Miesięczne archiwum: Sierpień 2017

Dlaczego musicie pojechać do Piranu

W Słowenii mieliśmy robić różne rzeczy, na przykład chodzić po górach, ale okazało się że Istria jest tak ciekawa, że przez tych kilka dni jakie nam zostało, kursowaliśmy tylko między Piranem a Koprem i na nic więcej prawie nie starczyło już czasu. Mimo tego że średnio interesuje mnie spędzanie wakacji w miastach, choćby były nawet nie wiem jak śliczne, bo wolę zaszyć się gdzieś w krzakach na totalnej prowincji i zrelaksować, mimo niesprzyjających warunków noclegowych (mieszkaliśmy na niezbyt tanim i w dodatku beznadziejnym kempingu położonym na granicy słoweńsko-włoskiej), mimo chęci zobaczenia na szybko jak największego kawałka Słowenii i zdecydowania czy warto kiedyś w przyszłości na dłużej tutaj przyjechać, utknęliśmy w Istrii na dobre. Wybrzeże Słowenii jest dosyć zajmujące. Dlaczego siedzieliśmy tam kilka dni?

Z nowszej części Piranu do starego miasta idzie się takim deptakiem.

Przestrzeń miejska wygląda bardzo południowo. Ze względu na morski łagodny w zimie klimat, rosną tu rośliny które normalnie mamy szansę spotkać dużo dalej na południe, takie jak na przykład figowce, drzewa kaki, granaty.

A to super kiczowata wystawa sklepu na deptaku.

Kapliczka w kamienicy.

Nie poczujecie się tu jak w Polsce

Najbardziej na świecie rozczarowuje mnie, gdy specjalnie jadę na wakacje by od mojego kraju trochę odpocząć, a trafiam gdzieś, gdzie dookoła słyszę tylko polski, acha i jeszcze muszę słuchać jak wszyscy wymieniają się głupimi newsami na przykład z krajowej polityki albo przemysłu rozrywkowego, bo nie mogą przeżyć chwilę bez dostępu do medialnej kroplówki. Dlatego Chorwacja w sezonie wakacyjnym raczej dla mnie nie istnieje. Słowenia to na szczęście co innego. Spotkamy tam oczywiście rodaków, (bo jakże by nie) jednak nielicznych, a tam gdzie są oni nieliczni i nie dominują nad otoczeniem, to moim zdaniem da się jeszcze wytrzymać. Utarła się chyba opinia, że w Słowenii jest drogo, a w Chorwacji tanio? A może, że w Słowenii jest nudno? Albo wakacje w Chorwacji brzmi lepiej niż wakacje w Słowenii? Nie wiem, ale pod względem ilości rodaków na wakacjach, w Słowenii jest ich kilkudziesięciokrotnie mniej w porównaniu do oblężenia jakie przeżywa nieszczęsna Chorwacja.

W Piranie zdecydowanie warto udać się na mury miejskie, bo widoki są super.

O takie.

Unikalna mikstura

Wszystko tam na pierwszy rzut oka wygląda bardzo włosko, bo zarówno Piran jak i Koper były kiedyś weneckimi miastami, ale jednocześnie po bałkańsku i dość znajomo. Będąc na terenie dawnego państwa weneckiego, jesteśmy jednocześnie na zachodnich granicach Austro-Węgier, oraz na północy byłej komunistycznej republiki Jugosławii. Niezła mieszanka. No, a teraz jest tu Słowenia. Dlatego czuję się tam zdecydowanie ciekawiej niż we Włoszech. Ludzie są bardziej kontaktowi mili i przyjaźni i jak zwykle wdajemy się w jakieś dziwne rozmowy z bardzo dziwnymi ludźmi stojąc w piekarni w kolejce po burek. Mój mózg ma trochę trudności z zaadaptowaniem się do zastanej sytuacji, kiedy idziemy wąską uliczką która na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od jakiejś bocznej uliczki dajmy na to w Wenecji, po czym mijamy tabliczkę z nazwą i okazuje się że jest to ulica Marksa, Engelsa albo Lenina. Na szczęście tabliczki zostawiono, jako element lokalnego dziedzictwa, bo najwyraźniej w Słowenii nikt nie potrzebuje obsesyjnie rozliczać się z przeszłością i woli zapewne zająć się ważniejszymi sprawami.

Niektóre uliczki wyglądają na nie zmienione od kilkuset lat. Nikt nie przejmował się wtedy dzisiejszymi potrzebami.

A to dzwonnica katedry św. Jerzego, która wygląda jak ta słynna wenecka.

W Piranie (jak i w Koprze) jest dość sporo turystów, ale nie jest to tak szalone oblężenie jak w Dubrowniku w szczycie sezonu, gdzie wszędzie stoją absurdalnie długie kolejki po bilety do rozmaitych „atrakcji” i w zasadzie nie widać już normalnego codziennego życia spod hord przyjezdnych. Piran jest niesamowicie kompaktowy i nie ma gdzie się rozrosnąć, ani rozbudować. Możemy być pewni, że w jego pobliżu nie wybudują nagle kilkunastu hotelowych kombinatów, bo nie pozwalają na to warunki geograficzne. Miasto jest dosłownie upchane na morskim cyplu, uliczki są tak niesamowicie wąskie, że do wielu miejsc nie da się dojechać samochodem. Po Piranie trzeba chodzić! Dlatego zwolennicy podjeżdżania samochodem do turystycznych atrakcji będą raczej zawiedzeni. Chodzi się jednak bardzo przyjemnie, bo kamienice położone są ciasno obok siebie tak by prawie nie zaglądało tam słońce, zaś ulice budowano w taki sposób by wiatr łatwo mógł je przewietrzyć. Niemniej jednak osoby niezbyt przyzwyczajone do azjatyckich temperatur mogą trochę narzekać na dużą wilgotność. Baza noclegowa na starym mieście to małe hoteliki w kamienicach, więc trudno byłoby nawet znaleźć hotel wystarczająco wielki by pomieścić dajmy na to obsadę parę autokarów. Wszystko to sprawia że Piran to miejsce raczej dla turystów indywidualnych i może dlatego nie odczuwa się tam tak mocno obecności masowej turystyki. Oczywiście na obrzeżach powstają nowe hotele, ale stare miasto póki co jest zamieszkane przez normalnych i regularnych mieszkańców i nie wyludnia się jak jakaś Wenecja, która staje się pustą, niezamieszkałą i odrealnioną dekoracją.

A to sam koniec wbijającego się daleko w morze cypla, na którym położony jest Piran. Wzdłuż napotkamy rozliczne knajpy i restauracje, zazwyczaj jak z jednej strony cypla praży słońce to z drugiej wieje przyjemna bryza, a już w ogóle najbardziej sympatycznie jest tu w nocy.

Można usiąść z jakimś napojem w ręku i popatrzeć w morze.

Starówka także wygląda bardzo klimatycznie.

Zwłaszcza wieczorową porą w uliczkach jest nadspodziewanie spokojnie.

Bo knajpy zgrupowane są głównie na nadbrzeżu po obu stronach cypla, oraz na placu Tartiniego.

W sumie mogłabym zrobić jednego posta o obu miastach, jednak są one za bardzo fotogeniczne, by dało się władować tutaj mniej niż kilkadziesiąt zdjęć, więc lepiej chyba zrobić post o każdym  z osobna. Jeśli macie jeden dzień i wolicie zabytki i architekturę to lepiej wybrać Piran, bo jest straszliwie ładny i fotogeniczny 😉 jeśli zaś głównym celem Waszych wyjazdów jest jedzenie (na przykład rozlicznych owoców morza w cenach dużo rozsądniejszych niż w Chorwacji) – nie wiem czy lepszy nie byłby Koper, bo ceny w knajpach są tam raczej niższe ze względu na inny charakter miasta. Koper oprócz posiadania starówki jest dużym portem przeładunkowym (jedynym w całej Słowenii) no i reszta miasta raczej nie zachwyca swoją urodą gdyż znajdziemy tam najzwyklejsze na świecie komunistyczne bloki. Niemniej jednak Koper również ma swój klimacik i w żadnym wypadku nie warto z niego rezygnować!

Nigdy bym też nie przypuszczała, że będę tutaj spędzać czas na plaży. Zazwyczaj plaże w miastach nie grzeszą czystością, a woda często bywa zanieczyszczona i wolę po mieście pochodzić, a plażowanie zostawić sobie na bardziej wiejskie klimaty.  Tutaj zaś byliśmy totalnie zszokowani czystością wody, plaży (ani jednego najmniejszego nawet papierka i krystalicznie czysta woda),  sensowną infrastrukturą umożliwiającą umycie się po kąpieli w morzu czy wizytę w toalecie. Niewielki fragment kamienistej „plaży” jest wybetonowany i co jakiś czas do morza da się zejść po schodkach omijając przy okazji przybrzeżne kamienie. Jakoś tutaj da się wszystko tak zorganizować by było przyjemnie, miło i dostępnie dla wszystkich. Warto więc zabrać z sobą jakieś podstawowe sprzęty plażowe, bo fajnie jest w środku dnia podczas największego upału pomoczyć się w wodzie ze dwie godzinki.

Można też plażować na dziko.

A woda wygląda tak samo czysto z góry jak i z bliska.

W starej części Piranu na pewno nie zaparkujemy. Nawet płatne parkingi na obrzeżach są dość drogie, zważywszy że cały dzień parkowania kosztuje tyle co obiad z owoców morza dla dwóch osób (a w centrum 3 euro za godzinę). Znaleźliśmy na szczęście całkiem  popularne wśród miejscowych parkowisko na klepisku w krzakach, stosunkowo niedaleko bo około pół godziny pieszo od starego miasta. Widać jednak, że rokrocznie takich miejsc musi ubywać i przestrzeń zaczyna być coraz bardziej i bardziej uporządkowana. Chcąc zaparkować bezpłatnie, trzeba liczyć się z kilkukilometrową przechadzką. Wolę jednak się przejść, a za zaoszczędzone pieniądze zjeść więcej ciekawych rzeczy. Najbardziej warto najeść się tutaj ryb, a zwłaszcza owoców morza, które występują w dość przystępnych w porównaniu z Chorwacją i Włochami cenach. Owoce morza i małe rybki najczęściej się tu po prostu smaży w całości w głębokim tłuszczu i podaje z cytrynowo-zieleninową salsą, robi się też z nimi makarony i risotta. Jeśli popatrzymy na ceny mniej prestiżowych owoców morza (nie mówię tu o gigantycznych krewetkach) to w zasadzie wyniesie nas to niewiele drożej niż przeciętny obiad w jakiejś węgierskiej Csardzie 😉 gdzie zjemy dla przykładu gulasz z wołowiny i galuszki.

To jedna z najtańszych opcji jedzeniowych w mieście, jeśli chodzi o owoce morza (a w Koprze jest jeszcze taniej).

Ceny za świeże owoce morza przedstawiają się tak.

Dostaje się numerek, który potem jest wywieszany w okienku.

I odbiera się wielki półmisek pełen różnych dóbr.

Piran jest taki śliczny, również dlatego że położony na różnych wysokościach – na wzgórzach i nadmorskich skałach. Dlatego jest w nim co najmniej kilka punktów widokowych. Jednym z nich jest położona na morskim klifie katedra św. Jerzego czyli Stolna cerkev sv. Jurija z XIV wieku. Katedrę poświęcono 1344 roku,  a swój dzisiejszy wygląd zawdzięcza barokowej przebudowie, która miała miejsce w roku 1637. Dzwonnica tej katedry wzorowana jest na tej z Wenecji. Drugim punktem widokowym na który warto się wybrać są mury miejskie, wstęp kosztuje grosze. Co prawda zachował się tylko ich niewielki odcinek, ale widoki z niego są rewelacyjne. Oprócz tego idąc z nowszej do starszej części miasta trzeba pokonać kilka wzniesień i z każdego miejsca Piran przedstawia się zupełnie inaczej.

A to położona na klifie katedra św. Jerzego.

A spod niej rozciągają się takie widoki.

Na pewno jeszcze wrócę do Piranu. Jeśli chodzi o słoweńską Istrię, to dopiero nieznacznie „liznęłam temat” i byłam tu stanowczo za krótko. Włochy ze szczyptą Bałkanów (albo jak kto woli nieco „zwłoszczone” Bałkany) są dla mnie zdecydowanie ciekawsze od samych Włoch, gdzie zazwyczaj czuję się jakbym przebywała na tle jakiejś dekoracji, po której przesuwają się tłumy turystów. To zdecydowanie nie jest miejsce dla miłośników szeroko pojętego wschodu. Będąc we Włoszech nie jestem w stanie niczego zapamiętać, mój mózg wyłącza się i po powrocie czuję się trochę oszukana. W Piranie mam wrażenie, że ten cały wschód właśnie nieśmiało się zaczyna i ogromnie interesująco można wypatrywać jego pierwsze nieznaczne przesłanki. Po pobycie we Włoszech oddycham pełną piersią, po prostu zdecydowanie wolę tę stronę świata.

 

Muggia 2017

Nie jaram się Włochami. Może dlatego, że byłam tylko w najbardziej „doświadczonych przez turystykę” miejscach. Podczas tegorocznego wyjazdu moja noga postała na chwilę w Trieście i było to rozczarowujące popołudnie. Zamiast tego wolałabym lepiej wykorzystać czas i pokręcić się kolejny wieczór po słoweńskich Piranie lub Koprze. Jednak mieszkaliśmy tak blisko Triestu, że postanowiliśmy spróbować tam zajrzeć. Przyjeżdżamy późnym popołudniem a tam jedno wielkie imprezowisko, ale dość hałaśliwe i masowe, w klimacie za którym zdecydowanie nie przepadamy. Myślę że w znanych i popularnych przewodnikach określili by Triest jako miasto które posiada „vibrant nightlife” 😉 raczej niezbyt dobrze czuję się w miejscach z dudniącą muzyką i tłumem ludzi chcących jak najszybciej skutecznie sponiewierać się niezbyt wyszukanym alkoholem. W dodatku nagrzane przez cały dzień marmurowe place i przygnębiające, dość monstrualne gmachy z licznymi kolumnami oddawały ciepło, więc nie jest to raczej miejsce w którym miło spędza się upalne lato, a kto tylko ma czas i pieniądze to w wakacje stamtąd ucieka. W ścisłym centrum drzew znajdziemy bardzo niewiele i jest dość ohydnie brudno, jak przystało na miasto portowe. Dzikie tłumy turystów robiących sobie zdjęcia na tle wszystkiego trochę mnie zdziwiły, bo nie przypuszczałam że Triest jest jakimś turystycznym hitem, ale jednak magia Włoch robi swoje. Bez żalu ewakuowaliśmy się stamtąd po paru godzinach.

Natomiast podzielę się z Wami dużo lepszym odkryciem znajdującym się nieopodal. Zamiast włóczyć się bo betonowym Trieście zdecydowanie lepiej pojechać do ślicznej jak bombonierka Muggi. Nie ma tam za wiele do roboty, więc można się zupełnie poobijać i pokręcić po dość mikroskopijnej miejscowości. Jej nowocześniejsza część zrobiona jest w stylu właściwym dla włoskich nadmorskich kurortów, który to styl zdecydowanie mnie przygnębia. Za to stare miasto jest prześliczne. Po pierwsze nie jest w nim za bardzo gorąco, bo kiedyś budowano sprytnie by w wąskie uliczki zaglądało możliwie mało słońca, a jednocześnie żeby były one łatwo przewietrzane przez wiatr. Poza tym śródziemnomorska kolorystyka, lekkie zdezelowanie oraz odłażąca miejscami bardzo klimatycznie farba sprawiają, że jest tam swojsko i ludzko a nie jak na przykład w Dubrowniku, którego świecące czystością powierzchnie przypominają mi nieżywe muzeum. Stare miasto obejdziemy bardzo wolnym tempem w 2-3 godziny. Koniecznie trzeba przysiąść na kawie a najlepiej kilku. Kosztuje ona od poniżej jednego, do mniej więcej półtorej euro. Możemy wtedy zdać sobie sprawę jak bardzo świat jest niesprawiedliwy ;). Gdziekolwiek nie poszlibyśmy na kawę, będzie ona przepyszna, aromatyczna, mocna i aksamitna. Takiego stosunku jakości do ceny przenigdy nie uświadczymy u nas w kraju, gdzie za prawdziwe kawowe popłuczyny zapłacimy od 5-7 złotych wzwyż. U nas kultura prawdziwej kawy to dość niszowa sprawa, a jakość tego co można wypić w przeciętnym lokalu, który nawet czasem mieni się kawiarnią, to w porównaniu z Włochami zgroza. Ludzie dalej ekscytują się „kawą o smaku piernika” albo „waniliowym latte” zamiast skupić się na jakości składnika podstawowego.

Jedyna rzecz która kogokolwiek ożywia w tak gorące południe to kawa.

Pod parasolami tłum ludzi.

A siedząc na kawie można takie ładne widoki oglądać.

Miasteczko doskonale nadaje się do fotografowania leniwego włoskiego klimatu, którego nie czuć w przeładowanych hordami turystów z całego świata miastach molochach, gdzie wszyscy tylko pędzą by zdążyć za swoją wycieczką i odhaczyć jak najwięcej punktów programu. Zdjęcia suszącego się prania, zardzewiałych skuterów i rowerów, roślin w doniczkach i kolorowych okiennic. Ludzie przesiadujący w kawiarniach. Jest tak wzorcowo i bezbłędnie włosko, że aż trudno uwierzyć że to niemal najdalej wysunięta na wschód miejscowość na samym obrzeżu kraju, a zazwyczaj wszelkiej maści przygraniczne miejscowości przesiąknięte są różnymi wpływami i mają złożoną tożsamość. Tutaj zaś wszystko jest tak straszliwie włoskie, że mogłoby być tłem filmowym, w które i tak pewnie nikt by nie uwierzył. Piazza Duomo wygląda bardzo małomiasteczkowo i przytulnie, katedra też jest po wiejsku niskopienna, a nad miejscowością góruje miniaturowy zamek, który jest używany i zamieszkiwany przez jego właścicieli. Oprócz tego nie ma tu zbyt wiele do roboty – i bardzo dobrze.

 

Warto również przejść się do Muggia Vecchia w której mieści się park archeologiczny i znajduje romańska bazylika z XIII wieku (jej początki sięgają wieku IX). Muggia staje się modna, ponoć wille zaczynają w niej wykupywać gwiazdy telewizji i inni celebryci. Jednak w tej chwili ceny, na przykład jedzenia w knajpach, są raczej prowincjonalne i nie uderzają jakąś straszną drożyzną.

po drodze do Muggia Vecchia mijamy całkiem ładne widoki, ale część trasy jest w słońcu.

Wnętrze romańskiej bazyliki.

Dlaczego w ogóle Muggia znalazła się na moej stronie, skoro „jeżdżę na wschód”? Bo Muggia to wschodnie rubieże Włoch 😉 , więc w pewien sposób wpisuje się w tematykę, a poza tym zasłużyła sobie na osobnego posta, bo w sumie jest tu dość przyjamnie. Gdybym miała spędzić dzień w Trieście i dzień w Muggi z całą pewnością wybieram to drugie. Niemniej jednak (może to zabrzmi dla kogoś jak herezja), ale słoweńskie miasteczka Istrii były głównym celem naszego przyjazdu, a do Włoch postanowiliśmy tylko zajrzeć na chwilkę. Zdecydowanie warto wpaść tutaj na leniwy dzień, wieczorem też było bardzo ładnie.

Najpierw byłam tylko na poranno-śniadaniowej pizzy przed południem, a potem było chyba zbyt gorąco by móc zjeść cokolwiek, więc w tematach gastronomicznych czuję niestety niedosyt, bo czas spędzaliśmy głównie w Słowenii.

Kulen Vakuf i Park Narodowy Una

Uwaga! właśnie odkrywam Wam kolejne super miejsce, do którego jak się już przyjedzie, to strasznie ciężko je opuścić – idealną lokalizację na zupełnie leniwe i przesympatyczne wczasy, albo stały pobyt (na emeryturę – hehe). W bardzo niewielu miejscach podobało mi się tak bardzo jak w Kulen Vakuf – na pewno znajduje się ono w mojej pierwszej piątce razem z moim najulubieńszym Penangiem no i może jeszcze niektórymi miejscami w Turcji i na Tajwanie. Będę się bardzo starać, by jak najbardziej było mi tutaj po drodze, żeby móc tu wpadać od czasu do czasu. Miasteczko Kulen Vakuf jest chyba skazane na to by kiedyś stać się turystycznym hitem, ale na razie jeszcze nim nie jest. W tej chwili wszystko jest tutaj świetne, od położenia miasteczka, jego tanią, sympatyczną i spokojną bazę turystyczno-noclegową, po okoliczne atrakcje. Jako że siedzieliśmy tam długo, skreślając z listy kilka innych miejsc po drodze, przygotujcie się na post-tasiemiec. W samej miejscowości mimo że jest mikroskopijna również jest co robić: możemy zwiedzić miejscami odrestaurowany chorwacki zamek i zupełne ruiny tureckiej twierdzy zarośnięte dereniem, oraz jedyny chyba na świecie meczet ze sklepem mięsnym na parterze. Pokręcić się po wąziutkich uliczkach i odwiedzić dwie knajpo-restauracje z czego jedną z nich bardzo sympatyczną. Chodziliśmy do niej na śniadania, obiady i kolacje, oraz jak padał deszcz. Chyba odrobinę zżyliśmy się z właścicielami oraz jej stałymi bywalcami.

Wydaje mi się, że wszystko co najgorsze Kulen Vakuf już przeszło i teraz będzie już tylko dobrze. Mam nadzieję jednak, że nie będzie aż tak „dobrze”, że obok mikroskopijnych domków i równie mikroskopijnego meczetu zaczną powstawać jakieś wielkie hotele. Miejscowość powstała w tym miejscu ze względu na strategiczne położenie. Dlaczego w okolicy stoi tyle różnych zamków i fortec? Bo wiodła tędy bardzo ważna starożytna rzymska droga łącząca Dalmację, Bośnię, Serbię i Slawonię. Znajdował się tutaj bród na rzece Unie, w miejscu którego następnie wybudowano most. Turecki wybudowany w 1703 roku nie przetrwał do naszych czasów. W dokumentach z XVIII wieku miejscowość nazywała się po turecku Džisri-kebir, co oznacza „Wielki Most”. Obecna nazwa Kulen Vakuf pochodzi od rodziny Kulenović, wielu jej członków osiągnęło znaczącą pozycję i osiągnęło rangę bega.  Obecny most jest bardzo brzydki i dość prowizorycznie sklecony z betonu i żelastwa. Wszędzie widoczne pozostałości wojny – w postaci ruin robią miejscami nieco dołujące wrażenie. Część ludzi po wojnie wyjechała na przykład do Bichacia i nigdy nie powróciła, więc budynki stoją niezamieszkałe od ponad 20 lat. Miejscowość była wielokrotnie niszczona, najpierw na początku XX wieku, potem podczas II wojny światowej w 1941 roku czetnicy dokonali tu masakry Bośniaków, a podczas wojny bałkańskiej w latach 90. podobne losy spotkały ludność serbską z tego terenu. Wydaje mi się jednak że w miejscowych wstąpiła pewna nadzieja i miasteczko zaczyna wyglądać na prawdę nieźle, nawet pomimo ruin stojących gdzieniegdzie.

Na pagórkach nad Kulen Vakuf mieszczą się takie zarośnięte muzułmańskie cmentarze. Ja takie miejsca wręcz uwielbiam.

A najbardziej popularnym drzewem jakie rośnie w okolicy są dzikie albo półdzikie derenie, chyba dziesięć razy słodsze niż u nas.

Osmańska twierdza Havala jest w całości porośnięta dereniami. W okolicy rakija z derenia kosztuje niewiele więcej niż ze standardowych owoców 🙂

Nieopodal wioski znajdują się atrakcje parku narodowego Una, a więc przede wszystkim wodospady do których udają się liczne arabskie wycieczki. Woda we wszystkich rzekach w całej Bośni jest niesamowicie czysta, a tutaj to wręcz krystaliczna. Ludzie z bardzo dużym szacunkiem podchodzą do wód w rzece, kraj zawdzięcza to także temu że praktycznie nie posiada przemysłu. To ostatni kraj w Europie, gdzie można wszędzie tak po prostu bez zastanowienia wskoczyć do rzeki żeby się ochłodzić albo popływać. My już dawno straciliśmy taką możliwość.

Tak Kulen Vakuf wygląda z twierdzy osmańskiej Havala.

A tak z zamku Ostrovica wybudowanego przez Chorwackiego króla.

A tak z perspektywy mostu na rzece. Po jego przekroczeniu dochodzi się do dwóch położonych naprzeciwko siebie knajp z jedzeniem. Zdecydowanie sympatyczniejsza to ta po lewej.

Pojechać do Kulen Vakuf to jak wpaść w totalną dziurę czasową, co dzieje się także za sprawą niezwykle terapeutycznego noclegu. W miejscowości mieści się kilka kempingów, ale najlepsze recenzje posiada ten znajdujący się na początku. Oprócz organizowania spływów po Unie, oferuje zachodnim turystom możliwość popatrzenia na coś innego niż tylko ekran jakiegoś elektronicznego wyświetlacza. Kwateruje ich mianowicie na niezwykle uroczym brzegu Uny. Wygląda to świetnie, gdyby tylko jeszcze namiotów nad rzeką było kilkukrotnie mniej, to już podobałoby mi się zupełnie. Niestety mieszkanie tuż nad rzeką to bardzo popularna atrakcja. Przy samym brzegu jest bardzo płytko i szeroko, można położyć sobie gdzieś do schłodzenia arbuza, jogurt albo piwo otaczając je kamieniami. Zastanawiające i chyba trochę smutne jest to, że tylu ludzi musiało przejechać tak dużo kilometrów z Holandii, Danii czy Niemiec by ich dzieci mogły tak po prostu pomieszkać i pobawić się nad rzeką. Mam nadzieję że bawią się także i rozbijają namioty nad swoimi rzekami. Najazd gości powodował ciągłe przerwy w dostawie prądu i ciepłej wody na kempingu, aż trudno uwierzyć by tyle awarii mogło nastąpić jedna po drugiej. Niemniej jednak siedzenie i patrzenie na rzekę nawet bez ciepłego prysznica jest fajne. Jeśli już znudzimy się patrzeniem na rzekę to między namiotami non stop walczą i kotłują małe kocięta, oraz wyjątkowo i niewiarygodnie głupi pies stanowiący chyba mieszankę wyżła z labradorem, oraz jego wioskowi kompani, w przerwach starają się jak mogę żebrać o jedzenie. Co jakiś czas właścicielka kempingu przegania towarzystwo, po czym spektakl rozpoczyna się od nowa.

Na kempingu obozuje się tuż nad brzegiem rzeki. Niektórzy jadą po to ponad tysiąc kilometrów.

Normalnie na huśtawkach znajdują się też poduszki na których wylegują się koty, lecz zostały ewakuowane z powodu ulewy.

Rzeka nad którą się mieszka wygląda tak.

A kilkanaście metrów dalej już tak.

Zamek Ostrovica

Najpierw podczas burzy z piorunami wybieramy się na chorwacki zamek Ostrovica. Leje i grzmi dość koszmarnie, na szczęście chronimy się w pięknie odrestaurowanej wieży zamkowej, która stoi sobie niezamykana. Gdyby to było u nas z pewnością zaraz znalazłby się ktoś kto zacząłby urządzać tam pijackie imprezy, a na bośniackiej prowincji wieża może stać sobie niezamykana i nic złego się jej nie dzieje. Zamek Ostrovica powstał prawdopodobnie pod koniec XIV wieku. Wybudował go potężny wojewoda chorwacki i bośniacki Wielki Książę Hrvoje Vukčić. Po raz pierwszy na temat zamku źródła hisotyczne wypowiadają się w 1407 roku a już w roku 1523 zarówno zamek jak i Kulen Vakuf dostają się w ręce Turków. Według legendy samo miasteczko dostaje się w ręce tureckie podstępem – atak odbywa się gdy wszyscy mieszkańcy są na niedzielnej mszy w kościele. Turcy znacznie rozbudowują zamek. Mierzy on ponad 100 metrów

W takiej oto fajnej wieży przeczekiwaliśmy deszcz.

Natomiast teren zamku jest totalnie zarośnięty przez chaszcze, nie da się przejść. Dopiero jak zobaczyłam go na zdjęciach to zdałam sobie sprawę jak jest duży. Za to mieliśmy zamek tylko dla siebie.

Tak prezentuje się na tle Kulen Vakuf.

A pod nim ktoś ułożył napis Tito, albo jeszcze do tej pory nikt nie zdążył go rozebrać.

Veliki vodopad na Uni

Następnie odwiedziliśmy dwa wodospady jeden mniej, a drugi bardziej słynny. Do tego mniej słynnego znajdującego się w miejscowości Martin Brod GPS wyznacza nam drogę  absurdalnie naokoło, ale z niej nie korzystamy – wybieramy najkrótszą, bo po co jechać kilkadziesiąt kilometrów zamiast jedenastu. No ale tuż za Kulen Vakuf okazuje się dlaczego. Te jedenaście, a w zasadzie mniej kilometrów, jechaliśmy przeważnie na drugim biegu, a asfalt wrócił dopiero tuż przed samym Martin Brodem, natomiast miejscowi dzielnie nas na tej drodze wyprzedzali 🙂 za to zobaczyliśmy tam ładny wodospad, z tylko jedną arabską wycieczką, pokręciliśmy się po okolicy i zjedliśmy absolutnie rewelacyjnego pstrąga wyhodowanego w krystalicznie czystej wodzie. Jeśli myśleliście że przebywanie w Kulen Vakuf daje uczucie bycia na totalnej już prowincji, to chyba nie byliście w Martin Brodzie. Kiedyś Martin Brod znajdował się po prostu w środku kraju. Okolica poprzecinana była drogami, a teraz po większości z nich nie można nawet chodzić, nie mówiąc o jeżdżeniu, ze względu na strefę przygraniczną. W pobliżu nie ma żadnego przejścia granicznego z Chorwacją, mimo że drogi istnieją. Z drugiej strony pewnie pozwala to lepiej chronić przyrodę parku narodowego, zastanawiam się jednak jak wygląda w zimie transport do i z miejscowości oraz jak jej mieszkańcy korzystają chociażby z lekarza.

Jeszcze przed rozpoczęciem się „właściwej” miejscowości Martin Brod, można wybrać się na przechadzkę wzdłuż kanionu rzeki Unac, która wpada do Uny, droga wiedzie śladami częściowo zawalonej drogi.

Nie da się dojść zbyt daleko, bo jeden z tuneli jest zagrodzony siatką.

Po drodze można oglądać takie rośliny.

I takie widoki.

Sam wodospad i jego otoczenie robią całkiem fajne wrażenie, gdyby nie to, że tuż koło niego możemy znaleźć sporo nowo wybudowanych domów. Nie wiem jaki sens ma tak intensywne zabudowanie terenów dookoła niego. Waściciele działek przekierowują drobne odnogi rzeki Uny tak by biegły przez ich podwórko. Może więc tylko tak mi się wydaje że teren parku jest dzięki znacznie okrojonej cywilizacji lepiej chroniony?

Pod wodospadem mogliśmy się też dyskretnie przyglądać jakie wakacyjne treści na swoje portale społecznościowe tworzą bardzo religijni Saudyjczycy, bo razem  z nami zwiedzała go jedna wycieczka. Lubię przyglądać się saudyjskim wycieczkom na wakacjach, bo dla mnie to (momentami odrobinę przerażający) wyjęty wprost sprzed setek lat model społeczny, opakowany w technologię i markowe rzeczy. Będąc totalnym religijnym ortodoksem, trudno mieć takiego na przykład snapchata albo facebooka, skoro większość treści które przeciętni ludzie na nich publikują (gdzie i z kim się spotkali, co wypili i co zjedli) jest dla tak pojmowanego islamu mocno niesłuszna. Prozaiczna rzecz jak zamieszczenie zdjęcia swojej rodziny na wakacjach pod wodospadem w tym przypadku jest niemożliwa do wykonania, skoro kobiet w takim absurdalnie posegregowanym społeczeństwie nie wymienia się nawet z imienia (co najwyżej określa się je grzecznościowo poprzez formę kunja, jeśli kobieta urodzi potomka), zaś twarzy kobiet nie zna nikt obcy poza najbliższą rodziną, co dopiero mówić o ich fotografowaniu. Jak więc wrzucić do internetu film z wakacji, tak by wszyscy mogli odnotować naszą obecność w jakimś egzotycznym miejscu, ale przy okazji nikogo nie pokazać? Potrzeba stworzenia treści i wrzucenia ich w internet jest jednak tak samo silna dla wszystkich, niezależnie od wyznania (takie teraz mamy czasy) i zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. W tym przypadku można przecież sfilmować sam wodospad recytując w tle własnym głosem surę Koranu i już treść wakacyjna jest, w dodatku spersonalizowana. Pan przy nas z początku trochę się krępował, ale potem przestał na nas zwracać uwagę. Szczelnie zasłonięta kobieta z dziećmi stała „po stronie kamery” by przypadkiem nie dać się sfilmować. Myślę że koniec końców film wyszedł mu całkiem ładny. Z jednej strony bardzo podoba mi się podejście „niemącenia sobą” ładnych widoków, bo ileż można oglądać zdjęć kogoś na tle czegoś. Z drugiej strony przeraża mnie pomysł przejścia przez życie w sposób całkowicie anonimowy, w dodatku miało by się to odbywać z tak pojmowanego szacunku do mnie.

Wielki wodospad na Unie (Veliki wodopad na Uni).

Woda jest bardzo czysta i mocno natleniona i mogą rozwijać się w niej przeróżne rośliny.

Niektóre tylko sezonowo jak wody jest więcej.

Wodospady Štrbački buk

Tam już niestety nie da się uniknąć tłumów. Do wodospadów, mimo że położonych w środku niczego, cały dzień ciągną prawdziwe tłumy.  Są do nich dwie drogi dojazdowe jedna od strony Bihacia, a druga od wsi Orašac położonej bardzo blisko Kulen Vakuf. Obie nie są asfaltowe.  Ta od strony Bihacia ponoć jest odrobinę górzysta, ale nią nie jechałam. Postanowiliśmy zostawić samochód tuż za Orašacem i przejść się pieszo jednak cały czas wymijały nas wolno jadące kolejki samochodów. Wzdłuż rzeki co jakiś czas znajdowały się zadaszone grzybki i miejsca do biwakowania i grillowania złowionych ryb, ale trochę średni to biwak, gdy samochody przez cały dzień nieustannie jeżdżą i śmierdzą tuż za plecami. Niestety arabscy wycieczkowicze muszą dotrzeć samochodami pod samą odwiedzaną atrakcję. Dodatkowo po bardzo miejscami wąskiej drodze jeździły busy z przyczepami wioząc pontony i amatorów spływów po rwącej rzece. Przez cały dzień można się było nieźle zakurzyć, gdyż byliśmy chyba jedynymi osobami które postanowiły pójść tam na piechotę. Za to mogliśmy skorzystać z gościnności mieszkańców po drodze, bo przy wodospadach mieści się jeszcze jedna mikroskopijna miejscowość, której nazwy nie ma na google maps ale jak przybliży się ją odpowiednio to widać nawet domowe pensjonaty w środku niczego. W jednym z nich postanowiliśmy zatrzymać się na kawę, przy okazji dostaliśmy też ciasto. Zamieszkiwał w nim niedawno owdowiały Bośniak zasobny w niemiecką emeryturę, który spędzał tu cieplejszą część roku a na zimę wracał do dzieci do Niemiec. Właściciel pensjonatu celowo umieścił na nim parasole i kaseton reklamowy lokalnego piwa Preminger, byleby tylko nie zatrzymywali się u niego Saudyjczycy. Nie rozumiał dlaczego do ich wioski od jakiegoś czasu zaczęło przyjeżdżać ich tak dużo i określał ich mianem inwazji, oraz narzekał na ich ciasne horyzonty umysłowe i religijne, oraz kupowanie ich kraju za petrodolary. Patrząc na to jak wygląda przeciętny kraj w większości składający się z pustyni, w którym temperatury dochodzą do najwyższych na świecie, spodziewam się że wycieczka nad wodospad musi być właśnie tym czego szuka się na zagranicznych wczasach, zwłaszcza jak większość innych atrakcji jest z jakiegoś powodu niesłuszna. Stąd nad wodospadami całe tłumy arabskich wycieczkowiczów, zarówno indywidualnych rodzin z kierowcą jak i większych zgrupowań. Ten wodospad jest już na tyle popularny, że staje się coraz bardziej „obudowany” w kioski z pamiątkami, lodami, miodem, pocztówkami i wszelkim innym badziewiem. Masowa turystyka zaczyna powoli się wykluwać. W końcu kraj jest mały i da się dotrzeć tutaj z Sarajewa na jednodniową wycieczkę, co pewnie wiele osób robi.

Po drodze z Orašaca do Strbačkiego Buku mijamy takie widoki.

Z jednej strony mamy piękną rzekę, za nami cały czas jeżdżą samochody na szczęście wolno.

Woda ma bogate życie wewnętrzne. Niestety turystyka samochodowa powoduje wyrzucanie śmieci przez okna samochodów i w rzece oprócz pięknych roślin dość często można spotkać różnego rodzaju plastik.

Spływy odbywają się przez cały dzień.

Jedno jest pewne, niezależnie od tego czy lubicie mieszkać na totalnej prowincji, łowić ryby, uprawiać spływanie pontonem albo patrzenie na przelewającą się lub płynącą wodę, bądźcie ostrożni przyjeżdżając do Kulen Vakuf, bo potem już nigdzie nie zdążycie pojechać no i potem nigdzie nie będzie Wam się podobało tak jak tam. Ja się wręcz uzależniłam.

Co zjeść i wypić na Słowacji

To będzie post o problemie, który miałam jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy dopiero zaczynałam samodzielnie jeździć gdziekolwiek, a najbliżej położonym, najtańszym i najprostszym rozwiązaniem by trochę pobyć „za granicą” była Słowacja. Wszyscy ludzie, z którymi wtedy jeździłam twierdzili, że zjedzenie smacznego obiadu na Słowacji jest czymś zupełnie niemożliwym. Pamiętam jak swego czasu na głębokiej słowackiej prowincji, czyli na przykład w Bardejowie, można było spotkać gastronomiczne upiory, w rodzaju mrożonej pizzy czy spaghetti zrobionego z dodatkiem keczupu, ale nawet wtedy nie były to jedyne dostępne opcje. Od tego czasu stopa życiowa na Słowacji (mimo ogromnego narzekania jej obywateli) znacznie się poprawiła i znalezienie tam czegoś smacznego nie jest specjalnie trudne. Problemy ze znalezieniem dobrego jedzenia z pewnością napotkamy jadąc mniej uczęszczanymi trasami, zwłaszcza wcześnie rano. W porównaniu z Polską mieszka tutaj znacznie mniej ludzi i nikomu nie chce się otwierać lokali wcześnie rano, część z nich nastawiona głównie na lokalnych mieszkańców otwiera się dopiero po godzinach pracy.

Pierwsze skojarzenie: Vyprážaný syr

Myśląc o kuchni słowackiej nie należy bynajmniej sądzić, że kończy się ona i zaczyna na smażonym serze (Vyprážaný syr s oblohou), bo jest to chyba pierwsze skojarzenie jakie przychodzi na myśl przeciętnemu Polakowi zapytanemu o słowackie smaki. Dla mnie smażony ser w gotowej panierce (posypce) z dodatkiem zawsze paskudnych i niejadalnych mrożonych frytek oraz majonezu z dodatkiem korniszona, to przeżycie którego na prawdę nie mam ochoty sobie fundować i cierpieć potem prawdziwych katuszy z powodu niestrawności. Ilość frytury i pustych kalorii przyprawia w tym daniu o zawrót głowy. Domowo przyrządzonego sera panierowanego w bułce tartej z dodatkiem ręcznie robionych frytek niestety na Słowacji zazwyczaj nie uświadczymy. Gdybyśmy tego typu jedzenie zamówili na przykład w Bułgarii, otrzymalibyśmy ręcznie robione i przygotowane ze świeżych ziemniaków frytki, smażone na słonecznikowym oleju i po domowemu panierowane w bułce tartej nierówne kawałki sera 🙂 niestety na Słowacji karmi się ludzi mrożonymi gotowcami. Odrobinę mniej drastyczną wersją tego samego dania jest wyprażany hermelin, czyli ser pleśniowy z dodatkiem żurawiny w towarzystwie pieczonych ziemniaków (które czasami niestety także są gotową mrożonką). Wiem że słowacki smażony ser to dla niektórych prawdziwa świętość, warto jednak odłożyć go na półkę i skupić się na bardziej jadalnych rzeczach, chyba że trafimy na lokal w którym danie od początku do końca zrobią nam ręcznie. Wtedy byłabym gotowa nawet coś takiego zamówić.

Kuchnia pasterska

Współczesna kuchnia słowacka wywodzi się z prostej kuchni, pasterskiej opartej na tanich i łatwo osiągalnych w tym rejonie produktach: mące pszennej, ziemniakach, kapuście, słoninie, oraz bryndzy. W większość najbardziej znanych dań żongluje tymi właśnie składnikami, które można napotkać w różnych konfiguracjach. Bryndzę możemy na Słowacji nabyć na prawdę dobrą i to nawet w całkiem zwyczajnym spożywczaku. Jestem w stanie uwierzyć w słowacką bryndzę widząc pasące się na pagórkach liczne stada owiec, tak samo zresztą jak w dania z baraniny i jagnięciny, bardzo popularne na przykład na Wielkanoc. Podstawowym tłuszczem służącym do doprawiania potraw jest smalec wytopiony z wieprzowych skwarków. Dania są treściwe, solidne, mocno rozgrzewające i mało pikantne. Mięso jako takie (oprócz skwarków) na co dzień w niej nie występuje. Jego małe kawałki możemy spotkać w zupach na przykład kapuścianej czy fasolowej, o których dowiecie się za chwilę. W kuchni chłopskiej większe porcje mięsa jadało się tylko w ważniejsze święta. Oczywiście w słowackich restauracjach możemy zamówić sobie dania z mięsem w roli głównej. Tak jak w polskich lokalach dominuje wieprzowina (bravčové mäso) i kurczak (kuracie mäso). Będą to jednak w większości dania smażone w panierce, oraz mocno przekombinowane rolady, i de volaille. To taka trochę nowobogacka i usiłująca udowodnić swoje arystokratyczne pochodzenie kuchnia, w rzeczywistości nie mająca z taką proweniencją niczego wspólnego. Zazwyczaj tego typu potrawy powstały w czasach głębokiego komunizmu, mając być swego rodzaju odtrutką oraz powiewem świeżości w gastronomicznej nudzie i monotonii jaka wówczas panowała. Nigdy w życiu nie zamówiłabym czegoś takiego. To tak samo jakbyśmy twierdzili, że kotlet schabowy jest tradycyjnym polskim daniem, a nie pozostałością z czasów minionego ustroju kiedy to kraj borykał się z niedoborem mięsa i trzeba było jakoś zwiększyć jego objętość.

Haluszki z bryndzą czyli Halušky s bryndzou

Kwintesencja słowackiej kuchni. Ziemniaczane kluseczki z luźnego ciasta polane roztopioną bryndzą i omaszczone słoninowymi skwarkami. Kiedyś było to dla mnie danie z gatunku tych niejadalnych, a potem się przyzwyczaiłam. Do dzisiaj trochę przeszkadza mi, że jest nieco mdłe i jeśli trafimy akurat na dużą porcję i nie zamówimy niczego do picia, to jakoś tak ciężko się z nim uporać. W zimie smakuje dużo bardziej niż w lecie, bo fajnie rozgrzewa i jest treściwe. Z folderów reklamowych na temat Słowacji, które posiadam można się dowiedzieć, że najlepsze w całej Słowacji haluszki, którymi swego czasu raczyła się nawet angielska królowa Elżbieta, zjemy w Szałasie u Franka na obrzeżach miejscowości Stara Lubovna, tuż koło polskiej granicy. Restauracja która odniosła olbrzymi sukces i jest prawdziwym ambasadorem słowackiej kuchni. Jest ogromna i cały czas się rozbudowuje, a mimo to w najbardziej obleganych godzinach możemy nie znaleźć w niej wolnego miejsca. Warto jednak chwilę poczekać jest bowiem tak olbrzymia, że prawdopodobieństwo zwolnienia się stolika w przeciągu kilku minut jest wysoce prawdopodobne. Szałas u Franka aktualnie znajduje się na trzecim miejscu na Słowacji pod względem smaczności haluszków o czym można poczytać w tym linku.

Jeśli już jesteśmy przy temacie bryndzy, to bryndzę i inne sery zakupimy w bardzo niewielkiej odległości od Szałasu w miejscowości Hniezdne, w której znajduje się spółdzielnia rolnicza Agro-Hniezdne. Niestety jej godziny otwarcia jak to na Słowacji bywa nie nastrajają do zakupów, jeśli jednak mieszkamy w okolicy, to powinno się udać. Oprócz serów wyrabiają tam także wędliny, które są mocno w stylu węgierskim z dużą ilością papryki i bardzo wyraziste w smaku. Kupimy tam także bardzo porządną słoninę, która jest składnikiem licznych tradycyjnych słowackich dań.

Tutaj na przykład strapaczki z kapustą i wielkanocną baraniną.

Tutaj zaś trzy rodzaje haluszków w Szałasie u Franka, który gościł swego czasu samą brytyjską królową.

A tutaj Gazdovsky Tanier czyli wszystko w temacie bryndzy na jednym talerzu.

Jeśli zaś chodzi o haluszki  to mam ten komfort, że mogę je sobie robić w domu. Swego czasu w czeskim kauflandzie zakupiliśmy bowiem urządzenie do robienia haluszków, a procedura ich robienia jest ekstremalnie prosta. Wystarczy drobno zmielić surowe ziemniaki (najlepiej starej polskiej odmiany o dużej zawartości skrobi, kiepsko będzie z ziemniakami z marketu, pochodzącymi z Maroka, czy Izraela) i dodać do nich trochę mąki, by całość miała luźną konsystencję umożliwiającą przesianie ciasta przez urządzenie przypominające trochę tarkę i sitko w jednym. Kluseczki wpadają do wrzątku i po chwili wypływają, co oznacza że są gotowe. Robię je w domu z dodatkiem mąki pełnoziarnistej, orkiszowej, gryczanej i każdej innej jaka tylko przyjdzie mi na myśl. Klasycznie jednak mąka powinna być pszenna i biała. Jedyne problemy napotkałam stosując mąkę wyłącznie żytnią, oraz przy kiepskiej odmianie ziemniaków z supermarketu. Wtedy po prostu kluski rozpuściły się w wodzie i całość zaczęła przypominać krochmal.

Inna wersja haluszków nosi nazwę strapačky. To te same kluseczki podane z kwaśną kapustą i słoniną. Danie przypomina nasze łazanki ale jest smaczniejsze – nie używamy przecież do niego kupnego makaronu, tylko własnoręcznie zrobione kluseczki. Czasem podobne kluski robi się z też dodatkiem jajka i wrzuca do zup.

Pierogi z bryndzą czyli Bryndzove pirohy

Bardzo interesujące wykorzystanie bryndzy – do pierogów przypominających nasze ruskie, ale znacznie bardziej wyrazistych w smaku. Uwielbiam to danie i często je zamawiam, niestety nie zawsze dobrze na tym wychodząc. Pierogi z bryndzą mogą smakować naprawdę świetnie, ale w niektórych słowackich przydrożnych lokalach (motorestach) wcale nie wstydzą podawać ich po uprzednim głębokim mrożeniu, a następnie totalnym rozgotowaniu, w wyniku czego są one niejadalne. Radzę zamawiać je tylko wtedy jeśli od pierwszego wejrzenia widać, że lokal z którym mamy do czynienia to miejsce z gatunku tych przyzwoitszych, gdzie do jakości przykłada się pewną wagę. W sumie poczujemy to też zazwyczaj nosem. Jeśli gdzieś pachnie dobrym wiejskim jedzeniem, a nie smażeliną, tym większe prawdopodobieństwo, że pierogi z bryndzą będą z gatunku tych jadalnych. Niestety czasem w lokalu, który robił dobre pierogi i zatrzymywaliśmy się w nim po drodze na kawę i śniadanie, po prostu zmienia się kucharz, (albo właściciel ) i pierogi najpierw ręcznie robione i przygotowywane na zamówienie, stają się mrożonymi gotowcami o grubym jak podeszwa i szarym cieście z wypływającym na zewnątrz farszem. W niektórych mocno prowincjonalnych częściach Słowacji zjedzenie czegoś smacznego po drodze to prawdziwe wyzwanie.

Gulasz z knedlikami

Kolejne danie obiadowe, tym razem wspólne dla Czech i Słowacji. Najczęściej spotkamy gulasz wołowy (hovädzí guľáš), albo wieprzowy czyli bravčovy. Ciekawą odmianą gulaszu wieprzowego jest gulasz szegedyński  (Segedínský guláš), zabielany śmietaną z dodatkiem kwaśnej kapusty i czerwonej sproszkowanej papryki, którą karmelizuje się na gęsim lub wieprzowym smalcu. Przepis na ten gulasz znajduje się na przykład na stronie Roberta Makłowicza.  Knedlików chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. To rodzaj drożdżowej bułki (o czeskiej proweniencji) gotowanej na parze. W wersji bułczanej dodaje się do ciasta pokrojoną w kostkę świeżą pszenną bułkę. Wszystkie gulasze idealnie nadają się na zimę, bo są mocno rozgrzewające, a najlepiej smakować będą w towarzystwie lokalnego lanego piwa. Indeks glikemiczny takiej kompozycji osiąga prawdziwe wyżyny, lepiej więc chyba nie fundować jej sobie zbyt często.

Zupa gulaszowa

Czyli kotlíkový guľáš występuje także w wersji baraniej. To zabójczo treściwa zupa z kawałkami mięsa, ziemniakami, galuszkami i dużą ilością sproszkowanej papryki.

Inne zupy

To między innymi słynna zupa czosnkowa (Cesnakova polievka), czyli klarowny rosół ze sporą ilością czosnku, grzankami i żółtym serem. Danie zazwyczaj kosztuje grosze i dobrze smakuje w towarzystwie czegoś mocno treściwego, na przykład haluszków lub gulaszu. Samą zupą raczej się zbytnio nie najemy. Niemniej jednak nawet z tak prostym jedzeniem możemy napotkać sporo problemów. W mniej smacznych lokalach dostaniemy zupę zrobioną z kostki rosołowej i z dodatkiem sztucznych polepszaczy smaku. Powierzchnia zupy będzie wtedy pokryta obrzydliwie wyglądającą jaskrawo żółtą zawiesiną, wygenerowaną przez tajemnicze składniki takiej kostki. Kolejny raz słowacka gastronomia z fajnego dania tworzy czasami prawdziwego kulinarnego upiora. Jeśli nie chcemy jeść wody z kostką rosołową, starannie wybierzmy lokal w którym jemy, kierując się najlepiej zapachem.

Kolejnymi opcjami są zupa fasolowa czyli Fazuľová polievka oraz jeszcze bardziej znana, zwłaszcza z górskich schronisk, Kapustová polievka. Obie ogromnie treściwe i niedrogie, są bardzo dobrą opcją na zjedzenie czegoś w górach. Ceny w wysokogórskich schroniskach nie są zbyt przyjazne, a taką zupę możemy zjeść już za 2 albo 3 euro. Poza tym to dania na które zazwyczaj nie trzeba długo czekać. Niestety efekty ich spożywania nie nastrajają  zbytnio do przebywania w towarzystwie, a także w zamkniętych pomieszczeniach. Z tego co pamiętam całkiem jadalne zupy (i w ogóle wszystko, miała jeszcze nie tak dawno (bo w 2015 roku) ta restauracja w Czerwonym Klasztorze (Červený Kláštor) i była to najlepsza opcja jedzeniowa w tej miejscowości. Niestety czas oczekiwania na jedzenie do najkrótszych nie należał, ale czasem już wolę poczekać, niż jeść fryturę i kostkę rosołową.

Pora na deser

W typowej słowackiej knajpie daniem deserowym będą naleśniki na słodko czyli Palacinky. Najczęściej z owocami w towarzystwie bitej śmietany i czekolady. Pozostaje mi tylko życzyć Wam, żebyście nie trafili na lokal w którym taka śmietana pochodzić będzie z puszki wypełnionej aerozolem, bo to niestety kolejne „uproszczenie” z jakim spotkamy się w mniej rzetelnie podchodzących do tematu jedzenia słowackich lokalach (piszę o tym w kółko, bo niestety jest ich sporo).  Zazwyczaj jednak jeśli już od początku lokal trzyma poziom, także deser nadaje się będzie do jedzenia. Drugą jeszcze bardziej treściwą opcją są sulance, czyli kluseczki ziemniaczane na słodko w towarzystwie masła, cukru, posypane makiem albo orzechami. Czasem ich porcja może być tak duża, że spokojnie mogą robić za drugie danie, zwłaszcza w upalny dzień. To taka  jakby wersja naszych pierogów leniwych – dania, które kojarzy mi się z barem mlecznym. Sulance są jednak innego kształtu i ich konsystencja jest bardziej zwarta.  Dość często na deser możemy zamówić także strudlę – w końcu bliskość Wiednia i austro-węgierska przeszłość dają znać o sobie. 

Sulance z makiem zatopione w maśle. Danie proste i genialne.

Co do picia

Powoli zbliżamy się do napojów. Zacznijmy od tych bezalkoholowych. We wszystkich słowackich sklepach spożywczych i lokalach gastronomicznych pierwszym napojem, który od razu rzuca się w oczy jest  kofola. To czesko-słowacka odpowiedź na coca-colę o dość oryginalnym i specyficznym smaku. Napój ten jest bardziej popularny w Czechach i na Słowacji niż jego amerykański pierwowzór. Smak zawdzięcza syropowi owocowemu, który daje smakowi coca-coli lekko ziołowy i bardziej wytrawny posmak. Napój odniósł duży sukces i mniej więcej od końca lat dziewięćdziesiątych, firma wprowadza na rynek rozmaite kompozycje smakowe napoju. Są więc kofole cytrynowe, waniliowe i świąteczne. Są one jak na mój gust totalnie niepijalne, za to oryginał „ma coś w sobie”. Od coca-coli w sumie smakuje mi bardziej, bo nie jest tak mocno gazowany. Ochotę na napicie się takiego czegoś mam może raz w roku. Na Słowacji można kupić  kofolę laną jak piwo (Čapovaná kofola), co ma stanowić alternatywę dla kierowców, ja jednak z dwojga złego wolę już chyba piwo bezalkoholowe.

Piwo

To trunek niesamowicie ważny na Słowacji. Codziennie po pracy, prawie każdy szanujący się lokalny mężczyzna idzie na jedno lub dwa do knajpy w swojej okolicy, żeby na spokojnie porozmawiać z kolegami i sąsiadami. Zresztą nie jest to wyłącznie domeną mężczyzn. Nie robi się tego po to, by tym piwem się upić, a co najwyżej lekko zrelaksować. Ma to raczej znaczenie społeczne – bardziej chodzi o to by pobyć z ludźmi.

Wszyscy piją piwa lane. Są one bardzo lekkie – rzadko mają więcej niż 5% alkoholu, w smaku świeże i orzeźwiające i z wyraźną goryczką. Te butelkowane smakują zupełnie inaczej (moim zdaniem gorzej) i dlatego przestałam je kupować. Czeskie i Słowackie piwa piję tylko w wersji lanej i na miejscu – wtedy smakują najlepiej. Nawet te z największych piwnych kombinatów w wersji lanej smakują przyzwoicie, w porównaniu do piw przemysłowych w Polsce. Oczywiście jak to zwykle bywa, piwa z dużych browarów zazwyczaj będą gorsze. Nie przypominam sobie by kiedykolwiek smakowały mi piwa Smädný Mnich, czy najbardziej podstawowa wersja piwa Zlatý Bažant. Za to całkiem przyzwoicie jak na piwa z ogromnych browarów nadal jak na mój gust smakuje piwo Šariš. Zazwyczaj jeśli już w danej knajpie jest konkretna marka piwa, to w kilku wersjach, dzięki czemu możemy wybrać sobie jego intensywność. Zazwyczaj mamy do wyboru piwo o różnej zawartości ekstraktu. Najczęściej w przypadku lagerów (svetlý ležiak) wybieramy między 10%, 11% i 12% ekstraktu. Oprócz tego mamy też zazwyczaj ciemną wersję piwa (tmave). Do piwa przykłada się tutaj dużą wagę, więc raczej nie zdarza się by było podane w złej temperaturze, lub źle nagazowane. Każda szanująca się knajpa i restauracja ma to bardzo dobrze opanowane, dlatego nawet piwa z dużych browarów, są tutaj w miarę zdatne do picia. To chyba przez częste wizyty w Czechach i na Słowacji, już od dawna nie potrafię tak po prostu napić się przemysłowego piwa w polskiej knajpie. Różnica w podejściu do tematu piwa jest tak olbrzymia, że nie jestem w stanie się przemóc. Na szczęście polski rynek piwny coraz bardziej się różnicuje i jestem w stanie znaleźć sobie jakąś niszową alternatywę w postaci piw z małych browarów. Jeśli takiej nie ma, to po prostu piwa nie piję. Uważajcie więc, bo od częstego przebywania na Słowacji może Wam się zrobić tak samo!

Horcovica

A teraz pora na coś bardziej niszowego. Tatranská Horcovica, czyli macerat korzenia zioła o nazwie Goryczka żółta (Horec žltý) w alkoholu. Roślina ma właściwości wzmacniające organizm i lecznicze dla układu pokarmowego. Działa na człowieka tym mocniej, im bardziej uszkodzony jest jego układ pokarmowy, najlepiej więc nadaje się do profilaktyki, zaś nie jest polecana dla osób cierpiących na poważne schorzenia tego układu. Sama nalewka nie jest specjalnie smaczna, przygotowuje się z niej jednak napój na ciepło, który sprzedawany jest na przykład narciarzom na stoku. Nalewkę z goryczki rozrabia się z wodą w proporcjach mniej więcej 1:1 i słodzi miodem. Powstaje z tego rewelacyjny grzaniec, gorzki korzenny smak Horcovicy znakomicie łączy się z miodem, a całość ma poniżej 10% alkoholu. Jeśli dodamy dobry i wyrazisty w smaku miód – wychodzi tam z tego prawdziwa rewelacja. Horcovicę odkryliśmy bardzo niedawno, bo w 2016 roku.  Z podobnych przyrządzanych na ciepło alkoholowych napojów, ostatnio tak bardzo smakowała mi grzana rakija w Bułgarii w roku 2010, tak więc na prawdę warto.

Horcovica – koncentrat z którego przyrządza się grzańca.

Najlepiej smakuje w towarzystwie takich widoków.

Wina

Na Słowacji zaopatrzymy się w wina i to zarówno białe jak i czerwone. Mało kto wie, że spora część słynnego rejonu winiarskiego Tokaj, znajduje się w granicach Słowacji. Od Vranowa nad Toplo’u do węgierskiej granicy rozciągają się tokajskie winnice. Niestety nie mam jak na razie żadnego doświadczenia w słowackich winach tego typu. Tokaje kupuję bowiem na Węgrzech. Najwięcej win czerwonych produkuje się na południu kraju, zwłaszcza w okolicach Bratysławy – na terenie Małokarpackiego Szlaku Winnego. Jeszcze tam nie byłam, ale jak będę, to z pewnością o tym tu napiszę. W sumie regionów winiarskich na Słowacji jest sześć (plus osobno wydzielony region tokajski), a winorośl uprawia się na tych terenach od X wieku. W uprawie znacząco dominują wina białe. Najczęściej uprawia się tutaj różne odmiany Rieslinga, Veltlínske zelené  – odmianę znaną bardzo dobrze z Moraw, oraz rulandské biele, czyli lokalną nazwę odmiany Pinot Blanc. Z win czerwonych bardzo popularne są svätovavrinecké, frankovka modrá czyli popualrny Blaufränkisch (występujący na Węgrzech pod nazwą kékfrankos) oraz modrý portugal. Takie wina najczęściej znajdziemy w sklepach. Niestety na dyskontowych półkach dominują wina stołowe, które do szczególne dobrych nie należą.

Coś mocniejszego

W tym temacie dzieje się sporo. Po pierwsze wśród wysokoprocentowych alkoholi poczesne miejsce zajmują destylaty owocowe, a to coś co bardzo mnie interesuje – napisałam nawet kiedyś posta w tym temacie.  Po drugie znajdziemy tu różne ziołowe alkohole, na przykład Tatranský čaj, 52% likier z dodatkiem górskich ziół, który bierze swój początek w nalewce robionej przez mieszkańców wysokogórskich terenów. Obecnie robi się go w fabryce, produkując rocznie 500 000 butelek, więc może nie jest to do końca to, na czym mi zależy, jednak zawsze warto poszukać źródeł pochodzenia oryginalnego przepisu i na przykład spróbować kiedyś odtworzyć coś takiego w warunkach bardziej domowych i slow foodowych. Regionem kraju, który produkuje najwięcej interesujących wysokoprocentowych alkoholi jest sąsiadujący z Polską Spisz. Wytwarza się tutaj owocowe destylaty na przykład gruszkówkę i śliwowicę, a także jałowcówkę (spišská borovička), która po prostu smakuje jak gin. Przy okazji, jeżeli już jesteśmy na Spiszu możemy także zwiedzić destylarnię wysokoprocentowych alkoholi, w której oprócz przemysłowego destylowania wódek i spirytusu, produkuje się whiskey tradycyjnymi metodami. Destylarnia znajduje się we wsi Hniezdne a nazywa się Nestville.

Wejście do destylarni Nestville. W tle ogromny silos zbożowy.

Beczki do produkcji whiskey.

Lokalny jęczmień używany do produkcji alkoholu. Słód  do produkcji whiskey przygotowywany jest tutaj od postaw.

Już nie pamiętam co to, ale podejrzewam że to ostatni etap produkcji słodu, bo zboże jest już zmielone

Dalszy proces technologiczny destylowania alkoholu w Nestville nie mógł być uwieczniony na zdjęciach, żeby firma nie padła ofiarą szpiegostwa przemysłowego. Zresztą byliśmy tam przy okazji lokalnego festynu, więc zwiedzanie odbywało się dosyć pobieżnie. Czuję że mam pewien niedosyt wiedzy na ten temat.

Słowacja jest tak często odwiedzanym przeze mnie krajem, że zastanawiałam się czy będę miała o czym w ogóle Wam napisać, bo nie dostrzegam już w tutejszej kuchni niczego co byłoby dla mnie dziwne lub nowe. W miarę jednak jak zaczęłam sobie przypominać potrawy i napoje, które próbowałam tutaj po raz pierwszy, dochodzę do wniosku, że jak na tak bliską odległość da się tutaj zjeść sporo rzeczy jakich u nas nie znajdziemy. Mnie te granice zatarły się już dość dawno temu.