Archiwum kategorii: Bośnia i Hercegowina

Kulen Vakuf i Park Narodowy Una

Uwaga! właśnie odkrywam Wam kolejne super miejsce, do którego jak się już przyjedzie, to strasznie ciężko je opuścić – idealną lokalizację na zupełnie leniwe i przesympatyczne wczasy, albo stały pobyt (na emeryturę – hehe). W bardzo niewielu miejscach podobało mi się tak bardzo jak w Kulen Vakuf – na pewno znajduje się ono w mojej pierwszej piątce razem z moim najulubieńszym Penangiem no i może jeszcze niektórymi miejscami w Turcji i na Tajwanie. Będę się bardzo starać, by jak najbardziej było mi tutaj po drodze, żeby móc tu wpadać od czasu do czasu. Miasteczko Kulen Vakuf jest chyba skazane na to by kiedyś stać się turystycznym hitem, ale na razie jeszcze nim nie jest. W tej chwili wszystko jest tutaj świetne, od położenia miasteczka, jego tanią, sympatyczną i spokojną bazę turystyczno-noclegową, po okoliczne atrakcje. Jako że siedzieliśmy tam długo, skreślając z listy kilka innych miejsc po drodze, przygotujcie się na post-tasiemiec. W samej miejscowości mimo że jest mikroskopijna również jest co robić: możemy zwiedzić miejscami odrestaurowany chorwacki zamek i zupełne ruiny tureckiej twierdzy zarośnięte dereniem, oraz jedyny chyba na świecie meczet ze sklepem mięsnym na parterze. Pokręcić się po wąziutkich uliczkach i odwiedzić dwie knajpo-restauracje z czego jedną z nich bardzo sympatyczną. Chodziliśmy do niej na śniadania, obiady i kolacje, oraz jak padał deszcz. Chyba odrobinę zżyliśmy się z właścicielami oraz jej stałymi bywalcami.

Wydaje mi się, że wszystko co najgorsze Kulen Vakuf już przeszło i teraz będzie już tylko dobrze. Mam nadzieję jednak, że nie będzie aż tak „dobrze”, że obok mikroskopijnych domków i równie mikroskopijnego meczetu zaczną powstawać jakieś wielkie hotele. Miejscowość powstała w tym miejscu ze względu na strategiczne położenie. Dlaczego w okolicy stoi tyle różnych zamków i fortec? Bo wiodła tędy bardzo ważna starożytna rzymska droga łącząca Dalmację, Bośnię, Serbię i Slawonię. Znajdował się tutaj bród na rzece Unie, w miejscu którego następnie wybudowano most. Turecki wybudowany w 1703 roku nie przetrwał do naszych czasów. W dokumentach z XVIII wieku miejscowość nazywała się po turecku Džisri-kebir, co oznacza „Wielki Most”. Obecna nazwa Kulen Vakuf pochodzi od rodziny Kulenović, wielu jej członków osiągnęło znaczącą pozycję i osiągnęło rangę bega.  Obecny most jest bardzo brzydki i dość prowizorycznie sklecony z betonu i żelastwa. Wszędzie widoczne pozostałości wojny – w postaci ruin robią miejscami nieco dołujące wrażenie. Część ludzi po wojnie wyjechała na przykład do Bichacia i nigdy nie powróciła, więc budynki stoją niezamieszkałe od ponad 20 lat. Miejscowość była wielokrotnie niszczona, najpierw na początku XX wieku, potem podczas II wojny światowej w 1941 roku czetnicy dokonali tu masakry Bośniaków, a podczas wojny bałkańskiej w latach 90. podobne losy spotkały ludność serbską z tego terenu. Wydaje mi się jednak że w miejscowych wstąpiła pewna nadzieja i miasteczko zaczyna wyglądać na prawdę nieźle, nawet pomimo ruin stojących gdzieniegdzie.

Na pagórkach nad Kulen Vakuf mieszczą się takie zarośnięte muzułmańskie cmentarze. Ja takie miejsca wręcz uwielbiam.

A najbardziej popularnym drzewem jakie rośnie w okolicy są dzikie albo półdzikie derenie, chyba dziesięć razy słodsze niż u nas.

Osmańska twierdza Havala jest w całości porośnięta dereniami. W okolicy rakija z derenia kosztuje niewiele więcej niż ze standardowych owoców 🙂

Nieopodal wioski znajdują się atrakcje parku narodowego Una, a więc przede wszystkim wodospady do których udają się liczne arabskie wycieczki. Woda we wszystkich rzekach w całej Bośni jest niesamowicie czysta, a tutaj to wręcz krystaliczna. Ludzie z bardzo dużym szacunkiem podchodzą do wód w rzece, kraj zawdzięcza to także temu że praktycznie nie posiada przemysłu. To ostatni kraj w Europie, gdzie można wszędzie tak po prostu bez zastanowienia wskoczyć do rzeki żeby się ochłodzić albo popływać. My już dawno straciliśmy taką możliwość.

Tak Kulen Vakuf wygląda z twierdzy osmańskiej Havala.

A tak z zamku Ostrovica wybudowanego przez Chorwackiego króla.

A tak z perspektywy mostu na rzece. Po jego przekroczeniu dochodzi się do dwóch położonych naprzeciwko siebie knajp z jedzeniem. Zdecydowanie sympatyczniejsza to ta po lewej.

Pojechać do Kulen Vakuf to jak wpaść w totalną dziurę czasową, co dzieje się także za sprawą niezwykle terapeutycznego noclegu. W miejscowości mieści się kilka kempingów, ale najlepsze recenzje posiada ten znajdujący się na początku. Oprócz organizowania spływów po Unie, oferuje zachodnim turystom możliwość popatrzenia na coś innego niż tylko ekran jakiegoś elektronicznego wyświetlacza. Kwateruje ich mianowicie na niezwykle uroczym brzegu Uny. Wygląda to świetnie, gdyby tylko jeszcze namiotów nad rzeką było kilkukrotnie mniej, to już podobałoby mi się zupełnie. Niestety mieszkanie tuż nad rzeką to bardzo popularna atrakcja. Przy samym brzegu jest bardzo płytko i szeroko, można położyć sobie gdzieś do schłodzenia arbuza, jogurt albo piwo otaczając je kamieniami. Zastanawiające i chyba trochę smutne jest to, że tylu ludzi musiało przejechać tak dużo kilometrów z Holandii, Danii czy Niemiec by ich dzieci mogły tak po prostu pomieszkać i pobawić się nad rzeką. Mam nadzieję że bawią się także i rozbijają namioty nad swoimi rzekami. Najazd gości powodował ciągłe przerwy w dostawie prądu i ciepłej wody na kempingu, aż trudno uwierzyć by tyle awarii mogło nastąpić jedna po drugiej. Niemniej jednak siedzenie i patrzenie na rzekę nawet bez ciepłego prysznica jest fajne. Jeśli już znudzimy się patrzeniem na rzekę to między namiotami non stop walczą i kotłują małe kocięta, oraz wyjątkowo i niewiarygodnie głupi pies stanowiący chyba mieszankę wyżła z labradorem, oraz jego wioskowi kompani, w przerwach starają się jak mogę żebrać o jedzenie. Co jakiś czas właścicielka kempingu przegania towarzystwo, po czym spektakl rozpoczyna się od nowa.

Na kempingu obozuje się tuż nad brzegiem rzeki. Niektórzy jadą po to ponad tysiąc kilometrów.

Normalnie na huśtawkach znajdują się też poduszki na których wylegują się koty, lecz zostały ewakuowane z powodu ulewy.

Rzeka nad którą się mieszka wygląda tak.

A kilkanaście metrów dalej już tak.

Zamek Ostrovica

Najpierw podczas burzy z piorunami wybieramy się na chorwacki zamek Ostrovica. Leje i grzmi dość koszmarnie, na szczęście chronimy się w pięknie odrestaurowanej wieży zamkowej, która stoi sobie niezamykana. Gdyby to było u nas z pewnością zaraz znalazłby się ktoś kto zacząłby urządzać tam pijackie imprezy, a na bośniackiej prowincji wieża może stać sobie niezamykana i nic złego się jej nie dzieje. Zamek Ostrovica powstał prawdopodobnie pod koniec XIV wieku. Wybudował go potężny wojewoda chorwacki i bośniacki Wielki Książę Hrvoje Vukčić. Po raz pierwszy na temat zamku źródła hisotyczne wypowiadają się w 1407 roku a już w roku 1523 zarówno zamek jak i Kulen Vakuf dostają się w ręce Turków. Według legendy samo miasteczko dostaje się w ręce tureckie podstępem – atak odbywa się gdy wszyscy mieszkańcy są na niedzielnej mszy w kościele. Turcy znacznie rozbudowują zamek. Mierzy on ponad 100 metrów

W takiej oto fajnej wieży przeczekiwaliśmy deszcz.

Natomiast teren zamku jest totalnie zarośnięty przez chaszcze, nie da się przejść. Dopiero jak zobaczyłam go na zdjęciach to zdałam sobie sprawę jak jest duży. Za to mieliśmy zamek tylko dla siebie.

Tak prezentuje się na tle Kulen Vakuf.

A pod nim ktoś ułożył napis Tito, albo jeszcze do tej pory nikt nie zdążył go rozebrać.

Veliki vodopad na Uni

Następnie odwiedziliśmy dwa wodospady jeden mniej, a drugi bardziej słynny. Do tego mniej słynnego znajdującego się w miejscowości Martin Brod GPS wyznacza nam drogę  absurdalnie naokoło, ale z niej nie korzystamy – wybieramy najkrótszą, bo po co jechać kilkadziesiąt kilometrów zamiast jedenastu. No ale tuż za Kulen Vakuf okazuje się dlaczego. Te jedenaście, a w zasadzie mniej kilometrów, jechaliśmy przeważnie na drugim biegu, a asfalt wrócił dopiero tuż przed samym Martin Brodem, natomiast miejscowi dzielnie nas na tej drodze wyprzedzali 🙂 za to zobaczyliśmy tam ładny wodospad, z tylko jedną arabską wycieczką, pokręciliśmy się po okolicy i zjedliśmy absolutnie rewelacyjnego pstrąga wyhodowanego w krystalicznie czystej wodzie. Jeśli myśleliście że przebywanie w Kulen Vakuf daje uczucie bycia na totalnej już prowincji, to chyba nie byliście w Martin Brodzie. Kiedyś Martin Brod znajdował się po prostu w środku kraju. Okolica poprzecinana była drogami, a teraz po większości z nich nie można nawet chodzić, nie mówiąc o jeżdżeniu, ze względu na strefę przygraniczną. W pobliżu nie ma żadnego przejścia granicznego z Chorwacją, mimo że drogi istnieją. Z drugiej strony pewnie pozwala to lepiej chronić przyrodę parku narodowego, zastanawiam się jednak jak wygląda w zimie transport do i z miejscowości oraz jak jej mieszkańcy korzystają chociażby z lekarza.

Jeszcze przed rozpoczęciem się „właściwej” miejscowości Martin Brod, można wybrać się na przechadzkę wzdłuż kanionu rzeki Unac, która wpada do Uny, droga wiedzie śladami częściowo zawalonej drogi.

Nie da się dojść zbyt daleko, bo jeden z tuneli jest zagrodzony siatką.

Po drodze można oglądać takie rośliny.

I takie widoki.

Sam wodospad i jego otoczenie robią całkiem fajne wrażenie, gdyby nie to, że tuż koło niego możemy znaleźć sporo nowo wybudowanych domów. Nie wiem jaki sens ma tak intensywne zabudowanie terenów dookoła niego. Waściciele działek przekierowują drobne odnogi rzeki Uny tak by biegły przez ich podwórko. Może więc tylko tak mi się wydaje że teren parku jest dzięki znacznie okrojonej cywilizacji lepiej chroniony?

Pod wodospadem mogliśmy się też dyskretnie przyglądać jakie wakacyjne treści na swoje portale społecznościowe tworzą bardzo religijni Saudyjczycy, bo razem  z nami zwiedzała go jedna wycieczka. Lubię przyglądać się saudyjskim wycieczkom na wakacjach, bo dla mnie to (momentami odrobinę przerażający) wyjęty wprost sprzed setek lat model społeczny, opakowany w technologię i markowe rzeczy. Będąc totalnym religijnym ortodoksem, trudno mieć takiego na przykład snapchata albo facebooka, skoro większość treści które przeciętni ludzie na nich publikują (gdzie i z kim się spotkali, co wypili i co zjedli) jest dla tak pojmowanego islamu mocno niesłuszna. Prozaiczna rzecz jak zamieszczenie zdjęcia swojej rodziny na wakacjach pod wodospadem w tym przypadku jest niemożliwa do wykonania, skoro kobiet w takim absurdalnie posegregowanym społeczeństwie nie wymienia się nawet z imienia (co najwyżej określa się je grzecznościowo poprzez formę kunja, jeśli kobieta urodzi potomka), zaś twarzy kobiet nie zna nikt obcy poza najbliższą rodziną, co dopiero mówić o ich fotografowaniu. Jak więc wrzucić do internetu film z wakacji, tak by wszyscy mogli odnotować naszą obecność w jakimś egzotycznym miejscu, ale przy okazji nikogo nie pokazać? Potrzeba stworzenia treści i wrzucenia ich w internet jest jednak tak samo silna dla wszystkich, niezależnie od wyznania (takie teraz mamy czasy) i zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. W tym przypadku można przecież sfilmować sam wodospad recytując w tle własnym głosem surę Koranu i już treść wakacyjna jest, w dodatku spersonalizowana. Pan przy nas z początku trochę się krępował, ale potem przestał na nas zwracać uwagę. Szczelnie zasłonięta kobieta z dziećmi stała „po stronie kamery” by przypadkiem nie dać się sfilmować. Myślę że koniec końców film wyszedł mu całkiem ładny. Z jednej strony bardzo podoba mi się podejście „niemącenia sobą” ładnych widoków, bo ileż można oglądać zdjęć kogoś na tle czegoś. Z drugiej strony przeraża mnie pomysł przejścia przez życie w sposób całkowicie anonimowy, w dodatku miało by się to odbywać z tak pojmowanego szacunku do mnie.

Wielki wodospad na Unie (Veliki wodopad na Uni).

Woda jest bardzo czysta i mocno natleniona i mogą rozwijać się w niej przeróżne rośliny.

Niektóre tylko sezonowo jak wody jest więcej.

Wodospady Štrbački buk

Tam już niestety nie da się uniknąć tłumów. Do wodospadów, mimo że położonych w środku niczego, cały dzień ciągną prawdziwe tłumy.  Są do nich dwie drogi dojazdowe jedna od strony Bihacia, a druga od wsi Orašac położonej bardzo blisko Kulen Vakuf. Obie nie są asfaltowe.  Ta od strony Bihacia ponoć jest odrobinę górzysta, ale nią nie jechałam. Postanowiliśmy zostawić samochód tuż za Orašacem i przejść się pieszo jednak cały czas wymijały nas wolno jadące kolejki samochodów. Wzdłuż rzeki co jakiś czas znajdowały się zadaszone grzybki i miejsca do biwakowania i grillowania złowionych ryb, ale trochę średni to biwak, gdy samochody przez cały dzień nieustannie jeżdżą i śmierdzą tuż za plecami. Niestety arabscy wycieczkowicze muszą dotrzeć samochodami pod samą odwiedzaną atrakcję. Dodatkowo po bardzo miejscami wąskiej drodze jeździły busy z przyczepami wioząc pontony i amatorów spływów po rwącej rzece. Przez cały dzień można się było nieźle zakurzyć, gdyż byliśmy chyba jedynymi osobami które postanowiły pójść tam na piechotę. Za to mogliśmy skorzystać z gościnności mieszkańców po drodze, bo przy wodospadach mieści się jeszcze jedna mikroskopijna miejscowość, której nazwy nie ma na google maps ale jak przybliży się ją odpowiednio to widać nawet domowe pensjonaty w środku niczego. W jednym z nich postanowiliśmy zatrzymać się na kawę, przy okazji dostaliśmy też ciasto. Zamieszkiwał w nim niedawno owdowiały Bośniak zasobny w niemiecką emeryturę, który spędzał tu cieplejszą część roku a na zimę wracał do dzieci do Niemiec. Właściciel pensjonatu celowo umieścił na nim parasole i kaseton reklamowy lokalnego piwa Preminger, byleby tylko nie zatrzymywali się u niego Saudyjczycy. Nie rozumiał dlaczego do ich wioski od jakiegoś czasu zaczęło przyjeżdżać ich tak dużo i określał ich mianem inwazji, oraz narzekał na ich ciasne horyzonty umysłowe i religijne, oraz kupowanie ich kraju za petrodolary. Patrząc na to jak wygląda przeciętny kraj w większości składający się z pustyni, w którym temperatury dochodzą do najwyższych na świecie, spodziewam się że wycieczka nad wodospad musi być właśnie tym czego szuka się na zagranicznych wczasach, zwłaszcza jak większość innych atrakcji jest z jakiegoś powodu niesłuszna. Stąd nad wodospadami całe tłumy arabskich wycieczkowiczów, zarówno indywidualnych rodzin z kierowcą jak i większych zgrupowań. Ten wodospad jest już na tyle popularny, że staje się coraz bardziej „obudowany” w kioski z pamiątkami, lodami, miodem, pocztówkami i wszelkim innym badziewiem. Masowa turystyka zaczyna powoli się wykluwać. W końcu kraj jest mały i da się dotrzeć tutaj z Sarajewa na jednodniową wycieczkę, co pewnie wiele osób robi.

Po drodze z Orašaca do Strbačkiego Buku mijamy takie widoki.

Z jednej strony mamy piękną rzekę, za nami cały czas jeżdżą samochody na szczęście wolno.

Woda ma bogate życie wewnętrzne. Niestety turystyka samochodowa powoduje wyrzucanie śmieci przez okna samochodów i w rzece oprócz pięknych roślin dość często można spotkać różnego rodzaju plastik.

Spływy odbywają się przez cały dzień.

Jedno jest pewne, niezależnie od tego czy lubicie mieszkać na totalnej prowincji, łowić ryby, uprawiać spływanie pontonem albo patrzenie na przelewającą się lub płynącą wodę, bądźcie ostrożni przyjeżdżając do Kulen Vakuf, bo potem już nigdzie nie zdążycie pojechać no i potem nigdzie nie będzie Wam się podobało tak jak tam. Ja się wręcz uzależniłam.

Czego warto skosztować w Sarajewie

W Sarajewie nigdy nie czuję się do końca jakbym była w Europie, (to dla mnie różnica „na plus”). Duża ilość różnych narodowości sprawia, że ostatecznie trochę nie wiem gdzie jestem. Bardziej chyba na bliskim wschodzie, na przykład w Stambule, a miejscami trochę jak w Kuala Lumpur. Do całej układanki brakuje wprawdzie zastępów Chińczyków, jednak te dwa miasta mają co nieco wspólnego. może dlatego że w oba mocno inwestują Arabowie z półwyspu i wielu możemy w mieście zobaczyć? Z jednej strony to dobrze bo Sarajewo podnosi się ze zniszczeń i biedy. Z drugiej strony, monstrualne arabskie realizacje mogą sprawić, że miasto straci swój relaksacyjny i trochę prowincjonalny charakter. Teraz na przykład mieszkaliśmy na kempingu odległego 2 kilometry od Bacarsiji. Schodząc z niego okrutnie pionową drogą, mijaliśmy pasące się u góry owce i stopniowo wkraczaliśmy w coraz starszą zabudowę. Na całe szczęście miasto jest tak wciśnięte pomiędzy góry, że tak łatwo zniszczyć się go nie da, bo na nic nie ma już miejsca (zawsze jednak coś można wyburzyć, mimo to przestrzeni jest jak na lekarstwo). W tej chwili jednak, dwa kilometry pionowo w górę od samego środka Bacarsiji, barany żują spokojnie trawę. Jego ciekawe położenie sprawia, że zamiast rozrastać się promieniście jak większość miast, rozrasta się na długość.  To nie Stambuł, który mimo że jest bardzo energetyczny to jednocześnie potrafi mocno zmęczyć, przez trwające całą dobę korki, nieustanny hałas, tłumy ludzi. Sarajewo jest przy nim jak sanatorium, jednocześnie będąc miejscem trochę kosmopolitycznym.

bih_sarajewo_kryty-bazar_001.jpg

Sarajewo miejscami wygląda jak Stambuł jest jednak o wiele wiele mniej męczące w porównaniu z kilkunastomilionową metropolią, w której korki są całą dobę.

bih_sarajevo_bacarsija_003.jpg

Stare miasto dosłownie najeżone jest lokalami gastronomicznymi z bardzo przyjaznymi cenami.

bih_sarajevo_stoliki_001.jpg

Taka sama kosmopolityczność panuje w temacie jedzenia. Można się tutaj wspaniale najeść, popróbować bardzo różnorodnych rzeczy. Silnie zaznaczone będą zarówno wpływy austro-węgierskie, jak i bałkańskie, tak samo jak turecko-arabskie.

Oczywiście nie należy zapominać także o drugiej stronie medalu. Cały ten optymizm znika, gdy pojedzie się na przeciętne blokowisko obojętnie serbskie czy muzułmańskie. Na obydwu dominuje ta sama beznadzieja. Miasto cały czas jest silnie podzielone na dwa wykluczające się  i kompletnie ignorujące nawzajem obszary. Nie wiadomo jak długo jeszcze potrwa ta względna równowaga, dlatego warto korzystać póki można i szybko tam jechać.

Osmańskie słodycze

Pod tym względem Sarajewo to istny raj na ziemi. W mieście, a zwłaszcza na Bacarsiji, funkcjonuje sporo tradycyjnych cukierni wytwarzających słodycze chyba lepszej jakości niż przeciętnie spotkamy w Turcji. Mam wrażenie, że receptury są traktowane z większym szacunkiem niż tam skąd pochodzą. Bez problemu da się tutaj znaleźć miejsca z wieloletnią tradycją, w których słodycze są robione są z dobrych składników.  Nie oszczędza się na produkcie jak i niczego niepotrzebnie nie przyśpiesza. W dodatku ich ceny są sporo niższe w porównaniu z Turcją i resztą Europy, w miejscach gdzie tego typu słodycze da się kupić. W Bośni półproduktów nie trzeba sprowadzać z daleka. Takie składniki deserów jak ciasta filo i kadaif, są tutaj produktami codziennego użytku. znajdziemy je w przeciętnej piekarni. Nie jest tak, że lokalni wytwórcy kurczowo trzymają się wschodnich receptur i kultywują tylko przepisy znane chociażby z Turcji, bo tworzy się tutaj z nich interesujące lokalne wariacje, jakich próżno szukać bardziej na południu. Takim świetnym przykładem jest żurawinowe, czy śliwkowe lokum, które idealnie wpisuje się w klimaty bardziej europejskie.

sarajewskie-lokum_001.jpg

Te białe kostki to właśnie lokum żurawinowe. Kwaskowata suszona żurawina świetnie pasuje do mleka i kokosa.

bih_sarajewo_tufahija_001.jpg

A to tufahija deser wykonywany z jabłka gotowanego w syropie nadziewanego orzechami.

Niektóre z nich trzeba koniecznie spróbować na miejscu, bo tylko świeże smakują na prawdę genialnie. Inne przetrwają podróż i spokojnie można kupić je na zapas. W tym roku przywiozłam absolutnie genialne lokum, któremu nie zaszkodziła ani podróż samochodem w upale, ani leżenie w domu. Kupiłam je w Butik Badem, na miejscu można zjeść rewelacyjne słodycze turecko-arabskie oraz europejskie, głównie austro-węgierskie. Znajdziemy więc tu tort Sachera, Dobosza i tego typu wiedeńskie przysmaki. Bośniacy przychodzą zjeść słodycze europejskie, a turyści te tradycyjne. Tradycyjne najlepiej smakują z kawą z tygielka.

bih_sarajewo_zestaw-do-kawy_001.jpg

Każda tradycyjna cukiernia za punkt honoru stawia sobie także parzenie doskonałej kawy podawanej w takim właśnie miedzianym zestawie.

bih_sarajewo_kadaif_001.jpg

A to kadaif deser robiony z nitkowatego ciasta o takiej samej nazwie.

Lokalną specjalnością (chociaż o perskiej proweniencji) jest tufahija – jabłko gotowane i podane w syropie cukrowym i nadziewane orzechami włoskimi, z kleksem białego kremu. Tego na pewno nie zabierzemy z sobą – musimy zatem zjeść ją na miejscu. Bośniackie słodycze pochodzenia tureckiego są zazwyczaj tak ekstremalnie słodkie, że chociaż w moim przypadku oczy zawsze chcą zjeść więcej niż żołądek, na raz nie damy rady zamówić i skosztować wszystkich wspomnianych przeze mnie deserów, ponieważ nasz organizm chyba by tego nie przetrwał. Dlatego rozwiązanie jest jedno – przyjemności trzeba rozłożyć na kilka dni, bo wszystkich atrakcji nie da się „zaliczyć na szybko” w jeden, bo żadna to przyjemność. Choćby z powodu zaliczenia wszystkich rodzajów osmańskich słodyczy, tak by nie dostać szoku z przecukrzenia, warto zostać tutaj dłużej. (Nas zawsze wygania z miasta fatalna pogoda.)

Tucana kafa

O prawdziwej tureckiej kawie parzonej w tygielku pisałam już kilka razy przy różnych okazjach, na przykład tutaj. Pije się ją w kilku krajach do których często jeżdżę, więc ten temat dosyć często się tu pojawia. Ale nigdzie indziej kawy nie mieli się już ręcznie. Tutaj natomiast ziarna kawy obrabia się tak jak przed pojawieniem się elektryczności, na urządzeniach liczących sobie 150 lat! Procedura polega na mieleniu jej ręcznie w urządzeniu będącym pewną formą kamiennego żarna. Następnie kawę przesiewa się przez cienką tkaninę, a grubsze drobinki wracają do mielenia. Sarajewscy sprzedawcy twierdzą, że taka procedura obróbki kawy sprawia, że zmielona jest dokładniej. Takich sklepów sprzedających pod własną marką kawę mieloną w tradycyjny sposób, jest na starym mieście kilka.

Co ciekawe mielona w przedpotopowych urządzeniach i przesiewana przez materiał kawa w zasadzie jest tańsza niż kawa mielona mechanicznie kupowana w Turcji. Picie kawy to tutaj prawie największa świętość i codzienny kilkakrotnie powtarzany rytuał. Koniecznie przegryza się ją kawałeczkiem lokum, pije z dodatkiem domowego cukru w kostkach. Sypanie do dobrej jakości kawy zwykłego białego cukru, będzie uznawane w niektórych bardziej purystycznie nastawionych kafanach co najmniej za zbrodnię.

Tym razem w Sarajewie kupiłam trzy duże opakowania, każdą od innego producenta tucanej kahvy, wystarczy pokręcić się po najstarszej części Bacarsiji z pewnością znajdziemy przynajmniej jednego. Niestety nie potrafię podać namiarów na żadnego z nich, mimo że jeszcze posiadam na przykład ich firmowe reklamówki z adresami stron internetowych.  Jeden producent nazywał się na przykład Sehar Kahva. Najwyraźniej jednak domena ich strony przestała działać 🙂 mimo tego że adres jest wydrukowany na reklamówce. Mam też kawę producenta nazywającego się Dibek ale jeśli wpiszemy w internet Dibek kahva, wyskakuje nam strona pobliskiej kawiarni, nie zaś kawowego wytwórcy. Nie udało mi się ustalić czy kawiarnia i palarnia kawy to interesy należące do tego samego właściciela.  Trzeba więc pokręcić się trochę po sarajewskim starym mieście i samodzielnie ich odszukać.

Jeżeli nie uda nam się trafić na sklepik żadnego producenta tucanej kafy, na pocieszenie możemy kupić sobie w każdym markecie „Bosańską Kafę”, z dżezwą na zielonym tle, która także smakuje całkiem nieźle (ale oczywiście mielona jest mechanicznie).

Tradycyjny zestaw do parzenia kawy

Jeśli już nabędziemy kawę, można także pokusić się o zakup lokalnych tradycyjnych naczyń do jej parzenia i serwowania. Uwielbiam szwędać się po sklepach lokalnych metaloplastyków w poszukiwaniu idealnej cukierniczki zwieńczonej półksiężycem (bo taką właśnie pragnę od zawsze zakupić), ale jeszcze nie udało mi się takiej znaleźć. Każdy kolejny raz gdy tam jestem, ceny są znacznie wyższe niż poprzednio, więc ostatecznie nie wiem co z tą moją cukierniczką będzie.

bih_sarajewo_sklep-na-ulicy-kazandziluk_002.jpg

Właściciele sklepików z lokalną metaloplastyką (głównie artykułami kuchennymi) w uliczce Kazandziluk.

bih_sarajewo_sklep-na-ulicy-kazandziluk_001.jpg

Cevapi

Mięsne danie w formie małych pozbawionych osłonki kiełbasek dostępne na całych Bałkanach, pod wieloma różnymi nazwami i o składzie zmieniającym się w zależności od kraju i wyznania. W Rumunii na przykład nazywa się mici (mititei) i zawiera wieprzowinę. W Turcji, gdzie nazywa się kofte (koftecisi) to nie do pomyślenia. W Bośni to często mięso wołowe lub cielęce, pomieszane z baranim lub jagnięcym. Jednak największą wagę do tego dania przykłada się chyba właśnie w Sarajewie. Podaje się je tutaj w specyficzny sposób, przez co smakuje ono w tym miejscu moim zdaniem najlepiej na całych Bałkanach. Robię wyjątek i przynajmniej raz muszę je zjeść, nawet jeśli przez większość czasu staram się wybierać opcje zawierające bardzo mało mięsa lub nie zawierające go wcale. W stolicy Bośni po prostu da się zjeść perfekcyjnie zrobione cevapi, co poznamy chociażby po zatłoczeniu lokali. Nie mam tutaj na myśli jakiś drogich restauracji a lokale „na każdą kieszeń”, w których na dość obskurny stolik czekają kolejki, a obsługa uwija się jak w transie.

bih_sarajevo_cevabdzinica-zeljo_001.jpg

Obsługa lokalu w ogromnym piecu przygotowuje gargantuiczną ilość mięsa i bułek.

bih_sarajevo_cevapi_001.jpg

W Sarajewie je się cevapi w bułce zwanej lepinje/somun koniecznie z surową posiekaną cebulą i w towarzystwie ekstremalnie tłustego kajmaku – serka będącego pośrednią formą między masłem a mascarpone, zaś popija to wszystko zsiadłym mlekiem.

bih_sarajewo_czaga_001.jpg

A to czaga na stoisku zielarskim, o której napiszę za chwilę. Już sam sposób przechowywania w słoiku z białego szkła na świetle niezbyt mi się podoba.

Czaga

Pod względem produktów zielarskich Bośnia prezentuje się całkiem ciekawie, bo posiada swoje własne nie spotykane gdzie indziej specyfiki. Najciekawiej wyglądają chyba produkty z czagi – brązowej narośli na brzozie (zwanej także czyrem brzozowym) a po łacinie Inonotus obliquus.  Była ona stosowana w celach leczniczych przez mieszkańców Syberii. Posiada silne działanie przeciwzapalne i wzmacniające odporność. W internecie można znaleźć całą masę rewelacji o tym, jak niezwykle skutecznie rozprawia się ona z rakiem.  Niestety większość tych marketingowych teorii delikatnie mówiąc nie trzyma się kupy, a czaga jest metodą wyłudzania pieniędzy od zdesperowanych chorych gotowych wypróbować wszystko. W wyniku ogólnoświatowego szaleństwa na jej punkcie stała się produktem  bardzo często podrabianym i w wyniku przemysłowej obróbki również niskiej jakości. Osobiście uważam, że w każdej takiej teorii tkwi ziarnko prawdy – nie można zaprzeczyć przecież, że grzyb ten nie posiada interesujących właściwości. Niemniej jednak nikt nie zwraca uwagi na istotne szczegóły. Dla większości konsumentów wystarczy, żeby na opakowaniu było napisane czaga to specyfik musi pomóc na wszystko. Ponoć jego leczniczym właściwościom sprzyjają długie i mroźne zimy, powolne wzrastanie w surowym klimacie, oraz metody postępowania z nim po jego pozyskaniu. W bośniackich górach rośnie ponoć tego grzyba sporo, dlatego można spotkać jego lokalnych producentów, którzy zarzekają się że ich grzyb pod względem jakości nie ustępuje rosyjskiemu. Cena 100 gramowego słoika wynosiła 50 KM, a młoda córka właściciela firmy zielarskiej z którą rozmawiałam kilkadziesiąt minut piekąc się w upale, twierdziła że sposób jego suszenia w niskiej temperaturze (przypominający dość mocno liofilizację) sprawia, że zachowuje on wszystkie właściwości lecznicze. Co z tego skoro słoiki leżały na świetle niemal na pełnym słońcu w trzydziestokilkustopniowym upale? Kiedy zaczęła mi opowiadać że grzyby pozyskiwane są naturalnie z terenu nieopodal słynnych bośniackich piramid przez co posiadają unikatowe energetyczne właściwości, zupełnie już nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Na początku zainteresowałam się zakupem grzyba jako produktem na wzmocnienie podczas długiej polskiej zimy, po wysłuchaniu rewelacji na temat energii z piramid i innych tym podobnych rzeczy stwierdziłam, że pewniejszą opcją na wzmocnienie będzie chyba nazbieranie sobie wiosną pączków brzozy 🙂 i zalanie ich miodem i bimbrem.

Czagę wyraźnie promuje się jako lokalny produkt. Słoiczki ze zmielonym grzybem spotykałam później jeszcze w kilku miejscach w Sarajewie w sklepach sprzedających miód i szeroko pojętą zdrową żywność.

Piwo Sarajewsko w browarze

W mieście działa całkiem fajny dość nieduży browar, który na razie dzielnie opiera się piwnym korporacjom i mam nadzieję że tak zostanie, jeśli kupi go jakiś piwny moloch, chyba pęknie mi serce. Produkuje piwo, które może nie dorównuje niektórym super dopracowanym piwom rzemieślniczym, ale jest po prostu przyzwoite, a czasem to w zupełności wystarcza do szczęścia. Jak na przemysłowego wytwórcę to piwo jest wręcz świetne. O historii browaru poczytać można na jego stronie. Otwarto go w 1864 roku i działał nieprzerwanie nie niepokojony zarówno przez Imperium Ottomańskie jak i Austro-Węgry. Był ponoć pierwszym zakładem przemysłowym produkującym cokolwiek w całej Bośni. Na stronie browaru można poczytać barwny opis z 1930 roku o piciu piwa w pozycji półleżącej na ottomańskich sofach i  dywanach przez stambulskich paszów. Mniej nobliwi goście, po prostu udawali się z piwem na pobliską łąkę.  Browar usytuowany był poza miastem którego granicę wytyczała w tych czasach rzeka. Przenoszenie piwa przez most na rzecze Miljacka i wchodzenie z nim do miasta było możliwe po uiszczeniu opłaty, więc większość mieszkańców by tego uniknąć wypijała całość od razu. Sekretem smaku piwa jest ponoć głębinowa woda, której ujęcie znajduje się 300 metrów w głąb ziemi bezpośrednio pod browarem. W roku 1907 browar stał się największym producentem piwa całych Austro-Węgier – wytwarzał 45000 hektolitrów piwa. W latach 50. XX wieku produkował już 400 000 hektolitrów. Kompletnie zniszczony podczas oblężenia miasta w latach 1992-96 był jedynym źródłem zaopatrującym mieszkańców w wodę. Po wojnie oprócz piwa zaczęto produkować tu napoje gazowane dwu olbrzymich korporacji Coca-coli i Pepsi . W 2004 roku otwarto przybrowarnianą restaurację. W tej chwili sarajewski browar jest jednym z największych fabryk Bośni.

Jeśli będziemy mieć pecha i zwyczajnie nie zdążymy udać się do browaru na pocieszenie możemy kupić w sklepie zwykłe butelkowane Sarajewsko – smakuje przyzwoicie i występuje w kilku rodzajach.

bih_sarajewo_sarajewski-browar_001.jpg

bih_sarajewo_sarajewski-browar_002.jpg

Kajmak

O kajmaku jeszcze tutaj nie pisałam. To też produkt mocno typowy dla Bośni, chociaż kupimy go także w Serbii czy Bułgarii. To ekstremalnie tłusty rodzaj sera do smarowania. Z dostępnych w Polsce produktów najbardziej przypomina chyba serek mascarpone, ale jest bardziej puszysty. W zasadzie to forma pośrednia między masłem a serem mascarpone. Niekoniecznie przepadam za tłustym nabiałem, dlatego nie jem go jakoś szczególnie często, raz podczas całego wyjazdu w zupełności mi wystarczy, jednak przy okazji bośniackich cevapi po prostu muszę o nim wspomnieć. Oczywiście taki z plastikowego kubka to niekoniecznie jakaś ogromna atrakcja, ale taki z hali targowej od jakiegoś niewielkiego wytwórcy jest wart pofatygowania się po niego specjalnie. Hala targowa czyli Gradska tržnica  mieści się na ulicy Mula Mustafe Bašeskije, przecznicę od katolickiej katedry. Zresztą nawet jeśli z jakiś przyczyn boimy się kupować tak ekologiczne produkty, warto pójść tam tylko po to by pooglądać sobie halę. Pochodzi ona z roku 1894 i do złudzenia przypomina takie same miejsca w Budapeszcie, z tym że jest bardziej ludzkich wymiarów – nie przytłacza swoim ogromem.

bih_sarajewo_hala-targowa_001.jpg

Hala targowa czyli Gradska tržnica.

Ser tradycyjnie powinno przygotowywać się z długo gotowanego na małym ogniu, stopniowo redukowanego, nie odtłuszczanego mleka. Kajmak to jego górna warstwa, którą zbiera się osobno. Powinien zawierać około 60% tłuszczu. Wyrabia się go od Bałkanów po republiki Azji Środkowej. Na bazarze w Sarajewie kajmak bywa tak tłusty że jego kolor jest intensywnie kremowy, podczas gdy ten ze sklepu przypomina serek do smarowania pieczywa. Na hali targowej można także zakupić różne ciekawie wyglądające dojrzewające wędliny, swoim wyglądem przypominające chorwacki prsut.

Turecka kawa

Mówiąc o tureckiej kawie mam na myśli sposób jej mielenia i parzenia, a nie kawę która wyrosła w Turcji, bo taka oczywiście nie istnieje. Jest to najdrobniej mielona mocno palona kawa swoją konsystencją przypominająca mąkę. Nie da się tak zmielić kawy samemu w warunkach domowych dysponując zwykłym młynkiem za 100 złotych. Taka drobna kawa nie będzie oczywiście nadawała się do jakiegokolwiek ekspresu lub zaparzacza, dlatego kupując turecką kawę, trzeba też kupić lokalny osprzęt do jej parzenia. Przyrządza się ją zalewając zimną wodą i gotując razem z cukrem w tygielku zwanym cezve, na wolnym ogniu, chociaż w Turcji mało kto korzysta z tradycyjnych mosiężnych ozdobnych tygielków i w gospodarstwach domowych królują takie oto współczesne, bardziej przypominające garnki, obowiązkowo made in China. Wiele razy  różni ludzie w Turcji częstowali nas  kawą i zawsze korzystali z czegoś takiego, a nigdy z mosiężnych tygielków.

tur_sanliurfa_bazar-palarnia-kawy_001

Palarnia kawy na bazarze w Urfie. Niestety zapach się nie sfotografował.

Za to w Bośni panuje istny kult tradycyjnego tygielka, a ich wytwórcy z przekąsem mówią o tym jak to Turcy porzucili całkowicie ten element swojego dziedzictwa i produkują je tylko po to by sprzedawać turystom. W Bośni każda „bosanska kafa” zamówiona nawet w najmniej eleganckim lokalu, zostanie podana na pięknie kutej tacy, z tygielkiem i dwoma porcelanowymi czarkami  również ozdobionymi okuciem. Tak więc mój pierwszy tygielek zakupiłam w Turcji za śmieszną cenę 5 lirów, ale jest za mały, jego rączka dziwnie się nagrzewa a w wyniku tego że jego kształt zbyt mało rozszerza się ku dołowi, kawa strasznie z niego kipi. W Bośni kilka lat później, gdzie kupiłam kolejny, droższy i większy, dowiedziałam się że w Turcji nikt nie zwraca uwagi na właściwości użytkowe mosiężnych tygielków bo produkują je tylko dla turystów. W tym nowym nic się nie nagrzewa i mniej kipi. W tym artykule można poczytać o różnicach między kawą po bośniacku i kawą turecką.

bih_sarajewo_bacsarcija_tygielki-do-parzenia-kawy_001

Tygielkowy zawrót głowy na starym mieście w Sarajewie w bazarowej dzielnicy Baščaršija.

bih_sarajewo_bacsarcija_tygielki-do-parzenia-kawy_002

Tygielkowe zagłębie na Baščaršiji.

turecka-kawa-001

Mój nabytek z tradycyjnymi bośniackimi wzorami.

turecka-kawa-003

Jeżeli chodzi o samą kawę to w Turcji jej najpopularniejszą i najbardziej rozpoznawalną marką jest Mehmet Efendi. Bez problemu kupimy ją w Polsce, na przykład tu. Niestety w porównaniu do innych kaw tureckich jest relatywnie droga, a smakiem jakimś szczególnym spośród innych marek zdecydowanie się nie wyróżnia. Moim zdaniem identycznie smakuje na przykład jej odrobinę tańszy zamiennik z tureckiego dyskontu Bim, sprzedawany pod wdzięczną nazwą Abdullah Efendi. Za to w Bośni tygielkowa kawa jest niewiarygodnie tania i nie tak dawno zrobiłam jej gigantyczne zapasy. Kupiłam na przykład kawę Zlatna Dzezwa oraz Jubilarna. Jest bardzo podobna do tureckiej, aczkolwiek moim numerem jeden do kupowania w ilościach hurtowych pozostanie kawa z Bima. Niemniej jednak taka kawa jest tak mocno palona, że chyba trudno doszukiwać się pomiędzy nimi znacznych różnic i niuansów. Bardzo znana jest także Stambulska palarnia kawy, mająca swój punkt sprzedaży na Bazarze Egipskim, ale jej ceny (jeśli chcielibyśmy kupić większą ilość) zdecydowanie nie powalają. Za to uczestników fakultatywnych wycieczek którzy jakimś cudem odważyli się pójść na bazar i w dodatku kupić tam jakiś produkt spożywczy, ceny nie odstraszają zupełnie, dlatego za kilka lat jak znów odwiedzę to miejsce kawa na pewno znowu zdąży podrożeć kilkakrotnie. Przepisów jak prawidłowo taką kawę zaparzyć jest kilka i poszczególne frakcje kłócą się ze sobą i obrażają na forach internetowych. Wydaje mi się że trzeba przetestować kilka receptur i robić ją tak żeby nam smakowała. To na przykład jest słuszna receptura. Inne szkoły zalecają mieszać bez odstawiania kawy na bok, ale mieszać tylko u góry tak, żeby łyżka nie dotykała dna, po takim zabiegu piana opada na chwilę po czym znów się podnosi. Po trzykrotnym zamieszaniu kawę można przelać do filiżanki. Ja stosuję tą właśnie metodę. Po jakimś czasie kawa przestaje się pienić i kipieć i zaczyna regularnie się gotować. Z doświadczenia wiem, że nie lubię przegotowanej kawy która już się nie pieni. Ideałem byłoby powolne podgrzewanie tygielka z kawy na rozgrzanym piasku, ale w Turcji piłam taką tylko raz w kafanie czyli kawiarni (po prostu zazwyczaj chodzimy do mało szpanerskich i bardziej niskobudżetowych lokali). Opcjonalnie do tej kawy można oprócz cukru dodać kardamon, jednak nie jest to powszechne bo nie spotkałam się w Turcji z kawą z kardamonem, bo taka kawa to już bardziej klimaty arabskie.

Kawa przygotowana w ten sposób jest mocna i esencjonalna. Nie da się jej wypić dużo. Tym bardziej dziwią historie jakie można wyczytać na temat kawy w Imperium Osmańskim, kiedy to mężczyźni pili dziennie nawet 200 filiżanek! Nic więc dziwnego że wielokrotnie próbowano zakazać picia kawy, powołując się na tekst Koranu zakazujący spożywania tego co spalone i zwęglone. W książce Bozidara Jezernika „Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników” znajduje się rozdział poświęcony tureckiej kawie i jej ekspansji na Bałkany pod wdzięcznym tytułem „Gdzie raj był tylko na odległość łyku piekielnego naparu”. Możemy się w nim dowiedzieć że jedną z pierwszych kawiarni w Europie była kawiarnia w Belgradzie założona w 1555 roku, natomiast pierwsze wzmianki o kawiarni w Sarajewie pochodzą z końca roku 1591. W pozostałej części Europy kawa zaczęła być traktowana poważnie dopiero w industrialnym wieku XIX kiedy to zaczęła pełnić rolę stymulatora, umożliwiającego długą i wydajną pracę w fabrykach. Dlatego tradycje kawy są tak silne na terenach które niegdyś były pod panowaniem osmańskim. Co ciekawe Węgry również posiadają tureckie tradycje picia kawy jednak kawa tygielkowa została stamtąd całkowicie wyparta i w cukierniach królują wyłącznie ekspresy robiące słabą kawę którą pije się najczęściej z mlekiem. Podobnie jest w Bułgarii, z tym że tam króluje czarna i mocna kawa z ekspresu którą kupimy w każdym kiosku. W obu krajach raczej mocno nie lubią Turków. Kawa była na tyle uzależniająca że została, ale jej picie zmodernizowano. W pierwszej połowie XX wieku brytyjski korespondent na Bałkanach Paul Edmonds pisze że „w najbiedniejszych i odległych norach Albanii próbował lepszej kawy niż mógłby dostać w pierwszorzędnym hotelu londyńskim”. Myślę że to stwierdzenie może pozostawać aktualne do dziś, chociaż osobiście nie byłam ani w albańskiej norze, ani w pierwszorzędnym angielskim hotelu.

Sarajewo na kilka dni – co zobaczyć

Sarajewo pomimo widocznych na każdym kroku niezabliźnionych pozostałości wojny i to zarówno jeśli weźmiemy pod uwagę miejski krajobraz jak i ludzi którzy w nim funkcjonują, jest miejscem wyjątkowym, niezwykle interesującym, do którego z pewnością jeszcze wrócę i to wiele razy, jeśli tylko sytuacja polityczna na to pozwoli i nie zmieni się na gorsze. Do tej pory mniejsze bośniackie miejscowości, takie jak Jajce, Blagaj czy Počitelj miały zdecydowanie lepszą atmosferę, niż nieco przygnębiające większe miasta. Tak nie jest w przypadku Sarajewa.  Czuć tutaj prawdziwie wielokulturową atmosferę, która przyciąga ludzi niczym magnes. Mieszkańcy miasta w przeszłości słynęli z tolerancji jaką darzyli inne narody. Sarajewo dumnie nazywane było przez Bośniaków „Damaszkiem północy”. Kiedyś było to najbardziej orientalne miasto Europy Wschodniej. Bez większych problemów żyli tutaj obok siebie wyznawcy wszystkich religii „księgi”: chrześcijanie tradycji wschodniej i zachodniej, muzułmanie i żydzi. Również pod względem prawdziwie egzotycznego wyglądu miasto nie miało sobie równych w Europie. Prawy brzeg rzeki Miljacki, która płynęła przez miasto swobodnie w sposób nieuregulowany, pokryty był ogrodami w stylu osmańskim. Ponoć panowała tu „wschodnia wolność” i „nietolerancja wobec wszelkiej monotonii” co można przeczytać w książce Bozidara Jezernika „Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników”. Po przejściu Sarajewa w ręce austro-węgierskie, w mieście zmieniło się wiele, ponieważ starano się nadać mu bardziej współczesny, europejski charakter. To samo spotkało prawie wszystkie miasta Bałkanów, dlatego w takiej na przykład Sofii tak trudno znaleźć obecnie jakikolwiek charakter, ponieważ ślady kilkusetletniego panowania Turków skutecznie usunięto, zastępując je XIX wiecznymi monumentalnymi gmachami bez wyrazu, będącymi często gorszymi kopiami tych w Paryżu czy Wiedniu. Miasta Bałkanów straciły swojego ducha zawartego w meczetach, minaretach, karawanserajach, bazarach, cmentarzach, mostach, domach. Kiedy to wszystko wyburzono, zniknęły także całe wieki historii, a nowe kanony estetyczne były  niestety niewiele warte. Pogoń za Europą była tylko czczą chęcią, bo skok cywilizacyjny nie mógł odbyć się w tak krótkim czasie. Budowle powstałe w szybkim tempie i bez większej refleksji, mogły być jedynie prowincjonalną karykaturą, wymarzonego pierwowzoru. Wszystko to, za co dawni podróżnicy cenili Bałkany przestało istnieć. W Sarajewie próbowano uczynić podobnie, jednak z racji tego, że mieszkała tutaj znaczna liczba muzułmanów, nie zniszczono wszystkich śladów tureckiej obecności. Uregulowano rzekę, zniszczono dużą część terenów zielonych, jednak Baščaršija pozostała w niezmienionym stanie do lat dziewięćdziesiątych. Dopiero to co dokonało się potem określane jest często słowem „miastobójstwo”. Sarajewo pozostające pod kontrolą Bośniaków, było tak mocno ostrzeliwane, że jego architektura przekształciła się w „architekturę wojny”. Niemal wszystkie budynki w Sarajewie zostały uszkodzone, a 35 000 obiektów zostało całkowicie zniszczonych.

Dlatego teraz miasto robi także nieco smutne wrażenie, bo poza historycznym centrum odwiedzanym przez tłumy ludzi, inne dzielnice są o wiele bardziej zrujnowane. Bardzo dużo budynków nadal podziurawionych jest kulami rozmaitego kalibru, a na ulicach widoczne są ślady moździeżowych pocisków zwane Różami Sarajewa. Mnóstwo ludzi żebrze (podając się za ofiary wojny), albo próbuje zarobić na przykład myjąc okna samochodów stojących w korkach, bo bezrobocie w tym kraju jest gigantyczne. Całości dopełnia olbrzyma ilość cmentarzy. Obszary na których grzebano ofiary kilkuletniego oblężenia, wyrastają raz po raz w miejscach takich jak pas zieleni ruchliwej drogi, podcienia mostów, boiska i stadiony sportowe, czy miejskie parki i tereny zielone. Patrząc na historię Bośni prędzej czy później chyba musiało do tego dojść, bo pomimo wspomnianego wcześniej szacunku do odmienności oraz wspólnej historii, zawsze zostawało tutaj trochę miejsca na pewną dozę nienawiści. Bośnia jest krainą o której chyba najbardziej z państw byłej Jugosławii można powiedzieć, że leży na styku kultur i właśnie dlatego podczas wojny na Bałkanach w latach 90. dokonano tu najwięcej zbrodni wojennych. Obecnie w skład Bośni i Hercegowiny wchodzą trzy grupy etniczne, mówiące tym samym językiem i bardzo często w swojej ponad tysiącletniej historii dzielące wspólne losy, mówiące identycznym językiem, różniące się tylko tym, że ludzie należący do nich wyznają inną religię. Początkowo nie stanowiło to problemu, jednak za sprawą duchowieństwa (głównie serbskiego i chorwackiego), które naukę swoich Bogów rozumiało mocno opacznie, skutecznie udało się wydobyć z ludzi najgorsze instynkty. Różnice zaczęto uwypuklać i to właśnie z religii uczyniono główny motor, który wielokrotnie pchał Bośniaków, Chorwatów i Serbów w stronę aktów wzajemnej nienawiści, której ostatnio dano upust w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, jednak podobne historie wcześniej miały miejsce wiele razy, może na nieco mniejszą skalę. W książce Roberta D. Kaplana „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię” będącej jednocześnie reportażem i esejem historycznym możemy przeczytać, że zamieszkujący Bośnię Chorwaci zawsze byli bardziej „chorwaccy” od swoich pobratymców z Chorwacji, a Serbowie bardziej „serbscy” niż gdziekolwiek indziej. Autor książki był w państwach byłej Jugosławii tuż po jej rozpadzie i przewidział, rychłe nadejście wojny domowej, jednak wtedy nikogo na zachodzie Europy ten problem nie interesował. W wyniku dużego przemieszania się wyznawców katolicyzmu, prawosławia i islamu (będących obecnie trzema różnymi narodami) każdy potrzebował najsilniej jak to możliwe zaakcentować swoją religijną przynależność. Ponoć kwintesencją tego problemu jest właśnie stolica Bośni i Hercegowiny. Miasto w zasadzie niepodzielne, do którego wszystkie zamieszkujące go narody mają jakieś roszczenia, których w całości nie da się spełnić. Problem w tym, że nikt nie jest zadowolony z jakiegokolwiek kompromisu. Całe Bałkany a więc każda z republik byłej Jugosławii a także Bułgaria, Grecja i Albania pragną powrotu do swoich historycznych granic z okresu największej świetności, który zazwyczaj miał miejsce gdzieś w głębokim średniowieczu, zanim na te ziemie nadeszli Turcy. To powoduje, że tego terenu nie da się w żaden sposób podzielić, a jeśli zacznie się próbować, to przykładem tego co może się stać, jest wojenna historia Sarajewa, które trwało w kompletnym impasie przez przeszło trzy lata, przy całkowicie biernej postawie reszty państw europejskich i najbardziej ucierpieli na tym zwykli mieszkańcy miasta, do których z okolicznych gór strzelano jak do kaczek.

bih_sarajewo_most-lacinski_001

Most przy którym miał miejsce słynny Zamach w Sarajewie, bezpośrednia przyczyna I wojny światowej i muzeum poświęcone temu wydarzeniu.

bih_sarajewo_sebilij_002.jpg

Muzułmańska dzielnica handlowa Baščaršija i jej serce okolice zabytkowej studni Sebilij.

bih_sarajewo_meczet-ghazi-husrev-bega_studnia_001.jpgbih_sarajewo_katedra-najswietszego-serca-jezusa_001.jpg
bih_sarajewo_bacsarcija_002.jpgbih_sarajewo_medresa-ghazi-husrev-bega_001.jpgbih_sarajewo_witryna-sklepowa-hidzab_001.jpg

bih_sarajewo_vjecna-vatra_001.jpgbih_sarajewo_bacsarcija_001.jpg

Dlatego właśnie ilość powierzchni Sarajewa zajmowana przez cmentarze jest tak ogromna. Nie da się przejść  małego kawałka miasta bez napatoczenia się na co najmniej jeden, są one  naturalnym elementem pejzażu i wyrastają wszędzie gdzie popadnie. Chcąc nie chcąc zaczyna się je odwiedzać bo żeby gdziekolwiek dojść zazwyczaj trzeba przejść przez kilka. Większość nagrobków jest z lat dziewięćdziesiątych. Przedstawiciele wrogich sobie religii nie mieszają się ze sobą nawet po śmierci. Muzułmanie i chrześcijanie chowani są na osobnych cmentarzach. Fakt posiadania istniejącego i namacalnego miejsca spoczynku jest w tym kraju powodem do radości, ponieważ losy mnóstwa ludzi są nieznane i rodziny nadal czekają na jakikolwiek ślad po swoich zmarłych. Od czasu do czasu, choć już coraz rzadziej, w mediach przebrzmiewają informacje o znalezieniu kolejnych masowych grobów. Znakomicie pisze o tym Wojciech Tochman w „Jakbyś kamień jadła”. Po  przeczytaniu tej książki mogłam lepiej zrozumieć wrażenie jakie odniosłam po obserwacji mieszkańców Bośni. Wydało mi się bowiem, że  większość ludzi zamiast aktywnie działać, to na coś biernie czeka. W tym kraju wszystko znajduje się w swego rodzaju impasie albo dość paraliżującej równowadze, której nikt nie ma odwagi przełamać. Stosunki społeczne zostały tak zniszczone, że wielu ludzi nie jest w stanie podjąć jakiejkolwiek inicjatywy, po tym co przeszli, oraz współistnieć obok ludzi od których doznali krzywd nie tak dawno temu. Dlatego odsetek obywateli, którzy chcą z tego kraju wyjechać jest ponoć najwyższy w Europie.

bih_sarajewo_zniszczenia-wojenne_001.jpg

Nawet na starym mieście w bezpośredniej bliskości Baščaršiji można znaleźć kamienice bez okien i z dziurami po kulach.

bih_sarajewo_okolice-stadionu-kosevo_002.jpg

Okolice stadionu Kosevo, część chrześcijańska.

bih_sarajewo_okolice-stadionu-kosevo_001.jpg

Okolice stadionu Kosevo, część muzułmańska.

bih_sarajewo_blokowisko_001.jpg

A to blok jakich w mieście pełno. Każdy mieszkaniec naprawiał swoją część na własną rękę.

Dla kontrastu mamy jednak turystyczną dzielnicę Baščaršija. Pracujący tam ludzie są znacznie większymi optymistami za sprawą turystów i strumienia pieniędzy, który od nich płynie. Trzeba tylko mieć nadzieję, że poziom skomercjalizowania nie będzie szybko się zwiększał i kiedyś nie osiągnie poziomu takiego na przykład Dubrownika, bo przestanie tu być tak miło jak w tej chwili. Na razie bowiem ceny w Sarajewie są rozsądne, ludzie jeszcze całkowicie normalni. Dzielnica funkcjonuje także dla miejscowych a nie jedynie dla turystów.  Nikomu z pracujących tam ludzi jakoś strasznie się nie śpieszy i nie chodzi im już tylko o zarabianie pieniędzy na swoim turystycznym kombinacie, jak ma to miejsce w Dubrowniku. Na Baščaršiji można długo błąkać się po małych sklepikach i kupować przeróżne muzułmańskie słodycze i wschodnie przyprawy, po cenach dużo mniejszych niż w Turcji. Dogadać się na temat różnych nieznanych produktów jest nieco łatwiej, bo słowiański język ma jednak z naszego punktu widzenia pewną przewagę nad tureckim. Sprzedawcy są strasznie zadowoleni, że ktoś kupuje artykuły mniej typowego zastosowania i jeszcze się o nie wypytuje, a jeśli powiemy że je znamy, bo je wcześniej jedliśmy, tylko nikt nam o nich nie opowiedział, to już nie posiadają się z zachwytu. Niemniej jednak kupiłam tam jedną rzecz przetrzymaną na półce, więc warto czasem spojrzeć na daty widniejące na opakowaniach. W dzielnicy można również włóczyć się po rozmaitych knajpach, które miejscami urządzone są z tureckim przepychem jak w Stambule, tylko drastycznie różnią się cenami oczywiście na korzyść Sarajewa. Jest też pewna dbałość o to by zachodni turyści nie mieszali się z pobożnymi turystami na przykład z Arabii Saudyjskiej, których też jest mnogo, dlatego w niektórych z nich menu jest tylko po arabsku (i nie jestem pewna czy będzie w nich piwo). Można w nich zjeść stały repertuar arabskich potraw, królują góry mięcha i pszenne placki. Ceny na Baščaršiji są jeszcze na tyle przyjazne, że także miejscowi siedzą w ogródkach pijąc niezliczone kawy z tygielka i paląc papierosy jak lokomotywy (a czasem fajkę wodną). W zasadzie wszystkie lokale są mocno wypełnione i trwa nie kończąca się umiarkowana impreza. Kilka razy odwiedzaliśmy lokal z kuchnią bośniacką, w którym nie było dań spotykanych wszędzie takich jak cevapi i pljeskawica, za to można było zjeść coś bardziej niszowego na przykład lonac, sogan dolma, czy potrawy z baraniny z górskich miejscowości, wszystko w przepięknych ręcznie kutych naczyniach. Codziennie przyrządzali tam tylko kilka dań i po południu wybór był drastycznie mały, za to jedzenie świetne, tylko że zawsze dostawaliśmy jakieś resztki. Zamiast więc przeglądać menu i robić sobie niepotrzebny apetyt, wystarczyło się zapytać co jeszcze mamy szansę zjeść. Jeśli dobrze pogrzebiemy w bośniackich przepisach, okazuje się, że da się znaleźć tu  wpływy perskie czy kurdyjskie i potrawy jakie je się tysiące kilometrów dalej. Widać że górzystość terenu ma swoje zalety i sprawia, że kuchnia jest oryginalna i nie wymieszana z europejskimi wpływami tak bardzo jak gdzie indziej.

bih_sarajewo_sarajewski-browar_001.jpg

Przybrowarniana pijalnia piwa. W środku pusto bo godzina jeszcze mało „piwna”, ale skoro już byliśmy w okolicy…

bih_sarajewo_sarajewski-browar_002.jpg

Oczywiście Sarajewo to nie tylko Baščaršija. Miasto jest jednocześnie uzdrowiskiem i obfituje w termalne wody. Warto na przykład odwiedzić Sarajewski browar, który znajduje się bardzo blisko Baščaršiji. Piwo robione jest z wody oligoceńskiej, która pochodzi ze studni znajdującej się na terenie fabryki. W czasie oblężenia w latach dziewięćdziesiątych, browar zaopatrywał miasto w wodę pitną. Na miejscu znajduje się knajpa, w której piwo smakuje tak jak powinno smakować w takich miejscach, bo robi się je jeszcze w prawdziwy sposób. W Sarajewie znajduje się też nowiutkie kąpielisko termalne, więc pod pewnymi względami można tu poczuć się jak w Budapeszcie. W parkowo-uzdrowiskowej dzielnicy Ilidža oprócz tego ogólnodostępnego kąpieliska, znajduje się wiele drogich hoteli w których są baseny lecznicze, okupują je jednak tłumy wycieczkowieczów z krajów Półwyspu Arabskiego. Miejscami w Ilidžy można poczuć się jak w Arabii Saudyjskiej, gdyż jest dosłownie skolonizowana przez ortodoksyjnych muzułmanów i istnieje tu dla nich całkowicie odrębna infrastruktura. Trzeba przyznać, że zatrzymują się w całkiem ładnym, zielonym miejscu. Niedaleko jest źródło rzeki Bośni – Vrelo Bosne, miejsce ważne dla tożsamości Bośniaków, jedyne miejsce w kraju w którym ktokolwiek z jego mieszkańców patrzy na to państwo na tyle optymistycznie, że nawet kupuje pamiątki z nim związane. Flagi i inne symbole Bośni i Hercegowiny całkiem nieźle się tu sprzedają a kupują je głównie ludzie lokalni, a nie turyści z zachodu, jak ma to miejsce na Baščaršiji. Kramy są prawdziwą ciekawostką i niektórzy nawet się pod nimi fotografują. Sam park jest dość urokliwy, szkoda tylko, że szpetnie ogrodzony siatką i oddzielony od reszty pejzażu. Droga do niego to trzykilometrowa aleja wzdłuż której rosną platany i jeżdżą bryczki z ludźmi, którzy nie mieli siły by przejść taką odległość na piechotę. Rzeka wypływa od razu dość sporym strumieniem i jest bardzo zimna i krystalicznie czysta.

bih_sarajewo_bacsarcija_kute-talerze_001.jpg

To jeszcze Baščaršija i pamiątkowe talerze.

bih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_002.jpg

A taka zacieniona platanami droga, prowadzi do Vrelo Bosne.

bih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_001.jpg

Vrelo Bosne popularny cel podmiejskich wycieczek.

bih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_003.jpgbih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_004.jpgbih_sarajewo-ilidza_vrelo-bosne_005.jpg

Niemniej jednak okolica jest dość mocno zmieniona przez człowieka, wszędzie pełno płotów, barierek i niezbyt do tego wszystkiego pasujących rabatek, co sprawiło że nie chciało nam się strasznie długo tam przebywać i tego samego dnia postanawiamy jeszcze udać się do Muzeum Tunelu. Znajduje się ono spory kawałek od cywilizacji,  w dzielnicy Butmir na przedmieściach. Jest to zwyczajna podmiejska sypialnia złożona z domków jednorodzinnych, sąsiadująca z lotniskiem. Chociaż dojeżdża tam ponoć miejski autobus, to jednak bez GPSa i wpisanego weń wcześniej adresu, trochę trudno byłoby znaleźć Tunel Spasa na piechotę nie posługując się taksówką, bo trzeba błądzić w wąskich uliczkach wśród domków z ogródkiem. Znaczna większość ludzi dociera tu prywatnym transportem. Znajduje się w zupełnie niecharakterystycznym miejscu między domami. Sam budynek jak już go znajdziemy mocno się wyróżnia, bo w przeciwieństwie do okolicznych domów nie usunięto z niego śladów kul. W środku towarzystwo jest zupełnie międzynarodowe, a najwięcej jest Japończyków. Jako że w Sarajewie zamieszkaliśmy na Ilidžy, więc w zasadzie nie spotykaliśmy tam nikogo oprócz Saudyjczyków,  nie spodziewaliśmy się że miasto odwiedza taki tłum obcokrajowców a już na pewno że spotkamy ich w tak odległym od centrum miejscu. To bardzo dobrze, że wszyscy tak pilnie tam jeżdżą, finansują bowiem odbudowę tego tunelu w całości i może kiedyś to nastąpi. Warto byłoby przywrócić go do pełnej funkcjonalności, bo zdecydowanie na to zasługuje. Projekt tunelu opracowany został przez lokalnych inżynierów  Fadila Šeru i Nedžada Brankovića na zlecenie wojska pod koniec 1992 roku. Początkowo ludzie kopali go ręcznie pracując na trzy zmiany, za paczkę papierosów dziennie. Od strony Butmiru konstrukcję umacniano drewnem ze względu na jego dostępność a od strony Dobrinji elementami z metalu – wszelkimi pozostałościami z sarajewskich fabryk. Pracę nad nim znacznie utrudniały podziemne wody i prace na jakiś czas przerwano. Dopiero w lipcu 1993 roku kopiący z dwu stron ludzie spotkali się. Zaczęto szmuglować nim lekarstwa, żywność, broń a także przeprowadzać ludzi. W sumie przeszło nim milion osób w tym Alija Izetbegović prezydent Bośni i Hercegowiny.

bih_sarajewo_muzeum-tunelu_001.jpg

Wejście do Muzeum Tunelu.

bih_sarajewo_muzeum-tunelu_002.jpg

Jego wysykość to około 1,5 m. Przejście 20 metrów będąc zgiętym wpół jest dość wykańczające, co dopiero mówić o 800 metrach.

bih_sarajewo_muzeum-tunelu_003.jpg

Warto szybko jechać do Sarajewa i poświęcić na nie parę dni. Nie wiadomo jak długo potrwa obecny stan względnej równowagi, która nikogo nie zadowala i co się wtedy stanie? Czy problemy uda się rozwiązać w sposób pokojowy bo ludzie wyciągnęli wnioski z niedalekiej przeszłości? W każdym razie wygląda na to, że w takim stanie jak obecnie państwo nie będzie mogło zbyt długo istnieć. Miasto ma w sobie coś bardzo fascynującego. Miejscami jest tu tak pięknie i bezproblemowo, ludzie są mili a jedzenie pyszne i jeszcze bardzo prawdziwe, że popadamy w hedonistyczno-szczęśliwy nastrój. Za chwilę robi nam się smutno, bo przeszłość przypomina o sobie na każdym kroku. Może warto jeszcze dodać coś dla osób, które twierdzą, że nie pojadą tam bo to kraj muzułmański i w dodatku niebezpieczny. Słyszałam mnóstwo takich opinii (oczywiście region Polski, w którym mieszkam z pewnością ma na to spory wpływ). Islam panujący w Bośni i Hercegowinie to chyba najmniej konserwatywna jego wersja na świecie (nie wiem jak jest w Albanii bo jeszcze w niej nie byłam). Jeśli z powodu religii, Europa będzie odwracać się od Bośni i Hercegowiny i traktować ją jak „niechciane dziecko”, tą niechęć w pewnością zagospodarują kraje takie jak Arabia Saudyjska, które mogą przeznaczyć spore pieniądze na przykład na ultrakonserwatywną oświatę i skutecznie zwracać młode pokolenie ludzi wychowanych już po upadku komunizmu i nie posiadających dobrych perspektyw na przyszłość, w stronę radykalniejszych odłamów islamu.

Počitelj 2013

Koniecznie trzeba zrobić sobie przystanek się po drodze do i z Mostaru albo Chorwacji, żeby zobaczyć  najlepiej zachowany osmański zespół urbanistyczny w Bośni, (albo wybrać się do niego specjalnie). To prawdziwe przeniesienie się w czasie. Gdyby nie działania wojenne w latach 90. XX wieku, można by powiedzieć że od ładnych kilkuset lat nikt niczego tutaj nie zmienił.  Nie da się o nim pisać inaczej niż tylko w samych superlatywach, bo gdyby usunąć asfaltową drogę i samochody oraz pomniejsze dodatki w rodzaju szpetnych reklam coli, pejzaż wygląda na niezmieniony od wieków. Nawet rzeka ma czysty kolor i wygląda jakby pochodziła sprzed ery ścieków i uprzemysłowienia. Budynki wyglądają bardzo naturalnie bo zbudowano je z kamienia w takim samym kolorze jak otaczające miasteczko skały, bo pewnie stamtąd pochodzącego.

bih_pocitelj_stare-miasto-neretwa_001.jpg
bih_pocitelj_stare-miasto_001.jpgbih_pocitelj_twierdza_001.jpg

W średniowieczu miasto było centrum administracyjnym prowincji Dubrava župa i ważnym punktem strategicznym, z racji swojej rewelacyjnej lokalizacji i wysunięcia na zachód. Istnieje hipoteza, że pierwsze średnowieczne fortyfikace powstały za sprawą najpotężniejszego króla Hercegowiny  Stjepana Tvrtko I Kontromanicia już w roku 1383. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z 1444 roku. Twierdza miała duże znaczenie za panowania króla Węgier, Chorwacji i Czech Macieja Korwina, kiedy to w latach 1463-71,  stacjonował w niej węgierski garnizon. Na niewiele się to zdało bo po tej dacie, na długie stulecia, Počitelj wpadło w ręce Turków. Twierdza i jej otoczenie ewoluowały w czasach osmańskich, rozbudowano je zarówno w wieku  XVI jak i XVIII. Przez jakiś czas funkcjonował tutaj nawet osmański sąd – kadiluk działający według prawa szariatu. Obecnie Počitelj jest unikatowym przykładem osmańskiej architektury, gdyż zachowała się w niezmienionym stanie. Turcy wybudowali tutaj łaźnię, jadłodajnię dla ubogich, mekteb, czyli muzułmańską szkołę podstawową, a także medresę (szkołę wyższą) i niewielki prowincjonalny meczet – dwie ostatnie instytucje imienia Šišman Ibrahim Pašy. Przed meczetem rośnie piękny cyprys. W mieście funkcjonował też han – mały karawanseraj, w którym obecnie mieści się restauracja. Elementem powstałym pod wpływem architektury śródziemnomorskiej (chorwackiej) jest Sahat Kula czyli wieża zegarowa, co do której uważa się że powstała po roku 1664. Natomiast architektura mieszkalna jest pomieszaniem stylu osmańskiego ze śródziemnomorskim. Konstrukcja domu jest osmańska ale jego wykończenie i detale zawierają lokalne wpływy sprzed tureckiego panowania.  Po upadku osmańskiego imperium gdy w 1878 Počitelj  znalazło się na terenie Austro-Węgier, miasto straciło na znaczeniu i stawało się coraz bardziej prowincjonalne. Przed wojną w latach 90. mieszkała w nim populacja 660 Bośniaków, 172 Chorwatów, 20 Serbów i 19 osób deklarujących się jako Jugosłowianie. Podczas wojny domowej na Bałkanach ucierpiało bardzo poważnie i zostało niemal zrównane z ziemią najpierw przez wojska serbskie a potem chorwackie, a to co widzimy obecnie, zostało odbudowane niemal od zera. W 1996 roku historyczną zabudowę Počitelj dodano na listę stu najbardziej zagrożonych zabytkowych miejsc świata według World Monuments Fund. Jego odbudowa miała być modelowym przykładem rekonstrukcji budynków i próby ponownego odtworzenia istniejącej przed wojną społeczności, gdyż większość bośniackich muzułmanów opuściła miasto. Do dzisiaj widać kilka nieodbudowanych i zarośniętych zielskiem domów, których właściciel jeszcze się nie pojawił. Ponoć nie wszyscy chcieli tutaj wrócić. A na rozwieszonych po miasteczku tablicach, można zobaczyć jak po chorwackim ostrzale wyglądał meczet i kilka innych budynków. Minaret zrównano z ziemią, a kopuła meczetu zapadła się do środka budynku. Sytuacja Počitelj była taka sama jak większości miast w tym kraju, gdzie miejscowość wciśnięta jest pomiędzy góry, z których dogodnie można było ją ostrzeliwać.

bih_pocitelj_kamienne-domy_001.jpg

Domy z kamienia.

bih_pocitelj_stare-miasto_004.jpg

Całe stare miasto otoczone jest murem.

bih_pocitelj_stare-miasto_003.jpg

Minaret i wieża zegarowa.

bih_pocitelj_stare-miasto_002.jpg

Twierdza z jednej…

bih_pocitelj_twierdza_002

…i z drugiej strony.

Dzisiaj miasteczko ma spokojną mało turystyczną atmosferę, mimo że byliśmy tam równocześnie z dwoma autokarami wycieczek z Turcji, które szczelnie wypełniły wszelkie dostępne miejsca w których można było coś zjeść i w tym celu musieliśmy zatrzymać się za Počitelj  w przydrożnej knajpie. Dlatego nie byłam tam szczególnie długo, a szkoda. Myślę że w okolicy również znalazłoby się coś ciekawego do robienia i mam nadzieję, że kiedyś spędzę tam trochę więcej czasu, bo w miejscowości są noclegi. Natomiast tureccy emeryci na wycieczce byli strasznie sympatyczni i próbowali nawet coś nam tłumaczyć na temat tego miejsca, ale mówili tylko po turecku, a nie znam go na tyle by rozpatrywać różne historyczne zawiłości. Całość funkcjonuje nie na zasadzie martwego muzeum jak na przykład w Melniku, ale jest małym spokojnym miasteczkiem, po którym w sumie nie widać wcale nie tak dawnej wojennej traumy. Jest to kolejna całkowicie niewymuszona i naturalna atrakcja jakie można spotkać w Bośni.