Archiwum kategorii: Węgry

Co zjeść na Węgrzech

Już niedługo rozpocznie się cieplejsza pora roku, razem z nieodzownymi w tej porze długimi weekendami. Ilość wyjazdów na Węgry znacznie się zwiększy, bo to świetna destynacja na krótki wypad, dlatego w końcu zajmę się tematem o którym mam sporo informacji, tylko zawsze brakuje mi czasu albo zdjęć by zrobić sensowny wpis.

W temacie jedzenia na Węgrzech istnieje całkiem przyzwoite wsparcie książkowe. Sporo na ten temat znajduje się w książce „Węgierskie smaki” którą napisał Robert Makłowicz. Jest to lektura całkiem w porządku, warto ją przeczytać albo chociaż przekartkować, jednak nie może się równać z mistrzowskim „Cafe Museum” tego samego autora. Lepiej najpierw przeczytać „Węgierskie smaki” a „Cafe Museum” zostawić sobie na koniec. W odwrotnej kolejności wyda się bowiem nudna i bardzo mało wyrazista.

Czego może nam brakować

Na początek muszę trochę ponarzekać. Uwielbiam węgierską kuchnię i nie mogę się doczekać kiedy będę mogła zjeść swoje ulubione dania. Jednak dwa dni po przyjeździe tutaj złorzeczę na czym świat stoi i najchętniej pojechałabym dalej, na Bałkany albo do Rumunii 🙂 gdzie łatwiej o mniej przetworzoną żywność. Jedzenie na Węgrzech jest dość problematyczne z dwóch a może nawet trzech powodów. Pierwszy powód to dominacja dań typu fast food, czego przykładem mogą być chociażby węgierskie kąpieliska. Co prawda z głodu w nich nie umrzemy, na ich terenie znajdują się budki w których można napić się kawy albo herbaty, zimnych napojów a także całej gamy alkoholi od wodnistego piwa po śliwowicę oraz zjeść…no właśnie, co? Problem w tym że większość tego typu lokali posiada metalowe korytko z fryturą i wszystkie dania jakie można w nich zamówić to albo fast food albo produkty smażone w głębokim tłuszczu. Innych opcji jedzeniowych nie ma, a w kąpielisku często przebywa się większą część dnia. Zwłaszcza w tych prowincjonalnych i mniej tłumnie odwiedzanych przez ludzi spoza Węgier nie ma do wyboru żadnej innej opcji. Epidemia fast foodu i smażeliny rozszerza się także na tanie przydrożne lokale i całkiem często serwują one tylko kebaby, hamburgery, kiepską pizzę i potrawy smażone w głębokim tłuszczu. Nie rozumiem namiętności Węgrów do jedzenia tego typu dań, zwłaszcza że osób bardzo otyłych widać sporo i czasami można poczuć się jak w USA. Zdarza się że jeśli jesteśmy późną porą na zupełnej prowincji i w miejscowości czynny jest tylko jeden lokal, okazuje się że zamiast serwować tradycyjne węgierskie dania można dostać tam jedynie fast food. W większych miastach na szczęście da się zazwyczaj znaleźć jakiś bardziej tradycyjny lokal w którym da się zjeść coś innego niż hamburgery.

Kolejnym powodem jest wszechobecność mięsa. Nie jestem wegetarianką, ale nie jem mięsa codziennie, a właściwie jem go coraz mniej. Staram się wybierać je świadomie. Unikać mięsa z masowej hodowli. Wolę kupić droższe mięso raz na jakiś czas niż codziennie jeść mięso nafaszerowane chemią. Zjeść coś bez mięsa na Węgrzech nie jest wcale taką prostą sprawą. Weganie mają jeszcze gorzej. Nawet jeśli danie składa się z warzyw to i tak często smażone jest na smalcu. Pewną opcją jest leczo, które faktycznie jest daniem bezmięsnym, ale ile można je jeść? Mimo tego że żar leje się z nieba i najchętniej zjadłabym jakieś warzywa w rodzaju na przykład bakłażana, jedyne co możemy zjeść na obiad to zawiesiste mięsne sosy, gulasze, rosoły (chociaż to i tak lepsze od ociekających fryturą dań smażonych). Dodatkowo jedzenie to jest bardzo mocno słone, to chyba ulubiona przyprawa (oprócz papryki). To bardzo ciekawe bo na leżących nieopodal Bałkanach mimo podobnego uwielbienia dla mięsa, można żywić się banicą, pysznymi sałatkami w rodzaju szopskiej, jogurtowym chłodnikiem, czy wspaniałym owczym nabiałem. Na Węgrzech jakoś te wszystkie opcje są niedostępne. W miarę pozytywnymi wiadomościami jeśli chodzi o mięso na Węgrzech jest szeroka dostępność produktów z gęsi oraz ze świń rasy mangalica, które nie znoszą masowej wysokowydajnej hodowli i muszą być hodowane „po staremu”.

Trzecim powodem dla którego jedzenie na Węgrzech trochę mnie męczy, jest wszechobecność białej oczyszczonej mąki. Przeciętny węgierski chleb, który możemy kupić w każdym sklepie, to biała, bardzo mocno wyrośnięta bułka o dość sztucznym i bardzo mało wyrazistym smaku. Zupełnie jakbyśmy jedli papier. W porównaniu do podobnych wyrobów bałkańskich czy tureckich smakuje zdecydowanie najgorzej. Dla osób które kiepsko znoszą produkty z białej oczyszczonej pszennej mąki alternatyw nie ma za wiele. Żytnie pieczywo na zakwasie w zasadzie nie występuje. Pełnoziarniste są tylko produkty „typu fitness” zakonserwowane i zapakowane w folię z długą datą przydatności do spożycia. W większych miastach da się znaleźć piekarnie w których da się zakupić przynajmniej jakieś pieczywo graham, na prowincji skazani jesteśmy tylko na wielkie nadmuchane buły. Jeśli wejdziemy do węgierskiego supermarketu to nie uświadczymy w nim praktycznie produktów pełnoziarnistych. Wszystkie makarony są białe, a płatki śniadaniowe to głównie te bezwartościowe kukurydziane. Musli jest produktem stosunkowo drogim i zagranicznym – niezbyt popularnym. Jeśli chcemy mieć ciemne pieczywo, bo pszennego jeść nie możemy to niestety musimy je ze sobą zabrać. Nie muszę chyba dodawać, że jak wszędzie na południu Europy chleb jest jedynym dodatkiem do większości dań jednogarnkowych – zawiesistych zup, gulaszów i bograczy.

Pörkölt

W naszym rozumieniu oznacza gulasz – słowo które na Węgrzech znaczy coś zupełnie innego, stąd wieczne językowe nieporozumienia. Kawałki mięsa duszone w zawiesistym sosie własnym lub z odrobiną wina i przecieru pomidorowego. Kluczową sprawą dla pörköltu jest początek jego przyrządzania – zeszklona na gęsim smalcu cebula, którą oprósza się sporą ilością słodkiej sproszkowanej papryki. Dzięki temu zabiegowi papryka karmelizuje się i nabiera głębszego odrobinę gorzkiego smaku. Trzeba robić to cierpliwie na małym ogniu żeby się nie spaliła bo będzie gorzka. Podobnie podgrzewa się przyprawy w przeróżnych rodzajach curry w Azji, zanim zacznie się właściwe przyrządzanie potrawy. Węgierski pörkölt może być zrobiony z wołowiny (marhapörkölt), wieprzowiny, baraniny, jagnięciny, dziczyzny oraz kurczaka (csirkepörkölt) czy też na przykład kaczych żołądków (kacsazúza pörkölt). Tradycyjnie powinno robić się go wiele godzin w wysoko powieszonym nad ogniskiem kociołku, gdzie potrawa dochodzi sobie spokojnie w niewysokiej temperaturze. Takie kociołki można zakupić w wielu miejscach na Węgrzech, nie jest więc to jakiś wymysł, niemniej jednak w większości restauracji robi się go po prostu w garnku. Jest to danie na ogół dobre, (chociaż lubi być przesolone) ale strasznie ciężkie. Co innego zjeść coś takiego w zimie kiedy przyjemnie nas rozgrzeje, co innego zaś jeść takie danie w lepkim upale. Nawet najbardziej schłodzone lokalne wino nie pomoże pozbyć się uczucia ciężkości, zwłaszcza że porcje pörköltu w przeciętnej węgierskiej restauracji nie należą do małych. Żeby nieco złagodzić skutki spożycia tak ciężkiej potrawy warto zamówić marynowaną paprykę jabłkową nadziewaną kiszoną kapustą lub inną sałatkę z kiszonymi lub marynowanymi warzywami. Pörkölt tradycyjnie podaje się z galuszkami – kluseczkami z luźnego ciasta z pszennej mąki i jajek przetartymi przez specjalne urządzenie do ich robienia, które przypomina sito o rzadkich okach. Posiadam je od niedawna, można je kupić na Słowacji, w Czechach i na Węgrzech. Ciekawymi wariantami węgierskiego gulaszu są te robione z przeróżnych podrobów: serc i żołądków.

hun_gulasz-wolowy_mahaporkolt_001.jpg

Gulasz wołowy w towarzystwie galuszek. Sałatka z marynowanych w occie winnym warzyw bardzo często występuje w zestawie z gulaszem.

A to uborka salata. Sałatka ze świeżego ogórka pokrojonego w super cienkie plasterki polane winnym octem estragonowym i posypane papryką.

Gulyásleves

Jeśli na Węgrzech łamaną polszczyzną poprosimy o gulasz to dostaniemy właśnie zupę gulaszową będącą odpowiednikiem zadomowionego w języku polskim słowa „bogracz”, czyli przeźroczystą ale treściwą zupę na bazie rosołu z kawałkami wołowiny lub wieprzowiny, marchewką, selerem, papryką, odrobiną pomidorów, ziemniakami, a czasem także galuszkami. Bardzo często doprawia się ją kminkiem.

Halászlé

Czyli zupa z ryb słodkowodnych z dodatkiem sproszkowanej papryki. Najczęściej używaną rybą jest karp (pontyhalászlé) istnieje też bardziej ekskluzywna, ale mniej wyrazista wersja z suma. To mój absolutny numer jeden na Węgrzech. Jeśli tylko jest dostępna, zazwyczaj to właśnie halászlé zamawiam najczęściej. Tak bardzo ją uwielbiam, że nawet nauczyłam się ją robić samodzielnie, jednak dzieje się to bardzo sporadycznie, ponieważ zajmuje bardzo dużo czasu. Jeszcze więcej czasu niż jej robienie, zajmuje doprowadzenie kuchni do wcześniejszego wyglądu. Bazą zupy są przetarte mniej reprezentacyjne części ryby (jakkolwiek mało apetycznie to zabrzmi) a więc głowy, płetwy czy kręgosłupy, które gotują się razem z korzeniowymi warzywami z których najważniejszy jest seler bo skutecznie usuwa mulisty zapach karpia. Następnie wszystkie miękkie części należy oddzielić od ości, zmiksować i przetrzeć przez sito. Zabawy jest z tym dobrych kilka godzin jeśli robimy duży garnek zupy i mamy do rozebrania na kawałeczki kilka rybich głów. Potem jeszcze przez kilka tygodni można znaleźć w kuchni drobne rybie resztki na przykład mało apetycznie przylepione do ekspresu do kawy czy kafelków. Do zupy dodaje się ostrą sproszkowaną paprykę i pomidory (byle nie w formie koncentratu), a na koniec wkłada karpia pokrojonego w dzwonka. Rybie wystarczy maksymalnie 20 minut gotowania na niewielkim ogniu, bo potem zaczyna się rozpadać. Jest to danie w miarę zjadliwe również w czasie upału i nie tak bardzo ciężkie jak mięsne potrawy. Minusem jest konieczność grzebania w talerzu i wyciągania łyżką stołową ości, bardzo rzadko się bowiem zdarza, że ryba wrzucana do zupy jest ich pozbawiona przez kucharza. Halászlé występuje w wielu mutacjach regionalnych czasami jest bardzo gęsta i intensywna a czasem lekka i świeża, ale prawie zawsze dość pikantna (jak na europejskie standardy). Na szczęście na Węgrzech ryby słodkowodne je się przez cały rok, nie tak jak w Polsce, kiedy to w grudniu następuje ich szalony wysyp, po czym przez cały rok nie da się ich kupić z wyjątkiem nielicznych supermarketów.

Ryby

W kraju który nie posiada dostępu do morza jeść możemy przede wszystkim te słodkowodne (nie będę przecież nikogo zachęcać do zamówienia sobie jakiegoś okropnego łososia z norweskiej hodowli). Prawie nigdy nie zamawiam w węgierskich jadłodajniach całych ryb na wagę, ponieważ mają one tutaj dość wygórowane ceny. W lokalach na Węgrzech jest przeważnie drożej niż w przeciętnej restauracji w Polsce, a już w ogóle ryby są tu jedną z najdroższych potraw. Chyba że sytuacja jest wyjątkowa i zjedzenie ryby jest lokalną atrakcją, jak ma to miejsce w Szilvásvárad w dolinie rzeki Szałajki, gdzie hoduje się ekologicznego pstrąga. Można o tym przeczytać tutaj. Tamtejsze pstrągi faktycznie są znacznie mniejsze niż te z supermarketu i posiadają dosyć wyrazisty smak. Oprócz pstrągów w kraju bardzo popularne są szczupak i karp. Większe ryby występują także w formie pokawałkowanej jako składniki rybnych paprykarzy i pörköltów. Karpia można czasami dostać także w szarym sosie. Problemy w tym, że takie potrawy występują straszliwie rzadko. Trafić na paprykarz z suma w przeciętnej przydrożnej losowo wybranej jadłodajni, w której zatrzymujemy się jeden jedyny raz po drodze z powodu głodu i zaraz jedziemy dalej, to jak wygrać los na loterii. Nie zdarza się to zbyt często. O wiele łatwiej karmić przecież klientów kotletem z kurczaka, frytkami czy wieprzowiną.

Langos

To placek z białej mąki i drożdży przypominający trochę wielkiego racucha albo wielkiego słonego i płaskiego pączka.  Potwornie ciężkostrawny, tłusty i kaloryczny, tani niezbyt wartościowy i gwarantujący stan permanentnego najedzenia do późnej nocy, nawet jeśli zjemy go przed południem. Czyste i puste kalorie. Taka trochę kulinarna pornografia. Może dlatego zbyt wiele się o nim nie pisze, tylko spowija zasłoną milczenia. Nie wiem na czym polega jego magia, ale mimo tego że zapach smażeliny budzi we mnie odrazę, to i tak za każdym razem podczas pobytu na Węgrzech muszę go zjeść. Najlepsza wersja to ta z serem żółtym, kwaśną śmietaną i czosnkiem (sajtos-tejfölös langos). Najdziwniejszego Langosza zjadłam raz w Tokaju, gdzie sprzedają wersję nazywającą się Magyaros z boczkiem i ogromną ilością ostrej fioletowej cebuli pokrojonej w duże kawałki. Kiedyś robiło się go ponoć z kawałka ciasta przeznaczonego do wypieku chleba – był takim chlebem na szybko pieczonym bezpośrednio nad płomieniem, jedzony tylko w dniu w którym wypiekano nowy chleb. Od słowa płomień wywodzi się jego nazwa. Danie to zrobiło fast foodową karierę. Sprzedają go w każdej budzie obok frytek, kebabu i hamburgerów. Tego typu pieczywo smażone w głębokim tłuszczu to znowu typowa rzecz dla Azji, zwłaszcza kuchni indyjskiej i jej rozmaitych placków smażonych w sklarowanym maśle.

hun_tiszafured_langos_001.jpg

Langos podawany jest bardzo często na kawałku papieru, je się go rękami.

Kiełbaski i kiełbasy

Warto na Węgrzech przejść się na jakąkolwiek halę targową. W całym kraju jest ich mnóstwo, a ta zabytkowa w Budapeszcie jest z nich wszystkich najsłynniejsza. Myślę że to wpływ Turcji i jej krytych bazarów sprawił, że większość handlu spożywczego odbywa się w halach zamiast na otwartym powietrzu. Na każdej takiej hali znajduje się przynajmniej kilka bufetów żeby sprzedawcy i klienci mogli się posilić. Prawie zawsze występuje wśród nich buda sprzedająca liczne węgierskie kiełbasy na ciepło, z pieczywem, musztardą z nieodłącznym towarzystwem kiszonych lub marynowanych sałatek. Oprócz kiełbasek różnego typu serwują one także pieczone golonki czy połówki kurczaka. Na takim stoisku zapoznamy się z kiełbasianymi produktami słynnymi na cały kraj w rodzaju kiełbasek debreczyńskich, czy surowych paprykowanych kiełbasek przypominających po ugotowaniu frankfurterki. Oprócz tego na takim stoisku zaopatrzymy się w nieprzetworzone jeszcze kiełbasy które możemy przyrządzić w domu. Najczęściej w tego typu bufetach nie ma nawet krzeseł tylko stoliki przeznaczone do zjedzenia potrawy na stojąco. Oprócz kiełbasek do przyrządzania na ciepło Na Węgrzech istnieje mnóstwo odmian salami i paprykowanych podsuszanych kiełbas wieprzowych o najróżniejszym stopniu wysuszenia i pikantności. Na uwagę zasługuje też wspaniała solona i wędzona słonina w wersji zwykłej i posypanej grubą warstwą czerwonej papryki – to prawdziwy delikates przeznaczony do jedzenia jako samodzielna przekąska, oraz ważny składnik wielu dań. Najdroższe są produkty z mangalicy. Żeby znaleźć jakiś kiełbasiany delikates najlepiej wybrać się do małego sklepiku jakiegoś lokalnego masarza. Ostatnio moim ulubionym stał się sklepik na rynku w Tiszafüred.

hun_tiszafured_sklep-miesny_001.jpg

Sklep w Tiszafüred z panem sprzedawcą mówiącym tylko po węgiersku.

hun_tiszafured_sklep-miesny_002.jpg

hun_salceson_001.jpg

A to mocno paprykowy i pikantny salceson. Wersja węgierska bardziej mi odpowiada niż wersja polska.

Lecso

Przyszła pora na coś bezmięsnego, (chociaż ponoć tradycyjnie smażonego na gęsim lub wieprzowym smalcu). Leczo to poszatkowana cebula, słodkie pomidory i biała delikatna rozpływająca się w ustach papryka  do której czasami dodaje się także ścięte jajko i posiłek przypomina nieco bułgarski miszmasz. Wszystkie warzywa dusi się tak długo aż zaczynają się rozpływać. Problem w tym, że nawet w sezonie letnim leczo dość trudno dostać. Nie jest to danie tak popularne jak gulasz czy najróżniejsze smażone kotlety które zjemy w każdej restauracji.

Palascinta

Czyli naleśniki, występują na Węgrzech głównie na słodko i są przez szanujących się Węgrów jedzone na deser na przykład po gargantuicznych ilościach mięsa.  Wyjątkiem od tej reguły jest Hortobágyi palacsinta z mięsnym farszem i sosem pomidorowo-paprykowym zabielonym śmietaną. Jest to bardzo fajna opcja na obiad wprawdzie z mięsem, ale jak na Węgry jest go w tym daniu na tyle mało, że może uchodzić niemal za danie wegetariańskie, 🙂 w porównaniu do innych potraw składających się głównie z mięsa. Naleśniki na słodko są całkiem zjadliwe, jeśli tylko nie zostały koszmarnie przesłodzone co się czasem zdarza. Jadłam parę razy węgierskie naleśniki domowej roboty i były lepsze niż w restauracjach, budach i cukierniach, ponieważ zawierały rozsądną ilość cukru. Często podaje się je z bitą śmietaną. Największym arystokratą wśród słodkich naleśników jest Gundel palacsinta z farszem z orzechów włoskich z rumem i rodzynkami. Naleśnikowy arystokrata ma tą wadę, że jest słodki jak ulepek i raczej przypomina produkt z cukierni niż danie „obiadowe”. Trochę mniej wypasioną opcją są naleśniki z makiem – to moja ulubiona wersja węgierskich naleśników. Opcją rodem z kulinarnej popkultury, która króluje w budach przy kąpieliskach są naleśniki posypane sproszkowanym słodzonym przetworzonym kakaem instant dla dzieci, które normalnie sypie się do mleka, żeby stworzyć zdrowy zdaniem producentów tego specyfiku napój mleczny dla dzieci. Kakao topi się od ciepła wydzielanego przez naleśnik i pokrywa go od wewnątrz lepką mazią. Być może trochę lepszą opcją jest zrobienie samemu takiego kakao poprzez utarcie go w moździerzu z cukrem ale nie zamierzam tego robić. Najbardziej odpowiada mi bowiem wersja naleśników makowych. Za każdym razem kiedy zamierzam je zrobić w Polsce gdy tęsknię za Węgrami stwierdzam, że nie chce mi się mielić maku i jeszcze nigdy nie udało mi się zrobić ich w domu.

Torty

Na Węgrzech cukiernie mają status szczególny. Przypominają bowiem o przeszłości tego kraju, który będąc przez pięćdziesiąt lat częścią Austro-Węgier zamiast być jak wcześniej częścią dzikiej Europy Wschodniej czy nawet Turcji, zaczął być bardziej zachodni niż wszyscy jego sąsiedzi razem wzięci. Cukiernie ze słodyczami z tej minionej epoki są traktowane ze swoistym pietyzmem. Odbywają się w nich na przykład rodzinne uroczystości, a w dni wolne stają się tłumnie obleganym miejscem spotkań. Receptury z czasów największej świetności imperium używane są do dnia dzisiejszego,  toteż możemy tutaj skosztować ciast, które wymyślono specjalnie dla zadowolenia podniebienia habsburskiego cesarza w XIX wieku. Następnie przepisy te weszły do obiegu masowego i stały się kanonem węgierskich wyrobów cukierniczych. Ich nazwy pochodzą często od nazwisk cukierników stąd mamy na przykład torty Dobosza i Sachera. Całkiem sympatycznym wypiekiem są także różnego rodzaju strudle,  najbardziej polecam te z makiem oraz wiśniami. Czasami można dostać je także w zwykłych piekarniach a nie tylko w cukierniach.

hun_tort-sachera_001.jpg

Tort sachera mocno czekoladowy z morelowym dżemem.

hun_tort-sachera_002.jpg

W tle mniej słynny tort makowy.

Papryka i Wino

Znajdują się w poście o zakupach na Węgrzech, który istnieje na stronie od jakiegoś czasu.

Palinka

Znajduje się we wpisie poświęconym owocowym destylatom Europy Wschodniej.

Co warto kupić na Węgrzech

Papryka pod wszelką postacią

Węgry standardowo kojarzą się nam z papryką, bo są jednym ze światowych potentatów jej produkcji. Najbardziej znanymi miejscami wytwarzania tej przyprawy są dwie miejscowości – Szeged i Kalocsa.  Papryka dotarła na Węgry z Turcji w XVI-XVII wieku i początkowo używana była jako roślina ozdobna. Od XIX wieku stała się dominującą przyprawą tej kuchni. Na uwagę zasługują zarówno odmiany kupowane na surowo, jak i suszone w całości, mielone i w formie rozmaitych past. Zacznijmy od surowej papryki  której wybór jest tutaj znaczny, nie tak jak w Polsce, gdzie przez większą część roku z wyjątkiem kilku miesięcy latem i jesienią, kupić możemy jedynie wodnistą i zawsze smakującą jednakowo paprykę z Holandii w trzech kolorach zielonym, żółtym  czerwonym, których smak praktycznie się od siebie nie różni. Żeby dostać inne odmiany trzeba pofatygować się do hipermarketu, ale nawet wtedy kupujemy jakiś zmęczony produkt przechowywany w chłodni nie wiadomo ile, w dodatku w mocno niekorzystnej cenie. Na Węgrzech w pierwszym lepszym sklepie mamy do wyboru co najmniej 5 różnych odmian. Moją najbardziej ukochaną jest banana chili, znana też pod nazwą hegyes erős paprika – średnio ostra, podłużna, koloru zielonego, czasem przechodzącego w żółty świetnie nadająca się do robienia przetworów. Kupuję ją na kilogramy i po powrocie z części robię przetwory, a część zamrażam w całości. Dodanie jednej albo dwóch surowych papryk do jakiegokolwiek curry znakomicie podnosi smak potrawy. Ta papryka jest magiczna, po podgrzaniu robi się bardziej ostra niż jak jest zimna. Mimo że często na surowo jest dość łagodna, po obróbce cieplnej kapsaicyna daje czasem mocno popalić, dlatego nie można dawać się zwieść jej niepozornemu smakowi kiedy jemy ją na surowo. Również ręce po jej krojeniu mogą zacząć nas piec z opóźnieniem, na przykład jak wsadzimy je do ciepłej wody. Bananowe chilli marynowane w occie winnym świetnie nadają się do pizzy, natomiast ocet z marynowania doprawi nam różne liściaste sałatki. U nas można kupić takie marynaty. Produkuje je na przykład firma „Rolnik” ale w zalewie z octu spirytusowego, dlatego lepiej zrobić je sobie samemu z lepszym octem, to rodzaj przetworów, który nigdy się nie psuje. Również przez prawie cały rok możemy tam kupić białą paprykę (u nas nazywa się ją papryką igołomską), która w Polsce jest w sklepach bardzo krótko od lipca do września. Taka papryka jest delikatnej budowy i łagodna w smaku. Znakomicie nadaje się do nadziewania, pieczenia i grillowania. Po obróbce cieplnej rozpada się i potrafi być niemal kremowa. Na Węgrzech robi się z niej słynne delikatne leczo. Oprócz tego mamy tam spory wybór papryk jabłkowych (almapaprika), które są znacznie bardziej gruboskórne. Te większe zazwyczaj są łagodne i bardzo słodkie, a małe  zwane cseresznyepaprika – pikantne, czasem nawet bardzo. Robi się z niej mój ukochany węgierski przetwór – paprykę nadziewaną kiszoną kapustą. Niestety ta komercyjna z marketu zalana jest octem spirytusowym. Lepsze da się znaleźć na targu, kupowane od starszych ludzi którzy sami ją kiszą. Wtedy nie jest pakowana w słoiki i zalana płynem, tylko leży sobie i mocno pachnie. Smak kapusty i ostrej papryki znakomicie do siebie pasuje, łączy się i uzupełnia.

Czas na suszoną paprykę. Możemy kupić ją tutaj suszoną w całości związaną w estetyczne wianuszki, jak również sproszkowaną. Ta w wianuszkach suszona w całości nie powinna długo wisieć nam w kuchni i pokrywać się kurzem. Chcąc jej użyć w celach spożywczych, po przyjeździe do domu lepiej przepakować ją do puszki lub słoika. Przed użyciem mielę ją w młynku elektrycznym (po otwarciu którego nie można przestać kichać), i używam do robienia kimchi, mieszając z azjatycką znacznie mocniejszą papryką. Kimchi zrobione z papryki wyłącznie węgierskiej byłoby jak na mój gust za mało ostre, a z samej azjatyckiej użytej w niezmniejszonej ilości tak ostre, że aż niejadalne. Zmielenie jej tuż przed użyciem sprawia, że nie ma szansy zwietrzeć.  Węgierskie odmiany mielonej papryki dzielą się na słodkie (édes), półsłodkie (felédes) i ostre (erős). Papryka może być także szlachetna (édesnemes), czy wyborna (csemege). Warto przywieźć sobie przynajmniej po kilkaset gramów ostrej i słodkiej, bo jak już zaczniemy takiej używać, przestawienie się na pakowane po 10 gramów torebeczki z mało smacznym i wyrazistym produktem polskich producentów przypraw będzie dość bolesne. Jak już zasmakujemy w  węgierskiej papryce, zawsze będziemy mieć powód żeby przejazdem wpaść tam chociaż raz do roku celem uzupełnienia zapasów.

hun_budapeszt_papryka_001

Suszona papryka w strączkach, jest ostra ale nie tak bardzo jak azjatyckie odmiany chilli.

tur_hatay_papryka_001.jpg

Zielona banana chilli, średnio ostra znakomicie nadająca się na pikle i marynaty.

hun_harkany_papryka_001.jpg

Słynna papryka z Kalocsy na bazarze w Harkány.

Na koniec pasty paprykowe. Na Węgry jeżdżę regularnie od wielu lat i mam szansę obserwować jak te same pasty w słoiczkach niegdyś gęste i ostre, robią się coraz słabsze, rzadsze, bardziej wodniste i zaczynają zawierać coraz więcej sztucznych wypełniaczy i podejrzanych dodatków. Dzieje się z nimi ta sama smutna rzecz co z polskim chrzanem. Dzisiaj znalezienie na sklepowej półce w Polsce chrzanu w słoiczku, bez całej listy dodatków w rodzaju błonnika z bambusa, to nie lada wyzwanie.  Dlatego pastę paprykową wolę kupić sobie w Turcji na jakimś pięknym bazarze, niż w węgierskim hipermarkecie.

Ocet winny i marynaty

Węgry to świetne miejsce do zakupienia dużych ilości octu winnego w sensownej cenie. Taki ocet przyda nam się do przetworów, znacznie zdrowszych i smaczniejszych niż te w occie spirytusowym, który w dużych ilościach jest dla człowieka trujący. Ocet winny na Węgrzech jest w powszechnym użyciu dlatego jest tani (nazywa się po prostu bor ecet) i możemy kupić sporo jego odmian smakowych. Dominuje ten z białego wina. Najbardziej charakterystyczną smakową odmianą węgierskiego octu jest ocet estragonowy (tárkonyos ecet). W węgierskiej kuchni służy do zakwaszania zup, czy doprawiania słynnej sałatki z ogórków zwanej uborka saláta.  Na bazarach można też kupić liście estragonu zalane winnym octem. Węgrzy kochają marynaty i kiszonki, które spożywane są z ciężkimi i tłustymi daniami mięsnymi dla odświeżenia smaku i w celu ułatwienia trawienia. Niestety te tanie i popularne robione są przy użyciu octu spirytusowego i dosładzane białym cukrem, więc nie jest to niestety żaden rarytas. Na węgierskich bazarach można kupić na spróbowanie pojedyncze sztuki marynowanych warzyw, które pełnią funkcję sałatki gdy zamawiamy grillowaną kiełbasę lub mięso. Marynuje się i kisi różne rodzaje papryki, cukinię, kalafiory, kapustę, ogórki. Przetwory tego typu mają różny stopień ostrości. Marynaty z małych papryk jabłkowych cseresznyepaprika mogą być na przykład bardzo ostre. Nie udało mi się do tej pory przywieźć produktów tego typu, które nie byłyby przemysłowymi produktami zalanymi octem i posłodzonymi białym cukrem.

hun_harkany_marynaty-na-bazarze_001.jpg

Różne rodzaje marynat na bazarze w Harkány.

rum_baia-mare_liscie-estragonu-w-zalewie-octowej_001.jpg

Liście estragonu (i lubczyku) w zalewie octowej. Zdjęcie z Rumunii, ale na Węgrzech też takie kupimy.

 Melony i arbuzy (w sezonie)

Będąc na Węgrzech w lecie, koniecznie trzeba spróbować węgierskich melonów i arbuzów. Wprawdzie ich uprawy są mocno wielkopowierzchniowe, więc nie należy się spodziewać, że będą to owoce bez jakiejkolwiek chemii, to jednak jest to lepsza opcja niż identyczne owoce z polskich supermarketów, które zanim do nas trafią to jeszcze poleżą trochę w chłodniach, gdzie stracą swój zapach. Najlepiej kupować je w małych zieleniakach, gdzie leżą w temperaturze pokojowej, lub bezpośrednio od rolników z przydrożnych kramów, bo wtedy mamy gwarancję, że owoce nie były zrywane na wpół zielone i nie przeleżały sporego czasu w chłodzie. I tak przecież nie jemy ich ze skórką. Nie wgłębiając się zbytnio w ich ekologiczność, warto nacieszyć się ich soczystością, słodyczą i zapachem. Należy kupować melony które mają wyraźny świeży zapach. Te miękkie i o zapachu lekko „mulącym” będą nadawały się do natychmiastowego zjedzenia, bo są już bardzo dojrzałe. Te które nie pachną wcale zazwyczaj są jeszcze lekko niedojrzałe i być może powinny poleżeć z tydzień, dwa w cieple zanim zostaną skonsumowane. Jeśli jesteśmy na Węgrzech samochodem spokojnie można przywieźć kilka – przeżyją 2-3 tygodnie w pokojowej temperaturze, tylko nie powinniśmy za bardzo ich obijać.

Wino

Nie da się w takim skrócie napisać wszystkich niezbędnych informacji na temat węgierskiego wina, bo jest to temat-rzeka. W samym Tokaju byłam 3 razy po kilka dni i uważam, że nadal jestem jeszcze nie w temacie jeśli chodzi o różne jego odmiany. Zresztą w ogóle winiarskich rejonów na Węgrzech odwiedziłam tylko cztery: Tokaj, Eger, Villanyi oraz bardzo pobieżnie okolice Balatonu. Liczba butelek wina przywiezionego przeze mnie z Węgier idzie w setki. Kupuję je w szerokim zakresie cenowym od równowartości  5 do 50 złotych, zarówno takie zlewane do plastikowej butelki, przeznaczone do szybkiej konsumpcji jak i puttonowego Tokaja Aszu, zarówno w marketach jak i w winnych piwniczkach. Kupowanie w markecie drastycznie różni się od kupowania wina bezpośrednio w piwniczce. W markecie mamy do wyboru niezliczoną ilość przeciętnych win, w piwniczce jest ich zazwyczaj kilka, ale często są to rzeczy bardzo oryginalne i unikatowe, nie spotkamy ich nigdzie indziej. Właściciel produkuje to samo niezliczoną ilość razy, zna swój produkt i poświęca mu dużo uwagi. Istnieje całe mnóstwo małych lokalnych winiarni sprzedających wino jedynie u siebie i dostarczające je do kilku sklepów w okolicy, gdzie właściciel własnoręcznie zlewa wino a następnie sam nakleja naklejki na butelki, bo właśnie ktoś zamówił kilkadziesiąt sztuk, niestety sytuacja takich winiarni robi się coraz gorsza. Czasy dla przeciętnych małych producentów wina na Węgrzech nastały wręcz fatalne. Interesy upadają jeden  po drugim  i albo ktoś inwestuje i przestawia się na większą produkcję, albo dokłada do interesu. W markecie nikt nie przykłada do wina szczególnej uwagi. Butelki segreguje się kolorystycznie – układa pod względem kolorów trunku, albo co gorsza etykietek, żeby ładnie wyglądało to na półce. Mam już to na tyle rozpracowane że nie zgubię się w przeciętnym węgierskim Tesco w dziale win krajowych, ale przyjemność kupowania wina w markecie nie umywa się do kupowania go w piwniczkach.

Najczęściej na przeciętnej butelce nie ma ani słowa w języku innym niż węgierski. Informacje o szczepie, jakości wina oraz jego smaku trzeba więc rozszyfrować, ale nie jest to wcale bardzo trudne. Tak więc mamy fehérbor (wino białe) rosébor (różowe) i vörösbor (czerwone), które mogą być száraz (wytrawne), félszáraz (półwytrawne), półsłodkie (felédes), albo słodkie (édes). Wino gatunkowe nazywa się minőségi i zazwyczaj jest droższe. W nazwie zazwyczaj mamy podaną nazwę szczepu na przykład Leányka,  Ottonel Muskotály, Hárslevelű, Olaszrizling, Chardonnay, Tramini, Furmint i wiele wiele innych dla win białych, albo Cabernet Sauvignon, Merlot, Cuvée, Kékfrankos, Menoire, Zweigelt, Pinot Noir (i wiele wiele innych) dla win czerwonych. Jeśli wino jest mieszanką kilku szczepów może mieć ustaloną nazwę jak na przykład Kadarka, albo Egri Bikawer.  Na butelce znajdują się też informacje na temat regionu z którego wino pochodzi. Regionów jest dwadzieścia kilka, jak widać na mapce poniżej, można w tym nieco zginąć. Węgierskie informacje turystyczne rozdają szczegółowe mapy regionów winiarskich.

hun_regiony-winiarskie_001.jpg

Regiony winiarskie Węgier mapka z Wikipedii (byłam w 21-22, 19-20, 15 i co nieco w 4)

hun_heviz_winogrono_001.jpg

Aby nabrać rozeznania jak który szczep na Węgrzech smakuje nie ma innego wyjścia, trzeba testować. Wymienione przeze mnie szczepy to absolutne podstawy, jest tego znacznie więcej. Żeby zacząć przygodę z węgierskimi winami, można na początek kupić wszystkie podstawowe występujące tu szczepy, żeby zobaczyć między nimi jakąś różnicę. Czasem z tego samego szczepu udaje się wyprodukować wino całkowicie wytrawne, czasem półwytrawne, a czasem nawet półsłodkie, więc to również jest dość płynne i w dużym stopniu zależy od lokalnych warunków glebowych i klimatycznych, pogody w danym roku i umiejętności winiarza oraz szczęścia.  Wcale nie będzie nas to kosztowało fortuny, bo na Węgrzech ceny wina są rozsądne i umiarkowane. Za pieniądze jakie wydamy w Polsce, tu zazwyczaj  kupimy coś lepszego, dlatego warto przywozić sobie z Węgier wino do codziennej konsumpcji. Tanie węgierskie wina również są bardzo sympatyczne. Za cenę poniżej 10 zł często kupimy całkiem sensowne butelkowane wino, które u nas z nieznanych przyczyn kosztuje kilkanaście. Czasami zdarzają się absolutne niewypały, ale na kupione przeze mnie setki, miało to miejsce może trzy razy.

Jak kupować wino w piwniczkach winnych? Jesteśmy w o tyle lepszej sytuacji, że wino które zamierzamy kupić możemy skosztować. Zazwyczaj piwniczki skomasowane są po kilka albo kilkanaście w niewielkiej odległości. Prawie zawsze chociaż w jednej z nich trafi się jakiś przesympatyczny człowiek o ogromnych chęciach wyedukowania nas na temat swojego i okolicznego wina, mający akurat czas i świetnie mówiący po angielsku, który opowie nam wszystko co chcemy wiedzieć, a nawet jeszcze więcej. W każdej winiarni sprzedawcy jeśli ich poprosimy, dadzą nam do spróbowania po odrobinie każdego wina, które mają na sprzedaż, zaczynając od wytrawnych a skończywszy na słodkich, tłumacząc nam przy okazji co pijemy. Jeśli któreś nam się podoba, odkłada nam je na bok. Oczywiście może się tak zdarzyć, że nic z danej winiarni nam nie smakuje i wyjdziemy z pustymi rękami, ale przeważnie taka dłuższa wizyta kończy się wyjściem z paroma butelkami. Tańsze wina rozlewa się do plastikowych butelek i zwłaszcza te słodsze trzeba wypić naprawdę szybko, bo w cieple zaczynają pracować i szybko zmieniają swój smak.  Dlatego w wina lepiej zaopatrywać się w drodze powrotnej do domu, żeby nic nam po drodze nie wybuchło. To wcale nie znaczy że nie są one dobre, po prostu wymagają stałej niskiej temperatury. Dlatego jeśli nie posiadamy chłodnej przez cały rok piwnicy, lepiej zwłaszcza latem nie kupować takiego wina więcej niż będziemy w stanie zużyć w krótkim czasie. Szkoda tylko, że podczas winnych zakupów nie jesteśmy w stanie spróbować na raz wielu gatunków, bo po prostu po kilku przestajemy czuć jakąkolwiek różnicę w smaku. Najgorzej pod tym względem jest chyba w Egerze, gdzie do degustacji w niewielkim odstępie czasu leją nam wszelkiej maści wina białe i czerwone. Najlepiej wybrać się na zakupy w kilka osób tak, żeby każdy nie musiał kosztować wszystkiego, bo albo trzeba robić to powoli i spędzić tam pół dnia, albo próbować tylko określone smaki wina, na przykład tylko wina wytrawne. To nieco lepsza strategia niż próbowanie wina wytrawnego niespełna pięć minut po słodkim. Wymieszanie ze sobą mnóstwa rozmaitych gatunków wina może skutkować zamętem w ciele i umyśle. Dlatego najlepiej mieszkać blisko winnych piwniczek i codziennie przez kilka dni próbować ich zasoby wieczorową porą, bo jednorazowe próbowanie wszystkich win z kilku piwniczek skutkuje w najlepszym wypadku bólem głowy.

hun_harkany_wino-z-villanyi_001.jpg

Wina w plastiku sprzedaje się zazwyczaj w nie mniejszej objętości niż jeden litr (a zazwyczaj przynajmniej półtora), dlatego żeby nie kupić czegoś dziwnego lepiej skosztować je przed zakupem. Czasem trafiają się na prawdę fajne i niepowtarzalne okazy. Absolutnie nie można obrażać się na tego typu wina bo to ogromna strata.

hun_heviz_winiarnia_001.jpg

Winiarnia w Heviz. Wino dostaje się  zawsze w małych i karłowatych kieliszkach , sprzedawane jest na decylitry.

hun_heviz_winiarnia_002.jpg

W tej winiarni w Heviz sprzedaje się je z dodatkiem wody sodowej z prawdziwego zabytkowego syfonu.

hun_keszthely-spritzer_001.jpg

W porze ciepłej nad Balatonem można napić się spritzera – wina z wodą sodową, odświeża smak i pomaga w upale.

hun_tokaj_najtanszy-tokaj_001.jpg

A to najtańszy Tokaj Furmint, za nic w świecie nie kupiłabym czegoś takiego w ciemno. Da się kupić dobre tanie Furminty o świeżym smaku, ale da się też kupić zupełnie okropne.

Garnki Rzymskie

Garnek rzymski to świetna rzecz dla ludzi lubiących prawdziwe jedzenie. Już po pierwszym pieczeniu zostałam jego wierną fanką. Są zdrowe i naturalne, nie mają żadnych szkodliwych powłok i nigdy się nie zepsują ani zużyją, no chyba że uda nam się go stłuc. Potrawy pieką się w nim równomiernie z każdej strony, bo taki garnek świetnie rozprowadza i długo trzyma ciepło. Jak tanio kupić garnek rzymski? Aby mieć taki sprzęt, wcale nie trzeba kupować go w Ikei albo Duka za minimum 200-300 złotych, wystarczy pojechać na Węgry i w przeciętnym Tesco kupić garnek Pataki Keramia (na stronie trzeba przeszukać dział Sütőtálak). Za równowartość 40-50 złotych możemy kupić nawet garnek 9 litrowy ciężki i o grubych długo trzymających ciepło ścianach. Przyznam skromnie, że taki właśnie garnek, szkliwiony od wewnątrz udało mi się kupić na przecenie w polskim Tesco za niespełna 30 złotych. Mieści się w nim ponad 4 kilogramowa gęś. Identyczne widziałam na Węgrzech w niemal każdym markecie. W Polsce garnki tej samej firmy sprzedawane są w internecie nie wiedzieć czemu o wiele drożej.

Różne inne rzeczy

Na uwagę zasługują też herbaty Pickwick, których nie ma w Polsce.  Są one niezłej jakości przypominają dostępne w Polsce herbaty Dilmah, ale sprzedawane są niestety tylko ekspresowe, a picie takich to w sumie żadna atrakcja. Koniecznie warto kupić też palinkę, ale jej wcześniej poświęciłam osobny wpis. Warto też skupić się na różnych rodzajach salami, niestety na Węgrzech prawie zawsze jestem latem i nie mam jak zabierać ze sobą wędlin, dlatego raczę się nimi na miejscu. Nie znam się na nich zbytnio, po prostu czytam skład i jeśli nie zawiera zbyt dużo podejrzanych dodatków kupuję kawałek. W porze ciepłej dość rzadko jem mięso, dlatego nie zgłębiam zbyt pilnie tego tematu. Warto spróbować także miększych kiełbas w rodzaju Gyulai Kolbász,  intensywnie przyprawionych papryką. Tak samo przyprawia się również słoninę. Tego typu produkty łatwiej nabyć w zimie i skosztować je na różnych bożonarodzeniowych straganach. Na każdej hali targowej znajdują się również działy mięsne, gdzie możemy skosztować produktów, ale bez jakiejkolwiek nadziei że czegokolwiek się o nich dowiemy. W markecie znowu, nie damy rady ich skosztować. Nie udało mi się na razie wymyślić jak sensownie zaopatrywać się w produkty kiełbasiane, by jednocześnie wiedzieć co się kupuje i móc skosztować ich przed kupnem.

Owoce zamknięte w butelce

Urodziłam się i mieszkam (z przerwami) na południowo-wschodnim krańcu Polski. Mimo (jak na mój gust) pewnej nijakości tego miejsca zawsze dało się tutaj odczuć atmosferę pogranicza. Sporo osób urodzonych w podobnych przygranicznych miejscach zadaje sobie pytanie: co by było gdybym urodził się (lub urodziła) sto kilometrów dalej na wschód i/lub na południe. Dla mnie oznacza to na przykład, że jeśli urodziłabym się sto kilometrów bardziej na południe żyłabym w kraju w którym tradycje produkowania wysokoprocentowych alkoholi są zgoła odmienne od naszych. W północnej części Europy do których w tym przypadku zalicza się także Polska na stołach królują wódki a więc destylaty z cukru, zboża i ziemniaków. Te przemysłowe tak bardzo mi nie smakują, że od bardzo dawna w czystej postaci żadnego nie piłam. Słaby ze mnie Polak, bo nie jestem w stanie się do tego przemóc. W południowej części Europy materiałem do ich tworzenia są owoce. Ta tradycja dużo bardziej mi odpowiada i w tej chwili nie wyobrażam sobie picia wysokoprocentowego alkoholu w czystej postaci innego niż taki. Nie twierdzę że znam się na palince i rakiji oraz jestem jej koneserem, po prostu zwracam na nią uwagę, będąc w którymś z krajów gdzie takie napoje się wytwarza i staram się w każdym z nich coś się na ten temat dowiedzieć, czegoś skosztować i coś kupić. Jest wprawdzie mały kawałek Polski, który pod tym względem przynależy już do Południa. To okolice Nowego Sącza gdzie od zawsze wytwarzało się owocowe destylaty a sztandarowym produktem tego regionu jest śliwowica łącka. Nasze państwo „tak bardzo” jednak ceni ten rodzaj swojego kulinarnego dziedzictwa, że jego pozafabryczne wytwarzanie w celach zarobkowych nadal jest nielegalne. Ba! nielegalne jest nawet jego wytwarzanie na własny użytek, ale na podstawie „umowy społecznej” jak twierdzi wikipedia, nie jest ścigane. Od 1957 roku Polmos w Bielsku-Białej wytwarza śliwowicę paschalną, początkowo pod nadzorem kongregacji żydowskiej (obecnie produkt nie jest już koszerny ale tak się nadal kojarzy). Całkiem niedawno jedynemu jak na razie przedsiębiorcy z tego regionu udało się uzyskać wszystkie niezbędne pozwolenia i rozpocząć legalną produkcję owocowych destylatów pod nazwą Tłocznia Maurera.

Słowacja

Już na Słowacji ten temat przedstawia się zgoła inaczej. Każdy słowacki (i czeski także) obywatel ma prawo legalnie wydestylować sobie 50 litrów alkoholu na własny użytek. Istnieje mnóstwo małych regionalnych gorzelni (wygooglamy je łatwo pod nazwą palenica, a po czesku palirna, niektóre strony mają nawet polską wersję językową), które można sobie wynająć na dni lub godziny, pod okiem profesjonalistów upłynnić dary lata i poczuć się prawdziwym alchemikiem. W kosztach ich wynajmu uwzględnione są już wszelkie opłaty związane z akcyzami. Można do destylarni przybyć z własnym zacierem, albo zakupić go na miejscu.

Przemysłowa produkcja tego typu  alkoholi także w tych krajach kwitnie. Półki sklepowe na Słowacji uginają się od śliwowic, gruszkówek i morelówek (oraz borovicki, ale chwilowo ją pomijam). Warto jednak pilnie studiować etykiety bo często są to napoje owocowe tylko z nazwy. Sporo o jakości produktu który kupujemy powie nam cena. Nazwa śliwowica jest zarezerwowana dla produktu wyprodukowanego ze śliwek i tani jak zwykła wódka on nigdy nie będzie, bo potrzeba wielu kilogramów owoców, żeby wyprodukować litr trunku. Zazwyczaj jest on więc kilkakrotnie droższy od przeciętnej wódki. Napoje o nazwie „slivka” będą połączeniem destylatu owocowego ze spirytusem. Chociaż w sklepach znajdą się i takie kwiatki jak butelka no name z logiem „R. Jelinek” i śliwkami na etykiecie zawierająca wyłącznie rozcieńczony spirytus i… śliwkowy aromat. Produkt nie mający nic wspólnego ze spuścizną Rudolfa Jelinka. Miałam nieprzyjemność spożyć raz taką w słowackiej knajpie i smakowała jak sztuczne perfumy. Chociaż istnieje także śliwowica tej firmy, jednak nie wczytywałam się w jej skład, bo po doświadczeniach z perfumowaną na śliwkowo wódką jakoś nie mam ochoty tego kupować, zwłaszcza że to straszliwa masówka. Jeśli na produkcie wyraźnie nie jest napisane śliwowica, nie spodziewajmy się że zawiera on więcej śliwki niż jest w śliwkowym aromacie. Natomiast cały czas mam w domu dwa słowackie produkty ze Spisza – Spisska Slivka i Hruska firmy Gurlex lub Nestville. To mieszanina destylatu owocowego ze zwykłym spirytusem, do butelki na ozdobę i dla smaku wrzucono także kawałek owoca. W przypadku Slivki (posiadającej znaczek regionalnego produktu) destylatu owocowego jest więcej niż spirytusu, a w przypadku Hruski mniej.  Woda używana do produkcji tych wódek pochodzi ze źródła mineralnego. Smakują nieźle, ale im dalej na południe tym produkty bardziej interesujące, więc to może być zakup na początek i na rozgrzewkę.

weg_nyiregyhaza_sliwki_001

Piękne śliwki w węgierskim sadzie.

Węgry

Im dalej na południe tym mniejsza szansa, że ktokolwiek wpadnie na pomysł dodawania zwykłego spirytusu do owocowego destylatu. Zmienia się też nazwa naszego produktu. Na Węgrzech króluje bowiem palinka – nazwa zarezerwowana dla produktów węgierskich i  austriackich (dokładnie chodzi o morelówkę z 4 prowincji Austrii). Palinkę piją na Węgrzech wszyscy zarówno emeryci jak i bananowa młodzież. Robią ją zarówno w domach na własną rękę bo tak jak na Słowacji dozwolone jest wyprodukowanie 50 litrów na pełnoletniego obywatela, o czym można poczytać sobie tu. Oprócz prywatnych domów, robią ją w małych destylarniach, oraz na skalę przemysłową. Pod koniec wakacji nawet zupełnie prowincjonalne węgierskie Tesco sprzedaje w sezonowej promocji sprzęt do destylacji tak jak u nas w tym czasie sprzedaje się słoiki, zakrętki i urządzenia do wyrobu soków. Aczkolwiek nie wiem czy warto kupować taki sprzęt w Tesco, bo to pewnie jakiś najgorszy w swojej klasie produkt, dlatego po początkowym entuzjazmie nie stałam się jego właścicielem.  Na Węgrzech kilkakrotnie częstowano mnie owocowymi palinkami domowej roboty, najczęściej zrobionymi z kilku różnych owoców. Najpopularniejsze są śliwki, morele, gruszki i winogrona oraz ich pozostałości po produkcji wina. Coś trzeba też zrobić z  winem, które z jakiś przyczyn niezbyt dobrze wyszło – najlepiej przedestylować je samo lub z dodatkami. Tutaj można przeczytać jak odbywa się taki proces w małej destylarni. Najlepsze są właśnie takie węgierskie produkty domowe, niszowe i niepowtarzalne. Natomiast dużej ilości sklepowych palinek nie miałam okazji kosztować, z tego powodu, że bardzo polubiłam jedną z nich i zawsze jak jestem na Węgrzech staram się uzupełnić jej zapasy jeśli jest taka potrzeba i jakoś nie mam czasu przetestować innych. Moją ulubioną sklepową węgierską palinką jest Agyas Palinka firmy Kecskeméti Likőripari. Agyas palinka leżakuje z owocami w środku. Jest nieco słodsza i bardziej owocowa od czystych palinek, bo znajdujące się w niej suszone owoce jeszcze dodają jej smaku. Myślę że to świetna palinka dla niewtajemniczonych, bo będzie smakowała zarówno kobietom jak i mężczyznom. W 2010 roku kiedy byliśmy zupełnie nie w temacie odnośnie węgierskiej palinki, polecił ją nam w Egerze pewien sprzedawca. Lubię ją do dzisiaj. Mimo że można ją kupić nawet w węgierskim Tesco, smakuje na prawdę nieźle, a jej smak zmienia się w czasie, w zależności od tego jak długo leżą w niej owoce i ile smaku zdążą oddać. Reasumując warto dać się poczęstować palinką niejednemu Węgrowi u którego będziemy nocować, bo prawie każdy ma jakiś interesujący domowy produkt. Tylko pewnie dogadać się w sprawie tego co pijemy i z czego zostało to zrobione oraz czy ewentualnie dałoby się to kupić, będzie bardzo ciężko. Warto też podczas wizyty na Węgrzech zaplanować odwiedziny w jakiejś małej wytwórni, bo Węgrzy chętnie pokazują turystom proces wytwarzania palinki wraz z jego prawidłową degustacją i sporo takich ofert można znaleźć w internecie.

weg_heviz_palinka_001

Stragan w Heviz sprzedający maleńkie buteleczki z palinką po bardzo wygórowanej cenie. Dobry obrazkowy słowniczek do uczenia się węgierskich nazw poszczególnych palinek.

Rumunia

Kolejnym krajem o silnych tradycjach robienia wódki z owoców jest Rumunia, gdzie nazwa naszego produktu się zmienia z palinki na palincę (tak przynajmniej nazywa się zarejestrowany produkt a i tak wszyscy mówią palinka). Najpopularniejsze są ze śliwek, moreli, jabłek i gruszek. Ma ona tutaj także status produktu regionalnego i robią ją w tym kraju chyba wszyscy obywatele dysponujący wolnym kątem i paroma drzewami owocowymi, jak standardowe przetwory na zimę. Z jej pokątną sprzedażą nikt się specjalnie nie kryje. Produkuje się jej i pije ogromne ilości. Plastikowe butelki pet skrywają nieraz trunki absolutnie wyśmienite i o porażającej wprost mocy. Posiadam dość drogą sklepową palincę rumuńską firmy Bran, oraz taką kupowaną z pominięciem systemu u gospodarza w Maramureszu jakieś cztery, pięć razy tańszą i znowu okazuje się, że na mój kobiecy gust o wiele lepsza jest ta chałupniczej produkcji. Za to porównanie rumuńskiej śliwowicy Bran do słowackiej Spisskiej Slivki całkowicie przemawia na korzyść tej pierwszej, która mimo że jest mocniejsza to delikatniejsza w smaku. W Rumunii zmienia się też naczynie z którego pijemy palinkę. Na Węgrzech według źródeł węgierskich i polskich traktujących o palince, powinny być to dość smukłe kieliszki w kształcie tulipana, by aromat alkoholu łatwo z nich nie uciekł (częstowano mnie nią zazwyczaj w normalnych kieliszkach na wódkę lub szklaneczkach „literatkach”). Kieliszkiem nie powinno się kręcić i gwałtownie poruszać. W Rumunii tradycyjnie pije się ją w małych flakonikach które nazywają się toi i tak podadzą nam palinkę w niejednej restauracji. Na wsi bezceremonialnie pije się ze zwykłych wódczanych kieliszków.  Takie same flakoniki miałam okazję używać też w Serbii, gdzie próbowałam z nich destylatu z pigwy (nazywanej po serbsku rakija od dunje), ale nie wyróżniał się niczym specjalnym i nie  podbił mojego serca tak jak napoje z moreli, gruszek czy śliwek.

Bałkany

W Bułgarii, Chorwacji i Serbii oraz w Bośni zamiast palinki mamy rakiję. W Bułgarii piłam na prawdę okropną i najprawdopodobniej zanieczyszczoną wódkę z winogron, po której tragicznie bolała mnie głowa i było to chyba jedyne nieprzyjemne doświadczenie z owocowymi destylatami. Nie dało się odmówić i trzeba było zacieśniać więzi polsko-bułgarskie oraz zdobywać wiedzę o kulturze kulinarnej, ale było to bardzo traumatyczne przeżycie. W Chorwacji byłam tak krótko, że nie zdążyłam zapoznać się z produktami tego typu. W Bośni widziałam tylko jak mężczyźni na pikniku w miejscowości Jajce nie zważając na bardzo zgorszonych wycieczkowiczów z Arabii Saudyjskiej, ochoczo upijali się przeźroczystym trunkiem siedząc przy długich stołach i śpiewając na głosy. Natomiast w Serbii po pierwsze w Sremskich Karlovci przypadkiem wylądowaliśmy na kwaterze u regionalnego mistrza rakiji, (u którego w końcu nie kupiliśmy niczego, gdyż bagażnik naszego samochodu pękał w szwach i martwiliśmy się czy na pewno uda nam się wjechać do Unii Europejskiej z tak licznymi zakupami).  Po drugie robiliśmy zakupy w monastyrach Fruskiej Góry, gdzie zaopatrzyliśmy się w rakijowe specjały oraz degustowaliśmy je w restauracjach. To piękne, że w prawosławnych klasztorach Fruskiej Góry możemy po naprawdę przystępnych cenach nabyć nie tylko miód i produkty lecznicze, ale także bardzo mocne owocowe destylaty.

Po Węgrzech i Słowacji, szokiem mogą być ceny serbskiej rakiji i rumuńskiej palinki, kupowanej u „niezbyt formalnych” wytwórców. Jest o wiele taniej. W zasadzie w cenie 0,7 l produktów rumuńskich i serbskich kupimy w Polsce jakieś wino ze średniej półki, bo to wydatek rzędu dwudziestu, trzydziestu złotych. Na Słowacji sklepowa śliwowica czy gruszkówka to produkt nieco ekskluzywny i nigdy nie będzie on tak tani i popularny jak przemysłowe destylaty ze zboża i ziemniaków. Na Węgrzech palinka także jest stosunkowo droga i uważana za lepszy trunek od wódki. W Serbii i Rumunii w zasadzie nie pije się zwykłej wódki, która jest bardzo tania i kiepskiej jakości, palinka jest bowiem napojem codziennym, pita dla zdrowotności najlepiej już z rana, co często praktykują ludzie starsi. W Sremskich Karłowicach co dzień rano zachodziłam na kawę do knajpy, do której starsi mężczyźni albo wpadali w pośpiechu śpiesząc się do rannych obowiązków, albo będąc na emeryturze nie śpieszyli się nigdzie i dyskutowali nad gazetą. Tylko ja piłam w niej kawę jak jakiś kosmita. Wszyscy inni o poranku pili rakiję.

palinki_i_rakije_001

A to moje pomoce naukowe (prezentuję tylko te „obrandowane” w oryginalnych butelkach).

Eger 2010

Do Egeru jedziemy na czerwcowy długi weekend. Planujemy także pojeździć po okolicy, odwiedzić góry Bukk i węgierskie Pammukale – Egerszalok. Pierwszego dnia gdy przybywamy do Egeru niebo zasnuwa się chmurami. Robię jeszcze kilka słonecznych zdjęć i zaczyna padać deszcz. Przez pięć dni leje w zasadzie bez przerwy.  Dopiero ostatniego dnia deszcz ustaje, a na Węgrzech jest już regularna powódź, która znacznie pokrzyżuje nam plany powrotu. Mieszkamy na kwaterze u starszej kobiety, która ma duży dom do dyspozycji gości i jesteśmy w nim sami. Jest bardzo sympatyczna tylko że mówi wyłącznie po węgiersku, a mówi w czasie całego naszego pobytu dość często. W końcu na weekend przyjeżdża jej syn który włada angielskim i możemy wymienić uprzejmości. Kwatera jest bardzo wypasiona i w korzystnej cenie, ale ma jedną wadę. Daleko od niej do Doliny Pięknej Pani (Szépasszonyvölgy) w której mieści się główny cel wyjazdów do Egeru a mianowicie winne piwniczki. Jako że i tak pada, idziemy tam już pierwszego popołudnia i wracamy w rzęsistym deszczu całkowicie pokonani przez winne uroki doliny. Wpadamy w ręce sprzedawców wina, którzy częstują nas na próbę tym a za chwilę tamtym, w wyniku tego bezsensownie mieszamy ze sobą różne gatunki wina i czujemy się tym wszystkim zdecydowanie zmęczeni. Win, które można spróbować w Egerze jest sporo i to zarówno czerwonych jak i białych. Wybór czerwonych jest większy: od Kekfrankosa, poprzez Egri Bikawer – wytrawną mieszankę Kekfrankosa z innymi szczepami np. Merlotem, Pinot Noir, Zweigeltem czy Portugiserem, po wina jednoodmianowe z tych właśnie szczepów, po słodką mieszankę win nazywaną Medina. Wina białe cieszą się mniejszą estymą niż wina  z Tokaju możemy wśród nich spotkać Olaszrieslinga, Leanykę, Chardonnay. Najważniejszym produktem jest jednak wino Egri Bikawer. Ma ono także wydźwięk patriotyczny, bo przypomina bohaterską obronę egerskiego zamku przed Turkami w roku 1552. W zamku kończyły się zapasy wody i jego załoga żeby przetrwać musiała pić wino dzięki czemu nabrała większej odwagi do walki z najeźdźcą. Turcy wpadli w panikę, gdy dowiedzieli się, że załoga zamku pije przed bitwą byczą krew (uważaną w islamie za nieczystą). Egerski zamek pozostał niezdobyty przez następne kilkadziesiąt lat. 

hun_eger_panorama_001

To jedno z ostatnich zdjęć pierwszego dnia pobytu w Egerze. Chmury już idą.

hun_eger_pociag_001
hun_eger_bazylika_001

Egerska bazylika.

 Win jest ogromny wybór, ich jakość przeróżna ale ceny egerskiego wina kupowanego na litry i nalewanego do plastikowych butelek, są jednymi z najniższych na Węgrzech. Zachodnie rejony winiarskie, w których klientami są przede wszystkim Austriacy czy Niemcy, takie jak Villanyi, czy okolice Balatonu, mają ceny zdecydowanie wyższe. Tutaj głównymi zagranicznymi klientami są Polacy. Winiarstwo chyba nie jest super dochodowym biznesem bo wiele piwnic jest zamkniętych i wystawionych na sprzedaż. To też dość nieprzewidywalne zajęcie. Odwiedzamy na przykład jedną piwniczkę, w której nie ma klientów, a zrezygnowany właściciel daje nam wino w którym zdecydowanie przeważa nuta kiszonych ogórków – w tym roku coś zdecydowanie mu nie wyszło. Niektóre piwnice są nowocześnie zrewitalizowane i przypominają modne miejskie puby, a ich właściciele biegle mówią po angielsku. Inne wyglądają jak relikty poprzedniego ustroju i porozmawiamy w nich sobie z właścicielami piwnic wyłącznie po węgiersku. Wino sprzedawane w kieliszkach na decylitry jest ekstremalnie tanie, spotykamy na przykład chwiejących się na nogach węgierskich żołnierzy na przepustce, którzy dźwigają zapasy w plastikowych butelkach i za ostatnie drobne „na drogę” kupują kolejne kieliszki wina. Obok doliny znajdują się csardy – restauracje z tradycyjnymi węgierskimi daniami można zjeść na przykład Halászlé. 

Zamiast jeździć po okolicy włóczymy się po Egerze a w Dolinie Pięknej Pani jesteśmy kilka razy. Cały czas czekamy aż przestanie padać i przekładamy wyjazd po okolicy na kolejne dni. Odwiedzamy między innymi zamek słynący z heroicznej obrony przed Turkami. Niestety w tym samym czasie przeżywa on najazd szkolnych wycieczek.  Oglądamy też Egerskie podziemia w których kiedyś składowano ogromne ilości wina. Cały bowiem Eger leży na skale tufowej w której bardzo dobrze się drąży i która świetnie trzyma stałą temperaturę przez cały rok. I być może składowano by w nich wino po dzień dzisiejszy, gdyby nie to, że za czasów poprzedniego ustroju celem ulepszenia wszystkiego, piwnice wyłożono betonem i woda nie miała jak przez nie przesiąkać. Ściany piwnic pokryły się pleśnią i już nie nadają się do użytku. Podziemny labirynt rozciąga się na bardzo dużym obszarze, część piwnic jest całkowicie zatopiona. Ze względu na budowę geologiczną w Egerze praktycznie nie ma wysokich budowli, jedynie na obrzeżach miasteczka za czasów komunizmu udało się postawić parę dziesięciopiętrowych bloków z wielkiej płyty, które bardzo szpecą panoramę miasta.

hun_eger_piwnice_001

Egerskie podziemia w centrum miasta w których już nie składuje się wina.

hun_eger_piwnice_002

W końcu przedostatniego dnia w rzęsistych opadach deszczu wybieramy się na wycieczkę do leżącej w Górach Bukowych miejscowości Szilvásvárad gdzie znajduje się Dolina rzeki Szałajki, otoczona lasami z małymi wodospadami i czynną w sezonie letnim kolejką wąskotorową oraz stawy gdzie hoduje się ekologicznego pstrąga. Wzdłuż Szałajki znajduje się dużo rybnych restauracji. Padać przestaje tylko na krótkie momenty. To chyba jakiś sezon na wycieczki szkolne bo nie zważając na ulewę mijają nas tłumy dzieci.

hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_001

Dolina Szałajki w Górach Bukowych.

hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_004

W Dolinie Szałajki znajduje się też jaskinia w której znaleziono ślady bytowania człowieka w epoce paleolitu.

hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_002 hun_szilwaswarad_dolina-szalajki_003

Ostatniego dnia w końcu przestaje padać i robi się upał. Wychodzimy więc na minaret, żeby z wysokości zrobić zdjęcia Egeru oraz idziemy do egerskiego kąpieliska, żeby trochę się wygrzać. Egerski minaret to najbardziej na północ wysunięty turecka pozostałość w Europie. Jest u góry zwieńczony krzyżem zamiast półksiężycem i udostępniony do zwiedzania, można więc na niego wyjść po 97 stromych, krętych, niewygodnych, schodach. Jest tak wąsko, że dwie osoby nie mogą się na nich minąć. Wiele minaretów w Turcji jest znacznie wyższych, tym większy podziw bierze dla muezinów, którzy w czasach kiedy nie było prądu i głośników zamocowanych na minaretach jak ma to miejsce obecnie, musieli pięć razy dziennie po tych schodach się wspinać.

hun_eger_zamek_001

Egerski zamek.

hun_eger_ulica_001 hun_eger_panorama_002

hun_eger_panorama_003 hun_eger_minaret_001

Egerskie kąpielisko nie wyróżnia się niczym szczególnym no może z wyjątkiem wody która jest lekko radioaktywna. Można w nim zregenerować swoje siły przed kolejnym wieczorem spędzonym w winnych piwniczkach. Zresztą w przybasenowych budkach z małą gastronomią wybór wina jest tak duży, że w zasadzie żeby wszystkiego popróbować nie trzeba wybierać się do Doliny.

Pięć dni nieustannie padającego deszczu powoduje że mamy problem z powrotem do Polski. Po kolei wszystkie węgierskie drogi graniczące ze Słowacją są zamykane, a my jedziemy coraz dalej na zachód na kolejnych możliwych przejściach dowiadując się że dalej nie możemy jechać. Dlatego z Egeru wracamy cały dzień i zwiedzamy spory kawałek Słowacji.

Budapeszt 2008

Budapeszt jest dla mnie obok Pragi jedyną stolicą z prawdziwego zdarzenia, w państwach bloku wschodniego.  Pozostałe, mimo tego że z różnych przyczyn na prawdę lubię niektóre z nich, nie dorastają im do pięt. Nie mam pojęcia jak udało się Budapesztowi stać się tak udanym miastem, co pomimo starań zupełnie nie udaje się na przykład Warszawie, mimo że oba miasta znajdowały się  pod zaborami (co prawda pod innymi), bardzo mocno ucierpiały podczas ostatniej wojny, doświadczyły blasków i cieni epoki komunizmu. Budapesztowi bliżej do Pragi i Wiednia, a dzika Warszawa to mniej wyrazista wersja Moskwy czy Kijowa.  Komunizm zaszkodził stolicy Węgier dużo mniej niż naszej i ówczesna brzydota nie rozlała się po nim tak szerokim strumieniem. Również lat po upadku reżimu nie zmarnowano i nie zniszczono w chaosie przemian początkującego kapitalizmu tego, co w mieście najlepsze. Mimo dość monumentalnej, czasami nawet przytłaczającej architektury, w Budapeszcie dominuje klimat niezobowiązującego luzu – być może miasto zawdzięcza to swoim walorom uzdrowiskowym. Przyjeżdża się do niego by spełnić przeróżne hedonistyczne zachcianki: pójść do cukierni, potem do jednej z licznych winiarni, no i jeszcze poleżeć na trawie na wyspie Sziget. Amatorzy nocnego życia będą mieli tu naprawdę ogromne możliwości, a spożyty na drugi dzień obowiązkowo niezdrowy i tłusty posiłek z czerwonego mięsa i sporej ilości papryki każdego postawi na nogi. Jeśli nawet to nie pomoże, kąpiel w leczniczych mineralnych wodach sprawi, że z pewnością poczujemy się kilkadziesiąt lat młodsi i dalej będziemy mogli w pełni korzystać uroków miasta.

hun_budapeszt_dworzec-keleti_001 hun_budapeszt_most_001 hun_budapeszt_lody_001

hun_budapeszt_hala-targowa_001 hun_budapeszt_katedra_001 hun_budapeszt_automat_001 hun_budapeszt_noca_001
hun_budapeszt_papryka_002 hun_budapeszt_papryka_001