Archiwum kategorii: Malezja

Fish head curry

Curry z rybich głów to sztandarowe danie kuchni Malezji i Singapuru. Uważa się, że wywodzi się ono z kuchni bengalskiej (jego ojczyzną może być na przykład Kalkuta, której kuchnia słynie z ryb słodkowodnych). Po krajach Półwyspu Malajskiego rozprzestrzeniło się razem z indyjskimi emigrantami. Lokalne przyprawy i mieszanie się rozmaitych wpływów spowodowały, że danie wyewoluowało i zaczęło odróżniać się od swojego indyjskiego rodzica. Curry z rybich głów to jedno z moich ulubionych azjatyckich dań, które bez żadnego problemu można kultywować w lokalnych polskich warunkach. Wystarczy mieć tylko dostęp do głów słodkowodnych ryb. Najlepszym czasem dla rybnego curry jest więc grudzień, kiedy na bazarach sprzedających karpie i inne ryby, można bez problemu dostać często nawet za darmo, świeże rybie głowy. Wystarczy tylko wykroić z nich skrzela i już mogą robić za podstawę naszego dania. Oczywiście trochę rybiego mięsa również nam się przyda, ale to głowy są odpowiedzialne za intensywny rybny smak i bez nich to już nie będzie to samo. Dlatego w zimie robię zapasy – otrzymane gratis przy okazji innych rybnych zakupów głowy, w ilości hurtowej zamrażam, po wykrojeniu z nich skrzeli. W porze ciepłej gdy trudno o łatwą dostępność karpia w sklepach, od biedy możemy użyć na przykład dorady. Znakomicie nadadzą się też na przykład lin czy tołpyga, musi być to w miarę zwarta i tłusta oraz mało wyszukana ryba słodkowodna, bo i tak liczne przyprawy zabiją niuanse rybnego smaku. Raz próbowałam też z leszczem, ale jest za mało tłusty i niezbyt mi w tej roli pasował (ilość ości też przekracza wszelkie dopuszczalne normy). Musimy pogodzić się z tym, że jest to danie które w większości trzeba jeść rękami, od czasu do czasu posiłkując się jakimś sztućcem – nie sposób bowiem grzebać w rybiej głowie samymi sztućcami.  I najważniejsze: główną atrakcją i przyjemnością w konsumpcji tego dania jest właśnie rybia głowa na talerzu. Głów broń boże nie wyrzucamy tylko je jemy, bo to właśnie przez możliwość pobabrania się w rybiej głowie, to danie jest takie drogie a nawet odrobinę ekskluzywne. W Singapurze może kosztować nawet kilkadziesiąt tamtejszych dolarów. Konsumowanie takiej głowy to dla Azjatów ogromna przyjemność. W Azji czasem dostaje się taką ze trzy razy większą od naszego rodzimego karpia i żeby ją zjeść trzeba solidnie się z nią posiłować, więc w rodzimej wersji głowa lina czy dorady to bardzo łatwa rzecz do konsumpcji. Po 45 minutach gotowania głowa tak małej ryby po prostu delikatnie się rozpada, a my jej tylko nieco pomagamy. W dodatku jest to danie na swój sposób ekologiczne – nie marnujemy bezsensownie tak smacznej części ryby jaką jest głowa, którą u nas z jakiś przyczyn  wyrzuca się i uważa za niejadalną.

nep_katmandu_stragan-z-rybami_001.jpg

Stragan z rybami w Katmandu.

Ze mną zawsze było coś nie tak, bo jedną z największych przyjemności z jaką kojarzą mi się święta Bożego Narodzenia, była możliwość schrupania rybiej głowy, których jedna bądź kilka gotowała się u babci w garnku jako wywar do karpia w galarecie. Inne potrawy były znacznie mniej ważne niż możliwość dokładnego rozmontowania rybiej głowy kawałek po kawałku. No i intensywność jej smaku przebijała większość świątecznych potraw. A może dlatego była tak niepowtarzalna że jedzona tylko raz w roku? Jakoś nie odczuwam jednak sentymentu do pozostałych wigilijnych dań, które przecież także raz do roku są jedzone. O wiele przyjemniejsza od nich była dla mnie zawsze głowa chrupana po kryjomu w kuchni.

tai_trang_ryby-na-targu_001.jpg

Podobne do dorady ryby na targu w miejscowości Trang w Tajlandii.

Pierwszy raz zjadłam curry z rybich głów w Malezji, na wyspie Penang na bazarze obok bardzo słynnej świątyni buddyjskiej Kek Lok Si znajdującej się nawet na malezyjskich pieniądzach. W świątyni zeszło nam o wiele za dużo czasu niż powinno i kiedy chcieliśmy coś zjeść zarówno świątynna wegetariańska restauracja, jak i okoliczne bazarowe przybytki były już pozamykane bo był to weekend. Jedna sprzedawczyni – Chinka ulitowała się nad nami i powiedziała, że właśnie gotuje fish head curry na jakieś przyjęcie albo wesele i w zasadzie może nam sprzedać jedną porcję, bo zaraz ktoś przyjedzie po cały gar dymiącej potrawy. Robi to dlatego, że jest mistrzynią tej potrawy i chce się z nami swoją świetnością jakoś podzielić. No to oczywiście się zgadzamy i po chwili dostajemy talerz z głową na pół talerza, sporo większą od głowy przeciętnej tołpygi. Do jej rozbrojenia mamy tylko marny, blaszany,  wyginający się na wszystkie strony widelec i łyżkę, a nie mamy możliwości podpatrzyć jak należy obejść się z głową, gdyż jesteśmy jedynymi klientami. Curry było przepyszne, zielone z wyraźną przewagą liści limonki kaffir i trawy cytrynowej, w poniższym przepisie podaję jednak nieco bardziej indyjską wersję (bez trawy i kaffiru) Głowę w końcu udało nam się rozbroić z użyciem rąk, nie muszę chyba pisać jak strasznie się nią wypapraliśmy. Chyba najsmaczniejsze były oczy. Taka głowa na dwie osoby była wystarczająca, średnio wyobrażam sobie jedzenie jej samemu.

Mój indywidualny, domowy, wielokrotnie modyfikowany przepis na fish head curry (dla 2-3 osób):

  • Nierafinowany olej palmowy 2-3 łyżki (może być też zwykły olej np słonecznikowy ale nierafinowany palmowy świetnie pasuje do ryby i przypraw bo przepięknie pachnie)
  • 1 łyżka czarnej gorczycy,
  • 1 łyżeczka kuminu,
  • 1 łyżeczka nasion kozieradki,
  • 1/2 łyżeczki anyżu (nie gwiazdkowego!) lub ajwanu,
  • 1/2 łyżeczki nasion fenkułu/kopru włoskiego (można rozdrobnić w moździerzu),
  • 1/2 łyżeczki kurkumy,
  • 1/2 łyżeczki zmielonej kolendry,
  • 1/2 łyżeczki zmielonego galangalu,
  • 1  łyżeczka pasty ze sfermentowanych krewetek (jej brak można przeżyć w ostateczności ;),
  • 1/4 łyżeczki asafetydy,
  • 1 łyżeczka świeżego roztartego imbiru,
  • 1 łyżeczka wyciśniętego czosnku,
  • 1 zielone chilli bardzo drobno posiekane,
  • kilka świeżych liści curry (w naszych warunkach jeszcze nieosiągalne)można też większość przypraw z wyjątkiem gorczycy, imbiru i czosnku zastąpić przyprawą curry, ja jednak tutaj składam sobie curry specjalnie na tę okoliczność, zazwyczaj opłaca się trochę natrudzić bo moje fish head curry smakuje potem nawet lepiej niż ze specjalnie zakupioną przyprawą do rybnego curry (bo taką też posiadam, zakupiłam ją w Nepalu). Na głęboką patelnię lub rondel z lekko rozgrzanym olejem palmowym wrzucamy wszystkie sypkie przyprawy, a także czosnek i imbir, po chwili dodajemy cebulę i czekamy, aż całość zacznie wydzielać intensywny zapach, uważając jednocześnie by olej nie zaczął dymić, bo szkoda spalić tak dobry olej jak nierafinowany palmowy.
fish-head-curry_curry-z-rybich-glow_002.jpg

Wszystkie (albo większość) składników curry z rybich głów.

Teraz potrzebne nam będą następujące składniki:
  • 1-2 cebule dymki,
  • 2-3 średniej wielkości pomidory siekane oraz/lub pasta z tamaryndowca w ilości 1-2 łyżek (niestety taka w słoiczku z polskich sklepów z kuchniami świata zawiera strasznie dużo cukru, jest niemal niejadalna i w niczym nie przypomina kwaskowatego produktu z Tajlandii albo Malezji) Robiłam także curry wielokrotnie bez tej pasty i także daje radę,
  • 1 łyżka ostrych pikli z limonki,
  • 1 papryka,
  • mleko kokosowe (najlepiej robione samodzielnie) w objętości powiedzmy pół szklanki, dla fanów malajskich smaków można chyba więcej,
  • 1 niewielka cukinia, albo balsamka (posolona i odsączona z gorzkiego soku a jak to nie pomaga to jeszcze sparzona), świetna będzie także okra w ilości 8-10 szt.,
  • 2-3 dorady lub małe liny pokrojone na co najmniej 3 lub więcej części (głowy osobno). Absolutnie koniecznie (!) musimy usunąć z nich skrzela, co wrażliwsi mogą także usunąć oczy, ale ja tak nie robię, bo nie widzę potrzeby. Ryby te można też z powodzeniem zastąpić tołpygą a nawet karpiem. Oczywiście głowy karpia i tołpygi potrzebują więcej czasu na ugotowanie. Więc pozostałe składniki dodamy wtedy później.

 Najpierw wrzucamy pastę z tamaryndowca/pomidory oraz mleko kokosowe i rybie głowy, dolewamy nieco wody by przynajmniej do połowy były zanurzone (w połowie gotowania możemy je delikatnie odwrócić na drugą stronę), przykrywamy naczynie pokrywką, 10 minut później wrzucamy cukinię/balsamkę/okrę albo wszystkiego po trochu oraz paprykę, po mniej więcej 20 min dodajemy resztę ryby. Całość gotujemy maksymalnie 10-15 minut, aż ryba nabierze dobrej konsystencji. Całość zajmie więc nam około 50 minut. Posypujemy świeżą siekaną kolendrą. Podajemy z ryżem, dla mnie osobiście najlepszy jest basmati.

fish-head-curry_curry-z-rybich-glow_001.jpg

Fish head curry.

Kopi

Co to jest kopi? To specyficzny, aksamitny w smaku sposób przyrządzania i obróbki ziaren kawy, pitej w południowo-wschodniej Azji od południowej Tajlandii, poprzez kontynentalną Malezję, Singapur, aż po Indonezję. Cały jej sekret polega na prażeniu częściowo rozdrobnionych ziaren kawy z dodatkiem cukru trzcinowego (Tajlandia) albo margaryny palmowej (Malezja), albo obu dodatków na raz (Malezja, Singapur, Indonezja). Podczas prażenia cukier częściowo się karmelizuje. Dzięki temu zaparzona kawa ma smolisty kolor i jest jednocześnie mocna i bardzo delikatna w smaku. Z kolei prażenie kawy z dodatkiem samej margaryny powoduje lekkie wybielenie ziarenek i kawa powstała w wyniku takiego zabiegu nazywa się „white coffee”. W tym jedynym przypadku nie oznacza to kawy z mlekiem, a jedynie jaśniejszy kolor uprażonych ziaren. W obydwu przypadkach częściowo zmielone ziarna zalewa się wrzątkiem i przesącza przez materiałowe sitko zwane pieszczotliwie „skarpetką”. Najsłynniejszymi napojami tego rodzaju są „Kopi O” – kawa prażona z dodatkiem cukru i margaryny oraz „Ipoh White Coffee” – niesamowicie delikatna w smaku kawa prażona tylko z dodatkiem margaryny. Oczywiście słowo margaryna mimo wszystko nie ma tu tak nieprzyjemnego znaczenia jak ta z Polski dodawana do tanich wypieków. Zapach margaryny palmowej jest nieco inny i w pewien sposób pasuje do zapachu kawy. Kopi podaje się zazwyczaj z bardzo słodkim mlekiem skondensowanym z puszki. Może być pita zarówno na zimno z dodatkiem lodu (wtedy dostaje się ją w woreczku z lodem i rurką) jak i na ciepło. Słodkość kopi bardzo zależy od miejsca w którym ją pijemy. W lokalu prowadzonym przez Chińczyków zazwyczaj będzie mniej upiornie słodka niż w przeciętnym lokalu nasi kandar. Ten sposób obróbki ziaren kawy wynaleźli chińscy emigranci, którzy przybyli na te teren Malezji i Singapuru panowania Brytyjczyków. Wiele malezyjskich miast (Georgetown, Ipoh czy Melaka) oraz Singapur promują się jako miejsce wynalezienia kopi. Ponoć najbardziej wiarygodna jest wersja, że „white coffee” wymyślona została przez chińczyków z Ipoh i to im należy się pierwszeństwo. Z kopi związana jest cała kultura barów kawowych – kopi tiam, występujących w Malezji i Singapurze oraz na południu Tajlandii, prowadzonych głównie przez Chińczyków, oraz czasami muzułmańskich emigrantów z Indii. Najbardziej charakterystyczne wyposażenie takich barów to okrągłe stoliki z marmurowym blatem. Kawiarnie zazwyczaj czynne są od rana i nie są typowymi lokalami jakie kojarzyć nam się mogą z tą nazwą. W chińskiej kawiarni w Malezji zamiast ciastek tortów i innych słodyczy, zjemy na przykład śniadanie w postaci smażonego ryżu z różnymi dodatkami, albo zupę z wkładem mięsnym. To normalne, że oprócz tego, że w powietrzu czuć zapach kawy, pachnie też przy okazji czosnkiem, imbirem, chili czy lekko spalonym olejem. Czasem w takiej kawiarni sprzedaje się także słodkie wypieki najbardziej typowe z nich to ciastka nadziewane słodką masą z fasoli, która przy odrobinie szczęścia do złudzenia przypomina czekoladę. Wypieki te są zazwyczaj dość suche i szczelnie zapakowane, żeby przetrwały dłużej w gorącym i wilgotnym klimacie. Rodzajów kopi sprzedawanych w kopi tiam jest sporo – jak w tym nie zginąć – można poczytać na przykład tutaj.

mal_penang_ciastka_001.jpg

W przeciętnej chińskiej kawiarni nie zjemy ciastek w europejskim tego słowa znaczeniu, tylko na przykład takie dość mocno twarde wypieki z farszem z fasoli w środku. Czasami fasola przypomina czekoladę, czasem zaś niczego znanego wcześniej nie przypomina ;).

tai_trang_kopi_001.jpg

Typowe chińskie kawiarnie znajdziemy także na południu Tajlandii. Na zdjęciu pani robi kopi w kawiarni w Trang, (która oprócz kawy słynie ze zdrowotnej zupy z lokalnymi ziołami).

Po mniej więcej tygodniu picia tylko i wyłącznie kopi w malezyjskich jadłodajniach wszelkiej maści, zaczynam mieć jej dość i tęsknić do kawy z ekspresu ciśnieniowego albo tygielka, bo mimo wszystko smakuje ona mocno odmiennie od typowych europejskich kawowych przyzwyczajeń. Pijąc kawę w normalnych ulicznych lokalach jedzeniowych (a nie w drogim, nudnym i pretensjonalnym Starbucksie) nie spotkamy tu jednak kawy innej niż taka. Nieco mniej egzotycznie i bardziej po drodze z europejskim pojęciem tego co dobre, smakuje „white coffee” ale coraz częściej jest ona zastępowana przez produkty instant ze sztucznym mlekiem i cukrem, które niestety nijak się mają do interesującego kawowego dziedzictwa chińczyków.  W Ipoh mieliśmy olbrzymi problem, by zakupić  prawdziwą white coffee w ziarnach. Produkujący ją Chińczycy masowo przerzucili się bowiem na instant white coffee, porzucając swoją XIX wieczną tradycję. Tłumaczyli nam, że przecież tak jest wygodniej, nie trzeba dodawać mleka ani cukru, oraz użerać się z przecedzaniem. Zupełnie nie rozumieli o co może nam chodzić jeśli prosiliśmy o kawę nie przetworzoną w foliowe saszetki 3 w 1. Kawę taką udało się znaleźć dopiero na Penangu i to w bardzo wysokiej cenie. Widocznie prawdziwe ziarna white coffee stają się elitarnym towarem, a przeciętny obywatel zadowoli się produktem instant.

kawa_kopi_002.jpg

Kopi O w saszetkach, bez żadnych dodatków. W środku znajduje się ekspresowa torebka z kopi.

Supermarketowe półki w Malezji uginają się od rozmaitych kawowych kombinacji, są to głównie produkty instant. Wzięło się to pewnie stąd, że porcje kawy muszą być szczelnie pakowane w saszetkach. Kopi chłonie wodę i w wilgoci krótkim czasie zamieni się nam w bryłkę. Skoro więc można sobie ułatwić życie, czemu nie zrobić tego jeszcze bardziej – stąd prosta droga do kaw 3 w 1 i innych okropieństw. Za pierwszym razem w Malezji udało się nam zupełnie przypadkiem kupić saszetkowane Kopi-O bez dodatku cukru i mleka w proszku, za drugim razem okazało się, że kopi bez tych dodatków dość trudno znaleźć i stanowi ono zdecydowaną mniejszość. Gdybym napiła się typowego kopi instant, z pewnością przeszłaby mi ochota na jakiekolwiek kawowe zakupy. Większość kaw występuje niestety właśnie w takiej formie wzbogacone o przeróżne dodatki w rodzaju kopi tongkat ali (rośliny zwanej parasolem Alego, czyli Eurycoma longifolia – znanym i bardzo popularnym lekiem lokalnej medycyny uważanym także za męski afrodyzjak), kopi o smaku durianowym, czy też w wersji dla kobiet w różowych opakowaniach z dodatkiem kacip fatimah (kolejnej bardzo ważnej lokalnej rośliny Labisia pumila szczególnie korzystnej dla kobiet, zwłaszcza tych w niedalekiej przyszłości spodziewających się dziecka). Pominęliśmy te kawowe rewelacje kupując kopi na wagę pakowane w półkilogramowe plastikowe worki. Do odcedzania wystarczy dość gęste sitko, dlatego nie nabyliśmy żadnych dodatkowych utensyliów w postaci trójkątnej materiałowej skarpetki. Takiej kawy trzeba było się jednak dość długo szukać i pójść do sklepów w których zaopatrują się właściciele jadłodajni, może nie tak ładnych i nie zawsze klimatyzowanych, za to z mniej przetworzonymi towarami w większych opakowaniach.

kawa_kopi_001

Kopi bez saszetek, i innych cywilizacyjnych ulepszeń.

Penang 2015 (część druga – o zakupach)

Drugą część wynurzeń, z drugiego pobytu w moim ulubionym miejscu w Azji Południowo-Wschodniej czas zacząć. Ostatnio trochę pisałam o różnych ciekawych świątyniach, które tym razem mieliśmy okazję na Penangu odwiedzić oraz co nieco w temacie lokalnego jedzenia. Tym razem zaczniemy od zakupów i to całkiem niezwyczajnych. Stworzono bowiem całkiem fajny przewodnik po sklepach tradycyjnych wytwórców różnych dóbr. Książeczka zawiera kilkanaście pozycji. Część z nich poznaliśmy już wcześniej bez pomocy jakichkolwiek specjalistycznych publikacji 😉 część z kolei była dla mnie tym razem niczym prawdziwe objawienie. We wszystkich wymienianych przez broszurkę miejscach nie byliśmy, oczywiście będąc też przy okazji w miejscach ciekawych, które z jakichś przyczyn nie załapały się na strony tej publikacji. Czyli jak zwykle informacja turystyczna twierdzi swoje, a poszukać czegoś ciekawego na własną rękę trzeba, bo takie odkrycia cieszą najbardziej. Zapraszam zatem do snucia się po Georgetown i całym Penangu śladem „heritage traders”. Miałam pewne dylematy czy lepiej nie umieścić tego posta w kategorii „zakupy”. Jednak większości wymienionych przeze mnie tutaj artykułów raczej  nikt nie będzie potrzebował, bo są zbyt egzotyczne. Są to sklepy bardziej do pozwiedzania i pooglądania.

Muzułmańskie perfumy

Zaczniemy jednak od istnego zakupowego objawienia (o tym miejscu nie wiedziałam wcześniej), czyli sklepu z tradycyjnymi muzułmańskimi perfumami, które nie zawierają alkoholu. Przybierają formę olejku i rozprowadza się je w niewielkich ilościach na skórze, najlepiej w najcieplejszych miejscach ciała. Sklep Badjenid & Son działa nieprzerwanie od 1917 roku i był pierwszym w Malezji importerem i sprzedawcą perfum, ich komponentów, oraz olejków eterycznych. W sklepie można kupić „własne wersje” perfum popularnych zachodnich marek, oraz popularnych zapachów arabskich, kilka rodzajów oud w różnych cenach (rewelacja) i zabójczo drogi olejek sandałowy. Byłam tutaj dwa razy, gdyż stwierdziłam że perfumy są bardzo dobrej jakości i warto kupić ich więcej,  za drugim udało mi się nawet zrobić zdjęcie właścicielowi. Za pierwszym razem perfumy sprzedawał mało rozgarnięty młody sprzedawca, dlatego kupiłam ich niewiele. Za drugim razem zaś inny, podszedł do tematu ze zrozumieniem i wprost świetnie rozkminił mój gust. Zaczął polecać mi różne zapachy i muszę przyznać, że trafiał idealnie! Nie dość, że kupiłam prawie pół sklepu, to na dodatek dostałam jeszcze gratisy. Zaszalałam tak bardzo, że od „pamiętnego 2015 roku” jeszcze nie kupiłam żadnej perfumy – pragnę najpierw chociaż częściowo zużyć zapasy zrobione w tym sklepie. Niektóre niestety są dla mnie za mocne i drażnią mi skórę, na szczęście większości z nich mogę używać bez takich problemów. Od kiedy kilka lat temu po raz pierwszy zetknęłam się z perfumami w olejku, zdecydowanie wolę takich używać, ze względu na ich poręczność, wygodę i długotrwały zapach.

mal_penang_georgetown_własciciel-sklepu-z-muzulmanskimi-perfumami_001.jpg

Pan właściciel. Niestety nie widać olbrzymiego sygnetu na palcu i tego, że do pracy przychodzi w pełnym makijażu, ale mężczyźni w Azji mogą więcej.

Kopi

Na Penangu działa kilku wytwórców kawy kopi, o której już Wam kiedyś pisałam. Wytwarza się tutaj kawę „Kopi O”, która sprzedawana jest w całej Malezji. W tym celu praży się ziarna kawy z dodatkiem cukru, margaryny palmowej, soli i ziaren sezamu. Jedna z palarni znajduje się na ulicy Jalan Cheong Fat Tze i nazywa się Kun Kee Food Industries. Na Penangu istnieje ulica, na której znajdują się prawie wyłącznie chińskie pijalnie kopi (można też zjeść jakąś tradycyjną zupkę z wsadem mięsnym, warzywami i lokalnymi ziołami). W wielu miejscach można także napić się najdelikatniejszej i najdroższej „White Kopi”, a to już prawdziwy kawowy hedonizm. Bardzo polecam. Więcej na ten temat w podlinkowanym na początku tego akapitu wcześniejszym poście (nie będę się powtarzać).

mal_penang_georgetown-ulica_006.jpg

Oczywiście Penang jest na tyle turystyczny, że „kawa po europejsku” jest także dostępna, ale będąc tutaj zdecydowanie lepiej raczyć się White Kopi. Chociaż za tak kreatywną reklamę, można zrobić wyłom od czasu do czasu.

Sklepy z chińskimi artykułami religijnymi

Czego jak czego, ale artykułów religijnych nie potrafię sobie nigdy odmówić, gdyż mam na ich punkcie swoistą manię. To co w Azji najpiękniejsze, to zjawisko grupowania się sklepów o podobnej tematyce na przykład wzdłuż jednej ulicy, lub w całym kwartale. Można więc plątać się długie godziny i patrzeć na te cuda. A cuda to niemałe. Spory kawałek Lebuh Carnavaron to sklepy z przedmiotami przeznaczonymi do składania w całopalnej ofierze w chińskich świątyniach. Oczywiście normalnie pali się w nich kadzidła i lampki, ale od wielkiego dzwonu, na przykład śmierci kogoś bliskiego, taka ofiara nie wystarczy. Żeby zapewnić szczęście i powodzenie, trzeba darować sile wyższej (lub przodkom w życiu pozagrobowym) coś naprawdę cennego. Ponieść dotkliwą stratę czegoś, co dosłownie odejmujemy sobie od ust, by zmarły cieszył się tym przedmiotem w swoim nowym życiu. Na szczęście chiński pragmatyzm daje radę jakoś sprawić, by zarówno wilk był syty jak i owca cała. Darowane przedmioty mogą przecież być atrapami prawdziwych. Stąd sklepy specjalizujące się w papierowych kopiach popularnych dóbr. Można więc palić na cześć przodków na przykład papierowe pieniądze, ale to dopiero początek. Takie artykuły znajdziemy w większości azjatyckich sklepów. Za to na Carnavaron Street można kupić na przykład wcale nie tanie papierowe atrapy telefonów, wszelkiej maści najnowsze modele Samsungów Galaxy oraz Iphone’ów, a także najdroższych zegarków a nawet markowych ubrań. Można też kupić (tylko zupełnie nie mam zielonego pojęcia jak przewieźć) przepiękne delikatne i misterne modele tradycyjnych chińskich świątyń i domów. W to co widzimy w takim sklepie trudno z początku uwierzyć. Z daleka i nie wgłębiając się w szczegóły wygląda to jak jakiś chaotyczny magazyn, w którym obok siebie, często rozrzucone byle jak, stertami piętrzą się najrozmaitsze przedmioty codziennego użytku i elektroniczne dobra. Wszystkie one są podejrzanie lekkie i tak jakoś dziwnie nikt o nie nie dba. Leżą sobie jedne na drugim i czasem wyglądają jakby nic nie ważyły (bo tak w rzeczywistości jest, tylko trudno nam to zaakceptować). W końcu już nie wiemy, czy to mózg nas oszukuje czy jednak to co widzimy to prawda. Bardzo polecam to uczucie niepewności. Z wrażenia nawet zdjęć zapomniałam zrobić.

mal_penang_georgetown-ulica_011.jpg

Oczywiście to nie żaden sklep tylko drzwi oklejone noworocznymi naklejkami. Także do dostania w takich sklepach, lecz to towar bardziej okolicznościowy.

Indyjskie dobra

W Georgetown jest niewielka indyjska dzielnica Little India, którą słychać już z daleka. Każdy sklep, a jest ich bardzo dużo, bo na parterze każdego domu jest co najmniej jeden, posiada bowiem sporych rozmiarów głośniki i umila życie jak tylko może indyjskimi przebojami filmowymi. Między sklepami panuje konkurencja kogo głośniej słychać. Największe zgrupowanie tradycyjnych sklepów jest na Lebuh Pasar na przykład pod numerami 25, 29, 32, 41. Możemy się tutaj ubrać od stóp do głów, nabyć wyposażenie całej kuchni, wszelkie możliwe produkty spożywcze, środki czystości, kosmetyki, artykuły religijne i wspomnianą już wcześniej kulturę czyli płyty, gazety i czasem książki. Wszystko to jest albo sprowadzane z Indii (a sporo tańsze niż produkty malezyjskie) albo produkowane przez indyjskich emigrantów w Malezji na ich własne potrzeby. Każda, dosłownie każda rzecz, jest odrębna i różni się od produktów w sklepach prowadzonych przez malajskich muzułmanów oraz Chińczyków. Sprzedawcy są bardzo mili, energetyczni i wygadani. Jak tylko mają czas, bardzo bardzo chętnie wytłumaczą do czego dany przedmiot służy, doradzą wybór (na przykład przypraw albo kadzideł). Zawsze tak to wychodzi, że nawet jeśli kupujemy olej do włosów za równowartość bochenka chleba, zostajemy obsłużeni po królewsku, co najmniej jakbyśmy w Polsce właśnie nabywali jakiś samochód. Oni po prostu tak mają. Handel jest ich oczkiem w głowie i zakupy w ich sklepach przypominają bardzo zakupy w Turcji. W dodatku cała ta uprzejmość, czy wręcz nadskakiwanie klientom nic ich nie kosztuje – nie zachowują się tak ze względu na to, że są w pracy i muszą, czy też są zdesperowani, bo sklep nie przynosi im spodziewanych dochodów. Traktują tak każdego i jakoś nie tracą na swoim wizerunku (a wręcz przeciwnie). W naszym kręgu kulturowym takie zachowanie jest traktowane jako coś egzotycznego, a sprzedawca obowiązkowo musi traktować klienta nieco z góry, albo udawać eksperta w danej dziedzinie, bo najwyraźniej inne zachowanie przyniosłoby mu plamę na honorze. To pozostałość epoki komunizmu, kiedy sprzedawczyni w wiecznie pustym sklepie posiadała realną władzę nad ludźmi. Trochę tego jeszcze w nas zostało, dlatego po powrocie z Azji, podczas pierwszych kilka dni w kraju gdy kupuję podstawowe produkty spożywcze jakoś nigdy nie mogę się odnaleźć. Co więc warto kupić w takim indyjskim sklepie?

Na pewno przyprawy, bo są bardzo świeże i z pierwszej ręki. Oczywiście sprzedaje się na wagę do plastikowych reklamówek a w sklepie leżą w wielkich wielokilogramowych workach, lub metalowych puszkach. Co wybrać jeśli rodzajów curry jest kilkanaście i w różnych cenach? Sprzedawca musi wybadać nasz gust i postara się doradzić najlepiej. Przyprawy są tak tanie, że na prawdę nie warto kupować najtańszego. Każde curry jest zdecydowanie inne, często sklepy posiadają własne rodzinne kompozycje, które sami mieszają. Oczywiście będzie to curry indyjskie, malajskie to coś zupełnie innego.

Rewelacyjnie świeże i pachnące są w takich sklepach także kadzidła, jako że przeciętny Hindus zużywa ich tygodniowo tyle co my w pół roku. Nie mają więc kiedy wyleżeć się na półkach. Ich zapach jest nieporównywalny w żaden sposób do kadzideł kupowanych w Polsce, mimo że to często te same opakowania. Parę tygodni (w najlepszym wypadku) transportu w nieprzewidywalnych temperaturach, plus leżenie na sklepowej półce lub w magazynie zdecydowanie oddziaływuje na kadzidła.

Sklepy te to wspaniałe miejsce do zaopatrywania się w indyjskie kosmetyki. Ich ceny w porównaniu do cen tych samych towarów w Polsce mogą szokować bo jest przeważnie kilkakrotnie taniej. Można tu kupić mnóstwo olei i olejków, hennę oraz farby do włosów na jej bazie, ajurwedyjskie pasty do zębów.

Oprócz tego do Little India warto się wybrać ze względu na restauracje „banana leaf curry”, w których wegetariańskie curry podaje się na bananowym liściu i zgodnie z tradycją bez przerwy dokłada się je gościowi, dopóki ten wyraźnie nie zaprotestuje. Uliczni sprzedawcy sprzedają zaś tradycyjne słodycze oraz wegetariańskie samosy. Indyjskie słodycze to temat zasługujący na osobnego posta i z pewnością kiedyś go popełnię, jak zrobię odpowiednią ilość zdjęć na ten temat. Sporo z nich robimy już sami, bo na youtube mnóstwo indyjskich gospodyń domowych wrzuca filmy, na których można wszystko dokładnie zobaczyć.

mal_penang_sklep-z-sari_001.jpg

Sklep z tekstyliami gdzie można kupić sobie sari w kratkę w Little India.

mal_ipoh_indyjskie-slodycze_001.jpg

Przepraszam za wyjątkowo brzydkie zdjęcie i w dodatku nie z Penangu, ale jest na nim kilka popularnych indyjskich słodyczy: kulki po prawej to gulab jamun (smażone w głębokim tłuszczu z ciasta o smaku pączków namaczane w syropie z wodą różaną są tak słodkie, że zapewniają cukrowy odjazd) po lewej zaś: brązowa kulka to laddu, a żółta kostka i biały okrąg to różne rodzaje burfi (żółte to besan z mąki z ciecierzycy) teraz już robimy sami indyjskie słodycze i może kiedyś powstanie o nich nawet osobny post.

mal_ipoh_sprzedawca-kwiatowych-girland_001.jpg

A to zdjęcie wprawdzie z Ipoh, ale nasz broszurkowy przewodnik po sklepach sprzedawców tradycyjnych dóbr polecał odwiedzenie wytwórców kwiatowych girland, w Georgetown byłam zbyt rozleniowiona by robić zdjęcia. Natomiast ten pan girlandy miał wyjątkowo wypasione. 

Chińskie kuchenne utensylia

Na Lebuh Pantai 224 znajduje się bardzo ciekawy sklep z chińskimi narzędziami kuchennymi. Warto wybrać się by je obejrzeć. Ponoć sprowadzane są niemal ze wszystkich prowincji Chin. Najpiękniejsze są drewniane wycinane ręcznie foremki na ciastka, które przypominają arabskie formy na daktylowe ciastka maamoul. Niestety w sklepie nie można robić zdjęć, ani niczego dotykać, co jest trochę dziwne bo sklep nie sprzedaje rękodzieła tylko seryjnie wytwarzane przedmioty. Nie zachęciło mnie to do kupna drewnianej foremki, mimo że były przepiękne. Sklep specjalizuje się w tradycyjnie wykonywanych przedmiotach.

 Sklep z materiałami do kaligrafii

Znajduje się nieopodal sklepów z ofiarnymi artykułami z papieru na Lebuh Carnavaron. Można w nim kupić pędzle do kaligrafii w najróżniejszych  cenach i rozmiarach, nawet takie które da się używać trzymając je dwoma rękami. Takimi pędzlami posługuje się na przykład francuska artystka Fabienne Verdier. Oprócz tego różne rodzaje tuszy i podkładek do ich mieszania. Na tej samej ulicy można także odwiedzić zakład wytwórcy pieczęci, którymi podpisuje się kaligrafie (ma on swą siedzibę pod numerem 85).

mal_penang_sklep-z-materialami-do-kaligrafii_001

Tradycyjne ubrania różnego typu

Podaję bo może komuś się przydadzą. Chciałam kilkakrotnie odwiedzić wytwórcę tradycyjnych kobiecych zdobionych koralikami butów, których proces wytwarzania i zdobienia trwa nawet trzy miesiące, ale zawsze było zamknięte bo byliśmy tam albo za wcześnie, albo zbyt późno. Takie buty nosi się odświętnie razem z pasującym do nich sarongiem. Służą podkreśleniu statusu społecznego. Są całe wyszywane koralikami. Wytwórca takich butów (Nyonya shoes) mieści się na Lebuh Armenian 4. Równie interesujące jest stanowisko ostatniego wytwórcy muzułmańskich nakryć głowy – songkoków. Mijaliśmy je kilka razy ponieważ mieści się w mikroskopijnym straganie tuż obok Nagore Shrine – mauzoleum poświęconym Syedowi Shahulowi Hamidowi – sufickiemu świętemu z południowych Indii. Stragan działa nieprzerwanie od 1933 roku. Niedaleko tego miejsca, bo na Lebuh Chulia pod numerami 109 i 111 można zaopatrzyć się w sarongi oraz batikowe tkaniny użytkowe.

Po drodze od sklepu do sklepu można też podziwiać inne widoki. Połączenia faktur i kolorów onieśmielają i zapadają na długo w pamięć 😉 Oczywiście to co tutaj wrzucam to tylko wierzchołek góry lodowej. W rzeczywistości jest jeszcze ładniej, tylko nie zawsze chce mi się robić zdjęcia. Wpadam tam w tak dalece zaawansowany komfort życia i marazm, że czasem przez parę dni nie robię żadnych zdjęć, bo bycie tam jest zbyt zajmujące i zwyczajnie nie mam czasu. Może następnym razem odrobię straty, (spodziewam się że już niedługo będę miała tę okazję).

mal_penang_fryzjer_001.jpg

Szkoda że akurat nie potrzebowałam skorzystać z usług strzyżenia, pewnie w środku jest równie pięknie jak na zewnątrz.

mal_penang_georgetown_hotel-central_001.jpg

Lubię ten rodzaj architektonicznego zmęczenia właściwy dla miejsc w klimacie tropikalnym gdzie często pada.

mal_penang_georgetown-ulica_012.jpg

I wszystkie nawet najbardziej fantazyjne kolory zaczynają po kilku latach blaknąć i odłazić warstwami.

mal_penang_georgetown-ulica_013.jpg

To dla mnie prawdziwy street art, natomiast taki zlecany za pieniądze różnym słynnym artystom to już nie jest to samo.

mal_penang-georgetown_streetart_003.jpg

A to na przykład przepiękny zakład naprawy (i chyba też sprzedaży rowerów).

mal_penang-georgetown_streetart_004.jpg

A to chyba już prawdziwy street art z kotem.

mal_penang_georgetown-ulica_003.jpg

A to piękny przykład wykorzystania roślin w przestrzeni miejskiej.

mal_penang_georgetown-ulica_005.jpg mal_penang_georgetown-ulica_007.jpg mal_penang_georgetown_capitan-keling-mosque_001 mal_penang_georgetown-ulica_008.jpg mal-penang_georgetown_ludzie-na-nadbrzezu_001.jpg mal-penang_georgetown_nocny-street-food_001.jpgmal-penang_georgetown_nocny-street-food_002.jpg

Dlaczego w Ipoh warto zostać dłużej niż jeden dzień

Do Ipoh pojechaliśmy z planem, że będziemy tam krótko, bo według internetowych opinii miasto jest wystarczająco interesujące tylko na jednodniowy wyjazd. Nie pojmuję czemu obiegowe opinie o Malezji są tak jednostronne, dla mnie w ogóle nie jest tutaj nudno. No i tak się stało, że w sumie byliśmy w mieście pięć dni, bo złapaliśmy poważnego lenia. Dużym atutem jest niemal zupełny brak turystów, którzy nie zadają sobie trudu żeby sprawdzić jak jest w Ipoh, bo z polecenia różnych przewodników wybierają „ciekawsze” miejsca. Tymczasem w Ipoh można włóczyć się po imponujących chińskich świątyniach, jeździć na jednodniowe wycieczki po okolicy (ciekawych miejsc jest sporo) i oglądać różne mniej lub bardziej dramatyczne próby uczynienia z miasta popularnej destynacji turystycznej.

Na początek trochę historii. Jakoś tak się składa, że najpopularniejsze miasta w kontynentalnej części Malezji (może z wyjątkiem stolicy) swoje lata świetności mają już dawno za sobą. Na przykładzie Ipoh można dokładnie to zobaczyć. Jeszcze na początku XIX wieku w miejscu miasta rosła sobie spokojnie tropikalna dżungla. Ekspansja Brytyjczyków na Półwysep Malajski powoduje rozwój przemysłu wydobywczego w okolicy. Tworzą go Chińczycy i Brytyjczycy, którzy zbijają tu pokaźne fortuny. Nieopodal dzisiejszego Ipoh najpierw powstało miasto Gopeng, w które zaczęło  rozwijać się w szaleńczym tempie, z powodu odkrycia znacznych złóż cyny. Początkowo Ipoh było „miastem satelickim” Gopengu. W 1892 roku ponad połowa budynków Ipoh spłonęła w wielkim pożarze, co pozwoliło odbudować miasto na nowo w bardziej nowoczesny sposób. Od tej pory zaczyna się systematyczny rozwój Ipoh. To wtedy powstaje słynna Concubine Lane – ulica, na której bogaci mężczyźni mieli okazję spotkać swoje przyszłe „kolejne żony” (dość skomplikowany to eufemizm). Lokalny chiński kopalniany potentat Yao Tet Shin, kupuje swojej żonie i konkubinom osobne ulice, na których stoją ich domy. Odbudowuje też znaczną część spalonego miasta, znaną jako „New Town”.

 Tę jak i inne historie próbuje się obecnie wskrzesić w celach rozwoju miejskiej turystyki. Szczytowym momentem w historii miasta są lata 20. i 30. XIX wieku. Miasto staje się stolicą stanu Perak, wypierając z tej pozycji Taiping. W drugiej połowie XX wieku po uzyskaniu przez Malezję niepodległości i odłączeniu się Singapuru, rozwój miasta dramatycznie się załamuje. Powodem jest znaczny spadek cen cyny. Przemysł spożywczy rezygnuje z opakowań wykonywanych z tego surowca. Koszty energii niezbędnej do wydobycia rosną, a środowisko naturalne jest coraz bardziej zrujnowane. Zamykane są kolejne kopalnie. Cynę w okolicy wydobywali wszyscy, od wielkich odkrywkowych kopalni, po małe rodzinne przedsiębiorstwa zajmujące się wymywaniem surowca z gleby. Sytuacja miasta staje się opłakana a jego mieszkańcy są zmuszeni szukać pracy gdzie indziej. Dlatego miasto nawet dzisiaj do końca nie otrząsnęło się z tej straty i miejscami sprawia wrażenie wyludnionego.

mal_ipoh_dworzec-kolejowy_001.jpg

Pierwszą budowlą jaką zapewne ujrzycie w tym mieście, będzie imponujący dworzec kolejowy, zwany pieszczotliwie Taj Mahalem, wybudowany w latach największej prosperity. Dziś nieco podniszczony, senny i odrobinę opuszczony.

Po mieście chodzi się jak po sennym labiryncie. Wszystkie ulice wyglądają dokładnie tak samo – dominuje niska kilkupiętrowa zabudowa – i przecinają się pod kątem prostym. Strasznie ciężko je ogarnąć, bo ciągną się kilometrami, bez jakichkolwiek punktów charakterystycznych. Sporo budynków wygląda na całkowicie opuszczone. Najbardziej niesamowite wrażenie robi to na nas w nocy, bo część centrum miasta wygląda jak zupełnie wymarłe. Lokalni ludzie z którymi o tym rozmawialiśmy, mówili nam potem, żebyśmy pod żadnym pozorem nie zapuszczali się po zmroku w mniej ludne kwartały miasta, ponieważ możemy być prawie pewni tego że padniemy ofiarą napaści rabunkowej. To ponoć niezwykle częsty problem w tym mieście, po upadku kopalń wielu ludzi nadal nie ma tutaj z czego żyć, a turyści stają się łatwą formą „zarobku”. Dlatego po Ipoh nocą warto ponoć przemieszczać się tylko głównymi ulicami. Problemy z bezpieczeństwem nie są nagłaśniane, by nie zaszkodzić dość wątłej jeszcze turystyce.

Mimo to zaczęliśmy dzielnie poszukiwać miejsc w których są jacyś ludzie i coś w miarę żywego jeszcze się dzieje. Oto efekty naszych poszukiwań.

mal_ipoh_zabudowa_001.jpg

Starsza część miasta wygląda właśnie tak. Tego typu niska zabudowa ciągnie się kilometrami i dość łatwo się zgubić, bo ulice wyglądają niemal identycznie.

mal_ipoh_zabudowa_002.jpg

Czasem trafią się takie smaczki. Niestety było zamknięte i nie dało się sprawdzić co kryje się za tą tajemniczą nazwą.

Mural Art’s Lane

Władze miejskie nie ustają w staraniach uczynienia z Ipoh popularnej turystycznie destynacji. Czasem robią to z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Nie da się sprawić by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki turyści zaczęli nagle zjeżdżać do miasta jak przysłowiowe ćmy do lampy. Na przykład, dość nieudolnie próbuje się zrobić z miasta kolejną już w Malezji 😉 stolicę street artu. Robienie z Ipoh stolicy Street artu wygląda tak, że ulicę przemianowuje się na Mural Art’s Lane i każdy budynek pokrywa się malowidłami, delikatnie mówiąc klasy takiej sobie, prezentującej najważniejsze kulturowe treści Malezji, a więc mniejszości narodowe i lokalne wierzenia, a także przyrodę. Problem w tym, że kultury nie da się tak po prostu zaprojektować, na wzór kwietnej rabatki. Dlatego idąc wzdłuż ulicy czujemy się tak, jakbyśmy byli w szkole i ktoś nachalnie wtłaczał nam do głowy ogólnie przyjęte prawdy popularnej wiedzy. Na dodatek malowidła są naprawdę kiepskie, stworzone w pośpiechu z pewną dydaktyczną nachalnością, nie posiadające ani odrobiny niepokorności, wdzięku i spontaniczności jaki cechuje prawdziwa uliczna sztuka. Dlatego dla kogoś kto orientuje się w tematach sztuki ulicznej, miejsce to jest absolutnym must see, jako przykład jak nie należy robić street artu! Oto co wychodzi z prób podporządkowania niezależnej sztuki ulicznej i tworzenie jej wyłącznie „na zamówienie”. Dla street artowców to miejsce jak z najgorszego sennego koszmaru. Na szczęście w mieście da się spotkać odrobinę bardziej wdzięczne przykłady tego typu sztuki. Wystarczy po prostu oddać przestrzeń ludziom i nie wtrącać się za bardzo, a oni najlepiej będą wiedzieć co trzeba z nią zrobić.

mal_ipoh_mural-art-lane_002.jpg

Niestety nie kupuję takiego street artu. Kojarzy mi się to z jakimś szkolnym konkursem malarstwa ściennego polegającego na tym, kto zapaćka więcej ściany topornymi i grzecznymi jak szkółka niedzielna malowidłami.

mal_ipoh_mural-art-lane_001.jpg

Tutaj odrobinę ładniejszy kawałek ściany.

 Concubine Lane

Odrobinę lepiej prezentuje się słynna ulica konkubin. Mimo tego że ulicę tą za sprawą swojej nazwy i nieco mrocznej przeszłości, próbuje się wypromować jako atrakcję turystyczną, znajduje się na niej parę w miarę naturalnych miejsc. Ulica oczywiście zionie dosyć mocno pustką, ale znajduje się na niej parę sympatycznych knajpek i niszowych artystycznych sklepów z interesującymi przedmiotami i ubraniami. Dominuje vintage i nieco senna atmosfera z przeszłości. Obecnie miejsce nie ma chyba za wiele wspólnego z seksem i hazardem. Knajpki wyglądają na dość grzeczne. Oczywiście nie marzę o atmosferze rodem z Khaosan Road w Bangkoku, ale znowu spotykamy się tutaj z próbą tworzenia atrakcji nieco na siłę choć tym razem z odrobinę większym powodzeniem. Warto tam się przejść, jednak obawiam się, że odtworzenie atmosfery Ipoh będącego miejscem w którym spełniają się marzenia o bogactwie i niekończących się perspektywach nie do końca wyszło, bo całość wygląda odrobinę smutno.

mal_ipoh_concubine-lane_001.jpg

O wejściu na słynną niegdyś ulicę informuje wielka tablica że oto zaraz znajdziemy się w słynnej atrakcji.

mal_ipoh_concubine-lane_002.jpg

Na szczęście całość jeszcze nie jest idealnie uporządkowana i da się tutaj zobaczyć różne wizualne smaczki.

Kong Heng Flea Market

Za to tutaj jest już całkiem przyjemnie i naturalnie. Można kupić fajne rzeczy i posiedzieć w cieniu. Jak spojrzycie na Ipoh na mapie google, pchli targ znajduje się w zespole dość urokliwie zrujnowanych budynków, porośniętych zielskiem, między którymi przebiega przedłużenie Concubine Lane. Z tym że ulica w tym miejscu jest całkowicie zabudowana przez małe knajpki i sklepiki. Miejsce wygląda jednocześnie azjatycko i mocno zachodnioeuropejsko. Korzystają z niego głównie bogaci Chińczycy, którzy do złudzenia przypominają mieszkańców Europy. Malajowie także przychodzą „zwiedzić” to miejsce. Większość z nich zamawia snowballe. Co to takiego? To dość zabawne. Tu kula lodu w formie trochę podobnej do śniegu polana słodkim syropem. Cieszy się ogromnym powodzeniem, mieszkańcy krajów równikowych mają swoistego bzika na punkcie śniegu, wreszcie ktoś postanowił sprytnie to wykorzystać. Oprócz tego można zakupić tutaj różnego rodzaju rękodzieło. No i znajdziemy też tu sklep z rewelacyjnymi jedwabnymi ubraniami za mnóstwo pieniędzy, chociaż przypuszczam że i tak znacznie taniej niż u nas.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_005.jpg

Przygotowywanie snow ball’ów.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_001.jpg

Miejsce jest dość sympatycznie zaaranżowane, stare i zrujnowane w ładny sposób łączy się z nowym.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_003.jpg
mal_ipoh_kong-heng-flea-market_002.jpg

Warto wpaść tam i pobuszować w niewielkich sklepikach ze wszystkim.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_004.jpg

A to dość typowe dla bogatych Chińczyków urządzenie – wózek dla psa. W tej części świata wypielęgnowane psy wozi się w mini wózkach i traktuje prawie jak dzieci 🙂

Kulinarne atrakcje

Do miasta przyjeżdża się dla słynnych ciastkarni, białej kopi i kurczaka. To znaczy, po to przyjeżdżają tu lokalni turyści – Chińczycy i Malajowie, bo przez pięć dni spotkaliśmy tylko bardzo pojedynczych turystów z Europy. Wszystkie te jedzeniowe atrakcje znajdują się w chińskiej dzielnicy. Tam trudno narzekać na brak ludzi. Wieczorami to nawet lekka przesada, bo kompletnie nie ma gdzie usiąść. Mimo że cała starsza część miasta wygląda jak jakaś filmowa dekoracja, w której na co dzień może w co dziesiątym domu faktycznie ktoś mieszka, a reszta stoi pusta, to jednak kilka kwartałów w okolicy Jalan Raja Ekram wieczorem niespodziewanie zaczyna tętnić życiem. Rozkładają się też nocne bazary z tandetą. Zacznijmy więc od ciastek. Słynne ciastka Heong Peng (po malajsku zwane Biskut Wangi) produkuje w Ipoh wiele różnych firm, zajmują się tym oczywiście Chińczycy. Są one z wierzchu dość mocno suche a w środku nadziewane żelowatą substancją która ponoć zrobiona jest z cebuli, maltozy i sezamu (tego pierwszego składnika kompletnie bym nie podejrzewała) i gdy dowiedziałam się o tym przeglądając informacje w internecie, byłam w lekkim szoku. Ciastka są oczywiście słodkie. Jak dla mnie Wszystkie chińskie ciastka smakują mocno podobnie, ale ja najbardziej gustuję w takich z nadzieniem zrobionym z fasoli. Tak więc przyznaję – jestem wielkim kulinarnym laikiem w dziedzinie chińskich ciastek, bo nawet nie potrafię docenić ich cebulowego nadzienia, ani znaleźć między nimi istotnych różnic. Częstowano nas nimi w kilku różnych sklepach i jak na mój gust ciężko było znaleźć pomiędzy nimi jakieś różnice. W racji klimatu są one bardzo bardzo suche a przy tym mocno słodkie i dość ciężko zjeść ich większą ilość. Jakoś nie potrafię obudzić w sobie zdeklarowanej miłości do chińskich ciasteczek, i moje opinie o nich są jednostronne. Więc jeśli obrażam właśnie uczucia ich miłośników, to bardzo przepraszam ale jakoś nie potrafię doszukać się w nich niczego co pozwoliłoby mi na zakup całej ich paczki. Natomiast wszyscy lokalni turyści kupują po kilka.

mal_ipoh_street-food_001.jpg

Jeden z dosyć znanych lokali produkujących słynnego kurczaka i część jego ekipy.

Kolejnym kulinarnym tematem z którym należy się na miejscu zapoznać, jest słynny kurczak Tauge Ayam. Jest to podobna wersja do dość popularnego w Malezji kurczaka po hainańsku, o którym pisałam już przy okazji Penangu.  Sekret polega na gotowaniu kurczaka w wodzie a następnie gwałtownym jego schłodzeniu, dzięki temu mięso zachowuje soczystość. Kawałki gotowanego i pociętego (a raczej porąbanego, jak tylko Chińczycy potrafią) kurczaka pływają w brązowym słodko-słonym sosie i posypane są kiełkami fasoli mung i zieloną cebulką i inną zieleniną.

Kolejną atrakcją jest white kopi o której pisałam w tym poście. To właśnie w Ipoh wynaleziono tę delikatną i interesującą kawę. Nie mam pojęcia dlaczego wszyscy fascynują się kawą kopi luwak, która w większości „produkowana” jest niestety metodą klatkową. Zwierzęta, które żywią się kawą, (w  przypadku kopi luwak łaskuny) spędzają całe życie w klatkach jak nasze kury znoszące jaja „3”. Nie wiedzieć czemu, kawa produkowana w ten sposób jest produktem elitarnym, a jajka z chowu klatkowego cieszą się wiadomą opinią. Natomiast genialna w smaku kawa „white kopi” jest mało znana w Europie, a jej produkcja nie jest obarczona dodatkowymi kosztami w postaci dręczenia zwierząt.

Parki

Kolejną atrakcją miasta są parki które wyrastają znienacka pośród monotonnej zabudowy. Dopiero w nich możemy trochę poczuć, że znajdujemy się w dość konserwatywnym i prowincjonalnym mieście. Chińczycy po prostu zwyczajnie uprawiają w nim jogging samotnie lub w parach i niczym się nie przejmują. Natomiast malajska młodzież spędza czas w nieprzemieszanych z sobą grupach.  Jedynie gdzieś w bardziej ustronnych miejscach napotykamy na bardzo młodociane pary, które na nasz widok prawie dostają ataku serca. Gdy trzy lata wcześniej byliśmy w Kuala Lumpur, raczej nikt tak bardzo nie przejmował się tam muzułmańskimi konwenansami. Tutaj jednak mają się one dość dobrze. Razem z tego typu obyczajami pojawiają się także coś,  co dość mocno mnie irytuje, a mianowicie wpatrujący się we mnie intensywnie lokalni mężczyźni (nigdzie w Malezji nie miałam okazji tego doświadczyć). Malezyjska prowincja wygląda więc pod względami obyczajowymi niego inaczej niż bardziej kosmopolityczne miejsca. Było to widać już po przyjeździe do miasta, nieopodal dworca kolejowego ogromny salaficki meczet podświetlony na kolorowo jak monstrualna choinka, dźwiękowo całkowicie dominował nad otoczeniem. Kazanie imama było słychać wiele przecznic dalej, podczas gdy inne meczety ograniczały się jedynie do wydawania dźwięków w czasie azanu. Na szczęście liczna obecność Chińczyków w mieście, którzy zupełnie nie przejmują się konserwatywnymi konwenansami, stanowi pewną przeciwwagę dla tego typu szaleństw. Jak wszędzie w Malezji panuje tutaj względna równowaga z której nikt nie jest do końca zadowolony. Tymczasem za niedługo napiszę kolejny wpis o Ipoh i jego ogromnych chińskich świątyniach, których odwiedziliśmy aż cztery.

Takie podcienia ciągną się w mieście kilometrami.

Zabronili prawie wszystkiego – takie znaczki witają przyjezdnych po wyjściu z dworca kolejowego. Podobne obrazki można znaleźć w parkach.

Jeden z miejskich parków.

 

Chińskie świątynie w Ipoh

Niektóre przewodniki turystyczne polecają pojechać do Ipoh ze względu na znajdujące się tu interesujące chińskie świątynie. Okazało się że całkowicie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Są to świątynie nie byle jakie, bo skalne. W okolicach miasta znajduje się ich aż trzydzieści! Ipoh otaczają zbudowane z wapienia góry i wszystkie świątynie powstały na zboczach tychże gór, więc ich naturalnym przedłużeniem są jaskinie. Zresztą dzięki takiej właśnie budowie geologicznej cała okolica jest niezwykle ciekawa, bo obfituje w ciekawostki geologiczne i mineralne źródła, wprost idealne na jednodniowe wypady. Na włóczenie się po chińskich świątyniach przeznaczyliśmy dwa dni. Pierwszego dnia wycieczka trochę się nam nie udała, bo w tygodniu świątynie są zamykane bardzo wcześnie, także jedyną sensowną opcją jest pojechać tam dość wcześnie rano (a my zrobiliśmy to po obiedzie). Niektóre z nich rozciągają się na całkiem sporym terenie – zawierają wydrążone w skale korytarze, albo miejscami dosyć odważnie poprowadzone między skałami chodniki. Świątynie nie są jakoś specjalnie zabytkowe – nie znajdziemy w nich zapierającej dech w piersiach architektury, bo całe miasto istnieje od dość niedawna, o czym można przeczytać w poprzednim wpisie. Wszystkim czterem, które udało nam się odwiedzić należą się ogromne plusy za nastrój jaki w nich panuje. Uwielbiam chińskie świątynie, za to że zazwyczaj dużo w nich się dzieje i za to jak w nich pachnie. Zapach kadzideł, owoców, dość oszałamiająco pachnących więdnących kwiatów w połączeniu z tłokiem i harmidrem tworzą mieszankę, w której bardzo lubię przebywać.  Dlatego do chińskiej świątyni można pójść na przykład po to żeby się w niej nawąchać 🙂 i zrelaksować. Nastrój posągów pogrążonych w spokojnej medytacji z pewnością nieco nam się udzieli, a jeżeli ktoś w takowej jeszcze nie był, na pierwszy rzut oka spostrzeże, że chodzi tutaj o coś zupełnie innego niż w europejskich religiach.

Na początek dwa obrazki ze świątyni Ling Sen Tong. Do kadzideł przyczepione są karteczki z prośbami (intencjami).

Świątynia powstała w naturalnych jaskiniach.

Tak w ogóle, to jaka to świątynia?

Czasem będąc w azjatyckich świątyniach mamy problem z przyporządkowaniem ich do konkretnej religii. Motywy buddyjskie, konfucjańskie i taoistyczne oraz lokalne, są w takich świątyniach tak przemieszane, że nieraz jest to niemożliwe do określenia. Na tak postawione pytanie czasem nie da się odpowiedzieć, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Często ze świątyń korzystają ludzie kilku różnych wyznań, a w poszczególnych jej częściach znajdują się miejsca kultu poświęcone na przykład Buddzie, jego lokalnym i mocno popularnym na danym terenie inkarnacjom, które na przykład są czczone również przez taoistów oraz obecne w lokalnych wierzeniach, a także postaci znane z chińskiej mitologii na przykład Ośmiu Nieśmiertelnych. Co dla nas wydaje się czymś kompletnie niezrozumiałym i niemożliwym do wykonania, tam przebiega bezkonfliktowo. Informacje o tym czy to świątynia buddyjska czy taoistyczna czy też może konfucjańska, znajdziemy głównie w przewodnikach dla Europejczyków, którzy najwyraźniej wyrośli w tradycji, która uwielbia „religijne szufladkowanie” i bez tego czują się nieswojo. Chińczycy niezależnie od wyznawanej religii nie widzą również niczego złego w odwiedzaniu i składaniu ofiar w dużej ilości świątyń wszelkiej maści, niezależnie od własnego wyznania, szczęścia bowiem nigdy za wiele. Jest to podejście totalnie odmienne od podejścia jakie mają do innych wyznań „religie księgi” (czyli, jeśli ktoś nie wie: judaizm, chrześcijaństwo i islam). W nich niestety różnice między poszczególnymi wyznaniami, szczególnie mocno podkreśla się i akcentuje, a nawracanie na swoją religię przy użyciu wszelkich możliwych środków przymusu, to coś co niestety bardzo mocno wrosło w nasz rejon świata. Zresztą czy jesteście w stanie wyobrazić sobie przeciętnego chrześcijanina i muzułmanina modlących się w świątyniach należących do drugiego wyznania? Azja wydaje się więc dla nas dość odległą planetą i nie mam tutaj na myśli wyłącznie znanych z pragmatyzmu Chińczyków 😉 Świetnym przykładem takiej religijnej koegzystencji spoza chińskiego kręgu kulturowego, może być na przykład nepalska świątynia Swayambhunath, w której swoje miejsca kultu mają zarówno buddyści jak i hinduiści. Widocznie religie po naszej stronie świata najwyraźniej do czegoś takiego jeszcze nie dorosły, chociaż oczywiście powoli to się zmienia. Podejmowane są wysiłki by dialog międzyreligijny stał się zjawiskiem codziennym i powszechnym, nadal jednak jest to dosłownie promil życia religijnego.

Świątynia Perak Cave Temple.

Jak zachować się w chińskiej świątyni

Tak samo jak w każdej innej, czyli przede wszystkim przestrzegać lokalnych zwyczajów. Nie przeszkadzać swoim „zwiedzaniem” ludziom w ich kulcie religijnym, zachowywać się dyskretnie i spokojnie. W chińskiej świątyni zazwyczaj panuje spory harmider, ludzie bez ogródek rozmawiają czy też robią sobie zdjęcia, podczas składania ofiar, oczywiście raczej nie „na tle” świętych wizerunków by nie odwracać się do nich tyłem. Spokojne i zrelaksowane sylwetki stojących w świątyni posągów, kontrastują z zamieszaniem które dzieje się dookoła. Tak więc jeśli tylko zachowujemy się cicho i dyskretnie, prawdopodobnie nasza obecność niespecjalnie zostanie nawet odnotowana. Ludzie w chińskich świątyniach poruszają się bardzo często z pękiem palących się kadzideł w ręku, więc warto uważać by na przykład nie wchodzić im w drogę. Nie raz w środku panuje tak duży tłok, że niechcący na przykład gdy robimy zdjęcia jakiegoś interesującego nas fragmentu świątyni, możemy zderzyć się z kimś niosącym kadzidła i rozmawiającym w tym czasie z kimś innym, więc warto mieć oczy dookoła głowy, albo przestać zajmować się tak głupimi zajęciami jak fotografia, w miejscu gdzie możemy przymnożyć sobie szczęścia i zasług w doczesnym życiu (lub następnych wcieleniach) i samemu zapalić ofiarną lampkę lub kadzidła.  Ludzie chodzą do chińskiej świątyni żeby złożyć ofiarę, co odbywa się poprzez spalenie czegoś, dlatego w sklepach z chińskimi dewocjonaliami tak popularne są na przykład fałszywe papierowe pieniądze, czy też miniaturowe modele domów, samochodów, czy też elektronicznych gadżetów. Jeśli więc ktoś zastanawiałby się po co komuś papierowy model najnowszego Iphone’a, to właśnie ma odpowiedź. Takie przedmioty pali się w specjalnych okolicznościach na przykład podczas świąt związanych ze zmarłymi lub pogrzebów, natomiast na co dzień, wystarczą do tego lampki i kadzidła. Sporo osób również nie zważając na rozgardiasz dookoła przychodzi do świątyni by sobie pomedytować i odpocząć od codziennych spraw.

Do chińskich świątyń chodzi się również po to, by w nich wróżyć. Astrologia jest dziedziną życia w Europie (za sprawą wiadomych przekonań religijnych) niemal „wyklętą” i kojarzącą się z czymś w najlepszym wypadku niepoważnym. W Azji natomiast do astrologa chodzi się po to by ustalić datę ślubu, czy też przeprowadzenia ważnych operacji w biznesie i finansach. Z usług astrologów korzystają także politycy – to nic wielkiego. Zresztą w Chinach to poważna dziedzina naukowa, której podstawą jest klasyczny taoistyczny tekst Księga Przemian – Yijing, który opisuje  przemiany materii, zilustrowane przy pomocy symboli – zwanych heksagramami.  Tekst był na tyle ważny i wpływowy, że opiera się na nim właściwie cała chińska kultura, a więc budowle, dzieła literackie, plastyczne, a nawet kuchnia. Regułami przemian posługiwano się także w wojnach, polityce interesach. Zamierzam kiedyś chociaż trochę zapoznać się z tym tematem, bo zdecydowanie zasługuje on na głębsze poznanie. Na pewno nie da się streścić go w paru zdaniach.

Ipoh świątynia Nam Thean Tong. Na pierwszym planie znajdują się pałeczki do wróżenia.

tai_bangkok_wat-chakrawat_001.jpg

Pałeczki z bliska w chińskiej świątyni Wat Chakrawat w Bangkoku.

Takie klimatyczne spiralne kadzidła znajdziemy w świątyni Ling Sen Tong.

A może w ogóle lepiej nie wchodzić by nie przeszkadzać

Czy w takim razie w ogóle warto wchodzić do chińskich świątyń, może lepiej nie przeszkadzać? Wydaje mi się że wchodzić do nich trzeba i to koniecznie, żeby uświadomić sobie gigantyczne różnice. Realia kulturowe w których wzrasta przeciętny (religijny) Europejczyk i przeciętny Chińczyk pod wieloma względami są krańcowo różne i odwiedzając w krótkim czasie świątynie obu tych tradycji doskonale będziemy mieli możliwość to sobie uświadomić. Jeśli tylko będziemy zachowywać się w nich odpowiednio miejscowi ludzie na pewno nie będą mieć niczego przeciwko. W Chinach w których byliśmy w 2008 roku, w każdej świątyni ludzie robili sobie z nami zdjęcia. Gdzie indziej miejscowi reagują na gości z zewnątrz przyjaźnie, ale w sposób raczej się nie narzucający. Trochę inaczej wyglądało to w 2017 roku na Tajwanie, gdzie wielu Chińczyków nie proszonych specjalnie o to, wyjaśniało nam zawiłości lokalnych wierzeń i mitologii. Tam traktowanie gości z zewnątrz w miejscach kultu jest wspaniałe i można je przyrównać chyba tylko do odwiedzania tureckich meczetów (z których nieraz wychodziliśmy po kilku godzinach). Chińczycy ogólnie mają jednak, w porównaniu do Turków, podejście odrobinę mniej się narzucające i jeśli wyraźnie nie chcemy, nie będą zajmować nam tak dużej ilości czasu. Ja jednak zawsze ogromnie podziwiam i szanuję ludzi, którzy nie przejmując się różnicami językowymi i kulturowymi starają się trochę wyjaśnić ludziom z zewnątrz lokalne realia. To najlepsza wizytówka danej religii, nieprzystająca do absurdów jakie serwują nam politycy i media i to właśnie z takich źródeł trzeba czerpać wiedzę o nich.

Świątynia Perak Tong Cave Temple. Psy świątynne, każdy z nich posiada na uchu kolczyk z numerkiem i są regularnie dokarmiane.

Perak Tong Cave Temple.

W momencie w którym to piszę odwiedziłam już dziesiątki chińskich świątyń. Jednak jeśli znajdziemy się w takiej świątyni po raz pierwszy, niesamowicie uderzające są spokój, równowaga, stabilność i harmonia jaką dosłownie emanują wszystkie przedstawione w świątyniach wizerunki bogów.  Nie znajdziemy tutaj raczej rozdzierających scen znanych ze średniowiecznych katedr, a więc diabłów i kościotrupów, scen tortur, oraz powyginanych ciał pokrytych skrzepłą krwią i przybitych do krzyża. Jeśli po miesiącu spędzonym w Azji nieopatrznie znajdziemy się w jakiejś europejskiej świątyni sprzed kilkuset lat, szok mamy gwarantowany. W azjatyckich świątyniach jest po prostu znacznie mniej obsesyjnie. Postaci o odrobinę bardziej negatywnych konotacjach, czyli na przykład wizerunki strażników świątyni, czy też demonów, nie są przedstawiane jako potencjalne zagrożenie, bo im także należy się szacunek. Są one traktowane jak dopełnienie – absolutnie konieczne, bo bez nich ta „bardziej pozytywna” strona po prostu nie mogłaby zaistnieć. Nie stanowi to swoistego przyzwolenia na zło, co usilnie starają się wmówić swoim „owieczkom” przeróżni oszołomi. Cierpienie czy też zło stanowią po prostu nieodłączny element życia  bez których, czy tego chcemy czy nie, nie da się egzystować. Takie pozbawione skrajności rozumiejące i akceptujące wszystkie aspekty egzystencji podejście, umożliwia moim zdaniem znacznie szczęśliwsze życie tu i teraz, dlatego warto z ogromnym szacunkiem podejść do wszystkiego co się w takiej świątyni odbywa. Pod tym względem Azjaci mają lepiej i to już od urodzenia, bo wzrastają w o wiele rozsądniejszej tradycji religijnej. Zresztą wystarczy popatrzeć na historię i spróbować dowiedzieć się ile wojen religijnych miało miejsce w Azji i przez kogo były one w dużej mierze spowodowane. Obsesyjne skupianie się na tak zwanym „dobru” – próba zwalczania wszelkich możliwych aspektów zła także w samym sobie, nie kończą się niestety dobrze dla równowagi psychicznej wyznawcy, (to takie moje osobiste doświadczenia z zagorzałymi wyznawcami różnorakich religii) ale wróćmy może do świątyń w Ipoh.

Świątynie w Ipoh

Świątynie Ling Sen Tong, Nam Thean Tong oraz Sam Poh Tong znajdują się tuż obok siebie ich naturalnym przedłużeniem jest jaskinia usytuowana na zboczu Gunung Rapat, więc możemy je wszystkie odwiedzić za jednym zamachem. Oczywiście każda z nich nie wygląda tak samo i da się między nimi zauważyć istotne różnice. Świątynia Ling Sen Tong jest pierwszą świątynią którą napotykamy – znajduje się tuż przy głównej ruchliwej ulicy i jest najnowsza i najbardziej kiczowata ze wszystkich odwiedzonych przez nas w Ipoh świątyń. Znajduje się w niej bardzo dużo figur różnych zwierząt i dosyć klimatyczne spiralne kadzidła. Świątynia ma niewielką wartość zabytkową, dlatego można wewnątrz niej dokonywać ofiar całopalnych. Wszystkie postaci są więc w dużym stopniu pokryte dymem. Warto zdać sobie sprawę że wszystkie chińskie świątynie musiały właśnie tak wyglądać. Warto wybrać się w jej wyższe partie – pokryte dymem jaskinie w których kiedyś medytowali lokalni święci.

Formacje skalne w górnej części świątyni Ling Sen Tong

Kadzidła ofiarne w jaskini górnej części świątyni Ling Sen Tong.

Świątynia Nam Thean Tong również mocno pokryta jest wewnątrz dymem i znajduje się w niej dużo postaci znanych z chińskiej mitologii.

Świątynia Nam Thean Tong, postaci z chińskiej mitologii.

Świątynia Sam Poh Thong pochodzi z 1950 roku i jest sporych rozmiarów kompleksem jaskiń i architektury. Gdybyśmy mieli zbyt mało czasu na wszystkie trzy świątynie to właśnie tę – położoną najdalej od strony ruchliwej ulicy warto zobaczyć najbardziej. Była pierwszą ze wszystkich trzech świątyń zbudowanych w tym miejscu. Jaskinia, która roztacza się za wszystkimi świątyniami została odkryta w 1890 roku przez chińskiego mnicha, który zdecydował się w niej zamieszkać i medytować. Żył w niej 20 lat aż do śmierci. Obecnie istnieje tam buddyjski klasztor, oraz dość skomplikowana świątynia z której roztacza się widok na miasto. Warto pochodzić po całym jej obszarze, zobaczyć basen z żółwiami i pawilony ukryte między skałami.

Świątynia Sam Poh Tong.

Największy i najbardziej tłoczny kompleks świątynny w Ipoh – świątynię Perak Tong, której początki datuje się na 1929 rok  znajduje się w innej części miasta i rozciąga na dość sporym obszarze, pokrytym wykutymi dość śmiało w skale chodnikami i porozrzucanymi tu i ówdzie pawilonami. To najchętniej odwiedzana przez wiernych świątynia. Będąc tam w dzień roboczy nie spotkaliśmy tam tłumów osób, jednak wtedy skaliste otoczenie świątyni to popularne miejsce randkującej młodzieży.

Tak wygląda wejście do świątyni.

A tak tereny do niej przylegające po których można pospacerować.

Odpoczywając w kilku ciekawie położonych pawilonikach (niestety komary nie odpuszczają i chcą nas zjeść).

Miejscami można poczuć się nawet trochę jak w dżungli.

Skały pokryte są inskrypcjami (niestety w tej kulturze jeśli chodzi o czytanie to jestem niestety zupełnym analfabetą).

Za świątynią roztaczają się takie widoki.

Nie ma jednak kiedy nimi się porozkoszować, bo zbiera się na burzę a komary dosłownie szaleją.

Miejscami klimat jest wspaniały.

I robi się nieco skaliście.

Można spotkać liczne małpy i poczuć się jak na wycieczce za miastem.

Nie należy więc chodzić po terenie świątyni Perak Tong z jedzeniem w ręku, bo można łatwo go stracić. Skalne chodniki są przez nie gęsto oblegane.