Archiwum kategorii: Bośnia i Hercegowina

Mostar 2013

W Mostarze nie spodziewałam się aż takich tłumów Polaków z pobliskiej Chorwacji, którzy przyjechali tu na jednodniową wycieczkę, pewnie tego samego dnia zahaczając jeszcze o Medjugorie (ale nie sprawdzałam tego osobiście). Oczywiście to dobrze, że niedowartościowana turystycznie Bośnia trochę na nich zarobi, ale ja jeśli już jadę na wakacje, to staram się mieć wolne także od moich współbratymców, ponieważ mam ich dosyć na co dzień. Jeśli gdzieś jadę to chcę jak najbardziej odpocząć od ich mentalności, punktu widzenia i sposobu pojmowania świata.  W Mostarze niestety było to niewykonalne. Najczęściej słyszanym na ulicach językiem był polski, a komentarze rodaków, na temat chociażby mijanych arabskich kobiet w abajach, niewybredne. Ciekawe czy też byliby tak „niezwykle odważni” gdyby pojechali do jakiegoś kraju Półwyspu Arabskiego? Bo jeśli kobietom towarzyszyła wieloosobowa rodzina ich odwaga znacznie się zmniejszała. Było mi strasznie wstyd gdy musiałam przyglądać się jak opaleni na czerwono wycieczkowicze w skarpetkach i sandałach pokazywali swą wyższość nad innymi nacjami, szydząc po polsku i czasem angielsku z każdego kto jest inny od nich. Ich nastawienie wynika zapewne z narastającego w Europie Zachodniej problemu z ultrakonserwatywnymi społecznościami emigrantów krajów muzułmańskich, które usiłują żyć według swoich archaicznych zwyczajów, nie zważając na prawo krajów które ich przyjęły. Oczywiście nie usprawiedliwia to zachowania Polaków w Mostarze. Na dodatek mieli oni tu do czynienia nie z emigrantami, a zwykłymi mieszkańcami krajów arabskich, którzy tłumnie odwiedzają Bośnię, bo jest ona dla nich popularnym celem wycieczek (dzięki czemu czułam się tu czasami identycznie jak rok wcześniej w Malezji). Moim rodakom było jednak wszystko jedno, do każdego kto był odmienny od nich odnosili się z jednakową pogardą. Między innymi dlatego nie miałam ochoty spędzać tutaj zbyt wiele czasu.

Nazwa miasta wywodzi się od słynnego na całą Europę mostu. Zanim jednak on powstał w tym miejscu od zawsze istniała bardzo strategiczna przeprawa przez Neretwę, służąca między innymi do szybkiego przerzucania wojska i nazwa miejscowości wywodzi się od jej strażników. Na przykład pisma z roku 1477 podają, że w osadzie było 19 domostw. Źródła z 1452 roku informują, że drewniany most był w tak złym stanie że przeprawiający obawiali się o własne życie. Dlatego osadnictwo koncentrowało się głównie po jego wschodniej stronie. Mieszkańcy Mostaru zwrócili się do sułtana Sulejmana Wspaniałego z prośbą o nowy most. Ukończono go w 1566 roku, co potwierdzają dwa wykute na nim napisy, według planów Mimara Haireddina ucznia najsłynniejszego osmańskiego architekta Mimara Sinana. Wykonano go z dużych bloków białego marmuru. Most w formie pojedynczego łuku, pełen gracji i lekkości, był konstrukcją w swoich czasach prawdziwie innowacyjną i unikatową. Po jego obu stronach znajdują się dwie wieże w których stale stacjonowało 160 żołnierzy gotowych bronić mostu. W XIX wieku jedna z nich była basztą prochową a w drugiej mieściło się więzienie. W swojej książce „Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników” Bożidar Jezernik opisuje problemy z ustaleniem pochodzenia słynnego mostu. W XIX wieku, gdy zachodni podróżnicy zaczęli odwiedzać Bałkany, na temat mostu utrwalił się przesąd, że wybudowali go Rzymianie i do początków XX wieku rozprzestrzeniały się na jego temat takie informacje. Turcy uchodzili bowiem w oczach Europejczyków za niezdolnych do stworzenia takiej konstrukcji. Kiedy już nie dało się temu zaprzeczyć, przyjęto ten fakt ze sporym niedowierzaniem. Most robi największe wrażenie gdy oglądamy go z dołu stojąc na brzegu rzeki. Wtedy najlepiej widać jego lekkość, grację i ładne proporcje. To właśnie tutaj miejscowi fotografują się najchętniej.

bih_mostar_widok-ze-starego-mostu_001.jpg

Widok ze starego mostu.

bih_mostar_stary-most_003

A to sam most i jego rewelacyjnie zachowane otoczenie.

bih_mostar_stary-most_001.jpgbih_mostar_stary-most_ikar_001.jpg
bih_mostar_stary-most_002.jpg

Most od zawsze łączył dwie społeczności. Wschodnią część miasta zamieszkiwali muzułmańscy Bośniacy, a zachodnią katoliccy Chorwaci. Był dla Mostaru tym czym Notre Dame dla Paryża a Kreml dla Moskwy, czy Hagia Sophia dla Stambułu.  Dlatego mówiono o nim, że był pomostem między wschodem a zachodem i symbolem całych Bałkanów, zawsze znajdujących się pomiędzy. Celowe jego zniszczenie w 1993 roku podczas wojny na Bałkanach, przez wojska chorwackie, było próbą zmiany tożsamości miasta i uniemożliwienia komunikowania się ze sobą obydwu społecznościom zasiedlającym Mostar. Wzajemne animozje są silne do dzisiaj. Kiedy w 2004 uroczyście otwierano odbudowany Stary Most, wydarzenie to musiało ochraniać kilka tysięcy policjantów. Most zrekonstruowano z pieniędzy UNESCO tradycyjnymi metodami i z podobnych materiałów. Nie zlikwidowało to oczywiście wzajemnej wrogości. Do dzisiaj miasto podzielone jest na dwie części, które są do siebie nastawione nieprzyjaźnie – bośniacką i chorwacką rozmieszczone po wschodniej i zachodniej stronie rzeki. Po swojej stronie Chorwaci wystawili trzydziestometrowy krzyż, który powstał na wzgórzu z którego saperzy ostrzeliwali mieszkańców. To jeszcze dolało oliwy do ognia. Mimo że w czasie wojny starano się wyczyścić Mostar z wszelkich śladów bytności Turków i jego bośniackiej muzułmańskiej tożsamości, to właśnie ona jest magnesem przyciągającym tu obecnie tłumy ludzi.

bih_mostar_meczet_koski-mehmeta-paszy_001.jpg

Meczet Koski Mehmet Pasa.

bih_mostar_meczet_koski-mehmeta-paszy_002.jpg

I jego bardzo oryginalne malowane wnętrze.

bih_mostar_meczet_koski-mehmeta-paszy_003.jpg

Mihrab i mimbar.

Chodząc po mieście w oczy rzuca się duża ilość zrujnowanych budynków, które funkcjonują otoczone normalnym życiem. Zwłaszcza w miejscach na dawnej linii frontu, biegła ona bowiem przez środek miasta. Dzisiaj ruiny budynków stanowią na przykład tło do działań streetartowych i są wrośnięte w tkankę miasta. W niektórych działają sklepy z pamiątkami. Obok zniszczeń przechodzi się całkiem obojętnie jakby były naturalnym elementem pejzażu. W bliskim otoczeniu mostu powstało całe turystyczne miasteczko sprzedające od wyrobów złotniczych i metaloplastycznych poprzez tkaniny ubrania i dywany aż po magnesy na lodówkę. Dużo jest także pamiątek wojennych. Można tu kupić długopisy i inne przedmioty wykonane z łusek po nabojach, wojenne znaczki, dinary z Tito. Najdziwniejsze wrażenie robią widoki Mostaru wykute na łuskach gigantycznego kalibru. Turystów jest tu tak dużo, że na targu Tepa położonym w bliskim sąsiedztwie mostu sprzedaje się produkty głównie dla nich i normalni mieszkańcy Mostaru raczej już na nim nie kupują. Można tu kupić przede wszystkim owoce, trunki i miody. Produkty są stanowczo za drogie w porównaniu z mijanymi po drodze do Mostaru przydrożnymi kramami. Ich jakość również nie wzbudziła mojego zaufania. Kupiłam tutaj  niezbyt wiarygodny miód i niezbyt wiarygodną travaricę.

bih_mostar_ruiny-budynkow-ulica_001.jpgbih_mostar_ruiny-budynkow_003.jpgbih_mostar_ruiny-budynkow_001.jpgbih_mostar_ruiny-budynkow_002.jpgbih_mostar_stragan-z-pamiatkami_001.jpgbih_mostar_stragan-z-dywanami_001.jpg

Most i jego świetnie zachowane otoczenie robią niesamowite wrażenie, gdyby tylko tłum dookoła był mniejszy to z pewnością bardzo by mi się podobało, chociaż i tak nie ma na co narzekać. Akurat miałam możliwość obejrzeć jak jeden śmiałek skacze z mostu do rzeki, udało mu się bowiem zebrać dostateczną ilość pieniędzy od turystów. Spróbujmy tylko sobie wyobrazić co by było, gdyby taka sytuacja miała miejsce na Zachodzie. Z pewnością zaraz pojawiłaby się straż miejska, ewentualnie policja, wlepiła mu wysoki mandat, a delikwenta zabrano by do szpitala na wszelkie możliwe badania. Takie skoki, jako uświęcona tradycja mogłyby odbywać się raz do roku z towarzyszeniem karetek, straży pożarnej i innych wszelkich możliwych służb. Z czasem zabroniono by ich całkowicie jako zbyt niebezpiecznych. Skoczkowie już dawno założyliby związek zawodowy, następnie stowarzyszenie, a w przyszłości otwarli muzeum (gdyż napisaliby projekt o dofinansowanie jego budowy z UE), które prezentowałoby ich dawną aktywność i próbowało ocalić ją od zapomnienia. Tutaj można odetchnąć pełną piersią i cofnąć się do czasów sprzed Unii Europejskiej i towarzyszącemu jej obsesji bezpieczeństwa, a co za tym idzie pewnego zdziadzienia. W Bośni jeśli ktoś ma ochotę skoczyć z mostu, to skacze i nikogo to specjalnie nie bulwersuje. Wystarczy tylko ufać, że taki człowiek wie co robi. Pod pewnymi względami można więc stwierdzić, że jest tu jeszcze trochę dziko, a wiele spraw zostawia się swojemu biegowi i nie ingeruje w nie nadmiernie bez potrzeby, bo zabija to w ludziach rozmaite zdolności oraz kreatywność, na rzecz komfortu, nadmiernego bezpieczeństwa i wygody.

Blagaj 2013

Z całkiem ciekawego i przyjemnego miejsca jakim było Plivskie jezioro i miasto Jajce, przenosimy się do jeszcze lepszego, a mianowicie do Blagaju, który ma być naszą bazą wypadową do pobliskiego Mostaru, ale okazuje się być o wiele bardziej interesujący niż sam Mostar opanowany przez tłumy polskich wycieczek z Chorwacji. Miasteczko istnieje co najmniej od roku 1423, kiedy to po raz pierwszy wymieniono je w źródłach i świetnie zachowało historyczną, typowo wiejską zabudowę. Swój szczyt rozwoju przechodziło w wiekach XV-XVI, wtedy też ukształtowało się ostatecznie jako miasto.  Podzielone było na dzielnice mieszkalne zwane mahalami. Każda miała swój meczet, cmentarz i wiele budynków użyteczności publicznej takich jak łaźnie czy młyny (do dzisiaj nie przetrwało zbyt wiele). Zrobione z kamienia domy ulokowane są wzdłuż płynących przez Blagaj rzek i strumieni, by każdy mieszkaniec miał dobry dostęp do wody. Są malowniczo obrośnięte winoroślą, wszędzie znajduje się mnóstwo drzew owocowych, z których sypią się owoce. Wieczorową porą w lokalnych knajpach tętni życie – mężczyźni tłumnie siedzą na kawie albo rakiji. Znajduje się tu kilka zabytkowych domów-rezydencji, typowych dla ottomańsko-bośniackiej architektury mieszkalnej, z wydzieloną częścią publiczną przeznaczoną dla mężczyzn i gości, oraz część prywatną przeznaczoną wyłącznie dla kobiet. Na szczególną uwagę zasługują domy rodzin Kolaković i Velagić, ten ostatni jest przeznaczony do zwiedzania, ale nie zdążyłam żadnego odwiedzić, bo było za późno. Z drugiej strony – oglądałam podobne domy w Melniku i raczej nie było to zbyt interesujące (ale Melnik w porównaniu do Blagaja jest zupełnie martwy). Warto przejść się nad kamienny most Karađoz-beg z roku 1570, który jest tak dobrze wkomponowany w otoczenie, że wręcz można go nie zauważyć. Zupełnie nie wyróżnia się jako zabytek, jest normalnie używany, a dzieciaki szaleńczo jeżdżą po nim na rowerkach. Miejscowość wygląda jakby czas się w niej zatrzymał, ale nikt nic sobie z tego nie robi. Nie ma kolejek turystów i japońskich wycieczek, właściwie jest to atrakcja całkowicie naturalna. Nikt nie sprzedaje tutaj biletów wstępu (na przykład na zamek czy do tekiji), a każdy człowiek z zewnątrz jest bardziej gościem niż turystą. To bardzo kontrastuje z Mostarem, który chcąc tego czy nie, za sprawą położenia wyrósł na lokalne centrum wycieczek fakultatywnych. Blagaj znajduje się na liście kandydatów do znalezienia się na UNESCO i tutaj można poczytać sobie więcej o geograficzno-historyczno-architektonicznej specyfice tego miejsca.

bih_blagaj_cmentarz_001.jpg

Stary osmański cmentarz.

bih_blagaj_cmentarz_002.jpg

Księżyc i cyprysy.

Znajdują się tu także interesujące ruiny zamku Stjepan Grad dominujące nad okolicą. Już w czasach rzymskich na wzgórzu wybudowano punkt obserwacyjny, zwany Mala Gradina. Z roku 948 pochodzi pierwsza wzmianka o wybudowanym obok forcie i od tej daty funkcjonował w tym miejscu składający się z dwu części kompleks obronny. Zamek odegrał kluczową rolę w rozwoju prowincji Hum (tak wcześniej nazywały się tereny na których części obecnie znajduje się Hercegowina). Od warownej twierdzy bierze swój początek miasto Blagaj – stopniowo osadnictwo przenosiło się także na zewnątrz zamku. W tych  czasach istniała w twierdzy cerkiew Kosmy i Damiana i zachowały się napisy w cyrylicy.  Fort był w posiadaniu najważniejszego bośniackiego króla Stjepana Vukšić Kosača. Od niego pochodzi nazwa regionu Hercegowina. Urodziła się w nim także bośniacka królowa Katarina Kosaca-Kotromanic, która  została Błogosławioną w kościele katolickim. W 1465 roku był oblegany przez Turków, następnie przeszedł w ręce tureckie. Zamek był używany przez Turków, którzy kilkakrotnie go remontowali. Do 1853 roku stacjonował w nim wojskowy garnizon, ale od dawna  miejscowość przestała się liczyć, bo dużo ważniejszym ośrodkiem miejskim stał się Mostar. Zamek położony jest na stromym i trudnym do zdobycia wzgórzu o wysokości 310 m. Tylko z jednej strony da się na niego wejść a pozostałe ściany to pionowe klify.  Rozciąga się z niego bardzo rozległy widok, bo tuż za Blagajem teren się wypłaszcza i zaczyna się dolina Neretwy oraz  rozległe tereny uprawy winorośli. Warto udać się na niego żeby obejrzeć zachód słońca, chociaż droga jest trochę zagmatwana, w pewnym miejscu trzeba skręcić w wąską dróżkę, chociaż logika nakazywałaby iść prosto, jednak efekcie tego zaczynamy omijać zamek. Cała droga na górę, bez błądzenia w jej poszukiwaniu zajmuje około godziny.

bih_blagaj_zamek-stjepan-grad_001.jpg

Droga na zamek w wyższych partiach wygląda tak.

bih_blagaj_zamek-stjepan-grad_002.jpg

A to już sam zamek.

bih_blagaj_widok-z-zamku-stjepan-grad_001.jpg

Z którego roztacza się taki widok na okolicę.

bih_blagaj_zamek-stjepan-grad_003

Klasztor derwiszów – Tekija z czasów tureckich jest położona w miejscu niezwykle malowniczym i dosłownie zapierającym dech w piersiach – pod wysoką na dwieście metrów skałą, która tworzy masywne nawisy i spod której wypływa na powierzchnię krystalicznie czysta podziemna rzeka Buna, która bierze swój początek kilkanaście kilometrów wcześniej. Budynek niesamowicie współgra z otoczeniem, mimo że znajduje się w miejscu gdzie łączy się ze sobą tyle żywiołów na raz. Nie wiem czy nawet w dalszej europejskiej okolicy, jakakolwiek architektura może równać się pod tym względem z blagajską tekiją. Jej twórcy wpadli na pomysł niezwykle odważny i efekty tego są niesamowite. Takie były założenia stawiania tego typu budowli – najchętniej budowano je u źródeł rzek, co miało związek z wiedzą i poznaniem.  Tekija po raz pierwszy wymieniana jest w źródłach historycznych w roku 1663. W XIX wieku została przebudowana i jej wygląd zachował się do dziś. Nie wiadomo jak wyglądała wcześniejsza konstrukcja, gdyż nie zachowała się żadna wzmianka na ten temat.  W latach pięćdziesiątych XX wieku została opuszczona i zaczęto wykorzystywać ją w celach turystycznych. Dopiero tuż przed wojną w byłej Jugosławii oddana została ponownie w ręce derwiszów. Obecnie znajduje się w rękach bractwa Nakszbandijja. Gruntowny remont przeszła w roku 2012. W miejscu skąd wypływa podziemna rzeka, znajduje się jaskinia, którą można zwiedzić za pomocą wynajętej łodzi.

bih_blagaj_tekija_001.jpgbih_blagaj_tekija_003.jpg
bih_blagaj_tekija_002.jpgbih_blagaj_tekija_wnetrze_002.jpgbih_blagaj_tekija_wnetrze_001.jpgbih_blagaj_tekija_wnetrze_003.jpg

Tekija otoczona jest przez mnóstwo restauracji. W wodach wypływającej na powierzchnię podziemnej rzeki Buny hoduje się tu ryby na przykład endemiczny gatunek pstrąga.  W restauracjach jedzenie jest bardzo dobre, ale ceny trochę biją po głowie – jadłam tu najdrożej w Bośni. Wszystkie urządzone są w stylu osmańskim i położone tuż nad rzeką. Siedzenie nad lodowatą wartką wodą ma pomagać na upał, aczkolwiek przyciąga też całe hordy os. Pstrąg hodowany w wodach buny mierzy maksymalnie 15 centymetrów i w niczym nie przypomina czterokrotnie większych nieszczęsnych pstrągów z supermarketu.

Jajce 2013

Bośnia  była  państwem, które ze wszystkich republik byłej Jugosławii interesowało nas najbardziej i to właśnie tam chcieliśmy w pierwszej kolejności pojechać. Ma bardzo wiele do zaoferowania, po pierwsze zupełny brak tłumów i szalonej komercji, ogromną naturalność wszystkich swoich atrakcji. Kraj jest w większości pokryty wysokimi górami i nie ma tu miejsca na zbytnią urbanizację i nowoczesność. Wszędzie z wyjątkiem rozdeptywanego nogami niezliczonych wycieczkowiczów z Chorwacji Mostaru, spotykaliśmy wyłącznie ludzi jeżdżących na własną rękę, w ilości bardzo niewielkiej, nie licząc zorganizowanych wycieczek z Turcji i państw Półwyspu Arabskiego. Spotkamy tutaj wspaniałe krajobrazy, średniowieczne twierdze i osmańskie meczety. Jest niedrogo, ceny wszystkiego są bardzo rozsądne i przyjazne. Z drugiej strony jednak nie jest tak różowo, wszędzie bowiem natkniemy się na pozostałości wojennej traumy, na przykład mnóstwo ostrzelanych zrujnowanych budynków, których właściciel do tej pory się nie zgłosił. Pamięć o tym co się tu wydarzyło w latach dziewięćdziesiątych, jest niezwykle świeża i na każdym kroku można zobaczyć, że nie jest tu normalnie, a państwo jest tworem bardzo sztucznym, z którym większość zamieszkujących go ludzi się nie identyfikuje. Kraj zamieszkany przez trzy narodowości: Bośniaków, Serbów i Chorwatów, które wprost nie mogą na siebie patrzeć. Planując do jakich miejsc pojedziemy, postanawiamy raczej skupić się na starszej, tureckiej przeszłości tego kraju. Na zagadnienia z czasów wojny miał przyjść czas w Sarajewie, które planujemy odwiedzić jako ostatnie. Jednak jej pozostałości i nadal trwająca wzajemna nienawiść są tam niestety tak widoczne, że spotkaliśmy się z nimi tutaj już pierwszego dnia. Po przekroczeniu granicy kierujemy się do Jajce i jak w każdym kraju, po drodze mijamy tablice i drogowskazy z nazwami miejscowości, odległościami i tym podobnymi informacjami. Wszystkie są dwujęzyczne zapisane alfabetem łacińskim i cyrylicą. W zależności od tego, czyje terytorium przejeżdżamy, albo górna albo dolna część tablicy jest wymazana lub pokreślona farbą w sprayu. Najpierw nie zastanawialiśmy się o co chodzi i po co ktoś wymazał napisy w cyrylicy, potem odkryliśmy według jakiego klucza i czemu ktoś to zrobił. Jeśli przejeżdżamy przez terytorium Republiki Serbskiej zniszczona jest część tablic zapisanych alfabetem łacińskim, jeśli jesteśmy na terytorium Federacji Bośni i Hercegowiny, ktoś niszczy napisy w cyrylicy. Jest to jeden z nielicznych krajów gdzie rejestracje samochodowe są przypadkowo nadawanymi numerami i nie pochodzą od miejsca zamieszkania właściciela samochodu, bo inna opcja by tu nie przeszła. Pierwszym miejscem w którym zatrzymujemy się na kilka dni jest miejscowość Jajce, słynąca z wodospadu w miejscu połączenia dwóch dużych rzek, średniowiecznej twierdzy i wielu wspaniałych zabytków. Akurat przyjeżdżamy tam w sobotę i pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to odbywające się wesela, dużo wesel. Każde z nich jest pretekstem do małej narodowej demonstracji. Z trąbiących i jadących w konwoju samochodów, wystają młodzi mężczyźni wszyscy z flagami. Nie są to jednak flagi państwa Bośnia i Hercegowina, ale serbskie albo chorwackie. Takich konwojów mijamy chyba z kilkanaście. Są tylko serbskie i chorwackie. Być może to dlatego że Bośniacy biorą śluby w piątki. Nie spotkaliśmy  jednak nikogo kto identyfikował by się z tym państwem. Z wyjątkiem jednego miejsca – źródeł rzeki Bośni – Vrelo Bosne w Sarajewskiej dzielnicy Ilidża, gdzie można było kupić flagi i inne gadżety związane z Bośnią i lokalni wycieczkowicze faktycznie to robili. Oprócz tego sporo bośniackich gadżetów, znajduje się w dzielnicy Bascarsija i jest kupowana przez zagranicznych turystów. Ogólnie czujemy się jakbyśmy byli w jakimś wyimaginowanym, stworzonym na siłę i sztucznie podtrzymywanym państwie,  w którym każdemu jest źle i nikt nie żyje tak jakby sobie tego życzył, a wszyscy chcą z niego wyjechać. Jedynie nieliczni związani z turystyką ludzie wyglądają na bardziej zadowolonych. Ludzie są ze sobą zintegrowani jako małe społeczności, ale ich kraj nie ma żadnego spoiwa. Bez trudu można wyczuć, że taki stan rzeczy nie będzie trwał w nieskończoność i ktoś niestety zapragnie coś z tym zrobić. Zarzewia nie tak dawnego konfliktu tylko na chwilę przygasły i nikt nie wie czy kiedy wybuchną od nowa z pełną mocą. Dlatego warto szybko tam jechać i zobaczyć jak niesamowicie jest tam pięknie. Wszystko jedno gdzie będziemy i gdzie spojrzymy, krajobrazy nie mają sobie równych. W Europie praktycznie nie znajdziemy tak dobrze zachowanych  zespołów urbanistycznych liczących sobie po kilkaset lat, w dodatku wkomponowanych w okoliczny górzysty krajobraz.

Zatrzymujemy się w miejcowości Plivsko Jezero, 5 kilometrów od Jajce. Znajdują się tu dwa górskie jeziora, tworzone przez spiętrzone wody rzeki Plivy. Największą atrakcją są pochodzące z czasów osmańskich wodne młyny  postawione w miejscu gdzie wartki strumień przepływa  między jeziorami. Dawniej ludzie zbierali się tam by prać, mielić zboże i czerpać wodę. Wieczorem nad brzegiem mnóstwo ludzi piknikuje, grilluje mięso i pije rakiję. Mamy okazję posłuchać niesamowitego śpiewu na głosy lekko pijanych biesiadników, myślę że takiego wykonania nie powstydziłby się chór Rustawi, który mimo że pochodzi z kraju bardzo daleko położonego od Bośni, to jednak muzyka jest dziwnie podobna. Wszystko to odbywa się na oczach bardzo zdegustowanych turystów z Arabii Saudyjskiej. Na drugi dzień już od rana  ludzie kąpią się w lodowatej wodzie. Jest tak krystalicznie czysta, że dno widać bardzo daleko od brzegu. Takiej wody jak w jeziorach i rzekach Bośni, łatwo w uprzemysłowionej Europie nie spotkamy, zresztą kraj nazywany jest „Land of water” chyba nie bez powodu.

bih_plivsko-jezero_001.jpg

Takie widoki spotkamy w okolicy Plivskiego jeziora.

bih_plivsko-jezero_003.jpg

Jezioro Plivskie.

bih_plivsko-jezero_002.jpgbih_plivsko-jezero_004.jpgbih_plivsko-jezero_mlyny-wodne_001.jpgbih_plivsko-jezero_restauracja_001.jpg

Samo Jajce też robi bardzo dobre wrażenie. Jest bardzo małe i prowincjonalne. W mieście będącym dawną siedzibą bośniackich królów, obecnie mieszka niespełna 25 000 ludzi. Przed ostatnią wojną mieszkało prawie dwukrotnie więcej. Wybraliśmy się tam na piechotę z Plivskiego Jeziora, a upał był tego dnia bardzo solidny, toteż nie zwiedziliśmy obowiązkowo każdej jego atrakcji, ponieważ nie pochodzimy wyczynowo do „programu zwiedzania”. W sumie miałam obawy czy po drodze nie spotkamy jakiś włóczących się bezpańskich psów, ale pod tym względem w Bośni jest dużo lepiej niż w Bułgarii i Rumunii. Odpuściliśmy sobie świątynię perskiego boga Mitry z czasów Cesarstwa Rzymskiego – III w. n.e., oraz średniowieczne katakumby wybudowane przez bogomiłów. Byliśmy tylko w twierdzy, na murach miejskich, oraz pokręciliśmy się po uliczkach. Forteca wybudowana na przełomie XIV i XV wieku jako ostatnia w całym kraju poddała się Turkom w roku 1528. Mocno zniszczona została dopiero podczas wojny domowej w latach 90. XX wieku i teraz jest odrestaurowywana. Naszą uwagę przykuły też liczne piekarnie wytwarzające banicę. Po południu już niczego w nich nie kupimy bo wszystkie produkty sprzedają się na pniu.  Zdobyliśmy też folder reklamowy o mieście, w którym ktoś napisał że to jedyne na świecie miasto z jajowatym wzgórzem i ponad trzydziestometrowym wodospadem. Napisać to musiał prawdziwy rekin turystycznego marketingu. Nie wiem jednak po co musiał wymyślać takie cuda, bo każde miejsce jest z jakiegoś powodu jedyne na świecie. Miasto jest bardzo interesującym celem na jednodniową przyjemną wycieczkę, a w okolicy jezior Plivskich chętnie spędziłabym parę dni, bo jest tam po prostu przepięknie i bardzo spokojnie. Było to jednak na początku naszego wyjazdu i trochę szkoda było nam zostawać w pierwszym napotkanym miejscu, bo myślałam że w takim na przykład Dubrowniku, który był najdalej położonym punktem naszego wyjazdu, zostanę zdecydowanie dłużej, a wystarczyło mi kilka godzin i już nie pragnęłam do niego wracać, chyba że gdzieś w odległej  przyszłości i całkowicie poza sezonem (tylko nie wiem czy taki termin w ogóle istnieje).

bih_jajce_twierdza_001.jpg

Twierdza bośniackich królów dominuje nad miastem.

bih_jajce_wodospad_001.jpg

Wodospad mający ponad trzydzieści metrów znajduje się w miejscu połączenia dwóch rzek Plivy i Vrbasu.

bih_jajce_wieza-kosciola-sw-lukasza_001

Kamienna wieża kościoła św. Łukasza.

bih_jajce_twierdza_002.jpg

Widok z twierdzy na okoliczne góry.