Archiwum kategorii: Indonezja

Kopi

Co to jest kopi? To specyficzny, aksamitny w smaku sposób przyrządzania i obróbki ziaren kawy, pitej w południowo-wschodniej Azji od południowej Tajlandii, poprzez kontynentalną Malezję, Singapur, aż po Indonezję. Cały jej sekret polega na prażeniu częściowo rozdrobnionych ziaren kawy z dodatkiem cukru trzcinowego (Tajlandia) albo margaryny palmowej (Malezja), albo obu dodatków na raz (Malezja, Singapur, Indonezja). Podczas prażenia cukier częściowo się karmelizuje. Dzięki temu zaparzona kawa ma smolisty kolor i jest jednocześnie mocna i bardzo delikatna w smaku. Z kolei prażenie kawy z dodatkiem samej margaryny powoduje lekkie wybielenie ziarenek i kawa powstała w wyniku takiego zabiegu nazywa się „white coffee”. W tym jedynym przypadku nie oznacza to kawy z mlekiem, a jedynie jaśniejszy kolor uprażonych ziaren. W obydwu przypadkach częściowo zmielone ziarna zalewa się wrzątkiem i przesącza przez materiałowe sitko zwane pieszczotliwie „skarpetką”. Najsłynniejszymi napojami tego rodzaju są „Kopi O” – kawa prażona z dodatkiem cukru i margaryny oraz „Ipoh White Coffee” – niesamowicie delikatna w smaku kawa prażona tylko z dodatkiem margaryny. Oczywiście słowo margaryna mimo wszystko nie ma tu tak nieprzyjemnego znaczenia jak ta z Polski dodawana do tanich wypieków. Zapach margaryny palmowej jest nieco inny i w pewien sposób pasuje do zapachu kawy. Kopi podaje się zazwyczaj z bardzo słodkim mlekiem skondensowanym z puszki. Może być pita zarówno na zimno z dodatkiem lodu (wtedy dostaje się ją w woreczku z lodem i rurką) jak i na ciepło. Słodkość kopi bardzo zależy od miejsca w którym ją pijemy. W lokalu prowadzonym przez Chińczyków zazwyczaj będzie mniej upiornie słodka niż w przeciętnym lokalu nasi kandar. Ten sposób obróbki ziaren kawy wynaleźli chińscy emigranci, którzy przybyli na te teren Malezji i Singapuru panowania Brytyjczyków. Wiele malezyjskich miast (Georgetown, Ipoh czy Melaka) oraz Singapur promują się jako miejsce wynalezienia kopi. Ponoć najbardziej wiarygodna jest wersja, że „white coffee” wymyślona została przez chińczyków z Ipoh i to im należy się pierwszeństwo. Z kopi związana jest cała kultura barów kawowych – kopi tiam, występujących w Malezji i Singapurze oraz na południu Tajlandii, prowadzonych głównie przez Chińczyków, oraz czasami muzułmańskich emigrantów z Indii. Najbardziej charakterystyczne wyposażenie takich barów to okrągłe stoliki z marmurowym blatem. Kawiarnie zazwyczaj czynne są od rana i nie są typowymi lokalami jakie kojarzyć nam się mogą z tą nazwą. W chińskiej kawiarni w Malezji zamiast ciastek tortów i innych słodyczy, zjemy na przykład śniadanie w postaci smażonego ryżu z różnymi dodatkami, albo zupę z wkładem mięsnym. To normalne, że oprócz tego, że w powietrzu czuć zapach kawy, pachnie też przy okazji czosnkiem, imbirem, chili czy lekko spalonym olejem. Czasem w takiej kawiarni sprzedaje się także słodkie wypieki najbardziej typowe z nich to ciastka nadziewane słodką masą z fasoli, która przy odrobinie szczęścia do złudzenia przypomina czekoladę. Wypieki te są zazwyczaj dość suche i szczelnie zapakowane, żeby przetrwały dłużej w gorącym i wilgotnym klimacie. Rodzajów kopi sprzedawanych w kopi tiam jest sporo – jak w tym nie zginąć – można poczytać na przykład tutaj.

mal_penang_ciastka_001.jpg

W przeciętnej chińskiej kawiarni nie zjemy ciastek w europejskim tego słowa znaczeniu, tylko na przykład takie dość mocno twarde wypieki z farszem z fasoli w środku. Czasami fasola przypomina czekoladę, czasem zaś niczego znanego wcześniej nie przypomina ;).

tai_trang_kopi_001.jpg

Typowe chińskie kawiarnie znajdziemy także na południu Tajlandii. Na zdjęciu pani robi kopi w kawiarni w Trang, (która oprócz kawy słynie ze zdrowotnej zupy z lokalnymi ziołami).

Po mniej więcej tygodniu picia tylko i wyłącznie kopi w malezyjskich jadłodajniach wszelkiej maści, zaczynam mieć jej dość i tęsknić do kawy z ekspresu ciśnieniowego albo tygielka, bo mimo wszystko smakuje ona mocno odmiennie od typowych europejskich kawowych przyzwyczajeń. Pijąc kawę w normalnych ulicznych lokalach jedzeniowych (a nie w drogim, nudnym i pretensjonalnym Starbucksie) nie spotkamy tu jednak kawy innej niż taka. Nieco mniej egzotycznie i bardziej po drodze z europejskim pojęciem tego co dobre, smakuje „white coffee” ale coraz częściej jest ona zastępowana przez produkty instant ze sztucznym mlekiem i cukrem, które niestety nijak się mają do interesującego kawowego dziedzictwa chińczyków.  W Ipoh mieliśmy olbrzymi problem, by zakupić  prawdziwą white coffee w ziarnach. Produkujący ją Chińczycy masowo przerzucili się bowiem na instant white coffee, porzucając swoją XIX wieczną tradycję. Tłumaczyli nam, że przecież tak jest wygodniej, nie trzeba dodawać mleka ani cukru, oraz użerać się z przecedzaniem. Zupełnie nie rozumieli o co może nam chodzić jeśli prosiliśmy o kawę nie przetworzoną w foliowe saszetki 3 w 1. Kawę taką udało się znaleźć dopiero na Penangu i to w bardzo wysokiej cenie. Widocznie prawdziwe ziarna white coffee stają się elitarnym towarem, a przeciętny obywatel zadowoli się produktem instant.

kawa_kopi_002.jpg

Kopi O w saszetkach, bez żadnych dodatków. W środku znajduje się ekspresowa torebka z kopi.

Supermarketowe półki w Malezji uginają się od rozmaitych kawowych kombinacji, są to głównie produkty instant. Wzięło się to pewnie stąd, że porcje kawy muszą być szczelnie pakowane w saszetkach. Kopi chłonie wodę i w wilgoci krótkim czasie zamieni się nam w bryłkę. Skoro więc można sobie ułatwić życie, czemu nie zrobić tego jeszcze bardziej – stąd prosta droga do kaw 3 w 1 i innych okropieństw. Za pierwszym razem w Malezji udało się nam zupełnie przypadkiem kupić saszetkowane Kopi-O bez dodatku cukru i mleka w proszku, za drugim razem okazało się, że kopi bez tych dodatków dość trudno znaleźć i stanowi ono zdecydowaną mniejszość. Gdybym napiła się typowego kopi instant, z pewnością przeszłaby mi ochota na jakiekolwiek kawowe zakupy. Większość kaw występuje niestety właśnie w takiej formie wzbogacone o przeróżne dodatki w rodzaju kopi tongkat ali (rośliny zwanej parasolem Alego, czyli Eurycoma longifolia – znanym i bardzo popularnym lekiem lokalnej medycyny uważanym także za męski afrodyzjak), kopi o smaku durianowym, czy też w wersji dla kobiet w różowych opakowaniach z dodatkiem kacip fatimah (kolejnej bardzo ważnej lokalnej rośliny Labisia pumila szczególnie korzystnej dla kobiet, zwłaszcza tych w niedalekiej przyszłości spodziewających się dziecka). Pominęliśmy te kawowe rewelacje kupując kopi na wagę pakowane w półkilogramowe plastikowe worki. Do odcedzania wystarczy dość gęste sitko, dlatego nie nabyliśmy żadnych dodatkowych utensyliów w postaci trójkątnej materiałowej skarpetki. Takiej kawy trzeba było się jednak dość długo szukać i pójść do sklepów w których zaopatrują się właściciele jadłodajni, może nie tak ładnych i nie zawsze klimatyzowanych, za to z mniej przetworzonymi towarami w większych opakowaniach.

kawa_kopi_001

Kopi bez saszetek, i innych cywilizacyjnych ulepszeń.

Surabaya 2012

Do Surabayi pojechaliśmy tylko dlatego, że mieliśmy stamtąd powrotny samolot do Malezji.  Okazała się miastem dość ciekawym, ale jednocześnie ciężkim do życia. To drugie co do wielkości miasto całej Indonezji liczące ponad 3 miliony mieszkańców i w miarę bogate. Galerie handlowe są tu tak ogromne, nowoczesne i pełne przepychu jak w każdej dużej azjatyckiej metropolii. Dla tego kraju, z wyjątkiem stolicy i typowo turystycznych destynacji, to całkowicie niespotykane. Zamiast w galeriach handlowych, zakupów żywności dokonuje się tu na bazarach, a ubrań w małych sklepach albo w centrach złożonych z mnóstwa maleńkich zakratowanych boksów. W Surabai musi być na takie sklepy dostatecznie majętna klientela bo  centrów handlowych jest strasznie dużo. Można chodzić po nich cały dzień przechodząc z jednego do drugiego i wcale nie wychodzić na zewnątrz. W sklepach spożywczych takich centrów, kupimy za olbrzymie pieniądze europejskie wina, sery, kaszę gryczaną, czy pesto.

ind_surabaya_galeria-handlowa_001.jpg

Taki widok jest niezbyt typowy dla Indonezji, gdzie tego typu „dobra” to nowość.

Dostępna jest też większość światowych marek odzieżowych za pieniądze dla zwykłych mieszkańców Indonezji ekstremalne.  Potęgę ekonomiczną miasta widać jeszcze w sposobie poruszania się po nim. Wszyscy tutaj jeżdżą na motorach, co z tego, że najczęściej strasznie tandetnych, praktycznie nikt nie porusza się pieszo. To nie Solo, gdzie przeważają rowerowe riksze. Chodząc po tym mieście jesteśmy na chodnikach w zasadzie sami, jeśli ktokolwiek oprócz nas po nich idzie, to pokonuje tylko na prawdę krótkie odcinki, w dodatku nie jest to zbyt bezpieczne. Nie zważając na wysokie krawężniki obok nas żeby ominąć nieustanne korki, śmigają motory, nieraz z pełną prędkością, co jest mocno irytujące. Przejścia dla pieszych szczelnie zastawiają samochody i motory, a ludzie chcący przejść muszą skakać przez motocyklowe siodełka i rury wydechowe. Tak chyba za kilka lub kilkadziesiąt lat będzie wyglądała cała Indonezja a nie tylko jej najbogatsze miasta. Dzięki temu Surabaya jest tak zanurzona w smogu, że w zasadzie nie da się po niej chodzić, tylko albo wziąć taksówkę, albo wypożyczyć motor i dołączyć do setek tysięcy innych kierowców. Inaczej  po kilku godzinach nie będziemy mieli zbytnio czym oddychać. Benzyna musi być tutaj bardzo słabo oczyszczona, ludzie jeżdżą w maskach, kaskach i szczelnie opatuleni, bo po paru chwilach goła skóra robi się coraz brudniejsza od spalin. W takiej oto pięknej scenerii szukamy w mieście noclegu. Jako, że nie chce nam się szukać zbyt długo, bo warunki niezbyt sprzyjają, zatrzymujemy się w hotelu Paviljoen. To dość znane miejsce w Surabayi. Dobrze zachowana kolonialna willa z roku 1917 z dużym dobrze utrzymanym ogrodem. Wszędzie w internecie można przeczytać narzekania, że pokoje są urządzone dość spartańsko. Za to można sprawdzić na własnej skórze jak w czasach kolonialnych ludzie potrafili budować, uwzględniając naturalne ciągi powietrza. W pokoju mimo upału i wyłączonego wentylatora jest przyjemnie chłodno przez cały czas. Kiedyś potrafiono sobie z tym radzić, dziś w całej Azji stawia się bezsensowne odhumanizowane betonowe klocki w których nie sposób funkcjonować bez klimatyzacji, która musi chodzić cały czas na pełnych obrotach bo izolacji cieplnej budynki nie mają wcale. Jesteśmy w środku istnego motoryzacyjnego koszmaru, a na podwórku naszego hotelu rano jest rosa i ćwierka mnóstwo ptaków. Konstrukcja willi jest taka że praktycznie nie słychać hałasu z zewnątrz. Czujemy się jak na wsi za miastem. To najładniejszy hotel w Indonezji w jakim mieszkaliśmy.

ind_surabaya_hotel-pavijloen_001.jpg

Dziedziniec hotelu Paviljoen. Obok po wielopasmowych ulicach niemal całą dobę jeżdżą całe stada tanich motorów i zostawiają po sobie czarne spaliny.

Już pierwszego wieczora poznajemy F. studenta prawa, który bardzo pragnie oprowadzić nas następnego dnia po mieście, bo intensywnie działa w hospitality clubie i bardzo często to robi. Jako że i tak zbytnio nie mamy planów, bo w mieście nie ma żadnych szczególnie porywających rzeczy do odwiedzenia i chcemy się tylko po nim trochę pokręcić ochoczo przystajemy na tę propozycję. Dzięki temu poznajemy miasto z jego perspektywy.  F. pochodził z rodziny na tyle ubogiej, że chcąc się uczyć, musiał od samego początku na siebie zarabiać, dlatego też oprowadzając nas po mieście co jakiś czas mówił, że pracował tu albo tam. Odnoszę wrażenie że w Indonezji przy odpowiedniej determinacji dość łatwo jest pokonywać kolejne szczeble zawodowego rozwoju. Nie wiem czy u nas byłoby możliwe by sprzedawca czosnku, mógł chwilę potem zatrudnić się w bogatej restauracji serwującej sushi. Oglądamy z nim najpierw Tugu Pahlawan miejsce ważne dla tożsamości narodowej Indonezyjczyków, upamiętniające ruchy niepodległościowe i powstanie państwa.To właśnie Surabaya odegrała kluczową rolę w powstaniu tego państwa i dlatego nazywa się „City of Heroes”.  Indonezja to twór dość sztuczny sklecony z mnóstwa nacji, języków i wyznań, a miejsce to jako jedno z niewielu może cementować tożsamość narodową mieszkańców tego kraju, więc traktowane jest niemal obsesyjnie. Panuje tam dziwna atmosfera, czułam się trochę jakbym była w jakimś północnokoreańskim mauzoleum.

ind_surabaya_tugu-pahlawan_001.jpg

Spalona słońcem ziemia na placu przed Tugu Pahlawan. Już sobie wyobrażam bardzo absurdalne i bardzo poważne defilady w pełnym słońcu.

ind_surabaya_tugu-pahlawan_002

Odwiedzamy z F. także fabrykę najsłynniejszych indonezyjskich kreteków – House of Sampoerna. Na ścianach wiszą portrety właścicieli fabryki, wszyscy obowiązkowo sfotografowani są z papierosem w ustach. Ciekawe czy nikotynowy nałóg to w Azji podstawa w pełnieniu takiego stanowiska, ale na to wygląda. W materiałach wydawanych przez producentów papierosów w Polsce, nigdy nie widziałam żadnego prezesa sfotografowanego z papierosem w ustach. Wszyscy mają szeroki uśmiech i wybielone w komputerze zęby. W Indonezji dymią jak parowóz.

ind_surabaya_house-of-sampoerna_001.jpg

Tylko Europejczykowi nie wypadało mieć zdjęcia z papierosem, za to jak każdy prezes papierosowego biznesu pokazuje białe zęby.

Z naszym nowo poznanym kolegą  idziemy także do chińskiej dzielnicy, oraz odwiedzamy meczet Ampel, z na prawdę świetnym soukiem. Myślę że wszyskie te monumenty i fabryki można z całkowitym spokojem sobie odpuścić a spędzić pół dnia w okolicy Ampel Majsid i na targu, bo okolica wyglądała na niezwykle ciekawą, wszyscy zapraszali nas na swoje stragany, gdyby nie to że było to dość daleko od naszego hotelu chętnie wróciłabym tam na zakupy. F. szedł tego dnia do pracy na drugą zmianę, a mógł się z nami spotkać bo nie miał akurat zajęć na uczelni. Normalnie mieszka na obrzeżach miasta i albo jest w pracy albo na uczelni a do domu przyjeżdża tylko przespać się parę godzin i funkcjonuje tak od lat. Mówi nam, że studiując kierunek taki jak prawo, po studiach czekają go sensowne pieniądze i może zrobić karierę w zawodzie mimo, że pochodzi z bardzo biednej rodziny. Według niego jeżeli ktoś chce i się stara to nawet mimo biedy ma możliwość znacznego awansu społecznego. Po ulicach chodzi z nami szczelnie opatulony mimo tego że żar leje się z nieba, bo jak twierdzi, pracując w restauracji sushi nie może mieć zbyt ciemnej skóry, gdyż nie będzie mógł obsługiwać klientów, tylko zostanie zdegradowany do pracy w kuchni, dlatego robi wszystko by się nie opalić. Mocno fascynuje się Europą zwłaszcza Niemcami i możemy poznać wiele stereotypów jakie młodzi Indonezyjczycy mają na temat Europy. Trochę imponuje mu także radykalny islam, który poznał dzięki odwiedzającym miasto mieszkańcom krajów arabskich których także oprowadzał. Nasz kolega idzie do pracy a nam poleca także odwiedzenie miejskiego zoo, z którego słynie Surabaya, bo można w nim zobaczyć Warany z Komodo. Lonely Planet po Indonezji również bardzo poleca jego odwiedzenie, ale niekoniecznie warto go słuchać. Zoo jak dla mnie było dość przytłaczające, a oglądanie waranów na betonowej wylewce, to żadna atrakcja.

ind_surabaya_zoo_001.jpg

Najweselsze zwierzę w całym zoo przeszukuje kieszenie i łupi jedzenie zachwyconym Indonezyjczykom.

Ogromnie żałuję że zamiast do zoo nie pojechałam zobaczyć jednego z największych meczetów w tej części Azji, który również znajduje się w Surabai, ale nie starczyło nam sił i samozaparcia w korzystaniu z chaotycznego i straszliwie zatłoczonego transportu publicznego. Wieczorem idziemy także obejrzeć rosyjską łódź podwodną czyli Monumen Kapal Selam. Jeżeli ktoś nie był w łodzi podwodnej – zdecydowanie warto bo jest to bardzo interesujące. Łódź o nazwie Pasopati przeszła do rąk Indonezyjczyków w 1952 roku i używana była do operacji wojskowych w latach 1962-90, po czym została zachowana jako zabytek i postawiona na suchym lądzie w Surabai. Kolejny dzień rano znowu spędzamy z F. a na lotnisku jesteśmy dwie godziny przed odlotem, ale lotnisko jest tak małe i tak bardzo nie ma na nim co robić, że wręcz umieramy na nim z nudów.

ind_surabaya_lodz-podwodna-monkasel_006.jpgind_surabaya_lodz-podwodna-monkasel_005.jpgind_surabaya_lodz-podwodna-monkasel_004.jpgind_surabaya_lodz-podwodna-monkasel_003.jpgind_surabaya_lodz-podwodna-monkasel_002.jpgind_surabaya_lodz-podwodna-monkasel_001.jpg

Podsumowując niespełna trzy tygodnie spędzone w Indonezji, mimo mojego ciągłego narzekania na:

– mniejsze lub większe braki wielu rzeczy które ogólnie można nazwać cywilizacją, takie jak prawie zawsze zimna a czasem nawet lodowata woda do mycia i kompletnie dla mnie niezrozumiały brak występujących wszędzie w Azji baniaków do ogrzewania wody na dachu,

–  czasami mozolne poszukiwanie jedzenia bo do wyboru są tylko strasznie wyglądające i niehigieniczne warungi i brak innej alternatywy,

– wszechobecne papierosy, których zapach najpierw mi się bardzo podoba, potem strasznie mnie irytuje,

– oraz na przemieszczanie się po Jawie, w ekstremalnie zatłoczonych rozwalających się i zdezelowanych autobusach, gdzie na dodatek próbują okantować nas na cenach biletów i nieraz płacimy kilka razy więcej niż Indonezyjczycy

przez co w sumie był to czas mocno wyczerpujący, to i tak, w porównaniu do popelinowej Tajlandii, Jawa jest świetna. Oprócz jednej typowo turystycznej atrakcji – Borobuduru, jakich niestety w Azji wiele, z tłumami sprzedawców i naganiaczy, wszędzie indziej było w jakiś sposób wyjątkowo. Ludzie którzy tutaj mieszkają są po prostu rewelacyjni, przyjaźni, energetyczni i bardzo ciekawi świata, i nie goniący wyłącznie za dobrami materialnymi, mający na tyle czasu, że nie ma problemu by spędzili z nami kilka godzin, a czasem nawet cały dzień lub dłużej. Bardzo interesują się światem poza granicami swego kraju, chętnie rozmawiają z nieznajomymi. Nie spodziewałam się że będą mieli taką wiedzę o świecie na przykład o europejskich i azjatyckich krajach, w porównaniu z Chińczykami wypadają całkiem dobrze (ale nie muszą tak jak Chińczycy uczyć się przez kilka lat liter żeby umieć pisać i czytać).

Jedyny minus to różne typy spod ciemnej gwiazdy, do których zaliczają się kierowcy autobusów i riksz kantujący do niemożliwości na cenach przejazdów, oraz rozmaici naganiacze w turystycznych miejscach, potrafiący dość znacznie uprzykrzyć i obrzydzić turystyczne miejsca Indonezji swoimi zespołowymi działaniami. W porównaniu z Tajlandią ich przekręty są jednak na poziomie przedszkola. Stracimy trochę nerwów, czasami czasu i nieco pieniędzy, ale nie znajdziemy się w na prawdę niebezpiecznej sytuacji jak może mieć to miejsce w Tajlandii gdzie niemal na każdym rogu możemy kupić narkotyki, których zakup proponowano nam chyba z kilkadziesiąt razy. Sporo handlarzy współpracuje z policją a za narkotyki grożą bardzo surowe kary, z których wykupić można się tylko bardzo wysoką łapówką. Przekrętów na taką skalę na Jawie nie spotkamy. Kraj jest jednakże mocno skorumpowany i raczej nikomu nie przyjdzie go głowy by ukrócić działania naciągaczy.

Wonosobo i płaskowyż Dieng

Płaskowyż Dieng leżał mocno nie po drodze naszej objazdowej trasy po Jawie. Straciliśmy trzy dni by tam się dostać. Jechaliśmy dzielnie kolejnym zdezelowanym autobusem razem z kurami i gołębiami na pokładzie. W samym Diengu byliśmy tylko jeden dzień z powodu problemów z noclegiem i transportem. Nie wiedzieć czemu, wszystkie hotele w Wonosobo, mimo że jest ich bardzo dużo, były w całości zajęte przez indonezyjskie grupy wycieczkowe i przejrzeliśmy ich naprawdę sporo tracąc na to kilka godzin. Gdy w końcu w jednym z nich udało się nam dostać pokój, nocleg okazał się być na tyle problematyczny, że zdecydowaliśmy się przedwcześnie go opuścić. Nasz hotel był prawie cały zajęty przez indonezyjską wycieczkę zorganizowaną, składającą się wyłącznie z pobożnych muzułmańskich małżeństw, na oko pięćdziesięcioletnich. Chyba zbyt często nie wyjeżdżali w swoim życiu na wycieczki i nie mieszkali w hotelach. A może w ogóle nie wiedzieli do czego one służą? W zasadzie w ogóle nie spali, może dlatego, że skoro już gdzieś pojechali to nie będą przecież tracić czasu na spanie. Gremialnie spędzali ze sobą czas przez całą noc niezmordowanie głośno rozmawiając, chodząc po całym budynku i odwiedzając się nawzajem. W międzyczasie pilnie przestrzegali wszystkich pór modlitw. Co ciekawe na drugi dzień bardzo wcześnie ochoczo wsiedli do autokaru, a wrócili wieczorem. Zastanawiam się czy działo się tak tylko z powodu, że pojechali na wycieczkę i to im wystarczyło, czy też przyjmowali jakiś lokalny specyfik, może na przykład ten (bo przecież nie alkohol) pozwalający im na funkcjonowanie bez snu. Kolejną noc sytuacja się powtórzyła, więc jako że i tak z nikim nie dało się dogadać i nie było opcji by znaleźć jakiś cichszy pokój położony bardziej na uboczu, bo inne były dużo bardziej od naszego zdezelowane, stwierdziłam że może lepiej będzie jak już stąd pojedziemy zwłaszcza że woda do mycia, z racji tego że było tam już dość wysoko była tak lodowata, że nie ośmieliłabym się w niej umyć. Nie wiem czy Wonosobo jest tak strasznie popularne wśród Indonezyjczyków przez okrągły rok, czy trafiliśmy na jakiś szczyt  lokalnego sezonu turystycznego, ale dosłownie wszystko było zajęte przez tłumy indonezyjskich gości.

Na drugi dzień wstaliśmy rano, bo i tak po szóstej przynieśli nam do pokoju śniadaniowy zestaw nasi goreng i herbatę i pojechaliśmy ponad dwadzieścia kilometrów w górę do miejscowości Dieng położonej na wysokości 2000 m.n.p.m. Znowu tak jak w Borobudur oszukali nas na cenach biletów, tym razem tylko w jedną stronę. Jakoś tak się złożyło, że nie wiedzieć czemu w jeden dzień odwiedziliśmy zarówno Telaga Warna, jak i Kawah Sikidang oraz hinduistyczne świątynie. Zazwyczaj mamy tempo o wiele wolniejsze. Wszystko to jest dostępne w zasięgu nożnym, a nie jest gorąco z racji wysokości, więc przejście tych kilku kilometrów nie stanowi problemu, bo po drogach nic nie jeździ, gdyż obszar nie jest gęsto zamieszkany. Dla ludzi pochodzących z terenów niezbyt aktywnych geologicznie miejsce jest niesamowicie ciekawe i zupełnie egzotyczne. Jesteśmy kompletnie nieprzystosowani do takich warunków, a dla Jawajczyków wulkany i erupcje to chleb powszedni. Lokalni ludzie mówili nam na przykład, żeby w żadnym wypadku nie chodzić na przełaj i nie skracać sobie drogi w miejscach gdzie nie ma ścieżek, ponieważ Płaskowyż Dieng jest obszarem tak aktywnym, że w niektórych miejscach spod ziemi co jakiś czas wydobywają  się duże ilości dwutlenku węgla. Tubylcy wiedzą gdzie należy chodzić i omijają takie miejsca, a zdarzają się przypadki gdy przyjezdni duszą się nim pod gołym niebem.

Jeziora Telaga Warna wzdłuż których prowadzi trasa spacerowa, tylko na zdjęciach wyglądają tak ładnie i spokojnie. W rzeczywistości intensywnie pachną siarką (lub inaczej mówiąc zgniłymi jajami) i w wielu miejscach spod ziemi wydobywają się gazy, więc jeziora i błoto dookoła nich tu i ówdzie dość mocno bulgoczą. Ścieżka gdzieniegdzie wspina się nieco w górę i możemy lepiej zobaczyć jeziora. W całości przejdziemy ją w niecałą godzinę. Pod względem turystycznym jest tu spokojnie, nikt niczego od nas nie chce, tylko Indonezyjscy  wycieczkowicze rozmawiają z nami i czasem proszą o wspólne zdjęcie. Większości z nich nie chce się obchodzić całych jezior dookoła więc są tylko w najbardziej dostępnej jego części.

ind_plaskowyz-dieng_telaga-warna_003.jpg

Telaga Warna – kolorowe jezioro zawdzięcza swój kolor związkom siarki.

ind_plaskowyz-dieng_telaga-warna_001.jpgind_plaskowyz-dieng_telaga-warna_002.jpg

Następnie przemieszczamy się do Kawah Sikidang. Przed wejściem na teren krateru kilka osób usiłuje sprzedać nam maski chirurgiczne, celem „uchronienia się” od oparów siarki. Indonezyjczycy kupują je pilnie i chyba myślą, że one naprawdę mogą w jakikolwiek sposób ochronić kogoś przed zatruciem.  Czy może być coś bardziej absurdalnego niż sprzedawcy masek chirurgicznych w środku niczego w górach? Inni ludzie sprzedają także jako pamiątki duże kawałki czystej siarki, ale podobne tylko mniejsze można znaleźć wszędzie. Oprócz głównego krateru błotnego, dookoła jest mnóstwo mniejszych wypełnionych wrzącą wodą i błotem jeziorek. Tylko ten największy jest symbolicznie ogrodzony na wpół zawalonym drewnianym ogrodzeniem, bo wcześniej były przypadki że nieuważni turyści wpadali do wrzącego błota. Teren wokół krateru cały czas się zmienia i obsuwa. W zależności od aktywności, która zmienia się co chwilę, albo prawie wcale go nie widać bo jest spowity oparami, albo co jakiś czas wiatr je rozwiewa  i da się zobaczyć wrzące błoto. Widać wtedy, że niestety ludzie wrzucają do niego plastikowe butelki i innego rodzaju śmieci. Większość Indonezyjczyków idzie tam by zrobić sobie szybko zdjęcie w chirurgicznej masce na tle krateru telefonem Blakcberry i szybko wraca z powrotem. Taki miejscowy lans. Teren dookoła krateru nie jest porośnięty żadną roślinnością bo nic nie da rady żyć w takich warunkach, ale ktoś wpadł na pomysł by postawić tu parę piknikowych „grzybków” – zadaszonych ławek. Nie wiem czy to dobry pomysł. Chyba za dużo czasu spędziłam w pobliżu krateru bo do końca dnia okropnie bolała mnie głowa i było mi niedobrze. Dookoła krateru lokalne dzieci szaleją na koniach i rowerkach i nikt się nimi nie przejmuje. Za kraterem znajduje się góra na którą można częściowo wyjść i obejrzeć wszystko z wysokości, czasami pasą się tam zwierzęta.

ind_plaskowyz-dieng_kawah-sikidang_001.jpg

W okolicy Kawah Sikidang płynie sobie rzeka z gorącą wodą, wszędzie leży siarka i nic nie rośnie.

ind_plaskowyz-dieng_kawah-sikidang_002.jpg

Mniejsze jeziora bez żadnych barierek i tym podobnych wynalazków cywilizacji, bulgoczą sobie wesoło i mocno pachną siarką.

ind_plaskowyz-dieng_kawah-sikidang_003.jpg

A to największy błotny krater Kawah Sikidang.

ind_plaskowyz-dieng_kawah-sikidang_006.jpg

W jego okolicy ziemia wygląda tak.

ind_plaskowyz-dieng_kawah-sikidang_005.jpg

A to widok z góry.

ind_plaskowyz-dieng_kawah-sikidang_004.jpg

Miejsce służy też do zabawy lokalnym dzieciom.

ind_plaskowyz-dieng_kawah-sikidang-turysci_001.jpg

Hinduistyczne świątynie ze świątynią Arjuny na czele nie są specjalnie ciekawe, ale wszyscy indonezyjscy turyści kończą pod nimi trasę i piknikują gdzie tylko się da, oraz robią sobie zdjęcia na tle świątyń, które ładnie wyglądają na zdjęciu z Gunung Sikunir  w tle. Są to najstarsze hinduistyczne świątynie, a przy okazji najstarsze kamienne konstrukcje na Jawie wybudowano je w VI lub VII wieku. Zostały w sposób tajemniczy opuszczone prawdopodobnie w wyniku erupcji wulkanu.

ind_plaskowyz-dieng_hinduistyczne-swiatynie_001.jpg

Najstarsze świątynie hinduistyczne w Indonezji.

 
_ind_plaskowyz-dieng_gunung-sikunir_001

Wygasły wulkan Sikunir.

ind_plaskowyz-dieng_motocyklista_001.jpg

Żeby obejrzeć dalej położone atrakcje Diengu musielibyśmy na drugi dzień rano w Wonosobo znaleźć kierowcę, bo żadnym publicznym transportem nie dało się tam dostać, a już na pewno nie ma stamtąd jak wrócić, by dojechać na noc do Wonosobo, chyba że będziemy liczyć na autostop, ale w przeciwieństwie do całej Jawy obszar nie jest mocno zaludniony, oraz biedny i niewiele pojazdów tam jeździ. Stwierdzamy więc że skoro i tak nocleg jest dość męczący a w zasadzie go nie ma, może lepiej będzie się stąd całkiem ewakuować. Dobrą opcją jeśli już pojedziemy na Dieng, jest także poranne wyjście na Gunung Sikunir, ale tam także nie tak łatwo rano dojechać. Dieng to świetne miejsce, gdyby miało trochę częściej jeżdżący transport publiczny i lepszą hotelową infrastrukturę, bo bez wynajętego transportu będziemy tam mieli co robić przez jeden dzień. Widzieliśmy liczne klimatyzowane busy z wycieczkami z Yogyakarty, które atrakcje takie jak bulgoczący krater błotny „zwiedzały” w pół godziny po czym pędziły dalej. Dojazd z Yogyi trwa kilka godzin bo mimo stosunkowo bliskiej odległości droga jest kiepska, więc na miejscu jest się pewnie dwie, trzy godziny. W porównaniu z nimi mogłam spędzić dwie, trzy godziny w każdej poszczególnych atrakcji i nacieszyć się nimi tak bardzo, że od oparów bardzo mocno zaczęła mnie boleć głowa. Mogłam też w spokoju zjeść Mie Ongklok i inne lokalne przysmaki. W sumie było to miejsce na tyle dla mnie egzotyczne, że nie żałuję że tam pojechałam, bo nigdy czegoś takiego nie widziałam. Krajobraz miejscami jest zupełnie księżycowy i trudno w Europie poza Islandią spotkać coś podobnego. Jeżeli ktoś uprawia „turystykę wulkanową” być może nie znajdzie tam niczego nowego, dla mnie jednak było to prawdziwe odkrycie, co ważne przebiegające w całkowicie spokojnej atmosferze z wyłącznie lokalnymi turystami.

Borobudur 2012

Z Yogyakarty postanowiliśmy pojechać do jednego z dwu zabytków znajdujących się na liście Unesco, które leżą blisko niej. Wybór padł na Borobudur, bo Prambanan ponoć prezentuje się marnie po trzęsieniu ziemi w roku 2006. Chciałam sprawdzić na własnej skórze, jak jest w bardzo popularnym turystycznie miejscu w Indonezji.  Świątynia powstała w latach 750-850 kiedy na Jawie panowała dynastia Sailendra. W XIV wieku została opuszczona gdy na Jawie przyjęto islam. Koncepcja budowy Borobuduru wynikła z połączenia jawajskich wierzeń z założeniami buddyjskiej kosmologii. Świątynia ma kształt piramidy, a z lotu ptaka mandali. Odzwierciedla drogę jaką musi pokonać człowiek by zostać istotą oświeconą. Składa się z trzech poziomów reprezentujących trzy światy. Karmadhatu to świat pożądania i piekła zarazem, reprezentowany przez cztery strony ludzkiego świata,  Rupadhatu, to świat formy zawierający cztery niebiosa medytacji, oraz Arupadhatu – świat niematerialny albo inaczej stan czystego ducha reprezentowany przez cztery niematerialne stany. Wszystkie trzy światy razem stanowią granice istnienia. Świątynia ma kształt olbrzymiej stupy, więc pielgrzymi mają za zadanie okrążać ją wspinając się coraz wyżej – stopniowo przechodząc z jednego świata w kolejny. Ma to symbolizować pokonywanie kolejnych poziomów dzielących od osiągnięcia oświecenia. Ściany wzdłuż których się idzie pokryte są 1460 płaskorzeźbami których łącznie jest 6 kilometrów, przedstawiającymi życie codzienne na Jawie, sceny z życia Buddy, mityczne postaci takie jak apsary, gandharwowie, asury. U samej góry, w strefie czystego ducha, znajdują się 72 dagoby – ażurowe kamienne stupy w których znajdują się posągi buddy, to właśnie one najczęściej występują na zdjęciach i sprawiają, że Borobudur jest konstrukcją unikatową. Na samym szczycie położona jest największa okrągła stupa, która w środku jest pusta.

ind_borobudur_budda_001.jpg

Większość sylwetek buddy odwrócona jest plecami do pielgrzymów i spogląda w dal.

ind_borobudur_widok-z-gory_001.jpg

Widok posągi mają całkiem niezły.

ind_borobudur_plaskorzezba_001.jpg

Ściany wzdłuż których idzie się na górę w całości pokryte są płaskorzeźbami.

ind_borobudur_plaskorzezba_002.jpg

Niestety nie wszystkie płaskorzeźby są kompletne.

ind_borobudur_dol_001.jpg

Najniższa część świątyni.

ind_borobudur_stupa-dagoba_001.jpg

Słynne dagoby, którym Borobudur zawdzięcza swój unikatowy wygląd.

ind_borobudur_turysci_001.jpg

Świątynia została odkryta przez Thomasa Stanforda Rafflesa w 1811 roku. Zaraz potem władzę nad tymi terenami przejęli Holendrzy. Przez lata świątynia służyła niemal jako kopalnia egzotycznych pamiątek którymi oficjalnie obdarowywano różnych znamienitych gości którzy odwiedzali Jawę. Spore kawałki świątyni Borobudur znajdziemy a przykład w Muzeum Narodowym w Bangkoku. Rozkradana była także mniej oficjalnie, przez złodziei zabytków. Okoliczna ludność wykorzystywała kamień do konstrukcji swoich budowli. W 1873 powstała pierwsza holenderska monografia o Borobudurze, wszystkie płaskorzeźby spisano i sfotografowano. W 1885 podczas prac archeologicznych odkryto kolejne ukryte płaskorzeźby ilustrujące sutrę Karmavibhangga, ukazujące ważny temat filozofii buddyjskiej: przyczynę i skutek. Przedstawiono na nich przykłady uczynków dobrych, które gromadzą dobrą karmę i złe uczynki powodujące niemożność wyrwania się z samsary. Płaskorzeźby sfotografowano i ponownie zakryto, pozostawiając odsłonięty tylko niewielki ich fragment.  W latach 1907-1911 pod kierunkiem Theodora Van Erpa świątynię zaczęto rekonstruować metodą anastylozy. Budżet tego przedsięwzięcia był na tyle ograniczony, że nie zrobiono nic z systemem odwadniającym i kilkadziesiąt lat później świątynia znowu zaczęła być w opłakanym stanie. W 1965 rząd Indonezji zwrócił się do Unesco z prośbą o pomoc w budowie systemu odwadniającego. W latach 1972-85 całą świątynię rozebrano i niczym ogromne puzzle złożono z powrotem. Całość prac pochłonęła prawie  7 milionów dolarów. W 1985 roku została częściowo wysadzona przez muzułmańskiego fanatyka, który dostał za to karę dożywocia. Od 1991 roku świątynia znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa.

Wizyta w Borobudur skutecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że lepiej odpuścić sobie inne miejsca tego typu. Jedna taka „atrakcja” odwiedzona podczas całego wyjazdu skutecznie potrafi zepsuć dobre wrażenie jakie ogólnie wywarła na mnie Jawa, więc lepiej nie odwiedzać ich zbyt wiele. Pojechaliśmy tam na własną rękę autobusem, którego cena została kilkakrotnie zawyżona, bo działa tutaj lokalna mafia transportowa. Nigdzie w Indonezji nie zapłaciliśmy 20 000 rupii za tak krótki odcinek przejechany autobusem. Zorganizowana wycieczka z lokalnego biura podróży byłaby tak samo droga, a  jeszcze mniej byśmy na niej zobaczyli, bo na miejscu bylibyśmy pewnie dużo krócej. Sama świątynia, niestety nie rzuciła mnie na kolana. Nie spodziewałam się że jest taka mała, bo niektóre źródła określają ją jako jedną z największych świątyń buddyjskich na świecie, ale nie wiem jakie kryteria „wielkości” były brane pod uwagę.  Cena biletów wstępu, która wynosi 20 dolarów (jak zwykle co najmniej kilkakrotnie wyższa dla obcokrajowców niż dla Indonezyjczyków) jest moim zdaniem zupełnie nieadekwatna do tej turystycznej atrakcji. Być może świątynia zrobi wrażenie na kimś kto pierwszy raz ogląda budowlę tego typu. Dla osoby która była w Angkor, świątynia Borobudur okaże się kolejnym tego typu zabytkiem  w dodatku dość szpetnie ogrodzonym, wyizolowanym z otoczenia i bardzo małym.

Borobudur jest najczęściej odwiedzaną nieprzyrodniczą atrakcją Indonezji. Jeśli ktoś widział już inne tego typu zabytki, szkoda tracić dnia na jechanie tam. Atmosfera tego miejsca jest dość smutna. Mnóstwo chaotycznie postawionych jadłodajni i sklepów z tandetą. Ogonki sprzedawców ciągnące się za każdym turystą. Trochę przypomina w tym wszystkim Angkor, ale w przeciwieństwie do niego nie ma gdzie przed tym uciekać, bo miejsce jest dość niewielkie. Po zobaczeniu go stwierdzam, że  o wiele lepiej byłoby zostać dłużej w Yogyakarcie, albo zdążyć pojechać na Kawah Ijen.

Yogyakarta do pozwiedzania

Trochę się obawiałam, że najbardziej turystyczne miasto na Jawie, pod pewnymi względami będzie nieco przypominało Bangkok. Na szczęście moje obawy okazały się mocno przesadzone. Białych turystów jest wprawdzie dużo więcej niż we wszystkich innych miejscach które na Jawie odwiedziliśmy, ale porównując z Tajlandią nie ma ich tutaj prawie wcale. Z wyjątkiem dwu, może trzech ulic na których wyraźnie panoszy się turystyczny kwartał, reszta jest normalna. Zaś słynna ulica Malioboro to atrakcja zarówno dla przybyłych z zagranicy jak i dla indonezyjskich przyjezdnych. Głośniki umieszczone przed sklepami z rykiem informują o promocjach a rzeka ludzi idzie wolnym tempem i oddaje się zakupowemu szaleństwu.  Wraz z nimi idzie tłum żebraków, grajków i naganiaczy, którzy zapraszają by obejrzeć sklepy, obnośnych sprzedawców rozmaitych dóbr. Podczas deszczu pojawiają się nawet ludzie z parasolami do wynajęcia pozwalający przejść pod nim niezadaszone kawałki ulicy. Przed sklepami leżą stosy towaru, króluje najtańszy batik, mnóstwo strasznie kiepskich t-shirtów i chińska tandeta. Nieco dalej za kwartałem turystycznym możemy już zjeść coś pysznego w normalnej cenie, skorzystać z pralni cztery razy taniej, czy zmienić pieniądze po niezłodziejskim kursie. Dzielnica jest niewielka, więc wyjść poza nią można bardzo szybko i łatwo. Czasem ktoś nas w niej zaczepi, oferując wizytę w „galerii” batiku, albo wycieczkę na Bromo, jednak tacy ludzie są tutaj mało natarczywi, wystarczy krótko odpowiedzieć im nie, lub po prostu nie wdawać się w dłuższe rozmowy i nie wylądujemy przez nich w żadnym dziwnym miejscu w którym stracimy czas i/lub nerwy. Mentalność Indonezyjczyków też jest trochę inna, ich determinacja i bezczelność są zdecydowanie mniejsze niż w Tajlandii.

ind_yogyakarta_klatki-z-ptakami_001.jpg

Yogyakarta. Uliczny handel śpiewającymi ptakami.

ind_yogyakarta_ulica_001.jpg

Przed sporą ilością domów i rozmaitych interesów stoją klatki zamiast ryczących głośników.

Yogyakarta w porównaniu z Solo wygląda jak normalne azjatyckie miasto. Całkiem uporządkowane i tylko miejscami chaotyczne i  zapuszczone. Tu udało się Indonezyjczykom w niezłym stopniu zapanować nad przestrzenią miejską. Miasto jest kulturalnym i naukowym centrum Jawy, za sprawą swojej bogatej przeszłości i licznych szkół i uniwersytetów. Zostajemy w niej dłużej niż początkowo zakładaliśmy bo trafiamy na kolejny festiwal – XXIV Kesenian Yogyakarta, poświęcony szeroko pojętej sztuce. Zresztą prawie zawsze można tu trafić na jakąś imprezę kulturalną, bo w mieście non stop coś się dzieje. Kulturalne wydarzenia są wypisane w charakterystycznych czarno-białych gazetkach Yogya Ad, które można zdobyć w informacji turystycznej na Malioboro i w wielu innych punktach. Trafić na jakiekolwiek wydarzenie jest dużo prościej, bo ulice nie wyglądają jakby właśnie zostały zbombardowane przez wrogie siły, mają normalne tabliczki z nazwami jak wszędzie indziej na świecie. Dzięki temu oglądamy na przykład koncert rockowych zespołów ponoć z całej Indonezji, na którym występowały gwiazdy takie jak Slamet Man, Andrawina, Ahmad Dhani, Untung Basuki chociaż niewiele z niego pamiętam, gdyż cały przegadaliśmy ze studentami tutejszych uniwersytetów.  Widać, że w tym mieście uczą się ludzie należący do przyszłej intelektualnej śmietanki tego kraju, nieźle orientują się w świecie i mają trzeźwy osąd. Może dzieje się tak dlatego że Indonezja jest krajem trochę odizolowanym, z którego nie tak łatwo wyjechać. Mam nieodparte wrażenie, że są oni ciekawszymi ludźmi, niż ich przeciętni rówieśnicy z Europy, którzy mają wszystko i już raczej nic się im nie chce. Przez moment można poczuć się jakbyśmy byli w jakimś zachodnioeuropejskim kraju, ale parę dekad wcześniej. Na tych ludzi pewnie po studiach czeka praca, bo krajowi brakuje wykształconych specjalistów. Niesamowicie kontrastują z tłumami ulicznych grajków, sprzedawców wszystkiego, rikszarzy – ludźmi często w ich wieku, którzy pracują za marne grosze na przykład sprzedając gazety za kilkaset rupii lub nie mają pracy wcale i wegetują z dnia na dzień. Nasi rozmówcy nie należeli do bogatej bananowej młodzieży, ale nie wyjeżdżając nigdy ze swojego kraju, sprawiali wrażenie że mogliby pochodzić skądkolwiek. Mnóstwo ludzi w ich wieku nigdy nie będzie miało takiej szansy, bo ich celem jest przeżycie kolejnego dnia.

W ramach festiwalu odbywa się też nocny targ w Forcie Wredeburg gdzie wystawiają się twórcy współczesnego i tradycyjnego rękodzieła, oraz designu reklamując przy okazji rejony Indonezji z których pochodzą. Strasznie długo rozmawiamy z kobietą z wyspy Sumba, która bardzo polecała swoją wyspę i zachęcała do jej odwiedzin. Oprócz tego trafiamy także na paradę uliczną podczas której prezentują się wszystkie szkoły i uniwersytety z miasta. Po tym wszystkim dochodzę do wniosku, że alternatywna kultura w tym mieście ma się nie najgorzej, ale jest to chyba jedyny wyjątek w skali kraju. Miasto ma bardzo specyficzny klimat. Da się w nim odczuć atmosferę pewnej tolerancyjności. Warto obejrzeć na przykład ten film, by móc zdać sobie z tego sprawę.

ind_yogyakarta_parada_001.jpg

Parada z okazji festiwalu XXIV Kesenian Yogyakarta.

ind_yogyakarta_parada_002.jpgind_yogyakarta_parada_003.jpgind_yogyakarta_parada_004.jpgind_yogyakarta_parada_005.jpg

W Yogyakarcie można, a nawet według papierowych przewodników  trzeba, odwiedzić parę zabytków, ale moim zdaniem nie wszystkie warte są odwiedzenia. Dzień po przyjeździe, gdy rano wychodzimy z hotelu i idziemy coś zjeść, zaczepiają nas cztery dziewczęta w hidżabach, których imion nie udało się nam zapamiętać. Mówią że są uczennicami, które w ramach praktyki muszą rozmawiać po angielsku z obcokrajowcami. Na oko wyglądają na jakieś dwanaście lat a okazuje się, że są prawie pełnoletnie. Dwie mówią bardzo dobrze po angielsku a dwie prawie wcale. Jako że bardzo chcemy poznać mentalność indonezyjskich nastolatek w hidżabach, spędzamy z nimi pół dnia i idziemy między innymi do Kratonu, gdyż bardzo polecają nam żebyśmy tam poszli. Kraton to straszna nuda i z czystym sumieniem mogę stwierdzić że nie warto tam iść. Tłum białych turystów namiętnie fotografuje prawie puste sale i przedmioty, których zastosowania przeważnie nie rozumie, bo to fragmenty mebli, odznaczenia, elementy wystroju pałacu, fotografie, umieszczone w gablotach z informacjami w Bahasa Indonesia, których pilnują znudzeni strażnicy. W dodatku są tam jakieś straszne kombinacje z mówiącym po angielsku przewodnikiem, za którego trzeba zapłacić (wprawdzie grosze) ale go nie ma, a prawdziwy może być ale za wyższą opłatą, której nie uiszczamy. Przypuszczam że dzieje się tak dzięki wszechobecnej korupcji.  Gdyby nie to, że mogliśmy poznawać horyzonty umysłowe indonezyjskich nastolatek podczas zwiedzania, chyba umarlibyśmy z nudów. Jedna z lepiej mówiących dziewcząt rozmawiała przez cały czas z moim małżonkiem w towarzystwie tej która nie mówiła prawie wcale, druga z dziewczyn wraz ze swoją „satelitką” rozmawiała ze mną. Moja rozmówczyni była strasznie wzorową dziewczyną z mocno wielodzietnej rodziny, która bardzo dużo uczyła się i ciężko pracowała. Gdyby porównać ją z nastolatkami z Polski, które przeważnie mają mnóstwo możliwości i bardzo mało chęci i motywacji, widać że Europa niedługo zostanie nieuchronnie pożarta przez Azję ;). Nasze nastolatki niechętnie mówiły o sobie, bo były w grupie i inne koleżanki mogłyby podsłuchać, za to nas strasznie się o wszystko wypytywały. Także o wieprzowinę alkohol, śnieg, zimę i inne niezwykłe dla nich tematy. Nie wiem dlaczego od przyjazdu cała chmara Indonezyjczyków, także tych statecznych i bardzo poważnych, zdążyła już zapytać nas czy widzieliśmy śnieg i jaki on jest. Trudno oprzeć się wrażeniu że są trochę dziecinni.

ind_yogyakarta_kraton_001.jpg

Takich efektownych detali jest tam dosłownie kilka a tak to gołe ściany i niezliczone gabloty z opisem po indonezyjsku.

ind_yogyakarta_kraton_002.jpg

Strażnicy są równie znudzeni jak i my.

Podczas naszej kilkugodzinnej rozmowy, kazałam nastolatkom napisać na kartce nazwiska indonezyjskich muzyków, których same słuchają i polecają mi obejrzeć sobie na Youtube. Napisały mi ze 30. Nie mam jej w tej chwili bo niestety gdzieś ją zgubiłam. Pamiętam tylko, że były to same okrutne gnioty. Bardzo ugrzeczniony pop, bez wyrazu jaki można spotkać wszędzie na świecie, ale bez „lokalnego pazura” gdzie młodzi mężczyźni z mocno nażelowaną fryzurą śpiewają sentymentalne kawałki. Kiedy już rozstajemy się z nimi siadamy na dłuższą chwilę obejrzeć sobie przedstawienie wayang golek, z towarzyszącą jej muzyką gamelanu, które pokazują w Kratonie. Przybiegają do nas ludzie z kamerą i zadają dziwne pytania bo jako jedyni oglądaliśmy przedstawienie tak długo. Większość turystów rzuca na nie okiem i idzie dalej a pałac tak się stara umilić im czas. No cóż, w końcu przesiedzieliśmy tych ładnych kilka godzin w Solo podczas dwudniowego festiwalu gamelanu, więc w odbiorze indonezyjskiej sztuki jesteśmy wprawieni. Poza tym byliśmy wyczerpani nieustanną konwersacją z nastolatkami i chcieliśmy nieco odpocząć. Zleceniodawcy naszych rozmówców nie pomyśleli o tym, że fajnie byłoby rozumieć o czym jest przedstawienie, bo niestety nie było o tym żadnych informacji. Może pomogła by im jakaś ulotka informacyjna, jakie rozdaje się u nas przed spektaklami operowymi, albo dyskretne wyświetlanie napisów?

ind_yogyakarta_kraton-przedstawienie_001.jpg

Przedstawienie w Kratonie.

ind_yogyakarta_kraton-przedstawienie_002.jpg

Z towarzyszącą mu muzyką gamelanu.

ind_yogyakarta_muzeum-sonobudoyo_001.jpg

Lalki oglądamy też w Muzeum Sonobudoyo.

ind_yogyakarta_muzeum-sonobudoyo_002.jpg

Mieści się ono niedaleko Kratonu.

ind_yogyakarta_lalka-wayang-kulit_001

Przy muzeum mieści się wytwórnia lalek teatru cieni Wayang Kulit, wykonuje się je z wołowej skóry i wszystkie otwory wycina ręcznie a następnie ręcznie maluje.

ind_yogyakarta_lalka-wayang-kulit_002.jpg

Zrobienie jednej zajmuje ponoć trzy tygodnie.

ind_yogyakarta_przed-palacem_001.jpg

A przed pałacem sułtana rozciąga się ogromy parking dla autokarów wycieczkowych z kramami z jedzeniem i pamiątkami. Opustoszały z powodu wieczorowej pory i nadchodzącego deszczu.

Jedynym zabytkiem Yogyakarty w którym bardzo mi się podobało i który zdecydowanie mogę polecić, jest Taman Sari zwany po polsku Pałacem Wodnym. Lubię miejsca delikatnie zapuszczone i nieodnowione, które dzięki temu trochę żyją własnym życiem. Taman Sari to architektoniczne pomieszanie z poplątaniem, styl jawajski połączony z europejskimi wpływami.  Po drodze do wodnego pałacu odwiedzamy miejsce gdzie handluje się ptakami. Jawajczycy mają istnego fioła na punkcie małych śpiewających ptaków. Przed każdym szanującym się domem, sklepem albo hotelem wisi zazwyczaj kilka klatek. Na pięknie i czysto śpiewające ptaki są w stanie przeznaczyć nieraz bardzo duże pieniądze. Po wyjeździe z Jawy strasznie mi tego brakowało. Jest to wręcz cudowny zwyczaj w porównaniu z hałasem generowanym przez namiętnie używane w Azji ryczące głośniki, tylko nie wiem czemu istnieje tam także moda na sprzedawanie niektórych ptaków sztucznie farbowanych, kąpanych w kolorowych barwidłach. Nie dość że taki ptak wygląda potwornie będąc na przykład fluorescencyjnie różowym, to jeszcze pewnie musi mieć niezłą traumę, że nabawił się takiego koloru. Jest to oburzające i absurdalne, ale właśnie takie podejście do zwierząt mają Azjaci.

ind_yogyakarta_taman-sari_001.jpg

Przed wejściem do Taman Sari przechodzi się przez niezwykle ciekawie zabudowaną dzielnicę.

ind_yogyakarta_taman-sari_003.jpg

Jedno z wejść do pałacu Taman Sari.

ind_yogyakarta_taman-sari_002.jpg

Tunel w okolicach pałacu. Młodzież spotyka się tu na randkach i graniu na gitarze.

ind_yogyakarta_taman-sari_006.jpg

Pałac Taman Sari.

ind_yogyakarta_taman-sari_005.jpgind_yogyakarta_taman-sari_004.jpg

ind_yogyakarta_taman-sari_008.jpgind_yogyakarta_taman-sari_007.jpg

Przechodząc wzdłuż i wszerz przez turystyczną dzielnicę, nieraz parę razy dziennie bo mieszkamy na jej końcu, często różni ludzie wręczają nam ulotki o przedstawieniach teatralnych, czy wycieczkach. Dla przykładu cena przedstawienia dla turystów, podczas którego prezentowane są sceny z Ramajany, wraz z muzyką na żywo i kolacją, wynosi 200 000 rupii. W Solo podobne przedstawienie obejrzeliśmy za 2000 albo 3000 rupii bez kolacji, bo w teatrze. To, że są ludzie którzy decydują się za takie pieniądze, niewyobrażalne dla przeciętnego Jawajczyka, wziąć udział w takim wydarzeniu sprawia, że ceny wszystkiego dla nas są trochę wyższe. Nie przeszkadza mi to bo zazwyczaj różnice są niewielkie a ludziom zbytnio się nie powodzi, więc niech zarobią sobie coś ekstra. Nie da się tak niestety powiedzieć o cenach transportu i to chyba jedyny minus jeżdżenia po Indonezji. Do Yogyakarty powoli wkradają się wszystkie problemy związane z masowym ruchem turystycznym, powodowane przez dużą różnicę w statusie materialnym przyjezdnych i lokalnych i chęć szybkiego i nie zawsze uczciwego wzbogacenia się tych ostatnich. Ogólnie pobyt w tym mieście był bardzo sympatyczny a ludzie na prawdę ciekawi, jeśli jednak popularność tego miasta będzie wzrastać być może za jakiś czas w pewnej jego części zrobi się nieco mniej sympatycznie.