Archiwum kategorii: Bułgaria

Co najlepiej zjeść w Bułgarii

Czego skosztować będąc w Bułgarii? Moje porady dotyczą raczej zachodniej części kraju. Wprawdzie byłam tutaj dwukrotnie, w sumie przez kilka tygodni, ale za każdym razem przez większość czasu w górach. Nie mam więc pojęcia, jak temat jedzenia przedstawia się na wybrzeżu. Mimo że byłam krótko, to w przeciwieństwie do większości Polaków jeżdżących do Bułgarii, nigdy nie korzystałam z hotelowego jedzenia, które ponoć jest wszędzie takie samo. Żywiłam się wyłącznie „na własną rękę” korzystając z rozmaitych lokalów. Muszę stwierdzić, że w porównaniu na przykład z Serbią, czy Węgrami kuchnia bułgarska jest bardzo różnorodna i w zestawieniu z sąsiadami wypada zdecydowanie na plus. Dla mnie ważne jest też, że w tej kuchni nie jesteśmy ciągle skazani na mięso. Chociaż czasami warto zapoznać się także i z nim dlatego, że jada się tutaj całkiem ciekawe rzeczy takie jak podroby – języki, lub grillowaną wątrobę, przyprawianą na sposób turecki.

Liczy się dobry lokalny produkt, który ma swoje niepowtarzalne walory. Wiele rzeczy robi się jeszcze tradycyjnymi sposobami zamiast sprzedawać ludziom masowo wyprodukowane niezdrowe gotowce. Mimo posiadania pewnych wspólnych dla Bałkanów cech, wiele produktów znajdziemy tylko tutaj. Góry i niedostępne odizolowane tereny sprawiły, że dania są lokalne i specyficzne. Dlatego sporej ilości tutejszych potraw za nic nie da się odtworzyć „na obczyźnie”. Zrobione z innych niż bułgarskie produktów, prostu smakują inaczej i już. Właśnie w Bułgarii można w pełni uświadomić sobie rolę lokalnego produktu w kuchni. Potrawy są z jednej strony niby proste i niezbyt skomplikowane, ale specyficzne warunki ich przygotowania, klimat w jakim wzrastały (na przykład warzywa), metody ich przygotowania i czas (zazwyczaj niczego niepotrzebnie się nie przyśpiesza) tworzą z nich coś unikatowego i trudnego do odtworzenia. Dlatego trzeba się najeść na miejscu i zabrać wspomnienia :). Ta kuchnia niezbyt ma sens poza miejscem w którym się narodziła. Jest ona także całkiem nieźle urozmaicona i zrównoważona. Bogata zarówno w warzywa jak i świetnej jakości nabiał – co ważne nie tylko krowi, tak samo jak w produkty mięsne. Wprawdzie lokalni ludzie w knajpach zamawiają i pochłaniają  głównie znaczące ilości mięsa, zawsze zamawiają za dużo i zostawiają pełno niedojedzonych półmisków, (co chyba ma pokazać ich status i hojność) dosyć łatwo jednak damy radę żywić się głównie warzywami, albo jedząc tylko jego niewielkie ilości.

Sałatka szopska

No to zaczynamy, od dania chyba najbardziej znanego za granicą tego kraju. W Bułgarii ta sałatka podana z kieliszkiem rakii służy za przystawkę przed cięższymi daniami. Sałatka w lecie ma schłodzić nasz organizm i umożliwić konsumpcję mięsnych dań. Danie ekstremalnie proste, składające się z pięciu składników, ale nie do zrobienia w Polsce. Może ewentualnie w samym środku lata gdybyśmy dopadli gdzieś jakiś wyjątkowo słodkich pomidorów? Malinówki się nie nadają, bo mają zbyt mdły smak i są za miękkie. Bułgarskie pomidory są bardzo słodkie ale jednocześnie wyraziste i bardzo odświeżające, przy tym twarde i soczyste. U nas albo są słodkie ale dosyć mdłe, albo kwaśne. Również ser – niby smakuje jak grecka feta, ale nie do końca, bo to ser sirene. Na pewno nie zastąpimy go przeciętną fetą bo to coś innego. Kupiony w Polsce „ser szopski” również ustępuje temu bułgarskiemu. Reasumując: sałatka szopska to połączenie ogórków, pomidorów, papryki cebuli i sera, którego nie da się zjeść nigdzie indziej. Nawet w ościennych krajach (próbowałam i smakuje inaczej). Uwaga, uzależnia i potem trudno bez niej żyć. Jest zazwyczaj niemal najtańszym daniem i zazwyczaj zamawia się ją do każdego obiadu czy kolacji. W menu zazwyczaj są też inne sałatki, nie tylko ta jedna, ale szopska ma w sobie jakiś magnetyzm 🙂 któremu ciężko się oprzeć.

bul_sapareva-banya_salatka-szopska_001.jpg

Szekembe czyli шкембе

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będą mi smakowały flaki gotowane z dodatkiem mleka za nic bym mu nie uwierzyła. A jednak to prawda.  Połączenie flaków i słodkiego mleka to jak na mój gust odrobinę kontrowersyjna mieszanka, jednak brzmi znacznie gorzej niż smakuje. Na Bałkanach nieco inaczej niż na północy Europy przyrządza się flaki, na co wpływ miała kilkusetletnia obecność Turków na tych terenach. Wszystkie bałkańskie dania tego typu pochodzą od tureckiej İşkembe çorbası czyli zupy składającej się z pociętych fragmentów krowiego żołądka z ostrą papryką isot i czosnkiem, zabielonych żółtkami i sokiem z cytryny. Wersja bułgarska smakuje prawie identycznie. Też jest kwaśna za sprawą czosnku marynowanego w occie winnym, pikantna bo doprawiona płatkami chili i z dodatkiem odrobiny mleka.  Taką zupę jadłam po raz pierwszy w 2006 roku w Rumunii (gdzie nazywa się ciorba de burta) i od tej pory jestem jej fanką i testuję różne jej rodzaje w poszczególnych krajach. W internecie można przeczytać sporo relacji w języku polskim o tym jak bardzo zupa ta jest okropna i niejadalna, wydaje mi się jednak, że wynika to z trochę niewyrobionego podniebienia, bo trzeba przyznać że jej smak może wydać się odrobinę dziwny osobie, która żywi się wyłącznie polskimi tradycyjnymi daniami. Możliwe też że kiepsko i oszczędnie przyrządzona z byle jakich składników, może wydać się gastronomicznym koszmarem, dlatego na pierwszy raz lepiej będzie jak zamówimy ją w jakiejś porządnej knajpie. Szekembe w Bułgarii spożywa się w celu likwidacji kaca.

bul_bansko_szekembe_001.jpg

Szekembe czyli flaczki po bułgarsku. Nie wyglądają może za ładnie na moim zdjęciu ale o wiele lepiej smakują.

Jogurt czyli kiseło mleko

Pod tym względem Bułgaria prezentuje się rewelacyjnie, ze względu na kilka spraw. Po pierwsze znakomitą dostępność nabiału z mleka owczego koziego i bawolego – produkty te nie są tutaj czymś szczególnie ekskluzywnym, wiadomo są nieco droższe ze względu na mniej masową hodowlę czy mniejszą w porównaniu do hodowli krów wydajność, nie służą jednak za towary snobistyczne. Nawet na nieco większej prowincji, to nic skomplikowanego zakupić owczy jogurt czy bawole masło. Kiseło mleko czyli кисело мляко – bułgarski jogurt, czyli sfermentowane mleko zarażone bakteriami Lactobacteria Bulgaricus i Streptococcus Thermophilus. Taki jogurt udaje się tylko w ciepłym klimacie, chociaż w Polsce także da się kupić jogurt bałkański z dodatkiem tych właśnie bakterii, ale nie wiedzieć czemu, oprócz tego zagęszczony również mlekiem w proszku (kompletnie nie mam pojęcia po co). Kiseło mleko jest chyba najzdrowszym produktem nabiałowym Bułgarii.  Jest remedium na liczne choroby, w tym także te cywilizacyjne no i oczywiście wzmacnia odporność. To ponoć dzięki konsumpcji jogurtu w bułgarskich górach ludzie dożywają nieraz mocno sędziwego wieku w fizycznej i mentalnej sprawności. Jogurt najczęściej sprzedaje się w szklanych słoikach. Smakuje zupełnie inaczej niż nasze opakowane w plastik jogurty z dodatkiem dużych ilości mleka w proszku (brrrr!). Jest tak gęsty, że swoją konsystencją przypomina raczej marmoladę niż produkty mleczne znane z północy Europy. „Rynek jogurtowy” jest tak rozbudowany, że możemy kupić mnóstwo rodzajów tego produktu. Do wyboru mamy produkty owcze, kozie, krowie i bawole o różnym stopniu tłustości. Od 0,5% (co może przydać nam się na przykład pomocniczo na wypadek problemów żołądkowych) aż po wyroby z zawartością tłuszczu 8 i 10% Taki tłusty jogurt z dodatkiem konfitury z zielonych fig, to moje absolutnie ukochane bułgarskie śniadanie. Koniecznie trzeba spróbować (i koniecznie z zielonymi figami). Połączenie syropu którym zalane są figi z jogurtem jest niesamowite. Jogurty kozie i owcze będą w smaku znacznie ostrzejsze niż produkty krowie i bawole. Trzeba koniecznie spróbować każdego i wyrobić sobie zdanie. Uwaga, powrót do Polskiej rzeczywistości z jogurtowego raju jest bardzo trudny. U nas w tym temacie jest jeszcze strasznie słabo, królują plastik i mleko w proszku.

bul_bachkovo_nabial_001.jpg

W turystycznych miejscach jak monastyr Baczkowo da się kupić wspaniały lokalny nabiał.

bul_bachkovo_nabial_002.jpg

Produkty owcze i kozie kosztują niewiele więcej niż krowie.

bul_konfitura-z-zielonych-fig_001.jpg

A to konfitura z zielonych fig, która genialnie smakuje z jogurtem (na przykład bawolim). konfitura z daleka przykuwa wzrok swoim jadowicie zielonym kolorem, którego nie widać na tym zdjęciu.

Tarator

Jeżeli jesteśmy już przy jogurcie, to warto zapoznać się z jogurtowym chłodnikiem taratorem. W kuchni tureckiej jogurt miesza się z solą i wodą i powstaje chłodzący napój  na upały ayran, tutaj zaś oprócz ayranu, który także zajmuje poczesne miejsce wśród napojów, mamy jeszcze jedną odmianę jogurtowych napitków, a mianowicie chłodnik z ogórkiem, koperkiem i drobno posiekanymi orzechami włoskimi. Tarator występuje w wersji do picia w szklance i do jedzenia łyżką w misce. Czasem w restauracjach niestety dostaje się go w gigantycznych porcjach i nie ma już potem miejsca na nic innego. Fajnie jest zamówić na przykład jedną porcję na dwie osoby. Jeśli jest dobrze przyprawiony to zazwyczaj jest pyszny.

Sery кашкавал i сирене

Dwa najpopularniejsze typy sera to kaszkawał i sirene. Południowe Bałkany to takie trochę serowe przedmurze. Niemal identyczne typy sera znajdziemy bowiem setki kilometrów bardziej na południe: w całej Turcji i na Bliskim Wschodzie. Obydwa sery zajmują ważne miejsce w bułgarskiej kuchni. Sirene to słony biały ser solankowy mocno podobny do fety. Robi się go z mleka koziego, owczego, krowiego osobno, lub zmieszanych w różnych proporcjach. W bułgarskiej kuchni je się go na ciepło i na zimno. Posypuje się nim najsłynniejszą szopską sałatkę, ale także na przykład domowej roboty ręcznie robione frytki, które zamiast obrzydliwych mrożonych gotowców podaje się w większości restauracji. Dlatego w Bułgarii frytki są często przeze mnie zamawianą potrawą (a normalnie unikam ich jak tylko mogę). Po pierwsze dlatego, że są ręcznie robione i smażone na oleju słonecznikowym a nie obrzydliwej fryturze, a po drugie – można zamówić je z posypane startym na grubej tarce sirene, który lekko się topi. Niby ekstremalnie prosta rzecz, ale znowu nie dostaniemy jej nigdzie poza Bułgarią. Kolejnym świetnym daniem z sirene jest „Sirene po szopsku” czyli małe danie jednogarnkowe, ser zapieczony w glinianym naczyniu z dodatkiem rozbitego na górze jajka, pomidora, masła, zielonego chili, przyprawione oregano i innymi ziołami z dodatkiem zielonej pietruszki. Sirene po szopsku jest  w sam raz na późne śniadanie. To takie danie slow, czeka się na nie zazwyczaj dłuższą chwilę, ale tutaj niczego na siłę się nie przyśpiesza. Nikomu nie przychodzi raczej do głowy trzymanie wcześniej przyrządzonych porcji i odgrzewanie ich w mikrofali.

Kaszkawał to ser żółty, robiony przeważnie z mleka krowiego rzadziej z owczego lub z obu rodzajów mleka. Jest serem tłustym i odrobinę gumowatym o dosyć wyrazistym smaku. Można od biedy stwierdzić że odrobinę przypomina cheddar ale jest bardziej „gumowy”. W Bułgarii panieruje się go i smaży i podaje jako danie obiadowe,  (z powodu gigantycznej zazwyczaj porcji niedługo po zjedzeniu nasza wątroba zaczyna wołać o pomstę do nieba), albo posypuje się nim mnóstwo dań. Kaszkawał jest na tyle tłusty że dobrze się topi i łączy z różnymi smakami. Całkiem nieźle pasuje w połączeniu z lokalnymi warzywami na przykład bakłażanem.

Rakija

W temacie napojów wysokoprocentowych Bułgaria przypomina sąsiadów, ale występują także pewne różnice. Jest tutaj już na tyle ciepło że spotkać możemy rakije z owoców z które nie rosną bardziej na północy. Możemy więc nabyć na przykład rakiję figową (próbowałam ale nie wyróżniała się smakiem jakoś szczególnie i co ciekawe nie pachniała jakoś mocno figami). Tym razem nie mieliśmy czasu na poszukiwanie figowej rakii, która by mi się spodobała, ale następnym razem z pewnością jej poszukam. Oprócz tego będzie tutaj podobnie jak w ościennych krajach, o których pisałam w tym poście, więc nie będę się powtarzać. Tylko nazwy poszczególnych rodzajów rakii będą nieco inne, na przykład winogronowa to гроздова. Najpopularniejszy najtańszy i najbardziej powszechny jest właśnie z destylat z winogron, na drugim miejscu jest rakija śliwkowa. Warto, zwłaszcza zimową porą, spróbować też rakii na ciepło. Jest to trunek bardzo popularny na przykład wśród narciarzy. Ja piłam go w upalne lato, kiedy zachorowałam od brudnej i nieczyszczonej przez nikogo klimatyzacji w autobusie. W metalowym naczyniu – na przykład kawowym tygielku, najpierw karmelizuje się cukier, a następnie zalewa go alkoholem, niekiedy pomieszanym z wodą w stosunku 2:1. Dlatego trunek ma kolor brązowawy. Można dodać też przyprawy, najlepiej ziarenka pieprzu, ale zdarzają się też goździki i cynamon.

bul_bachkovo_figowa-rakija_001.jpg

Stanowisko sprzedaży rakii figowej w Baczkowie.

bul_plowdiw_winogrona_001

Piękne winogrona na bazarze w Płowdiwie.

Owoce i warzywa

Trzeba się ich najeść na miejscu, bo smakują zupełnie inaczej niż u nas. Dlatego tak trudno odtworzyć w szczegółach smaki niektórych potraw. Nie ma co się oszukiwać, że bułgarskie dania składające się w większości z papryki czy pomidorów będą u nas smakowały tak samo, jeśli zrobimy je z naszych północnych warzyw. Nie ma szans. W Bułgarii wszystko jest znacznie słodsze i bardziej wyraziste w smaku. Sporo lokalnych owoców i warzyw znamy u nas tylko z półek supermarketów, opakowane w plastik, zrywane w postaci zielonej i leżące w chłodniach, nie smakują tak jak owoce zrywane na miejscu w środku lata. Takie na przykład figi występują tutaj w co najmniej pięciu odmianach zielone i fioletowe od bardzo małych po takie wielkości małego jabłka.  To samo jest z ekstremalnie słodkimi winogronami, brzoskwiniami, melonami i innymi „południowymi” owocami. Jeśli jesteśmy w Bułgarii w sierpniu, sezon na figi trwa właśnie w pełni i zdecydowanie warto najeść się tych wybitnie lokalnych owoców. Rewelacyjne są także figowe przetwory. Figi w syropie i konfitura z zielonych niedojrzałych fig w jadowicie zielonym kolorze. Miejscowi mówili nam, że świeże figi prosto z drzewa trzeba oglądać przed zjedzeniem, bo osy potrafią wejść do owocu, ale nie wiem czy to prawda. Na niektórych bazarach można też spotkać na przykład okrę, którą trudno dostać w Polsce w dużych ilościach i normalnej cenie, a szkoda bo jest świetna na curry. Pomidory natomiast to zupełna poezja smaku.

bul_plowdiw_papryka_001.jpg

U nas nie rośnie tak słodka i mięsista papryka jak w Bułgarii.

bul_plowdiw_okra_001.jpg

A to okra na bazarze w Płowdiwie.

bul_plowdiw_okra_002.jpg

Najchętniej zabrałabym ze sobą całą skrzynkę, ale niestety raczej nie przeżyłaby tygodniowej podróży w samochodzie.

Misz masz czyli Миш-Маш

To przykład co można z tych warzyw zrobić. Danie delikatnie przypomina węgierskie leczo (to prawdziwe). To rodzaj „jajecznicy na bogato”. Na oleju roślinnym szkli się cebulę, paprykę, pomidory, następnie dodaje ząbek czosnku i zioła – na przykład czubricę albo oregano po czym wbija jajka. Pod koniec dosypuje się do potrawy starty ser sirene, chociaż myślę że z prawdziwą owczą bryndzą potrawa również jest jadalna. Danie obficie posypuje się natką pietruszki i spożywa z pieczywem, najlepiej przygotowaną na bieżąco parlenką. Parlenka z czosnkiem mocno przypomina chlebek naan, jaki możemy dostać na przykład w Nepalu.

bul_mish-mash_001.jpg

Przepraszam za niezbyt apetyczne zdjęcie 🙂 ale misz-masz nie jest daniem o estetycznej aparycji.

Sach czyli сач

Kolejny przykład tego co można z warzywami zrobić. Istnieją wersje mięsne, ale warto spróbować też wegetariańskiej. Sac to rodzaj glinianego płaskiego naczynia, które kładzie się bezpośrednio na rozżarzonych węglach na przykład ogniska. Wynalazek używany przez rodziny, których nie było stać na posiadanie pieca. W sacu tradycyjnie piekło się wspomniane przeze mnie wcześniej płaskie pieczywo, banicę a także mięso z warzywami bez potrzeby używania dodatkowego tłuszczu. Obecnie pod taką nazwą kryją się potrawy pieczone w tym płaskim naczyniu jak na grillu jednak różnią się one od grilla tym, że lepiej zachowują swoją soczystość. W tym roku w Bułgarii po raz pierwszy jadłam potrawę z sacza zatrzymując się w jednej knajpie na późne śniadanie. Już po cenie tego dania można było wywnioskować, że jego porcja musi być spora. Jakoś nigdy nie pragnę zjadać w prażącym upale góry mięsa więc taka opcja prawie nigdy nie dochodzi do skutku. Cena potrawy wegetariańskiej była jednak zdumiewająco niska, więc naiwnie sądziłam że się nim nie przejemy. Gdy zobaczyliśmy ilość jedzenia jaką dostaliśmy, nie mogliśmy uwierzyć. Myślę że najadły by się tym 4 lub 5 osób. Zapakowaliśmy na wynos dwa duże pudełka warzyw które następnie jedliśmy do wieczora.

bul_aleksandrovac_sach_001.jpg

Sach wegetariański – naczynie ma wielkość połowy stołu składa się z bakłażanów, papryki, cebuli, cukinii, pomidorów, sera kaszkawał i ziemniaków.

Dania mięsne

Dla odmiany tym razem będzie trochę o mięsie. Bardzo cieszy mnie ogromna dostępność baraniny i jagnięciny. To na pewno wiele lepsza alternatywa niż przemysłowo wyhodowane świnie i kury. Praktycznie w większości lokali na co dzień odstaniemy potrawy właśnie z tych mięs. Dania mięsne przedstawiają się interesująco również z innego powodu W Bułgarskich mehanach, czyli tradycyjnych restauracjach, możemy zjeść rozmaitość zwierzęcych podrobów w różnych ciekawych postaciach. Na przykład bardzo ciekawie przygotowuje się ozory które konsumuje się polane sokiem z cytryny. Sporo podrobów smaży się na grillu i przyprawia na sposób turecki. Oprócz tego dostępne są tutaj typowe dla Bałkanów mięsne fast foody w rodzaju kebabcze (кебапче) czyli odpowiednika bałkańskich ćevapčići i inne wszelkiej maści tego typu potrawy.

Słodycze

W słodyczach widać mocne wpływy tureckie, chociaż w chwili obecnej, mimo swojego tureckiego pochodzenia idą własną drogą. Zupełnie inaczej niż na przykład w Bośni, gdzie wszystko smakuje identycznie a czasem nawet i lepiej niż w Turcji. Tutaj nikt już na Turkach się nie wzoruje i w oparciu o osmańskie dziedzictwo tworzy własne smaki.  W Bułgarii występuje mnóstwo rodzajów lokum i chałwy. Bułgarskie lokum niezbyt przypomina jednak swój turecko-arabski pierwowzór. Dość popularne są jego mocno chemiczne odmiany w jadowicie fluorescencyjnych kolorach pachnące sztucznymi owocowymi aromatami a w smaku bardziej przypominające rozpuszczalne gumy do żucia niż prawdziwe lokum. Składające się głównie z cukru i sztucznych barwników słodycze są odpowiednie dla lokalnego klimatu. Czekoladki by się przecież szybko roztopiły. Jeśli szukamy tradycyjnych słodyczy z pomocą mogą przyjść nam tradycyjne cukiernie w stylu osmańskim. na przykład w Płowdiwie, w pomieszczeniu meczetu Dzhumaya działa tradycyjna osmańska cukiernia w której możemy skosztować większości tureckich słodyczy, zjeść wiele odmian baklawy a także skosztować bardziej tradycyjnego lokum. W cukierni dosyć często nie ma miejsc i stoi przed nią kolejka. W większych miastach takich jak Sofia czy Płowdiw zajdziemy z pewnością bardziej tradycyjne wyroby.

bul_plowdiw_lokum_003.jpg

To lokum w miarę tradycyjne, chociaż średnio smaczne (skład nie pozostawia złudzeń).

bul_plowdiw_lokum_002.jpg

A tutaj już całkiem współczesne jego odmiany.

bul_plowdiw_lokum_001.jpg

Mają niewiele wspólnego z oryginałem.

bul_plowdiw_baton-sezamowy_001.jpg

W sklepach ze słodyczami kupimy sporo sezamowych batonów.

bul_plowdiw_lokum_004.jpg

A to na przykład owocowa chałwa – w tym przypadku figowa.

bul_plowdiw_turecka-herbata_001.jpg

Wszystkie ulepkowate osmańskie słodycze wyśmienicie smakują z turecką herbatą.

 Zioła i przyprawy

Pod tym względem kraj przedstawia się rewelacyjnie. Tutaj praktycznie wcale nie pije się czarnej herbaty, no chyba że na sposób turecki, ale tylko w stosunkowo nielicznych miejscach da się taką wypić. Pod pojęciem herbaty rozumie się rozmaite zioła lub ich mieszanki. Najbardziej słynną mieszanką jest chyba dosyć gorzki rodopski czaj. Pod nazwami piriński i mursalski czaj kryje się ziele gojnika  Sideritis Scardica, czyli szałwii libańskiej, która rośnie w bułgarskich górach. Herbata z gojnika jest na prawdę smaczna. Oprócz szeregu rzadkich mikroelementów roślina ta ma unikatowe oddziaływanie na ludzki organizm. W Bułgarii gojnik kupimy niezwykle tanio, w porównaniu z cenami w Polsce. Warto jednak wiedzieć, że nie da się kupić go bardzo dużo na zapas, ponieważ zleżała roślina nie ma właściwości takich jak świeżo ususzona. Bułgarski gojnik wygląda przepięknie jest świeżo zielony i niewyblakły, średniej wielkości paczuszka potrafi kosztować 2 lewa. Herbaty ziołowe suszy się w formie bukietu i taki też kształt mają prawdziwe ziołowe herbaty. Z bukietu odłupuje się kawałeczek rośliny i wrzuca do wrzątku. Takie bukiety wisiały niegdyś w każdym domu nie tylko w Bułgarii, dopóki ludzie nie przerzucili się na wysoko przetworzone produkty w ekspresowych torebkach. Problem w tym że nigdy nie wiadomo jak długo suszone rośliny leżą w magazynie, jak długo są przechowywane i w jakich warunkach. Bardzo często właściwości takich herbat są czysto teoretyczne, skoro leżą czasem i po kilka lat w zakurzonych magazynach. Dużo większą pewność mamy gdy kupujemy roślinę w całości. Możemy wtedy ocenić jej stan. W Bułgarii możemy także zasięgnąć porady odnośnie naszych dolegliwości (niestety tylko po bułgarsku) i sprzedawczyni (nasza nazywała się Baba Marta) może dobrać nam odpowiednie zioła.

bul_bachkovo_szalwia-libanska-gojnik_001.jpg

Gojnik na straganie zielarki w Baczkowie.

bul_bachkovo_ziola_001.jpg

Inne zioła na straganie pani zajmującej się ziołolecznictwem. Stoisko posiadało różne certyfikaty.

Z lokalnych przypraw najsłynniejsza jest chyba czubrica (albo czubryca). Jej podstawowym składnikiem jest górski cząber, który występuje zazwyczaj w towarzystwie innych przypraw (na przykład kopru, lubczyku, zielonej pietruszki) i wtedy mamy do czynienia z tak zwaną czubricą zieloną, albo albo sprzedawany jest solo. Roślina wykazuje szereg leczniczych właściwości. Występuje także czubrica czerwona  z dodatkiem chili, którą przyprawia się głównie ciężkie mięsne dania. Popularna czubrica ze sklepu może zawierać polepszacze smaku, często też zawiera sól. W sklepach bardziej branżowych i zielarskich (a nawet z bułgarskim Kauflandzie) da się kupić nieco lepsze jej mieszanki. Warto jak zawsze czytać etykiety. Najpopularniejsze czubrice sprzedawane często turystom zawierają polepszacze smaku. Czubrica dodawana jest do większości potraw to dzięki temu tak charakterystycznie smakują. Oprócz tego kupimy tutaj na przykład dobrej jakości estragon i oregano – przyprawy te są również bardzo powszechne. Bułgarska papryka chili w płatkach razem z pestkami jest bardzo podobna smakiem i wyglądem do papryki greckiej.

Wino

Z winem bywa bardzo, bardzo różnie. Jak na ironię Bułgaria to kraj o niezmiernie długich winiarskich tradycjach, być może to czasy komunizmu spowodowały obecną kondycję bułgarskiego winiarstwa. W żadnym innym ościennym kraju nie spotkałam chyba bardziej okropnych win niż właśnie tutaj. Czasem wino stołowe „domowe” w restauracjach sprzedawane na decylitry (i to wcale nie takie tanie, w porównaniu choćby z Węgrami) potrafi smakować prawdziwie upiornie. Mimo, że występują tu zupełnie inne szczepy wina niż na przykład na Węgrzech i fajnie byłoby spróbować czegoś ciekawego, kilka doświadczeń sprawiło, że jakoś niekoniecznie mam ochotę nadal spontanicznie badać winiarskie produkty Bułgarii. Nasza wizyta w Melniku w 2010 roku, była mocno nietrafionym pomysłem. Okazało się, że wino w regionie produkowane jest albo przez duże rozlewnie a właściwie to już fabryki (co raczej nie sprzyja jakości produktów, a już na pewno nie ich oryginalności i niepowtarzalności) albo zupełnie po amatorsku, przez co wino jest delikatnie mówiąc słabo pijalne. W Melniku była tylko jedna piwniczka sprzedająca wino nazwijmy to rzemieślnicze i mimo że jej właściciel był bardzo sympatycznym człowiekiem, to na prawdę dobre miał chyba tylko jedno wino. Pozostałe były średnie. Co z tego, skoro wszyscy przybyli do Melnika turyści spragnieni prawdziwego winiarskiego produktu kupowali od niego wszystko co popadnie. Trudno mi doradzić kupowanie w sklepie dużej ilości wina w ciemno, zazwyczaj najbardziej pijalne są w Bułgarii wina reserva czyli leżakujące kilka, lub nawet kilkanaście lat i dopiero potem przeznaczane do sprzedaży. Niestety nie są to wina dobre do picia w lecie. Większość z nich jest mocno ciężkimi winami. Jest też rodzina win marki Therga z charakterystyczną pasiastą etykietką (szeroko dostępne także w Polsce ponieważ produkuje je jeden z największych graczy na bułgarskim winnym rynku). To wina robione na modłę zagraniczną, przyzwoite, ale jak na mój gust odrobinę pozbawione charakteru i wyrazu. Na szczęście w 2016 roku widać już pierwsze światełka w tunelu. Widać że przybywa win bardziej niszowych z dobrze zaprojektowanymi estetycznymi etykietkami, od mniejszych producentów. Zakupiłam kilka butelek (ale jeszcze nie zdążyłam przetestować) i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Jak na kraj prawosławny przystało będziemy tutaj mieli szeroką dostępność słodkich win Kagor. Kagor to prawosławne wino liturgiczne. Oryginalnie pochodzi z Francji z miasteczka Cahors okrytego złą sławą francuskiej stolicy lichwy. Winny produkt z Cahors zawędrował we wschodnie rejony Europy i stał się winem wykorzystywanym w liturgii. W okresie dużych zmian podczas rewolucji we Francji, ten rodzaj wina zaczęto wytwarzać we wschodniej Europie. Obecnie ogromne ilości Kagora produkuje się w Bułgarii, Mołdawii, na Ukrainie i w Rosji, oraz we Francji i Hiszpanii. We Francji powstaje głównie ze szczepu winogron Malbec, a w Europie Wschodniej głównie z Merlota i Cabernet Sauvignon. Z bułgarskich Kagorów lubię tylko jeden w smukłej półlitrowej butelce ze świętym Jerzym na etykietce.

Co zobaczyć w Płowdiwie

W Płowdiwie byłam ekstremalnie krótko (bo tylko jeden dzień), więc za bardzo nie wypada bym się o nim w ogóle wypowiadała. Jednak to co przez ten krótki czas zobaczyłam, zapowiadało się rewelacyjnie. To zdecydowanie godne polecenia miejsce. dlatego postanawiam wyjątkowo napisać o miejscu odwiedzonym na szybko i mocno pobieżnie. Więc zapraszam do Płowdiwu z perspektywy totalnego w tym temacie ignoranta. Zazwyczaj pewnie też nim jestem, ale: staram się mimo wszystko przesiąknąć miejscem, które chcę uwiecznić na blogu i trochę w nim pobyć na spokojnie. Tym razem gdyby nie dosyć poważne problemy zdrowotne i różne inne dziwne oraz niewytłumaczalne przygody, które przytrafiły się nam podczas wyjazdu, przez co straciliśmy aż trzy dni, z pewnością zostałabym tutaj dłużej. Niemniej jednak, dobrze że w ogóle udało nam się do Płowdiwu dotrzeć, bo teraz wiem że tutaj na pewno wrócę.

W porównaniu z Sofią Płowdiw przedstawia się znacznie przyjemniej. Oczywiście posiada, jak to w Bułgarii, komunistyczne blokowiska i ponoć największą w całej Bułgarii romską dzielnicę-getto. Cała reszta wygląda jednak ogromnie na plus – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę atmosferę pewnej prowincjonalności. Trzeba przyznać że jest tu spokojnie i przyjemnie Płowdiw to nie gigantyczna metropolia, w której korki trwają całą dobę, a miasto nigdy nie zasypia. Z wyjątkiem knajp w centrum, życie płynie spokojnym torem, zwłaszcza podczas wakacji, gdy miasto opuszczają liczni studenci. Ilość turystów również nie męczy, Płowdiw chyba dopiero czeka na turystyczny sukces, ale lepiej chyba mu tego nie życzyć, by zrobiło się tu jak w Budapeszcie gdzie turystyka zajmuje kolejne kwartały i wypiera normalne życie. W mieście znajdziemy dużo rzeczy do zobaczenia i przeżycia, w końcu to kulturalna stolica Bułgarii. Wiele historycznych epok i różnych kultur nieustannie styka się tutaj ze sobą i łączy, tworząc zupełnie nową jakość. W dodatku jest przepięknie położone na siedmiu wzgórzach, więc teren jest mocno pofałdowany. Z tego co mocno pobieżnie udało mi się zobaczyć Płowdiw musi być świetnym miejscem na leniwe trzy dni włóczenia się po: odważnie poprowadzonych stromych i wąskich uliczkach, mnóstwie knajp, ciekawych muzeach, świątyniach wielu religii, antykwariatach i autorskich sklepikach w dzielnicy artystycznej. W ciągu jednego dnia zdążyliśmy tylko przebiec jak szaleni po kilku starych dzielnicach, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tak wyglądać powinno  prawdziwe „zwiedzanie”. Jako że bardzo dawno już niczego takiego nie robiłam, od razu stwierdzam, że wybitnie do czegoś takiego nie mam kondycji. Po jednym takim dniu byłam wykończona. Współczuję uczestnikom wycieczek mocno zorganizowanych, bo w taki sposób to już w ogóle nie da się o niczym czegoś sensownego dowiedzieć.

Architektoniczny misz-masz

Włócząc się po mieście możemy na przestrzeni kilkuset metrów natknąć się na imponujące pozostałości z czasów rzymskich, tradycyjną bułgarską architekturę, piękne osmańskie budowle,  dziewiętnastowieczne kamienice, oraz komunistyczne bloki. To wszystko doprawione jest całkiem świeżym i przyjemnym streetartem i odrobiną bałkańskiego bałaganu. Jedno ładniejsze od drugiego. W to wszystko poutykane są ciekawe knajpki i rewelacyjne antykwariaty.  Niechcący i zupełnie z marszu udaje nam się zakwaterować w bardzo tanim i bezproblemowym Hostel The House w samym centrum miasta, dzięki czemu rzut beretem mamy zarówno do artystycznej dzielnicy Kapana jak i do najstarszej części miasta na wzgórzu Newet Tepe (Небет тепе).

Co chwilę spotykamy jakieś wystające z ziemi antyczne ruiny starożytnego Filipopolis. Wszystko jest mozliwie jak najdokładniej obudowane współczesną miejską tkanką.

Tradycyjne bułgarskie domy w okolicy wzgórza Newet Tepe.

A to słynny dom Bałabanowa (Балабанова къща) wejść do środka oczywiście nie mieliśmy czasu, (och jak ja tak nie lubię).

A po lewej stronie widzimy kolejny zabytek słynną bramę Hisar Kapija (Хисар капия)

A to Meczet Piątkowy czyli Централна джамия, z przesympatycznym gospodarzem, który zapalił nam wszystkie możliwe światła i zrobiło się jasno jak w dzień.

Dopytywał czy przypadkiem nie potrzebujemy by opowiedział nam historię meczetu i wytłumaczył co się w nim znajduje – ale nie mieliśmy czasu (a resztę wiemy).

Meczet Piątkowy pięknie podświetlony w nocy.

Warto pójść do meczetu piątkowego, bowiem na dole znajduje się rewelacyjna turecka cukiernia, gdzie możemy skosztować wszelkich możliwych tureckich słodyczy. Jest tak słynna że w najbardziej newralgicznych momentach, ustawia się kolejka chętnych na stolik.

Nie lubię sytuacji kiedy mam tak mało czasu, że muszę biegać od miejsca do miejsca, nie mając czasu sobie spokojnie usiąść, zjeść coś lokalnego, porozmawiać z przypadkowo spotkanymi osobami. Przez to straciliśmy kilka okazji do ciekawej rozmowy, bo „obowiązki turystyczne” niestety wzywały nas mocniej. Cóż poradzić skoro klimat w mieście taki ładny i z drugiej strony szkoda by było wcale po nim nie pobiegać.

Cerkiew Konstantyna i Eleny pięknie wygląda z zewnątrz niestety – nawet nie byliśmy w środku. Następnym razem. Na pocieszenie wpadliśmy do kilku innych cerkwi.

A to sklep z ikonami – wybór może nieco oszołomić, podobne sklepy i kramy znajdziemy w Sofii pod soborem Aleksandra Newskiego. Ikony są malowane ręcznie ale średnio ładnie i dokładnie :-/

Całość mieszanki stylów i epok w Płowdiwie, uzupełnia też architektura z czasów komunizmu.

Sporo w mieście ciekawie wyglądających socrealistycznych murali.

Rewelacyjnie prezentuje się też artystyczna dzielnica Kapana, pełna mikroskopijnych kamieniczek, w których na parterze mieszczą się galerie sztuki i autorskich sklepy z ubraniami, rękodziełem sztuką i designem. To jest właśnie ten moment, kiedy już jest bardzo ładnie i interesująco, a jeszcze nie jest upiornie drogo i snobistycznie. Bułgarzy dopiero całkiem niedawno dostrzegli turystyczny potencjał zapuszczonej dzielnicy i dali jej drugie życie. Dzięki temu centrum Płowdiwu jest niezmiernie zróżnicowane, bo w tej dzielnicy klimat panuje  iście unikatowy. Kapana jest zupełnie odmienna od typowych dzielnic „starego miasta” w których dominującym typem zabudowy są kaszty, czyli tradycyjne bułgarskie domy. Ta dzielnica to klimat bardziej skłoterski, przy czym panuje tutaj iście młodzieżowy entuzjazm, a nie zachodnioeuropejskie zblazowanie.

Budynek w dzielnicy Kapana. inne prezentują się znacznie bardziej zachęcająco.

Streetart i antykwariaty

Do Płowdiwu warto pojechać by zobaczyć różne formy i odmiany streetartu. Jest go na ulicach bardzo dużo na różnym poziomie. Mnie najbardziej chyba spodobały się malowidła w jednym przejściu podziemnym, bardzo mocno nawiązujące do estetyki ikon. Przy czym były to prawdziwe ikony z pazurem, znacznie ładniejsze niż te ze sklepów i targów dla turystów. Widać że taką estetykę Bułgarzy po prostu mają we krwi. Kolejnym elementem który należy dodać do tej skomplikowanej mieszanki jest antykwaryczne szaleństwo jakie w tym mieście panuje. Tak, zdążyliśmy jeszcze przebiec jak szaleni po kilku rewelacyjnie zapowiadających się antykwariatach. Sklepy ze wszystkim mogłyby być przepięknym tłem do zdjęć  jakiegoś filmu. Z antykwariatami mam ten problem (chyba wszyscy go mają) że zakupione w nich przedmioty przepięknie wyglądające w otoczeniu innych przedmiotów w antykwariacie, już tak pięknie nie wyglądają w moim chaotycznym domostwie. Dlatego teraz już wiem że to pułapka 🙂 i żeby to jakoś wyglądało, musiałabym kupić cały antykwariat, a na to nie mam środków i miejsca 🙂 . Dlatego wolę podziwiać second-handy oraz znajdującą się w nich plątaninę ciekawych przedmiotów – właściciele sklepów mogliby przecież sprzedawać bilety dla osób chcących sobie „popatrzeć”.

Nie wiem o co chodzi, ale mi się podoba.

A to chyba nie streetart tylko „reklama dźwignią handlu” ale wpisuje się w estetykę.

Piękny pokrowiec na samochód – niestety nie wiem o co chodzi (nie zapytałam, bo wiadomo dlaczego).

Osobną historią są antykwariaty pełne najdziwniejszych rzeczy.

Co ccC

Co i gdzie zjeść w Płowdiwie

Co natomiast jadłam w Płowdiwie? Oprócz wizyty w osmańskiej cukierni południową porą,  obawiam się że wyjątkowo nie starczyło czasu by zjeść coś normalnego. Gdy stwierdziłam, że już totalnie umieram z głodu, czynne były już chyba tylko całodobowe budy z burkiem i pizzą 🙂 . To musi być znakomitym dowodem na to że to miasto bardzo zajmujące, do którego koniecznie trzeba zajrzeć.

Baczkowski monastyr

Dzisiaj będzie o rewelacyjnym miejscu w Bułgarii, które koniecznie musicie odwiedzić, jeśli wybieracie się na przykład do Asenovgradu albo Płowdiwu, (o których niebawem również napiszę). Tym miejscem jest monastyr Baczkowski (Бачковски манастир) i rozciągający się koło niego rezerwat przyrody Czerwona Skała (Червената стена) w dorzeczu rzeki Czapełare (Чепеларска река). Podobało mi się tam chyba bardziej niż w najsłynniejszym bułgarskim monastyrze rilskim, ze względu na kameralność i znacznie mniejszą liczbę turystów. Jadąc do monastyru i widząc ciągnące się wzdłuż drogi kramy z pamiątkami, ziołami i ceramiką trojańską, możemy odnieść wrażenie, że całość będzie jakimś turystycznym koszmarem. Na szczęście okazuje się, że to tylko złudzenie, bo spędziliśmy tam czas całkiem spokojnie. Może zawdzięczaliśmy to pobytowi w środku tygodnia?

Turystyka religijna to w krajach prawosławnych ważna część naszych wyjazdów, bo w większości monastyrów w Bułgarii (czy Serbii) za niewielkie pieniądze można przenocować i to w warunkach całkiem komfortowych i pod pewnymi względami nie do pobicia. Najbardziej opłaca się tam nocować ze względu na ciszę. Po zapadnięciu zmroku wszyscy jego mieszkańcy udają się na spoczynek, a mieszkający w monastyrze goście jakoś nie mają odwagi niczym go zakłócać (czyli na przykład hałasować i imprezować). Cisza w dzisiejszych czasach to towar prawdziwie deficytowy, a tutaj za niewielkie pieniądze mamy możliwość dość specyficznego odcięcia się od cywilizacji. Poza tym, nocowanie w zabytku i to w sensie całkowicie dosłownym, to nieraz unikatowe przeżycie.

Do Bachkova przyjeżdżamy przed południem i usiłujemy się zakwaterować. Żeby zamieszkać w prawosławnym klasztorze, prawie zawsze trzeba się trochę nagimnastykować. Nie posiadają one klasycznej recepcji, a nawet jeśli, to i tak nikt stale w niej nie przebywa. Tym razem wszyscy są bardzo zajęci, nikt nie ma czasu powiedzieć nam czy znajdzie się dla nas jakiś pokój, zarejestrować nas i przyjąć pieniądze. Czekamy kilka godzin. Z jednej strony jest to odrobinę irytujące, z drugiej strony mamy szansę przyjrzeć się wszystkiemu na spokojnie. Siedzimy na dziedzińcu klasztornym, na którym rosną niespotykane w Bułgarii gatunki drzew i znajduje się klatka z owcą, która od czasu do czasu żałośnie pobekuje. Okazuje się że codziennie rano z ogromnego stada owiec posiadanych przez klasztor, wybierana jest jedna owca, która spędza czas w klatce na dziedzińcu monastyru, a wieczorem odprowadzana jest z powrotem. Na szczęście ma dostęp do jedzenia i picia. Nie dowiedziałam się o co chodzi z tą owcą i czemu spędza ona czas w klatce na klasztornym dziedzińcu. Niestety w monastyrze Bachkovo zostać możemy tylko na jedną noc, bo potem przyjeżdża duża grupa i wszystkie pokoje są zarezerwowane. Dlatego czasem warto coś zaplanować i wcześniej zadzwonić, z drugiej strony pewnie i tak nie dogadalibyśmy się po angielsku. Szkoda tym większa, że pokoje są na prawdę w dobrym stanie, a w okolicy byłoby kilka ciekawych do zobaczenia miejsc – monastyr znajduje się dosłownie „u wrót” Rodopów.

W Bułgarskich monastyrach panuje dużo swobodniejsza atmosfera, w porównaniu z monastyrami w Serbii, a zwłaszcza w Rumunii. W Rumunii na przykład, niemal w każdym miejscu obowiązują inne zasady ubierania się. Czasem trzeba koniecznie mieć długą do kostek spódnicę, a do innej cerkwi możemy wejść w spodniach (byle długich), innym razem oprócz spodni konieczna jest jeszcze jakaś przepaska. Do jednej świątyni można wchodzić z odkrytą głową, a w drugiej pilnująca cerkwi zakonnica jest święcie oburzona, że wchodzę bez chusty na głowie. Ciężko nie zginąć w tym gąszczu zakazów i nakazów. Zastanawiam się kto to wszystko wymyśla. Odnoszę wrażenie, że mnóstwo zasad istnieje głównie po to, by czuć się w tym wszystkim trochę zagubionym i zawsze mieć możliwość zrobienia czegoś nie tak. W cerkwi bułgarskiej, ważniejsze chyba od wyglądu zewnętrznego wiernych, są ich intencje. Mimo tego, że dookoła klasztorów rozciągają się rozliczne kramy z rękodziełem, ziołami czy zwyczajną tandetą, same monastyry są prawdziwymi oazami spokoju w których mamy nasycić swoją duszę. Dlatego znajdują się w nich miejsca w których możemy usiąść, stół z dzbankiem wody i szklankami, lub po prostu czeszma z zimną górską wodą, czasem w formie fontanny, ale zrobionej tak, by móc z niej pić. Picie ze studni symbolizować ma ukojenie pragnienia duszy. Dlatego w większości serbskich i bułgarskich monastyrów przy wejściu albo zostajemy ugoszczeni, albo mamy ugościć się sami zimną wodą. Dawanie przybyszom wody na powitanie, nie jest tylko pustym gestem i niezbyt wypada nam odmówić, gdy ktoś nam ją proponuje. W Rumunii niestety nie ma już takiego zwyczaju. Jeżeli monastyr położony jest mocno na uboczu, oprócz picia wody będziemy z pewnością musieli spędzić trochę czasu na rozmowie z osobą, która nas gości, dlatego nie warto się śpieszyć. Bardzo często zostajemy także poczęstowani na przykład kawą, owocami, czasem nawet rakiją. Baczkowo jest chyba zbyt tłumnie obleganym miejscem, by czegoś takiego doświadczyć, ale piszę o tym niejako przy okazji.

Monastyr Baczkowski – cerkiew z XVII wieku.

W obrębie murów monastyru znajduje się dużo miejsc w których można usiąść i coś pokontemplować.

Przepiękna metasekwoja na dziedzińcu klasztoru.

Na dziedzińcu monastyru baczkowskiego rosną również granaty.

Dookoła monastyru rozciągają się takie widoki.

Po południu robi się bardzo pusto.

Monaster Zaśnięcia Matki Bożej w Baczkowie jest drugim co do wielkości i drugim najliczniej odwiedzanym monastyrem Bułgarii po Monastyrze Rilskim. W jego skład wchodzą 4 kościoły, i ponad ośmiohektarowe gospodarstwo, w tym liczne sady owocowe i stada zwierząt. Na stronie monastyru jest napisane, że miejsce to jest częścią bułgarskiego dziedzictwa i jest zawsze otwarte na wszystkich odwiedzających. Monastyr powstał w roku 1083 za sprawą Cesarstwa Bizantyjskiego – jego założycielem był Gruzin Grigorii Bakuriani, a jego pierwszymi mieszkańcami mnisi z południowo-wschodniego krańca imperium, głównie Gruzji i Armenii. W końcu jedenastego stulecia przy klasztorze powstała szkoła z biblioteką, w której zgromadzono bogaty zbiór ksiąg starogruzińskich, ormiańskich, bizantyjskich oraz starobułgarskich. Monastyr posiadał pełną autonomię i do 1363 roku nie musiał podlegać administracji Płowdiwu. Monaster pozostawał w granicach Bułgarii do 1393, kiedy tereny te zostały podbite przez Turków. Baczkowo wprawdzie przetrwało pierwszą falę tureckiej inwazji, jednak w XV wieku zostało rozgrabione i zniszczone. Klasztor odbudowano pod koniec XVII stulecia na wzór cerkwi na świętej górze Athos, a patronatem objął ją Patriarchat Konstantynopola.

W cerkwi pochodzącej z 1604 roku, postawionej na ruinach budowli wzniesionej przez Bakurianiego, znajduje się cudowna gruzińska ikona z 1310 roku przedstawiająca Maryję Eleusa – przedstawienie w którym postaci Maryi i dzieciątka stykają się z sobą policzkami. Przed obrazem niemal cały czas stoi kolejka wiernych. Ikona w czasach ottomańskich została z Baczkowa wyniesiona i znajdowała całkiem niedaleko w miejscu o nazwie Kluviata, które zaraz zobaczycie. Tam znaleziono ją w XVII wieku i z powrotem umieszczono na swoim miejscu. Tutaj można poczytać o przypadkach cudownego wyleczenia się z chorób, które ponoć dokonało się za sprawą cudownego obrazu.

Pokryty freskami przedsionek cerkwi.

  Nawet jeśli jesteśmy wielkimi fanami zabytków i historii sztuki, wizyta w samym monastyrze nie może trwać w nieskończoność. Jeszcze tego samego dnia postanawiamy udać się do rezerwatu „Czerwona Skała” i obejrzeć schowane w górach paraklisy oraz wodospad (który latem jest niemożliwy do zobaczenia ze względu na brak wody w rzece). Jeśli już przyjechaliśmy do monastyru koniecznie trzeba nie zważając na upał, pospacerować po okolicy, bo jest niezwykle malownicza. Na szczęście większość trasy jest miło zacieniona. Idąc mijamy klasztorne sady i pastwiska.
Paraklis to rodzaj kaplicy znajdujący się zazwyczaj nieopodal dużego i znanego miejsca kultu. Paraklisy stawiano dla konkretnego świętego, miały umożliwiać odprawianie nabożeństw w wąskim gronie wiernych, na przykład chrztów. W Bułgarii stawiano je także wysoko w górach za tureckiej okupacji. Ich lokalizacja była objęta sekretem, o którym wiedzieli tylko wtajemniczeni. Wierni spotykali się tam w tajemnicy i uczestniczyli w nabożeństwach.
Niesamowite wrażenie robi baczkowskie ajazmoto, czyli kaplica mieszcząca w sobie źródło cudownej i leczniczej wody. Budynek pokryty jest malowidłami z zewnątrz i wewnątrz, a dookoła niego rosną kilkusetletnie platany. Drzewa malowniczo powrastały w kamienną konstrukcję i powoli zaczynają ją rozsadzać.  Miejscami wygląda to jak jakiś lokalny Angkor.

Czerwona skała o zachodzie słońca.

Większość trasy mimo że wiedzie odrobinę pod górę 😉 to jest przyjemnie zacieniona.

Baczkowskie ajazmoto – źródło świętej i leczniczej wody.

Studnia wyłożona jest świętymi wizerunkami na zewnątrz i wewnątrz.

Ogromne wrażenie robią kilkusetletnie platany (prawie jak w Angkor).

Potem ścieżka pnie się mocno pod górę i prowadzi nas w stronę Kluviaty.

Następnie ścieżka zaczyna piąć się pod górę i dochodzimy do miejsca zwanego Kluvia lub Kluviata, w którym znaleziono baczkowską ikonę Maryi Eleusa ukrytą przed Turkami. Znajduje się tam piękny i w całości od wewnątrz pokryty zadymionymi malowidłami paraklis poświęcony św. Michałowi Archaniołowi. Miejsce jest niezwykle klimatyczne, zwłaszcza że o zachodzie słońca jesteśmy jedynymi odwiedzającymi. Szkoda tak szybko stamtąd wracać, ale ze względu na włóczące się samopas psy, które po ciemku mogłyby być mniej przyjazne, musimy zacząć iść z powrotem. Położone wyżej miejsca mają niesamowity klimat i wielka szkoda tak szybko je opuszczać. Porównać można je jedynie z pustelnią św. Sawy nieopodal monastyru Studenica w Serbii.

Paraklis Świętego Michała Archanioła wewnątrz w całości pokryty zadymionymi freskami.

Paraklis św. Michała Archanioła w detalach. Miejsce stoi sobie w górach nie pilnowane przez nikogo.

Niestety przepięknego wnętrza nie dało się sfotografować ze względu na panujące wewnątrz egipskie ciemności.

Na koniec kilka informacji o rozciągających się przed monastyrem kramach. Można zakupić na nich oprócz spotykanej wszędzie chińskiej tandety, także rękodzieło, ceramikę trojańską, rewelacyjny kozi, owczy i bawoli nabiał, oraz skonsultować się i otrzymać poradę zielarską. Kilka kiosków z suszonymi ziołami i mieszankami ziołowymi obsługiwanych jest przez baby czyli starsze kobiety znające się na medycynie ludowej. Dlatego jeden ze straganów prowadzony był na przykład przez Babę Martę. Niestety konsultacja może odbywać się wyłącznie w języku bułgarskim. Kobietom niestety nie asystuje nikt młody, kto mógłby pełnić rolę tłumacza. Można zakupić u nich mieszanki ziołowe na przykład słynny Rodopski Czaj, ziele gojnika, czubrycę i inne tym podobne mocno lokalne rośliny.

Melnik 2010

Z Riły jedziemy do Melnika, zwabieni obietnicami wypisywanymi w folderach i przewodnikach o Bułgarii, że słynie on z produkcji wina i jest miejscem o niepowtarzalnym wprost klimacie. Na miejscu z mojej winy płacimy z góry za trzy noclegi i jest to duży błąd. Melnik okazuje się turystycznym skansenem w którym wino produkuje już tylko jeden człowiek, pozostali „żyją z turystów” bo to się lepiej opłaca. Poza sklepami z pamiątkami i winem (ale wyłącznie butelkowanym i nie z Melnika) jest parę drogawych mechan z jedzeniem o wiele gorszym niż w rodzinnym hotelu w Govedartsi, a wieczorem większość pracowników tego turystycznego produktu po prostu rozjeżdża się do swoich domów, bo prawdziwe życie jest gdzie indziej. Obecnie winiarską stolicą regionu jest Sandanski gdzie duże przetwórnie butelkują różne szczepy wina, zwłaszcza czerwonego z okolicznych upraw, a w Melniku możemy co najwyżej napić się bardzo kiepskiego i niestety drogiego „domowego” wina wytwarzanego metodą całkowicie chałupniczą przez właścicieli mechan (zazwyczaj mają tylko jeden gatunek) lub napić się wina butelkowanego wytwarzanego w regionie. Oczywiście dużo lepiej jeśli na zakupy wybierzemy się do jakiegoś supermarketu w mieście Sandanski, bo w Melniku zapłacimy za to samo dużo więcej. Melnik nie ma nic wspólnego z miastami o istniejących zarówno w przeszłości jak i współcześnie tradycjach winiarskich, takich jak węgierskie miasteczka Tokaj czy Eger, nie znajdziemy tu winnych piwniczek, w których właściciele winnic sprzedają swoje wino, z wyjątkiem jednej (ale o tym później).

Na szczęście jest też parę pozytywów tej sytuacji. Po pierwsze jest nim starsza właścicielka naszego małego hotelu, która strasznie nam matkuje. Biegle mówi po rosyjsku i z rozrzewnieniem wspomina dawne czasy gdy jeździła do ZSRR. W kółko nas czymś częstuje a to figami, a to jakimś jedzeniem,  a to domowym winem oraz wielokrotnie usiłuje nakłonić nas do wypicia  rakii własnej produkcji. Któregoś dnia wieczorem, jako że i tak nie mamy co robić, siedzimy z greckim emerytem który przyjechał z żoną i wnuczkiem na wczasy do Melnika. On nie rozumie po angielsku i polsku a my nie rozumiemy po grecku, wszyscy też słabo mówimy po rosyjsku. Mówimy więc do niego po polsku a on odpowiada nam po grecku i tak płynie nam czas. W końcu zgadzamy się na wspólne wypicie rakiji z naszą gospodynią. Dostajemy szklankę siedemdziesięcioprocentowego pachnącego rozpuszczalnikiem alkoholu pędzonego z winogron. Wypijam kilka łyków tego specyfiku i całkowicie się nim struwam bo chyba nie był do końca dobrze przedestylowany. Nie udaje nam się w dwie osoby poradzić sobie ze szklanką tego napitku, a pani gospodyni będąc pewnie lekko pod wpływem własnego trunku proponuje że przyniesie następną. Na drugi dzień czuję się jak nieboszczyk i tak wyglądam. Przy wyjeździe pani proponuje że sprzeda nam całą butelkę swego trunku. Nie chcemy. No to bez żadnej szansy na sprzeciw dostajemy półtora litrową butelkę bardzo ekologicznego domowego wina, które po spędzeniu z nami kilku godzin na gorącu wystrzeliwuje z butelki niczym szampan i zaczyna smakować jak woda po ogórkach kiszonych.

Spędzamy też czas z lokalnym artystą który produkuje kiczowate obrazki z melnickimi domami. Dobrze zna angielski, ale ma straszną wadę wymowy i na początku trudno nam go zrozumieć. Początkowo wydaje mi się że to jakaś życiowa niezdara, jednak szybko zdumiewa mnie jego przedsiębiorczość i zorganizowanie. Umie rozmawiać z ludźmi a obrazki idą jak woda. Szwedzi czy Niemcy bez zmrużenia okiem płacą za nie kilkadziesiąt euro.

bul_melnik_panorama-melnika_001

Panorama miasta.

bul_melnik_ikona_001 bul_melnik-ulica_002 bul_melnik-ulica_001
bul_melnik_dom-kordopulowa_001

Dom Kordopułowa. Niestety takie tradycje to już w Melniku wyłącznie muzealna przeszłość.

Dużą zaletą Melnika jest bliskość Monastyru Rożeńskiego. To absolutnie genialne miejsce, do którego można wybrać się na pół dnia pieszo ciekawą ścieżką wśród melnickich piramid. Droga w jedną stronę trwa 2-3 godziny. Początkowo idzie się wyschniętym korytem rzeki potem droga pnie się w górę i robi bardziej widokowa. Monastyr jest tak rewelacyjny że jesteśmy w nim dwukrotnie. Wydaje się miejscem o wiele bardziej autentycznym, spokojniejszym i mniej skomercjalizowanym niż Monastyr Rilski. Sama miejscowość Rozen jest dużo ciekawsza od Melnika. Znajduje się tam  mechana dla lokalnych ludzi z dobrym jedzeniem i dużo kramów z dżemami, miodami, ajvarem i innymi przysmakami produkowanymi przez okolicznych rolników.

bul_monastyr-rozenski_005

Monastyr rożeński.

bul_monastyr-rozenski_002 bul_monastyr-rozenski_001 bul_monastyr-rozenski_003 bul_monastyr-rozenski_004 bul_melnik_piramidy-melnickie_001 bul_melnik_piramidy-melnickie_002 bul_melnik_piramidy-melnickie_004 bul_melnik_piramidy-melnickie_003

Oprócz tego w Melniku mieliśmy też psa. Rano przyplątywał się do nas i szedł z nami do Monastyru Rożeńskiego, czekał na nas przed nim i potem z nami wracał. Wyglądał jak hiena cmentarna ale był absolutnie pokojowo nastawiony. Plątał się okropnie pod nogami i raz niestety na niego nadepnęłam, ale nawet wtedy nic nie zrobił.

bul_melnik_pies_001

Nasz melnicki pies.

W końcu postanowiliśmy też udać się do jedynego człowieka w Melniku, który profesjonalnie wytwarzał wino. Jego dom był położony bardzo wysoko u samej góry na końcu miejscowości. Miał on przezwisko sześciopalczasty i faktycznie miał po sześć palców u rąk. Dlatego winnica nazywa się Shestak. Był młodym zapaleńcem, ale miejscowi uważali go za dinozaura lub wariata. Sympatycznie opowiadał turystom o produkcji wina i próbował sprzedawać im swoje wyroby, jednak niewielu ludziom chciało się w upale wdrapywać się do niego tak wysoko. Wino też niestety było takie sobie z wyjątkiem jednego, ale i tak kupiliśmy kilka butelek, żeby nie było mu przykro.

Podsumowując Melnik jest pewnie dobry na kilkugodzinną wycieczkę lub na cały dzień z wycieczką do Monastyru Rożeńskiego, bo trasa z Melnika jest bardzo ciekawa i przepiękna a sam monastyr zdecydowanie wart odwiedzenia. Gdyby nie to, można by było z czystym sumieniem go sobie odpuścić. Reklamowanie tego miasta jako centrum winiarstwa to głębokie nieporozumienie. To po prostu wyjątkowo mało autentyczny produkt turystyczny, który wykorzystuje swoje tradycje z przeszłości, jednak obecnie bardzo niewiele ma z nimi wspólnego. Nawet jedzenie jest w nim takie sobie.  Niemniej jednak dzięki temu że nie mieliśmy tam co robić, spędzaliśmy tam czas z różnymi ciekawymi ludźmi i było dość zabawnie. Zamiast zostawać w Melniku trzeba było udać się w góry Pirin, chciałam jednak nieco zregenerować moje kolano.

Z Melnika jedziemy do miejscowości Sandanski by wymoczyć się w ciepłych źródłach. Ciepłe źródła są ale tylko do picia.  Niestety jak to w Bułgarii bywa nie sposób dowiedzieć się tam szybko czegokolwiek o basenach termalnych, okazuje się że baseny miejskie są nieczynne bo trwa remont, a do hotelowych basenów na przedmieściach miejscowości trudno się dostać bo nic publicznego tam nie jeździ a my nie lubimy taksówek. Postanawiamy zatem wybrać się w okoliczne góry i po nich trochę pochodzić. Znowu nie mamy czym się tam dostać i po raz kolejny przeżywamy rozczarowanie. W końcu zrezygnowani wracamy do Sofii. Jeśli kolejny raz wybiorę się do Bułgarii chyba będę musiała pojechać własnym samochodem, bo jeżdżąc transportem publicznym traci się mnóstwo czasu a do sporej części miejsc nie da się dojechać w ogóle. Kraj jest kompletnie nieprzygotowany informacyjnie i mimo że ma wiele do zaoferowania bardzo trudno się o tym dowiedzieć. Bułgarzy marnują swoją szansę, z drugiej jednak strony starać się nie muszą w kolejnym roku bowiem do kurortów nad morzem i tak przyjedzie mnóstwo Polaków i innej mało wymagającej klienteli.

Góry Riła i Monastyr Rilski

Dostać się w góry Riła z Sofii to jak się okazuje  nie taka prosta sprawa. W kraju gdzie panuje kult samochodu, transport publiczny jeździ rzadko i jest dość kiepski, a informacja o nim uboga. Czekamy kilka godzin na przesiadkę w Blagojewgradzie objadając się Banicą i oglądając życie bułgarskich Cyganów. W końcu łapiemy autobus do Govedartsi, które jest opisywane jako centrum sportów zimowych i baza wypadowa w góry Riła. Szukamy noclegu ale nie wychodzi nam to szczególnie dobrze, w końcu w wyniku wzajemnego nie zrozumienia się przez telefon z właścicielem, udaje nam się wynegocjować niedrogi nocleg w prowadzonym przez kilku pokoleniową rodzinę hotelu Krusharskata Kashta. Podaję jego nazwę bo świetnie tam gotują. Wszystko co tam jedliśmy było przepyszne i warte swojej dość wysokiej ceny. Były to tradycyjne bułgarskie dania, rewelacyjnie doprawione, pachnące ziołami i dopracowane z dobrej jakości, naturalnych produktów.  Restauracja obsługiwała nie tylko mieszkańców hotelu, goście (sami Bułgarzy) przyjeżdżali do niej także specjalnie. Akurat w Govedartsi całkowicie rozchorowałam się przez zanieczyszczoną klimatyzację w autobusie z Polski do Bułgarii i byłam tam leczona różnymi specyfikami, które polecała rodzina właścicieli. Piłam między innymi w ponad trzydziestostopniowym upale wspaniale pachnącą suszonymi owocami  grzaną rakiję domowej roboty napój tradycyjnie pity przez narciarzy w zimie. Senior rodu pukał się w głowę jak ktoś może zamawiać grzaną rakiję w środku lata. W Govedartsi czekając aż wyzdrowieję przechodzimy się na rozgrzewkę po niższych górach. Dość spory problem jest z biegającymi samopas dużymi psami. Mało osób chodzi tam piechotą większość porusza się samochodami, więc dla lokalnych mieszkańców nie stanowi to większego problemu. Na miejscu okazuje się też, że transport z Govedartsi do górskiego schroniska Maliowica skąd startują liczne szlaki jest bardzo rzadki i słabo zorganizowany a niezbyt ciekawie wygląda perspektywa schodzenia kilkunastu kilometrów do Govedartsi asfaltem w nocy. Parę dni później postanawiamy przenieść się do miejscowości a właściwie górskiej bazy Maliowica. Z bazy prowadzi kilka popularnych szlaków po górach Riła. Wybieramy się tam między innymi nad Strasznoto Ezero, przepiękną Dolinę Siedmiu Jezior Rilskich do których niestety niedawno otwarto górską kolejkę i na szczyt Maliowica o wysokości 2729 m n.p.m., na który wejście jest bardzo łatwe.  Niemniej jednak ze względu na to że pojechałam tam z kontuzją kolana i po górskich wycieczkach i tak było już ono mocno nadwerężone, nie decyduję się na zejście kolejnego dnia z dużym plecakiem do Monastyru Rilskiego i jedziemy do niego autobusem tracąc na to oczywiście cały dzień.

bul_govedartsi_pejzaz_001

Govedartsi

bul_govedartsi_grzyby_001

Dookoła wsi rosły niezliczone ilości grzybów, których jak widać nikt tam nie zbiera.

bul_govedartsi_laka_001

bul_rila_rzeka_001 bul_govedartsi_laka_002

Szlaki w górach są w górnych partiach świetnie oznaczone, za to w dolnych czasami można się pogubić ze względu na niekonsekwentne ich znakowanie, rozchodzenie się ścieżek, zarośla. Ludzi chodzących po górach jest stosunkowo mało, bo turystyka górska nie jest ulubioną aktywnością Bułgarów, niemniej jednak zdarza się nam także spotkać nielicznych. W porównaniu z takimi na przykład Tatrami Słowackimi ludzi jest co najmniej dziesięciokrotnie mniej. Wyjątkiem może być Siedem Jezior Rilskich, ale tam też nie było specjalnie tłoczno. Wszędzie tam gdzie nie mogą dojechać samochody jest czysto. Za to miejsca przeznaczone na górskie samochodowe biwaki połączone z grillowaniem wprost toną w śmieciach.  Ze względu na rzadko jeżdżący i mało przewidywalny transport publiczny (wszyscy jeżdżą prywatnymi samochodami) najlepiej znaleźć jedną lub kilka baz wypadowych i z nich chodzić na codzienne jednodniowe wycieczki, albo chodzić po górach od schroniska do schroniska z dużym plecakiem, ja jednak niezbyt dobrze czuję się w górach z ciężarami na plecach bo zawsze obawiam się kontuzji i preferuję jednodniowe wycieczki z lekkim plecakiem.

bul_rila_strasznoto-ezero_001

Strasznoto Ezero.

bul_rila_szlak-nad-strasznoto-ezero_001

Szlak nad Strasznoto Ezero.

bul_rila_szlak-nad-strasznoto-ezero_002

Szlak nad Strasznoto Ezero.

bul_rila_szlak-nad-strasznoto-ezero_003

Szlak nad Strasznoto Ezero.

bul_rila_widok-ze-szczytu-maliowica_003

Ludzie na szczycie Maliowica.

bul_rila_widok-ze-szczytu-maliowica_002

Widoki ze szczytu Maliovica.

bul_rila_widok-ze-szczytu-maliowica_001

Widoki ze szczytu Maliovica.

bul_rila_las_001

Okolice Monastyru Rilskiego.

bul_rila_parking_001

Efekty górskiej turystyki samochodowej w Bułgarii.

Rilski Monastyr to miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia. Ogromna szkoda, że nie udało się do niego przejść górami i w nim przenocować, bo z pewnością byłoby to fajne przeżycie. W dzień jest tam dość tłoczno za sprawą mnóstwa turystów, wieczorem i wczesnym rankiem kiedy ich nie ma mogłoby być zdecydowanie lepiej. Monastyr to najważniejsze miejsce religijne Bułgarii. Podczas okupacji tureckiej ośrodek bułgarskiego życia intelektualnego i oporu wobec Turków. Podczas trwającej pięć wieków okupacji tureckiej wykształceni mnisi klasztoru tłumaczyli na bułgarski zagranicznych autorów. Pisali także własne teksty religijne. Swój obecny kształt osiągnął w XIX w. podczas bułgarskiego odrodzenia, za sprawą Neofity Rylskiego, który początkowo w klasztorze zaczął prowadzić szkołę o charakterze religijnym, którą następnie przeniósł do Samokova. Z niej wywodzili się ludzie pełniący najważniejszą rolę w historii wyzwolonej Bułgarii. W latach 1834-37 dzięki wysiłkom architektów i snycerzy monastyr gruntownie przebudowano w stylu włoskiego renesansu a cerkiew Narodzenia Bogurodzicy pokryto malowidłami i wyposażono w nowy przebogaty ikonostas. Jego obronna konstrukcja jest absolutnie unikatowa. Gdyby nie turyści, ich współczesne stroje, aparaty i telefony komórkowe miejsce to wyglądałoby na przeniesione w niezmienionym stanie z dalekiej przeszłości. Jego górzyste otoczenie też robi imponujące wrażenie. Niedaleko znajduje się jaskinia w której mieszkał Iwan Rilski pustelnik, który założył klasztor, którego szczątki spoczywają w Rilskim Monastyrze od 1469 roku. Ponoć jej niezwykle ciasne przejście jest niemożliwe do pokonania przez ludzi grzechu. Wygląda więc na to, że nie jesteśmy ludźmi grzechu, bo bez problemu udało nam się przez nie przejść i to z małym plecakiem, jednak nie wierzę by żywiący się tradycyjną bułgarską kuchnią ludzie potrafili zdobyć się na taki wyczyn, bo z całą pewnością utknęliby gdzieś w połowie.

bul_rila_monastyr-rilski_005 bul_rila_monastyr-rilski_009
bul_rila_monastyr-rilski_001 bul_rila_monastyr-rilski_002 bul_rila_monastyr-rilski_004 bul_rila_monastyr-rilski_008 bul_rila_monastyr-rilski_007 bul_rila_monastyr-rilski_006
bul_rila_monastyr-rilski_011 bul_rila_monastyr-rilski_010
bul_rila_jaskinia-iwana-rylskiego_001

Tutaj można sprawdzić czy jest się człowiekiem grzechu czy też nie.

bul_rila_monastyr-rilski_003

Na ścianach monastyru przedstawione są także sceny z życia Iwana.