Archiwum kategorii: Emei Shan

Emei Shan 2008

Piesza wycieczka na świętą górę buddyzmu Emei Shan –  Złoty Szczyt wysoki na 3099 m.n.p.m.  (w Chinach równie świętych jest tylko co najmniej 3) budzi nieco mieszane odczucia. No bo z jednej strony, przynajmniej w teorii, mamy prawie zawsze zamgloną świętą górę z tysiącami schodów, na którą pielgrzymi wspinają się pieszo odwiedzając po drodze liczne buddyjskie klasztory, których obecnie jest tam około 30. Trzeba przyznać że brzmi to dość romantycznie. Pomysł odbycia takiej górskiej pieszej pielgrzymki do świętego miejsca jest o wiele lepszy niż na przykład wycieczka autokarem do jakiegoś ogólnodostępnego świętego miejsca położonego w terenie nizinnym. Z drugiej strony podczas takiej trzydniowej wycieczki mamy szansę zapoznać się ze specyficznym stosunkiem chińczyków do przyrody, ich staraniem by całkowicie ją sobie podporządkować, masową turystyką, mnóstwem śmieci. Chyba tylko Chińczycy mogli wpaść na pomysł by stromą, skalistą, wysoką górę do samego szczytu wyłożyć schodami równymi jak w centrum miasta. Niestety sprawia to, że  wchodzą na nią, wjeżdżają lub są wnoszeni (tak, tak, ci bogatsi mogą wykupić sobie tragarza własnej osoby) ludzie, którzy nie powinni tam być. W sumie podobnie jest z polską kolejką na Kasprowy, z tą różnicą że w Chinach ludzie ci jeszcze nagminnie dokarmiają dzikie zwierzęta. Cieszą się jak dzieci, na widok małpy która samodzielnie rozrywa sobie karton z mlekiem który po wypiciu rzuca gdzieś w przepaść. Efekt tego jest taki, że nie sposób przejść pewnych odcinków drogi na Świętą Górę bez solidnego kija, a z udziałem małp rozgrywają się sceny iście dantejskie, zwłaszcza gdy ktoś idzie pojedynczo. Podobnie mieszane odczucia mogą budzić mijane po drodze  klasztory. Te łatwiej dostępne z głównej drogi na szczyt i gdzie mogą dojechać samochody mają chyba niewiele wspólnego ze swoimi pierwotnymi założeniami. Przypominają religijne kombinaty tylko może nie w tak rozległej skali jak nasz Licheń. Mnisi sprzedają tam „taśmowo” talizmany i odpusty za grube pieniądze, nosząc w ręku stosy banknotów o najwyższych nominałach w kwocie nawet jak na warunki materialne Europejczyków dość wysokiej. Od biedy, gdyby zrobiło się chłodniej mogliby zapalić nimi w piecu. Natomiast te które nie miały tyle szczęścia i leżą gdzieś na uboczu są na prawdę świetnymi i świętymi miejscami w których czas się zatrzymał. Warto w takim miejscu zanocować i wesprzeć te spoza głównego nurtu. Główna droga na szczyt to miejsce przez które przetaczają się dzikie tłumy. Traktują świętą górę jakby byli w przyrodniczo-religijnym lunaparku prawie cały czas krzyczą nawołując się z parusetmetrowej odległości, strasznie śmiecą i mają na sobie jednakowe zimowe kurtki z wypożyczalni kurtek, gdy wraz ze wzrostem wysokości robi się chłodniej. Oczywiście zostawiają spore pieniądze, które wydają na kadzidła (koniecznie największe) oraz ofiary i odpusty (im wyżej tym ceny dewocjonaliów i usług drastycznie rosną). Zupełnie jak u nas. Ogólnie jednak warto tam pójść i się temu wszystkiemu przyjrzeć, bo w zasadzie i tak jest dość sympatycznie, nikt nas o nic nie nagabuje i do niczego nie zmusza, chińskie wycieczki odnoszą się do nas z ciekawością i zainteresowaniem. Najgorszym punktem całej pieszej wyprawy jest nocleg w hotelo-noclegowniach dla pielgrzymów pod szczytem góry, gdzie ceny są bardzo wysokie i kompletnie nieadekwatne do jakości, ponieważ nie ma żadnej innej opcji do wyboru. O wiele lepszy jest powrót ze Świętej Góry szlakiem obok którego nie biegnie żadna droga, ludzi jest dziesięciokrotnie mniej bo prawie nikt nie ma czasu na schodzenie z góry na piechotę. Tamtejsze klasztory są zupełnym zaprzeczeniem tych mijanych w bardziej uczęszczanej części szlaku. Zostaliśmy tam na prawdę wspaniale przyjęci. Ludzie świeccy i mnisi są strasznie życzliwi, ceny wszystkiego rozsądne, a klasztorne wegetariańskie jedzenie wprost rewelacyjne. Można spokojnie popatrzeć na zamglone krajobrazy. Nawet małpom nie opłaca się polować na prowiant pielgrzymów. Po najlepszym z wyżej wymienionych względów ostatnim dniu wycieczki na Emei Shan trochę trudno wrócić do rzeczywistości.

chi_emei-shan_czlowiek-w-garniturze_001

Gdzieś między 2000 a 3000 m.n.p.m można spotkać człowieka, który nie zważając na mżawiący deszcz, okropnie śliskie schody i paskudne wilgotne zimno wybrał się na świętą górę w garniturze i lakierkach. Oczywiście niejednego.

chi_emei-shan_krajobraz_003

Pod względem widokowym przez cały czas wygląda to tak.

chi_emei-shan_krajobraz_004 chi_emei-shan_mgla_001
chi_emei-shan_na-szczycie_002

A to świątynia na samym szczycie góry cały dzień szczelnie wypełnia ją tłum.

chi_emei-shan_kadzidla_003
chi_emei-shan_kadzidla_002

Na samej górze wszystkich ogarnia istna gorączka.

chi_emei-shan_kadzidla_001
chi_emei-shan_swiatynia-elephant-pool_001

A to już świątynia spotkana podczas schodzenia ze szczytu w mniej uczęszczanej części szlaku na Emei Shan.

chi_emei-shan_swiatynia-elephant-pool_002

Nazywa się Elephant Pool.

chi_emei-shan_krajobraz_002

Jeden z niewielu momentów gdzie coś więcej widać.

chi_emei-shan_krajobraz_001 chi_emei-shan_na-dole_001