Archiwum kategorii: Kuala Lumpur

Kuala Lumpur w kilka dni (część druga)

Do Kuala Lumpur zaglądamy po raz drugi w drodze powrotnej tuż przed udaniem się na samolot do Singapuru. Jeździmy po całym mieście wzdłuż i wszerz, oraz kupujemy te azjatyckie towary, których jeszcze nie zdążyliśmy kupić na Penangu. Najpierw jednak mamy spore problemy z noclegiem. Wszystkie niedrogie hotele w spokojniejszych miejscach chińskiej dzielnicy są pełne. Znajdujemy jeden ale na tyle kiepski, że musimy się z niego wynieść po pierwszej nocy, więc tracimy czas na perypetie noclegowo-hotelowe. Niestety mamy za mało czasu by zdążyć zobaczyć wszystko co chcieliśmy. Nie mam tu na myśli jakiś szczególnie ważnych zabytków bo takich w Kuala Lumpur nie ma. Miasto istnieje od połowy XIX wieku. Jednak z racji tego, że za sprawą Brytyjczyków mieszkają tu różne azjatyckie społeczności planujemy pooglądać ich miejsca kultu. Większość ludzi przyjeżdża tutaj na zakupy, oraz traktuje to miejsce jako punkt wypadowy, dlatego też świątynie można odwiedzić w całkowicie spokojnej i nie turystycznej atmosferze. Nikt nie patrzy na nas przez pryzmat turystów, którzy przyszli pozwiedzać. Możemy im trochę poprzeszkadzać i się czegoś przy okazji dowiedzieć. Jest to całkiem niezłe miejsce by zorientować się we wszystkich głównych azjatyckich religiach, na przykład gdy w Azji jesteśmy po raz pierwszy.

Na początek Batu Caves – hinduskie miejsce kultu. Nie wiem czy w ogóle opłaca się tam jechać, jeśli akurat nie odbywają się w nich żadne religijne uroczystości. Byliśmy w trakcie pracującego tygodnia i było tam niezmiernie pusto. Prawie nikt nie składał ofiar, więc tamtejsze małpy były głodne i bezwzględnie wyrywały ludziom jedzenie. Akurat kręcono tam wtedy reklamę Red Bulla i małpy zagrabiły zapasy energetycznego napoju, którego reklama dotyczyła, sztucznie rozentuzjazmowanej ekipie filmowej, pijącej go demonstracyjnie z obowiązku, lub z przekonania. Okoliczne małpy są tak bardzo uzależnione od ludzkiego jedzenia: gazowanych słodzonych napojów i słodyczy, że aby je zdobyć nie cofną się przed niczym.  Nasze współczesne jedzenie szkodzi nie tylko ludziom, ale nawet małpom. Mimo że są dość małe, lepiej nie wchodzić z nimi w interakcję i nie zbliżać się  do nich za bardzo. Widziałam jak małpa podrapała małe dziecko, któremu „inteligentny” rodzic chciał zrobić z nią zdjęcie. Jaskinie są dość sporych rozmiarów i są zdolne pomieścić naprawdę dużą ilość ludzi, więc jeśli przebywa ich tam na raz kilkadziesiąt i tak wyglądają na mocno opustoszałe. Gdyby były miejscem kultu od kilkuset lat, z pewnością spotkalibyśmy tam niezwykle piękne i dopracowane ręcznie rzeźbione hinduskie posągi przeróżnych bogów. Niestety Batu Caves miejscem kultu stały się relatywnie niedawno, więc na metalowych stelażach postawiono tam zwykłe współczesne figury, wykonane pewnie w formie odlewów a następnie pomalowane. Możemy takie kupić w pierwszym lepszym sklepie z dewocjonaliami. Może to właśnie dlatego miejsce nie ma szczególnego klimatu, bo świątynia, posągi, całe zmienione przez człowieka wnętrze jaskiń po prostu są brzydkie, wytworzone w sposób masowy i nie wyróżniające się niczym szczególnym. W tak nowoczesnym kraju ludzie widocznie nie mają czasu, żeby przedmioty kultu jeszcze wytwarzać ręcznie i w sposób oryginalny. Miejsce wygląda jakby ktoś stworzył je w pośpiechu i byle jak. Moim zdaniem nie warto jechać tam tak, jak my pojechaliśmy, trzeba wcześniej wywiedzieć się kiedy odbywa się tam jakiekolwiek wydarzenie religijne. Hinduskie miejsca kultu zazwyczaj są bardzo żywe i chaotyczne, pełne różnych dziwnych ludzi i świętych mężów. W Batu Caves w zwykły pracujący dzień nikogo takiego nie spotkaliśmy, może tutaj w ogóle nie ma takich osób, bo wszyscy zarabiają pieniądze?

mal_kuala-lumpur_batu-caves_hanuman_001.jpg

Hanuman wierny towarzysz Ramy, bóg o bardzo pozytywnych cechach z twarzą małpy

mal_kuala-lumpur_batu-caves_murugan_001

A to ogromny posąg Murugana przed wejściem do jaskiń. Murugan jest bogiem wojny znanym też pod nazwą Kartikeya.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_002.jpg

Wnętrze Batu Caves. Oprócz jaskiń będących miejscami kultu, można tu odwiedzić także inne trudniej dostępne jaskinie.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_003.jpg

Małpa z gatunku makaków, mnóstwo takich zamieszkuje Batu Caves.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_004.jpg

Do małp podchodzić trzeba z należytym respektem.

mal_kuala-lumpur_batu-caves_001.jpg

Kręcenie reklamy Red Bulla.

Odwiedzamy także dużą chińską świątynię Thean Hou poświęconą bogini mórz Tian Hou zwanej też Mazu, czczonej w południowych Chinach i na Tajwanie. Uważana jest ona za inkarnację bogini miłosierdzia Guanyin, czyli bardzo popularnej w Malezji chińskiej wersji Awalokiteśwary. Świątynia wybudowana w stylu eklektycznym łączy w sobie elementy buddyjskie, taoistyczne i konfucjańskie. Wygląda bardzo tradycyjnie. Zbudowano ją niedawno bo w 1989 roku za 7 milionów ringgitów, wykorzystując w jej konstrukcji zarówno tradycyjne chińskie rzemiosło jak i nowoczesne rozwiązania konstrukcyjne. Mimo że jest nowa, jednak w jej wykonaniu wykorzystano tradycyjne chińskie metody budowania i ozdabiania miejsc religijnych. Świątynia jest prawdziwą instytucją przepowiada się tu przyszłość i zawiera związki małżeńskie. Mnóstwo osób rozrzuca deseczki z wróżbami (niestety są tylko po chińsku). Dla anglojęzycznych pielgrzymów zostaje automat z karteczkami, który za drobną opłatą losuje wróżbę, odpowiednią dla naszego znaku zodiaku w chińskim kalendarzu, ale wróżby anglojęzyczne są strasznie lipne. W świątyni mieszczą się też liczne sklepy z kadzidłami, dewocjonaliami, książkami, muzyką. Mieści się na wzgórzu i jest otoczona dużą ilością zieleni. Osobiście uwielbiam takie chińskie świątynie.

mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou-widok_001.jpg

Widok z świątynnego wzgórza na miasto.

mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_001.jpg

Świątynia Thean Hou w detalach.

mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_003.jpg
mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_002.jpg

Posąg bogini mórz. mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_004.jpg mal_kuala-lumpur_swiatynia-thean-hou_005.jpg

Chcemy także odwiedzić sikhijską świątynię, bo jeszcze w takiej nie byliśmy, ale nie udaje nam się wejść do środka bo albo jest zamknięta na głucho, albo niezbyt chętnie przyjmuje obcych gości. Jednak czytając później w internecie na temat tej świątyni (i założeniach, żeby przyjmować wszystkich niezależnie od wiary, statusu, przekonań religijnych), nie jest to zbytnio możliwe. Albo więc byliśmy zmęczeni upałem i nie potrafiliśmy znaleźć do niej otwartego wejścia, albo była zamknięta.

Jeszcze za pierwszym razem w Kuala Lumpur odwiedzamy także przeznaczoną do zwiedzania świątynię muzułmańską – meczet Jamek z 1909 roku. W Malezji ludzie nie będący muzułmanami nie mogą wchodzić do meczetów. Żeby wejść tylko na jego dziedziniec, wszystkie nieodpowiednio ubrane kobiety muszą założyć długą do kostek obszerną suknię ze sztucznego i grubego materiału, które rozdaje obsługa meczetu. W kilka minut w temperaturze i wilgotności powietrza jaka tutaj panuje, zupełnie nie da się w czymś takim wytrzymać. Normalnie nikt tu w tak absurdalnych ubraniach nie chodzi, bo wielokrotnie oglądałam potem lokalne muzułmańskie stroje na bazarach i w sklepach i były dużo lżejsze nawet jeśli należały do najtańszych. Dlatego mam wrażenie, że specjalnie rozdają w nim coś takiego, żeby europejczycy zbyt długo tu nie przebywali. W porównaniu do meczetów tureckich, które służą za miejsce spotkań i wielokrotnie nieraz bardzo długo, rozmawialiśmy w nich z ludźmi, na tematy również zupełnie niezwiązane z religią, spędzając w nich czasami długie godziny, podejście Malajów do tematu jest o sto osiemdziesiąt stopni inne z gorliwością godną neofitów.  Nie wiem jak ma to zachęcić jakichkolwiek ludzi innego wyznania do zostania członkiem ich społeczności, skoro tak bardzo się zamykają.

Porzucając tą wielowyznaniową tematykę, oprócz przebywania w świątyniach robimy tu również inne rzeczy. Na przykład odwiedzamy tutejszy Bird Park. Dlaczego przyszedł mi do głowy taki pomysł i skąd w ogóle się tam wzięłam? Zainteresował mnie Singapurski Bird Park,  na którego reklamę przypadkowo natrafiłam. Wyglądał jak zoo pozbawione krat z możliwością bardziej bezpośredniego zetknięcia się ze zwierzętami. Jednak brak czasu i niezbyt zachęcająca cena sprawiły, że nie udało mi się do niego dotrzeć.  Jako że zostało nam pół dnia wolnego i okazało się, że podobny park istnieje również w Kuala Lumpur, postanowiliśmy do niego się udać. Reklamuje się on w internecie jako największy tego typu park na świecie. Składa się z olbrzymich rozmiarów wolier w których znajdują się różnego rodzaju ptaki, rosną rośliny i przez ich środek biegnie chodnik którym poruszają się ludzie. Ptaki w zależności czy mają ochotę czy też nie, przebywają blisko ludzi lub chowają się w zaroślach. W wielu miejscach można nabyć dla nich karmę i zwiększyć swoje szanse na ich zobaczenie z bliska. Ptaki niezbyt przejmują się ludźmi, są na tyle oswojone, że z daleka się ich nie boją, jeśli mają ochotę to przyjdą skuszone jedzeniem. Jeżeli ktoś znajdzie się zbyt blisko, a one tego sobie nie życzą to można zarobić od nich dziobem, co jest bardzo dobre i uświadamia ludziom że zwierzę to nie posłuszna zabawka. Dlatego w wolierach z tukanami czy dużymi papugami cały czas przebywa jakiś pracownik bo z nimi chyba nie ma żartów. Ogólnie jest to chyba lepsze założenie niż ptaki w typowym ogrodzie zoologicznym z klasycznymi klatkami i z pewnością pełni niezmiernie ważne funkcje edukacyjne. Część ptaków spaceruje także po odkrytych częściach parku, nie wiem czy znalazły się przypadkiem bo w wolierach była jakaś luka, czy są one półotwarte żeby ptaki mogły swobodniej się przemieszczać. Raziły mnie tylko nieco miejsca gdzie ludzie mogli zrobić sobie zdjęcia z ptakiem na ręce. Wykonywanie zdjęć z na wpół śpiącymi sowami, które w dzień były dosłownie nieprzytomne i co chwila ktoś je budził i przestawiał z miejsca na miejsce wyglądało dość dziwnie i niesmacznie. Najchętniej korzystali z tego ludzie z małymi dziećmi oraz ludzie w każdym wieku z krajów arabskich. Nie wiem czy stworzone w parku warunki wszystkim gatunkom umieszczonym tu odpowiadają i są dla nich dobre,  bo nie znam się na tyle na ptakach. Być może to co jest dobre dla małych papug, niekoniecznie sprawdzi się dla większych ptaków. Nie znam się na tym na tyle aby mieć na ten temat jakiekolwiek zdanie. Może całe założenie tylko dla ludzi jest czymś lepszym, bo uspokaja ich sumienia że nie oglądają zwierząt w klatce, a ptakom jest wszystko jedno bo i tak są zamknięte w klatkach co z tego że bardzo dużych?

mal_kuala-lumpur_bird-park_008.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_006.jpg

mal_kuala-lumpur_bird-park_011.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_007.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_009.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_005.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_001.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_004.jpgmal_kuala-lumpur_bird-park_010.jpg
mal_kuala-lumpur_bird-park_002.jpg

Dość intensywnie zajmowałam się także w Kuala Lumpur zakupami zarówno na bazarze na Chow Kit jak i w sklepach dla Hindusów z towarami typowo indyjskimi oraz takich dla Chińczyków prowadzonych przez nich i dla nich, w odpowiednich do tego dzielnicach. Na samo chodzenie po takich  sklepach i pytanie dosłownie o wszystko, można przeznaczyć kilka dni.  Zwiedziłam także kilka galerii handlowych między innymi KLCC Suria w wieżach Petronas, oraz japoński dom handlowy Sogo, który znam dobrze z Hongkongu. Panuje tu taki kult zakupów, że jednym z ważniejszych materiałów jaki rozdają turystom już na lotnisku jest wielostronicowy poradnik „Shopping Malaysia”. Ogólnie w Malezji możemy kupić towary prawie z całej Azji, w sensownych i nie przekłamanych dla turystów cenach. Oczywiście nie mówię tutaj o miejscach w rodzaju Central Market, tylko o najnormalniejszych sklepach, z których korzystają miejscowi. Do Central Market też można się przejść, by zobaczyć co w ogóle ciekawego można w Malezji kupić, ale oprócz fajnego współczesnego rękodzieła, część przedmiotów to trochę przepłacona cepelia. Miejsce to być może przyda się ludziom, którzy pragną zakupić jakieś zabytkowe i drogie przedmioty. Za to turystyczna chińska tandeta jest tam  droższa niż gdziekolwiek indziej. Jako że jestem trochę zbzikowana na punkcie najrozmaitszych dewocjonaliów, jedynymi nie użytkowymi rzeczami, które kupuję są właśnie one, natomiast typowe „pamiątki” w szerokim rozumieniu w ogóle mnie nie interesują. Raz na kilka wyjazdów kupuję kiczowaty magnes na lodówkę i to w zupełności mi wystarcza. Wolę kicz religijny. W Kuala Lumpur jest ogromny wybór dewocjonaliów buddyjskich (chińskich), hinduskich i muzułmańskich, wytwarzanych zarówno w ojczyźnie emigrantów jak i na miejscu. Oprócz takich przedmiotów, z Azji przywożę przyprawy, herbatę, żywność, ubrania, kuchenne akcesoria, rzeczy które potem normalnie zużywam. Do tego dochodzą jeszcze liczne płyty z muzyką, które są zazwyczaj bardzo tanie w porównaniu z Europą. W Kuala Lumpur możemy przede wszystkim w niemal każdym sklepie się porozumieć, zasięgnąć informacji, dopytać. Dzięki temu eksplorowanie sklepów z nieraz dziwnymi towarami chińskimi i hinduskimi jest jeszcze przyjemniejsze niż zazwyczaj.

Kuala Lumpur w kilka dni (część pierwsza)

Po Kuala Lumpur nie spodziewałam się niczego szczególnego. Na polskich forach czytałam bardzo liczne opinie, że jest to miejsce nijakie, bez wyrazu i trzeba z niego szybko uciekać. Nie do końca wierzę we wszystko co pisze się na polskich forach turystycznych, bo chociażby  zachwytów nad Bangkokiem i jego „bacpackerską dzielnicą” nie podzielam w zupełności.  Pierwsze zaskoczenie po przyjeździe do tego miasta to brak jakichkolwiek naganiaczy i niezdrowego zainteresowania nami jako potencjalną „turystyczną zwierzyną łowną”, od której można za wszystko wyciągnąć kilka razy wyższą kwotę niż od kogoś lokalnego. Ostatni raz w Azji miałam tak chyba w Chinach. Kraj jest na tyle bogaty, że takie rzeczy zdarzają się chyba tylko wyjątkowo. Owszem zdarza się wyrywanie torebek kobietom na ulicy, bo wszędzie wiszą informujące przed tym ostrzeżenia, jednak na to narażeni są tak samo obcokrajowcy jak i lokalni mieszkańcy, a dzieje się tak w dużej mierze z powodu biednych emigrantów. Malezja to najbogatszy kraj w tej części Azji i mnóstwo ludzi próbuje tutaj zacząć lepsze życie, co oczywiście nie udaje się każdemu. Drugim zaskoczeniem jest to,  że mnóstwo osób doskonale mówi po angielsku. Dzięki temu w tym kraju możemy dowiedzieć się o Azji najwięcej. W Kuala Lumpur w jakimkolwiek sklepie, a nawet na bazarowym straganie mogę zapytać się do czego służy jakaś dziwnie wyglądająca substancja, którą ktoś sprzedaje i mam przynajmniej 50% szans, że ktoś w sklepie mi to wyjaśni, bo większość ludzi jest co najmniej dwujęzycznych, albo pod ręką zawsze znajdzie się ktoś kto w jakimś stopniu włada angielskim. Chętnie tłumaczą obcym. Mamy tu sporą chińską i indyjską diasporę, która żyje według swoich zasad. Dzięki temu możemy poznać w miarę dobrze podstawowe indyjskie i chińskie tradycje kulinarne i kulturowe. Do tego dochodzą rdzenni mieszkańcy – muzułmańscy Malajowie, również przyjaźni i w miarę komunikatywni. Dodajmy do tego jeszcze tłum odwiedzających Malezję Arabów, najczęściej Saudyjczyków (Oczywiście oni będą społecznością najbardziej zamkniętą i nie nastawioną na kontakt) i będziemy mieli prawie cały azjatycki kontynent w jednym miejscu.  Dlatego Malezja może być najlepszą destynacją na pierwszy raz w Azji, gdzie spotkamy „po trochu wszystkiego”. W przyjaznej dla nas atmosferze, w której nikt specjalnie nie zwraca na nas uwagi, poznamy tutaj bardzo wiele azjatyckich zagadnień, z dziedziny kuchni, popkultury, tradycji, sztuki. W Chinach nie porozmawiamy tak bardzo z ludźmi nie znając Chińskiego, w Tajlandii nie wiem czy w turystycznych miejscach ktokolwiek chciałby z nami rozmawiać. Tutaj nie dość że mamy prosty język Bahasa którego podstaw dość łatwo szybko się nauczyć, to jeszcze ludzie rewelacyjnie znają angielski, zupełnie jak w Hongkongu. Z tym że w Hongkongu życie płynie chyba szybciej i nie wiem czy mogłabym przez godzinę zamęczać kogoś pytaniami o przeróżne towary, które sprzedaje. W Kuala Lumpur mogę też wejść do dowolnej świątyni i zapytać po co jest to czy tamto i o co z tym chodzi. Nikt się nie obraża a ja mogę czasami dowiedzieć się czegoś o co wcześniej nie miałam jak zapytać.

Hotel znajdujemy w chińskiej dzielnicy, w spokojniejszej części ulicy Jalan Petaling. Nocleg w jej zadaszonej części, w której są knajpy dla białych turystów i nocny bazar z podróbkami, musi być zdecydowanie za głośny, patrząc na to co się na niej dzieje. Nasz hotel oprócz turystów, zamieszkują dyskretne i całkiem sympatyczne prostytutki, których w tej dzielnicy jest dość sporo, ale w przeciwieństwie do Tajlandii są bardzo mało widoczne. W hotelu tylko nocują, tudzież odsypiają noce po pracy. Pomimo różnych dziwnych ludzi jakich czasami w nim spotykamy, prowadzony przez Chińczyków Petaling Hotel jest niedrogi a przy tym wręcz idealnie czysty, cichy i bezpieczny. Niestety ma tę  wadę, że z racji ceny, wzorowego chińskiego porządku jaki w nim panuje i bliskości do wszelkich atrakcji, prawie nigdy nie ma w nim wolnych miejsc, bo jest strasznie popularny.

Na jedzenie chodzimy regularnie do rewelacyjnego mamaku – taniej jadłodajni nieopodal central market, która rozmiarami przypomina co najmniej salę gimnastyczną. Ustawionych w niej jest grubo ponad sto stolików, które non stop są zajęte. Jedzenie gotuje się w ogromnych garach, wszystko sprzedaje się na pniu. Menu jest tylko w bahasa i po kolei testujemy różne potrawy, żeby wiedzieć przed Indonezją co jest co. Większość jest na prawdę dobrze zrobiona. To lokal muzułmański, na ścianach wiszą liczne cytaty z Koranu i brokatowo połyskują. Razem z jedzeniem dostaje się karteczkę, z którą trzeba po zjedzonym posiłku uiścić opłatę w kasie. Na początku nie wiedzieliśmy co mamy zrobić i komu za jedzenie zapłacić, a w lokalu pracowali sami Malajowie, którzy mówili tylko w swoim języku. Nikt nie interesował się faktem czy klient zapłacił czy nie, co dla Azji jest typowe. Tu zawsze zakłada się czyjąś uczciwość. W końcu udało nam się załapać, że mały stoliczek za przepierzeniem ukryty w głębi lokalu pełni funkcję kasy. Rano lokalu pilnował właściciel z licznymi sygnetami na grubych palcach i ogromnym roleksem na ręce. Wtedy puszczano w nim wyłącznie recytacje Koranu. Trochę głupio je się roti i pije kawę w rytmie koranicznych recytacji, ale w sumie to dość ciekawe doświadczenie. W południe właściciel opuszczał biznes i jego pracownicy nieśmiało włączali malezyjski pop. Wieczorem, kiedy właściciela na pewno już nie było, w lokalu zawsze leciał amerykański pop z Lady Gagą i Adele na czele, oraz rap i hip hop, w dodatku podkręcone na cały regulator. Lokal podobał mi się bardzo, do kiedy nie musiałam skorzystać w nim z toalety. Potem podobał mi się także, ale nieco mniej. Niemniej jednak jedzenie które gotowało się na oczach gości wyglądało na dość czyste :). Udało mi się nawet znaleźć ten lokal w google.

Miasto jest dość kosmopolityczne, bo mieszka w nim wiele różnych narodów, ale jednocześnie nieduże, miejscami niemal prowincjonalne. Jest bardzo niewielkie w porównaniu z przeciętną azjatycką metropolią. Wprawdzie obszar metropolitalny Kuala Lumpur liczy sporo osób, ale samo miasto to zaledwie 1,6 miliona. Więc z jednej strony będziemy tu mieć zawsze błyszczące i jasno świecące w nocy wieże Petronas, będące centrum malezyjskiego biznesu i handlu, w których możemy zobaczyć niemal wszystkie narody świata w kilka godzin i kupić produkty topowych światowych marek. Z drugiej strony – niecałą godzinę pieszo od słynnych wież mieści się na przykład rozległy bazar na którym możemy nabyć krowią głowę w całości i gdzie w towarzystwie milionów much rozbiera się mięso jak sto lat temu, a ludzie z pobliskich wiosek sprzedają rozmaite zielsko. W Kuala Lumpur można kilka razy dziennie przenosić się z jednego świata do drugiego. Same dwie wieże to tylko niewielka enklawa idealnego miasta, jakim pewnie Kuala Lumpur planuje w przyszłości być. Fakt, że są one dopieszczone w każdym detalu i fajnie pobyć w tak starannie przemyślanym i dopracowanym miejscu i trochę się tym porozkoszować, bo takiej architektury nie spotkamy w Polsce pewnie jeszcze przez długi czas. Jednocześnie nie czuję się tutaj jak w Singapurze, gdzie taki idealny świat znajduje się w zdecydowanej przewadze. Razem z blichtrem i luksusem idzie w parze obsesyjny porządek, wszechobecne kamery, milion zakazów i nakazów. Zdecydowanie nie pasuję do takiego świata i bardzo mnie on drażni. W Kuala Lumpur mogę wybrać się do niego na wycieczkę, ale nie czuję się przez niego zdominowana jak w Singapurze. Bardzo uspokaja mnie fakt że niecałą godzinę drogi piechotą znajduje się ogromny, tętniący zupełnie innym życiem bazar, gdzie polscy pracownicy przeróżnych sanepidów szybko umarliby na zawał serca.

mal_kuala-lumpur_petronas-towers_001.jpg

Poziom dopracowania wież Petronas w każdym szczególe wewnątrz i na zewnątrz robi wrażenie tak duże, że miejscami całość wydaje mi się trochę pretensjonalna.

mal_kuala-lumpur_petronas-towers_003.jpg mal_kuala-lumpur_petronas-towers_002.jpg
mal_kuala-lumpur_petronas-towers_005.jpg mal_kuala-lumpur_petronas-towers_004.jpg
mal_kuala-lumpur_park-kolo-petronas-towers_002.jpgmal_kuala-lumpur_park-kolo-petronas-towers_001.jpg
mal_kuala-lumpur_monorail_001.jpg

Biznesowa część miasta wygląda na nieźle uporządkowaną i tylko miejscami wdziera się tutaj miejska anarchia.

mal_kuala-lumpur_budynki_001.jpg

Niewiele dalej można spotkać i takie widoki.

mal_kuala-lumpur_bazar_sprzedawca-jack-fruit_001.jpg

Oraz dokonać zakupów owoców i warzyw na ogromnym bazarze niedaleko biznesowej dzielnicy miasta. Na zdjęciu pan sprzedaje i na miejscu oporządza owoce bochenkowca (Jack Fruit).

mal_kuala-lumpur_chinska-restauracja_001.jpg

Szczyptę Chin i Indii znajdziemy w mieście na każdym kroku.

mal_kuala-lumpur_kwiatowe-girlandy_001.jpg

Girlandy kwiatowe wykorzystywane w hinduskich świątyniach.

mal_kuala-lumpur_budynki_002

W mieście jest też sporo parków i terenów zielonych.

Jest też zupełnie inna część miasta, którą zasiedlają wyłącznie Arabowie z Zatoki, zarówno ci spędzający w Malezji urlop jak i tacy, którzy mieszkają tu nieco dłużej z powodu licznych interesów, jakie Malezja prowadzi z państwami z Półwyspu Arabskiego. Nie spotkamy ich nigdy w chińskiej dzielnicy gdzie je się wieprzowinę i na każdym rogu można kupić alkohol, w której mieszkają głównie zachodni turyści. Dla Arabów istnieje w Kuala Lumpur całe zaplecze,  z czego najważniejszą jego częścią są centra handlowe, sprzedające głównie drogie ubrania oraz arabskie perfumy i kosmetyki, bo zakupy to ich główna pozadomowa aktywność zarówno u siebie jak i za granicą na wakacjach. Inne aktywności, takie jak chociażby skorzystanie z oferty kulturalnej miasta ich nie interesują, gdyż u nich większość takich aktywności jest zakazana.  Zazwyczaj poruszają się oni z własnym kierowcą, żeby nie narażać swoich kobiet na jakiekolwiek kontakty z przypadkowymi ludźmi w środkach publicznego transportu, chociaż zdarzają się nieliczne od tego wyjątki. Widziałam kobiety z krajów arabskich zarówno takie, które podczas wakacji zrzucały swoje abaje i chodziły w miarę normalnie ubrane, z zachowaniem muzułmańskich zasad, ale w jasne i przewiewne stroje, dzięki czemu mogły jakoś funkcjonować w upalnej i wilgotnej pogodzie jak i takie, które były zasłonięte całe wraz z oczami i w czarnych rękawiczkach. Mocno się zastanawiałam dlaczego i po co ktoś jedzie na jakiekolwiek wakacje spędzając je wszędzie poza hotelem w czarnym worku na głowie i nawet niewiele przez niego widzi. Na Penangu widziałam także kobiety siedzące w takim właśnie pełnym rynsztunku na plaży w cieniu, podczas gdy reszta ludzi, na przykład ich mężowie i dzieci opalała się i pływała. Pogoda w tym dniu była niesamowicie parna i wilgotna bo co chwilę padał deszcz a w przerwach intensywnie świeciło słońce, oddychanie sprawiało trudność i pomimo gołych do połowy nóg oraz krótkich rękawów lały się ze mnie strumienie potu. One w tym czasie usiłowały w swoich czarnych okryciach na twarzy jeść ociekające tłuszczem sataye. Na szczęście żadna nie zmarła przy nas z przegrzania. Ciekawe jak im się siedziało w czarnej tkaninie na twarzy, w dodatku przesiąkniętej tłuszczem i przyprawami. To naprawdę szokujące bo są to ludzie którzy na wakacje przylecieli samolotem, jednocześnie część ich umysłu pozostaje gdzieś w bardzo mrocznych czasach średniowiecza. Oglądając zlane potem twarze arabskich kobiet, z obrzydliwie rozmazanym obfitym makijażem dosłownie słaniające się na nogach z powodu upału i własnej fatalnej kondycji, gdy muszą przejść kilkaset metrów pieszo bo samochodem nie da się dojechać, trudno mi sobie uświadomić, że dla nich taki stan rzeczy jest nobilitacją. Nie muszą przecież podróżować z innymi ludźmi tylko mają zapewnioną ochronę i bezpieczeństwo, poznając Malezję głównie zza szyb klimatyzowanego samochodu. Nie jest to dla nich kara, ale w ich pojmowaniu, pewien rodzaj komfortu. Zdecydowanie mają one poczucie wyższości nad całym zdegenerowanym i nieuporządkowanym światem, który oglądają i odnoszą się do niego z widoczną rezerwą. Jeśli inna kobieta, na przykład ja, spróbuje się do nich uśmiechnąć, zazwyczaj nie odpowiedzą nam tym samym, tylko sprawią wrażenie, że tego nie zauważyły. Dla nich brak jakiejkolwiek interakcji z otoczeniem nie jest stratą a swoistym luksusem. Nigdy nie zapomnę jakim szokiem było dla mnie zobaczenie po raz pierwszy w życiu kobiety całkowicie zasłoniętej czarnym materiałem, bez jakiegokolwiek nawet otworu na oczy, oraz w czarnych rękawiczkach, „zwiedzającej” Stambuł. Przed nią w spodniach do połowy łydki i z krótkimi rękawami oraz aparatem fotograficznym jak każdy zwykły turysta paradował jej mąż – Arab. Kobieta jak dla mnie za życia skazała się (lub została skazana) na społeczne nieistnienie, nie mogła przecież w swoim wierzchnim okryciu nie tylko publicznie jeść i pić, oddychać świeżym powietrzem, biegać, śmiać się, ale nawet spojrzeć komukolwiek w oczy. W skrajnych przypadkach, kobiety z najbardziej radykalnych arabskich rodzin przez całe życie przechodzą zupełnie anonimowo. Społecznie nie istnieją. Poza najbliższą rodziną żaden mężczyzna nie wie nawet jak taka kobieta się nazywa, nie wolno bowiem wymieniać jej z imienia, tylko nazywa się ją przy pomocy kunji, czyli grzecznościowego zwrotu pochodzącego zazwyczaj od imienia pierwszego syna, którego urodziła. Nie wypada mężowi w jakikolwiek sposób mówić o żonie, broń boże wymawiać jej imienia. Nikt też nie wie jak wygląda i nikt obcy nie może z nią porozmawiać. Dzieje się to w dzisiejszych czasach najzupełniej legalnie i jest czymś zwyczajnym. Z drugiej strony ci ludzie jeżdżą samochodami, latają samolotami, mają telewizję i internet. Dla mnie najciekawsze jest podglądanie tego jak oni żyją, z jakim dziecinnym zachwytem reagują na atrakcje i bodźce, które dla nas są czymś najnormalniejszym w świecie, a dla nich są nieznane, z racji tego że u nich w kraju prawie nic nie jest dozwolone . To żywy i prawdziwy kawałek średniowiecza, który mogę oglądać własnymi oczyma, coś niezwykle fascynującego. W dodatku nie muszę czynić jakichkolwiek starań by w ich świat wniknąć bo spotykam go niejako przy okazji. Jednocześnie zdaję sobie sprawę jak przygnębiające i ubogie intelektualnie musiało by być życie w takim świecie jak ich, bez jakiejkolwiek innej opcji do wyboru.

mal_kuala-lumpur_reklama-canona_001.jpg

Muzułmańską atmosferę miasta widać chociażby w reklamach.

mal_kuala-lumpur_stragan-z-chustami_001.jpg

I popularnych towarach.

mal_kuala-lumpur_wagon-dla-kobiet_001.jpg

W środkach publicznego transportu często spotkamy udogodnienia tylko dla kobiet.

Wracając jednak do tematu niniejszego postu, polubiłam to miasto, ze względu na spokój jaki w nim panuje, możliwość wtopienia się w tłum, dużego urozmaicenia kulturowego i kulinarnego. Propozycje przeznaczone dla turystów może nieco miejscami zalatują popeliną, ale możemy znaleźć sobie własne, bo w Kuala Lumpur ogólnie jest co robić. Moje plany na następny raz, to z pewnością cały dzień spędzony w Muzeum Sztuki Islamskiej, które jest ponoć najlepszym tego typu muzeum poza państwami Półwyspu Arabskiego. Po mieście można wygodnie i w miarę sprawnie się poruszać bo jest stosunkowo nieduże. To świetnie miejsce na zakupy wszelkich możliwych azjatyckich utensyliów chińskich, indyjskich i arabskich. Możemy też podejrzeć jak żyje najkonserwatywniejsze społeczeństwo na świecie, bez konieczności wyjeżdżania do Arabii Saudyjskiej. Mnie ten miks średniowiecza i nowoczesności trochę przeraził i jednocześnie zafascynował.