Miesięczne archiwum: Grudzień 2017

Festiwal niedźwiedzi w Dărmănești

Czy wiecie o tym, że w jednym z krajów Unii Europejskiej końcem każdego roku ludzie przez wiele godzin tańczą ubrani w niedźwiedzie skóry, przez co wpadają w lekki trans? W dodatku w jednym miejscu gromadzą się ich setki. W Rumunii jak na razie kultywowane od stuleci tradycje mają się dobrze – tak bardzo, że oparły się najpierw chrześcijaństwu, a potem wyjątkowo paskudnej odmianie komunizmu, która doświadczyła ten kraj. Nie mam pojęcia co ma wpływ na ten fenomen. Oczywiście globalizacja jak wszędzie postępuje nieubłaganie, jednak jakimś cudem tutejsi ludzie z uporem maniaka kultywują dawne zwyczaje. Zimowa obrzędowość w Rumunii na pierwszy rzut oka wydaje się być okrutnie skomplikowana, a folklor i ilość tradycji przebogata. Jednak trzeba sobie uświadomić, że dawniej takie obrzędy miały miejsce w całej Europie a motywy powtarzały się wszędzie. Niestety u nas większość ludzi pozwoliła odrzeć się z tego ważnego elementu rzeczywistości, skupiając się zamiast tego na szalonej świątecznej  konsumpcji i mocno instytucjonalnych formach religijności. Zwyczaje związane z przemianami odbywającymi się pod koniec każdego roku przetrwały jedynie w bardzo niewielkich enklawach i społecznościach i niestety ich kultywowanie bardziej przypomina żywe muzeum, niż faktycznie jednoczy i cementuje całą społeczność jak ma to miejsce na przykład w Rumunii. Właśnie dlatego jesteśmy jako społeczeństwo tak mocno oderwani od rzeczywistości.

Wydarzenie odbywa się w takiej pięknej okolicy.

Często tak mam, że nieraz w ostatniej chwili dowiaduję się o czymś ciekawym, ale z powodu posiadania regularnej pracy nie mam możliwości rzucenia wszystkiego  z dnia na dzień, żeby znaleźć się na przykład tysiąc kilometrów od domu. Staram się za to przy następnej możliwej okazji nadrobić to co mnie ominęło i tak właśnie było z festiwalami tańczących niedźwiedzi w Rumunii. W tamtym roku przez anglojęzyczny internet i media społecznościowe przetoczyła się fala artykułów na ten temat, bo pewna amerykańska reporterka, która spędzała dzieciństwo w Rumunii, pojechała tam i wzięła udział w kilku takich właśnie festiwalach starannie je obfotografowując. Odbywają się one pod koniec roku kalendarzowego praktycznie w każdej mniejszej i większej miejscowości w należącym do Mołdawii okręgu Bacau (chodzi oczywiście o mołdawski region Rumuii, a nie o odrębny kraj). Największy z nich (i najbardziej promowany jako atrakcja turystyczna) ma miejsce w mieście Comanesti, jednak również bardzo ciekawe są te w  okolicznych mniejszych miejscowościach i wsiach. W tym roku byliśmy na dwóch niedźwiedzich festiwalach i bardzo dobrze że nie na jednym, bowiem wyraźnie się one od siebie różniły.

Godzinę przed rozpoczęciem nic nie wskazuje na to, że to właśnie tutaj będzie miał miejsce jakiś festiwal. Postaci takie jak te pojawiają się dosłownie w ostatniej chwili.

A chwilę później robi się tak i formuje się pochód przebranych postaci z rurami wypełnionymi karbidem. Na tej jest napisane „Szczęśliwego Nowego Roku”

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę że długi czerwony nos w maskach takich jak ta symbolizuje wszędzie to samo – czyli fallusa zanurzonego we krwi.

Do zespołów obrzędowych należą zarówno mężczyźni i kobiety jak i dzieci.

Niedźwiedziom towarzyszą inni przebierańcy.

Każda grupa ma transparent informujący z jakiej miejscowości pochodzą.

Miłością do zimowych festiwali w Rumunii zapałaliśmy już w roku 2014, kiedy to pojechaliśmy po raz pierwszy na festiwal „Marmația” do Sighetu Marmației. Szczerze mówiąc w tym roku też byliśmy tam przez chwilę i może nawet powstanie o tym post – zobaczymy. Jednak w porównaniu do festiwalu tańczących niedźwiedzi, festiwal „Marmația” jest znacznie bardziej ugrzeczniony. Mimo mocno szamanistycznych przebrań niektórych postaci, są także grupy typowo kolędnicze, składające się głównie z osób w strojach ludowych, śpiewających kolędy. Na  festiwalach tańczących niedźwiedzi jest dużo bardziej dziko i intensywnie, za sprawą znacznie większego hałasu generowanego przez liczne bębny oraz różnego rodzaju materiały wybuchowe domowej roboty (to bardzo piękne, że globalizacja jeszcze nie dotknęła Rumunów w tej materii) oraz niektórych ludzi przebywających w lekko odmiennym stanie świadomości.

W mołdawskim regionie Bacau w okresie od połowy grudnia do końca roku, mężczyźni, kobiety i dzieci ubierają na siebie spreparowane w całości niedźwiedzie skóry, odpowiednie rozmiarem do własnego wzrostu. W rytmie bębnów, a czasem również fletów i fujarek wykonują w korowodzie rytmiczny taniec, przez który (ci starsi często zasilani dodatkowo wysokoprocentowymi napojami) wpadają w lekki trans. Niektórzy opowiadają, że ich ciała na krótko stają się własnością niedźwiedzia. Korowody chodzą od domu do domu życząc szczęścia gospodarzom i zbierając za swoje występy drobne pieniądze. Tradycję zapoczątkowali Romowie, którzy w dawnych czasach tresowali żywe niedźwiedzie z których „występów” nierzadko się utrzymywali. Z czasem żywe zwierzęta zostały na szczęście zastąpione przez ludzi, którzy zaczęli przebierać się w ich skóry. Potem z tradycji przebierania się za niedźwiedzie całkowicie wykluczono Romów, bo posiadanie niedźwiedziej skóry stopniowo stało się wyznacznikiem bogactwa i statusu społecznego. W tej chwili niedźwiedzia skóra kosztuje kilka tysięcy dolarów i coraz głośniej mówi się o zbyt dużym trzebieniu tej najliczniejszej w Europie populacji niedźwiedzi na potrzeby karnawału, co słyszeliśmy od samych Rumunów nie biorących udziału w tych imprezach i mocno je krytykujących właśnie ze względu na generowanie popytu na niedźwiedzie skóry. Tancerze (bo chyba można tak ich nazwać) zrzeszeni są w grupach obrzędowych i biorą udział w ceremoniach w swojej miejscowości a także na festiwalach, podczas których w jednym miejscu spotyka się kilkanaście lub kilkadziesiąt grup. Oprócz tańczących niedźwiedzi występuje tam również sporo innych postaci, których przebrania posiadają rozliczne motywy szamanistyczne.  Niedźwiedź to w tradycji szamanistycznej bardzo potężne i silne zwierzę. Symbolizuje coroczny cykl przyrody – śmierć i odrodzenie się życia. Jest zwierzęciem, które co roku przechodzi na drugą stronę kiedy zapada w sen zimowy i bez szwanku z niej wraca, a więc w pewien sposób zwycięża śmierć. Dlatego oprócz fascynacji niedźwiedzią siłą i potęgą przypisywano mu z tego względu liczne nadprzyrodzone moce, a wręcz uważano za najmocniejsze zwierzę przed którym drżała cała przyroda.

Globalizacja wkracza do niektórych przebrań.

Czasem jest odrobinę ponowocześnie, albo wręcz apokaliptycznie 🙂

Na szczęście zabudowa składająca się z rozlatujących się komunistycznych bloków prawie nie występuje w Darmanesti.

Bo poza ścisłym centrum wygląda to tak.

Karnawał od zawsze był czasem przekraczania granic – własnego wieku, statusu społecznego, płci. Dlatego w przebrania właśnie na tym się koncentrują. Mężczyźni przebierają się za kobiety i odwrotnie. Młodzi ludzie na chwilę stają się bardzo starzy, przebierając się za staruszków. Drugi aspekt karnawału to odwrócenie powszechnie przyjętego porządku – jeśli więc na co dzień to co kojarzy się ze złem i mroczną stroną życia, jest spychane do podziemi i nie wychodzi na światło dzienne, w okresie karnawału dochodzi do głosu, gdyż jest on próbą oswojenia ciemnej strony naszej egzystencji. Dlatego w karnawałach mamy tak wiele przebrań za śmierć, diabły i potwory. Był to czas oswojenia mrocznych aspektów rzeczywistości, których na co dzień panicznie się bano i przepracowania tych lęków w pewien sposób. Wierzono że udobruchane w ten sposób złe moce nie pojawią się już przez cały następny rok, który będzie mógł dzięki temu upłynąć spokojnie. Dlatego pozwalano im na kontrolowaną obecność.

Ci panowie tak jakby trochę pomylili imprezy, ale nie spotykali się z wrogością. Podziwiam, że trzymali fason w temperaturze 5 stopni w cieniu i 10 w słońcu.

Bo mainstream męskich przebrań w Darmanesti dla kogoś kto nie był niedźwiedziem wyglądał tak.

Dărmănești to niewielka 15 tysięczna miejscowość leżąca w okręgu Bacau. Kiedy przyjeżdżamy tam w Sylwestrowe południe, godzinę przed rozpoczęciem festiwalu, trochę nie wiedząc czego się spodziewać i chcąc zająć jakieś dogodne miejsce do parkowania, nic nie wskazuje na to by za niedługo miał się tam odbywać jakiś festiwal. Gdyby nie to że o festiwalu dowiedzieliśmy się dużo wcześniej za pośrednictwem facebooka od lokalnych ludzi,  chyba zaczęlibyśmy nerwowo przemieszczać się po miasteczku w poszukiwaniu śladów przygotowań do imprezy. Idziemy na kawę do jedynego baru i po niespełna 40 minutach, zewsząd zaczynają pojawiać się tłumy ludzi, a grup obrzędowych jest nie mniej niż poprzedniego dnia w Comănești. Orkiestry i mnóstwo ludzi przebranych za niedźwiedzie schodzą się z trzech różnych stron i formują pochód, wszystko wygląda tak jak wczoraj, jednak dzieje się w wiele bardziej sielskiej scenerii. W ścisłym centrum Dărmănești możemy naliczyć dosłownie kilka komunistycznych bloków a tak to  dominuje niska jednorodzinna zabudowa, zza której widać rzekę i rozległe góry. Widokowo jest więc znacznie lepiej. Podoba mi się też bardzo duża chaotyczność imprezy. Policja zupełnie nie pilnuje porządku, a ludzie jakoś potrafią sami o niego zadbać. Pochód przebierańców startuje z trzech różnych miejsc i łączy się z sobą na głównym placu przed dyskontem spożywczym. Można więc bez problemu wszędzie się plątać.

Na festiwal w Dărmănești przyszli też Romowie z jakiejś pobliskiej osady (musiała być bardzo blisko bo przyszli pieszo) ubrani jakby przybyli wprost z lat osiemdziesiątych. Wszyscy mężczyźni mają wąsy, czarne kamizelki i kapelusze, a kobiety kwieciste chusty, spódnice z cekinami i… klapki na obcasach. Nie jest im zimno. Uświadamiam sobie że wieki temu widziałam tak klasycznie ubranych Romów, jakby właśnie wyszli z planu jakiegoś filmu Kusturicy. Gdzie indziej ich także dotknęła już globalizacja i w zimie chodzą w bluzach z napisami, dresach i kurtkach. Grupy obrzędowe kończą swój pochód na trawiastych błoniach w centrum miejscowości, na których porozkładały się również typowo odpustowe stoiska, sprzedające watę cukrową, kolorowe cukierki, kołatki i pistolety. Przez to wszystko można mieć wrażenie że całkiem przenieśliśmy się w czasie, gdzieś do przełomu lat 80. i 90. Zapach błota i rozdeptanej trawy jeszcze bardziej wzmacnia to wrażenie. Wpadliśmy tu w totalną dziurę czasową i kilka godzin zleciało dosłownie jak z bicza strzelił. Niestety nie mogliśmy zostać tu tak długo jak na wczorajszym festiwalu bowiem jeszcze tego samego dnia chcieliśmy przejechać 300 kilometrów i zaliczyć miejski sylwester w Klużu (Cluj-Napoca). Chociaż z drugiej strony może to i dobrze bo tak do końca nie wiadomo co zaczęłoby się tutaj dziać wieczorem, gdy rozochoceni palinką festiwalowicze zaczęliby jeszcze intensywniej korzystać z materiałów wybuchowych domowej roboty na okoliczność sylwestrowego wieczoru? Już po południu można było chwilowo postradać słuch od wybuchów, jeśli akurat znaleźliśmy się za blisko (a wiem co mówię, bo w tym roku przeszłam morderczy trening na Tajwanie, tam to dopiero kochają fajerwerki i wysadzanie wszystkiego i to podczas uroczystości religijnych). Po tych doświadczeniach „sklepowe” materiały wybuchowe, którymi ludzie w Polsce uprzykrzają życie innym (oraz ich zwierzętom domowym) w okolicach Sylwestra, to ledwie brzęczenie komara.

Jedno jest pewne, jeśli już jedziemy ten tysiąc (lub więcej) kilometrów, to zdecydowanie warto być na więcej niż jednej niedźwiedziej imprezie, bo każda z nich różni się drobnymi szczegółami, więc warto zaplanować sobie ich kilka. Główną i centralną uroczystością jest ta w Comanesti, ale te nieco mniejsze koniecznie warto odwiedzić. Na każdej niedźwiedziom towarzyszą nieco inne akcesoria, prezentują się grupy obrzędowe z innych miejscowości, kto inny przyjeżdża imprezę oglądać, a czasem oglądający ją są równie ciekawi jak to co na festiwalu jest prezentowane. Część ludzi występujących w niedźwiedzich skórach spotkaliśmy dzień  wcześniej w Comanesti, za to towarzyszyli im zupełnie inni przebierańcy.  Imprez w tym okresie roku jest tyle, że nie da się być na wszystkich. Część z nich odbywa się także przed świętami, startują w okolicach 15-17 grudnia, a następnie są kontynuowane w okresie od świąt Bożego Narodzenia do Sylwestra. Przejeżdżając w Sylwestra przez spory kawałek okręgu Bacau, widzieliśmy w kilku wioskach grupy ludzi przebranych za niedźwiedzie na pomniejszych imprezach chodzących od domu do domu – więc jest to tutaj żywa i pilnie kultywowana tradycja, która odbywa się niezależnie od organizowania festiwali.

Niedźwiedzie w Comănești

Pisałam Wam nie tak dawno, jak pod sam koniec 2017 roku pojechaliśmy do Rumunii by obejrzeć ludzi przebranych w niedźwiedzie skóry, wykonujących przez wiele godzin transowy taniec. Ten ciekawy zwyczaj jest mocno kultywowany na przełomie grudnia i stycznia w regionie rumuńskiej Mołdawii zwłaszcza w okolicach miasta Bacau. Dziś opiszę Wam imprezę centralną – główne obchody tańca niedźwiedzi, która staje się powoli (i niestety) turystycznym hitem. Miasteczko Comănești od pewnego czasu promuje się jako stolica niedźwiedzich tańców. Odbywa się w nim największa impreza, na której występuje najwięcej zespołów i grup folklorystycznych. To co dzieje się tego dnia w miejscowości, można opisać tylko słowami „totalne szaleństwo”. Na festiwal przyjeżdża cała masa fotografów z magazynów podróżniczych i przeróżnych telewizji. Najegzotyczniejszą ekipą, która z pewnością miała najdalej, była telewizja z Korei Południowej, ale ponoć telewizje z krajów Azji pojawiają się co roku.

Na początku, w towarzystwie próbnych wybuchów formuje się pochód trwa to pewnie ze dwie godziny. Już wtedy można na chwilę ogłuchnąć.

Można spotkać różne niepokojąco wyglądające postaci 😉

Początek pochodu otwierają dwaj jeźdźcy, jeden z flagą Unii Europejskiej a drugi Rumunii. Wiele przebrań przyozdobionych jest flagą Unii. Rumuni czują się częścią Europy i podkreślają to na każdym kroku.

Na przykład tutaj. A do czego służy ta rura przeczytacie poniżej.

Niespodziewana wizyta na dywaniku u Pana Mera

Pochód zazwyczaj wyrusza spod ratusza, który znajduje się trochę na uboczu. Właśnie tam umówiliśmy się z V. dzięki któremu w ogóle udało mi się dowiedzieć kiedy dokładnie odbędzie się tegoroczny festiwal. Parę miesięcy przed imprezą, napisałam na facebooku i wysłałam kilka maili do miejskich portali, fanpejdży i instytucji, by móc jakoś sensownie zaplanować przerwę urlopową. Odpisała mi tylko jedna osoba – V., ale gościnność lokalsów i chęć pomocy są ogromne! Można na przykład zapisać się na lokalną grupę na facebooku a na niej na pewno pojawią się informacje związane z festiwalem, można też się na niej zapytać o kolejne imprezy. Ku naszemu zdziwieniu V. tak to zorganizował, że zostajemy zaproszeni do ratusza i otrzymujemy identyfikatory umożliwiające wejście za wszelkie możliwe barierki, więc mamy takie same szanse jak dziennikarze różnych znanych mediów by obejrzeć festiwal ze szczegółami. Oczywiście jak zwykle na ulicy jest najciekawiej, a z naszych magicznych identyfikatorów korzystamy może przez pół godziny, pod sam koniec, kiedy jesteśmy już zupełnie ogłuszeni ciągłymi wybuchami materiałów pirotechnicznych domowej roboty i przenosimy się pod scenę w nadziei, że tam będzie ciszej. Tymczasem wokół ratusza zbierają się pokaźne tłumy a mnie trochę żal, że własnie pijemy kawę i grzane wino z Panem Merem, zamiast przesiąkać atmosferą, jednak jak się okazało na szczęście raczej niczego nie straciliśmy. Impreza jest bardzo intensywna, więc szybko odrobiliśmy straty.  Jako że bardzo nie lubię lansu celowo nie wrzucam tutaj fotek z ratusza 🙂

A po co scena? – występy grup tańczących niedźwiedzi ocenia jury 😉 i wyłania corocznego zwycięzcę który zaprezentuje najciekawszy program. Oczywiście sam konkurs to tylko tło do totalnej masakry jaka ma miejsce w miasteczku.

Było światowo. Imprezę w Comănești zaszczycił swą obecnością nawet były prezydent Stanów Zjednoczonych.

Moją uwagę zaś przykuły bardzo zacnie ozdobione bębny, wybijające godzinami ten sam rytm, zresztą bardzo fajny.

Można z czystym sumieniem stwierdzić że bębniarzy są setki, wszyscy bębnią cały czas to samo.

Trochę praktykaliów

Najsprytniej jest przyjechać trochę wcześniej (impreza zaczyna się w południe) i zaparkować nie w centrum, ale gdzieś na uboczu. Potem bowiem  tak łatwo się z miasteczka nie wydostaniemy. Pochód karnawałowy jest bardzo długi, a przez ulicę jeszcze długo po przejściu czołówki marszu przetacza się tłum ludzi. Zanim przejdą wszyscy uczestnicy parady oraz ustaną ostatnie wybuchy mija pewnie ze 3-4 godziny, podczas których centrum jest totalnie wyłączone z ruchu. Impreza jest szalenie intensywna, a poziom hałasu przekracza możliwości bębenków w uszach. Bębnią i strzelają wszyscy, a ja myślałam że święta religijne na Tajwanie, kiedy to pół miasta prawie idzie z dymem a w środku nocy jest jasno jak w dzień, i całe włosy i ubranie ma się w prochu, to w tym temacie maksimum możliwości. Ale nie w Rumunii. Jeśli chodzi o jedzenie i korzystanie z toalety w czasie trwania imprezy, to w miasteczku działa kilka knajp i kawiarni oraz rozstawiają się liczne kramy z ekologicznym jedzeniem, miodem oraz grillem. Tłok w knajpach jest tak ogromny, że najszybciej będzie chyba, jak napijemy się kawy przy barze, a i tak stracimy na to pewnie z pół godziny stojąc w kolejce po kawę i do toalety. Lokali jest relatywnie mało, więc jeśli przyjechaliśmy tylko na chwilę bo na przykład mieszkamy daleko, lepiej chyba zjeść coś na ulicy. Chociaż tam też postoimy w ogonku. Ludzi zjeżdża się tysiące. Jeśli chodzi o okoliczne noclegi to w Comănești noclegów jest dosłownie kilka i na czas festiwalu z pewnością żadnego nie znajdziemy, ja szukałam w listopadzie i wszystko było do cna zajęte. Okolica też przedstawia się pod względem noclegowym średnio bo noclegów jest mało, ale jest szalenie popularna wśród rumuńskich sylwestrowiczów. Mieszkaliśmy co prawda niespełna 20 km od Comănești, ale za to w na prawdę paskudnym, zdewastowanym i brudnym noclegu, w sumie jedynym tak obskurnym w Rumunii i jednym z najgorszych w których kiedykolwiek nocowałam podczas licznych wyjazdów. Płaciliśmy za to chyba około 20 euro za dobę, a to chyba mnie powinni dopłacać za okoliczność spania w tak okrutnie zdezelowanej ruinie. Posiadam dużą dozę tolerancji i zrozumienia dla lekko syfiastych noclegów, zwłaszcza jeśli są budżetowe, tutaj jednak moja tolerancja nie przetrwała próby. Nie będę Was zanudzać listą nie działających w  bardzo podstawowo wyposażonym pokoju sprzętów i przedmiotów Mimo posiadania rezerwacji na booking na trzy noce, okazało się że w ostatnią, sylwestrową noc nie mamy gdzie nocować! Właściciele noclegu wiedzieli o tym przez 1,5 miesiąca, ale nie raczyli nas poinformować, choćby napisać maila. Jedyną pomoc jaką udało się otrzymać ze strony booking.com to chęć wyrównania ewentualnej różnicy w noclegach (jeśli mielibyśmy na nie rachunek), ale i tak wszystkie noclegi w okolicy były pozajmowane i mimo zaproszeń od lokalsów, żeby zostać na sylwestra na jakiejś domówce, postanowiliśmy w sylwestra ewakuować się co Kluża, by potem mieć te 300 km mniej do przejechania. Mimo napisania stosownej recenzji „świetnemu” noclegowi na booking, jakimś cudownym trafem po kilku dniach zniknęła ona stamtąd (tak samo jak nasza rezerwacja), więc od tej pory nie tracę już czasu na wystawianie ocen noclegom, skoro tylko te powyżej 5 są na nim publikowane. W miarę niedaleko (80 km) jest z Comanesti do Piatra Neamț albo Bacau (60 km), gdzie niedrogich i normalnych noclegów jest mnóstwo. Jeśli więc jedziemy tylko na jedną niedźwiedzią imprezę, a nie tak jak my – na dwie, warto rozważyć taką opcję.

Na osłodę tej niewesołej historii, kilka portretów. Można nosić niedźwiedzią głowę na sobie i jednocześnie mieć doklejane rzęsy, nic nie stoi na przeszkodzie, okazuje się. Chwilę później ta pani zaczęła wymiatać niedźwiedzi taniec.

Temu panu było nawet gorąco i dzięki temu podrywał mnóstwo kobiet. Odporność na zimno, to taka forma miejscowego lansu.

Estetyka z seriali o zombie też miejscami się pojawiała.

No i oczywiście także ludowo-folklorystyczna.

A tu freestyle w przebraniach czyli elementy popkultury i folku splecione w jedno.

Pieniądze i szczęście

Mimo tłumów, nikt nie ma tutaj tak dzikiego podejścia jak w serbskiej Gucy gdzie przez cały rok w knajpach obowiązują inne cenniki, a podczas festiwalu rosną trzykrotnie. Nikt tutaj nie wpada na takie pomysły i nie robi z imprezy prostej maszynki do zarabiania pieniędzy. Za robienie sobie zdjęć z niedźwiedzimi przebierańcami mile widziana jest jakaś opłata, ale nie jest ona konieczna. To raczej nam powinno zależeć na tym by dawać innym pieniądze, by zapewnić sobie szczęście przez resztę roku. Nie ma jednak żadnej presji i zależy to tylko od nas. Raczej nikt tego od nas nie wymaga, bo przecież jesteśmy spoza i niewiele z tego rozumiemy. Z drugiej strony jeśli jest się lokalnym mieszkańcem to taki wyjazd z rodziną na festiwal (w charakterze widza) to obowiązkowy wydatek stówy albo nawet kilku (leu do złotówki ma się około 1:1, raz mniej a raz więcej). Co chwilę mija się znajomych przebranych za niedźwiedzi, którzy składają życzenia zdrowia szczęścia i pomyślności w nowym roku, czasem zapozuje się z nimi do zdjęcia by mieć co wrzucić na portale społecznościowe, a przed znajomymi trzeba się pokazać i obdarowywać ich pieniędzmi. Im bardziej nobilitowana osoba posiadająca więcej  kontaktów społecznych tym więcej pieniędzy musi przygotować. Takie jest społeczne oczekiwanie by tego dnia bogaci dzielili się z mniej bogatymi, a turyści w tym wszystkim są (jeszcze) nieważną mniejszością. Widziałam jak w niespełna pół godziny jeden wyglądający na nieźle sytuowanego lokalny człowiek, pozbył się sporej ilości banknotów właśnie w taki sposób. Chcąc jednak mieć szczęście trzeba się dzielić i nie ma innej opcji.

W Comănești możemy zobaczyć niedźwiedzie nie tylko tańczące, ale też wykonujące tego typu akrobacje. Ponoć każda miejscowość przedstawia inną tradycję związaną z tańcem niedźwiedzi, której nigdzie indziej nie zobaczymy.

Jeśli boicie się wybuchów  tuż koło uszu, na czas festiwalu warto może pomyśleć o dźwiękochłonnych słuchawkach, ale to będzie chyba wyglądało dosyć śmiesznie. Miejscowi nie zakładają ich nawet dzieciom. W końcu karnawał jest raz w roku, a słuch się szybko zregeneruje. W centrum Comănești dominuje czteropiętrowa zabudowa z niezbyt pięknych komunistycznych bloków i dźwięk wybuchów jeszcze się zwielokrotnia, na szczęście nie są one aż takie, by szyby wypadały z okien 😉 ale po wybuchu tuż koło nas traci się słuch na chwilę.  Jeśli widzimy gdzieś w pobliżu pana z rurą PCV w rękach możemy być pewni, że za chwilę huku będzie dużo.

Ci panowie dbają by nie było za cicho.

Kto nie ma rury ma chociaż gwizdek.

albo instrumenty muzyczne.

Od tego bębnienia, wybuchów i specyficznego tańca (a w przypadku starszych uczestników także palinki za pazuchą) wszyscy robią się coraz bardziej odrealnieni. Niektórym zresztą nawet nie potrzeba do tego palinki. Nie było czasu by porozmawiać z jakimś uczestnikiem parady o tym jak się czuje będąc przez chwilę niedźwiedziem i czy niesie to z sobą jakieś skutki uboczne. I czy w ogóle da się wpaść w trans w tak medialnej  atmosferze, wśród wszędobylskich telefonów, aparatów fotograficznych i telewizyjnych kamer. Mimo wszystko lepiej pojechać na jakąś mniej słynną niedźwiedzią imprezę, bo podobało mi się na nich bardziej niż tutaj. Tylu zblazowanych fotografów w jednym miejscu sprawia, że mam ochotę się stamtąd ewakuować. Co jest najśmieszniejsze, rozliczni fotografowie zagranicznych magazynów podróżniczych z najnowocześniejszymi bezlusterkowcami na piersi, zachowują się jakby nie zauważali siebie nawzajem, a w najlepszym przypadku traktują kolegów z pracy jak zło konieczne i raczej nawet nie rozmawiają ze sobą. Odczuwam jakiś dziwny dystans i wyższość do siebie nawzajem oraz do realizowanego tematu. Ja na szczęście nie żyję z fotografii podróżniczej i mogę zupełnie się zrelaksować. Wiem tylko, że nie chciałabym się z nimi zamienić. Oni są w pracy a ja na wczasach.