Archiwum kategorii: Węgry

Busójárás 2018

W Mohaczu byłam przejazdem na jednych wakacjach, gdyż nocowaliśmy nieopodal. We wszystkich informacjach turystycznych i przewodnikach twierdzono, że to interesujące miejsce i że należy koniecznie wybrać się do muzeum Busójárás czyli lokalnego karnawału, więc stwierdziliśmy, że warto skorzystać.  Okazało się że dość słono, jak na zupełną węgierską prowincję, zapłaciliśmy za bilety, a muzeum okazało się totalną porażką. Ekspozycja drewnianych masek była mikroskopijna, a informacje w językach innych niż węgierski były nieliczne, powierzchowne i mocno lakoniczne. Do tego można było pooglądać kilka makiet z poruszanymi elektrycznie kukłami naturalnej wielkości. Na zewnątrz było upiornie gorąco i gdyby nie skuteczna klimatyzacja, to wyszlibyśmy stamtąd chyba po 10 minutach. Pamiętam że byłam zupełnie zdegustowana. Dlatego jeśli jesteście w Mohaczu w żadnym wypadku nie róbcie tego co ja i nie idźcie do muzeum Buso, bo tylko będzie Wam smutno i się poirytujecie, a za te pieniądze lepiej już zjeść obiad (albo przehulać je na przykład w Villanyi). Oprócz tego miasteczko wyglądało na trochę podniszczone, smutne i opustoszałe, a rozliczne dosyć megalomańskie pomniki przedstawiające tragiczną historię bohaterskiego węgierskiego narodu, oraz meczet na głównym placu jakoś tak niezbyt zgrabnie przebudowany na katolicką bazylikę w trzydziestokilkustopniowym upale sprawiały trochę szalone wrażenie.  Po tym wszystkim nie mieliśmy już zupełnie siły jechać oglądać memoriału w szczerym polu upamiętniającego słynną przegraną bitwę.

Dlatego nie sądziłam że tak szybko ponownie znajdę się w Mohaczu. W międzyczasie jednak zapałaliśmy wielką miłością do wschodnioeuropejskich karnawałów. Strasznie fajny mają tutaj karnawał. Doceniło go także UNESCO, wpisując go w 2009 roku na Listę Niematerialnego Dziedzictwa. Miejscowi mają na jego punkcie obsesję. To tutaj kulminacja całego roku, do której przez jego pozostałą część się przygotowują. Podoba mi się idea przykładania dużej wagi do czegoś tak mało praktycznego przez cały rok, po to by potem tak po prostu dziko pobawić się przez kilka dni, a następnie wszystko puścić z dymem 🙂 po czym cierpliwie czekać na kolejną taką możliwość. Z drugiej strony może te przygotowania nie są tak mało praktyczne jak się wydaje – karnawał zwłaszcza w niedzielę, przyciąga naprawdę dzikie tłumy i miasto ma na czym budować turystykę przez okrągły rok. Sprzedaż gadżetów około karnawałowych to pewnie także niezłe źródło dochodu, zwłaszcza że to wyroby rękodzielnicze okolicznych mieszkańców a nie chińska tandeta. Nie będę jednak wrzucać Wam dużej ilości zdjęć tego co tam można kupić bo zdjęć w tym poście jest i tak zdecydowanie za dużo! Szalona ilość ludzi w jednym miejscu musi posiadać ogromną siłę nabywczą i pozwala wyżyć lokalnym twórcom.

Na przykład prześliczne ręcznie zdobione pierniki z motywem maski buso.

Niezliczone ilości glinianych kubeczków na grzane wino – każdy stragan ma inne.

W niedzielę ludzi jest tyle, że ciężko cokolwiek zobaczyć. W kolejce po kawę, czy do toalety trzeba czekać co najmniej kilkanaście minut, a do lepszych punktów gastronomicznych ustawiają się kilkudziesięcioosobowe kolejki. Dlatego oprócz niedzieli, która jest kulminacją całego karnawału – wtedy odbywa się spławienie w Dunaju trumny, z kukłą która symbolizuje zimę, oraz palenie wielkiego ogniska na placu Szechenyi, warto być tam również w jakiś inny dzień gdy tłum jest mniejszy, bo niedzielna bieganina i przedzieranie się przez tłum jest odrobinę męczące. Na znalezienie w Mohaczu noclegu w terminie karnawału nie ma co liczyć – są zajęte co najmniej rok do przodu. Na szczęście miasto leży tuż przy autostradzie i można nocować na przykład w Harkany albo Villanyi – z obu miejscowości dojedziemy tu w niecałą godzinę. Busójárás to karnawał bardzo mocno nastawiony na interakcję  i nie sposób tylko mu się przyglądać i nie wziąć w nim udziału. Odbywa się tu jedna parada po ulicach miasta i kilka obrzędów, o których dowiecie się później, a tak to przez cały czas po całym mieście włóczą się różnego rodzaju przebierańcy. Wszyscy zajmują się głównie zaczepianiem ludzi, szczególnie tych płci przeciwnej, co często kończy się obsypywaniem ich różnymi substancjami najchętniej pierzem, albo mąką. Jako że ja również chętnie wchodzę w interakcje z ludźmi, oraz nie lubię czaić się z teleobiektywem, na moich ubraniach (i aparacie fotograficznym) jeszcze przez co najmniej tydzień, mimo czyszczenia co chwilę wyłaziły skądś resztki mąki lub piór.

Interakcja – to słowo chyba najlepiej opisuje karnawał w Mohaczu.

Bardzo miłe i fajne jest to, że jakimś cudem Węgrom udało się nie zrobić ze swojego karnawału prostej maszynki do zarabiania pieniędzy. Mimo totalnego szaleństwa jest zadziwiająco normalnie. Nikt nie domaga się pieniędzy za pozowanie do zdjęcia, a ceny w knajpach jakoś nie skaczą trzykrotnie. Nikt nie próbuje na czymkolwiek oszukiwać, korzystając z tego, że niektórzy karnawałowicze są chwilowo odrobinę zmęczeni przez napoje wyskokowe. Nikt nie czepia się o parkowanie, a policjanci nie domagają się łapówek. Miejscowi mają niesamowicie gościnne podejście i nie traktują tego jako okazji do zarobienia, ponieważ wolą skupić się na zabawie. W porównaniu z taką na przykład Gucą gdzie by nie zostać oszukanym trzeba albo mieć oczy dookoła głowy, albo machnąć ręką, Mohacz zdecydowanie nie wpisuje się w dzikie tendencje panujące w Europie Wschodniej.

Karnawałowe przebrania

Może najpierw dowiecie się głównych przebraniach jakie występują na tutejszym karnawale. Najważniejsi są buso albo busos – to od nich wywodzi się tutejszy karnawał i tylko w Mohaczu ich spotkamy. Mogą być nimi tylko mężczyźni. Przebranie składa się z płóciennych białych szerokich spodni do połowy łydki (często wypchanych od środka gąbką lub materiałem), owczej skóry, baranich rogów i drewnianej maski oraz damskich pończoch ubranych na spodnie. Karnawał jest także po to by chwilowo zacierała się odrębność płci i damskie pończochy w przebraniu busos są tego symbolem. W Mohaczu możemy spotkać mnóstwo mężczyzn przebranych za kobiety znacznie bardziej.

Na czas karnawału można zostać matką.

Uczestnicy Busojaras (zwłaszcza kobiety) mają też zapewnioną opiekę duszpasterską.

Nikomu jednak to nie przeszkadzało.

Każda maska buso jest inna. W okolicy jest wielu tradycyjnych wytwórców masek, którzy uczą się tej sztuki z pokolenia na pokolenie. Maskę dla konkretnego buso wykonują biorąc pod uwagę cechy wyglądu osoby kto będzie ją nosiła i dokładnie dopasowując ją do kształtu twarzy właściciela. Maska jest więc wysoce spersonalizowana i dana osoba używa zawsze tej samej maski, Jak to zwykle w tradycji szamanistycznej bywa przebranie zmienia nie tylko aparycję osoby, lecz także przejmuje kontrolę nad jego zachowaniem. Przebieramy się nie po to by nikt nas nie rozpoznał, lecz po to by posiąść cechy konkretnego stworzenia, którym na chwilę się stajemy.

Tradycja przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Postać buso łączy w sobie cechy człowieka i zwierzęcia (oraz łączy pierwiastek męski i kobiecy).

Dzięki takiemu przebraniu buso wydają się znacznie więksi i wyżsi niż w rzeczywistości. Kilka razy byłam mocno zdziwiona, gdy po zdjęciu maski pojawiał się dość filigranowy człowiek mojego wzrostu. Kiedyś na przebranie się za buso mogli pozwolić sobie tylko najbogatsi, których stać było na posiadanie zwierząt, albo nabycie owczej skóry i wystruganie maski u lokalnego rzeźbiarza. Pozostali biedniejsi mieszkańcy oraz dzieci przebierali się za jankieli, albo jankielów. Miejscowi próbowali tłumaczyć nam skąd wzięła się ta nazwa – a wzięła się ona od mieszkającego w Mohaczu starego wiedeńskiego żyda Jankiela Grüna właściciela sklepu, który  dziwnie się ubierał w mocno znoszone ubrania i okoliczne dzieci, którym niezbyt się powodziło miały do niego dość prześmiewczy stosunek. W zasadzie każdy może przebrać się za jankiela. Wystarczy kilka zupełnie niedopasowanych do siebie ubrań oraz zasłona na twarz z wyciętymi otworami na oczy. W przebraniu występuje połączenie biedy z nonszalancją typową dla skrajnego hipstera, albo pokazu mody jakiegoś nieskończenie awangardowego projektanta haute coutureTen typ przebierańców zajmuje się głównie płataniem mniej lub bardziej przyjemnych figli nieprzebranym osobom, a więc bicie ich różnymi rzeczami, zabieranie czapek i innych nakryć głowy oraz obsypywanie ubrań i włosów mąką i pierzem.

Chodzi o to by wyglądać dziwnie i odrobinę niepokojąco.

Natomiast mieszkanki Mohacza przebierają się tradycyjnie za ottomańskie kobiety, więc na twarzy noszą maski będące połączeniem eleganckiej karnawałowej maski i kawałka firanki. Do tego dodać należy bardzo szeroką spódnicę rodem z ludowego stroju, oraz charakterystyczne wełniane pończochy z wypustkami. Wiele kobiet przebranych też jest za czarownice i wiedźmy.

Historia Busójáras

Busójárás trwa tydzień i kończy się ostatniego dnia przed Środą Popielcową. Zaczyna się rekonstrukcją historii powstania tego karnawału, czyli przepłynięciem przez rzekę około pięciuset busos w drewnianych łodziach z wiosłami. Według legendy,  (która zresztą przewija się w wielu regionach Europy Wschodniej w lekko różnych wersjach) historia powstania karnawału sięga czasów tureckich. Kiedy Turcy zajęli Mohacz, mieszkańcy skryli się na okolicznych bagnach. Pewnej nocy wśród uciekinierów pojawił się starszy mężczyzna z chorwackiej społeczności Šokci. Kazał im wystrugać z drewna maski demonów, oraz przygotować sobie ubrania ze skóry, a także drewnianą broń i kołatki robiące dużo hałasu i czekać na wskazany moment, kiedy będą mogli wrócić do miasta. Pewnego dnia podczas nocnej burzy z piorunami pojawiła się tajemnicza anonimowa postać, lub w innej wersji rycerz, który powiedział, że oto nastał moment odzyskania miasta. Kilkuset mężczyzn w maskach i skórach z dzwonkami i kołatkami wystraszyło Turków, którzy uciekli w popłochu i bez walki, bo myśleli że napadła ich armia demonów. Zamieszkująca południowo zachodnie tereny Węgier chorwacka mniejszość Šokci, pierwsza zaczęła upamiętniać w Mohaczu Busójárás czyli przemarsz Buso, a do nich dołączyli stopniowo inni mieszkańcy. Pierwsza notatka na temat tego wydarzenia pochodzi z 1783 roku. Karnawał w Mohaczu jest więc pewnego rodzaju świętowaniem zwycięstwa nad Turkami, mimo że miasto przez resztę roku miasto kojarzy się właśnie z największą narodową porażką – bitwą w której zginął „kwiat węgierskiego rycerstwa”. Obchody karnawału są swoistym odreagowaniem tej gromkiej porażki i zaprzeczeniem tego z czym Mohacz kojarzy się przez całą resztę roku.

A ten pan przebrany jest za Turka.

W każdym karnawale chodzi o coś jeszcze. Druga przyczyna dla której należy w tym okresie roku ubierać się w maski, wyglądać przerażająco i robić dużo hałasu, to próba dominacji nad żywiołem zimy oraz wszystkich związanych z nią złych sił oraz demonów. Z zimą w dawnych czasach, gdy głód był zjawiskiem powszechnym,  nie było żartów. Dlatego wszyscy chcieli by trwała ona jak najkrócej bo zwiększało to po prostu szanse przeżycia, stąd całe mnóstwo obrzędów związanych z zimą. Na Busójárás znajdziemy liczne motywy typowe dla szamanizmu oraz związane z kultem odradzającego się życia i płodności. Tutaj można nieco poczytać o szamanistycznych zwyczajach jednak mnie przede wszystkim bawi tytuł rodem z prawdziwego tabloidu – w dzisiejszych czasach, żeby coś się sprzedało musi szokować.

Karnawał w średniowiecznej Europie

W czasach średniowiecznej chrześcijańskiej Europy karnawał był jednym z nielicznych wentyli bezpieczeństwa, który na krótko umożliwiał wyrwanie się ze sztywnego moralnego gorsetu. Dzięki temu można było na tydzień zapomnieć o wszystkich nakazach i zakazach i robić dokładnie to czego w zwykłym czasie zdecydowanie robić nie wolno. Maski i przebrania gwarantowały pewną anonimowość i umożliwiały przekroczenie codziennych ról i granic społecznych. Ludzie, którzy normalnie nie mieliby żadnej szansy się spotkać ze względu na różny status społeczny w tym czasie mieli szansę się  z sobą mieszać. Dlatego nawet w czasach mocno opresyjnej władzy politycznej i religijnej nikt nie odważył się zabronić ludziom by chociaż na chwilę dali upust swoim emocjom (i frustracjom). Karnawały zapobiegły pewnie wielu buntom i krwawym rozruchom.

Lokalna specyfika

Karnawał w Mohaczu jest mocno rozrywkowy i elementy związane z odradzaniem się życia, płodnością i witalnością są w nim wyjątkowo mocno zaakcentowane. Wielu busos nosi z sobą różne przedmioty albo tylko symbolizujące fallusa, albo będące jego dokładnymi przedstawieniami. Niektórzy mają w pasie na strategicznej wysokości zawieszoną tykwę (która jest męskim symbolem płodności), albo sporych rozmiarów dzwon. Inni mają olbrzymie wystrugane z drewna często czerwone fallusy,  jakby inspirację zaczerpnęli w japońskiej świątyni shintoistycznej, albo z tantry (występuje też wersja wyplatana), którymi zaczepiają kobiety.  W zależności od tego czy robią to w miarę elegancko czy też nie, spotykają się ze zdecydowanym odwetem lub są odbierani z dozą sympatii. Generalnie chodzi o to, że wszyscy bez przerwy zaczepiają lub są zaczepiani. Mimo wszystko  jest raczej sympatycznie, to w końcu święto wiosny i płodności, jak na normalny karnawał przystało, więc nie może być bezpłciowe jak nasz nieszczęsny Orszak Trzech Króli. Większość busos niemal przez cały czas pije umiarkowane ilości alkoholu, mając w zanadrzu (lub w pojeździe) palinkę lub lokalne wino. Robią to na zasadzie utrzymywania stałego poziomu procentów we krwi, ale co ważne, nikt nie przegina. Nie spotkaliśmy się z agresywnymi zachowaniami, ani też nikt nie był mocno pijany jak to bywa grubo po północy na przeciętnym podkarpackim weselu, kiedy z niektórych weselników wychodzą prawdziwe demony.

Z kultem płodności wygląda to na przykład tak. Pleciony kij u środkowego buso także symbolizuje fallusa.

A tutaj wersja pleciona w akcji.

Można też mieć w strategicznym miejscu przyczepioną tykwę.

Albo duży dzwonek, a przy okazji obsypywać ludzi suszoną trawą.

Porwana kobieta.

I kolejna – wystarczy na chwilę się zagapić i można zostać porwanym.

Albo mieć taką niespodziankę pozując do zdjęcia.

Oprócz obnoszenia się z symbolami płodności, zarówno busos jak i kobiety w maskach porywają (i podrywają) osoby płci przeciwnej. Technik porywania jest całe mnóstwo. Każda okoliczna miejscowość i społeczność ma inną i w niej się specjalizuje. Można robić to za pomocą liny – kilku busos znienacka oplątuje linę wokół upatrzonej kobiety i ją porywa. Można robić to przy pomocy siatki do łowienia ryb, dziurawego kosza, albo płóciennego worka. Kobiety często noszą z sobą laski które zahaczają o nogę upatrzonego mężczyzny, który by wykupić się musi z nimi tańczyć.

Karnawał w Mohaczu jest też wyjątkowy ze względu na to że każda biorąca udział w karnawale społeczność przygotowuje swój własny środek transportu, którym zajeżdża na paradę. Są to przeróżne konstrukcje od całkowicie ekologicznych – na przykład ozdobionego trzciną wozu ciągniętego przez konie, poprzez różnego rodzaju pojazdy mechaniczne przerobione ciągniki i maszyny rolnicze przez co czasem można poczuć się jak na dożynkach, aż po samochody osobowe, najlepiej trabanty ciągnące przyczepy na których siedzą przebierańcy. Zasada jest jedna: pojazd ma wyglądać odlotowo (często bardzo ponowocześnie rodem z amerykańskich filmów o przyszłości przedstawiających upadek cywilizacji) i robić bardzo dużo hałasu. Pojazdy więc trąbią, świecą i migają albo wręcz prawie nie mają tłumika. Mają też wyglądać przerażająco więc często zdobią je zwierzęce skóry i czaszki pomalowane na czerwono.

Niektóre pojazdy są bardzo ekologiczne.

Inne zaś wyglądają mocno ponowocześnie.

Świecą i migają albo mają dziury w tłumiku.

Głównym elementem wystroju jest słoma i zwierzęce skóry.

A temu panu to nie wiem o co się rozchodziło z powodu bariery językowej.

Czasem można poczuć się jak na dożynkach tę skomplikowaną konstrukcję ciągnął traktor.

Wozy służą też do magazynowania na nich napojów wyskokowych.

A tutaj postawa bardziej ekologiczna.

Tu zaś całego trabanta obklejono zwierzęcymi skórami.

Na większości karnawałów chodzi bowiem o robienie dużej ilości hałasu by wypłoszyć zimę, zło, wszystkie zaszłości i dzięki temu rozpocząć nowy rok z czystym rachunkiem. Dlatego też oprócz porywania kobiet, niektórzy buso zajmują się robieniem hałasu – niektórzy zamiast fallusów noszą rogi myśliwskie, czasem nawet po dwa, lub mają poprzypinane liczne dzwonki, których hałas ma odstraszać złe moce (podobnie zresztą jak dziurawy tłumik w samochodzie). Nieodłącznym atrybutem zwłaszcza dzieci przebranych za busos są drewniane kołatki. Niektóre są tak ogromne i ciężkie, że przypominają śmigło helikoptera i podczas ich używania trzeba mocno stać na nogach, żeby za nią nie polecieć. Wielu z nich nosi także miotły i inne przedmioty służące do przeganiania złych mocy i symbolizujące przygotowywanie się na wiosnę. Do tego samego służy też wielki stos który jest odpalany w niedzielę wieczorem na głównym placu miasta. Na stosie jest palona kukła zimy, oraz wszystkie niepotrzebne przedmioty symbolizujące zimę i poprzedni rok, żeby nic już nie stało na przeszkodzie nadejściu wiosny. Motyw uprzątania wszystkiego i robienia miejsca na nadejście wiosny występuje zresztą w całej Europie.

Na wszelki wypadek zimę niszczy się także za pomocą żywiołu wody – topi się ją w Dunaju. Zima spławiana jest w trumnie z promu kursującego między dwom brzegami Dunaju. Wcześniej niesie się ją w wesołej paradzie przez całe miasto. Z trumny wystają jej ręce i nogi.

Jak kupować wino w Tokaju

Trudno mi policzyć ile razy byłam w Tokaju, zarówno wpadając na chwilę przejazdem po zakupy jak i specjalnie. Zdjęć stąd mam całe mnóstwo ze wszelkich możliwych lat i pór roku i mogę nimi żonglować do wyboru do koloru. Odwiedzone piwniczki, winiarnie, winoteki zlewają mi się w jeden obraz i trudno spamiętać co, gdzie i kiedy było.  Za to mimo licznych tutaj pobytów, czasem nawet wielodniowych w temacie tutejszych win nadal jestem totalnym dyletantem. To znaczy im więcej tu jeżdżę, tym mniej wiem. Za każdym razem mam jakieś własne opinie i przekonania, po czym na miejscu dowiaduję się nowych rzeczy i okazuje się, że to co wiedziałam to jednak zupełna nieprawda, a rzeczywistość jest inna :). Tokajskie wino to temat okrutnie skomplikowany. To na pewno najbardziej trudny do ogarnięcia rozumem region winiarski Węgier, bo proces powstawania tutejszych win jest wyjątkowo skomplikowany. Na przestrzeni lat, w moje ręce wpadło sporo lokalnych materiałów na temat Tokaju – Węgrzy widzą potencjał tego regionu i starają się edukować turystów, by nie zadowalali się najtańszym półsłodkim furmintem w butelce pet, lecz chcieli czegoś więcej, bo region ten zmasakrowany przez kolektywną komunistyczną gospodarkę na szczęście w dużym stopniu się już odrodził. Materiały te gromadzę u mnie pod fotelem i czasem nawet studiuję w wolnej chwili, nie mogąc w żaden sposób zabrać się za napisanie tego posta. W Tokaju przeszłam masę winnych doświadczeń. Pierwszy raz byłam tu w 2006 roku, kupując wtedy jakieś najtańsze niezbyt pijalne furminty, w międzyczasie powstało mnóstwo stron i portali na ten temat, którymi bez końca można się zaczytywać. Ja staram się zaczytywać stroną blisko Tokaju,  by przed wyjazdem wyszukać jakiegoś nowego i ciekawego sprzedawcę, którego jeszcze nie znam. Zazwyczaj jednak na miejscu jest tego wszystkiego tak dużo, że i tak trafiam gdzie indziej niż powinnam 🙂 i większość zakupów nadal dokonuję trochę partyzancko. Sporo winiarzy pracuje w dziwnych godzinach, albo ma prawie zawsze zamknięte. Cóż więc z tego, że chcę odwiedzić konkretnego winiarza, skoro na miejscu trafiam do tego, którego przedsiębiorstwo akurat jest czynne o danej porze.

Unikatowość lokalnych warunków

To co warto podkreślić w szczególności to fakt, że Tokaj i pochodzące z niego szlachetne wina są wręcz idealnym przykładem tego jak geograficzne i klimatyczne uwarunkowania wpływają na smak lokalnego produktu, przez co nie da się ich nigdzie indziej odtworzyć, ani podrobić. Na ich smak składa się bowiem cały lokalny mikrokosmos.  Dlatego niektóre rzeczy poza miejscem swojego wytwarzania smakują po prostu inaczej. Ich smak jest unikatowy i nie do podrobienia tylko dlatego, że pochodzą właśnie z jednego konkretnego miejsca i nie ma w tym żadnego snobizmu, to fakt. Tokaj ma bardzo specyficzne położenie – tuż obok znajduje się krater wygasłego wulkanu do którego można przejść się na pieszą wycieczkę w drodze do Tarcal. Cała okolica jest powulkaniczna – więc gleby są tutaj bardzo bogate w składniki mineralne, zwłaszcza żelazo i wapń. Dzięki temu smak winogron może być znacznie bardziej złożony niż gdyby rosły na normalnej glebie (tak samo jest z chińską herbatą – najlepiej udaje się na terenach bogatych w składniki mineralne). Powulkaniczna skała – tuf utrzymuje przez cały rok niemal idealnie stałą temperaturę, a jej miękkość  umożliwiała drążenie podziemnych piwnic. Aby w piwniczkach winnych mogła wyrosnąć szlachetna pleśń Cladosporium cellare musi być zapewniona duża wilgotność, którą idealnie zapewniało położenie miasteczka w widłach dwóch dużych rzek – Bodrogu i Cisy. Duża wilgotność sprawia także, że na winogronach rozwija się szlachetna pleśń Botrytis cinerea. Takie warunki stworzone przez naturę są dość trudne do uzyskania i podrobienia. Dlatego mimo tego, że tokajski region winiarski rozpościera się także na terenie Słowacji, trudno być pewnym że tamtejsze wina to dokładnie to samo. Z pewnością dobrze udają się tam te same szczepy winorośli, jednak nie jest tam aż tak wilgotno jak tuż przy dwóch dużych rzekach.

Wody zwłaszcza wiosną jest pod dostatkiem.

Bodrog i Cisa.

Krater wygasłego wulkanu, który możemy odwiedzić podczas przechadzki z Tokaju do Tarcal. Zdecydowanie warto się na nią wybrać ze względu na piękne widoki na oba miasteczka. Trasa częściowo wiedzie przez winnice.

Pleśń i skomplikowana procedura

Oprócz odpowiedniej temperatury i wilgotności, w powietrzu muszą unosić się zarodniki odpowiednich grzybów odpowiedzialnych za specyficzny proces fermentacji jaką przechodzi część tokajskich win. Czyli w zasadzie bez lokalnego powietrza i unoszących się w nim mikroskopijnych zarodników, cała procedura przebiegłaby nie tak jak powinna. Tak jak w większości slow foodowych produktów, w zasadzie całą robotę robią za nas lokalne bakterie lub drobnoustroje. Mimo tego, że tokajski region jest stosunkowo mocno wysunięty na północ i w podobnie położonych regionach w Czechach czy na Słowacji królują wina wytrawne, to tutejsze winogrona osiągają jedno z najwyższych na świecie stężeń cukru. Dzieje się tak za sprawą słynnego grzyba Botrytis cinerea, który poraża winogrona. Owoce zostawia się na krzakach bardzo długo po przymrozkach, czasem nawet do początków grudnia, aż część z nich zaczyna przypominać swoim wyglądem rodzynki, ponieważ przez uszkodzoną skórkę wyparowuje woda, zostaje zaś niemal sam cukier. Winogrona na słodkie wina zbiera się i oddziela ręcznie! W przypadku Aszu również ręcznie oddziela się i delikatnie wyciska zborytryzowane winogrona ich sok umieszcza w 25 kilogramowych wiadrach zwanych puttonami, które dodaje się do 136 litrów zwykłego winnego moszczu. W zależności od koncentracji winogron zarażonych pleśnią, robi się wina od 3 do 6 puttonowe i odpowiednią ilość lat (od 2 do 8) trzyma je w dębowych beczkach. Wino Szamorodni, zrobione jest z całych kiści winogron, bez oddzielania jednych owoców od drugich – fermentują one razem. W zależności jak wiele porażonych pleśnią winogron znajduje się na kiściach, wychodzi ono od słodkiego po wytrawne. Jest jeszcze upiornie drogie Aszu Esszencia ale jeszcze nie miałam przyjemności go próbować, składające się w większości z porażonych (zasuszonych) owoców i niemal nie zawierające alkoholu.

Następnie do gry wchodzi druga pleśń, którą w naszym życiu mieliśmy już przyjemność wielokrotnie odwiedzić podczas winnych ekskursji. To niejaka Cladosporium cellare znana z różnych piwnic winnych stworzonych z naturalnej skały tufowej. W przypadku wina tokajskiego ma ona równie kluczowe znaczenie, ponieważ sprawia że wino po leżakowaniu zawiera mniej alkoholu i jego smak staje się bardziej delikatny i aksamitny. Beczki nie są szczelnie zamykane, dzięki czemu grzyb konsumuje unoszące się w powietrzu opary. Dzięki temu wino Aszu jest przede wszystkim bardzo gładkie i aksamitne, słodkie i posiadające w swoim smaku nuty suszonych owoców oraz niektórych przypraw. Posiada mało alkoholu, a pije się go tylko w bardzo niewielkich ilościach dla smaku, czyli tak jak mnie to najbardziej interesuje.

Kłębki pleśni swoją wielkością przypominają chomika lub pół świnki morskiej.

Słynne grzyby widziane z oddali i beczki z Aszu.

Grzyby rosną wszędzie nawet na pajęczynach, więc osoby z arachnofobią czują się tu średnio.

Zwiedzamy czynną niemal całą dobę w niedziele i święta piwnicę Benko.

W takim otoczeniu odbywają się degustacje i imprezy.

Szczepy (ale o nich przeczytacie wszędzie)

Więc nie ma sensu zbytnio się o tym rozpisywać. Sadzi się tutaj wyłącznie białe odmiany. Najliczniej występujący jest Furmint, z którego produkuje się najpopularniejsze tanie wina pakowane do plastikowych butelek. Zdecydowanie nie warto kupować takich win bez ich uprzedniego skosztowania, bo można trafić na totalną porażkę i zrobić wielką krzywdę swojemu smakowi. Niestety sporo ludzi tylko z takimi niepijalnymi, ekstremalnie tanimi Furmintami kojarzy region tokajski. Natomiast (nie będzie to chyba zbytnio odkrywcze, ale doszłam do tego sama, a potem przeczytałam na branżowych stronach) zdecydowanie bardziej warto kosztować i kupować wytrawne Furminty, które schłodzone posiadać mogą bardzo miłe i przyjemne cytrusowe idealne na letnią ochłodę aromaty. Wśród wytrawnych Furmintów da się znaleźć naprawdę porządne i niezbyt drogie wina. Zamiast więc szukać słodyczy tam gdzie jej nie znajdziemy (w sensownym wydaniu), dużo lepiej przerzucić się w przypadku tego szczepu na wina wytrawne.

Dwa kolejne bardzo ważne szczepy to Sárgamuskotály i Hárslevelű czyli znana w innych regionach Europy Wschodniej Liepovina. Oba te szczepy oprócz głównego Furminta mogą być składnikami słynnych win Aszu, (najbardziej typowa jest mieszanka Furminta i Hárslevelű). Wina Aszu poznamy po tym, że sprzedaje się je w półlitrowych szklanych butelkach. Są one dosyć drogie cena wina 3 puttonowego rozpoczyna się od 2000-2500 forintów, więc żeby nieco zracjonalizować jego cenę, butelki są mniejsze.  Wino 5 puttonowe kosztuje zazwyczaj od 5-6000 wzwyż. Jest totalnie aksamitne w smaku, o dużej koncentracji słodyczy. Oprócz słodkiego smaku jego bukiet jest bardzo bogaty i znajdziemy w nim dużo innych nut – suszonych owoców, przypraw, orzechów. Węgrzy walczą o jakość win Aszu i oficjalnie nie można sprzedawać ich w innej wersji niż w szklanych butelkach (tak samo zresztą jak tokaja samorodnego), możemy też degustować go na decylitry w kieliszku. Niemniej jednak zwiedzając różne piwniczki trudno zliczyć, ile razy proponowano mi zakup win Aszu w plastikowej butelce! Co gorsza takie wino przechowuje się w dużych plastikowych kanistrach i najgorzej jak zostanie resztka wina i duża ilość powietrza. Węgrzy jednak nie mieli oporu w sprzedawaniu turystom takich resztek. Dlatego aby trochę ucywilizować produkcję tokajskich win założono różne stowarzyszenia winiarzy, którzy dbają o jakość swojej produkcji. Mamy więc stowarzyszenie Tokaji Bormívelők Társasága, czyli Stowarzyszenia Tokajskich Rzemieślników Wina, Tokaj Renaissance i Madi Kor. Strona bliskotokaju.pl podaje u siebie listę zaufanych producentów.

Oprócz Furminta i Aszu, i wina Szamorodni, możemy także tutaj zakupić wina białe z pojedynczych szczepów – czyli głównie Hárslevelű i Sárgamuskotály. Występując samodzielnie dają wina bardzo świeże i rześkie.  Będą to wina ze średniej cenowo półki, droższe od tanich Furmintów, a zdecydowanie tańsze od puttonowego Aszu. Da się znaleźć tutaj sporo świeżo i przyjemnie smakujących win, smakujących kompletnie inaczej od win produkowanych w leżących nieopodal regionach w których dominują Rieslingi, czy też gatunki uprawiane na Morawach. Tokaj zdecydowanie różni się od sąsiednich okręgów.

Parę razy byliśmy w jednej z winotek, położonej nieco na uboczu od głównej ulicy w Tokaju, której właściciel miał dwa rodzaje hobby. Pierwszym z nich było gromadzenie nietypowych, acz przyzwoicie smakujących tokajów – będących lokalnymi ciekawostkami, drugą zaś ciekawostki innego rodzaju – kupowane na całym świecie podróbki słynnych tokajskich win. Poczesne miejsce w jego kolekcji zajmowało czerwone wino „Takaji”, które miało imitować słynne węgierskie wino i zostało zakupione w Japonii! Tak więc w kwestii jakości jest chyba jeszcze sporo do zrobienia, patrząc na zdobyte przez niego „okazy”.

Osobiście jeśli miałabym wybierać, to o wiele bardziej wolę kupować wina bezpośrednio u producenta, niż w winotekach. Co prawda w sklepach z winem sprzedawcy nieraz wybierają fajne ciekawostki jednak, co mnie trochę dziwi, bardzo często musimy tutaj zupełnie zdać się na gust sprzedawcy  i kupować „w ciemno”. Ja tam wolę skosztować co kupuję, zwłaszcza że wino Aszu kosztuje swoje. Prawie zawsze skosztować kupowanego wina będziemy mogli u bezpośrednio w winiarni. Przy okazji możemy wypytać twórcę wina o wiele istotnych szczegółów. W Tokaju jest jednak ten problem że sensownych piwnic w zasięgu „nożnym” jest stosunkowo niewiele, a producenci są rozsiani po całym regionie. Dlatego ciężko odwiedzić na raz wielu z nich i przy tym jeszcze coś skosztować, bo publiczny transport pomiędzy miejscowościami jest taki sobie. Dlatego zakup wina tutaj jest odrobinę problematyczny, w samym Tokaju możemy bowiem spotkać sprzedawców i winiarzy wierzących w to, że turysta kupi wszystko, byleby tylko na butelce było napisane „Tokaj”.

Wzloty i upadki

Ten najbliższy Polakom region winiarski, swój największy rozkwit przeżywał w XVII i XVIII wieku, kiedy tereny bardziej na południu Europy znane z produkcji słodkich win były zajęte przez Turków. Wraz z upadkiem naszego kraju, oraz końcem imperiów francuskiego i habsburskiego, Tokaj zaczął powoli pogrążać się w lekkim niebycie, bo popyt na najlepsze tokajskie wina zmalał. Kolejnymi klęskami jakie dotknęły region były XIX wieczna epidemia filoksery, która zniszczyła 90% roślin, a potem ustrój komunistyczny, kiedy niemal całkowicie zaprzestano prywatnej produkcji i większość terenów obsadzono jednym wysokowydajnym gatunkiem winorośli, a do wina zaczęto nawet dosypywać cukru!  Zresztą nawet dzisiaj gdy niechcący słyszymy rozmowy przeciętnych rodaków zakupujących ośmiopak butelek pet wina Furmint po 5 zł/sztuka, wierzą oni iż kupują oni „prawdziwe wino” natomiast Aszu, nie dość że ich zdaniem irracjonalnie drogie, to jeszcze smak swój zawdzięcza właśnie cukrowi. Dlatego właśnie Węgrzy mają dużo do zrobienia w sprawie edukowania turystów w temacie wina, jak i pilnowania jakości własnej produkcji.

Co można tu robić, oprócz degustacji i zakupów

Chodzić. Warto wybrać się na pieszą wycieczkę z Tokaju do Tarcal, mijając po drodze krater wygasłego wulkanu, który ukształtował wygląd całej okolicy. Jeżeli będzie to akurat środek zimy, nie spodziewajmy się, że na końcu naszej wycieczki w Tarcal zastaniemy cokolwiek czynnego, gdzie będziemy mogli się ogrzać, czy coś zdegustować, albo przynajmniej na to nie liczmy, żeby niepotrzebnie się nie zawieść. Można wejść także na wzgórze na którym znajduje się wieża telewizyjna i rozpościera szeroki widok na okolicę. Warto też przejść się wałami Cisy wzdłuż rzeki – możemy wyjść spory kawałek poza miasteczko. Wiele hoteli i pensjonatów oferuje wycieczki kajakiem lub łodzią motorową po Bodrogu.

Panorama miasta zimą.

Tokaj widziany z góry.

Trasa częściowo wiedzie przez winnice które w kwietniu wyglądają tak.

 

Pięć moich ulubionych węgierskich kąpielisk

Na węgierskie kąpieliska jeżdżę regularnie przeszło siedmiu lat i na pewno odwiedziłam ponad dwadzieścia z nich. Obowiązkowo co najmniej raz do roku muszę zaliczyć pobyt w mineralnych wodach, najlepiej połączony z odwiedzeniem przy okazji jakiegoś słynnego winiarskiego regionu Węgier. Bez tego nie da się w moim przypadku, powiedzieć o „właściwie spędzonym” długim weekendzie czy wakacjach. Uwielbiam moczyć się w wodzie, która zamiast chlorem pachnie różnymi minerałami i czuć ich zapach na skórze nawet długo po wyjściu z niej (i spłukaniu się normalną wodą). Wizyta na jakimś kultowym węgierskim kąpielisku, to także absolutnie świetny pomysł na swego rodzaju podróżniczy „stop-over” w drodze na Bałkany. Z prawdziwą zgrozą i niedowierzaniem słucham o Polakach, którzy co roku tak pędzą do swojej umiłowanej Chorwacji (łamiąc po drodze wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego), że na Węgrzech nawet się nie zatrzymują. To wielki błąd i wielka szkoda. Rozumiem że części z nich nie da się pomóc, ale mam nadzieję że przekonam chociaż jedną osobę, o tym że po drodze do swojej umiłowanej Chorwacji będzie miała możliwość poobcowania przez moment z prawdziwą z „kulturą łaźniową”, której u nas niestety ze świecą szukać. Niemniej jednak pobyt na kąpielisku trwający dłużej niż pełne dwa dni, wywołuje u mnie lekkie znudzenie, więc nie jestem w stanie siedzieć w takim miejscu kilku dni pod rząd, bo preferuję bardziej aktywne spędzanie czasu, jednak dwa dni moczenia się w wodzie to dla mnie obowiązkowy, wspaniały i bardzo przyjemny punkt „do odhaczenia” którym właśnie zamierzam się z Wami podzielić.

Ilość termalnych kąpielisk na Węgrzech potrafi przyprawić o zawrót głowy. Węgry mają jedne z największych w Europie (po Islandii) zasoby wód termalnych. Źródeł jest ponoć około 1300, a w samym Budapeszcie około 80. W pewnej informacji turystycznej pewnego razu otrzymałam mapę Węgier z samymi tylko leczniczymi kąpieliskami wszelakiego typu i muszę stwierdzić, że cały kraj jest dosłownie nimi pokryty. Wystarczy zresztą przekonać się o tym wpisując w google frazę „thermal fürdő” i ocenić efekty. Myślę że, pomijając kwestię zasobności kraju w termalne źródła, w dużym stopniu jest to efekt tureckiej okupacji. Kultura łaźni na terenie Węgier bierze swój początek właśnie stamtąd – wynalazek tureckiego hammamu podbił spory kawałek świata. Wszędzie tam gdzie pojawili się Turcy razem z nimi pojawiały się także charakterystycznie pokryte kopulastymi dachami łaźnie, do których kobiety i mężczyźni chodzili w wyznaczone dni. Z takich zachowanych tureckich łaźni możemy skorzystać w Egerze i Budapeszcie.

Na kąpielisku można nawet spać, ale…

Omijam kąpieliska w których zamiast atmosfery jak z cesarsko-królewskiego uzdrowiska, dominuje dudniąca muzyka, gigantyczne plastikowe zjeżdżalnie i inne tym podobne rozwiązania.  Jeżdżę raczej na takie  bardziej „uświęcone tradycją”, niż te przypominające wodne parki. Czasem zdarza się jednak, że miejsce w którym jestem, mimo tego że teoretycznie jest mineralnym kąpieliskiem, bardziej niestety przypomina aquapark. Niestety taka tendencja zaczyna powoli dominować – zdaniem niektórych najwyraźniej nie da się już zrelaksować bez tego typu „ulepszeń”. Postaram się opisać więc tylko te kąpieliska w których ta tendencja jeszcze nie przeważa i które moim zdaniem są bardziej udane. Polecę Wam kilka miejsc, o których i tak dowiedzielibyście się z internetu, ponieważ są dość mocno znane i rozpoznawalne, a które warto rozważyć jako interesujący węgierski przystanek na przykład w drodze na Bałkany.

Kąpielisko może być przystankiem w sensie całkowicie dosłownym – wiele z nich jest połączonych z kempingami i w cenie noclegu otrzymujemy także wejściówkę na baseny, więc jeśli dysponujemy namiotem (albo jedziemy kamperem) możemy na takim przykąpieliskowym kempingu zanocować. Oczywiście w nocy lecznicze wody są nieczynne, nic nie stoi jednak na przeszkodzie żeby pójść tam wcześnie rano i rozkoszować się prawie zupełnym brakiem ludzi. Uwaga! Jeśli jednak nieopatrznie wybierzemy któryś z niezwykle popularnych wśród naszych rodaków kempingów we wschodniej części Węgier, to przez całą dobę, zamiast relaksować się na łonie natury i słuchać śpiewu ptaków, będziemy mieli okazję zapoznawać się z dudniącą, puszczaną na cały regulator, prymitywną muzyką, przy akompaniamencie wykrzykiwanych po polsku przekleństw. Nie mam pojęcia czemu kilka miejsc we wschodnich Węgrzech to prawdziwa mekka turystyczna, bardzo specyficznie zachowujących się rodaków, którzy zajmują się na nich głównie konsumowaniem przywiezionego z kraju alkoholu. Co ciekawe nie miałam takich przykrych doświadczeń z kąpieliskami położonymi na zachodzie Węgier, tam jednak Polacy znajdują się w wyraźnej mniejszości, a najwięcej gości to niemieccy i austriaccy emeryci, którzy przyjeżdżają na długie tygodnie. Dlatego po trzech zdecydowanie nieudanych postojach na kąpieliskowych kempingach, na wschodzie kraju, chyba raz na zawsze odpuszczę sobie tą dość traumatyczną „atrakcję”, mimo tego że mam tam relatywnie blisko.

Harkány

Nazwa miejscowości prawie nie do wymówienia 🙂 nie dajcie się zwieść zapisowi – wymowa jest zupełnie inna. Idealnie wręcz nadaje się na przystanek po drodze, bo otoczona jest dookoła bardzo interesującymi miejscami. Miejskim autobusem dojedziemy stąd do Peczu, a ekstremalnie blisko jest też stamtąd do Villanyi  – najbardziej cenionego przez samych Węgrów i i koneserów wina, regionu winiarskiego, produkującego wina czerwone. Tuż obok Harkány jest też całkiem ciekawy zamek w Siklos. Tak więc nie musimy siedzieć całego dnia na kąpielisku, mamy też możliwość aktywnego pokręcenia się po okolicy. Woda w Harkány pachnie cudownie, a jej zapach na długo wżera się w skórę. Wody są bardzo bogate w siarkę, a źródło ma temperaturę 62 stopni. Kąpielisko ma długą historię bo pochodzi z 1823 roku. Obecnie leczy się tu schorzenia reumatyczne, problemy ze stawami, oraz choroby skórne i schorzenia ginekologiczne. Kąpielisko jest czynne cały rok a na jego terenie znajduje się 7 basenów. Są też zjeżdżalnie i tego typu atrakcje, ale  część lecznicza jest oddzielona i trzeba do niej wykupić osobny bilet. Harkány odwiedza milion turystów rocznie, bo jest to jedno z najsłynniejszych węgierskich kąpielisk. Faktycznie na kąpielisku można usłyszeć bardzo dużo różnych języków także spoza Europy. Jest tłoczno, na szczęście część lecznicza jest odrobinę spokojniejsza, jeśli jednak szukamy bardzo spokojnego i nieco prowincjonalnego miejsca, w którym na kąpielisku jest maksimum kilkadziesiąt osób, to zdecydowanie nie powinniśmy tutaj jechać. Warto jednak wybrać to miejsce bo jest idealnym przystankiem w drodze do Bośni, a bliska odległość od Villany to atut, którego w żaden sposób nie da się przebić.

Harkany. To ta mniej oblegana część lecznicza.

Część lecznicza widziana z góry.

Kilka zdjęć, które mają Was zachęcić do zatrzymania się w tej okolicy. Piwczniki winne w Tetiye – dzielnicy Peczu.

A to wcale nie Maroko, tylko katolicka katedra w Peczu. Wnętrze jest bardzo orientalne.

A tak katedra w Peczu wygląda z zewnątrz.

W Siklos znajduje się całkiem przyjemny zamek.

Z takimi oto malowidłami.

A to piwniczki winne w Villanyi, argument absolutnie koronny, by zostać w tym rejonie jak najdłużej 🙂

Heviz

Kolejne niesamowicie słynne i historyczne kąpielisko. Już w 1795 roku hrabia Festetics György, zapoczątkował rozwój kąpieliska na jeziorze. W 1905 roku właścicielem tego terenu został browarnik z Kesztehely Vencel Reischl, który znacznie rozbudował i unowocześnił infrastrukturę kąpieliska.  W efekcie jego działań, w 1911 roku Heviz uzyskało status kąpieliska leczniczego.

Szczególnie chyba upodobane przez Rosjan, odrobinę snobistyczne, kosmopolityczne i przeznaczone dla ludzi o nieco zasobniejszym portfelu. Kiedy tam byliśmy na ulicach non stop słychać było rosyjski. Heviz to największe termalne kąpielisko na Węgrzech i przy okazji drugie co do wielkości termalne jezioro na świecie. Strumień wody jest tak duży, że wypływając rozlewa się,  tworząc duże na ponad 4 hektary głębokie jezioro, w którym cała woda wymienia się co 72 godziny. Woda w jeziorze krąży cały czas, ponieważ ciepła wypływa spod ziemi i przemieszcza się ku górze, ostatecznie osiągając temperaturę odrobinę niższą od temperatury ludzkiego ciała. Jej skład jest ponoć optymalny. To unikatowa kompozycja substancji alkalicznych i gazowych. Zawiera sodę, siarkę, wapń, magnez, siarkowodór, kwas węglowy, metan oraz związki radu. Nad jeziorem cały czas unoszą się opary które również mają właściwości lecznicze i tworzą unikalny mikroklimat. Dzięki nagazowaniu i optymalnej temperaturze, woda ta ponoć rewelacyjnie wnika w skórę.

Miejscowość jest tak znana i słynna, że posiada nawet własne lotnisko – przylatują tu samoloty z Budapesztu. Strona internetowa uzdrowiska, wyjątkowo jak na Węgry, występuje w wielu językach. Przyzwoicie zrobiona jest nawet wersja w języku polskim, gdzie można na przykład poczytać sobie o całkiem interesujących legendach związanych z jeziorem. Leczy się tutaj prawie wszystko: choroby układu mięśniowo-szkieletowego, reumatyzm, infekcje wewnętrzne, choroby kobiece, schorzenia tarczycy, różnorakie zaburzenia pracy i poszczególne narządy układu pokarmowego i wiele innych schorzeń, których nie sposób wymienić.

Kemping położony jest w bardzo korzystnym miejscu, tuż obok termalnego jeziora nad wypływającą z niego rzeczką, więc mineralne opary całą dobę się nad nim unoszą. Mimo to na samym kąpielisku podobało mi się średnio z jednej przyczyny. Jezioro jest bardzo obszerne i głębokie – miejscami ma ponad 38 metrów głębokości. Nie ma tam żadnego miejsca, gdzie można poczuć dno pod stopami, a moja miłość do wody kończy się właśnie na takiej głębokości. Na szczęście jest tam jeszcze jedna atrakcja a mianowicie błotna kąpiel. Ma formę odrębnie wydzielonego sporych rozmiarów płytkiego basenu z borowiną, w której stoi się mniej więcej na głębokość ud a mętna i czarna woda sięga nam mniej więcej do wysokości piersi. Lepiej tam nie wchodzić w jasnym stroju kąpielowym, z mojego ślady przebywania w Heviz znikły chyba po miesiącu. Całe dno jeziora pokryte jest 1,7 metrową warstwą leczniczej borowiny, o oszałamiającym mineralnym zapachu, która znakomicie oddziałuje na skórę. Warto więc sięgnąć ręką, wyjąć sobie trochę błota i posmarować nią wystającą z wody resztę ciała – robi tak większość osób, więc basen wygląda jak zasiedlony przez błotne potwory 😉 . W borowinie dość ciężko się poruszać więc żeby przejść cały basen kilka razy, można nawet nabawić się lekkich zakwasów. Babranie się w błocie z Heviz wspominam jako rewelacyjne doświadczenie.

Dookoła termalnego jeziorka rozciąga się taka oto gęstwina drzew.

Termalne jezioro Gyogy i kąpielisko termalne w Heviz.

Rośnie tutaj gatunek lilii wodnej występujący w Indiach. Wody jeziora są tak ciepłe przez cały rok, że swobodnie dają one radę przeżyć w naszym klimacie.

Kąpiele w borowinie.

Heviz leży niespełna 10 kilometrów od Balatonu. Więc oprócz samej miejscowości jest mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Na przykład balatońskie rejony winiarskie, położony tuż obok zamek w Kesztehely, czy samo słynne jezioro. Miejscowość posiada ogromne zaplecze noclegowe, oraz własną dzielnicę winnych piwniczek. Jest modnym i drogim kurortem.

Miszkolc

Kąpielisko w Miszkolcu zwane Barlangfürdő to kolejny unikat. Źródło mineralne wypływa tu z  wnętrza jaskini, która jest na tyle obszerna, i wysoka że stanowi naturalne zadaszenie. Kąpielisko ma około 150 metrów długości. Jaskinia była znana już od XIII wieku. Nieopodal wylotu jaskini, istniało wtedy opactwo benedyktyńskie, które stało w tym miejscu do XVI wieku, kiedy to zostało zburzone przez Turków. Od tego momentu Tapolca stała się miejscem niezamieszkanym. w 1743 roku podjęto pierwsze próby leczenia ludzi wodą tryskającą z jaskini – zbudowano w tym miejscu drewnianą łaźnię. W XIX wieku zastąpiono zniszczony budynek nowym, a od przełomu wieków XIX i XX rozpoczęła się kariera Tapolcy jako popularnego kurortu. Przez cały ten czas ludzie korzystali z dobrodziejstw mineralnej wody poza jaskinią. Kąpielisko w jaskini istnieje dopiero od 1959 roku. Od 1950 roku Tapolca stała się dzielnicą Miszkolca. Woda ma temperaturę 28-35 stopni, zawiera związki wapnia, magnezu, jod, brom, oraz niewielkie ilości kwasu mataborowego i metakrzemowego. Stosuje się ją w leczeniu: chorób układu ruchu i stawów, problemów z przemianą materii, nerwic oraz wyczerpania fizycznego i psychicznego. Woda pachnie zdecydowanie mniej intensywnie w porównaniu z Harkany, na skórze zostaje bardzo słaba woń mineralnej kąpieli, więc skoro komuś przeszkadza że na drugi dzień pachnie siarką, w Miszkolcu nie będzie odczuwał tego typu nieprzyjemnych doznań. Ja mam odwrotnie i lubię gdy moja skóra pachnie w ten sposób jak najdłużej.

Kąpiel w jaskini w Miszkolcu to również dość unikatowe i przyjemne doświadczenie. Jaskinia jest w wielu miejscach w bardzo estetyczny sposób podświetlona, żeby wydobyć z jej naturalnego ukształtowania wszystkie możliwe atuty. Czasem w korytarzach włączany jest dość intensywny prąd wody z którym można się trochę posiłować. Bardzo klimatyczne są też skalne korytarze którymi przechodzi się z jednej części jaskini do drugiej. Natomiast odrobinę przeszkadza mi temperatura wody, bo jak dla mnie jest nieco zbyt niska. Sporą wadą kąpieliska jest też stosunkowo niewielki wybór w miarę zdrowych opcji jedzeniowych – w kąpieliskowej restauracji dość marnie wyglądające jedzenie, składające się z gotowców i mrożonek, w kółko grzeje się w bemarach. Będąc tam, zawsze pod koniec jestem okropnie głodna.

Za to przed kąpieliskiem rozciąga się ogromny i piękny park, w którym opcji jedzeniowych mamy bardzo dużo i od biedy da się zjeść coś co nie jest ani mięsem ani fast foodem, co na Węgrzech wcale takie łatwe nie jest, o czym można poczytać w moim poście o jedzeniu na Węgrzech.

Kąpielisko dosłownie leży u podnóża Gór Bukowych, w których mamy możliwość pochodzenia po starym bukowym lesie. Kiedyś cała Europa była porośnięta takimi właśnie lasami, które w niczym nie przypominają „fabryk drewna” z idealnie równo nasadzonymi sosnami znanych z naszych czasów. W tym klimacie bukom żyje się bardzo dobrze, taki las jest o wiele ciemniejszy i bardziej klimatyczny. Bardzo blisko jest również z Miszkolca do Egeru. Jako przystanek po drodze na wakacje, Miszkolc może nie jest idealny, bo (przynajmniej ode mnie) jest położony w stosunkowo niedalekiej odległości, ale dookoła jest tyle interesujących rzeczy, że pobyt w tym rejonie jest wart osobnego krótkiego wyjazdu (jeśli jeszcze ktoś nie był).

Miszkolc kąpielisko Barlangfurdo – wejście do jaskini.

W takim naturalnym wnętrzu można o wiele lepiej się zrelaksować.

Korytarz między dwiema częściami jaskini.

Park zdrojowy z jeziorkiem.

Makó

Uwielbiam nieco zapomnianą prowincję i jeśli chcecie znaleźć się w miejscu, będącym totalnym przeciwieństwem hałaśliwego, popularnego i odrobinę snobistycznego (a miejscami tandetnego) kurortu w rodzaju Heviz, Makó będzie świetnym wyborem. Jest to po prostu urokliwe, prowincjonalne i spokojne miasteczko i w dodatku całkiem ładne. Słynie z największej jak na Węgry ilości słonecznych dni w roku, oraz upraw czosnku i cebuli. Jako lokalną ciekawostkę przytoczyć należy fakt że to właśnie w Makó w 1847 roku, urodził się słynny Joseph Pulitzer, znany z literackiej i dziennikarskiej Nagrody Pulitzera. Społeczność żydowska w mieście była bardzo liczna, o czym świadczy sporych rozmiarów synagoga. W Makó jest bardzo przyjemnie i kameralnie, za to kąpielisko Hagymatikum jest jednym z najważniejszych i największych na Węgrzech. Leczy się tutaj schorzenia reumatyczne, problemy z kręgosłupem, choroby układu nerwowego, paraliże nerwów i atrofię mięśni. Błoto z płynącej w miejscowości rzeki Maros posiada właściwości identyczne jak błoto z Morza Martwego. W uzdrowisku wykonuje się także liczne zabiegi z jego udziałem.

Uwagę zwraca interesująca architektura kąpieliska, autorem budowli jest słynny węgierski architekt Imre Makovecz – przedstawiciel nurtu architektury organicznej, czyli architektury wyzwolonej od wpływów historyzmu, a szukającej inspiracji w kształtach pochodzących wprost z natury. Makovecz to niezwykle wpływowa postać węgierskiej architektury i autor wielu znanych budowli w całym kraju. Piszą o nim, że jego styl był podwaliną węgierskiego stylu stawiania państwowych budowli po upadku komunizmu. Wszystkie budowle jego autorstwa w Makó mają nawiązywać do form uprawianych w okolicy roślin, czyli na przykład przypominać wielką cebulę. Jest to z pewnością interesujące i budzi pewien podziw za próbę wytyczenia nowej i oryginalnej stylistyki węgierskich kąpielisk, ale wywołuje u mnie mieszane uczucia. Budowle są jak na mój gust dość interesujące, lecz podobałaby mi się znacznie bardziej, gdyby głównym założeniem była tutaj większa oszczędność środków wyrazu. Projekty Makovecza są może ładne w szczegółach ale ich bryła jest dla mnie przegadana. Z jednej strony czuję się w nich dobrze, lecz z drugiej coś mi w nich przeszkadza. Jak dla mnie większa siła tkwi w dobrze przemyślanej prostocie, natomiast w budowlach Makovecza mnogość szczegółów architektonicznych odrobinę mnie przytłacza i zawsze mam wrażenie że autor budowli nieco przesadził. Wybujała i mocno wyróżniająca się forma wygląda odrobinę pretensjonalnie wśród XIX wiecznych kamienic. Jest więc w tym coś wyjątkowego, ale w całości jakoś tego „nie kupuję”. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. W Mako znajduje się też wysoko zawieszona stalowa kładka będąca jednocześnie ścieżką przyrodniczą, z której można podziwiać przyrzeczne chaszcze rosnące na brzegach rzeki Maros i w najwyższym jej miejscu zjechać na sam dół spiralną zjeżdżalnią.

Kąpielisko w Mako.

Uwagę przykuwają kolumny z twarzami.

Nie jestem do końca pewna czy w takiej scenerii można wypocząć.

Chociaż w pewien sposób na pewno wygląda to ciekawie.

Budynek mocno wyróżnia się na tle okolicy. W niektórych detalach wygląda bardzo ładnie.

A to wisząca kładka wśród przyrzecznej roślinności.

Przypominająca azjatyckie „canopy walk” rozwieszone w dżungli.

Zresztą roślinność południa Węgier trochę dżunglę przypomina.

Wygląda to bardzo relaksująco. Warto się tam wybrać z dziećmi. Z najwyższego punktu kładki można zjechać plastikową zjeżdżalnią na sam dół.

Hajdúnánás

Z Hajdúnánás nie mam żadnych zdjęć, ponieważ akurat wtedy zupełnie nie chciało mi się ich robić. Byłam tam stosunkowo krótko, ale wygląda na to, że jeszcze z pewnością tam wrócę, więc będę mieć szansę by je zrobić. To całkiem niezły punkt przystankowy w drodze do i z Rumunii. Wystarczy pobyć tam chwilę, by zorientować się, że jest to miejsce o długich tradycjach i potencjale uzdrowiskowym. Ogromne złoża wód leczniczych odkryto tu już w latach 30., a kąpielisko istnieje od lat 50. XX wieku. W 2003 roku przeszło gruntowną przebudowę. Kąpielisko otacza duży 14 hektarowy park. na którym jest także hotel i kemping. Woda z Hajdúnánás wykorzystywana jest do leczenia leczenia chorób reumatycznych, układu mięśniowo-szkieletowego i kobiecych. Miasteczko jest w miarę spokojne i kameralne, bo wszyscy pragnący rozrywek innego typu, jadą do leżących bardzo blisko Hajdúszoboszló lub Sóstófürdő. Tak więc największą zaletą miejscowości i kąpieliska jest jego położenie. Obok znajdują się znacznie bardziej słynne miejsca, dzięki temu w Hajdúnánás panuje względny spokój. Nie dość że miejscowość znajduje się dosłownie „na środku niczego”, a drogi dojazdowe do niej są bardzo, bardzo niskiej kategorii, to jeszcze samo kąpielisko znajduje się daleko od centrum miasteczka. Więc jak będziemy moczyć się w wodzie, naszego spokoju nie będą burzyć przejeżdżające tuż obok stada ciężarówek – położone tuż obok kąpielisk drogi tranzytowe, to gdzie indziej niestety dość popularne zjawisko. Hajdúnánás to nie grozi, gdyż nikomu nie zechce się raczej tłuc się właśnie tamtędy dziurawymi drogami.

Dodatkowym plusem jest możliwość zjedzenia w mieście czegoś porządnego. W centrum Hajdúnánás znajduje się bardzo sensowna jak na węgierską głęboką przygraniczną prowincję, restauracja o nazwie (oczywiście) Magyaros, która wyróżnia się (przynajmniej w momencie w którym to piszę) dość wyjątkowym jedzeniem. Horyzonty kucharza wybiegają znacznie dalej niż frytura i niezdrowa smażelina. W tym przypadku moje narzekania na brak sensownych i w miarę zdrowych opcji jedzeniowych na szczęście można włożyć między bajki. Z Hajdúnánás będziemy mieć bardzo blisko do parku narodowego Hortobagyi.

Wszystkie węgierskie kąpieliska, które lubię szczególne mocno (tak bardzo, że nie chcę się nawet dzielić informacjami o nich), posiadają kiepskie drogi dojazdowe i leżą ogólnie rzecz biorąc „nie po drodze”. Dzięki temu właśnie tak bardzo mi się one podobają. To powinna być wskazówka, jaką warto kierować się w wyborze miejsc do leniwego i spokojnego spędzania czasu na Węgrzech. Hajdúnánás jest jeszcze na tyle znane, że i tak byście łatwo je wygooglali, więc postanowiłam umieścić je w tym poście. Mam jeszcze kilka takich kąpielisk w zanadrzu i zachęcam, byście na własną rękę i spontanicznie jeździli do mniej znanych i popularnych wśród naszych rodaków miejsc, które nie są wymieniane na popularnych stronach internetowych.

Jak kupować wino w Egerze

Kawał czasu minął od mojego ostatniego pobytu w Egerze. Wtedy byłam tam parę dni, podczas których niemal bez przerwy padał intensywny deszcz. Przez to nie udało mi się zrobić w wielu interesujących miejscach żadnych sensownych zdjęć. Najbardziej żałowałam że nie mam żadnych z Doliny Pięknej Pani czyli Szépasszonyvölgy, bo już dawno chciałam napisać co nieco na temat tamtejszych winnych piwniczek. Tymczasem Eger ciągle znajdował się nie po drodze naszych węgierskich wycieczek. Tym razem będąc w miarę blisko, bo w Aggtelek postanowiłam w końcu nadrobić zaległości. Dookoła miasta znajduje się około 200 piwniczek winnych. Najwięcej skupionych blisko siebie winiarni znajduje się właśnie w Dolinie Pięknej Pani. Wina są tutaj bardzo mocno zróżnicowane i prawdopodobnie najtańsze na Węgrzech. W porównaniu z południowymi regionami kraju, jak na przykład Villány, którego wina czerwone cechują się wyjątkową jak na Węgry elegancją i potrafią kosztować jak w Europie Zachodniej, Eger jest przeciwnym cenowym biegunem. W Egerze można nabyć zarówno wina białe i czerwone od słodkich po wytrawne. Wybór jest ogromny. Winiarze nie specjalizują się w jednym konkretnym szczepie jak często ma to miejsce w innych winiarskich regionach. Jak więc wybrać dla siebie cokolwiek spośród takiej obfitości? Jak w ogóle przeżyć zakupy wina w Egerze?

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_006.jpg

Podczas wizyty w Dolinie Pięknej Pani tego typu mniej lub bardziej kiczowate elementy wystroju o tematyce „winiarskiej” będą towarzyszyć nam wszędzie.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_003.jpg

Aczkolwiek takie pięknie rzeźbione elementy są cool i szkoda że zostało ich tak mało.

Moja relacja będzie przedstawiona z perspektywy osoby, która szanuje wino i się nim interesuje, ale ma do niego podejście raczej indywidualne. Szuka sama (bo lubi) i tylko czasami słucha się innych. Po pierwsze i najważniejsze – średnio kręcą mnie wina dużych producentów. Raczej omijam tego typu produkty. Wina z winnych kombinatów to już nie to samo co trunek z małej winiarni, gdzie właściciel wie o swoim winie wszystko. Po drugie – najbardziej lubię smakować i kupować wino w miejscach w których się je wytwarza, więc raczej nie pasjonują mnie wina z Chile, Australii, czy RPA produkowane w ogromnych ilościach i smakujące zawsze i wszędzie tak samo. Jeśli oczywiście kiedyś do któregoś z tych krajów pojadę i akurat na mojej drodze stanie jakaś niewielka i sympatyczna winiarnia (jeśli to w ogóle możliwe), na pewno zmienię zdanie. Po trzecie – nie przejmuję się tak bardzo winnymi recenzjami (chociaż je czytam) i irytuje mnie traktowanie wina jako produktu mocno snobistycznego. Dla mnie to po prostu dodatek do dobrego jedzenia. Nie zamierzam wydawać na niego jakiś mocno zawyżonych kwot, aczkolwiek rozumiem czemu 6-puttonowy Tokaj Aszu trochę kosztuje. W tym przypadku cena wina jest absolutnie uzasadniona. Nie zawsze jednak tak jest. Mam podejście mocno demokratyczne i w żadnym wypadku nie uważam że powinno smakować mi jedynie bardzo drogie wino, które ma świetne recenzje. Wino musi pasować do mnie i nie chcę czuć się przez nie sztywniacko. Dlatego piję zarówno te tanie jak i te drogie. Oczywiście jeśli jakieś wino z nieco wyższej półki bardzo mi się spodoba to od czasu do czasu mogę je sobie kupić, ale cena nie jest dla mnie absolutnie wyznacznikiem jakości. Nie fascynuję się drogimi winami dlatego, że są drogie.

Piwniczki

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_001.jpg

Wolę wybrać piwniczkę w której pachnie pleśnią, niż taką, która przypomina swoim wystrojem zakład fryzjerski.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_013.jpg

W piwniczce z takim sufitem nabieram większej ochoty na degustowanie wina.

Na początek może trochę o samych piwniczkach. Po pierwsze – znacznie różnią się od siebie wystrojem. Ja lubię takie, w których mogę trochę poobcować ze szlachetną pleśnią, która porasta ściany. W piwniczce z pleśnią na ścianach cudownie i niepowtarzalnie pachnie. Takie miejsce ma wiele klimatu. Zupełnie nie rozumiem kilku winiarzy w Dolinie Pięknej Pani, którzy całkowicie wyremontowali swoje piwniczki i wyczyścili ściany „do zera” malując je na jasny kolor albo wykładając jasnym drewnem czy nawet kafelkami – zgroza! Taka piwniczka wygląda jak łazienka, albo sztampowa miejska knajpa zaprojektowana z modnych obecnie materiałów do nabycia w każdym markecie budowlanym. Piwniczka winna raczej nie powinna swoim wystrojem przypominać szpitala czy salonu fryzjerskiego. Niestety w porównaniu z rokiem 2010 część miejsc zatraciła swój charakter. W takich piwniczkach trochę przechodzi mi ochota na próbowanie wina, skoro obok jest wiele innych miło pokrytych wieloletnią pleśnią. Jest też druga strona medalu. Niektóre piwniczki wyglądają odrobinę smutno bo są nie remontowane od lat. To zazwyczaj takie prowadzone przez ludzi w mocno podeszłym wieku, którzy zamiast wypasioną terenówką jeżdżą jeszcze przedpotopowym zaporożcem. Niestety czas takich piwniczek powoli dobiega końca czego również mi szkoda.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_004.jpg

Niektóre piwniczki w Dolinie Pięknej Pani żyją głównie z wycieczek. Turyści przywożeni są na degustacje autokarami. Nie kupimy tutaj praktycznie żadnych win butelkowanych, bo winiarnia nastawia się głównie na degustacje i sprzedaż wina turystom do plastikowych butelek. W niektórych można spotkać informacje dla klientów z Chin i Japonii – wszędzie wiszą karteczki z azjatyckim pismem. Obawiam się że w takich piwniczkach jakość wina może pozostawiać wiele do życzenia. Azjatycki turysta kupi bowiem wszystko. Pewnego razu w Tokaju odwiedziliśmy jedną winotekę, w której sprzedawca oprócz sprzedawania wina posiadał w swoim sklepie kolekcję „Tokajów” kupowanych w różnych krajach, często nie mających z tym winem nic wspólnego. Ukoronowaniem jego kolekcji było czerwone wino „Tokaji” albo „Takaji” kupione w Japonii! Myślę piwniczki dla turystów zwłaszcza azjatyckich lepiej omijać, z ciekawości kosztowałam w takiej kilka win i były zupełnie fatalne. Są też piwniczki z ambicjami, posiadające wina nagradzane na różnych branżowych imprezach. Poznamy je po tym, że wina jest w nich dużo, a piwniczka raczej nastawia się na sprzedaż win butelkowanych (chociaż żywe także w swojej ofercie posiada). Wino popakowane jest w kartonowe pudła – restauratorzy podjeżdżają vanami i często kupują ich po kilkadziesiąt. Pomijając turystyczną magmę, Dolina Pięknej Pani to mimo wszystko możliwość zaopatrzenia się także w wina butelkowane o sensownej jakości. Niemniej jednak idąc tam chcę głównie zaopatrzyć się w te żywe, bo w butelkowane lepiej chyba będzie kupić w innych miejscach egerskiego regionu winnego. Generalnie – jeśli pokręcimy się po dolinie przez większość dnia, zobaczymy w których z nich zaopatrują się restauratorzy, a które żyją głównie z obsługiwania grup turystycznych. Lepiej oczywiście wybrać te pierwsze.

Ogólnie o winach

Samo wymienienie wszystkich rodzajów wina jakie można nabyć w Egerze sprawi, że już od słuchania z pewnością rozboli nas głowa. Smaków jest tak wiele, że będąc tam jeden raz nie sposób wszystkiego spróbować, bo po piątym winie nawet próbowanym w niewielkich ilościach tracimy jakiekolwiek poczucie smaku. Postaram się zaraz omówić pokrótce te najważniejsze. Kupimy je w wersji zarówno niebutelkowanej – czyli lane bezpośrednio z kadzi do butelek plastikowych (dominują kadzie ze stali nierdzewnej), jak i takie w szklanych butelkach z korkiem. Wina z kadzi nie są przed nalaniem do butelki konserwowane siarczynami (chociaż oczywiście mogły one być dodane na wcześniejszym etapie produkcji, co jest normalne), cały czas pracują i zmieniają swój smak. Jeśli więc postoi nam ono tydzień w cieple, będzie smakowało zupełnie inaczej (zazwyczaj gorzej) niż podczas degustacji w piwniczce. Ba! nawet jeśli takie wino jedzie z nami w bagażniku w temperaturze powyżej trzydziestu stopni podczas powrotu do Polski, (jeśli akurat jest ogromy upał) to już będzie ono smakować delikatnie inaczej. Dlatego takie wina powinno się pić na miejscu ewentualnie kupić i zabrać ze sobą tyle, żeby w bardzo niedługim czasie skonsumować całość. Oczywiście jeśli mamy dużych rozmiarów lodówkę albo piwnicę czy ziemiankę, w której jest na prawdę zimno, zwiększamy szansę wina na przetrwanie. Nawet jeśli będziemy trzymać je w lodówce, wydaje mi się, że po transportowych perypetiach, miesiąc to czas maksymalny w którym należy je spożyć. W przeciwnym wypadku mogą się z nim podziać straszne rzeczy. Takie wino może zacząć mocno bąbelkować, skwaśnieć, stracić piękny aromat i wszystkie inne swoje atuty. Może nawet wytrącić się z niego osad. Jeśli przelane do plastikowej butelki i całkowicie ją wypełnia tak, że zawiera niewiele powietrza, ma mniejsze szanse na zepsucie się niż jeśli butelka wypełniona jest na przykład do połowy, dlatego lepiej takie wino przelewać do mniejszych zbiorników w miarę zmniejszania się jego ilości. Zazwyczaj psują się resztki pozostawione w dużej butelce wypełnionej w większości powietrzem. Wino z lodówki będzie oczywiście za zimne do picia, więc przed spożyciem trzeba wyjąć je z niej odpowiednio wcześniej, wtedy pojawią się jego wszystkie atuty. Mimo tych wszystkich niedogodności ogromnie warto kupować takie wina, bo są niepowtarzalne i żywe. Co z tego że mało dopracowane, zmienne i łatwo się psujące. To wino stołowo-imprezowe mające dokładnie tyle samo zalet (jednak zupełnie innych) co porządne wina butelkowane.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_002.jpg

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_005.jpg

Egri Bikawer

Na początek zacznę od tego, po co właściwie tutaj przyjechaliśmy. Wino produkowane tylko w Egerze i okolicach. Bycza krew jest kupażem czyli mieszanką kilku szczepów, winem o pięknym czerwonym kolorze i wytrawnym smaku. Bazą dla tego wina jest Kékfrankos, zmieszany z kilkoma lub jednym z następujących szczepów: Blauburger, Zweigelt, Cabernet Sauvignon, czasem też Menoire i Pinot Noir.  Kiedy byłam w Egerze w 2010 roku, kupowałam Egri Bikawera w plastikowych butelkach. Obecnie jest to zakazane, z uwagi na ochronę lokalnego produktu, podobnie zresztą jak w Tokaju, gdzie puttonowego Aszu, czy Tokaja Samorodnego również nie powinno się tak sprzedawać. Sprzedawcy jednak i tak robią i wiedzą swoje. Sprzedają Egri Bikawera w butelkach plastikowych z oficjalną nalepką Baluburger (informując klienta wcześniej że głupie przepisy i tak dalej, a nalepkę można sobie oderwać). Jest to wino specyficzne i z pewnością nie przypadnie do gustu typowemu polskiemu amatorowi win słodkich (ponoć to takiego wina najczęściej w sklepach szukają Polacy, ale przyznam że niewiele mi o tym wiadomo, bo chyba nie rozmawiam o winie z typowymi Polakami). Egri Bikawer może kojarzyć nam się z najtańszym winem jakie możemy znaleźć w polskich supermarketach.  Nie należy jednak uważać go za jakiś winny koszmar, bo na miejscu sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej niż nam się wydaje. W Polsce takie wino potrafi czasami kosztować 8 złotych, „pachnieć” siarczynami na kilometr, a w smaku nie ustępować najgorszym odmianom legendarnej Sofii. To niestety pokłosie epoki komunizmu, kiedy to z wina cieszącego się kiedyś największą estymą, zrobiono produkt tani i masowy i zaczęto produkować go przemysłowo. Na miejscu za tyle samo albo niewiele więcej, kupimy sympatyczne nieraz mocno wytrawne wino, które w niczym nie przypomina najtańszych win o tej nazwie z polskich hipermarketów.  Dostępne są też znacznie droższe butelkowane Egri Bikawery, kosztujące kilka tysięcy forintów, cechujące się intensywnym kolorem i smakiem. Winiarze próbują przywrócić temu gatunkowi wina dawną świetność. W Polsce najłatwiej dostępnym winem Egri Bikawer z wyższej półki będzie pewnie wino z winiarni Egri Korona. Osobiście nie wiem co sądzić na temat tej winiarni, jej produkty są bowiem bardzo mocno nierówne. Zdarzają się u nich wina przyzwoite ale także zupełnie fatalne. Raczej nie kupiłabym ich w ciemno. W okolicach Egeru winiarni tego rodzaju są dziesiątki i z pewnością znajdziemy jakiegoś Egri Bikawera, który bardziej przypadnie nam do gustu.

Medina

Teraz coś z zupełnie innej beczki. Kolejna lokalna ciekawostka, tyle że mniej znana. Wino czerwone słodkie albo półsłodkie, produkowane w takiej szerokości geograficznej to prawdziwa ciekawostka. Medina to lokalna krzyżówka odmiany Medoc Noir, która daje wina co najmniej półsłodkie. Nie mają one delikatnie mówiąc jakiegoś bogatego bukietu, są bardzo proste (maniacy wina pewnie stwierdziliby że tępe) – jeśli jednak skosztujemy medinę w każdej piwniczce w Dolinie Pięknej Pani z pewnością damy radę znaleźć taką, która przypadnie nam do gustu. Po spróbowaniu słodkiego czy półsłodkiego wina, nie da się już przez następne 30-40 minut spróbować wina na przykład wytrawnego, bo zupełnie nie odczujemy jego smaku. Najlepiej więc jednego dnia kupować tylko jeden gatunek wina. Wtedy mamy niewielkie (ale zawsze jakieś) szanse zrobienia odpowiadającego nam wyboru. Medina jest winem szczególnie problematycznym, bo po jej spróbowaniu trzeba odczekać dłuższą chwilę, albo coś zjeść, bo nie odczujemy prawidłowo żadnego kolejnego wina. A tak w ogóle, to po co coś takiego kupować? Na przykład do ziołowo-winnych przetworów. Sporo właściwości różnych ziół i roślin możemy pozyskać przez zalanie ciepłym kilkunastoprocentowym alkoholem. Wystarczy na przykład zalać takim winem młode pędy sosny (w tym roku oczywiście już za późno), odczekać dwa tygodnie i otrzymujemy bardzo pyszne wino z lekko sosnową nutą i leczniczymi właściwościami. Jeżeli zalalibyśmy takie pędy winem wytrawnym, w smaku nastawu dominowałaby gorycz. Dzięki temu że medina to wino niemal słodkie, smaki fajnie się równoważą. Wina ziołowe robione z Mediny to ogromne odkrycie.

Inne wina czerwone

Pewnie nie powinnam wrzucać ich wszystkich „do jednego worka”, ale inaczej ten wpis będzie miał długość kilometra. W Egerze rosną i udają się odmiany francuskie takie jak Pinot Noir, Cabernet Sauvignon, czy Merlot, oraz odmiany znane z winiarskich regionów Niemiec i Austrii takie jak Zweigelt czy Blauburger oraz niezmiernie tutaj popularny Blaufränkisch znany na Węgrzech pod  nazwą Kekfrankos (a w Czechach i na Słowacji jako Frankovka Modra). To właśnie przede wszystkim te wina kupimy tutaj osobno, albo w kupażach, (które tutaj nazywają się Cuvée). Zazwyczaj z tych szczepów wychodzą tutaj wina wytrawne i półwytrawne, chociaż zdarza się czasami znaleźć jakiegoś półsłodkiego Zweigelta (ale cieszy się chyba niezbyt dużą estymą, co kiedyś cierpliwie tłumaczył nam pan winiarz w Villany i doszedł to konkluzji, że półsłodki Zweigelt robiony na Węgrzech nie może być dobry). Wybór takich win jest ogromny. Warto próbować je według jakiegoś klucza, żeby całkowicie nie zginąć. Na przykład jednego dnia próbuję tylko Kekfrankosa, albo tylko wina czerwone nagrodzone medalami na konkursach winiarskich, lub skupiam się tylko na półwytrawnych kupażach, czy próbuję tylko odmian francuskich w rodzaju wytrawnym. W ten sposób będziemy mieli szansę dowiedzieć się czegokolwiek i porównać jakość produktów z poszczególnych piwniczek.

Leanyka

Pora na wino białe. Niektórzy winiarze z Egeru uważają że uprawa czerwonego wina w tym regionie, oraz promowanie Egri Bikawera jako kluczowego regionalnego wina to zupełna pomyłka. W tak zimnych północnych regionach jak Eger mogą bowiem wyjść dobrze tylko wina białe, a wina czerwone dopiero na południu kraju mogą konkurować na przykład z winami włoskimi i francuskimi (czy w ogóle ma to jakieś znaczenie to już inna strona medalu). Myślę że czkawką odbija się tutaj epoka komunizmu, podczas której ponoć zupełnie odpuszczono sobie uprawę win białych, tak samo zresztą jak słynnej Kadarki i dopiero w tej chwili uprawa białych winorośli w tym regionie się odradza. Według opowiadań lokalnych mieszkańców komunizm dosłownie zmiażdżył Egerski Region Winiarski. Dwadzieścia pięć lat to za mało żeby w pełni się z tego otrząsnąć. Co ciekawe do XV wieku w Egerze i okolicach uprawiano tylko wina białe. Leanyka to szczep pochodzący z Transylwanii, gdzie nazywa się Fetească albă. Leanyka w języku węgierskim oznacza pannę. Należy się więc spodziewać delikatnego wina i tak właśnie jest. Leanyka jest uprawiana w wielu węgierskich regionach winiarskich od Egeru po Balaton. Wychodzą z tego niezłe lekkie niemal przeźroczyste wina o ciekawym i oryginalnym aromacie. Z tego szczepu wyrabia się też wina musujące (ale nie w Egerze). W Egerze można kupić sporo Leanyki półsłodkiej i to takie wino jest chyba najczęściej kupowane przez turystów. Kupowanie akurat tego wina do plastikowych butelek to słaby pomysł. Delikatny aromat po spędzeniu paru godzin w nieklimatyzowanym bagażniku pozostaje tylko wspomnieniem (uff, na szczęście kiedyś przywiozłam tylko mała butelkę i niewiele się zmarnowało). Wino nabiera zupełnie innego smaku. Leanyka to wino do picia na miejscu, ewentualnie do kupienia w wersji butelkowanej, jest za delikatne do przewożenia w wersji żywej. Porządnie zrobione Leanyki mogą zaskakiwać lekkością i oryginalnymi i bogatymi aromatami. To wino lekkie przyjemne i przy okazji łatwe do zepsucia. Dlatego można też napotkać jej zupełnie fatalne przykłady.

Riesling

Moja chyba najbardziej ulubiona odmiana win białych. Ma specyficzny i niepowtarzalny zapach, który uwielbiam. Występuje w całej Europie Wschodniej i Środkowej od Czech po Serbię a wywodzi się z Niemiec znajdziemy go też we wszystkich krajach Nowego Świata w których uprawia się winorośl. Uwielbiam degustować wschodnioeuropejskie rieslingi i wczuwać się w austro-węgierski klimat. Riesling to odmiana z której można wyrabiać przedziwne rzeczy, dlatego jest to winny temat-rzeka, jak na jeden z popularniejszych szczepów wina białego przystało. W Egerze zaznajomimy się więc tylko z kawałeczkiem tego tematu. Uprawia się tutaj odmianę włoską Olaszriesling. Zresztą nie słynie on z Rieslinga jakoś szczególnie. Warto jednak jeździć po Europie Środkowej i Wschodniej i zbierać rieslingowe doświadczenia. Jest to wino mocno wszechstronne. Jego smak ponoć bardzo zależy od gleby na której rośnie. Najlepsze wychodzi na terenach powulkanicznych. Eger tak samo zresztą jak i Tokaj to właśnie tereny wygasłych wulkanów.

Pozostałe wina białe

Uprawia się tutaj zarówno szczepy francuskie jak i te pochodzące z Niemiec. Dość powszechny jest na przykład Muscat Ottonel (Ottonel muskotály) pochodząca z XIX wieku odmiana znad Loary, dobrze radząca sobie w chłodniejszym klimacie Europy Środkowej i Wschodniej. Potrafi ponoć osiągać wysoką koncentrację cukru, mimo umiarkowanego klimatu. Na portalu vinisfera piszą także, iż ottonel dobrze nadaje się dla początkujących amatorów wina, którzy mogą na nim ćwiczyć nos i podniebienie. Oprócz ottonela sporo można tutaj znaleźć żółtego muszkatu czyli Sárgamuskotály, oraz słynnego węgierskiego Hárslevelu, z tych dwu ostatnich szczepów winogron porażonych szlachetną pleśnią robi się słynnego Tokaja Aszu. Z odmian pochodzących z Francji najważniejsze jest Chardonnay.

Które piwniczki wybrać?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć. W Szépasszonyvölgy znajdziemy pewnie niezły przekrój winiarskiego biznesu. Jeżeli chodzi o dokładne obejrzenie całej doliny, warto odwiedzić wszystkie, żeby wyrobić sobie własną opinię i mieć skalę porównawczą. Trzeba wybrać coś stosownego do własnego zaawansowania w temacie wina. Znajdziemy tutaj zarówno piwniczki zaopatrujące  głównie zupełnie nie znające się na winie wycieczki zagraniczne, których uczestnicy kupują głównie wina słodkie i do plastikowych butelek (taka winiarnia sprzedaje zazwyczaj maksymalnie kilka rodzajów wina), jak i winiarzy, którzy za swoje produkty zgarniają nagrody i medale a w ich ofercie znajdziemy wiele gatunków własnych butelkowanych win z różnych roczników. Ja pragnę tylko wyszaleć się tutaj zakupowo w temacie wina żywego i niebutelkowanego. Na pewno wybiorę najbardziej wypośrodkowane piwniczki, w których właściciel nie nastawia się głównie na autokary z zagranicznymi turystami, ale również zaopatruje w swoje wina restauratorów. Nie posiada totalnie odremontowanej i czystej jak w szpitalu piwniczki, która swoim wystroje przypomina bardziej  zakład fryzjerski, niż miejsce w którym pije się wino 🙂 Mam kilka swoich typów.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_012 hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_007.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_009.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_008.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_011.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_010.jpg

Park Narodowy Aggtelek

Aggtelek to interesujące miejsce na krótki, kilkudniowy wypad, jeśli chcemy odpocząć od szeroko pojętej cywilizacji, pochodzić trochę po zupełnie nieuczęszczanych a przy tym dobrze utrzymanych szlakach, zwiedzić jaskinię i pomieszkać trochę w miejscu gdzie przejeżdża jeden samochód na godzinę. Sam dojazd tutaj wygląda interesująco. Kilkanaście kilometrów przed Aggtelek ludzi i domów gwałtownie ubywa, a pejzaż robi się pusty. Aggtelek to miejscowość na pograniczu. Największą okoliczną metropolią po węgierskiej stronie jest Miszkolc, położony w odległości około 70 kilometrów. Na Słowacji również nic większego (oprócz Koszyc)  w pobliżu się nie znajduje. Gdyby nie atrakcja turystyczna znajdująca się na Unesco, z pewnością nikt by tutaj nie zaglądał. W Aggtelek znajduje się najbardziej popularne wejście do jaskini Baradla – długiego na ponad dwadzieścia pięć kilometrów systemu jaskiń znajdujących się na pograniczu Węgier i Słowacji. Wejść do jaskini jest kilka, z czego większość po stronie węgierskiej.  Tras do pokonania wewnątrz jaskini jest kilkanaście o zróżnicowanym stopniu trudności. Oprócz głównego korytarza, jaskinia posiada też wiele odnóg. Wszystkie trasy opisane są na stronie parku, ale najwięcej informacji jest w lokalnej informacji turystycznej naprzeciwko głównego wejścia do jaskimi. Uwaga! jedynie na najbardziej popularne trasy pójść można bez wcześniejszej rezerwacji. Wszystkie inne wymagają rezerwacji drogą mailową z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem, jeśli więc wyjazd tutaj jest spontaniczną decyzją i chcemy doświadczyć czegoś więcej niż przejścia się po równo wybetonowanym chodniczku z widokiem na przeróżne formacje skalne, to raczej się nam to nie uda. Przy najpopularniejszym wejściu do jaskini w miejscowości Aggtelek (o czym świadczy ilość straganów z jedzeniem i pamiątkami oraz spory parking dla autokarów) mamy możliwość skorzystania jedynie z bardzo krótkiej niespełna kilometrowej przechadzki po wybetonowanym chodniku. Żeby przejść się nieco dłuższym szlakiem, trzeba wybrać się do sąsiednich miejscowości na przykład Jósvafő albo w okolice jeziora Vörös-tó. Pomiędzy różnymi wejściami do jaskini kursują autobusy, odwożące turystów do wejścia, w którym zaczynali trasę. Można też nimi pojechać do konkretnego wejścia. Częstotliwość autobusów była na oko spora ale z nich nie korzystaliśmy, gdyż poruszaliśmy się piechotą.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_006

Jaskinia Baradla.

Sama jaskinia jest imponująca, ale sposób jej przystosowania na potrzeby masowej turystyki wygląda tak samo jak wszędzie. Taka turystyczna eksploatacja jaskini to jak dla mnie dość smutne zjawisko. Mamy więc bardzo jasne elektryczne oświetlenie, a wzdłuż betonowych chodników dosyć często widać poodłupywane „na pamiątkę” formacje skalne. A już szczytem wszystkiego,  jest puszczanie pod koniec przechadzki po jaskini hałaśliwej i odrobinę kiczowatej muzyki, celem pokazania akustyki jednej z sal (którą można wynająć na śluby, koncerty i inne wydarzenia). Podczas „koncertu” po kolei włączają się światła prezentując rozmaite formacje skalne. Poziom turystycznej popeliny skacze na dość niebezpieczne rejony. W ten sposób miejsce zamienione zostaje niestety w maszynkę do robienia pieniędzy, przez którą niemal hurtowo przetaczają się tłumy odwiedzających. Pierwotne założenie było pewnie takie, by umożliwić jak największej liczbie osób doświadczenie przebywania wewnątrz jaskini, co miało posłużyć edukacji i przybliżeniu ludziom wielu zagadnień przyrodniczych związanych z jaskiniami. Problem w tym, że mając wszystko podane na tacy, zwiedzający raczej nie nauczą się szacunku do przyrody. Traktują to jak wejście do kolejnego parku rozrywki. Żeby nabrali takiego szacunku, przejście przez nią nie powinno być tak łatwe i tanie. Niestety chęć zysku i „ochrony przyrody” sprawia, że na terenach przez które przetaczają się tłumy nie spotkamy już żadnego życia. Ewentualnie zawita tam czasami jakiś zagubiony nietoperz. Ilustracje w węgierskich folderach reklamowych na temat tej jaskini, przedstawiające ludzi ubranych w kombinezony z latarkami czołówkami maszerujących po niezbyt gładkim pełnym błota dnie, są odrobinę naciągane, ponieważ na miejscu takie atrakcje okazują się być mocno limitowane i dostępne jedynie z dużym wyprzedzeniem – a szkoda. Z drugiej strony pieniądze z nieszczęsnej turystyki jaskiniowej służą pewnie między innymi do utrzymana pieszych szlaków, czy na kursowanie autobusów między wejściami do jaskini, co trzeba przyznać jest dość wygodne.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_001.jpg

Wchodzimy, wzdłuż jaskini ciągnie się całkowicie „wyrównany” chodnik i tak będzie przez całe 1,5 godziny przechadzki.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_003.jpg

Miejscami jak na mój gust światła jest nawet za dużo.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_004.jpg

Oczywiście podziwiamy te interesujące okoliczności przyrody w tłumie innych turystów.

hun_aggtelek_jaskinia-baradla_005.jpg hun_aggtelek_jaskinia-baradla_007.jpg hun_aggtelek_jaskinia-baradla_002.jpg

Za to cała okolica wygląda świetnie bo jest niemal pusta i jak zwykle nie warto się spieszyć. Jeśli przyjedziemy do Aggtelek tylko na pół dnia zobaczyć jaskinię, zdążymy przejść się tylko po wybetonowanym chodniku wewnątrz niej i pooglądać formacje skalne razem z tłumem innych turystów lub dodatkowo w towarzystwie hordy dzieci z wycieczki szkolnej. Miejsce jest chyba najpopularniejszą wycieczkową destynacją jak u nas Wieliczka. Jeśli zostaniemy dłużej, będziemy mieli możliwość pochodzenia po łagodnych wzniesieniach i łąkach, szlakami pieszymi wyznaczonymi między najważniejszymi wejściami do jaskini, oraz po szeroko pojętej okolicy. Rosną tam bardzo ciekawe i nie występujące powszechnie rośliny, w tym sporo chronionych. Co jakiś czas można spotkać tablicę w rodzaju „cennika”, informującą ile kary zapłacimy za zerwanie albo zniszczenie którejś z nich. Przez trzy dni nie spotkaliśmy na szlakach zupełnie nikogo i mieliśmy park całkowicie na wyłączność. Są też szlaki na słowacką stronę i można (celem zjedzenia słowackiego obiadu) dojść na przykład do miejscowości Kečovo.  W  Kečovie nie ma gdzie zjeść obiadu, za to jest knajpa w której siedzą i piją piwo miejscowi emeryci. Tak bardzo ucieszyli się na widok turystów z zagranicy, że aż postawili nam chrupki oraz beherovkę, żebyśmy nie byli głodni. Nie sposób było odmówić i musieliśmy umacniać z nimi przyjaźń polsko-słowacką nie zważając na niekorzystny wpływ beherovki w prażącym słońcu. Nie wiem dlaczego, zawsze  nasza wizyta w jakiejkolwiek małej miejscowości, kończy się albo zaproszeniem na obiad, albo na piwo, albo kupieniem chrupek i beherovki.

hun_park-narodowy-aggtelek_001.jpg

Włócząc się piechotą po Parku Narodowym Aggtelek można oglądać takie ładne i zupełnie pozbawione jakichkolwiek turystów krajobrazy.

hun_park-narodowy-aggtelek_002.jpg

Przez trzy dni chodzenia nie spotkaliśmy nikogo.

hun_park-narodowy-aggtelek_003.jpg hun_park-narodowy-aggtelek_004.jpg

Noclegi są tu bardzo tanie jak na warunki węgierskie, śpi się na kwaterach prywatnych, których sporo jest na szallas.hu. W naszej było bardzo śmiesznie bo nikt nie rozumiał ani słowa w jakimkolwiek obcym języku. Mimo to, ktoś wcześniej odpowiedział na naszego maila po angielsku, a przy wejściu leżał klucz i karteczka z instrukcjami w języku obcym. W samym Aggtelek znajduje się też jeden hotel, którego betonowy klocek dość niefajnie szpeci krajobraz. Z zewnątrz wygląda mało zachęcająco, znajduje się też w nim jedyna w miejscowości restauracja. Warto zostać w Aggtelek bo fajnie jest się zatrzymać w miejscu, które jest tak głęboką prowincją, że prawie nie spotkamy tutaj żadnych samochodów. Jedynie w dzień czasem przejedzie jakiś pojedynczy, natomiast w nocy panuje całkowita cisza. To prawdziwy węgierski koniec cywilizacji. Jest tutaj tylko jeden sklep z podstawowymi produktami i jeden bar z piwem i winem, a jedyne życie w postaci licznych straganów i barów znajduje się przy wejściu do jaskini. Do innych ośrodków miejskich i wiejskich, czy chociażby większego sklepu jest spory kawałek, możemy więc całkiem nieźle od tego wszystkiego odpocząć i się zrelaksować. Zakupy „jedzeniowe” zrobiliśmy przezornie wcześniej w Miszkolcu, więc na miejscu nie brakowało nam niczego. Aggtelek to fajne miejsce na wiejski relaks.