morski łagodny w zimie klimat, rosną tu rośliny które normalnie mamy szansę spotkać dużo dalej na południe, takie jak na przykład figowce, drzewa kaki, granaty.

A to super kiczowata wystawa sklepu na deptaku.

Kapliczka w kamienicy.

Nie poczujecie się tu jak w Polsce

Najbardziej na świecie rozczarowuje mnie, gdy specjalnie jadę na wakacje by od mojego kraju trochę odpocząć, a trafiam gdzieś, gdzie dookoła słyszę tylko polski, acha i jeszcze muszę słuchać jak wszyscy wymieniają się głupimi newsami na przykład z krajowej polityki albo przemysłu rozrywkowego, bo nie mogą przeżyć chwilę bez dostępu do medialnej kroplówki. Dlatego Chorwacja w sezonie wakacyjnym raczej dla mnie nie istnieje. Słowenia to na szczęście co innego. Spotkamy tam oczywiście rodaków, (bo jakże by nie) jednak nielicznych, a tam gdzie są oni nieliczni i nie dominują nad otoczeniem, to moim zdaniem da się jeszcze wytrzymać. Utarła się chyba opinia, że w Słowenii jest drogo, a w Chorwacji tanio? A może, że w Słowenii jest nudno? Albo wakacje w Chorwacji brzmi lepiej niż wakacje w Słowenii? Nie wiem, ale pod względem ilości rodaków na wakacjach, w Słowenii jest ich kilkudziesięciokrotnie mniej w porównaniu do oblężenia jakie przeżywa nieszczęsna Chorwacja.

W Piranie zdecydowanie warto udać się na mury miejskie, bo widoki są super.

O takie.

Unikalna mikstura

Wszystko tam na pierwszy rzut oka wygląda bardzo włosko, bo zarówno Piran jak i Koper były kiedyś weneckimi miastami, ale jednocześnie po bałkańsku i dość znajomo. Będąc na terenie dawnego państwa weneckiego, jesteśmy jednocześnie na zachodnich granicach Austro-Węgier, oraz na północy byłej komunistycznej republiki Jugosławii. Niezła mieszanka. No, a teraz jest tu Słowenia. Dlatego czuję się tam zdecydowanie ciekawiej niż we Włoszech. Ludzie są bardziej kontaktowi mili i przyjaźni i jak zwykle wdajemy się w jakieś dziwne rozmowy z bardzo dziwnymi ludźmi stojąc w piekarni w kolejce po burek. Mój mózg ma trochę trudności z zaadaptowaniem się do zastanej sytuacji, kiedy idziemy wąską uliczką która na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od jakiejś bocznej uliczki dajmy na to w Wenecji, po czym mijamy tabliczkę z nazwą i okazuje się że jest to ulica Marksa, Engelsa albo Lenina. Na szczęście tabliczki zostawiono, jako element lokalnego dziedzictwa, bo najwyraźniej w Słowenii nikt nie potrzebuje obsesyjnie rozliczać się z przeszłością i woli zapewne zająć się ważniejszymi sprawami.

Niektóre uliczki wyglądają na nie zmienione od kilkuset lat. Nikt nie przejmował się wtedy dzisiejszymi potrzebami.

A to dzwonnica katedry św. Jerzego, która wygląda jak ta słynna wenecka.

W Piranie (jak i w Koprze) jest dość sporo turystów, ale nie jest to tak szalone oblężenie jak w Dubrowniku w szczycie sezonu, gdzie wszędzie stoją absurdalnie długie kolejki po bilety do rozmaitych „atrakcji” i w zasadzie nie widać już normalnego codziennego życia spod hord przyjezdnych. Piran jest niesamowicie kompaktowy i nie ma gdzie się rozrosnąć, ani rozbudować. Możemy być pewni, że w jego pobliżu nie wybudują nagle kilkunastu hotelowych kombinatów, bo nie pozwalają na to warunki geograficzne. Miasto jest dosłownie upchane na morskim cyplu, uliczki są tak niesamowicie wąskie, że do wielu miejsc nie da się dojechać samochodem. Po Piranie trzeba chodzić! Dlatego zwolennicy podjeżdżania samochodem do turystycznych atrakcji będą raczej zawiedzeni. Chodzi się jednak bardzo przyjemnie, bo kamienice położone są ciasno obok siebie tak by prawie nie zaglądało tam słońce, zaś ulice budowano w taki sposób by wiatr łatwo mógł je przewietrzyć. Niemniej jednak osoby niezbyt przyzwyczajone do azjatyckich temperatur mogą trochę narzekać na dużą wilgotność. Baza noclegowa na starym mieście to małe hoteliki w kamienicach, więc trudno byłoby nawet znaleźć hotel wystarczająco wielki by pomieścić dajmy na to obsadę parę autokarów. Wszystko to sprawia że Piran to miejsce raczej dla turystów indywidualnych i może dlatego nie odczuwa się tam tak mocno obecności masowej turystyki. Oczywiście na obrzeżach powstają nowe hotele, ale stare miasto póki co jest zamieszkane przez normalnych i regularnych mieszkańców i nie wyludnia się jak jakaś Wenecja, która staje się pustą, niezamieszkałą i odrealnioną dekoracją.

A to sam koniec wbijającego się daleko w morze cypla, na którym położony jest Piran. Wzdłuż napotkamy rozliczne knajpy i restauracje, zazwyczaj jak z jednej strony cypla praży słońce to z drugiej wieje przyjemna bryza, a już w ogóle najbardziej sympatycznie jest tu w nocy.

Można usiąść z jakimś napojem w ręku i popatrzeć w morze.

Starówka także wygląda bardzo klimatycznie.

Zwłaszcza wieczorową porą w uliczkach jest nadspodziewanie spokojnie.

Bo knajpy zgrupowane są głównie na nadbrzeżu po obu stronach cypla, oraz na placu Tartiniego.

W sumie mogłabym zrobić jednego posta o obu miastach, jednak są one za bardzo fotogeniczne, by dało się władować tutaj mniej niż kilkadziesiąt zdjęć, więc lepiej chyba zrobić post o każdym  z osobna. Jeśli macie jeden dzień i wolicie zabytki i architekturę to lepiej wybrać Piran, bo jest straszliwie ładny i fotogeniczny 😉 jeśli zaś głównym celem Waszych wyjazdów jest jedzenie (na przykład rozlicznych owoców morza w cenach dużo rozsądniejszych niż w Chorwacji) – nie wiem czy lepszy nie byłby Koper, bo ceny w knajpach są tam raczej niższe ze względu na inny charakter miasta. Koper oprócz posiadania starówki jest dużym portem przeładunkowym (jedynym w całej Słowenii) no i reszta miasta raczej nie zachwyca swoją urodą gdyż znajdziemy tam najzwyklejsze na świecie komunistyczne bloki. Niemniej jednak Koper również ma swój klimacik i w żadnym wypadku nie warto z niego rezygnować!

Nigdy bym też nie przypuszczała, że będę tutaj spędzać czas na plaży. Zazwyczaj plaże w miastach nie grzeszą czystością, a woda często bywa zanieczyszczona i wolę po mieście pochodzić, a plażowanie zostawić sobie na bardziej wiejskie klimaty.  Tutaj zaś byliśmy totalnie zszokowani czystością wody, plaży (ani jednego najmniejszego nawet papierka i krystalicznie czysta woda),  sensowną infrastrukturą umożliwiającą umycie się po kąpieli w morzu czy wizytę w toalecie. Niewielki fragment kamienistej „plaży” jest wybetonowany i co jakiś czas do morza da się zejść po schodkach omijając przy okazji przybrzeżne kamienie. Jakoś tutaj da się wszystko tak zorganizować by było przyjemnie, miło i dostępnie dla wszystkich. Warto więc zabrać z sobą jakieś podstawowe sprzęty plażowe, bo fajnie jest w środku dnia podczas największego upału pomoczyć się w wodzie ze dwie godzinki.

Można też plażować na dziko.

A woda wygląda tak samo czysto z góry jak i z bliska.

W starej części Piranu na pewno nie zaparkujemy. Nawet płatne parkingi na obrzeżach są dość drogie, zważywszy że cały dzień parkowania kosztuje tyle co obiad z owoców morza dla dwóch osób (a w centrum 3 euro za godzinę). Znaleźliśmy na szczęście całkiem  popularne wśród miejscowych parkowisko na klepisku w krzakach, stosunkowo niedaleko bo około pół godziny pieszo od starego miasta. Widać jednak, że rokrocznie takich miejsc musi ubywać i przestrzeń zaczyna być coraz bardziej i bardziej uporządkowana. Chcąc zaparkować bezpłatnie, trzeba liczyć się z kilkukilometrową przechadzką. Wolę jednak się przejść, a za zaoszczędzone pieniądze zjeść więcej ciekawych rzeczy. Najbardziej warto najeść się tutaj ryb, a zwłaszcza owoców morza, które występują w dość przystępnych w porównaniu z Chorwacją i Włochami cenach. Owoce morza i małe rybki najczęściej się tu po prostu smaży w całości w głębokim tłuszczu i podaje z cytrynowo-zieleninową salsą, robi się też z nimi makarony i risotta. Jeśli popatrzymy na ceny mniej prestiżowych owoców morza (nie mówię tu o gigantycznych krewetkach) to w zasadzie wyniesie nas to niewiele drożej niż przeciętny obiad w jakiejś węgierskiej Csardzie 😉 gdzie zjemy dla przykładu gulasz z wołowiny i galuszki.

To jedna z najtańszych opcji jedzeniowych w mieście, jeśli chodzi o owoce morza (a w Koprze jest jeszcze taniej).

Ceny za świeże owoce morza przedstawiają się tak.

Dostaje się numerek, który potem jest wywieszany w okienku.

I odbiera się wielki półmisek pełen różnych dóbr.

Piran jest taki śliczny, również dlatego że położony na różnych wysokościach – na wzgórzach i nadmorskich skałach. Dlatego jest w nim co najmniej kilka punktów widokowych. Jednym z nich jest położona na morskim klifie katedra św. Jerzego czyli Stolna cerkev sv. Jurija z XIV wieku. Katedrę poświęcono 1344 roku,  a swój dzisiejszy wygląd zawdzięcza barokowej przebudowie, która miała miejsce w roku 1637. Dzwonnica tej katedry wzorowana jest na tej z Wenecji. Drugim punktem widokowym na który warto się wybrać są mury miejskie, wstęp kosztuje grosze. Co prawda zachował się tylko ich niewielki odcinek, ale widoki z niego są rewelacyjne. Oprócz tego idąc z nowszej do starszej części miasta trzeba pokonać kilka wzniesień i z każdego miejsca Piran przedstawia się zupełnie inaczej.

A to położona na klifie katedra św. Jerzego.

A spod niej rozciągają się takie widoki.

Na pewno jeszcze wrócę do Piranu. Jeśli chodzi o słoweńską Istrię, to dopiero nieznacznie „liznęłam temat” i byłam tu stanowczo za krótko. Włochy ze szczyptą Bałkanów (albo jak kto woli nieco „zwłoszczone” Bałkany) są dla mnie zdecydowanie ciekawsze od samych Włoch, gdzie zazwyczaj czuję się jakbym przebywała na tle jakiejś dekoracji, po której przesuwają się tłumy turystów. To zdecydowanie nie jest miejsce dla miłośników szeroko pojętego wschodu. Będąc we Włoszech nie jestem w stanie niczego zapamiętać, mój mózg wyłącza się i po powrocie czuję się trochę oszukana. W Piranie mam wrażenie, że ten cały wschód właśnie nieśmiało się zaczyna i ogromnie interesująco można wypatrywać jego pierwsze nieznaczne przesłanki. Po pobycie we Włoszech oddycham pełną piersią, po prostu zdecydowanie wolę tę stronę świata.

 

Muggia 2017

Nie jaram się Włochami. Może dlatego, że byłam tylko w najbardziej „doświadczonych przez turystykę” miejscach. Podczas tegorocznego wyjazdu moja noga postała na chwilę w Trieście i było to rozczarowujące popołudnie. Zamiast tego wolałabym lepiej wykorzystać czas i pokręcić się kolejny wieczór po słoweńskich Piranie lub Koprze. Jednak mieszkaliśmy tak blisko Triestu, że postanowiliśmy spróbować tam zajrzeć. Przyjeżdżamy późnym popołudniem a tam jedno wielkie imprezowisko, ale dość hałaśliwe i masowe, w klimacie za którym zdecydowanie nie przepadamy. Myślę że w znanych i popularnych przewodnikach określili by Triest jako miasto które posiada „vibrant nightlife” 😉 raczej niezbyt dobrze czuję się w miejscach z dudniącą muzyką i tłumem ludzi chcących jak najszybciej skutecznie sponiewierać się niezbyt wyszukanym alkoholem. W dodatku nagrzane przez cały dzień marmurowe place i przygnębiające, dość monstrualne gmachy z licznymi kolumnami oddawały ciepło, więc nie jest to raczej miejsce w którym miło spędza się upalne lato, a kto tylko ma czas i pieniądze to w wakacje stamtąd ucieka. W ścisłym centrum drzew znajdziemy bardzo niewiele i jest dość ohydnie brudno, jak przystało na miasto portowe. Dzikie tłumy turystów robiących sobie zdjęcia na tle wszystkiego trochę mnie zdziwiły, bo nie przypuszczałam że Triest jest jakimś turystycznym hitem, ale jednak magia Włoch robi swoje. Bez żalu ewakuowaliśmy się stamtąd po paru godzinach.

Natomiast podzielę się z Wami dużo lepszym odkryciem znajdującym się nieopodal. Zamiast włóczyć się bo betonowym Trieście zdecydowanie lepiej pojechać do ślicznej jak bombonierka Muggi. Nie ma tam za wiele do roboty, więc można się zupełnie poobijać i pokręcić po dość mikroskopijnej miejscowości. Jej nowocześniejsza część zrobiona jest w stylu właściwym dla włoskich nadmorskich kurortów, który to styl zdecydowanie mnie przygnębia. Za to stare miasto jest prześliczne. Po pierwsze nie jest w nim za bardzo gorąco, bo kiedyś budowano sprytnie by w wąskie uliczki zaglądało możliwie mało słońca, a jednocześnie żeby były one łatwo przewietrzane przez wiatr. Poza tym śródziemnomorska kolorystyka, lekkie zdezelowanie oraz odłażąca miejscami bardzo klimatycznie farba sprawiają, że jest tam swojsko i ludzko a nie jak na przykład w Dubrowniku, którego świecące czystością powierzchnie przypominają mi nieżywe muzeum. Stare miasto obejdziemy bardzo wolnym tempem w 2-3 godziny. Koniecznie trzeba przysiąść na kawie a najlepiej kilku. Kosztuje ona od poniżej jednego, do mniej więcej półtorej euro. Możemy wtedy zdać sobie sprawę jak bardzo świat jest niesprawiedliwy ;). Gdziekolwiek nie poszlibyśmy na kawę, będzie ona przepyszna, aromatyczna, mocna i aksamitna. Takiego stosunku jakości do ceny przenigdy nie uświadczymy u nas w kraju, gdzie za prawdziwe kawowe popłuczyny zapłacimy od 5-7 złotych wzwyż. U nas kultura prawdziwej kawy to dość niszowa sprawa, a jakość tego co można wypić w przeciętnym lokalu, który nawet czasem mieni się kawiarnią, to w porównaniu z Włochami zgroza. Ludzie dalej ekscytują się „kawą o smaku piernika” albo „waniliowym latte” zamiast skupić się na jakości składnika podstawowego.

Jedyna rzecz która kogokolwiek ożywia w tak gorące południe to kawa.

Pod parasolami tłum ludzi.

A siedząc na kawie można takie ładne widoki oglądać.

Miasteczko doskonale nadaje się do fotografowania leniwego włoskiego klimatu, którego nie czuć w przeładowanych hordami turystów z całego świata miastach molochach, gdzie wszyscy tylko pędzą by zdążyć za swoją wycieczką i odhaczyć jak najwięcej punktów programu. Zdjęcia suszącego się prania, zardzewiałych skuterów i rowerów, roślin w doniczkach i kolorowych okiennic. Ludzie przesiadujący w kawiarniach. Jest tak wzorcowo i bezbłędnie włosko, że aż trudno uwierzyć że to niemal najdalej wysunięta na wschód miejscowość na samym obrzeżu kraju, a zazwyczaj wszelkiej maści przygraniczne miejscowości przesiąknięte są różnymi wpływami i mają złożoną tożsamość. Tutaj zaś wszystko jest tak straszliwie włoskie, że mogłoby być tłem filmowym, w które i tak pewnie nikt by nie uwierzył. Piazza Duomo wygląda bardzo małomiasteczkowo i przytulnie, katedra też jest po wiejsku niskopienna, a nad miejscowością góruje miniaturowy zamek, który jest używany i zamieszkiwany przez jego właścicieli. Oprócz tego nie ma tu zbyt wiele do roboty – i bardzo dobrze.

 

Warto również przejść się do Muggia Vecchia w której mieści się park archeologiczny i znajduje romańska bazylika z XIII wieku (jej początki sięgają wieku IX). Muggia staje się modna, ponoć wille zaczynają w niej wykupywać gwiazdy telewizji i inni celebryci. Jednak w tej chwili ceny, na przykład jedzenia w knajpach, są raczej prowincjonalne i nie uderzają jakąś straszną drożyzną.

po drodze do Muggia Vecchia mijamy całkiem ładne widoki, ale część trasy jest w słońcu.

Wnętrze romańskiej bazyliki.

Dlaczego w ogóle Muggia znalazła się na moej stronie, skoro „jeżdżę na wschód”? Bo Muggia to wschodnie rubieże Włoch 😉 , więc w pewien sposób wpisuje się w tematykę, a poza tym zasłużyła sobie na osobnego posta, bo w sumie jest tu dość przyjamnie. Gdybym miała spędzić dzień w Trieście i dzień w Muggi z całą pewnością wybieram to drugie. Niemniej jednak (może to zabrzmi dla kogoś jak herezja), ale słoweńskie miasteczka Istrii były głównym celem naszego przyjazdu, a do Włoch postanowiliśmy tylko zajrzeć na chwilkę. Zdecydowanie warto wpaść tutaj na leniwy dzień, wieczorem też było bardzo ładnie.

Najpierw byłam tylko na poranno-śniadaniowej pizzy przed południem, a potem było chyba zbyt gorąco by móc zjeść cokolwiek, więc w tematach gastronomicznych czuję niestety niedosyt, bo czas spędzaliśmy głównie w Słowenii.

Kulen Vakuf i Park Narodowy Una

Uwaga! właśnie odkrywam Wam kolejne super miejsce, do którego jak się już przyjedzie, to strasznie ciężko je opuścić – idealną lokalizację na zupełnie leniwe i przesympatyczne wczasy, albo stały pobyt (na emeryturę – hehe). W bardzo niewielu miejscach podobało mi się tak bardzo jak w Kulen Vakuf – na pewno znajduje się ono w mojej pierwszej piątce razem z moim najulubieńszym Penangiem no i może jeszcze niektórymi miejscami w Turcji i na Tajwanie. Będę się bardzo starać, by jak najbardziej było mi tutaj po drodze, żeby móc tu wpadać od czasu do czasu. Miasteczko Kulen Vakuf jest chyba skazane na to by kiedyś stać się turystycznym hitem, ale na razie jeszcze nim nie jest. W tej chwili wszystko jest tutaj świetne, od położenia miasteczka, jego tanią, sympatyczną i spokojną bazę turystyczno-noclegową, po okoliczne atrakcje. Jako że siedzieliśmy tam długo, skreślając z listy kilka innych miejsc po drodze, przygotujcie się na post-tasiemiec. W samej miejscowości mimo że jest mikroskopijna również jest co robić: możemy zwiedzić miejscami odrestaurowany chorwacki zamek i zupełne ruiny tureckiej twierdzy zarośnięte dereniem, oraz jedyny chyba na świecie meczet ze sklepem mięsnym na parterze. Pokręcić się po wąziutkich uliczkach i odwiedzić dwie knajpo-restauracje z czego jedną z nich bardzo sympatyczną. Chodziliśmy do niej na śniadania, obiady i kolacje, oraz jak padał deszcz. Chyba odrobinę zżyliśmy się z właścicielami oraz jej stałymi bywalcami.

Wydaje mi się, że wszystko co najgorsze Kulen Vakuf już przeszło i teraz będzie już tylko dobrze. Mam nadzieję jednak, że nie będzie aż tak „dobrze”, że obok mikroskopijnych domków i równie mikroskopijnego meczetu zaczną powstawać jakieś wielkie hotele. Miejscowość powstała w tym miejscu ze względu na strategiczne położenie. Dlaczego w okolicy stoi tyle różnych zamków i fortec? Bo wiodła tędy bardzo ważna starożytna rzymska droga łącząca Dalmację, Bośnię, Serbię i Slawonię. Znajdował się tutaj bród na rzece Unie, w miejscu którego następnie wybudowano most. Turecki wybudowany w 1703 roku nie przetrwał do naszych czasów. W dokumentach z XVIII wieku miejscowość nazywała się po turecku Džisri-kebir, co oznacza „Wielki Most”. Obecna nazwa Kulen Vakuf pochodzi od rodziny Kulenović, wielu jej członków osiągnęło znaczącą pozycję i osiągnęło rangę bega.  Obecny most jest bardzo brzydki i dość prowizorycznie sklecony z betonu i żelastwa. Wszędzie widoczne pozostałości wojny – w postaci ruin robią miejscami nieco dołujące wrażenie. Część ludzi po wojnie wyjechała na przykład do Bichacia i nigdy nie powróciła, więc budynki stoją niezamieszkałe od ponad 20 lat. Miejscowość była wielokrotnie niszczona, najpierw na początku XX wieku, potem podczas II wojny światowej w 1941 roku czetnicy dokonali tu masakry Bośniaków, a podczas wojny bałkańskiej w latach 90. podobne losy spotkały ludność serbską z tego terenu. Wydaje mi się jednak że w miejscowych wstąpiła pewna nadzieja i miasteczko zaczyna wyglądać na prawdę nieźle, nawet pomimo ruin stojących gdzieniegdzie.

Na pagórkach nad Kulen Vakuf mieszczą się takie zarośnięte muzułmańskie cmentarze. Ja takie miejsca wręcz uwielbiam.

A najbardziej popularnym drzewem jakie rośnie w okolicy są dzikie albo półdzikie derenie, chyba dziesięć razy słodsze niż u nas.

Osmańska twierdza Havala jest w całości porośnięta dereniami. W okolicy rakija z derenia kosztuje niewiele więcej niż ze standardowych owoców 🙂

Nieopodal wioski znajdują się atrakcje parku narodowego Una, a więc przede wszystkim wodospady do których udają się liczne arabskie wycieczki. Woda we wszystkich rzekach w całej Bośni jest niesamowicie czysta, a tutaj to wręcz krystaliczna. Ludzie z bardzo dużym szacunkiem podchodzą do wód w rzece, kraj zawdzięcza to także temu że praktycznie nie posiada przemysłu. To ostatni kraj w Europie, gdzie można wszędzie tak po prostu bez zastanowienia wskoczyć do rzeki żeby się ochłodzić albo popływać. My już dawno straciliśmy taką możliwość.

Tak Kulen Vakuf wygląda z twierdzy osmańskiej Havala.

A tak z zamku Ostrovica wybudowanego przez Chorwackiego króla.

A tak z perspektywy mostu na rzece. Po jego przekroczeniu dochodzi się do dwóch położonych naprzeciwko siebie knajp z jedzeniem. Zdecydowanie sympatyczniejsza to ta po lewej.

Pojechać do Kulen Vakuf to jak wpaść w totalną dziurę czasową, co dzieje się także za sprawą niezwykle terapeutycznego noclegu. W miejscowości mieści się kilka kempingów, ale najlepsze recenzje posiada ten znajdujący się na początku. Oprócz organizowania spływów po Unie, oferuje zachodnim turystom możliwość popatrzenia na coś innego niż tylko ekran jakiegoś elektronicznego wyświetlacza. Kwateruje ich mianowicie na niezwykle uroczym brzegu Uny. Wygląda to świetnie, gdyby tylko jeszcze namiotów nad rzeką było kilkukrotnie mniej, to już podobałoby mi się zupełnie. Niestety mieszkanie tuż nad rzeką to bardzo popularna atrakcja. Przy samym brzegu jest bardzo płytko i szeroko, można położyć sobie gdzieś do schłodzenia arbuza, jogurt albo piwo otaczając je kamieniami. Zastanawiające i chyba trochę smutne jest to, że tylu ludzi musiało przejechać tak dużo kilometrów z Holandii, Danii czy Niemiec by ich dzieci mogły tak po prostu pomieszkać i pobawić się nad rzeką. Mam nadzieję że bawią się także i rozbijają namioty nad swoimi rzekami. Najazd gości powodował ciągłe przerwy w dostawie prądu i ciepłej wody na kempingu, aż trudno uwierzyć by tyle awarii mogło nastąpić jedna po drugiej. Niemniej jednak siedzenie i patrzenie na rzekę nawet bez ciepłego prysznica jest fajne. Jeśli już znudzimy się patrzeniem na rzekę to między namiotami non stop walczą i kotłują małe kocięta, oraz wyjątkowo i niewiarygodnie głupi pies stanowiący chyba mieszankę wyżła z labradorem, oraz jego wioskowi kompani, w przerwach starają się jak mogę żebrać o jedzenie. Co jakiś czas właścicielka kempingu przegania towarzystwo, po czym spektakl rozpoczyna się od nowa.

Na kempingu obozuje się tuż nad brzegiem rzeki. Niektórzy jadą po to ponad tysiąc kilometrów.

Normalnie na huśtawkach znajdują się też poduszki na których wylegują się koty, lecz zostały ewakuowane z powodu ulewy.

Rzeka nad którą się mieszka wygląda tak.

A kilkanaście metrów dalej już tak.

Zamek Ostrovica

Najpierw podczas burzy z piorunami wybieramy się na chorwacki zamek Ostrovica. Leje i grzmi dość koszmarnie, na szczęście chronimy się w pięknie odrestaurowanej wieży zamkowej, która stoi sobie niezamykana. Gdyby to było u nas z pewnością zaraz znalazłby się ktoś kto zacząłby urządzać tam pijackie imprezy, a na bośniackiej prowincji wieża może stać sobie niezamykana i nic złego się jej nie dzieje. Zamek Ostrovica powstał prawdopodobnie pod koniec XIV wieku. Wybudował go potężny wojewoda chorwacki i bośniacki Wielki Książę Hrvoje Vukčić. Po raz pierwszy na temat zamku źródła hisotyczne wypowiadają się w 1407 roku a już w roku 1523 zarówno zamek jak i Kulen Vakuf dostają się w ręce Turków. Według legendy samo miasteczko dostaje się w ręce tureckie podstępem – atak odbywa się gdy wszyscy mieszkańcy są na niedzielnej mszy w kościele. Turcy znacznie rozbudowują zamek. Mierzy on ponad 100 metrów

W takiej oto fajnej wieży przeczekiwaliśmy deszcz.

Natomiast teren zamku jest totalnie zarośnięty przez chaszcze, nie da się przejść. Dopiero jak zobaczyłam go na zdjęciach to zdałam sobie sprawę jak jest duży. Za to mieliśmy zamek tylko dla siebie.

Tak prezentuje się na tle Kulen Vakuf.

A pod nim ktoś ułożył napis Tito, albo jeszcze do tej pory nikt nie zdążył go rozebrać.

Veliki vodopad na Uni

Następnie odwiedziliśmy dwa wodospady jeden mniej, a drugi bardziej słynny. Do tego mniej słynnego znajdującego się w miejscowości Martin Brod GPS wyznacza nam drogę  absurdalnie naokoło, ale z niej nie korzystamy – wybieramy najkrótszą, bo po co jechać kilkadziesiąt kilometrów zamiast jedenastu. No ale tuż za Kulen Vakuf okazuje się dlaczego. Te jedenaście, a w zasadzie mniej kilometrów, jechaliśmy przeważnie na drugim biegu, a asfalt wrócił dopiero tuż przed samym Martin Brodem, natomiast miejscowi dzielnie nas na tej drodze wyprzedzali 🙂 za to zobaczyliśmy tam ładny wodospad, z tylko jedną arabską wycieczką, pokręciliśmy się po okolicy i zjedliśmy absolutnie rewelacyjnego pstrąga wyhodowanego w krystalicznie czystej wodzie. Jeśli myśleliście że przebywanie w Kulen Vakuf daje uczucie bycia na totalnej już prowincji, to chyba nie byliście w Martin Brodzie. Kiedyś Martin Brod znajdował się po prostu w środku kraju. Okolica poprzecinana była drogami, a teraz po większości z nich nie można nawet chodzić, nie mówiąc o jeżdżeniu, ze względu na strefę przygraniczną. W pobliżu nie ma żadnego przejścia granicznego z Chorwacją, mimo że drogi istnieją. Z drugiej strony pewnie pozwala to lepiej chronić przyrodę parku narodowego, zastanawiam się jednak jak wygląda w zimie transport do i z miejscowości oraz jak jej mieszkańcy korzystają chociażby z lekarza.

Jeszcze przed rozpoczęciem się „właściwej” miejscowości Martin Brod, można wybrać się na przechadzkę wzdłuż kanionu rzeki Unac, która wpada do Uny, droga wiedzie śladami częściowo zawalonej drogi.

Nie da się dojść zbyt daleko, bo jeden z tuneli jest zagrodzony siatką.

Po drodze można oglądać takie rośliny.

I takie widoki.

Sam wodospad i jego otoczenie robią całkiem fajne wrażenie, gdyby nie to, że tuż koło niego możemy znaleźć sporo nowo wybudowanych domów. Nie wiem jaki sens ma tak intensywne zabudowanie terenów dookoła niego. Waściciele działek przekierowują drobne odnogi rzeki Uny tak by biegły przez ich podwórko. Może więc tylko tak mi się wydaje że teren parku jest dzięki znacznie okrojonej cywilizacji lepiej chroniony?

Pod wodospadem mogliśmy się też dyskretnie przyglądać jakie wakacyjne treści na swoje portale społecznościowe tworzą bardzo religijni Saudyjczycy, bo razem  z nami zwiedzała go jedna wycieczka. Lubię przyglądać się saudyjskim wycieczkom na wakacjach, bo dla mnie to (momentami odrobinę przerażający) wyjęty wprost sprzed setek lat model społeczny, opakowany w technologię i markowe rzeczy. Będąc totalnym religijnym ortodoksem, trudno mieć takiego na przykład snapchata albo facebooka, skoro większość treści które przeciętni ludzie na nich publikują (gdzie i z kim się spotkali, co wypili i co zjedli) jest dla tak pojmowanego islamu mocno niesłuszna. Prozaiczna rzecz jak zamieszczenie zdjęcia swojej rodziny na wakacjach pod wodospadem w tym przypadku jest niemożliwa do wykonania, skoro kobiet w takim absurdalnie posegregowanym społeczeństwie nie wymienia się nawet z imienia (co najwyżej określa się je grzecznościowo poprzez formę kunja, jeśli kobieta urodzi potomka), zaś twarzy kobiet nie zna nikt obcy poza najbliższą rodziną, co dopiero mówić o ich fotografowaniu. Jak więc wrzucić do internetu film z wakacji, tak by wszyscy mogli odnotować naszą obecność w jakimś egzotycznym miejscu, ale przy okazji nikogo nie pokazać? Potrzeba stworzenia treści i wrzucenia ich w internet jest jednak tak samo silna dla wszystkich, niezależnie od wyznania (takie teraz mamy czasy) i zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. W tym przypadku można przecież sfilmować sam wodospad recytując w tle własnym głosem surę Koranu i już treść wakacyjna jest, w dodatku spersonalizowana. Pan przy nas z początku trochę się krępował, ale potem przestał na nas zwracać uwagę. Szczelnie zasłonięta kobieta z dziećmi stała „po stronie kamery” by przypadkiem nie dać się sfilmować. Myślę że koniec końców film wyszedł mu całkiem ładny. Z jednej strony bardzo podoba mi się podejście „niemącenia sobą” ładnych widoków, bo ileż można oglądać zdjęć kogoś na tle czegoś. Z drugiej strony przeraża mnie pomysł przejścia przez życie w sposób całkowicie anonimowy, w dodatku miało by się to odbywać z tak pojmowanego szacunku do mnie.

Wielki wodospad na Unie (Veliki wodopad na Uni).

Woda jest bardzo czysta i mocno natleniona i mogą rozwijać się w niej przeróżne rośliny.

Niektóre tylko sezonowo jak wody jest więcej.

Wodospady Štrbački buk

Tam już niestety nie da się uniknąć tłumów. Do wodospadów, mimo że położonych w środku niczego, cały dzień ciągną prawdziwe tłumy.  Są do nich dwie drogi dojazdowe jedna od strony Bihacia, a druga od wsi Orašac położonej bardzo blisko Kulen Vakuf. Obie nie są asfaltowe.  Ta od strony Bihacia ponoć jest odrobinę górzysta, ale nią nie jechałam. Postanowiliśmy zostawić samochód tuż za Orašacem i przejść się pieszo jednak cały czas wymijały nas wolno jadące kolejki samochodów. Wzdłuż rzeki co jakiś czas znajdowały się zadaszone grzybki i miejsca do biwakowania i grillowania złowionych ryb, ale trochę średni to biwak, gdy samochody przez cały dzień nieustannie jeżdżą i śmierdzą tuż za plecami. Niestety arabscy wycieczkowicze muszą dotrzeć samochodami pod samą odwiedzaną atrakcję. Dodatkowo po bardzo miejscami wąskiej drodze jeździły busy z przyczepami wioząc pontony i amatorów spływów po rwącej rzece. Przez cały dzień można się było nieźle zakurzyć, gdyż byliśmy chyba jedynymi osobami które postanowiły pójść tam na piechotę. Za to mogliśmy skorzystać z gościnności mieszkańców po drodze, bo przy wodospadach mieści się jeszcze jedna mikroskopijna miejscowość, której nazwy nie ma na google maps ale jak przybliży się ją odpowiednio to widać nawet domowe pensjonaty w środku niczego. W jednym z nich postanowiliśmy zatrzymać się na kawę, przy okazji dostaliśmy też ciasto. Zamieszkiwał w nim niedawno owdowiały Bośniak zasobny w niemiecką emeryturę, który spędzał tu cieplejszą część roku a na zimę wracał do dzieci do Niemiec. Właściciel pensjonatu celowo umieścił na nim parasole i kaseton reklamowy lokalnego piwa Preminger, byleby tylko nie zatrzymywali się u niego Saudyjczycy. Nie rozumiał dlaczego do ich wioski od jakiegoś czasu zaczęło przyjeżdżać ich tak dużo i określał ich mianem inwazji, oraz narzekał na ich ciasne horyzonty umysłowe i religijne, oraz kupowanie ich kraju za petrodolary. Patrząc na to jak wygląda przeciętny kraj w większości składający się z pustyni, w którym temperatury dochodzą do najwyższych na świecie, spodziewam się że wycieczka nad wodospad musi być właśnie tym czego szuka się na zagranicznych wczasach, zwłaszcza jak większość innych atrakcji jest z jakiegoś powodu niesłuszna. Stąd nad wodospadami całe tłumy arabskich wycieczkowiczów, zarówno indywidualnych rodzin z kierowcą jak i większych zgrupowań. Ten wodospad jest już na tyle popularny, że staje się coraz bardziej „obudowany” w kioski z pamiątkami, lodami, miodem, pocztówkami i wszelkim innym badziewiem. Masowa turystyka zaczyna powoli się wykluwać. W końcu kraj jest mały i da się dotrzeć tutaj z Sarajewa na jednodniową wycieczkę, co pewnie wiele osób robi.

Po drodze z Orašaca do Strbačkiego Buku mijamy takie widoki.

Z jednej strony mamy piękną rzekę, za nami cały czas jeżdżą samochody na szczęście wolno.

Woda ma bogate życie wewnętrzne. Niestety turystyka samochodowa powoduje wyrzucanie śmieci przez okna samochodów i w rzece oprócz pięknych roślin dość często można spotkać różnego rodzaju plastik.

Spływy odbywają się przez cały dzień.

Jedno jest pewne, niezależnie od tego czy lubicie mieszkać na totalnej prowincji, łowić ryby, uprawiać spływanie pontonem albo patrzenie na przelewającą się lub płynącą wodę, bądźcie ostrożni przyjeżdżając do Kulen Vakuf, bo potem już nigdzie nie zdążycie pojechać no i potem nigdzie nie będzie Wam się podobało tak jak tam. Ja się wręcz uzależniłam.