Roczne archiwum: 2017

Festiwal niedźwiedzi w Dărmănești

Czy wiecie o tym, że w jednym z krajów Unii Europejskiej końcem każdego roku ludzie przez wiele godzin tańczą ubrani w niedźwiedzie skóry, przez co wpadają w lekki trans? W dodatku w jednym miejscu gromadzą się ich setki. W Rumunii jak na razie kultywowane od stuleci tradycje mają się dobrze – tak bardzo, że oparły się najpierw chrześcijaństwu, a potem wyjątkowo paskudnej odmianie komunizmu, która doświadczyła ten kraj. Nie mam pojęcia co ma wpływ na ten fenomen. Oczywiście globalizacja jak wszędzie postępuje nieubłaganie, jednak jakimś cudem tutejsi ludzie z uporem maniaka kultywują dawne zwyczaje. Zimowa obrzędowość w Rumunii na pierwszy rzut oka wydaje się być okrutnie skomplikowana, a folklor i ilość tradycji przebogata. Jednak trzeba sobie uświadomić, że dawniej takie obrzędy miały miejsce w całej Europie a motywy powtarzały się wszędzie. Niestety u nas większość ludzi pozwoliła odrzeć się z tego ważnego elementu rzeczywistości, skupiając się zamiast tego na szalonej świątecznej  konsumpcji i mocno instytucjonalnych formach religijności. Zwyczaje związane z przemianami odbywającymi się pod koniec każdego roku przetrwały jedynie w bardzo niewielkich enklawach i społecznościach i niestety ich kultywowanie bardziej przypomina żywe muzeum, niż faktycznie jednoczy i cementuje całą społeczność jak ma to miejsce na przykład w Rumunii. Właśnie dlatego jesteśmy jako społeczeństwo tak mocno oderwani od rzeczywistości.

Wydarzenie odbywa się w takiej pięknej okolicy.

Często tak mam, że nieraz w ostatniej chwili dowiaduję się o czymś ciekawym, ale z powodu posiadania regularnej pracy nie mam możliwości rzucenia wszystkiego  z dnia na dzień, żeby znaleźć się na przykład tysiąc kilometrów od domu. Staram się za to przy następnej możliwej okazji nadrobić to co mnie ominęło i tak właśnie było z festiwalami tańczących niedźwiedzi w Rumunii. W tamtym roku przez anglojęzyczny internet i media społecznościowe przetoczyła się fala artykułów na ten temat, bo pewna amerykańska reporterka, która spędzała dzieciństwo w Rumunii, pojechała tam i wzięła udział w kilku takich właśnie festiwalach starannie je obfotografowując. Odbywają się one pod koniec roku kalendarzowego praktycznie w każdej mniejszej i większej miejscowości w należącym do Mołdawii okręgu Bacau (chodzi oczywiście o mołdawski region Rumuii, a nie o odrębny kraj). Największy z nich (i najbardziej promowany jako atrakcja turystyczna) ma miejsce w mieście Comanesti, jednak również bardzo ciekawe są te w  okolicznych mniejszych miejscowościach i wsiach. W tym roku byliśmy na dwóch niedźwiedzich festiwalach i bardzo dobrze że nie na jednym, bowiem wyraźnie się one od siebie różniły.

Godzinę przed rozpoczęciem nic nie wskazuje na to, że to właśnie tutaj będzie miał miejsce jakiś festiwal. Postaci takie jak te pojawiają się dosłownie w ostatniej chwili.

A chwilę później robi się tak i formuje się pochód przebranych postaci z rurami wypełnionymi karbidem. Na tej jest napisane „Szczęśliwego Nowego Roku”

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę że długi czerwony nos w maskach takich jak ta symbolizuje wszędzie to samo – czyli fallusa zanurzonego we krwi.

Do zespołów obrzędowych należą zarówno mężczyźni i kobiety jak i dzieci.

Niedźwiedziom towarzyszą inni przebierańcy.

Każda grupa ma transparent informujący z jakiej miejscowości pochodzą.

Miłością do zimowych festiwali w Rumunii zapałaliśmy już w roku 2014, kiedy to pojechaliśmy po raz pierwszy na festiwal „Marmația” do Sighetu Marmației. Szczerze mówiąc w tym roku też byliśmy tam przez chwilę i może nawet powstanie o tym post – zobaczymy. Jednak w porównaniu do festiwalu tańczących niedźwiedzi, festiwal „Marmația” jest znacznie bardziej ugrzeczniony. Mimo mocno szamanistycznych przebrań niektórych postaci, są także grupy typowo kolędnicze, składające się głównie z osób w strojach ludowych, śpiewających kolędy. Na  festiwalach tańczących niedźwiedzi jest dużo bardziej dziko i intensywnie, za sprawą znacznie większego hałasu generowanego przez liczne bębny oraz różnego rodzaju materiały wybuchowe domowej roboty (to bardzo piękne, że globalizacja jeszcze nie dotknęła Rumunów w tej materii) oraz niektórych ludzi przebywających w lekko odmiennym stanie świadomości.

W mołdawskim regionie Bacau w okresie od połowy grudnia do końca roku, mężczyźni, kobiety i dzieci ubierają na siebie spreparowane w całości niedźwiedzie skóry, odpowiednie rozmiarem do własnego wzrostu. W rytmie bębnów, a czasem również fletów i fujarek wykonują w korowodzie rytmiczny taniec, przez który (ci starsi często zasilani dodatkowo wysokoprocentowymi napojami) wpadają w lekki trans. Niektórzy opowiadają, że ich ciała na krótko stają się własnością niedźwiedzia. Korowody chodzą od domu do domu życząc szczęścia gospodarzom i zbierając za swoje występy drobne pieniądze. Tradycję zapoczątkowali Romowie, którzy w dawnych czasach tresowali żywe niedźwiedzie z których „występów” nierzadko się utrzymywali. Z czasem żywe zwierzęta zostały na szczęście zastąpione przez ludzi, którzy zaczęli przebierać się w ich skóry. Potem z tradycji przebierania się za niedźwiedzie całkowicie wykluczono Romów, bo posiadanie niedźwiedziej skóry stopniowo stało się wyznacznikiem bogactwa i statusu społecznego. W tej chwili niedźwiedzia skóra kosztuje kilka tysięcy dolarów i coraz głośniej mówi się o zbyt dużym trzebieniu tej najliczniejszej w Europie populacji niedźwiedzi na potrzeby karnawału, co słyszeliśmy od samych Rumunów nie biorących udziału w tych imprezach i mocno je krytykujących właśnie ze względu na generowanie popytu na niedźwiedzie skóry. Tancerze (bo chyba można tak ich nazwać) zrzeszeni są w grupach obrzędowych i biorą udział w ceremoniach w swojej miejscowości a także na festiwalach, podczas których w jednym miejscu spotyka się kilkanaście lub kilkadziesiąt grup. Oprócz tańczących niedźwiedzi występuje tam również sporo innych postaci, których przebrania posiadają rozliczne motywy szamanistyczne.  Niedźwiedź to w tradycji szamanistycznej bardzo potężne i silne zwierzę. Symbolizuje coroczny cykl przyrody – śmierć i odrodzenie się życia. Jest zwierzęciem, które co roku przechodzi na drugą stronę kiedy zapada w sen zimowy i bez szwanku z niej wraca, a więc w pewien sposób zwycięża śmierć. Dlatego oprócz fascynacji niedźwiedzią siłą i potęgą przypisywano mu z tego względu liczne nadprzyrodzone moce, a wręcz uważano za najmocniejsze zwierzę przed którym drżała cała przyroda.

Globalizacja wkracza do niektórych przebrań.

Czasem jest odrobinę ponowocześnie, albo wręcz apokaliptycznie 🙂

Na szczęście zabudowa składająca się z rozlatujących się komunistycznych bloków prawie nie występuje w Darmanesti.

Bo poza ścisłym centrum wygląda to tak.

Karnawał od zawsze był czasem przekraczania granic – własnego wieku, statusu społecznego, płci. Dlatego w przebrania właśnie na tym się koncentrują. Mężczyźni przebierają się za kobiety i odwrotnie. Młodzi ludzie na chwilę stają się bardzo starzy, przebierając się za staruszków. Drugi aspekt karnawału to odwrócenie powszechnie przyjętego porządku – jeśli więc na co dzień to co kojarzy się ze złem i mroczną stroną życia, jest spychane do podziemi i nie wychodzi na światło dzienne, w okresie karnawału dochodzi do głosu, gdyż jest on próbą oswojenia ciemnej strony naszej egzystencji. Dlatego w karnawałach mamy tak wiele przebrań za śmierć, diabły i potwory. Był to czas oswojenia mrocznych aspektów rzeczywistości, których na co dzień panicznie się bano i przepracowania tych lęków w pewien sposób. Wierzono że udobruchane w ten sposób złe moce nie pojawią się już przez cały następny rok, który będzie mógł dzięki temu upłynąć spokojnie. Dlatego pozwalano im na kontrolowaną obecność.

Ci panowie tak jakby trochę pomylili imprezy, ale nie spotykali się z wrogością. Podziwiam, że trzymali fason w temperaturze 5 stopni w cieniu i 10 w słońcu.

Bo mainstream męskich przebrań w Darmanesti dla kogoś kto nie był niedźwiedziem wyglądał tak.

Dărmănești to niewielka 15 tysięczna miejscowość leżąca w okręgu Bacau. Kiedy przyjeżdżamy tam w Sylwestrowe południe, godzinę przed rozpoczęciem festiwalu, trochę nie wiedząc czego się spodziewać i chcąc zająć jakieś dogodne miejsce do parkowania, nic nie wskazuje na to by za niedługo miał się tam odbywać jakiś festiwal. Gdyby nie to że o festiwalu dowiedzieliśmy się dużo wcześniej za pośrednictwem facebooka od lokalnych ludzi,  chyba zaczęlibyśmy nerwowo przemieszczać się po miasteczku w poszukiwaniu śladów przygotowań do imprezy. Idziemy na kawę do jedynego baru i po niespełna 40 minutach, zewsząd zaczynają pojawiać się tłumy ludzi, a grup obrzędowych jest nie mniej niż poprzedniego dnia w Comănești. Orkiestry i mnóstwo ludzi przebranych za niedźwiedzie schodzą się z trzech różnych stron i formują pochód, wszystko wygląda tak jak wczoraj, jednak dzieje się w wiele bardziej sielskiej scenerii. W ścisłym centrum Dărmănești możemy naliczyć dosłownie kilka komunistycznych bloków a tak to  dominuje niska jednorodzinna zabudowa, zza której widać rzekę i rozległe góry. Widokowo jest więc znacznie lepiej. Podoba mi się też bardzo duża chaotyczność imprezy. Policja zupełnie nie pilnuje porządku, a ludzie jakoś potrafią sami o niego zadbać. Pochód przebierańców startuje z trzech różnych miejsc i łączy się z sobą na głównym placu przed dyskontem spożywczym. Można więc bez problemu wszędzie się plątać.

Na festiwal w Dărmănești przyszli też Romowie z jakiejś pobliskiej osady (musiała być bardzo blisko bo przyszli pieszo) ubrani jakby przybyli wprost z lat osiemdziesiątych. Wszyscy mężczyźni mają wąsy, czarne kamizelki i kapelusze, a kobiety kwieciste chusty, spódnice z cekinami i… klapki na obcasach. Nie jest im zimno. Uświadamiam sobie że wieki temu widziałam tak klasycznie ubranych Romów, jakby właśnie wyszli z planu jakiegoś filmu Kusturicy. Gdzie indziej ich także dotknęła już globalizacja i w zimie chodzą w bluzach z napisami, dresach i kurtkach. Grupy obrzędowe kończą swój pochód na trawiastych błoniach w centrum miejscowości, na których porozkładały się również typowo odpustowe stoiska, sprzedające watę cukrową, kolorowe cukierki, kołatki i pistolety. Przez to wszystko można mieć wrażenie że całkiem przenieśliśmy się w czasie, gdzieś do przełomu lat 80. i 90. Zapach błota i rozdeptanej trawy jeszcze bardziej wzmacnia to wrażenie. Wpadliśmy tu w totalną dziurę czasową i kilka godzin zleciało dosłownie jak z bicza strzelił. Niestety nie mogliśmy zostać tu tak długo jak na wczorajszym festiwalu bowiem jeszcze tego samego dnia chcieliśmy przejechać 300 kilometrów i zaliczyć miejski sylwester w Klużu (Cluj-Napoca). Chociaż z drugiej strony może to i dobrze bo tak do końca nie wiadomo co zaczęłoby się tutaj dziać wieczorem, gdy rozochoceni palinką festiwalowicze zaczęliby jeszcze intensywniej korzystać z materiałów wybuchowych domowej roboty na okoliczność sylwestrowego wieczoru? Już po południu można było chwilowo postradać słuch od wybuchów, jeśli akurat znaleźliśmy się za blisko (a wiem co mówię, bo w tym roku przeszłam morderczy trening na Tajwanie, tam to dopiero kochają fajerwerki i wysadzanie wszystkiego i to podczas uroczystości religijnych). Po tych doświadczeniach „sklepowe” materiały wybuchowe, którymi ludzie w Polsce uprzykrzają życie innym (oraz ich zwierzętom domowym) w okolicach Sylwestra, to ledwie brzęczenie komara.

Jedno jest pewne, jeśli już jedziemy ten tysiąc (lub więcej) kilometrów, to zdecydowanie warto być na więcej niż jednej niedźwiedziej imprezie, bo każda z nich różni się drobnymi szczegółami, więc warto zaplanować sobie ich kilka. Główną i centralną uroczystością jest ta w Comanesti, ale te nieco mniejsze koniecznie warto odwiedzić. Na każdej niedźwiedziom towarzyszą nieco inne akcesoria, prezentują się grupy obrzędowe z innych miejscowości, kto inny przyjeżdża imprezę oglądać, a czasem oglądający ją są równie ciekawi jak to co na festiwalu jest prezentowane. Część ludzi występujących w niedźwiedzich skórach spotkaliśmy dzień  wcześniej w Comanesti, za to towarzyszyli im zupełnie inni przebierańcy.  Imprez w tym okresie roku jest tyle, że nie da się być na wszystkich. Część z nich odbywa się także przed świętami, startują w okolicach 15-17 grudnia, a następnie są kontynuowane w okresie od świąt Bożego Narodzenia do Sylwestra. Przejeżdżając w Sylwestra przez spory kawałek okręgu Bacau, widzieliśmy w kilku wioskach grupy ludzi przebranych za niedźwiedzie na pomniejszych imprezach chodzących od domu do domu – więc jest to tutaj żywa i pilnie kultywowana tradycja, która odbywa się niezależnie od organizowania festiwali.

Kulen Vakuf i Park Narodowy Una

Uwaga! właśnie odkrywam Wam kolejne super miejsce, do którego jak się już przyjedzie, to strasznie ciężko je opuścić – idealną lokalizację na zupełnie leniwe i przesympatyczne wczasy, albo stały pobyt (na emeryturę – hehe). W bardzo niewielu miejscach podobało mi się tak bardzo jak w Kulen Vakuf – na pewno znajduje się ono w mojej pierwszej piątce razem z moim najulubieńszym Penangiem no i może jeszcze niektórymi miejscami w Turcji i na Tajwanie. Będę się bardzo starać, by jak najbardziej było mi tutaj po drodze, żeby móc tu wpadać od czasu do czasu. Miasteczko Kulen Vakuf jest chyba skazane na to by kiedyś stać się turystycznym hitem, ale na razie jeszcze nim nie jest. W tej chwili wszystko jest tutaj świetne, od położenia miasteczka, jego tanią, sympatyczną i spokojną bazę turystyczno-noclegową, po okoliczne atrakcje. Jako że siedzieliśmy tam długo, skreślając z listy kilka innych miejsc po drodze, przygotujcie się na post-tasiemiec. W samej miejscowości mimo że jest mikroskopijna również jest co robić: możemy zwiedzić miejscami odrestaurowany chorwacki zamek i zupełne ruiny tureckiej twierdzy zarośnięte dereniem, oraz jedyny chyba na świecie meczet ze sklepem mięsnym na parterze. Pokręcić się po wąziutkich uliczkach i odwiedzić dwie knajpo-restauracje z czego jedną z nich bardzo sympatyczną. Chodziliśmy do niej na śniadania, obiady i kolacje, oraz jak padał deszcz. Chyba odrobinę zżyliśmy się z właścicielami oraz jej stałymi bywalcami.

Wydaje mi się, że wszystko co najgorsze Kulen Vakuf już przeszło i teraz będzie już tylko dobrze. Mam nadzieję jednak, że nie będzie aż tak „dobrze”, że obok mikroskopijnych domków i równie mikroskopijnego meczetu zaczną powstawać jakieś wielkie hotele. Miejscowość powstała w tym miejscu ze względu na strategiczne położenie. Dlaczego w okolicy stoi tyle różnych zamków i fortec? Bo wiodła tędy bardzo ważna starożytna rzymska droga łącząca Dalmację, Bośnię, Serbię i Slawonię. Znajdował się tutaj bród na rzece Unie, w miejscu którego następnie wybudowano most. Turecki wybudowany w 1703 roku nie przetrwał do naszych czasów. W dokumentach z XVIII wieku miejscowość nazywała się po turecku Džisri-kebir, co oznacza „Wielki Most”. Obecna nazwa Kulen Vakuf pochodzi od rodziny Kulenović, wielu jej członków osiągnęło znaczącą pozycję i osiągnęło rangę bega.  Obecny most jest bardzo brzydki i dość prowizorycznie sklecony z betonu i żelastwa. Wszędzie widoczne pozostałości wojny – w postaci ruin robią miejscami nieco dołujące wrażenie. Część ludzi po wojnie wyjechała na przykład do Bichacia i nigdy nie powróciła, więc budynki stoją niezamieszkałe od ponad 20 lat. Miejscowość była wielokrotnie niszczona, najpierw na początku XX wieku, potem podczas II wojny światowej w 1941 roku czetnicy dokonali tu masakry Bośniaków, a podczas wojny bałkańskiej w latach 90. podobne losy spotkały ludność serbską z tego terenu. Wydaje mi się jednak że w miejscowych wstąpiła pewna nadzieja i miasteczko zaczyna wyglądać na prawdę nieźle, nawet pomimo ruin stojących gdzieniegdzie.

Na pagórkach nad Kulen Vakuf mieszczą się takie zarośnięte muzułmańskie cmentarze. Ja takie miejsca wręcz uwielbiam.

A najbardziej popularnym drzewem jakie rośnie w okolicy są dzikie albo półdzikie derenie, chyba dziesięć razy słodsze niż u nas.

Osmańska twierdza Havala jest w całości porośnięta dereniami. W okolicy rakija z derenia kosztuje niewiele więcej niż ze standardowych owoców 🙂

Nieopodal wioski znajdują się atrakcje parku narodowego Una, a więc przede wszystkim wodospady do których udają się liczne arabskie wycieczki. Woda we wszystkich rzekach w całej Bośni jest niesamowicie czysta, a tutaj to wręcz krystaliczna. Ludzie z bardzo dużym szacunkiem podchodzą do wód w rzece, kraj zawdzięcza to także temu że praktycznie nie posiada przemysłu. To ostatni kraj w Europie, gdzie można wszędzie tak po prostu bez zastanowienia wskoczyć do rzeki żeby się ochłodzić albo popływać. My już dawno straciliśmy taką możliwość.

Tak Kulen Vakuf wygląda z twierdzy osmańskiej Havala.

A tak z zamku Ostrovica wybudowanego przez Chorwackiego króla.

A tak z perspektywy mostu na rzece. Po jego przekroczeniu dochodzi się do dwóch położonych naprzeciwko siebie knajp z jedzeniem. Zdecydowanie sympatyczniejsza to ta po lewej.

Pojechać do Kulen Vakuf to jak wpaść w totalną dziurę czasową, co dzieje się także za sprawą niezwykle terapeutycznego noclegu. W miejscowości mieści się kilka kempingów, ale najlepsze recenzje posiada ten znajdujący się na początku. Oprócz organizowania spływów po Unie, oferuje zachodnim turystom możliwość popatrzenia na coś innego niż tylko ekran jakiegoś elektronicznego wyświetlacza. Kwateruje ich mianowicie na niezwykle uroczym brzegu Uny. Wygląda to świetnie, gdyby tylko jeszcze namiotów nad rzeką było kilkukrotnie mniej, to już podobałoby mi się zupełnie. Niestety mieszkanie tuż nad rzeką to bardzo popularna atrakcja. Przy samym brzegu jest bardzo płytko i szeroko, można położyć sobie gdzieś do schłodzenia arbuza, jogurt albo piwo otaczając je kamieniami. Zastanawiające i chyba trochę smutne jest to, że tylu ludzi musiało przejechać tak dużo kilometrów z Holandii, Danii czy Niemiec by ich dzieci mogły tak po prostu pomieszkać i pobawić się nad rzeką. Mam nadzieję że bawią się także i rozbijają namioty nad swoimi rzekami. Najazd gości powodował ciągłe przerwy w dostawie prądu i ciepłej wody na kempingu, aż trudno uwierzyć by tyle awarii mogło nastąpić jedna po drugiej. Niemniej jednak siedzenie i patrzenie na rzekę nawet bez ciepłego prysznica jest fajne. Jeśli już znudzimy się patrzeniem na rzekę to między namiotami non stop walczą i kotłują małe kocięta, oraz wyjątkowo i niewiarygodnie głupi pies stanowiący chyba mieszankę wyżła z labradorem, oraz jego wioskowi kompani, w przerwach starają się jak mogę żebrać o jedzenie. Co jakiś czas właścicielka kempingu przegania towarzystwo, po czym spektakl rozpoczyna się od nowa.

Na kempingu obozuje się tuż nad brzegiem rzeki. Niektórzy jadą po to ponad tysiąc kilometrów.

Normalnie na huśtawkach znajdują się też poduszki na których wylegują się koty, lecz zostały ewakuowane z powodu ulewy.

Rzeka nad którą się mieszka wygląda tak.

A kilkanaście metrów dalej już tak.

Zamek Ostrovica

Najpierw podczas burzy z piorunami wybieramy się na chorwacki zamek Ostrovica. Leje i grzmi dość koszmarnie, na szczęście chronimy się w pięknie odrestaurowanej wieży zamkowej, która stoi sobie niezamykana. Gdyby to było u nas z pewnością zaraz znalazłby się ktoś kto zacząłby urządzać tam pijackie imprezy, a na bośniackiej prowincji wieża może stać sobie niezamykana i nic złego się jej nie dzieje. Zamek Ostrovica powstał prawdopodobnie pod koniec XIV wieku. Wybudował go potężny wojewoda chorwacki i bośniacki Wielki Książę Hrvoje Vukčić. Po raz pierwszy na temat zamku źródła hisotyczne wypowiadają się w 1407 roku a już w roku 1523 zarówno zamek jak i Kulen Vakuf dostają się w ręce Turków. Według legendy samo miasteczko dostaje się w ręce tureckie podstępem – atak odbywa się gdy wszyscy mieszkańcy są na niedzielnej mszy w kościele. Turcy znacznie rozbudowują zamek. Mierzy on ponad 100 metrów

W takiej oto fajnej wieży przeczekiwaliśmy deszcz.

Natomiast teren zamku jest totalnie zarośnięty przez chaszcze, nie da się przejść. Dopiero jak zobaczyłam go na zdjęciach to zdałam sobie sprawę jak jest duży. Za to mieliśmy zamek tylko dla siebie.

Tak prezentuje się na tle Kulen Vakuf.

A pod nim ktoś ułożył napis Tito, albo jeszcze do tej pory nikt nie zdążył go rozebrać.

Veliki vodopad na Uni

Następnie odwiedziliśmy dwa wodospady jeden mniej, a drugi bardziej słynny. Do tego mniej słynnego znajdującego się w miejscowości Martin Brod GPS wyznacza nam drogę  absurdalnie naokoło, ale z niej nie korzystamy – wybieramy najkrótszą, bo po co jechać kilkadziesiąt kilometrów zamiast jedenastu. No ale tuż za Kulen Vakuf okazuje się dlaczego. Te jedenaście, a w zasadzie mniej kilometrów, jechaliśmy przeważnie na drugim biegu, a asfalt wrócił dopiero tuż przed samym Martin Brodem, natomiast miejscowi dzielnie nas na tej drodze wyprzedzali 🙂 za to zobaczyliśmy tam ładny wodospad, z tylko jedną arabską wycieczką, pokręciliśmy się po okolicy i zjedliśmy absolutnie rewelacyjnego pstrąga wyhodowanego w krystalicznie czystej wodzie. Jeśli myśleliście że przebywanie w Kulen Vakuf daje uczucie bycia na totalnej już prowincji, to chyba nie byliście w Martin Brodzie. Kiedyś Martin Brod znajdował się po prostu w środku kraju. Okolica poprzecinana była drogami, a teraz po większości z nich nie można nawet chodzić, nie mówiąc o jeżdżeniu, ze względu na strefę przygraniczną. W pobliżu nie ma żadnego przejścia granicznego z Chorwacją, mimo że drogi istnieją. Z drugiej strony pewnie pozwala to lepiej chronić przyrodę parku narodowego, zastanawiam się jednak jak wygląda w zimie transport do i z miejscowości oraz jak jej mieszkańcy korzystają chociażby z lekarza.

Jeszcze przed rozpoczęciem się „właściwej” miejscowości Martin Brod, można wybrać się na przechadzkę wzdłuż kanionu rzeki Unac, która wpada do Uny, droga wiedzie śladami częściowo zawalonej drogi.

Nie da się dojść zbyt daleko, bo jeden z tuneli jest zagrodzony siatką.

Po drodze można oglądać takie rośliny.

I takie widoki.

Sam wodospad i jego otoczenie robią całkiem fajne wrażenie, gdyby nie to, że tuż koło niego możemy znaleźć sporo nowo wybudowanych domów. Nie wiem jaki sens ma tak intensywne zabudowanie terenów dookoła niego. Waściciele działek przekierowują drobne odnogi rzeki Uny tak by biegły przez ich podwórko. Może więc tylko tak mi się wydaje że teren parku jest dzięki znacznie okrojonej cywilizacji lepiej chroniony?

Pod wodospadem mogliśmy się też dyskretnie przyglądać jakie wakacyjne treści na swoje portale społecznościowe tworzą bardzo religijni Saudyjczycy, bo razem  z nami zwiedzała go jedna wycieczka. Lubię przyglądać się saudyjskim wycieczkom na wakacjach, bo dla mnie to (momentami odrobinę przerażający) wyjęty wprost sprzed setek lat model społeczny, opakowany w technologię i markowe rzeczy. Będąc totalnym religijnym ortodoksem, trudno mieć takiego na przykład snapchata albo facebooka, skoro większość treści które przeciętni ludzie na nich publikują (gdzie i z kim się spotkali, co wypili i co zjedli) jest dla tak pojmowanego islamu mocno niesłuszna. Prozaiczna rzecz jak zamieszczenie zdjęcia swojej rodziny na wakacjach pod wodospadem w tym przypadku jest niemożliwa do wykonania, skoro kobiet w takim absurdalnie posegregowanym społeczeństwie nie wymienia się nawet z imienia (co najwyżej określa się je grzecznościowo poprzez formę kunja, jeśli kobieta urodzi potomka), zaś twarzy kobiet nie zna nikt obcy poza najbliższą rodziną, co dopiero mówić o ich fotografowaniu. Jak więc wrzucić do internetu film z wakacji, tak by wszyscy mogli odnotować naszą obecność w jakimś egzotycznym miejscu, ale przy okazji nikogo nie pokazać? Potrzeba stworzenia treści i wrzucenia ich w internet jest jednak tak samo silna dla wszystkich, niezależnie od wyznania (takie teraz mamy czasy) i zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. W tym przypadku można przecież sfilmować sam wodospad recytując w tle własnym głosem surę Koranu i już treść wakacyjna jest, w dodatku spersonalizowana. Pan przy nas z początku trochę się krępował, ale potem przestał na nas zwracać uwagę. Szczelnie zasłonięta kobieta z dziećmi stała „po stronie kamery” by przypadkiem nie dać się sfilmować. Myślę że koniec końców film wyszedł mu całkiem ładny. Z jednej strony bardzo podoba mi się podejście „niemącenia sobą” ładnych widoków, bo ileż można oglądać zdjęć kogoś na tle czegoś. Z drugiej strony przeraża mnie pomysł przejścia przez życie w sposób całkowicie anonimowy, w dodatku miało by się to odbywać z tak pojmowanego szacunku do mnie.

Wielki wodospad na Unie (Veliki wodopad na Uni).

Woda jest bardzo czysta i mocno natleniona i mogą rozwijać się w niej przeróżne rośliny.

Niektóre tylko sezonowo jak wody jest więcej.

Wodospady Štrbački buk

Tam już niestety nie da się uniknąć tłumów. Do wodospadów, mimo że położonych w środku niczego, cały dzień ciągną prawdziwe tłumy.  Są do nich dwie drogi dojazdowe jedna od strony Bihacia, a druga od wsi Orašac położonej bardzo blisko Kulen Vakuf. Obie nie są asfaltowe.  Ta od strony Bihacia ponoć jest odrobinę górzysta, ale nią nie jechałam. Postanowiliśmy zostawić samochód tuż za Orašacem i przejść się pieszo jednak cały czas wymijały nas wolno jadące kolejki samochodów. Wzdłuż rzeki co jakiś czas znajdowały się zadaszone grzybki i miejsca do biwakowania i grillowania złowionych ryb, ale trochę średni to biwak, gdy samochody przez cały dzień nieustannie jeżdżą i śmierdzą tuż za plecami. Niestety arabscy wycieczkowicze muszą dotrzeć samochodami pod samą odwiedzaną atrakcję. Dodatkowo po bardzo miejscami wąskiej drodze jeździły busy z przyczepami wioząc pontony i amatorów spływów po rwącej rzece. Przez cały dzień można się było nieźle zakurzyć, gdyż byliśmy chyba jedynymi osobami które postanowiły pójść tam na piechotę. Za to mogliśmy skorzystać z gościnności mieszkańców po drodze, bo przy wodospadach mieści się jeszcze jedna mikroskopijna miejscowość, której nazwy nie ma na google maps ale jak przybliży się ją odpowiednio to widać nawet domowe pensjonaty w środku niczego. W jednym z nich postanowiliśmy zatrzymać się na kawę, przy okazji dostaliśmy też ciasto. Zamieszkiwał w nim niedawno owdowiały Bośniak zasobny w niemiecką emeryturę, który spędzał tu cieplejszą część roku a na zimę wracał do dzieci do Niemiec. Właściciel pensjonatu celowo umieścił na nim parasole i kaseton reklamowy lokalnego piwa Preminger, byleby tylko nie zatrzymywali się u niego Saudyjczycy. Nie rozumiał dlaczego do ich wioski od jakiegoś czasu zaczęło przyjeżdżać ich tak dużo i określał ich mianem inwazji, oraz narzekał na ich ciasne horyzonty umysłowe i religijne, oraz kupowanie ich kraju za petrodolary. Patrząc na to jak wygląda przeciętny kraj w większości składający się z pustyni, w którym temperatury dochodzą do najwyższych na świecie, spodziewam się że wycieczka nad wodospad musi być właśnie tym czego szuka się na zagranicznych wczasach, zwłaszcza jak większość innych atrakcji jest z jakiegoś powodu niesłuszna. Stąd nad wodospadami całe tłumy arabskich wycieczkowiczów, zarówno indywidualnych rodzin z kierowcą jak i większych zgrupowań. Ten wodospad jest już na tyle popularny, że staje się coraz bardziej „obudowany” w kioski z pamiątkami, lodami, miodem, pocztówkami i wszelkim innym badziewiem. Masowa turystyka zaczyna powoli się wykluwać. W końcu kraj jest mały i da się dotrzeć tutaj z Sarajewa na jednodniową wycieczkę, co pewnie wiele osób robi.

Po drodze z Orašaca do Strbačkiego Buku mijamy takie widoki.

Z jednej strony mamy piękną rzekę, za nami cały czas jeżdżą samochody na szczęście wolno.

Woda ma bogate życie wewnętrzne. Niestety turystyka samochodowa powoduje wyrzucanie śmieci przez okna samochodów i w rzece oprócz pięknych roślin dość często można spotkać różnego rodzaju plastik.

Spływy odbywają się przez cały dzień.

Jedno jest pewne, niezależnie od tego czy lubicie mieszkać na totalnej prowincji, łowić ryby, uprawiać spływanie pontonem albo patrzenie na przelewającą się lub płynącą wodę, bądźcie ostrożni przyjeżdżając do Kulen Vakuf, bo potem już nigdzie nie zdążycie pojechać no i potem nigdzie nie będzie Wam się podobało tak jak tam. Ja się wręcz uzależniłam.

Co zjeść i wypić na Słowacji

To będzie post o problemie, który miałam jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy dopiero zaczynałam samodzielnie jeździć gdziekolwiek, a najbliżej położonym, najtańszym i najprostszym rozwiązaniem by trochę pobyć „za granicą” była Słowacja. Wszyscy ludzie, z którymi wtedy jeździłam twierdzili, że zjedzenie smacznego obiadu na Słowacji jest czymś zupełnie niemożliwym. Pamiętam jak swego czasu na głębokiej słowackiej prowincji, czyli na przykład w Bardejowie, można było spotkać gastronomiczne upiory, w rodzaju mrożonej pizzy czy spaghetti zrobionego z dodatkiem keczupu, ale nawet wtedy nie były to jedyne dostępne opcje. Od tego czasu stopa życiowa na Słowacji (mimo ogromnego narzekania jej obywateli) znacznie się poprawiła i znalezienie tam czegoś smacznego nie jest specjalnie trudne. Problemy ze znalezieniem dobrego jedzenia z pewnością napotkamy jadąc mniej uczęszczanymi trasami, zwłaszcza wcześnie rano. W porównaniu z Polską mieszka tutaj znacznie mniej ludzi i nikomu nie chce się otwierać lokali wcześnie rano, część z nich nastawiona głównie na lokalnych mieszkańców otwiera się dopiero po godzinach pracy.

Pierwsze skojarzenie: Vyprážaný syr

Myśląc o kuchni słowackiej nie należy bynajmniej sądzić, że kończy się ona i zaczyna na smażonym serze (Vyprážaný syr s oblohou), bo jest to chyba pierwsze skojarzenie jakie przychodzi na myśl przeciętnemu Polakowi zapytanemu o słowackie smaki. Dla mnie smażony ser w gotowej panierce (posypce) z dodatkiem zawsze paskudnych i niejadalnych mrożonych frytek oraz majonezu z dodatkiem korniszona, to przeżycie którego na prawdę nie mam ochoty sobie fundować i cierpieć potem prawdziwych katuszy z powodu niestrawności. Ilość frytury i pustych kalorii przyprawia w tym daniu o zawrót głowy. Domowo przyrządzonego sera panierowanego w bułce tartej z dodatkiem ręcznie robionych frytek niestety na Słowacji zazwyczaj nie uświadczymy. Gdybyśmy tego typu jedzenie zamówili na przykład w Bułgarii, otrzymalibyśmy ręcznie robione i przygotowane ze świeżych ziemniaków frytki, smażone na słonecznikowym oleju i po domowemu panierowane w bułce tartej nierówne kawałki sera 🙂 niestety na Słowacji karmi się ludzi mrożonymi gotowcami. Odrobinę mniej drastyczną wersją tego samego dania jest wyprażany hermelin, czyli ser pleśniowy z dodatkiem żurawiny w towarzystwie pieczonych ziemniaków (które czasami niestety także są gotową mrożonką). Wiem że słowacki smażony ser to dla niektórych prawdziwa świętość, warto jednak odłożyć go na półkę i skupić się na bardziej jadalnych rzeczach, chyba że trafimy na lokal w którym danie od początku do końca zrobią nam ręcznie. Wtedy byłabym gotowa nawet coś takiego zamówić.

Kuchnia pasterska

Współczesna kuchnia słowacka wywodzi się z prostej kuchni, pasterskiej opartej na tanich i łatwo osiągalnych w tym rejonie produktach: mące pszennej, ziemniakach, kapuście, słoninie, oraz bryndzy. W większość najbardziej znanych dań żongluje tymi właśnie składnikami, które można napotkać w różnych konfiguracjach. Bryndzę możemy na Słowacji nabyć na prawdę dobrą i to nawet w całkiem zwyczajnym spożywczaku. Jestem w stanie uwierzyć w słowacką bryndzę widząc pasące się na pagórkach liczne stada owiec, tak samo zresztą jak w dania z baraniny i jagnięciny, bardzo popularne na przykład na Wielkanoc. Podstawowym tłuszczem służącym do doprawiania potraw jest smalec wytopiony z wieprzowych skwarków. Dania są treściwe, solidne, mocno rozgrzewające i mało pikantne. Mięso jako takie (oprócz skwarków) na co dzień w niej nie występuje. Jego małe kawałki możemy spotkać w zupach na przykład kapuścianej czy fasolowej, o których dowiecie się za chwilę. W kuchni chłopskiej większe porcje mięsa jadało się tylko w ważniejsze święta. Oczywiście w słowackich restauracjach możemy zamówić sobie dania z mięsem w roli głównej. Tak jak w polskich lokalach dominuje wieprzowina (bravčové mäso) i kurczak (kuracie mäso). Będą to jednak w większości dania smażone w panierce, oraz mocno przekombinowane rolady, i de volaille. To taka trochę nowobogacka i usiłująca udowodnić swoje arystokratyczne pochodzenie kuchnia, w rzeczywistości nie mająca z taką proweniencją niczego wspólnego. Zazwyczaj tego typu potrawy powstały w czasach głębokiego komunizmu, mając być swego rodzaju odtrutką oraz powiewem świeżości w gastronomicznej nudzie i monotonii jaka wówczas panowała. Nigdy w życiu nie zamówiłabym czegoś takiego. To tak samo jakbyśmy twierdzili, że kotlet schabowy jest tradycyjnym polskim daniem, a nie pozostałością z czasów minionego ustroju kiedy to kraj borykał się z niedoborem mięsa i trzeba było jakoś zwiększyć jego objętość.

Haluszki z bryndzą czyli Halušky s bryndzou

Kwintesencja słowackiej kuchni. Ziemniaczane kluseczki z luźnego ciasta polane roztopioną bryndzą i omaszczone słoninowymi skwarkami. Kiedyś było to dla mnie danie z gatunku tych niejadalnych, a potem się przyzwyczaiłam. Do dzisiaj trochę przeszkadza mi, że jest nieco mdłe i jeśli trafimy akurat na dużą porcję i nie zamówimy niczego do picia, to jakoś tak ciężko się z nim uporać. W zimie smakuje dużo bardziej niż w lecie, bo fajnie rozgrzewa i jest treściwe. Z folderów reklamowych na temat Słowacji, które posiadam można się dowiedzieć, że najlepsze w całej Słowacji haluszki, którymi swego czasu raczyła się nawet angielska królowa Elżbieta, zjemy w Szałasie u Franka na obrzeżach miejscowości Stara Lubovna, tuż koło polskiej granicy. Restauracja która odniosła olbrzymi sukces i jest prawdziwym ambasadorem słowackiej kuchni. Jest ogromna i cały czas się rozbudowuje, a mimo to w najbardziej obleganych godzinach możemy nie znaleźć w niej wolnego miejsca. Warto jednak chwilę poczekać jest bowiem tak olbrzymia, że prawdopodobieństwo zwolnienia się stolika w przeciągu kilku minut jest wysoce prawdopodobne. Szałas u Franka aktualnie znajduje się na trzecim miejscu na Słowacji pod względem smaczności haluszków o czym można poczytać w tym linku.

Jeśli już jesteśmy przy temacie bryndzy, to bryndzę i inne sery zakupimy w bardzo niewielkiej odległości od Szałasu w miejscowości Hniezdne, w której znajduje się spółdzielnia rolnicza Agro-Hniezdne. Niestety jej godziny otwarcia jak to na Słowacji bywa nie nastrajają do zakupów, jeśli jednak mieszkamy w okolicy, to powinno się udać. Oprócz serów wyrabiają tam także wędliny, które są mocno w stylu węgierskim z dużą ilością papryki i bardzo wyraziste w smaku. Kupimy tam także bardzo porządną słoninę, która jest składnikiem licznych tradycyjnych słowackich dań.

Tutaj na przykład strapaczki z kapustą i wielkanocną baraniną.

Tutaj zaś trzy rodzaje haluszków w Szałasie u Franka, który gościł swego czasu samą brytyjską królową.

A tutaj Gazdovsky Tanier czyli wszystko w temacie bryndzy na jednym talerzu.

Jeśli zaś chodzi o haluszki  to mam ten komfort, że mogę je sobie robić w domu. Swego czasu w czeskim kauflandzie zakupiliśmy bowiem urządzenie do robienia haluszków, a procedura ich robienia jest ekstremalnie prosta. Wystarczy drobno zmielić surowe ziemniaki (najlepiej starej polskiej odmiany o dużej zawartości skrobi, kiepsko będzie z ziemniakami z marketu, pochodzącymi z Maroka, czy Izraela) i dodać do nich trochę mąki, by całość miała luźną konsystencję umożliwiającą przesianie ciasta przez urządzenie przypominające trochę tarkę i sitko w jednym. Kluseczki wpadają do wrzątku i po chwili wypływają, co oznacza że są gotowe. Robię je w domu z dodatkiem mąki pełnoziarnistej, orkiszowej, gryczanej i każdej innej jaka tylko przyjdzie mi na myśl. Klasycznie jednak mąka powinna być pszenna i biała. Jedyne problemy napotkałam stosując mąkę wyłącznie żytnią, oraz przy kiepskiej odmianie ziemniaków z supermarketu. Wtedy po prostu kluski rozpuściły się w wodzie i całość zaczęła przypominać krochmal.

Inna wersja haluszków nosi nazwę strapačky. To te same kluseczki podane z kwaśną kapustą i słoniną. Danie przypomina nasze łazanki ale jest smaczniejsze – nie używamy przecież do niego kupnego makaronu, tylko własnoręcznie zrobione kluseczki. Czasem podobne kluski robi się z też dodatkiem jajka i wrzuca do zup.

Pierogi z bryndzą czyli Bryndzove pirohy

Bardzo interesujące wykorzystanie bryndzy – do pierogów przypominających nasze ruskie, ale znacznie bardziej wyrazistych w smaku. Uwielbiam to danie i często je zamawiam, niestety nie zawsze dobrze na tym wychodząc. Pierogi z bryndzą mogą smakować naprawdę świetnie, ale w niektórych słowackich przydrożnych lokalach (motorestach) wcale nie wstydzą podawać ich po uprzednim głębokim mrożeniu, a następnie totalnym rozgotowaniu, w wyniku czego są one niejadalne. Radzę zamawiać je tylko wtedy jeśli od pierwszego wejrzenia widać, że lokal z którym mamy do czynienia to miejsce z gatunku tych przyzwoitszych, gdzie do jakości przykłada się pewną wagę. W sumie poczujemy to też zazwyczaj nosem. Jeśli gdzieś pachnie dobrym wiejskim jedzeniem, a nie smażeliną, tym większe prawdopodobieństwo, że pierogi z bryndzą będą z gatunku tych jadalnych. Niestety czasem w lokalu, który robił dobre pierogi i zatrzymywaliśmy się w nim po drodze na kawę i śniadanie, po prostu zmienia się kucharz, (albo właściciel ) i pierogi najpierw ręcznie robione i przygotowywane na zamówienie, stają się mrożonymi gotowcami o grubym jak podeszwa i szarym cieście z wypływającym na zewnątrz farszem. W niektórych mocno prowincjonalnych częściach Słowacji zjedzenie czegoś smacznego po drodze to prawdziwe wyzwanie.

Gulasz z knedlikami

Kolejne danie obiadowe, tym razem wspólne dla Czech i Słowacji. Najczęściej spotkamy gulasz wołowy (hovädzí guľáš), albo wieprzowy czyli bravčovy. Ciekawą odmianą gulaszu wieprzowego jest gulasz szegedyński  (Segedínský guláš), zabielany śmietaną z dodatkiem kwaśnej kapusty i czerwonej sproszkowanej papryki, którą karmelizuje się na gęsim lub wieprzowym smalcu. Przepis na ten gulasz znajduje się na przykład na stronie Roberta Makłowicza.  Knedlików chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. To rodzaj drożdżowej bułki (o czeskiej proweniencji) gotowanej na parze. W wersji bułczanej dodaje się do ciasta pokrojoną w kostkę świeżą pszenną bułkę. Wszystkie gulasze idealnie nadają się na zimę, bo są mocno rozgrzewające, a najlepiej smakować będą w towarzystwie lokalnego lanego piwa. Indeks glikemiczny takiej kompozycji osiąga prawdziwe wyżyny, lepiej więc chyba nie fundować jej sobie zbyt często.

Zupa gulaszowa

Czyli kotlíkový guľáš występuje także w wersji baraniej. To zabójczo treściwa zupa z kawałkami mięsa, ziemniakami, galuszkami i dużą ilością sproszkowanej papryki.

Inne zupy

To między innymi słynna zupa czosnkowa (Cesnakova polievka), czyli klarowny rosół ze sporą ilością czosnku, grzankami i żółtym serem. Danie zazwyczaj kosztuje grosze i dobrze smakuje w towarzystwie czegoś mocno treściwego, na przykład haluszków lub gulaszu. Samą zupą raczej się zbytnio nie najemy. Niemniej jednak nawet z tak prostym jedzeniem możemy napotkać sporo problemów. W mniej smacznych lokalach dostaniemy zupę zrobioną z kostki rosołowej i z dodatkiem sztucznych polepszaczy smaku. Powierzchnia zupy będzie wtedy pokryta obrzydliwie wyglądającą jaskrawo żółtą zawiesiną, wygenerowaną przez tajemnicze składniki takiej kostki. Kolejny raz słowacka gastronomia z fajnego dania tworzy czasami prawdziwego kulinarnego upiora. Jeśli nie chcemy jeść wody z kostką rosołową, starannie wybierzmy lokal w którym jemy, kierując się najlepiej zapachem.

Kolejnymi opcjami są zupa fasolowa czyli Fazuľová polievka oraz jeszcze bardziej znana, zwłaszcza z górskich schronisk, Kapustová polievka. Obie ogromnie treściwe i niedrogie, są bardzo dobrą opcją na zjedzenie czegoś w górach. Ceny w wysokogórskich schroniskach nie są zbyt przyjazne, a taką zupę możemy zjeść już za 2 albo 3 euro. Poza tym to dania na które zazwyczaj nie trzeba długo czekać. Niestety efekty ich spożywania nie nastrajają  zbytnio do przebywania w towarzystwie, a także w zamkniętych pomieszczeniach. Z tego co pamiętam całkiem jadalne zupy (i w ogóle wszystko, miała jeszcze nie tak dawno (bo w 2015 roku) ta restauracja w Czerwonym Klasztorze (Červený Kláštor) i była to najlepsza opcja jedzeniowa w tej miejscowości. Niestety czas oczekiwania na jedzenie do najkrótszych nie należał, ale czasem już wolę poczekać, niż jeść fryturę i kostkę rosołową.

Pora na deser

W typowej słowackiej knajpie daniem deserowym będą naleśniki na słodko czyli Palacinky. Najczęściej z owocami w towarzystwie bitej śmietany i czekolady. Pozostaje mi tylko życzyć Wam, żebyście nie trafili na lokal w którym taka śmietana pochodzić będzie z puszki wypełnionej aerozolem, bo to niestety kolejne „uproszczenie” z jakim spotkamy się w mniej rzetelnie podchodzących do tematu jedzenia słowackich lokalach (piszę o tym w kółko, bo niestety jest ich sporo).  Zazwyczaj jednak jeśli już od początku lokal trzyma poziom, także deser nadaje się będzie do jedzenia. Drugą jeszcze bardziej treściwą opcją są sulance, czyli kluseczki ziemniaczane na słodko w towarzystwie masła, cukru, posypane makiem albo orzechami. Czasem ich porcja może być tak duża, że spokojnie mogą robić za drugie danie, zwłaszcza w upalny dzień. To taka  jakby wersja naszych pierogów leniwych – dania, które kojarzy mi się z barem mlecznym. Sulance są jednak innego kształtu i ich konsystencja jest bardziej zwarta.  Dość często na deser możemy zamówić także strudlę – w końcu bliskość Wiednia i austro-węgierska przeszłość dają znać o sobie. 

Sulance z makiem zatopione w maśle. Danie proste i genialne.

Co do picia

Powoli zbliżamy się do napojów. Zacznijmy od tych bezalkoholowych. We wszystkich słowackich sklepach spożywczych i lokalach gastronomicznych pierwszym napojem, który od razu rzuca się w oczy jest  kofola. To czesko-słowacka odpowiedź na coca-colę o dość oryginalnym i specyficznym smaku. Napój ten jest bardziej popularny w Czechach i na Słowacji niż jego amerykański pierwowzór. Smak zawdzięcza syropowi owocowemu, który daje smakowi coca-coli lekko ziołowy i bardziej wytrawny posmak. Napój odniósł duży sukces i mniej więcej od końca lat dziewięćdziesiątych, firma wprowadza na rynek rozmaite kompozycje smakowe napoju. Są więc kofole cytrynowe, waniliowe i świąteczne. Są one jak na mój gust totalnie niepijalne, za to oryginał „ma coś w sobie”. Od coca-coli w sumie smakuje mi bardziej, bo nie jest tak mocno gazowany. Ochotę na napicie się takiego czegoś mam może raz w roku. Na Słowacji można kupić  kofolę laną jak piwo (Čapovaná kofola), co ma stanowić alternatywę dla kierowców, ja jednak z dwojga złego wolę już chyba piwo bezalkoholowe.

Piwo

To trunek niesamowicie ważny na Słowacji. Codziennie po pracy, prawie każdy szanujący się lokalny mężczyzna idzie na jedno lub dwa do knajpy w swojej okolicy, żeby na spokojnie porozmawiać z kolegami i sąsiadami. Zresztą nie jest to wyłącznie domeną mężczyzn. Nie robi się tego po to, by tym piwem się upić, a co najwyżej lekko zrelaksować. Ma to raczej znaczenie społeczne – bardziej chodzi o to by pobyć z ludźmi.

Wszyscy piją piwa lane. Są one bardzo lekkie – rzadko mają więcej niż 5% alkoholu, w smaku świeże i orzeźwiające i z wyraźną goryczką. Te butelkowane smakują zupełnie inaczej (moim zdaniem gorzej) i dlatego przestałam je kupować. Czeskie i Słowackie piwa piję tylko w wersji lanej i na miejscu – wtedy smakują najlepiej. Nawet te z największych piwnych kombinatów w wersji lanej smakują przyzwoicie, w porównaniu do piw przemysłowych w Polsce. Oczywiście jak to zwykle bywa, piwa z dużych browarów zazwyczaj będą gorsze. Nie przypominam sobie by kiedykolwiek smakowały mi piwa Smädný Mnich, czy najbardziej podstawowa wersja piwa Zlatý Bažant. Za to całkiem przyzwoicie jak na piwa z ogromnych browarów nadal jak na mój gust smakuje piwo Šariš. Zazwyczaj jeśli już w danej knajpie jest konkretna marka piwa, to w kilku wersjach, dzięki czemu możemy wybrać sobie jego intensywność. Zazwyczaj mamy do wyboru piwo o różnej zawartości ekstraktu. Najczęściej w przypadku lagerów (svetlý ležiak) wybieramy między 10%, 11% i 12% ekstraktu. Oprócz tego mamy też zazwyczaj ciemną wersję piwa (tmave). Do piwa przykłada się tutaj dużą wagę, więc raczej nie zdarza się by było podane w złej temperaturze, lub źle nagazowane. Każda szanująca się knajpa i restauracja ma to bardzo dobrze opanowane, dlatego nawet piwa z dużych browarów, są tutaj w miarę zdatne do picia. To chyba przez częste wizyty w Czechach i na Słowacji, już od dawna nie potrafię tak po prostu napić się przemysłowego piwa w polskiej knajpie. Różnica w podejściu do tematu piwa jest tak olbrzymia, że nie jestem w stanie się przemóc. Na szczęście polski rynek piwny coraz bardziej się różnicuje i jestem w stanie znaleźć sobie jakąś niszową alternatywę w postaci piw z małych browarów. Jeśli takiej nie ma, to po prostu piwa nie piję. Uważajcie więc, bo od częstego przebywania na Słowacji może Wam się zrobić tak samo!

Horcovica

A teraz pora na coś bardziej niszowego. Tatranská Horcovica, czyli macerat korzenia zioła o nazwie Goryczka żółta (Horec žltý) w alkoholu. Roślina ma właściwości wzmacniające organizm i lecznicze dla układu pokarmowego. Działa na człowieka tym mocniej, im bardziej uszkodzony jest jego układ pokarmowy, najlepiej więc nadaje się do profilaktyki, zaś nie jest polecana dla osób cierpiących na poważne schorzenia tego układu. Sama nalewka nie jest specjalnie smaczna, przygotowuje się z niej jednak napój na ciepło, który sprzedawany jest na przykład narciarzom na stoku. Nalewkę z goryczki rozrabia się z wodą w proporcjach mniej więcej 1:1 i słodzi miodem. Powstaje z tego rewelacyjny grzaniec, gorzki korzenny smak Horcovicy znakomicie łączy się z miodem, a całość ma poniżej 10% alkoholu. Jeśli dodamy dobry i wyrazisty w smaku miód – wychodzi tam z tego prawdziwa rewelacja. Horcovicę odkryliśmy bardzo niedawno, bo w 2016 roku.  Z podobnych przyrządzanych na ciepło alkoholowych napojów, ostatnio tak bardzo smakowała mi grzana rakija w Bułgarii w roku 2010, tak więc na prawdę warto.

Horcovica – koncentrat z którego przyrządza się grzańca.

Najlepiej smakuje w towarzystwie takich widoków.

Wina

Na Słowacji zaopatrzymy się w wina i to zarówno białe jak i czerwone. Mało kto wie, że spora część słynnego rejonu winiarskiego Tokaj, znajduje się w granicach Słowacji. Od Vranowa nad Toplo’u do węgierskiej granicy rozciągają się tokajskie winnice. Niestety nie mam jak na razie żadnego doświadczenia w słowackich winach tego typu. Tokaje kupuję bowiem na Węgrzech. Najwięcej win czerwonych produkuje się na południu kraju, zwłaszcza w okolicach Bratysławy – na terenie Małokarpackiego Szlaku Winnego. Jeszcze tam nie byłam, ale jak będę, to z pewnością o tym tu napiszę. W sumie regionów winiarskich na Słowacji jest sześć (plus osobno wydzielony region tokajski), a winorośl uprawia się na tych terenach od X wieku. W uprawie znacząco dominują wina białe. Najczęściej uprawia się tutaj różne odmiany Rieslinga, Veltlínske zelené  – odmianę znaną bardzo dobrze z Moraw, oraz rulandské biele, czyli lokalną nazwę odmiany Pinot Blanc. Z win czerwonych bardzo popularne są svätovavrinecké, frankovka modrá czyli popualrny Blaufränkisch (występujący na Węgrzech pod nazwą kékfrankos) oraz modrý portugal. Takie wina najczęściej znajdziemy w sklepach. Niestety na dyskontowych półkach dominują wina stołowe, które do szczególne dobrych nie należą.

Coś mocniejszego

W tym temacie dzieje się sporo. Po pierwsze wśród wysokoprocentowych alkoholi poczesne miejsce zajmują destylaty owocowe, a to coś co bardzo mnie interesuje – napisałam nawet kiedyś posta w tym temacie.  Po drugie znajdziemy tu różne ziołowe alkohole, na przykład Tatranský čaj, 52% likier z dodatkiem górskich ziół, który bierze swój początek w nalewce robionej przez mieszkańców wysokogórskich terenów. Obecnie robi się go w fabryce, produkując rocznie 500 000 butelek, więc może nie jest to do końca to, na czym mi zależy, jednak zawsze warto poszukać źródeł pochodzenia oryginalnego przepisu i na przykład spróbować kiedyś odtworzyć coś takiego w warunkach bardziej domowych i slow foodowych. Regionem kraju, który produkuje najwięcej interesujących wysokoprocentowych alkoholi jest sąsiadujący z Polską Spisz. Wytwarza się tutaj owocowe destylaty na przykład gruszkówkę i śliwowicę, a także jałowcówkę (spišská borovička), która po prostu smakuje jak gin. Przy okazji, jeżeli już jesteśmy na Spiszu możemy także zwiedzić destylarnię wysokoprocentowych alkoholi, w której oprócz przemysłowego destylowania wódek i spirytusu, produkuje się whiskey tradycyjnymi metodami. Destylarnia znajduje się we wsi Hniezdne a nazywa się Nestville.

Wejście do destylarni Nestville. W tle ogromny silos zbożowy.

Beczki do produkcji whiskey.

Lokalny jęczmień używany do produkcji alkoholu. Słód  do produkcji whiskey przygotowywany jest tutaj od postaw.

Już nie pamiętam co to, ale podejrzewam że to ostatni etap produkcji słodu, bo zboże jest już zmielone

Dalszy proces technologiczny destylowania alkoholu w Nestville nie mógł być uwieczniony na zdjęciach, żeby firma nie padła ofiarą szpiegostwa przemysłowego. Zresztą byliśmy tam przy okazji lokalnego festynu, więc zwiedzanie odbywało się dosyć pobieżnie. Czuję że mam pewien niedosyt wiedzy na ten temat.

Słowacja jest tak często odwiedzanym przeze mnie krajem, że zastanawiałam się czy będę miała o czym w ogóle Wam napisać, bo nie dostrzegam już w tutejszej kuchni niczego co byłoby dla mnie dziwne lub nowe. W miarę jednak jak zaczęłam sobie przypominać potrawy i napoje, które próbowałam tutaj po raz pierwszy, dochodzę do wniosku, że jak na tak bliską odległość da się tutaj zjeść sporo rzeczy jakich u nas nie znajdziemy. Mnie te granice zatarły się już dość dawno temu.

 

Pięć moich ulubionych węgierskich kąpielisk

Na węgierskie kąpieliska jeżdżę regularnie przeszło siedmiu lat i na pewno odwiedziłam ponad dwadzieścia z nich. Obowiązkowo co najmniej raz do roku muszę zaliczyć pobyt w mineralnych wodach, najlepiej połączony z odwiedzeniem przy okazji jakiegoś słynnego winiarskiego regionu Węgier. Bez tego nie da się w moim przypadku, powiedzieć o „właściwie spędzonym” długim weekendzie czy wakacjach. Uwielbiam moczyć się w wodzie, która zamiast chlorem pachnie różnymi minerałami i czuć ich zapach na skórze nawet długo po wyjściu z niej (i spłukaniu się normalną wodą). Wizyta na jakimś kultowym węgierskim kąpielisku, to także absolutnie świetny pomysł na swego rodzaju podróżniczy „stop-over” w drodze na Bałkany. Z prawdziwą zgrozą i niedowierzaniem słucham o Polakach, którzy co roku tak pędzą do swojej umiłowanej Chorwacji (łamiąc po drodze wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego), że na Węgrzech nawet się nie zatrzymują. To wielki błąd i wielka szkoda. Rozumiem że części z nich nie da się pomóc, ale mam nadzieję że przekonam chociaż jedną osobę, o tym że po drodze do swojej umiłowanej Chorwacji będzie miała możliwość poobcowania przez moment z prawdziwą z „kulturą łaźniową”, której u nas niestety ze świecą szukać. Niemniej jednak pobyt na kąpielisku trwający dłużej niż pełne dwa dni, wywołuje u mnie lekkie znudzenie, więc nie jestem w stanie siedzieć w takim miejscu kilku dni pod rząd, bo preferuję bardziej aktywne spędzanie czasu, jednak dwa dni moczenia się w wodzie to dla mnie obowiązkowy, wspaniały i bardzo przyjemny punkt „do odhaczenia” którym właśnie zamierzam się z Wami podzielić.

Ilość termalnych kąpielisk na Węgrzech potrafi przyprawić o zawrót głowy. Węgry mają jedne z największych w Europie (po Islandii) zasoby wód termalnych. Źródeł jest ponoć około 1300, a w samym Budapeszcie około 80. W pewnej informacji turystycznej pewnego razu otrzymałam mapę Węgier z samymi tylko leczniczymi kąpieliskami wszelakiego typu i muszę stwierdzić, że cały kraj jest dosłownie nimi pokryty. Wystarczy zresztą przekonać się o tym wpisując w google frazę „thermal fürdő” i ocenić efekty. Myślę że, pomijając kwestię zasobności kraju w termalne źródła, w dużym stopniu jest to efekt tureckiej okupacji. Kultura łaźni na terenie Węgier bierze swój początek właśnie stamtąd – wynalazek tureckiego hammamu podbił spory kawałek świata. Wszędzie tam gdzie pojawili się Turcy razem z nimi pojawiały się także charakterystycznie pokryte kopulastymi dachami łaźnie, do których kobiety i mężczyźni chodzili w wyznaczone dni. Z takich zachowanych tureckich łaźni możemy skorzystać w Egerze i Budapeszcie.

Na kąpielisku można nawet spać, ale…

Omijam kąpieliska w których zamiast atmosfery jak z cesarsko-królewskiego uzdrowiska, dominuje dudniąca muzyka, gigantyczne plastikowe zjeżdżalnie i inne tym podobne rozwiązania.  Jeżdżę raczej na takie  bardziej „uświęcone tradycją”, niż te przypominające wodne parki. Czasem zdarza się jednak, że miejsce w którym jestem, mimo tego że teoretycznie jest mineralnym kąpieliskiem, bardziej niestety przypomina aquapark. Niestety taka tendencja zaczyna powoli dominować – zdaniem niektórych najwyraźniej nie da się już zrelaksować bez tego typu „ulepszeń”. Postaram się opisać więc tylko te kąpieliska w których ta tendencja jeszcze nie przeważa i które moim zdaniem są bardziej udane. Polecę Wam kilka miejsc, o których i tak dowiedzielibyście się z internetu, ponieważ są dość mocno znane i rozpoznawalne, a które warto rozważyć jako interesujący węgierski przystanek na przykład w drodze na Bałkany.

Kąpielisko może być przystankiem w sensie całkowicie dosłownym – wiele z nich jest połączonych z kempingami i w cenie noclegu otrzymujemy także wejściówkę na baseny, więc jeśli dysponujemy namiotem (albo jedziemy kamperem) możemy na takim przykąpieliskowym kempingu zanocować. Oczywiście w nocy lecznicze wody są nieczynne, nic nie stoi jednak na przeszkodzie żeby pójść tam wcześnie rano i rozkoszować się prawie zupełnym brakiem ludzi. Uwaga! Jeśli jednak nieopatrznie wybierzemy któryś z niezwykle popularnych wśród naszych rodaków kempingów we wschodniej części Węgier, to przez całą dobę, zamiast relaksować się na łonie natury i słuchać śpiewu ptaków, będziemy mieli okazję zapoznawać się z dudniącą, puszczaną na cały regulator, prymitywną muzyką, przy akompaniamencie wykrzykiwanych po polsku przekleństw. Nie mam pojęcia czemu kilka miejsc we wschodnich Węgrzech to prawdziwa mekka turystyczna, bardzo specyficznie zachowujących się rodaków, którzy zajmują się na nich głównie konsumowaniem przywiezionego z kraju alkoholu. Co ciekawe nie miałam takich przykrych doświadczeń z kąpieliskami położonymi na zachodzie Węgier, tam jednak Polacy znajdują się w wyraźnej mniejszości, a najwięcej gości to niemieccy i austriaccy emeryci, którzy przyjeżdżają na długie tygodnie. Dlatego po trzech zdecydowanie nieudanych postojach na kąpieliskowych kempingach, na wschodzie kraju, chyba raz na zawsze odpuszczę sobie tą dość traumatyczną „atrakcję”, mimo tego że mam tam relatywnie blisko.

Harkány

Nazwa miejscowości prawie nie do wymówienia 🙂 nie dajcie się zwieść zapisowi – wymowa jest zupełnie inna. Idealnie wręcz nadaje się na przystanek po drodze, bo otoczona jest dookoła bardzo interesującymi miejscami. Miejskim autobusem dojedziemy stąd do Peczu, a ekstremalnie blisko jest też stamtąd do Villanyi  – najbardziej cenionego przez samych Węgrów i i koneserów wina, regionu winiarskiego, produkującego wina czerwone. Tuż obok Harkány jest też całkiem ciekawy zamek w Siklos. Tak więc nie musimy siedzieć całego dnia na kąpielisku, mamy też możliwość aktywnego pokręcenia się po okolicy. Woda w Harkány pachnie cudownie, a jej zapach na długo wżera się w skórę. Wody są bardzo bogate w siarkę, a źródło ma temperaturę 62 stopni. Kąpielisko ma długą historię bo pochodzi z 1823 roku. Obecnie leczy się tu schorzenia reumatyczne, problemy ze stawami, oraz choroby skórne i schorzenia ginekologiczne. Kąpielisko jest czynne cały rok a na jego terenie znajduje się 7 basenów. Są też zjeżdżalnie i tego typu atrakcje, ale  część lecznicza jest oddzielona i trzeba do niej wykupić osobny bilet. Harkány odwiedza milion turystów rocznie, bo jest to jedno z najsłynniejszych węgierskich kąpielisk. Faktycznie na kąpielisku można usłyszeć bardzo dużo różnych języków także spoza Europy. Jest tłoczno, na szczęście część lecznicza jest odrobinę spokojniejsza, jeśli jednak szukamy bardzo spokojnego i nieco prowincjonalnego miejsca, w którym na kąpielisku jest maksimum kilkadziesiąt osób, to zdecydowanie nie powinniśmy tutaj jechać. Warto jednak wybrać to miejsce bo jest idealnym przystankiem w drodze do Bośni, a bliska odległość od Villany to atut, którego w żaden sposób nie da się przebić.

Harkany. To ta mniej oblegana część lecznicza.

Część lecznicza widziana z góry.

Kilka zdjęć, które mają Was zachęcić do zatrzymania się w tej okolicy. Piwczniki winne w Tetiye – dzielnicy Peczu.

A to wcale nie Maroko, tylko katolicka katedra w Peczu. Wnętrze jest bardzo orientalne.

A tak katedra w Peczu wygląda z zewnątrz.

W Siklos znajduje się całkiem przyjemny zamek.

Z takimi oto malowidłami.

A to piwniczki winne w Villanyi, argument absolutnie koronny, by zostać w tym rejonie jak najdłużej 🙂

Heviz

Kolejne niesamowicie słynne i historyczne kąpielisko. Już w 1795 roku hrabia Festetics György, zapoczątkował rozwój kąpieliska na jeziorze. W 1905 roku właścicielem tego terenu został browarnik z Kesztehely Vencel Reischl, który znacznie rozbudował i unowocześnił infrastrukturę kąpieliska.  W efekcie jego działań, w 1911 roku Heviz uzyskało status kąpieliska leczniczego.

Szczególnie chyba upodobane przez Rosjan, odrobinę snobistyczne, kosmopolityczne i przeznaczone dla ludzi o nieco zasobniejszym portfelu. Kiedy tam byliśmy na ulicach non stop słychać było rosyjski. Heviz to największe termalne kąpielisko na Węgrzech i przy okazji drugie co do wielkości termalne jezioro na świecie. Strumień wody jest tak duży, że wypływając rozlewa się,  tworząc duże na ponad 4 hektary głębokie jezioro, w którym cała woda wymienia się co 72 godziny. Woda w jeziorze krąży cały czas, ponieważ ciepła wypływa spod ziemi i przemieszcza się ku górze, ostatecznie osiągając temperaturę odrobinę niższą od temperatury ludzkiego ciała. Jej skład jest ponoć optymalny. To unikatowa kompozycja substancji alkalicznych i gazowych. Zawiera sodę, siarkę, wapń, magnez, siarkowodór, kwas węglowy, metan oraz związki radu. Nad jeziorem cały czas unoszą się opary które również mają właściwości lecznicze i tworzą unikalny mikroklimat. Dzięki nagazowaniu i optymalnej temperaturze, woda ta ponoć rewelacyjnie wnika w skórę.

Miejscowość jest tak znana i słynna, że posiada nawet własne lotnisko – przylatują tu samoloty z Budapesztu. Strona internetowa uzdrowiska, wyjątkowo jak na Węgry, występuje w wielu językach. Przyzwoicie zrobiona jest nawet wersja w języku polskim, gdzie można na przykład poczytać sobie o całkiem interesujących legendach związanych z jeziorem. Leczy się tutaj prawie wszystko: choroby układu mięśniowo-szkieletowego, reumatyzm, infekcje wewnętrzne, choroby kobiece, schorzenia tarczycy, różnorakie zaburzenia pracy i poszczególne narządy układu pokarmowego i wiele innych schorzeń, których nie sposób wymienić.

Kemping położony jest w bardzo korzystnym miejscu, tuż obok termalnego jeziora nad wypływającą z niego rzeczką, więc mineralne opary całą dobę się nad nim unoszą. Mimo to na samym kąpielisku podobało mi się średnio z jednej przyczyny. Jezioro jest bardzo obszerne i głębokie – miejscami ma ponad 38 metrów głębokości. Nie ma tam żadnego miejsca, gdzie można poczuć dno pod stopami, a moja miłość do wody kończy się właśnie na takiej głębokości. Na szczęście jest tam jeszcze jedna atrakcja a mianowicie błotna kąpiel. Ma formę odrębnie wydzielonego sporych rozmiarów płytkiego basenu z borowiną, w której stoi się mniej więcej na głębokość ud a mętna i czarna woda sięga nam mniej więcej do wysokości piersi. Lepiej tam nie wchodzić w jasnym stroju kąpielowym, z mojego ślady przebywania w Heviz znikły chyba po miesiącu. Całe dno jeziora pokryte jest 1,7 metrową warstwą leczniczej borowiny, o oszałamiającym mineralnym zapachu, która znakomicie oddziałuje na skórę. Warto więc sięgnąć ręką, wyjąć sobie trochę błota i posmarować nią wystającą z wody resztę ciała – robi tak większość osób, więc basen wygląda jak zasiedlony przez błotne potwory 😉 . W borowinie dość ciężko się poruszać więc żeby przejść cały basen kilka razy, można nawet nabawić się lekkich zakwasów. Babranie się w błocie z Heviz wspominam jako rewelacyjne doświadczenie.

Dookoła termalnego jeziorka rozciąga się taka oto gęstwina drzew.

Termalne jezioro Gyogy i kąpielisko termalne w Heviz.

Rośnie tutaj gatunek lilii wodnej występujący w Indiach. Wody jeziora są tak ciepłe przez cały rok, że swobodnie dają one radę przeżyć w naszym klimacie.

Kąpiele w borowinie.

Heviz leży niespełna 10 kilometrów od Balatonu. Więc oprócz samej miejscowości jest mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Na przykład balatońskie rejony winiarskie, położony tuż obok zamek w Kesztehely, czy samo słynne jezioro. Miejscowość posiada ogromne zaplecze noclegowe, oraz własną dzielnicę winnych piwniczek. Jest modnym i drogim kurortem.

Miszkolc

Kąpielisko w Miszkolcu zwane Barlangfürdő to kolejny unikat. Źródło mineralne wypływa tu z  wnętrza jaskini, która jest na tyle obszerna, i wysoka że stanowi naturalne zadaszenie. Kąpielisko ma około 150 metrów długości. Jaskinia była znana już od XIII wieku. Nieopodal wylotu jaskini, istniało wtedy opactwo benedyktyńskie, które stało w tym miejscu do XVI wieku, kiedy to zostało zburzone przez Turków. Od tego momentu Tapolca stała się miejscem niezamieszkanym. w 1743 roku podjęto pierwsze próby leczenia ludzi wodą tryskającą z jaskini – zbudowano w tym miejscu drewnianą łaźnię. W XIX wieku zastąpiono zniszczony budynek nowym, a od przełomu wieków XIX i XX rozpoczęła się kariera Tapolcy jako popularnego kurortu. Przez cały ten czas ludzie korzystali z dobrodziejstw mineralnej wody poza jaskinią. Kąpielisko w jaskini istnieje dopiero od 1959 roku. Od 1950 roku Tapolca stała się dzielnicą Miszkolca. Woda ma temperaturę 28-35 stopni, zawiera związki wapnia, magnezu, jod, brom, oraz niewielkie ilości kwasu mataborowego i metakrzemowego. Stosuje się ją w leczeniu: chorób układu ruchu i stawów, problemów z przemianą materii, nerwic oraz wyczerpania fizycznego i psychicznego. Woda pachnie zdecydowanie mniej intensywnie w porównaniu z Harkany, na skórze zostaje bardzo słaba woń mineralnej kąpieli, więc skoro komuś przeszkadza że na drugi dzień pachnie siarką, w Miszkolcu nie będzie odczuwał tego typu nieprzyjemnych doznań. Ja mam odwrotnie i lubię gdy moja skóra pachnie w ten sposób jak najdłużej.

Kąpiel w jaskini w Miszkolcu to również dość unikatowe i przyjemne doświadczenie. Jaskinia jest w wielu miejscach w bardzo estetyczny sposób podświetlona, żeby wydobyć z jej naturalnego ukształtowania wszystkie możliwe atuty. Czasem w korytarzach włączany jest dość intensywny prąd wody z którym można się trochę posiłować. Bardzo klimatyczne są też skalne korytarze którymi przechodzi się z jednej części jaskini do drugiej. Natomiast odrobinę przeszkadza mi temperatura wody, bo jak dla mnie jest nieco zbyt niska. Sporą wadą kąpieliska jest też stosunkowo niewielki wybór w miarę zdrowych opcji jedzeniowych – w kąpieliskowej restauracji dość marnie wyglądające jedzenie, składające się z gotowców i mrożonek, w kółko grzeje się w bemarach. Będąc tam, zawsze pod koniec jestem okropnie głodna.

Za to przed kąpieliskiem rozciąga się ogromny i piękny park, w którym opcji jedzeniowych mamy bardzo dużo i od biedy da się zjeść coś co nie jest ani mięsem ani fast foodem, co na Węgrzech wcale takie łatwe nie jest, o czym można poczytać w moim poście o jedzeniu na Węgrzech.

Kąpielisko dosłownie leży u podnóża Gór Bukowych, w których mamy możliwość pochodzenia po starym bukowym lesie. Kiedyś cała Europa była porośnięta takimi właśnie lasami, które w niczym nie przypominają „fabryk drewna” z idealnie równo nasadzonymi sosnami znanych z naszych czasów. W tym klimacie bukom żyje się bardzo dobrze, taki las jest o wiele ciemniejszy i bardziej klimatyczny. Bardzo blisko jest również z Miszkolca do Egeru. Jako przystanek po drodze na wakacje, Miszkolc może nie jest idealny, bo (przynajmniej ode mnie) jest położony w stosunkowo niedalekiej odległości, ale dookoła jest tyle interesujących rzeczy, że pobyt w tym rejonie jest wart osobnego krótkiego wyjazdu (jeśli jeszcze ktoś nie był).

Miszkolc kąpielisko Barlangfurdo – wejście do jaskini.

W takim naturalnym wnętrzu można o wiele lepiej się zrelaksować.

Korytarz między dwiema częściami jaskini.

Park zdrojowy z jeziorkiem.

Makó

Uwielbiam nieco zapomnianą prowincję i jeśli chcecie znaleźć się w miejscu, będącym totalnym przeciwieństwem hałaśliwego, popularnego i odrobinę snobistycznego (a miejscami tandetnego) kurortu w rodzaju Heviz, Makó będzie świetnym wyborem. Jest to po prostu urokliwe, prowincjonalne i spokojne miasteczko i w dodatku całkiem ładne. Słynie z największej jak na Węgry ilości słonecznych dni w roku, oraz upraw czosnku i cebuli. Jako lokalną ciekawostkę przytoczyć należy fakt że to właśnie w Makó w 1847 roku, urodził się słynny Joseph Pulitzer, znany z literackiej i dziennikarskiej Nagrody Pulitzera. Społeczność żydowska w mieście była bardzo liczna, o czym świadczy sporych rozmiarów synagoga. W Makó jest bardzo przyjemnie i kameralnie, za to kąpielisko Hagymatikum jest jednym z najważniejszych i największych na Węgrzech. Leczy się tutaj schorzenia reumatyczne, problemy z kręgosłupem, choroby układu nerwowego, paraliże nerwów i atrofię mięśni. Błoto z płynącej w miejscowości rzeki Maros posiada właściwości identyczne jak błoto z Morza Martwego. W uzdrowisku wykonuje się także liczne zabiegi z jego udziałem.

Uwagę zwraca interesująca architektura kąpieliska, autorem budowli jest słynny węgierski architekt Imre Makovecz – przedstawiciel nurtu architektury organicznej, czyli architektury wyzwolonej od wpływów historyzmu, a szukającej inspiracji w kształtach pochodzących wprost z natury. Makovecz to niezwykle wpływowa postać węgierskiej architektury i autor wielu znanych budowli w całym kraju. Piszą o nim, że jego styl był podwaliną węgierskiego stylu stawiania państwowych budowli po upadku komunizmu. Wszystkie budowle jego autorstwa w Makó mają nawiązywać do form uprawianych w okolicy roślin, czyli na przykład przypominać wielką cebulę. Jest to z pewnością interesujące i budzi pewien podziw za próbę wytyczenia nowej i oryginalnej stylistyki węgierskich kąpielisk, ale wywołuje u mnie mieszane uczucia. Budowle są jak na mój gust dość interesujące, lecz podobałaby mi się znacznie bardziej, gdyby głównym założeniem była tutaj większa oszczędność środków wyrazu. Projekty Makovecza są może ładne w szczegółach ale ich bryła jest dla mnie przegadana. Z jednej strony czuję się w nich dobrze, lecz z drugiej coś mi w nich przeszkadza. Jak dla mnie większa siła tkwi w dobrze przemyślanej prostocie, natomiast w budowlach Makovecza mnogość szczegółów architektonicznych odrobinę mnie przytłacza i zawsze mam wrażenie że autor budowli nieco przesadził. Wybujała i mocno wyróżniająca się forma wygląda odrobinę pretensjonalnie wśród XIX wiecznych kamienic. Jest więc w tym coś wyjątkowego, ale w całości jakoś tego „nie kupuję”. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. W Mako znajduje się też wysoko zawieszona stalowa kładka będąca jednocześnie ścieżką przyrodniczą, z której można podziwiać przyrzeczne chaszcze rosnące na brzegach rzeki Maros i w najwyższym jej miejscu zjechać na sam dół spiralną zjeżdżalnią.

Kąpielisko w Mako.

Uwagę przykuwają kolumny z twarzami.

Nie jestem do końca pewna czy w takiej scenerii można wypocząć.

Chociaż w pewien sposób na pewno wygląda to ciekawie.

Budynek mocno wyróżnia się na tle okolicy. W niektórych detalach wygląda bardzo ładnie.

A to wisząca kładka wśród przyrzecznej roślinności.

Przypominająca azjatyckie „canopy walk” rozwieszone w dżungli.

Zresztą roślinność południa Węgier trochę dżunglę przypomina.

Wygląda to bardzo relaksująco. Warto się tam wybrać z dziećmi. Z najwyższego punktu kładki można zjechać plastikową zjeżdżalnią na sam dół.

Hajdúnánás

Z Hajdúnánás nie mam żadnych zdjęć, ponieważ akurat wtedy zupełnie nie chciało mi się ich robić. Byłam tam stosunkowo krótko, ale wygląda na to, że jeszcze z pewnością tam wrócę, więc będę mieć szansę by je zrobić. To całkiem niezły punkt przystankowy w drodze do i z Rumunii. Wystarczy pobyć tam chwilę, by zorientować się, że jest to miejsce o długich tradycjach i potencjale uzdrowiskowym. Ogromne złoża wód leczniczych odkryto tu już w latach 30., a kąpielisko istnieje od lat 50. XX wieku. W 2003 roku przeszło gruntowną przebudowę. Kąpielisko otacza duży 14 hektarowy park. na którym jest także hotel i kemping. Woda z Hajdúnánás wykorzystywana jest do leczenia leczenia chorób reumatycznych, układu mięśniowo-szkieletowego i kobiecych. Miasteczko jest w miarę spokojne i kameralne, bo wszyscy pragnący rozrywek innego typu, jadą do leżących bardzo blisko Hajdúszoboszló lub Sóstófürdő. Tak więc największą zaletą miejscowości i kąpieliska jest jego położenie. Obok znajdują się znacznie bardziej słynne miejsca, dzięki temu w Hajdúnánás panuje względny spokój. Nie dość że miejscowość znajduje się dosłownie „na środku niczego”, a drogi dojazdowe do niej są bardzo, bardzo niskiej kategorii, to jeszcze samo kąpielisko znajduje się daleko od centrum miasteczka. Więc jak będziemy moczyć się w wodzie, naszego spokoju nie będą burzyć przejeżdżające tuż obok stada ciężarówek – położone tuż obok kąpielisk drogi tranzytowe, to gdzie indziej niestety dość popularne zjawisko. Hajdúnánás to nie grozi, gdyż nikomu nie zechce się raczej tłuc się właśnie tamtędy dziurawymi drogami.

Dodatkowym plusem jest możliwość zjedzenia w mieście czegoś porządnego. W centrum Hajdúnánás znajduje się bardzo sensowna jak na węgierską głęboką przygraniczną prowincję, restauracja o nazwie (oczywiście) Magyaros, która wyróżnia się (przynajmniej w momencie w którym to piszę) dość wyjątkowym jedzeniem. Horyzonty kucharza wybiegają znacznie dalej niż frytura i niezdrowa smażelina. W tym przypadku moje narzekania na brak sensownych i w miarę zdrowych opcji jedzeniowych na szczęście można włożyć między bajki. Z Hajdúnánás będziemy mieć bardzo blisko do parku narodowego Hortobagyi.

Wszystkie węgierskie kąpieliska, które lubię szczególne mocno (tak bardzo, że nie chcę się nawet dzielić informacjami o nich), posiadają kiepskie drogi dojazdowe i leżą ogólnie rzecz biorąc „nie po drodze”. Dzięki temu właśnie tak bardzo mi się one podobają. To powinna być wskazówka, jaką warto kierować się w wyborze miejsc do leniwego i spokojnego spędzania czasu na Węgrzech. Hajdúnánás jest jeszcze na tyle znane, że i tak byście łatwo je wygooglali, więc postanowiłam umieścić je w tym poście. Mam jeszcze kilka takich kąpielisk w zanadrzu i zachęcam, byście na własną rękę i spontanicznie jeździli do mniej znanych i popularnych wśród naszych rodaków miejsc, które nie są wymieniane na popularnych stronach internetowych.

Świątynie, forty i jedzenie Tainanu

Całkowicie spontanicznie korzystając z promocji lotniczej wybraliśmy się na Tajwan i był to strzał w dziesiątkę. Jeśli chodzi o zabytki to jak dla mnie creme de la creme całego wyjazdu był Tainan. To pierwsza stolica i najstarsze miasto Tajwanu. Chętnie przyrównuje się je do japońskiego Kioto. Włóczyliśmy się tu po licznych świątyniach. W mieście jest ich ponad 300 (!) i gdzie tylko byśmy nie poszli, to wszędzie się na jakąś napatoczymy.  Tainan  posiada swoistą patynę, właściwą dla byłych stolic państwa (lub prowincji) i jest artystycznym oraz intelektualnym centrum kraju, trochę jak Kraków, albo Yogyakarta. Jadąc do Tainanu możemy bardzo interesująco dosłownie zanurzyć się w historii. To zupełnie inne Chiny, nie przeorane przez Rewolucję Kulturalną,  więc całkowicie różne pod względem społecznym czy też ekonomicznym od kontynentu.

Co ciekawe, zapoznani wcześniej w górach mieszkańcy Tainanu, mówili o swoim mieście że brudne, duszne, gorące i zadymione, oraz pytali czy my na sero chcemy tam jechać. Dla nich za to największą atrakcją było moknięcie co weekend w lodowatym deszczu w górach, gdzie wreszcie, ich zdaniem, można było pooddychać pełną piersią. A ja znowuż specjalnie jadę do kraju takiego jak Tajwan, by było mi ciepło przez cały czas. Co do zadymienia trochę racji mieli, jednak tutaj samochody są bardziej nowoczesne niż w Polsce, więc problem smrodu spalin jest jak na mój gust i tak mniejszy niż u mnie w kraju, gdzie wielu ludzi jeździ kilkunastoletnimi rzęchami (a o zimowym smogu nawet nie wspomnę).

Niemniej jednak jeżdżąc po niekończących się i wyglądających cały czas identycznie przedmieściach Tainanu można nabrać odrobinę przygnębiającego wrażenia, lecz centrum miasta skutecznie nam to rekompensuje. Przedmieść Tainanu zwiedziliśmy z okien samochodu sporo, gdyż razem z nowo poznanymi znajomymi jeździliśmy w nocy po ich pracy, po znanych tylko wśród lokalnych mieszkańców kultowych restauracjach i barach serwujących słynne lokalne potrawy. Wieczorową porą wszyscy przemieszczają się w celu zjedzenia czegoś ciekawego, lub po zjedzeniu tego czegoś wracają do domu. W środku dnia jest zbyt gorąco żeby jeść. Było nam przy tym trochę  głupio, bo na Tajwanie punktem honoru jest ugoszczenie kogoś w taki sposób, by za nic nie płacił, więc musieliśmy uskuteczniać niezłe przepychanki (z pewnością niezgodne z chińską etykietą) by nie czuć się jak totalny pasożyt. Jednak nie udało nam się w tej sprawie w żaden sposób normalnie dogadać, więc do końca nie wiemy czy popełniliśmy ogromne gafy towarzyskie, czy tylko niewielkie. Warto jednak czasem mieć przy sobie coś fajnego do zostawienia „na wymianę”, tylko my nigdy niczego takiego nie mamy, bo nie chce nam się dźwigać nadprogramowych rzeczy, oraz kompletnie nie mam pomysłu co takiego miałoby to być bo rozdawanie komukolwiek jakichś turystycznych gadżetów (na przykład z wizerunkiem Polski) totalnie kłóci się z moją wizją jeżdżenia gdziekolwiek.

Następnie odwiedzaliśmy codziennie inny nocny bazar, gdyż po skończonym posiłku nasi znajomi podrzucali nas do miejsca gdzie akurat takowy się odbywał (codziennie gdzieś indziej), po czym GPS zaprowadzał nas do hotelu w środku nocy. Warto zresztą napisać coś także na temat noclegów, gdyż nocowaliśmy tu najtaniej na całej wyspie, w dodatku w najlepszych warunkach. Noclegów na pęczki jest w okolicach dworca kolejowego i są one skierowane raczej do przedsiębiorców niż plecakowych turystów. Dodatkową zaletą mieszkania w pobliżu dworca jest bliskość dzielnicy indonezyjskiej w której można zakupić i zjeść indonezyjskie specjały, które bardzo ciężko jest dostać poza Indonezją (żeby do niej dotrzeć, trzeba kierować się w prawo stojąc plecami do głównego wejścia na dworzec kolejowy). Jest ona położona dość blisko – i składa się na nią 2-3 ulice na których mieści się sporo sklepów z indonezyjskimi dobrami, firm kurierskich i cargo specjalizujących się w wysyłkach do Indonezji, oraz lokali gastronomicznych (warungów).

Świątynie Tainanu

Posiadam w tym temacie zdecydowany niedosyt. Po pierwsze Tajwańczycy rewelacyjnie edukują przyjezdnych na temat swoich świątyń. W wielu z nich można otrzymać broszury, czasem w formie pokaźnej książki, gdzie dowiemy się nie tylko o historii miejsca, ale niemal o każdej postaci i wizerunku przedstawionym w świątyni. Po drugie, poruszając się w sposób zdecydowanie chaotyczny 😉 można trafić na mniej znane lecz także absolutnie rewelacyjne małe świątynie stojące sobie między domami mieszkalnymi i odpocząć na zacienionych dziedzińcach. Albo szukając jednej znanej i słynnej zgubić się zupełnie i trafić do kilku tak ładnych, że w międzyczasie zapominamy o celu w jakim się tu znaleźliśmy. Taki tryb odwiedzania świątyń najbardziej mi się podoba i koniecznie muszę tu wrócić by dokończyć dzieła, bo Tainan świetnie nadaje się do chodzenia gdzie tylko nas oczy poniosą. Ogromna szkoda że do Tainanu dotarliśmy pod koniec wyjazdu, bo chętnie uskuteczniłabym kilkudniową włóczęgę wyłącznie po świątyniach, a  niestety dość szybko musieliśmy opuścić miasto.

Najbardziej znanymi świątyniami są (oczywiście) Mazu Temple (Ma-Tsu Temple) czyli świątynie poświęcona bogini morza Matsu – jest ich w mieście kilka – byliśmy w dwóch, Świątynia Konfucjusza, Guan Gong Temple – czyli świątynia boga wojny, Tian Gong Temple (Tiantan) – najstarsza świątynia w mieście oraz na Tajwanie, oraz City God Temple, czyli świątynia poświęcona lokalnemu bóstwu – kiedyś każde miasto w Chinach posiadało lokalne bóstwo opiekuńcze, zajmujące się na wzór władz miejskich porządkiem i zarządzaniem miastem, wyłącznie w zakresie jego zmarłych mieszkańców.

Tianhou Temple

Tianhou Temple czyli świątynia poświęcona bogini morza Mazu (Ma-tsu), znajdująca się w dzielnicy Anping, (o której dowiecie się za chwilę) jest datowana na rok 1668 więc jest to jedna z najstarszych chińskich świątyń na Tajwanie i najstarsza świątynia poświęcona tej bogini. Jej figura została przywieziona z prowincji Fujian w 1661 roku. Według legendy, kiedy podczas przewożenia figury doszło do pogorszenia się warunków morskiej żeglugi, bogini ukazała się żeglarzom i zapewniła bezpieczne dotarcie statku na wyspę. Od tej pory społeczność Tajwanu oddaje jej szczególną cześć by zapewnić sobie bezpieczną żeglugę po niespokojnym morzu. Świątynia została znacznie zniszczona przez Japończyków podczas wojny w 1985 roku i odbudowywać zaczęto ją dopiero po II wojnie światowej. W 1990 roku pożar poważnie uszkodził świątynię jednak wizerunek bogini pozostał nietknięty.

Takie rzeźbione w drewnie niesamowite kopuły znajdziemy w wielu świątyniach w Tainanie.

A to mniejsze figurki bóstw w świątyni Mazu.

Confucius temple

Teraz zobaczycie świątynię Konfucjusza, wzniesioną w roku 1665 przez Zheng Jinga z dynastii Koxinga. Służyła ona jako pierwsza szkoła, oraz instytucja skupiająca ludzi oddanych nauce i edukacji na wyspie. Zbudowano ją by przyciągnąć tutaj intelektualistów z Chin by mieli oni na wyspie swoje miejsce. Na terenie świątyni  poświęconej Konfucjuszowi zwyczajowo mieściła się także szkoła oraz znajdowały się też kwatery mieszkalne dla nauczycieli i wykładowców. Na wewnętrznych dziedzińcach możemy zobaczyć hall upamiętniający Konfucjusza oraz jego przodków z tabliczką z jego imieniem. Świątynie Konfucjusza zawsze posiadały rolę centrum kulturalnego i naukowego, cementujące społeczność i skupiające ludzi zajmujących się nauką i pracą umysłową. Obecnie świątynia spełnia rolę miejskiego parku i miejsca spotkań, ludzie przychodzą tu odpocząć od gorąca, poplotkować i pogimnastykować się. Wejście na wewnętrzny dziedziniec – okrążony podcieniami Dacheng Hall jest biletowane, można też obejrzeć wystawę chińskich instrumentów muzycznych używanych w obrzędach religijnych i o nich poczytać, ale niestety nie da się posłuchać jak brzmią.

 

Zazwyczaj w świątyniach konfucjańskich nie znajdziemy wizerunków postaci historycznych, a jedynie tabliczki z ich imionami. Tutaj jednak zrobiono wyjątek dla genialnego generała z epoki Trzech Królestw.

Tablica poświęcona Konfucjuszowi.

Jeden z dziedzińców świątyni.

Świątynia Konfucjusza ma mocno rozpoznawalny kolor murów.

War temple

Kolejną świątynią jest świątynia wojny, w której wizerunki bóstw wyglądają odrobinę przerażająco. W jej kolorystyce dominuje kolor czerwony. Świątynia ma bardzo wysokie i pomalowane na czerwono progi. W dawnych czasach uniemożliwiało to kobietom dostanie się do środka (zwłaszcza na połamanych stopach – w Chinach kobietom z wyższych sfer łamano stopy i podwijano palce). Świątynia wzniesiona na cześć Guan Di będącego patronem żołnierzy oraz braterstwa. Odbywają się tutaj również ważne państwowe rytuały. Guan Di to postać znana  z epoki Trzech Królestw. Jest on czczony zarówno przez chiński buddyzm jak i przez taoizm. Jest to postać historyczna jednak jego historia jest w dużej mierze zaciemniona przez legendy i literacką fikcję. W taoizmie to ważny obrońca ludzi przed groźnymi demonami. Jest to jedna z najstarszych i najbardziej unikatowych świątyń w kraju – jest piękna oraz odrobinę przerażająca. Dla równowagi cały kompleks świątynny składa się z wielu mniejszych pięknych i spokojnych pawilonów i dziedzińców z nieodłącznym basenem z rybkami oraz 300 letnią śliwą. Ludzie przesiadują na nich godzinami i delektują się spokojem, modląc się, medytując, czytając poezję.

Tiantan czyli ołtarz nefrytowego cesarza

Kolejną którą odwiedziliśmy to świątynia Tian Gong zwana także Tiantan (Ołtarz Nefrytowego Cesarza) – przepiękna i bardzo bogato zdobiona. Nefrytowy cesarz to chyba najważniejsze bóstwo taoizmu – jest uznawany na stwórcę świata jaki znamy oraz twórcę chińskiego zodiaku. Cesarz, który nigdy nie był na ziemi był bardzo ciekawy jak wyglądają ziemskie zwierzęta, jednak na jego wezwanie przyszło ich tylko 12 – to postaci znane z chińskiego kalendarza. Nefrytowy cesarz to bóstwo szczególnie czczone w chiński nowy rok. Mieszka w niebiańskim pałacu otoczony liczną świtą i rodziną. O świątyni mówi się nawet że to duchowe centrum Tajwanu, więc chyba nie trzeba lepszej rekomendacji by odwiedzić to miejsce.  Odwiedza je mnóstwo ludzi do późnego wieczora – na przykład po to by po pracy sobie pomedytować. Koniecznie warto ją odwiedzić. Raz w tygodniu odbywają się w niej także koncerty klasycznej muzyki chińskiej. Trafiliśmy akurat na próbę.

Fragment rzeźbionego drewnianego sufitu.

Oprócz tego byliśmy w wielu małych, rodzinnych i czasem zupełnie niemożliwych do rozszyfrowania przez osoby nie znające chińskiego, za to przepięknych jak bombonierka świątyniach. Wydaje mi się że spokojnie można by było pochodzić sobie wyłącznie po nich przez minimum 2-3 dni, tyle ich jest. Czasem są tak ukryte pomiędzy domami, że trudno uwierzyć, że oto nagle z typowej azjatyckiej spokojnej uliczki przenosimy się w tak odjechane estetycznie miejsce pełne smoków demonów i przepięknych sylwetek bogów i bogiń. Świątyń w sumie odwiedziliśmy kilkanaście więc jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb 😉

Nadmorska dzielnica Anping

Dawniej nazywała się Tayouan od nazwy plemienia tajwańskich aborygenów, którzy mieszkali w pobliżu tego miejsca. W XVII wieku Holendrzy postawili tutaj  Fort Zeelandia i zapoczątkowali osadnictwo na tym terenie. Dynastia Koxinga odzyskała Tayouan oblegając fort w latach 1661-62. Stopniowo nadmorska osada została wchłonięta przez Tainan i teraz są całkowicie zrośnięte. Anping to prawdziwy turystyczny hicior. Oczywiście mówimy tu o tłumach lokalnych a nie europejskich turystów, więc spokojnie, to nie Bangkok. Z centrum Tainanu jedzie się tu dosyć długo. Przyjechać jednak warto, chociażby po to by najeść się ostryg.

Omlet spring rolle i zupa z ostrygami.

Zjemy je tu w rewelacyjnych cenach, jakie trudno spotkać nawet w Azji, nie mówiąc już o Europie. Na ulicach Anpingu siedzi mnóstwo osób, głównie kobiet i je obiera. Ostrygi zbiera się do ogromnych koszy, a w powietrzu unosi się dość solidny zapach ryby. Oprócz ostryg, można tutaj zakupić suszone ryby, krewetki i inne morskie stworzenia, z których robi się przyprawy do zup i smażonego ryżu. Niektórzy wytwórcy takich suszonych mieszanek prowadzą swoje biznesy od dobrych kilkudziesięciu lat, co można przeczytać na szyldach sklepów. Robi się też tutaj krakersy krewetkowe oraz moje ulubione chipsy z tapioki w różnych smakach.

Suszone cuda do zupy. Zakupiłam, zużyłam, warto było.

Pani pakuje krakersy krewetkowe.

A to smażone w głębokim tłuszczu chipsy z tapioki o smaku rybno-krewetkowym zapewne (ale w Indonezji są lepsze).

Z rzeczy „do zwiedzania” można wybrać się na fort Zeelandia,  chociaż nie ma tam za bardzo czego oglądać oprócz ścian ładnie porośniętych roślinami, oraz koniecznie trzeba do leżącej nieopodal fortu świątyni Mazu, którą opisałam Wam na początku – jest przepiękna i bardzo duża.

Fragment muru fortu Zeelandia. Pogoda była akurat nie do zniesienia – totalna patelnia, chyba największa podczas całego wyjazdu. Uwielbiam upały, ale tam można było się dosłownie stopić.

Warto natomiast odwiedzić (zwiedzić) Tree house, by zobaczyć jak bardzo dobry Tajwańczycy mają gust. Tree House to po prostu porzucony dawno temu magazyn w ruinie, bardzo malowniczo porośnięty przez pnące drzewa banianu. Wyglądem trochę przypomina Angkor. Dla mnie jednak rewelacją jest sposób wyeksponowania tej „atrakcji”. Dyskretne i pasujące barierki, sensowne oświetlenie – współczesne elementy rewelacyjnie dopełniające to miejsce i tworzące nową jakość.  Nie wiem czy Tajwańczycy swój gust zawdzięczają temu, że byli okupowani przez Japonię przez co siłą rzeczy przejęli trochę nawyków kulinarnych czy właśnie estetycznych, czy też temu, że po prostu nie doświadczyli szarzyzny komunizmu. Jednak ich podejście do przestrzeni miejskiej jest wspaniałe. Wysyłałabym tam na obozy szkoleniowe twardogłowych miejskich urzędników z Polski którzy tylko betonują miasta i wykładają je kostką brukową oraz styropianem z jadowitą elewacją. Wschodnia Europa to nadal dramat pod względem miejskiej estetyki, oczywiście wszędzie zdarzają się perełki, ale mówię o ogóle.

Już widzę co z takim fajną atrakcją turystyczną zrobiliby polscy urzędnicy.

Pewnie pragnęliby wyłożyć wszystko kostką brukową i zabudować barierkami w odcinającym się kolorze.

A przetarg na rewitalizację „atrakcji” wygrałaby jakaś „mocno zaprzyjaźniona” z władzami firma, która po roku zakończyłaby działalność, zostawiając na lodzie właścicieli miejsca z psującymi się i rozpadającymi elementami rewitalizacji 😉

Fajnie byłoby zamieszkać w Anping chociażby ze względu na spokój i tamtejsze jedzenie. Dlatego dla mnie idealne byłoby dwu lub trzydniowe oglądanie świątyń, połączone z jedzeniem licznych interesujących potraw w starszej części miasta, oraz odwiedzeniem nocnych bazarów, kolejne dwa dni na inne miejskie atrakcje do których nie zdążyliśmy dotrzeć z totalnego braku czasu, oraz minimum dwa pełne dni na Anping. Jak by nie liczyć wychodzi tydzień ale jeśli chcemy załapać klimat starej stolicy, to szybciej się nie da. Mam ogromny niedosyt ale tak zawsze jest z miejscami odwiedzanymi na samym końcu wyjazdu. Dla miłośników zabytków i jedzenia to wręcz idealna miejscówka.