Archiwum kategorii: Ipoh

Dlaczego w Ipoh warto zostać dłużej niż jeden dzień

Do Ipoh pojechaliśmy z planem, że będziemy tam krótko, bo według internetowych opinii miasto jest wystarczająco interesujące tylko na jednodniowy wyjazd. Nie pojmuję czemu obiegowe opinie o Malezji są tak jednostronne, dla mnie w ogóle nie jest tutaj nudno. No i tak się stało, że w sumie byliśmy w mieście pięć dni, bo złapaliśmy poważnego lenia. Dużym atutem jest niemal zupełny brak turystów, którzy nie zadają sobie trudu żeby sprawdzić jak jest w Ipoh, bo z polecenia różnych przewodników wybierają „ciekawsze” miejsca. Tymczasem w Ipoh można włóczyć się po imponujących chińskich świątyniach, jeździć na jednodniowe wycieczki po okolicy (ciekawych miejsc jest sporo) i oglądać różne mniej lub bardziej dramatyczne próby uczynienia z miasta popularnej destynacji turystycznej.

Na początek trochę historii. Jakoś tak się składa, że najpopularniejsze miasta w kontynentalnej części Malezji (może z wyjątkiem stolicy) swoje lata świetności mają już dawno za sobą. Na przykładzie Ipoh można dokładnie to zobaczyć. Jeszcze na początku XIX wieku w miejscu miasta rosła sobie spokojnie tropikalna dżungla. Ekspansja Brytyjczyków na Półwysep Malajski powoduje rozwój przemysłu wydobywczego w okolicy. Tworzą go Chińczycy i Brytyjczycy, którzy zbijają tu pokaźne fortuny. Nieopodal dzisiejszego Ipoh najpierw powstało miasto Gopeng, w które zaczęło  rozwijać się w szaleńczym tempie, z powodu odkrycia znacznych złóż cyny. Początkowo Ipoh było „miastem satelickim” Gopengu. W 1892 roku ponad połowa budynków Ipoh spłonęła w wielkim pożarze, co pozwoliło odbudować miasto na nowo w bardziej nowoczesny sposób. Od tej pory zaczyna się systematyczny rozwój Ipoh. To wtedy powstaje słynna Concubine Lane – ulica, na której bogaci mężczyźni mieli okazję spotkać swoje przyszłe „kolejne żony” (dość skomplikowany to eufemizm). Lokalny chiński kopalniany potentat Yao Tet Shin, kupuje swojej żonie i konkubinom osobne ulice, na których stoją ich domy. Odbudowuje też znaczną część spalonego miasta, znaną jako „New Town”.

 Tę jak i inne historie próbuje się obecnie wskrzesić w celach rozwoju miejskiej turystyki. Szczytowym momentem w historii miasta są lata 20. i 30. XIX wieku. Miasto staje się stolicą stanu Perak, wypierając z tej pozycji Taiping. W drugiej połowie XX wieku po uzyskaniu przez Malezję niepodległości i odłączeniu się Singapuru, rozwój miasta dramatycznie się załamuje. Powodem jest znaczny spadek cen cyny. Przemysł spożywczy rezygnuje z opakowań wykonywanych z tego surowca. Koszty energii niezbędnej do wydobycia rosną, a środowisko naturalne jest coraz bardziej zrujnowane. Zamykane są kolejne kopalnie. Cynę w okolicy wydobywali wszyscy, od wielkich odkrywkowych kopalni, po małe rodzinne przedsiębiorstwa zajmujące się wymywaniem surowca z gleby. Sytuacja miasta staje się opłakana a jego mieszkańcy są zmuszeni szukać pracy gdzie indziej. Dlatego miasto nawet dzisiaj do końca nie otrząsnęło się z tej straty i miejscami sprawia wrażenie wyludnionego.

mal_ipoh_dworzec-kolejowy_001.jpg

Pierwszą budowlą jaką zapewne ujrzycie w tym mieście, będzie imponujący dworzec kolejowy, zwany pieszczotliwie Taj Mahalem, wybudowany w latach największej prosperity. Dziś nieco podniszczony, senny i odrobinę opuszczony.

Po mieście chodzi się jak po sennym labiryncie. Wszystkie ulice wyglądają dokładnie tak samo – dominuje niska kilkupiętrowa zabudowa – i przecinają się pod kątem prostym. Strasznie ciężko je ogarnąć, bo ciągną się kilometrami, bez jakichkolwiek punktów charakterystycznych. Sporo budynków wygląda na całkowicie opuszczone. Najbardziej niesamowite wrażenie robi to na nas w nocy, bo część centrum miasta wygląda jak zupełnie wymarłe. Lokalni ludzie z którymi o tym rozmawialiśmy, mówili nam potem, żebyśmy pod żadnym pozorem nie zapuszczali się po zmroku w mniej ludne kwartały miasta, ponieważ możemy być prawie pewni tego że padniemy ofiarą napaści rabunkowej. To ponoć niezwykle częsty problem w tym mieście, po upadku kopalń wielu ludzi nadal nie ma tutaj z czego żyć, a turyści stają się łatwą formą „zarobku”. Dlatego po Ipoh nocą warto ponoć przemieszczać się tylko głównymi ulicami. Problemy z bezpieczeństwem nie są nagłaśniane, by nie zaszkodzić dość wątłej jeszcze turystyce.

Mimo to zaczęliśmy dzielnie poszukiwać miejsc w których są jacyś ludzie i coś w miarę żywego jeszcze się dzieje. Oto efekty naszych poszukiwań.

mal_ipoh_zabudowa_001.jpg

Starsza część miasta wygląda właśnie tak. Tego typu niska zabudowa ciągnie się kilometrami i dość łatwo się zgubić, bo ulice wyglądają niemal identycznie.

mal_ipoh_zabudowa_002.jpg

Czasem trafią się takie smaczki. Niestety było zamknięte i nie dało się sprawdzić co kryje się za tą tajemniczą nazwą.

Mural Art’s Lane

Władze miejskie nie ustają w staraniach uczynienia z Ipoh popularnej turystycznie destynacji. Czasem robią to z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Nie da się sprawić by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki turyści zaczęli nagle zjeżdżać do miasta jak przysłowiowe ćmy do lampy. Na przykład, dość nieudolnie próbuje się zrobić z miasta kolejną już w Malezji 😉 stolicę street artu. Robienie z Ipoh stolicy Street artu wygląda tak, że ulicę przemianowuje się na Mural Art’s Lane i każdy budynek pokrywa się malowidłami, delikatnie mówiąc klasy takiej sobie, prezentującej najważniejsze kulturowe treści Malezji, a więc mniejszości narodowe i lokalne wierzenia, a także przyrodę. Problem w tym, że kultury nie da się tak po prostu zaprojektować, na wzór kwietnej rabatki. Dlatego idąc wzdłuż ulicy czujemy się tak, jakbyśmy byli w szkole i ktoś nachalnie wtłaczał nam do głowy ogólnie przyjęte prawdy popularnej wiedzy. Na dodatek malowidła są naprawdę kiepskie, stworzone w pośpiechu z pewną dydaktyczną nachalnością, nie posiadające ani odrobiny niepokorności, wdzięku i spontaniczności jaki cechuje prawdziwa uliczna sztuka. Dlatego dla kogoś kto orientuje się w tematach sztuki ulicznej, miejsce to jest absolutnym must see, jako przykład jak nie należy robić street artu! Oto co wychodzi z prób podporządkowania niezależnej sztuki ulicznej i tworzenie jej wyłącznie „na zamówienie”. Dla street artowców to miejsce jak z najgorszego sennego koszmaru. Na szczęście w mieście da się spotkać odrobinę bardziej wdzięczne przykłady tego typu sztuki. Wystarczy po prostu oddać przestrzeń ludziom i nie wtrącać się za bardzo, a oni najlepiej będą wiedzieć co trzeba z nią zrobić.

mal_ipoh_mural-art-lane_002.jpg

Niestety nie kupuję takiego street artu. Kojarzy mi się to z jakimś szkolnym konkursem malarstwa ściennego polegającego na tym, kto zapaćka więcej ściany topornymi i grzecznymi jak szkółka niedzielna malowidłami.

mal_ipoh_mural-art-lane_001.jpg

Tutaj odrobinę ładniejszy kawałek ściany.

 Concubine Lane

Odrobinę lepiej prezentuje się słynna ulica konkubin. Mimo tego że ulicę tą za sprawą swojej nazwy i nieco mrocznej przeszłości, próbuje się wypromować jako atrakcję turystyczną, znajduje się na niej parę w miarę naturalnych miejsc. Ulica oczywiście zionie dosyć mocno pustką, ale znajduje się na niej parę sympatycznych knajpek i niszowych artystycznych sklepów z interesującymi przedmiotami i ubraniami. Dominuje vintage i nieco senna atmosfera z przeszłości. Obecnie miejsce nie ma chyba za wiele wspólnego z seksem i hazardem. Knajpki wyglądają na dość grzeczne. Oczywiście nie marzę o atmosferze rodem z Khaosan Road w Bangkoku, ale znowu spotykamy się tutaj z próbą tworzenia atrakcji nieco na siłę choć tym razem z odrobinę większym powodzeniem. Warto tam się przejść, jednak obawiam się, że odtworzenie atmosfery Ipoh będącego miejscem w którym spełniają się marzenia o bogactwie i niekończących się perspektywach nie do końca wyszło, bo całość wygląda odrobinę smutno.

mal_ipoh_concubine-lane_001.jpg

O wejściu na słynną niegdyś ulicę informuje wielka tablica że oto zaraz znajdziemy się w słynnej atrakcji.

mal_ipoh_concubine-lane_002.jpg

Na szczęście całość jeszcze nie jest idealnie uporządkowana i da się tutaj zobaczyć różne wizualne smaczki.

Kong Heng Flea Market

Za to tutaj jest już całkiem przyjemnie i naturalnie. Można kupić fajne rzeczy i posiedzieć w cieniu. Jak spojrzycie na Ipoh na mapie google, pchli targ znajduje się w zespole dość urokliwie zrujnowanych budynków, porośniętych zielskiem, między którymi przebiega przedłużenie Concubine Lane. Z tym że ulica w tym miejscu jest całkowicie zabudowana przez małe knajpki i sklepiki. Miejsce wygląda jednocześnie azjatycko i mocno zachodnioeuropejsko. Korzystają z niego głównie bogaci Chińczycy, którzy do złudzenia przypominają mieszkańców Europy. Malajowie także przychodzą „zwiedzić” to miejsce. Większość z nich zamawia snowballe. Co to takiego? To dość zabawne. Tu kula lodu w formie trochę podobnej do śniegu polana słodkim syropem. Cieszy się ogromnym powodzeniem, mieszkańcy krajów równikowych mają swoistego bzika na punkcie śniegu, wreszcie ktoś postanowił sprytnie to wykorzystać. Oprócz tego można zakupić tutaj różnego rodzaju rękodzieło. No i znajdziemy też tu sklep z rewelacyjnymi jedwabnymi ubraniami za mnóstwo pieniędzy, chociaż przypuszczam że i tak znacznie taniej niż u nas.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_005.jpg

Przygotowywanie snow ball’ów.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_001.jpg

Miejsce jest dość sympatycznie zaaranżowane, stare i zrujnowane w ładny sposób łączy się z nowym.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_003.jpg
mal_ipoh_kong-heng-flea-market_002.jpg

Warto wpaść tam i pobuszować w niewielkich sklepikach ze wszystkim.

mal_ipoh_kong-heng-flea-market_004.jpg

A to dość typowe dla bogatych Chińczyków urządzenie – wózek dla psa. W tej części świata wypielęgnowane psy wozi się w mini wózkach i traktuje prawie jak dzieci 🙂

Kulinarne atrakcje

Do miasta przyjeżdża się dla słynnych ciastkarni, białej kopi i kurczaka. To znaczy, po to przyjeżdżają tu lokalni turyści – Chińczycy i Malajowie, bo przez pięć dni spotkaliśmy tylko bardzo pojedynczych turystów z Europy. Wszystkie te jedzeniowe atrakcje znajdują się w chińskiej dzielnicy. Tam trudno narzekać na brak ludzi. Wieczorami to nawet lekka przesada, bo kompletnie nie ma gdzie usiąść. Mimo że cała starsza część miasta wygląda jak jakaś filmowa dekoracja, w której na co dzień może w co dziesiątym domu faktycznie ktoś mieszka, a reszta stoi pusta, to jednak kilka kwartałów w okolicy Jalan Raja Ekram wieczorem niespodziewanie zaczyna tętnić życiem. Rozkładają się też nocne bazary z tandetą. Zacznijmy więc od ciastek. Słynne ciastka Heong Peng (po malajsku zwane Biskut Wangi) produkuje w Ipoh wiele różnych firm, zajmują się tym oczywiście Chińczycy. Są one z wierzchu dość mocno suche a w środku nadziewane żelowatą substancją która ponoć zrobiona jest z cebuli, maltozy i sezamu (tego pierwszego składnika kompletnie bym nie podejrzewała) i gdy dowiedziałam się o tym przeglądając informacje w internecie, byłam w lekkim szoku. Ciastka są oczywiście słodkie. Jak dla mnie Wszystkie chińskie ciastka smakują mocno podobnie, ale ja najbardziej gustuję w takich z nadzieniem zrobionym z fasoli. Tak więc przyznaję – jestem wielkim kulinarnym laikiem w dziedzinie chińskich ciastek, bo nawet nie potrafię docenić ich cebulowego nadzienia, ani znaleźć między nimi istotnych różnic. Częstowano nas nimi w kilku różnych sklepach i jak na mój gust ciężko było znaleźć pomiędzy nimi jakieś różnice. W racji klimatu są one bardzo bardzo suche a przy tym mocno słodkie i dość ciężko zjeść ich większą ilość. Jakoś nie potrafię obudzić w sobie zdeklarowanej miłości do chińskich ciasteczek, i moje opinie o nich są jednostronne. Więc jeśli obrażam właśnie uczucia ich miłośników, to bardzo przepraszam ale jakoś nie potrafię doszukać się w nich niczego co pozwoliłoby mi na zakup całej ich paczki. Natomiast wszyscy lokalni turyści kupują po kilka.

mal_ipoh_street-food_001.jpg

Jeden z dosyć znanych lokali produkujących słynnego kurczaka i część jego ekipy.

Kolejnym kulinarnym tematem z którym należy się na miejscu zapoznać, jest słynny kurczak Tauge Ayam. Jest to podobna wersja do dość popularnego w Malezji kurczaka po hainańsku, o którym pisałam już przy okazji Penangu.  Sekret polega na gotowaniu kurczaka w wodzie a następnie gwałtownym jego schłodzeniu, dzięki temu mięso zachowuje soczystość. Kawałki gotowanego i pociętego (a raczej porąbanego, jak tylko Chińczycy potrafią) kurczaka pływają w brązowym słodko-słonym sosie i posypane są kiełkami fasoli mung i zieloną cebulką i inną zieleniną.

Kolejną atrakcją jest white kopi o której pisałam w tym poście. To właśnie w Ipoh wynaleziono tę delikatną i interesującą kawę. Nie mam pojęcia dlaczego wszyscy fascynują się kawą kopi luwak, która w większości „produkowana” jest niestety metodą klatkową. Zwierzęta, które żywią się kawą, (w  przypadku kopi luwak łaskuny) spędzają całe życie w klatkach jak nasze kury znoszące jaja „3”. Nie wiedzieć czemu, kawa produkowana w ten sposób jest produktem elitarnym, a jajka z chowu klatkowego cieszą się wiadomą opinią. Natomiast genialna w smaku kawa „white kopi” jest mało znana w Europie, a jej produkcja nie jest obarczona dodatkowymi kosztami w postaci dręczenia zwierząt.

Parki

Kolejną atrakcją miasta są parki które wyrastają znienacka pośród monotonnej zabudowy. Dopiero w nich możemy trochę poczuć, że znajdujemy się w dość konserwatywnym i prowincjonalnym mieście. Chińczycy po prostu zwyczajnie uprawiają w nim jogging samotnie lub w parach i niczym się nie przejmują. Natomiast malajska młodzież spędza czas w nieprzemieszanych z sobą grupach.  Jedynie gdzieś w bardziej ustronnych miejscach napotykamy na bardzo młodociane pary, które na nasz widok prawie dostają ataku serca. Gdy trzy lata wcześniej byliśmy w Kuala Lumpur, raczej nikt tak bardzo nie przejmował się tam muzułmańskimi konwenansami. Tutaj jednak mają się one dość dobrze. Razem z tego typu obyczajami pojawiają się także coś,  co dość mocno mnie irytuje, a mianowicie wpatrujący się we mnie intensywnie lokalni mężczyźni (nigdzie w Malezji nie miałam okazji tego doświadczyć). Malezyjska prowincja wygląda więc pod względami obyczajowymi niego inaczej niż bardziej kosmopolityczne miejsca. Było to widać już po przyjeździe do miasta, nieopodal dworca kolejowego ogromny salaficki meczet podświetlony na kolorowo jak monstrualna choinka, dźwiękowo całkowicie dominował nad otoczeniem. Kazanie imama było słychać wiele przecznic dalej, podczas gdy inne meczety ograniczały się jedynie do wydawania dźwięków w czasie azanu. Na szczęście liczna obecność Chińczyków w mieście, którzy zupełnie nie przejmują się konserwatywnymi konwenansami, stanowi pewną przeciwwagę dla tego typu szaleństw. Jak wszędzie w Malezji panuje tutaj względna równowaga z której nikt nie jest do końca zadowolony. Tymczasem za niedługo napiszę kolejny wpis o Ipoh i jego ogromnych chińskich świątyniach, których odwiedziliśmy aż cztery.

Takie podcienia ciągną się w mieście kilometrami.

Zabronili prawie wszystkiego – takie znaczki witają przyjezdnych po wyjściu z dworca kolejowego. Podobne obrazki można znaleźć w parkach.

Jeden z miejskich parków.

 

Chińskie świątynie w Ipoh

Niektóre przewodniki turystyczne polecają pojechać do Ipoh ze względu na znajdujące się tu interesujące chińskie świątynie. Okazało się że całkowicie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Są to świątynie nie byle jakie, bo skalne. W okolicach miasta znajduje się ich aż trzydzieści! Ipoh otaczają zbudowane z wapienia góry i wszystkie świątynie powstały na zboczach tychże gór, więc ich naturalnym przedłużeniem są jaskinie. Zresztą dzięki takiej właśnie budowie geologicznej cała okolica jest niezwykle ciekawa, bo obfituje w ciekawostki geologiczne i mineralne źródła, wprost idealne na jednodniowe wypady. Na włóczenie się po chińskich świątyniach przeznaczyliśmy dwa dni. Pierwszego dnia wycieczka trochę się nam nie udała, bo w tygodniu świątynie są zamykane bardzo wcześnie, także jedyną sensowną opcją jest pojechać tam dość wcześnie rano (a my zrobiliśmy to po obiedzie). Niektóre z nich rozciągają się na całkiem sporym terenie – zawierają wydrążone w skale korytarze, albo miejscami dosyć odważnie poprowadzone między skałami chodniki. Świątynie nie są jakoś specjalnie zabytkowe – nie znajdziemy w nich zapierającej dech w piersiach architektury, bo całe miasto istnieje od dość niedawna, o czym można przeczytać w poprzednim wpisie. Wszystkim czterem, które udało nam się odwiedzić należą się ogromne plusy za nastrój jaki w nich panuje. Uwielbiam chińskie świątynie, za to że zazwyczaj dużo w nich się dzieje i za to jak w nich pachnie. Zapach kadzideł, owoców, dość oszałamiająco pachnących więdnących kwiatów w połączeniu z tłokiem i harmidrem tworzą mieszankę, w której bardzo lubię przebywać.  Dlatego do chińskiej świątyni można pójść na przykład po to żeby się w niej nawąchać 🙂 i zrelaksować. Nastrój posągów pogrążonych w spokojnej medytacji z pewnością nieco nam się udzieli, a jeżeli ktoś w takowej jeszcze nie był, na pierwszy rzut oka spostrzeże, że chodzi tutaj o coś zupełnie innego niż w europejskich religiach.

Na początek dwa obrazki ze świątyni Ling Sen Tong. Do kadzideł przyczepione są karteczki z prośbami (intencjami).

Świątynia powstała w naturalnych jaskiniach.

Tak w ogóle, to jaka to świątynia?

Czasem będąc w azjatyckich świątyniach mamy problem z przyporządkowaniem ich do konkretnej religii. Motywy buddyjskie, konfucjańskie i taoistyczne oraz lokalne, są w takich świątyniach tak przemieszane, że nieraz jest to niemożliwe do określenia. Na tak postawione pytanie czasem nie da się odpowiedzieć, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Często ze świątyń korzystają ludzie kilku różnych wyznań, a w poszczególnych jej częściach znajdują się miejsca kultu poświęcone na przykład Buddzie, jego lokalnym i mocno popularnym na danym terenie inkarnacjom, które na przykład są czczone również przez taoistów oraz obecne w lokalnych wierzeniach, a także postaci znane z chińskiej mitologii na przykład Ośmiu Nieśmiertelnych. Co dla nas wydaje się czymś kompletnie niezrozumiałym i niemożliwym do wykonania, tam przebiega bezkonfliktowo. Informacje o tym czy to świątynia buddyjska czy taoistyczna czy też może konfucjańska, znajdziemy głównie w przewodnikach dla Europejczyków, którzy najwyraźniej wyrośli w tradycji, która uwielbia „religijne szufladkowanie” i bez tego czują się nieswojo. Chińczycy niezależnie od wyznawanej religii nie widzą również niczego złego w odwiedzaniu i składaniu ofiar w dużej ilości świątyń wszelkiej maści, niezależnie od własnego wyznania, szczęścia bowiem nigdy za wiele. Jest to podejście totalnie odmienne od podejścia jakie mają do innych wyznań „religie księgi” (czyli, jeśli ktoś nie wie: judaizm, chrześcijaństwo i islam). W nich niestety różnice między poszczególnymi wyznaniami, szczególnie mocno podkreśla się i akcentuje, a nawracanie na swoją religię przy użyciu wszelkich możliwych środków przymusu, to coś co niestety bardzo mocno wrosło w nasz rejon świata. Zresztą czy jesteście w stanie wyobrazić sobie przeciętnego chrześcijanina i muzułmanina modlących się w świątyniach należących do drugiego wyznania? Azja wydaje się więc dla nas dość odległą planetą i nie mam tutaj na myśli wyłącznie znanych z pragmatyzmu Chińczyków 😉 Świetnym przykładem takiej religijnej koegzystencji spoza chińskiego kręgu kulturowego, może być na przykład nepalska świątynia Swayambhunath, w której swoje miejsca kultu mają zarówno buddyści jak i hinduiści. Widocznie religie po naszej stronie świata najwyraźniej do czegoś takiego jeszcze nie dorosły, chociaż oczywiście powoli to się zmienia. Podejmowane są wysiłki by dialog międzyreligijny stał się zjawiskiem codziennym i powszechnym, nadal jednak jest to dosłownie promil życia religijnego.

Świątynia Perak Cave Temple.

Jak zachować się w chińskiej świątyni

Tak samo jak w każdej innej, czyli przede wszystkim przestrzegać lokalnych zwyczajów. Nie przeszkadzać swoim „zwiedzaniem” ludziom w ich kulcie religijnym, zachowywać się dyskretnie i spokojnie. W chińskiej świątyni zazwyczaj panuje spory harmider, ludzie bez ogródek rozmawiają czy też robią sobie zdjęcia, podczas składania ofiar, oczywiście raczej nie „na tle” świętych wizerunków by nie odwracać się do nich tyłem. Spokojne i zrelaksowane sylwetki stojących w świątyni posągów, kontrastują z zamieszaniem które dzieje się dookoła. Tak więc jeśli tylko zachowujemy się cicho i dyskretnie, prawdopodobnie nasza obecność niespecjalnie zostanie nawet odnotowana. Ludzie w chińskich świątyniach poruszają się bardzo często z pękiem palących się kadzideł w ręku, więc warto uważać by na przykład nie wchodzić im w drogę. Nie raz w środku panuje tak duży tłok, że niechcący na przykład gdy robimy zdjęcia jakiegoś interesującego nas fragmentu świątyni, możemy zderzyć się z kimś niosącym kadzidła i rozmawiającym w tym czasie z kimś innym, więc warto mieć oczy dookoła głowy, albo przestać zajmować się tak głupimi zajęciami jak fotografia, w miejscu gdzie możemy przymnożyć sobie szczęścia i zasług w doczesnym życiu (lub następnych wcieleniach) i samemu zapalić ofiarną lampkę lub kadzidła.  Ludzie chodzą do chińskiej świątyni żeby złożyć ofiarę, co odbywa się poprzez spalenie czegoś, dlatego w sklepach z chińskimi dewocjonaliami tak popularne są na przykład fałszywe papierowe pieniądze, czy też miniaturowe modele domów, samochodów, czy też elektronicznych gadżetów. Jeśli więc ktoś zastanawiałby się po co komuś papierowy model najnowszego Iphone’a, to właśnie ma odpowiedź. Takie przedmioty pali się w specjalnych okolicznościach na przykład podczas świąt związanych ze zmarłymi lub pogrzebów, natomiast na co dzień, wystarczą do tego lampki i kadzidła. Sporo osób również nie zważając na rozgardiasz dookoła przychodzi do świątyni by sobie pomedytować i odpocząć od codziennych spraw.

Do chińskich świątyń chodzi się również po to, by w nich wróżyć. Astrologia jest dziedziną życia w Europie (za sprawą wiadomych przekonań religijnych) niemal „wyklętą” i kojarzącą się z czymś w najlepszym wypadku niepoważnym. W Azji natomiast do astrologa chodzi się po to by ustalić datę ślubu, czy też przeprowadzenia ważnych operacji w biznesie i finansach. Z usług astrologów korzystają także politycy – to nic wielkiego. Zresztą w Chinach to poważna dziedzina naukowa, której podstawą jest klasyczny taoistyczny tekst Księga Przemian – Yijing, który opisuje  przemiany materii, zilustrowane przy pomocy symboli – zwanych heksagramami.  Tekst był na tyle ważny i wpływowy, że opiera się na nim właściwie cała chińska kultura, a więc budowle, dzieła literackie, plastyczne, a nawet kuchnia. Regułami przemian posługiwano się także w wojnach, polityce interesach. Zamierzam kiedyś chociaż trochę zapoznać się z tym tematem, bo zdecydowanie zasługuje on na głębsze poznanie. Na pewno nie da się streścić go w paru zdaniach.

Ipoh świątynia Nam Thean Tong. Na pierwszym planie znajdują się pałeczki do wróżenia.

tai_bangkok_wat-chakrawat_001.jpg

Pałeczki z bliska w chińskiej świątyni Wat Chakrawat w Bangkoku.

Takie klimatyczne spiralne kadzidła znajdziemy w świątyni Ling Sen Tong.

A może w ogóle lepiej nie wchodzić by nie przeszkadzać

Czy w takim razie w ogóle warto wchodzić do chińskich świątyń, może lepiej nie przeszkadzać? Wydaje mi się że wchodzić do nich trzeba i to koniecznie, żeby uświadomić sobie gigantyczne różnice. Realia kulturowe w których wzrasta przeciętny (religijny) Europejczyk i przeciętny Chińczyk pod wieloma względami są krańcowo różne i odwiedzając w krótkim czasie świątynie obu tych tradycji doskonale będziemy mieli możliwość to sobie uświadomić. Jeśli tylko będziemy zachowywać się w nich odpowiednio miejscowi ludzie na pewno nie będą mieć niczego przeciwko. W Chinach w których byliśmy w 2008 roku, w każdej świątyni ludzie robili sobie z nami zdjęcia. Gdzie indziej miejscowi reagują na gości z zewnątrz przyjaźnie, ale w sposób raczej się nie narzucający. Trochę inaczej wyglądało to w 2017 roku na Tajwanie, gdzie wielu Chińczyków nie proszonych specjalnie o to, wyjaśniało nam zawiłości lokalnych wierzeń i mitologii. Tam traktowanie gości z zewnątrz w miejscach kultu jest wspaniałe i można je przyrównać chyba tylko do odwiedzania tureckich meczetów (z których nieraz wychodziliśmy po kilku godzinach). Chińczycy ogólnie mają jednak, w porównaniu do Turków, podejście odrobinę mniej się narzucające i jeśli wyraźnie nie chcemy, nie będą zajmować nam tak dużej ilości czasu. Ja jednak zawsze ogromnie podziwiam i szanuję ludzi, którzy nie przejmując się różnicami językowymi i kulturowymi starają się trochę wyjaśnić ludziom z zewnątrz lokalne realia. To najlepsza wizytówka danej religii, nieprzystająca do absurdów jakie serwują nam politycy i media i to właśnie z takich źródeł trzeba czerpać wiedzę o nich.

Świątynia Perak Tong Cave Temple. Psy świątynne, każdy z nich posiada na uchu kolczyk z numerkiem i są regularnie dokarmiane.

Perak Tong Cave Temple.

W momencie w którym to piszę odwiedziłam już dziesiątki chińskich świątyń. Jednak jeśli znajdziemy się w takiej świątyni po raz pierwszy, niesamowicie uderzające są spokój, równowaga, stabilność i harmonia jaką dosłownie emanują wszystkie przedstawione w świątyniach wizerunki bogów.  Nie znajdziemy tutaj raczej rozdzierających scen znanych ze średniowiecznych katedr, a więc diabłów i kościotrupów, scen tortur, oraz powyginanych ciał pokrytych skrzepłą krwią i przybitych do krzyża. Jeśli po miesiącu spędzonym w Azji nieopatrznie znajdziemy się w jakiejś europejskiej świątyni sprzed kilkuset lat, szok mamy gwarantowany. W azjatyckich świątyniach jest po prostu znacznie mniej obsesyjnie. Postaci o odrobinę bardziej negatywnych konotacjach, czyli na przykład wizerunki strażników świątyni, czy też demonów, nie są przedstawiane jako potencjalne zagrożenie, bo im także należy się szacunek. Są one traktowane jak dopełnienie – absolutnie konieczne, bo bez nich ta „bardziej pozytywna” strona po prostu nie mogłaby zaistnieć. Nie stanowi to swoistego przyzwolenia na zło, co usilnie starają się wmówić swoim „owieczkom” przeróżni oszołomi. Cierpienie czy też zło stanowią po prostu nieodłączny element życia  bez których, czy tego chcemy czy nie, nie da się egzystować. Takie pozbawione skrajności rozumiejące i akceptujące wszystkie aspekty egzystencji podejście, umożliwia moim zdaniem znacznie szczęśliwsze życie tu i teraz, dlatego warto z ogromnym szacunkiem podejść do wszystkiego co się w takiej świątyni odbywa. Pod tym względem Azjaci mają lepiej i to już od urodzenia, bo wzrastają w o wiele rozsądniejszej tradycji religijnej. Zresztą wystarczy popatrzeć na historię i spróbować dowiedzieć się ile wojen religijnych miało miejsce w Azji i przez kogo były one w dużej mierze spowodowane. Obsesyjne skupianie się na tak zwanym „dobru” – próba zwalczania wszelkich możliwych aspektów zła także w samym sobie, nie kończą się niestety dobrze dla równowagi psychicznej wyznawcy, (to takie moje osobiste doświadczenia z zagorzałymi wyznawcami różnorakich religii) ale wróćmy może do świątyń w Ipoh.

Świątynie w Ipoh

Świątynie Ling Sen Tong, Nam Thean Tong oraz Sam Poh Tong znajdują się tuż obok siebie ich naturalnym przedłużeniem jest jaskinia usytuowana na zboczu Gunung Rapat, więc możemy je wszystkie odwiedzić za jednym zamachem. Oczywiście każda z nich nie wygląda tak samo i da się między nimi zauważyć istotne różnice. Świątynia Ling Sen Tong jest pierwszą świątynią którą napotykamy – znajduje się tuż przy głównej ruchliwej ulicy i jest najnowsza i najbardziej kiczowata ze wszystkich odwiedzonych przez nas w Ipoh świątyń. Znajduje się w niej bardzo dużo figur różnych zwierząt i dosyć klimatyczne spiralne kadzidła. Świątynia ma niewielką wartość zabytkową, dlatego można wewnątrz niej dokonywać ofiar całopalnych. Wszystkie postaci są więc w dużym stopniu pokryte dymem. Warto zdać sobie sprawę że wszystkie chińskie świątynie musiały właśnie tak wyglądać. Warto wybrać się w jej wyższe partie – pokryte dymem jaskinie w których kiedyś medytowali lokalni święci.

Formacje skalne w górnej części świątyni Ling Sen Tong

Kadzidła ofiarne w jaskini górnej części świątyni Ling Sen Tong.

Świątynia Nam Thean Tong również mocno pokryta jest wewnątrz dymem i znajduje się w niej dużo postaci znanych z chińskiej mitologii.

Świątynia Nam Thean Tong, postaci z chińskiej mitologii.

Świątynia Sam Poh Thong pochodzi z 1950 roku i jest sporych rozmiarów kompleksem jaskiń i architektury. Gdybyśmy mieli zbyt mało czasu na wszystkie trzy świątynie to właśnie tę – położoną najdalej od strony ruchliwej ulicy warto zobaczyć najbardziej. Była pierwszą ze wszystkich trzech świątyń zbudowanych w tym miejscu. Jaskinia, która roztacza się za wszystkimi świątyniami została odkryta w 1890 roku przez chińskiego mnicha, który zdecydował się w niej zamieszkać i medytować. Żył w niej 20 lat aż do śmierci. Obecnie istnieje tam buddyjski klasztor, oraz dość skomplikowana świątynia z której roztacza się widok na miasto. Warto pochodzić po całym jej obszarze, zobaczyć basen z żółwiami i pawilony ukryte między skałami.

Świątynia Sam Poh Tong.

Największy i najbardziej tłoczny kompleks świątynny w Ipoh – świątynię Perak Tong, której początki datuje się na 1929 rok  znajduje się w innej części miasta i rozciąga na dość sporym obszarze, pokrytym wykutymi dość śmiało w skale chodnikami i porozrzucanymi tu i ówdzie pawilonami. To najchętniej odwiedzana przez wiernych świątynia. Będąc tam w dzień roboczy nie spotkaliśmy tam tłumów osób, jednak wtedy skaliste otoczenie świątyni to popularne miejsce randkującej młodzieży.

Tak wygląda wejście do świątyni.

A tak tereny do niej przylegające po których można pospacerować.

Odpoczywając w kilku ciekawie położonych pawilonikach (niestety komary nie odpuszczają i chcą nas zjeść).

Miejscami można poczuć się nawet trochę jak w dżungli.

Skały pokryte są inskrypcjami (niestety w tej kulturze jeśli chodzi o czytanie to jestem niestety zupełnym analfabetą).

Za świątynią roztaczają się takie widoki.

Nie ma jednak kiedy nimi się porozkoszować, bo zbiera się na burzę a komary dosłownie szaleją.

Miejscami klimat jest wspaniały.

I robi się nieco skaliście.

Można spotkać liczne małpy i poczuć się jak na wycieczce za miastem.

Nie należy więc chodzić po terenie świątyni Perak Tong z jedzeniem w ręku, bo można łatwo go stracić. Skalne chodniki są przez nie gęsto oblegane.