Archiwum kategorii: Penang

Penang 2015 (część druga – o zakupach)

Drugą część wynurzeń, z drugiego pobytu w moim ulubionym miejscu w Azji Południowo-Wschodniej czas zacząć. Ostatnio trochę pisałam o różnych ciekawych świątyniach, które tym razem mieliśmy okazję na Penangu odwiedzić oraz co nieco w temacie lokalnego jedzenia. Tym razem zaczniemy od zakupów i to całkiem niezwyczajnych. Stworzono bowiem całkiem fajny przewodnik po sklepach tradycyjnych wytwórców różnych dóbr. Książeczka zawiera kilkanaście pozycji. Część z nich poznaliśmy już wcześniej bez pomocy jakichkolwiek specjalistycznych publikacji 😉 część z kolei była dla mnie tym razem niczym prawdziwe objawienie. We wszystkich wymienianych przez broszurkę miejscach nie byliśmy, oczywiście będąc też przy okazji w miejscach ciekawych, które z jakichś przyczyn nie załapały się na strony tej publikacji. Czyli jak zwykle informacja turystyczna twierdzi swoje, a poszukać czegoś ciekawego na własną rękę trzeba, bo takie odkrycia cieszą najbardziej. Zapraszam zatem do snucia się po Georgetown i całym Penangu śladem „heritage traders”. Miałam pewne dylematy czy lepiej nie umieścić tego posta w kategorii „zakupy”. Jednak większości wymienionych przeze mnie tutaj artykułów raczej  nikt nie będzie potrzebował, bo są zbyt egzotyczne. Są to sklepy bardziej do pozwiedzania i pooglądania.

Muzułmańskie perfumy

Zaczniemy jednak od istnego zakupowego objawienia (o tym miejscu nie wiedziałam wcześniej), czyli sklepu z tradycyjnymi muzułmańskimi perfumami, które nie zawierają alkoholu. Przybierają formę olejku i rozprowadza się je w niewielkich ilościach na skórze, najlepiej w najcieplejszych miejscach ciała. Sklep Badjenid & Son działa nieprzerwanie od 1917 roku i był pierwszym w Malezji importerem i sprzedawcą perfum, ich komponentów, oraz olejków eterycznych. W sklepie można kupić „własne wersje” perfum popularnych zachodnich marek, oraz popularnych zapachów arabskich, kilka rodzajów oud w różnych cenach (rewelacja) i zabójczo drogi olejek sandałowy. Byłam tutaj dwa razy, gdyż stwierdziłam że perfumy są bardzo dobrej jakości i warto kupić ich więcej,  za drugim udało mi się nawet zrobić zdjęcie właścicielowi. Za pierwszym razem perfumy sprzedawał mało rozgarnięty młody sprzedawca, dlatego kupiłam ich niewiele. Za drugim razem zaś inny, podszedł do tematu ze zrozumieniem i wprost świetnie rozkminił mój gust. Zaczął polecać mi różne zapachy i muszę przyznać, że trafiał idealnie! Nie dość, że kupiłam prawie pół sklepu, to na dodatek dostałam jeszcze gratisy. Zaszalałam tak bardzo, że od „pamiętnego 2015 roku” jeszcze nie kupiłam żadnej perfumy – pragnę najpierw chociaż częściowo zużyć zapasy zrobione w tym sklepie. Niektóre niestety są dla mnie za mocne i drażnią mi skórę, na szczęście większości z nich mogę używać bez takich problemów. Od kiedy kilka lat temu po raz pierwszy zetknęłam się z perfumami w olejku, zdecydowanie wolę takich używać, ze względu na ich poręczność, wygodę i długotrwały zapach.

mal_penang_georgetown_własciciel-sklepu-z-muzulmanskimi-perfumami_001.jpg

Pan właściciel. Niestety nie widać olbrzymiego sygnetu na palcu i tego, że do pracy przychodzi w pełnym makijażu, ale mężczyźni w Azji mogą więcej.

Kopi

Na Penangu działa kilku wytwórców kawy kopi, o której już Wam kiedyś pisałam. Wytwarza się tutaj kawę „Kopi O”, która sprzedawana jest w całej Malezji. W tym celu praży się ziarna kawy z dodatkiem cukru, margaryny palmowej, soli i ziaren sezamu. Jedna z palarni znajduje się na ulicy Jalan Cheong Fat Tze i nazywa się Kun Kee Food Industries. Na Penangu istnieje ulica, na której znajdują się prawie wyłącznie chińskie pijalnie kopi (można też zjeść jakąś tradycyjną zupkę z wsadem mięsnym, warzywami i lokalnymi ziołami). W wielu miejscach można także napić się najdelikatniejszej i najdroższej „White Kopi”, a to już prawdziwy kawowy hedonizm. Bardzo polecam. Więcej na ten temat w podlinkowanym na początku tego akapitu wcześniejszym poście (nie będę się powtarzać).

mal_penang_georgetown-ulica_006.jpg

Oczywiście Penang jest na tyle turystyczny, że „kawa po europejsku” jest także dostępna, ale będąc tutaj zdecydowanie lepiej raczyć się White Kopi. Chociaż za tak kreatywną reklamę, można zrobić wyłom od czasu do czasu.

Sklepy z chińskimi artykułami religijnymi

Czego jak czego, ale artykułów religijnych nie potrafię sobie nigdy odmówić, gdyż mam na ich punkcie swoistą manię. To co w Azji najpiękniejsze, to zjawisko grupowania się sklepów o podobnej tematyce na przykład wzdłuż jednej ulicy, lub w całym kwartale. Można więc plątać się długie godziny i patrzeć na te cuda. A cuda to niemałe. Spory kawałek Lebuh Carnavaron to sklepy z przedmiotami przeznaczonymi do składania w całopalnej ofierze w chińskich świątyniach. Oczywiście normalnie pali się w nich kadzidła i lampki, ale od wielkiego dzwonu, na przykład śmierci kogoś bliskiego, taka ofiara nie wystarczy. Żeby zapewnić szczęście i powodzenie, trzeba darować sile wyższej (lub przodkom w życiu pozagrobowym) coś naprawdę cennego. Ponieść dotkliwą stratę czegoś, co dosłownie odejmujemy sobie od ust, by zmarły cieszył się tym przedmiotem w swoim nowym życiu. Na szczęście chiński pragmatyzm daje radę jakoś sprawić, by zarówno wilk był syty jak i owca cała. Darowane przedmioty mogą przecież być atrapami prawdziwych. Stąd sklepy specjalizujące się w papierowych kopiach popularnych dóbr. Można więc palić na cześć przodków na przykład papierowe pieniądze, ale to dopiero początek. Takie artykuły znajdziemy w większości azjatyckich sklepów. Za to na Carnavaron Street można kupić na przykład wcale nie tanie papierowe atrapy telefonów, wszelkiej maści najnowsze modele Samsungów Galaxy oraz Iphone’ów, a także najdroższych zegarków a nawet markowych ubrań. Można też kupić (tylko zupełnie nie mam zielonego pojęcia jak przewieźć) przepiękne delikatne i misterne modele tradycyjnych chińskich świątyń i domów. W to co widzimy w takim sklepie trudno z początku uwierzyć. Z daleka i nie wgłębiając się w szczegóły wygląda to jak jakiś chaotyczny magazyn, w którym obok siebie, często rozrzucone byle jak, stertami piętrzą się najrozmaitsze przedmioty codziennego użytku i elektroniczne dobra. Wszystkie one są podejrzanie lekkie i tak jakoś dziwnie nikt o nie nie dba. Leżą sobie jedne na drugim i czasem wyglądają jakby nic nie ważyły (bo tak w rzeczywistości jest, tylko trudno nam to zaakceptować). W końcu już nie wiemy, czy to mózg nas oszukuje czy jednak to co widzimy to prawda. Bardzo polecam to uczucie niepewności. Z wrażenia nawet zdjęć zapomniałam zrobić.

mal_penang_georgetown-ulica_011.jpg

Oczywiście to nie żaden sklep tylko drzwi oklejone noworocznymi naklejkami. Także do dostania w takich sklepach, lecz to towar bardziej okolicznościowy.

Indyjskie dobra

W Georgetown jest niewielka indyjska dzielnica Little India, którą słychać już z daleka. Każdy sklep, a jest ich bardzo dużo, bo na parterze każdego domu jest co najmniej jeden, posiada bowiem sporych rozmiarów głośniki i umila życie jak tylko może indyjskimi przebojami filmowymi. Między sklepami panuje konkurencja kogo głośniej słychać. Największe zgrupowanie tradycyjnych sklepów jest na Lebuh Pasar na przykład pod numerami 25, 29, 32, 41. Możemy się tutaj ubrać od stóp do głów, nabyć wyposażenie całej kuchni, wszelkie możliwe produkty spożywcze, środki czystości, kosmetyki, artykuły religijne i wspomnianą już wcześniej kulturę czyli płyty, gazety i czasem książki. Wszystko to jest albo sprowadzane z Indii (a sporo tańsze niż produkty malezyjskie) albo produkowane przez indyjskich emigrantów w Malezji na ich własne potrzeby. Każda, dosłownie każda rzecz, jest odrębna i różni się od produktów w sklepach prowadzonych przez malajskich muzułmanów oraz Chińczyków. Sprzedawcy są bardzo mili, energetyczni i wygadani. Jak tylko mają czas, bardzo bardzo chętnie wytłumaczą do czego dany przedmiot służy, doradzą wybór (na przykład przypraw albo kadzideł). Zawsze tak to wychodzi, że nawet jeśli kupujemy olej do włosów za równowartość bochenka chleba, zostajemy obsłużeni po królewsku, co najmniej jakbyśmy w Polsce właśnie nabywali jakiś samochód. Oni po prostu tak mają. Handel jest ich oczkiem w głowie i zakupy w ich sklepach przypominają bardzo zakupy w Turcji. W dodatku cała ta uprzejmość, czy wręcz nadskakiwanie klientom nic ich nie kosztuje – nie zachowują się tak ze względu na to, że są w pracy i muszą, czy też są zdesperowani, bo sklep nie przynosi im spodziewanych dochodów. Traktują tak każdego i jakoś nie tracą na swoim wizerunku (a wręcz przeciwnie). W naszym kręgu kulturowym takie zachowanie jest traktowane jako coś egzotycznego, a sprzedawca obowiązkowo musi traktować klienta nieco z góry, albo udawać eksperta w danej dziedzinie, bo najwyraźniej inne zachowanie przyniosłoby mu plamę na honorze. To pozostałość epoki komunizmu, kiedy sprzedawczyni w wiecznie pustym sklepie posiadała realną władzę nad ludźmi. Trochę tego jeszcze w nas zostało, dlatego po powrocie z Azji, podczas pierwszych kilka dni w kraju gdy kupuję podstawowe produkty spożywcze jakoś nigdy nie mogę się odnaleźć. Co więc warto kupić w takim indyjskim sklepie?

Na pewno przyprawy, bo są bardzo świeże i z pierwszej ręki. Oczywiście sprzedaje się na wagę do plastikowych reklamówek a w sklepie leżą w wielkich wielokilogramowych workach, lub metalowych puszkach. Co wybrać jeśli rodzajów curry jest kilkanaście i w różnych cenach? Sprzedawca musi wybadać nasz gust i postara się doradzić najlepiej. Przyprawy są tak tanie, że na prawdę nie warto kupować najtańszego. Każde curry jest zdecydowanie inne, często sklepy posiadają własne rodzinne kompozycje, które sami mieszają. Oczywiście będzie to curry indyjskie, malajskie to coś zupełnie innego.

Rewelacyjnie świeże i pachnące są w takich sklepach także kadzidła, jako że przeciętny Hindus zużywa ich tygodniowo tyle co my w pół roku. Nie mają więc kiedy wyleżeć się na półkach. Ich zapach jest nieporównywalny w żaden sposób do kadzideł kupowanych w Polsce, mimo że to często te same opakowania. Parę tygodni (w najlepszym wypadku) transportu w nieprzewidywalnych temperaturach, plus leżenie na sklepowej półce lub w magazynie zdecydowanie oddziaływuje na kadzidła.

Sklepy te to wspaniałe miejsce do zaopatrywania się w indyjskie kosmetyki. Ich ceny w porównaniu do cen tych samych towarów w Polsce mogą szokować bo jest przeważnie kilkakrotnie taniej. Można tu kupić mnóstwo olei i olejków, hennę oraz farby do włosów na jej bazie, ajurwedyjskie pasty do zębów.

Oprócz tego do Little India warto się wybrać ze względu na restauracje „banana leaf curry”, w których wegetariańskie curry podaje się na bananowym liściu i zgodnie z tradycją bez przerwy dokłada się je gościowi, dopóki ten wyraźnie nie zaprotestuje. Uliczni sprzedawcy sprzedają zaś tradycyjne słodycze oraz wegetariańskie samosy. Indyjskie słodycze to temat zasługujący na osobnego posta i z pewnością kiedyś go popełnię, jak zrobię odpowiednią ilość zdjęć na ten temat. Sporo z nich robimy już sami, bo na youtube mnóstwo indyjskich gospodyń domowych wrzuca filmy, na których można wszystko dokładnie zobaczyć.

mal_penang_sklep-z-sari_001.jpg

Sklep z tekstyliami gdzie można kupić sobie sari w kratkę w Little India.

mal_ipoh_indyjskie-slodycze_001.jpg

Przepraszam za wyjątkowo brzydkie zdjęcie i w dodatku nie z Penangu, ale jest na nim kilka popularnych indyjskich słodyczy: kulki po prawej to gulab jamun (smażone w głębokim tłuszczu z ciasta o smaku pączków namaczane w syropie z wodą różaną są tak słodkie, że zapewniają cukrowy odjazd) po lewej zaś: brązowa kulka to laddu, a żółta kostka i biały okrąg to różne rodzaje burfi (żółte to besan z mąki z ciecierzycy) teraz już robimy sami indyjskie słodycze i może kiedyś powstanie o nich nawet osobny post.

mal_ipoh_sprzedawca-kwiatowych-girland_001.jpg

A to zdjęcie wprawdzie z Ipoh, ale nasz broszurkowy przewodnik po sklepach sprzedawców tradycyjnych dóbr polecał odwiedzenie wytwórców kwiatowych girland, w Georgetown byłam zbyt rozleniowiona by robić zdjęcia. Natomiast ten pan girlandy miał wyjątkowo wypasione. 

Chińskie kuchenne utensylia

Na Lebuh Pantai 224 znajduje się bardzo ciekawy sklep z chińskimi narzędziami kuchennymi. Warto wybrać się by je obejrzeć. Ponoć sprowadzane są niemal ze wszystkich prowincji Chin. Najpiękniejsze są drewniane wycinane ręcznie foremki na ciastka, które przypominają arabskie formy na daktylowe ciastka maamoul. Niestety w sklepie nie można robić zdjęć, ani niczego dotykać, co jest trochę dziwne bo sklep nie sprzedaje rękodzieła tylko seryjnie wytwarzane przedmioty. Nie zachęciło mnie to do kupna drewnianej foremki, mimo że były przepiękne. Sklep specjalizuje się w tradycyjnie wykonywanych przedmiotach.

 Sklep z materiałami do kaligrafii

Znajduje się nieopodal sklepów z ofiarnymi artykułami z papieru na Lebuh Carnavaron. Można w nim kupić pędzle do kaligrafii w najróżniejszych  cenach i rozmiarach, nawet takie które da się używać trzymając je dwoma rękami. Takimi pędzlami posługuje się na przykład francuska artystka Fabienne Verdier. Oprócz tego różne rodzaje tuszy i podkładek do ich mieszania. Na tej samej ulicy można także odwiedzić zakład wytwórcy pieczęci, którymi podpisuje się kaligrafie (ma on swą siedzibę pod numerem 85).

mal_penang_sklep-z-materialami-do-kaligrafii_001

Tradycyjne ubrania różnego typu

Podaję bo może komuś się przydadzą. Chciałam kilkakrotnie odwiedzić wytwórcę tradycyjnych kobiecych zdobionych koralikami butów, których proces wytwarzania i zdobienia trwa nawet trzy miesiące, ale zawsze było zamknięte bo byliśmy tam albo za wcześnie, albo zbyt późno. Takie buty nosi się odświętnie razem z pasującym do nich sarongiem. Służą podkreśleniu statusu społecznego. Są całe wyszywane koralikami. Wytwórca takich butów (Nyonya shoes) mieści się na Lebuh Armenian 4. Równie interesujące jest stanowisko ostatniego wytwórcy muzułmańskich nakryć głowy – songkoków. Mijaliśmy je kilka razy ponieważ mieści się w mikroskopijnym straganie tuż obok Nagore Shrine – mauzoleum poświęconym Syedowi Shahulowi Hamidowi – sufickiemu świętemu z południowych Indii. Stragan działa nieprzerwanie od 1933 roku. Niedaleko tego miejsca, bo na Lebuh Chulia pod numerami 109 i 111 można zaopatrzyć się w sarongi oraz batikowe tkaniny użytkowe.

Po drodze od sklepu do sklepu można też podziwiać inne widoki. Połączenia faktur i kolorów onieśmielają i zapadają na długo w pamięć 😉 Oczywiście to co tutaj wrzucam to tylko wierzchołek góry lodowej. W rzeczywistości jest jeszcze ładniej, tylko nie zawsze chce mi się robić zdjęcia. Wpadam tam w tak dalece zaawansowany komfort życia i marazm, że czasem przez parę dni nie robię żadnych zdjęć, bo bycie tam jest zbyt zajmujące i zwyczajnie nie mam czasu. Może następnym razem odrobię straty, (spodziewam się że już niedługo będę miała tę okazję).

mal_penang_fryzjer_001.jpg

Szkoda że akurat nie potrzebowałam skorzystać z usług strzyżenia, pewnie w środku jest równie pięknie jak na zewnątrz.

mal_penang_georgetown_hotel-central_001.jpg

Lubię ten rodzaj architektonicznego zmęczenia właściwy dla miejsc w klimacie tropikalnym gdzie często pada.

mal_penang_georgetown-ulica_012.jpg

I wszystkie nawet najbardziej fantazyjne kolory zaczynają po kilku latach blaknąć i odłazić warstwami.

mal_penang_georgetown-ulica_013.jpg

To dla mnie prawdziwy street art, natomiast taki zlecany za pieniądze różnym słynnym artystom to już nie jest to samo.

mal_penang-georgetown_streetart_003.jpg

A to na przykład przepiękny zakład naprawy (i chyba też sprzedaży rowerów).

mal_penang-georgetown_streetart_004.jpg

A to chyba już prawdziwy street art z kotem.

mal_penang_georgetown-ulica_003.jpg

A to piękny przykład wykorzystania roślin w przestrzeni miejskiej.

mal_penang_georgetown-ulica_005.jpg mal_penang_georgetown-ulica_007.jpg mal_penang_georgetown_capitan-keling-mosque_001 mal_penang_georgetown-ulica_008.jpg mal-penang_georgetown_ludzie-na-nadbrzezu_001.jpg mal-penang_georgetown_nocny-street-food_001.jpgmal-penang_georgetown_nocny-street-food_002.jpg

Penang 2015 (część pierwsza)

No i stało się. Całkiem szybko po poprzedniej wizycie, los znowu rzucił nas na Penang. No to zostaliśmy tydzień i prawie na nic więcej w Malezji nie starczyło nam już czasu. Skoro mając na cały wyjazd w sumie miesiąc, zamiast poznawać nowe miejsca, poświęcam tydzień na zostanie w tym samym w którym już byłam, to musi ono być wyjątkowe. Zresztą już o tym pisałam. Co można tam robić przez cały tydzień? Bez pośpiechu przyglądać się chyba najbardziej fascynującej mikro społeczności (mieszance kultur i religii) jaką kiedykolwiek widziałam. I oczywiście po kolejnym tygodniu nadal nie mam dosyć i koniecznie muszę tam wrócić na dłużej. Co zmieniło się od 2012 roku kiedy poprzednio tutaj byliśmy? Ano na przykład w niektórych miejscach zrobiło się tak:

mal_penang-georgetown_streetart-turysci_001.jpg

Akurat mieszkaliśmy i przechodziliśmy co najmniej kilka razy dziennie obok „słynnego street artu” i kolejka osób chcących zrobić sobie przy nim zdjęcie stała dość często.

Oby tylko niebawem całe historyczne centrum nie stało się martwą dekoracją jak jakaś Wenecja. Na szczęście nadal jest jeszcze w miarę spokojnie i leniwie. Na razie większość stanowią lokalni azjatyccy turyści. Niemniej jednak już zrobiło się dużo bardziej turystycznie, co widać chociażby po cenach noclegów. W samym centrum nie znajdziemy już „na pęczki” niedrogich noclegów, jak kilka lat temu a hotel w którym poprzednio mieszkaliśmy przestał istnieć (zawsze takie wybieramy).

Poprzednio pisałam Wam, że do oglądania i jedzenia jest tutaj bardzo dużo ze względu na szaloną wręcz różnorodność. Na lotniskach, dworcach w hotelach (i w informacji turystycznej) już poprzednim razem w 2012 roku, można było znaleźć na przykład dosyć obszerne i sensowne materiały na temat lokalnego „food heritage”, albo unikatowego street artu. W tej chwili opisanych zagadnień lokalnego dziedzictwa kulturowego i materialnego jest znacznie więcej. Wydawane są w formie książeczek i monograficznie opisują na przykład lokalne chińskie świątynie klanowe, albo tradycyjne sklepy (byłam w kilku), wytwórców lokalnych przysmaków, czy też dziedzictwo materialne i niematerialne zamieszkujących wyspę muzułmanów. Jako że nie jesteśmy zbyt pilni, ze zdobytych materiałów skompilowaliśmy własny zestaw miejsc w których jeszcze nie byliśmy i wybitnie lokalnych potraw których jeszcze nie jedliśmy. Zresztą Penang staje się (przynajmniej dla bogatszych Azjatów) mekką street foodu. Bardzo popularne dzięki tanim lotom są wyjazdy weekendowe, gdzie przez większość czasu chodzi się po lokalach i relacjonuje swoje kulinarne podboje na portalach społecznościowych. Ponoć można tutaj zjeść „wszystko” w cenach o wiele niższych niż na przykład w Tokio czy Seulu, stąd cała masa turystów z nieco dalszego wschodu. Takich rewelacji dowiedzieliśmy się siedząc w jednej z najbardziej kultowych nocnych jadłodajni, ale o tym za chwilę.

mal_penang_georgetown-ulica_004

No i znowu nie wiadomo czy to już street art, czy jeszcze normalne niezamierzone efekty życia w tropikach.

Do wielu miejsc przynajmniej w jedną stronę szliśmy piechotą, albo wsiadaliśmy do transportu publicznego przeszedłszy wcześniej parę kilometrów żeby pooglądać okolice, dużo razy też się gubiliśmy, dzięki temu nie zaliczaliśmy tylko kolejnych miejsc punkt po punkcie, ale sporo mogliśmy się „napatrzeć”. Komfort bycia gdzieś nie po raz pierwszy sprawia, że nie ciągnie nas w żaden sposób do popularnych wymienianych we wszystkich materiałach miejsc, bo niektóre z nich „zaliczyliśmy” za pierwszym razem.

Najciekawsze w tym wszystkim jest totalne kulturowe wymieszanie wszystkiego ze wszystkim. W wersji azjatyckiej wygląda to lepiej niż w europejskiej. Może dlatego że na te tereny wszyscy przybyli w tym samym czasie i od tej pory nauczyli się jakoś obok siebie koegzystować. Oczywiście nie mam tutaj na myśli że wszyscy mieszają się z sobą i przenikają wbrew barierom jakie tworzą narodowości, zwyczaje i wyznania – ludzie raczej obracają się przede wszystkim we własnych społecznościach, ale na jednej ulicy koegzystują z sobą bez większych problemów chińska świątynia, meczet i przeróżne hinduskie biznesy. Nikt nikogo nie nienawidzi i nie pragnie wyspy tylko dla siebie. Chińskie lokale z wieprzowiną i alkoholem stoją tuż nieopodal jadłodajni halal i nikt nie chce palić ani niszczyć konkurencji, wszyscy zajęci są zarabianiem pieniędzy. Nikt nie biadoli że obok niego mieszkają jacyś odmieńcy. Chodząc ulicami Penangu trudno do końca uwierzyć w to co się widzi, bo ma się odczucie jakbyśmy na przestrzeni kilkuset metrów, teleportowali się kilkakrotnie do różnych krajów. Po tygodniu spędzonym tutaj rzeczywistość znacznie mniej mnie dziwi. Pomieszanie wpływów jest tak duże że co chwilę przenosimy się z Chin do Indii zahaczając o Indonezję, Birmę czy Tajlandię a wszystko to także z domieszką wpływów arabskich.

Jak więc tym razem plątaliśmy się po Penangu? Bardzo chaotycznie i przypadkowo. Najpierw pojechaliśmy do

Bat Cave Temple

W buddyjskiej ( i hinduistycznej) części Azji dość typowe są świątynie poświęcone różnym zwierzętom. Oddaje się im cześć, bo w takiej formie możemy się przecież odrodzić w kolejnym życiu. Niektóre, jak słynna tajska świątynia tygrysów przy okazji robią obrzydliwy biznes na cierpieniu zwierząt, jednak większość z nich powstała w sposób naturalny, a nie z potrzeby zarobienia na turystach – po prostu niektóre zwierzęta z jakiś przyczyn otacza się w danym miejscu kultem. Czy same zwierzęta się z tego cieszą to już inna sprawa, ale taka jest tam tradycja i trudno się z nią sprzeczać. Świątynia nietoperzy na Penangu powstała około roku 1917, początkowo na zupełnym odludziu. W jaskini medytował znany mnich mistrz feng shui, który ochronił nietoperze przed szkodliwym działaniem człowieka. Świątynia poświęcona jest lokalnemu bóstwu Tua Pek Kong, który jest bogiem powodzenia bogactwa i dobrobytu. Przed ołtarzem poświęconym temu bogu, zostawia się puszki z piwem Guinness i innymi wysokoenergetycznymi napojami. Świątynia jest zupełnie spokojna i kameralna. Leży na uboczu z dala od popularnych na wyspie miejsc, nieco dalej zaczynają się zalesione stoki Bukit Bengara. Po wyjściu z autobusu idzie się kawałeczek pod górę wzdłuż chaszczy i na wpół zburzonych domów. Kiedy tam byliśmy, jedynie kilku Chińczyków postanowiło rano przed pracą wpaść do niej i zapalić kadzidło lub złożyć niewielką ofiarę. Turysty (oprócz nas) nie spotkaliśmy ani jednego. W świątyni znajduje się jaskinia w której mieszkają prawdziwe, całkiem sporych rozmiarów nietoperze. Ludzie co chwilę wchodzą do tej samej jaskini i trochę im chyba przeszkadzają paląc ofiarne lampki.

mal_penang_bat-temple_001.jpg

Wejście do świątyni nietoperzy.

mal_penang_bat-temple_002.jpg

Jaskinia w której mieszkają zwierzęta, znajduje się w niej także ołtarz na którym palą się ofiarne lampki.

Burmese Temple

W zupełnie innym miejscu na wyspie, w północnej części Georgetown, znajduje się świątynia birmańska. Trochę błądziliśmy zanim udało nam się w końcu do niej dotrzeć. Jest to ponoć jedyna świątynia birmańskiego buddyzmu znajdująca się poza Birmą. W kraju tym panuje buddyzm Theravada, taki sam jaki dominuje w Tajlandii. Świątynia pochodzi z 1803 roku i znajdują się w niej niesamowicie piękne zdobienia z drewna tekowego, oczywiście wykonane ręcznie. Świątynia zajmuje całkiem spory teren, na którym rozpościera się zadbana zieleń. W normalny dzień miejsce jest niezwykle spokojne. Główny pawilon świątyni robi oszałamiające wrażenie dzięki ażurowym rzeźbieniom i pięknym posągom licznych buddów w pełnych gracji póz. Budynek jest bardzo przewiewny – jest w nim względnie chłodno bez jakiejkolwiek klimatyzacji, dzięki wykorzystaniu naturalnych ciągów wentylacyjnych. Choćby z tego względu warto tam pojechać, żeby zobaczyć jak niezwykle się kiedyś budowało. Teraz w Azji zazwyczaj stawia się ohydne betonowe klocki, które zużywają masę prądu bo bez gargantuicznej mocy klimatyzacji nie sposób nijak tego schłodzić.

Niektóre bardziej współczesne ozdoby w ogrodzie odrobinę przypominają Licheń, jednak zrobione są z większym wyczuciem i gracją ale trochę ocierają się już o religijny kicz. Inne fragmenty świątyni starzeją się jednak z godnością i posiadają wspaniały klimat. Miejscami gdzieniegdzie odchodzi farba i budynki nabierają tej charakterystycznej tropikalnej patyny, którą bardzo uwielbiam, a która powstaje w wyniku smagania budynków ulewnymi deszczami i wysoką wilgotnością przez cały rok.

mal_penang_burmese_temple_002.jpg

Wejścia pilnują przepiękne wizerunki strażników.

mal_penang_burmese_temple_006.jpg

Są tak piękne, że aż wrzucę Wam obie części drzwi.

mal_penang_burmese_temple_003.jpg

Dalej jest jeszcze ładniej.

mal_penang_burmese_temple_004.jpg

A to główna statua buddy w najważniejszym pawilonie świątyni.

mal_penang_burmese_temple_005.jpg

Dopiero z innej perspektywy widać obłędne wykończenie w całości – misterne rzeźbienia w drewnie tekowym. Wyglądają tak niesamowicie, że trudno stamtąd wyjść.

mal_penang_burmese_temple_008.jpg

W nowszych budynkach także warto skupić się na detalach.

mal_penang_burmese_temple_007.jpg

Zieleń świątyni to także osobny temat na zdjęcia ale więcej ich się tu nie zmieści.

mal_penang_burmese_temple_001.jpg

A to bardziej licheńsko kiczowaty motyw. Fontanna z obracającymi się skarbonkami do których można wrzucać monety. Każda z nich to jakaś inna opcja w życiu na przykład dobra praca, albo szczęśliwa rodzina. Nawet udało mi się trafić za którymś razem, do takiej na której pisało że będę mieć szczęście, ale to dla mnie nic nowego, bo szczęście to akurat zawsze mam 🙂 i na jego brak na prawdę nie mogę narzekać.

Będąc już w temacie świątyń, naprzeciwko znajduje się świątynia tajska. Tak długo zeszło nam w świątyni birmańskiej że tajską właśnie zamykali, ale pozwolili nam na szybko wpaść do niej i zobaczyć jak jest w środku.

Thai temple czyli Wat Chaiyamangalaram

Znajduje się naprzeciwko świątyni birmańskiej. Pierwsza świątynia powstała około 1900 roku na terenie podarowanym w 1845 społeczności tajskiej zamieszkującej Penang, przez samą królową Wiktorię. Dawna świątynia nie zachowała się do czasów współczesnych – została znacząco przebudowana i prezentuje współczesne tajskie budownictwo sakralne. Świątynię wybudowali tajscy mnisi. Znajduje się tutaj trzeci co do wielkości leżący Budda na świecie, ale to chyba wszystko co pozytywnego można o tej rzeźbie napisać. Jest mocno ludowa, ale w wydaniu za jakim chyba niezbyt przepadam. Natomiast na postumencie na którym leży Budda znajdują się rozliczne wnęki na urny z ludzkimi prochami. Najchętniej pooglądałabym sobie rozliczne twarze ludzi przez co najmniej godzinę, ale ze świątyni każą szybko nam wychodzić. Nie wiem czy wstawić tam swoją urnę mogą jedynie członkowie tajskiej diaspory, czy też wyznawcy buddyzmu therawada, czy też osoby, które po prostu za to wystarczająco zapłaciły i uznano, że liczba ich zasług była wystarczająca by spocząć w tak szacownym miejscu, niemniej jednak wygląda to super i w sumie to zazdroszczę wszystkim mieszkańcom urn, że tak fajnie prezentują się po śmierci. W świątyni oprócz ogromnego leżącego budy znajdują się liczne ważne przedstawienia typowe dla tajskiej odmiany tej religii, oraz posągi słynnych mnichów o których można poczytać na przykład tutaj.

mal_penang_thailand-temple_004.jpg

Leżący budda najładniejsze ma stopy.

mal_penang_thailand-temple_003.jpg mal_penang_thailand-temple_002.jpg mal_penang_thailand-temple_001.jpg

Kapitan Keling Mosque

Na końcu, jeśli jesteśmy już w temacie odwiedzonych tym razem świątyń, będzie też meczet – ten najsłynniejszy i najbardziej charakterystyczny na Penangu. Pochodzi z 1801 roku, wybudowany przez hinduskich muzułmańskich kupców – Tamilów. Ostatnio nie mieliśmy okazji zobaczyć go od środka. Teraz zaś udało się nam tam wejść, ale byliśmy bardzo krótko. Zazwyczaj tak się składa że najwięcej czasu spędzamy w meczetach. Jako że są przeważnie dosyć puste, by nic nie rozpraszało wiernych od oddawania czci Bogu, nie ma tam zbyt długo czego oglądać, ale zazwyczaj ktoś zaczyna z nami rozmawiać. Jakoś tak się składa że muzułmanie są chyba najbardziej otwarci i kontaktowi, albo po prostu takie mamy szczęście. Tym razem też mieliśmy szczęście, ale innego typu bo przed rozmową ocalił nas azan, czyli wezwanie na modlitwę. Kiedy tylko weszliśmy na dziedziniec zostaliśmy zawróceni do stojącego nieco dalej budynku, żeby rzekomo zapoznać się z zasadami obowiązującymi w świątyni. Przywitał nas starszy już wiekiem brodaty imam (pochodzenia malajskiego) i poczęstował wodą. Ze zdumieniem zauważyliśmy ogromne kolorowe tablice, służące do nauczania islamu, swoją retoryką bardzo mocno przypominające nauki świadków Jehowy :). Świat przedstawiony na nich jest idealnie czarno-biały. Tylko na wybrańców z ich odłamu czeka oszałamiające zbawienie, a na wszystkich innych przygotowane są straszliwe kary piekielne. Słuszna jest tylko jedna jedyna wiara. Imam prezentował najczystszy wahabizm i właśnie się rozkręcał, na szczęście przerwało mu wezwanie na wieczorną modlitwę. Oczywiście poprosił nas byśmy na niego zaczekali, jednak słuchanie tak koszmarnie jednostronnej, konserwatywnej, tępej i topornej wersji obojętnie jakiej religii, przyprawia mnie o mdłości (tak samo jak i niektórych przejawów naszego rodzimego katolicyzmu) więc wzięliśmy nogi za pas. Niestety nie zdążyłam się zapytać kto tak hojnie inwestuje w nauczanie anglojęzycznych przybyszów, czy to Malezja, czy może jednak Arabia Saudyjska i byłam tym faktem mocno niepocieszona. Najgorsze chyba rzeczy imam mówił o swoich sąsiadach hinduskich muzułmanach, zupełnie odżegnując ich od czci i wiary, a przecież meczet powstał właśnie dzięki nim.

mal_penang_georgetown-capitan-keling-mosque_002

Wygląda bajkowo i bardzo sympatycznie czego niestety zupełnie nie można powiedzieć o poglądach opiekunów świątyni.

Nasi Beratur Stall

Jeśli już jesteśmy przy tym meczecie, przeskoczmy może na znacznie przyjemniejszy temat jedzenia. Otóż w budynku leżącym tuż przy ogrodzeniu meczetu w kompletnie odjechanych godzinach działa jedna z najsłynniejszych jadłodajni na Penangu. Normalnie dosyć trudno w niej zjeść. Akurat mieszkaliśmy bardzo blisko i codziennie wieczorem tamtędy przechodziliśmy, więc dwa razy się udało. Lokal jest czynny w kompletnie niemożliwych godzinach bo od godziny 22 do około 2 w nocy, czyli tradycyjnie w porze między dwoma muzułmańskimi modlitwami. Czasem już o 20 ustawia się do niego kolejka. Okazuje się że w Azji można otwierać swój biznes niemal w środku nocy na dwie-trzy godziny (czasem lokal zamyka się wcześniej, bo wszystko zostaje już sprzedane i zjedzone) i przy okazji być jednym z najsłynniejszych street-foodowych lokali na całej wyspie :). Lokal sprzedaje tylko jedną potrawę – nasi kandar, za to robi ją tak perfekcyjnie, że przed ich marnie wyglądającym stoiskiem ustawia się kolejka ludzi ze wszystkich stron świata, lokalnych i turystów i czeka czasem na przykład godzinę (nieraz w deszczu) na wolny stolik, przy czym przez „stolik” należy rozumieć miejsce na małym plastikowym krzesełku i z nogami pod brodą. Nasi kandar to potrawa, którą każdy komponuje sobie sam. W jej skład wchodzi ryż i aksamitny, idealnie wyważony w smaku sos curry, oraz różne dodatki w rodzaju bakłażana, świeżego ogórka, jajka pod różną postacią, ogromnych i genialnie przyrządzonych niemożliwie chrupiących krewetek czy kalmarów i różnych rodzajów soczystego mięsa o idealnej konsystencji, oczywiście bez wieprzowiny (jadłodajnia jest halal). Cena potrawy rośnie w zależności od ilości mięsnych dodatków, lecz kosztuje mniej więcej tyle samo co w każdej innej ulicznej jadłodajni.

Przed godziną 22 w tym samym lokalu działa inna jadłodajnia. Nie jest ona tak sławna jak ta nocna, o której szyld informuje, że posiada niezmienną tradycję od roku 1943. W nocy przed lokalem widać nieraz chaotycznie zaparkowane samochody i policję straszącą sygnałami świetlnymi i dźwiękowymi kandydatów do wystawienia mandatu. W tym miejscu jest bowiem bezwzględny zakaz parkowania, ale sporo osób niewiele sobie z tego robi i woli zatrzymać się na kultowe jedzenie. Na resztki pod stołem czekają zmanierowane, tłuste koty. Jedzenie tam jest dość męczące. Nie dość, że w środku nocy i wymaga czekania i stania w kolejce, to jeśli już zdobędziemy swoją porcję, nad naszą głową stoją kolejni wygłodniali kolejkowicze z zazdrością patrząc na nasz talerz, a koty usiłują skorzystać z chwili nieuwagi i przechwycić coś dobrego. Nikt jednak na to nie zważa, a wszystkie te przeszkody tylko dodają smaku wyjątkowemu jedzeniu.

mal-penang_georgetown_nocny-street-food_003.jpg

Panowie profesjonalnie pozują do zdjęć, widać że to dla nich chleb powszedni 🙂 uwijają się jak w ukropie, mimo to żaden nawet się nie poirytował gdy plątałam się wśród nich z aparatem.

Hainan Chicken Rice

Kolejne kultowe jedzenie, z którym zapoznaliśmy się tym razem,  pochodzi z chińskiego kręgu kulturowego. Słynne lokalne znajdują się na Lebuh Cintra na przykład nieopodal niesamowicie sławnej, wymienianej we wszystkich materiałach chińskiej piekarni Leong How Keng’s bakery shop, która słynie z tarty kokosowej i fasolowych ciastek (a działa od trzech dekad). Nieopodal piekarni działają lokale specjalizujące się w kaczce i kurczaku. Pracują przed południem, tak że około 14 zostają już tylko zupełne resztki. I na takie właśnie resztki załapaliśmy się my. Właściciel podrapał się po głowie i stwierdził, że spróbuje jeszcze skombinować nam 2 porcje. Zazwyczaj unikam jedzenia kurczaka (ale kaczki w lokalu obok już nie było) bo jest to chyba najstraszniej naszpikowane chemią mięso, lecz to danie było po prostu oszałamiające. Przyprawione unikatowym sosem sojowym mięso o idealnej wprost konsystencji z warzywnymi dodatkami. Właściciel opowiedział nam, że jest czwartym pokoleniem  imigrantów z chińskiej wyspy Hainan. Od kilkudziesięciu lat w lokalu przygotowuje się tylko jedną potrawę – kurczaka po hainańsku. Wszystkie ściany wyłożone są artykułami z gazet na temat słynnego kurczaka i serwującej go rodziny, a receptura dopracowywana jest od czterech pokoleń. Chciałam zrobić zdjęcie właścicielowi, ale właśnie kończył pracę i wyglądał strasznie. Był cały czerwony i spocony w poplamionych sosem i tłuszczem ubraniach, jakby właśnie wrócił z frontu lub dowodził jakąś skomplikowaną operacją. Dziennie przyrządza wraz z kilkoma pracownikami kilkadziesiąt kurczaków, a sekret sosu jest pilnie strzeżoną tajemnicą rodzinną.

mal-penang_georgetown_street-food_001.jpg

Hainan Chickien Rice – trudno uwierzyć że coś tak niepozornie wyglądającego może być tak oszałamiająco pyszne, ale to prawda.

Zostając w temacie jedzenia, a w szczególności przypraw, symbolami Penangu oprócz palmy betelowej , znajdującej się na godle i fladze wyspy, jest muszkatołowiec. To właśnie nadzwyczajna obfitość tych dwu roślin zadecydowała że Penang stał się jedną z pierwszych posiadłości Imperium Brytyjskiego w Azji. Pod ich panowaniem Penang stał się centrum produkcji przypraw Azji Południowo-Wschodniej, co złamało monopol Holendrów na handel kolonialnymi dobrami. Gałka muszkatołowa była w przeszłości dla wyspy surowcem niezwykle ważnym, dzięki któremu stała się jedną z „pereł Orientu”.

Gałka muszkatołowa i jej przetwory

Na Penangu możemy na przykład wypić różne dziwne napoje ze świeżej gałki. Są straszliwie jadowite, bo dosyć pikantne i nie pomoże nawet zasypanie napitku dużą ilością cukru. Zdecydowanie nie warto go pić na pusty żołądek. Niemniej jednak, pomimo jego mocy, nie zaobserwowałam na sobie żadnego oddziaływania halucynogennego. Handlem wyrobami z gałki zajmują się na Penangu Chińczycy. Oprócz samej przyprawy, czyli pestki, kupimy też tutaj suszony owoc gałki, czy suszoną czerwoną otoczkę (osnówkę) pestki. Warto też zaopatrzyć się w olejek eteryczny, który znacząco pomaga na kontuzje, dolegliwości i bóle związane z mięśniami. Wytwarzają go chińskie rodziny od pokoleń handlujące tym surowcem, więc jak dla mnie jest to wiarygodne źródło jego pochodzenia. Kupiony od nich olejek na prawdę pomaga i leczy różne bóle, jest rewelacyjnym, silnie przeciwzapalnym składnikiem maści na mięśnie a jego zapach jest genialny 🙂

mal_penang_napoj-z-galki-muszkatolowej_001.jpg

Taki oto mocno pikantny, gorący i przeraźliwie słodki syropek z gałki można dostać w chińskich jadłodajniach. Siódme poty gwarantowane.

mal_penang-galka-muszkatolowa-oslona_001.jpg

Tutaj z kolei suszy się otoczka pestki. Świeża ma piękny czerwony kolor. Te które możemy dostać w Polsce są zupełnie wyblakłe – droga którą muszą pokonać trwa bardzo długo.

mal_penang-galka-muszkatolowa_001.jpg

Na końcu gałka w najbardziej znanej nam formie w Tropical Spice Garden, gdzie można także pooglądać całą żywą roślinę.

Na koniec tej części może coś z zupełnie innej beczki. Miejsce stworzone z myślą o obcokrajowcach, by mogli pooglądać sobie tropikalne przyprawy, nawiązujące do historii wyspy, która rozwinęła się dzięki handlowi tymi właśnie dobrami.

Penang Tropical Spice Garden

To całkiem fajny pomysł umożliwiający ludziom nie żyjącym na co dzień w tropikalnym klimacie pooglądać popularne rośliny w tym przyprawy i zioła w sumie około 500 gatunków. Rośliny są dokładnie opisane, wszystkiego można dotknąć i powąchać. Oczywiście o żadnej prawdziwej „tropical adventure” jak twierdzi strona internetowa parku, raczej nie może być mowy. Jest to po prostu niewielkich rozmiarów ogród z ładnie opisanymi najpopularniejszymi roślinami. Czasem można poczytać o nich także ciekawe anegdoty legendarne, religijne i historyczne. Na terenie parku znajduje się także sklep z o wiele za drogimi ziołami, przyprawami i kosmetykami, a także szkoła gotowania. Fajnym pomysłem jest na przykład pokazanie do czego można wykorzystać lokalne olejki i zioła. W jednym miejscu pracownicy parku częstują aromatycznymi herbatkami z lokalnych ziół czy też można posmarować się na komary olejem z dodatkiem cytronellowego olejku eterycznego. Jest ich oczywiście pod dostatkiem i niespecjalnie przejmują się tym, że posmarowaliśmy się czymś co ma je odstraszyć. Dzięki wizycie w Ogrodzie Przypraw wiem już jak wygląda pieprz, imbir czy słynna palma betelowa. Najfajniejsze jest to że Malezję zamieszkują dwie mniejszości narodowe mające największy wpływ na kulturę całego kontynentu: Chińczycy i Hindusi. Mogłam także przekonać się jak pachną wszystkie najważniejsze przyprawy i zioła w obydwu kuchniach. Dzięki temu zioła takie jak tulsi, liście curry czy galangal nie stanowią już dla mnie obiektu nieznanego. Można także dowiedzieć się jakie rośliny są wybitnie trujące, a z jakich robi się niezwykle cenne instrumenty muzyczne. W sumie gdyby nie żarłoczne komary można by było zostać tam cały dzień. Kolejną wadą ogrodu jest to, że nie można w nim niczego zjeść, jeśli chcemy wybrać się tu na cały dzień warto mieć z sobą jakiś prowiant.

mal_penang-tropical-spice-garden_002.jpg

Na terenie ogrodu przyprawowego można podziwiać (naprawdę mikroskopijny) fragment lasu deszczowego.

mal_penang-tropical-spice-garden_005.jpg

Pooglądać różne epifity i trochę o nich poczytać, bo to bardzo ciekawe.

mal_penang-tropical-spice-garden_007.jpg

A tutaj zaplątał mi się kaktus z Kolumbii – Pereskia bleo

mal_penang-tropical-spice-garden_004.jpg mal_penang-tropical-spice-garden_003.jpg mal_penang-tropical-spice-garden_006.jpg mal_penang-tropical-spice-garden_001.jpg

Penang 2012 (część druga)

Penang to nie tylko Georgetown, ale także mnóstwo innych bardzo interesujących miejsc, których zobaczyliśmy zaledwie kilka. Wyspa jest na tyle duża i ciekawa, że na pewno nie znudziłabym się na niej przez co najmniej dwa albo trzy tygodnie, gdybym tylko miała tyle czasu. W ciągu zaledwie kilku dni, które tam spędziliśmy, zdążyliśmy odwiedzić wyścigi smoczych łodzi, farmę motyli, symbol narodowy Malezji – świątynię Kek Lok Si, ogród botaniczny, park narodowy Taman Negara Pulau Pinang i Monkey Beach, która to nazwa okazała się bardzo adekwatna. Wzięliśmy także udział w durianowej imprezie.

Nie wiem dlaczego, ale sporo osób w Georgetown mówiło nam, żeby koniecznie pojechać na wyścigi smoczych łodzi. Jechaliśmy tam bardzo długo a na miejscu byli wyłącznie nieliczni fascynaci tej dyscypliny sportowej, oraz drużyny z różnych azjatyckich narodów. Wszyscy prażyli się w niemiłosiernym upale. Może dlatego impreza nie przyciągnęła dużej liczby widzów. To dość dziwne, bo wszędzie reklamowali ją jako niezwykle ważne wydarzenie w życiu wyspy (może właśnie dlatego, że nie była zbyt popularna). W momencie gdy tam byliśmy wygrywała drużyna z Indonezji, która miażdżyła przeciwników. Kiepscy z nas kibice i znudziliśmy się po pół godzinie.

mal_penang_dragon-boat-festival_001.jpgmal_penang_dragon-boat-festival_002.jpg

Skoro już byliśmy niedaleko, postanowiliśmy udać się na Penang Butterfly Farm, czyli farmę motyli, mieszczącej się w olbrzymich rozmiarów szklarni, w której było jeszcze goręcej i wilgotniej niż na zewnątrz. Za to zieleń była bardzo ładnie zaaranżowana. Myślę że to rewelacyjna atrakcja dla osób podróżujących z dziećmi. Można podziwiać wszystkie stadia rozwoju motyli od jajeczka poprzez gąsienicę i poczwarkę aż do najładniejszego etapu ich życia. Wszystko jest bardzo dokładnie opisane (nie jestem osobą znającą się na biologii, więc jak dla mnie informacji było aż za dużo). Dla kogoś kto interesuje się motylami, jest tam tyle zagadnień do zapoznania się, że można spędzić tam cały dzień od rana do nocy. Dla motyli urządzone są przeróżne „karmniki” z kwiatów i słodkich owoców, do których się zlatują. Siadają także na naszych głowach rękach i nogach, więc lepiej nie iść tam będąc popsikanym przeróżnymi paskudztwami na komary, oraz wysmarowanym przeróżnymi kosmetykami. Oprócz samych motyli na farmie można obejrzeć mnóstwo innych azjatyckich owadów w terrariach. Największe wrażenie robią moim zdaniem olbrzymie rohatyńce wielkości dłoni. Można też pooglądać pająki, modliszki i przedziwne lokalne gatunki żab. Obejrzeć filmy edukacyjne i modele przeróżnych ekosystemów (ciężko przyjąć na raz taką dawkę wiedzy na ten temat, zwłaszcza mając mózg przegrzany przez upał).

mal_penang_farma-motyli_bananowiec_001.jpg

Tak wygląda kwiat bananowca.

mal_penang_farma-motyli_hibiskus_001.jpg

A to symbol Malezji hibiskus.

mal_penang_farma-motyli_001.jpg

Karmnik dla motyli.

mal_penang_farma-motyli_003.jpg mal_penang_farma-motyli_002.jpg
mal_penang_farma-motyli_004.jpg

Prawdopodobnie ten gatunek żaby nazywa się narożnica nosata.

Kolejnego dnia udajemy się do buddyjskiej świątyni Kek Lok Si. Wybudowano ją w 1910 roku z datków lokalnych chińskich elit, jednym z największych darczyńców był słynny kapitan Chung Keng Quee. To jedna z najważniejszych świątyń buddyjskich w kraju. Narodowy symbol Malezji przedstawiany na monetach, ważne miejsce kultu. Widać to już gdy wysiadamy z autobusu. Świątynia położona jest na wzgórzu. U dołu najpierw jest bazar, a potem w miarę wspinania się coraz wyżej, zaczynają się kramy głównie z turystyczną tandetą i dewocjonaliami. Pierwszy raz w Malezji ktoś nagabuje nas by coś na nich kupić i za nami woła. Widać więc, że miejsce musi być celem licznych pielgrzymek i wizyt turystów. Następnie mijamy basen zwany Liberation Pond, który zamieszkują liczne żółwie – buddyjski symbol wieczności. Nerwowe kobiety usiłują nachalnie sprzedać nam zieleninę dla żółwi, stwierdzamy że przez kilka dni w Malezji całkowicie od czegoś takiego odwykliśmy. Wchodząc po schodach do świątyni przez cały czas jesteśmy przez różne osoby nieprzyjemnie nagabywani, warto było jednak się poświęcić, bo u góry jest świetnie, mimo tego że Kek Lok Si miejscami jest straszliwie kiczowata. Siedzimy przez jakiś czas w miejscu przeznaczonym do odpoczywania w przyjemnym chłodnym przeciągu i słuchamy świergotu ptaków i kumkania żab z głośników. W mojej głowie od razu pojawiają się licheńskie reminiscencje, ponieważ miałam tam kiedyś przyjemność słuchania kumkania żab z głośników nad sztucznym stawem, kiedy pojechałam tam na wycieczkę krajoznawczą. Jednak w porównaniu z Licheniem świątynia jest zdecydowanie mniej monumentalna i przytłaczająca. Wszędzie znajduje się perfekcyjnie zadbana zieleń i mnóstwo żywych kolorów. Jedynie posąg Guanyin znajdujący się u samej góry świątynnego kompleksu wcale mi się nie podoba, jest strasznie ciężki, toporny i bez polotu. Idealnie wpasowuje się w licheński klimat. W świątyni znajdziemy drzewka próśb, na których odwiedzający wieszają wstążki z wydrukowanymi intencjami, które czasami uzupełniają o dodatkowe informacje ręcznie. Jest dużo stanowisk do palenia kadzideł i świec ofiarnych, rośnie mnóstwo kwiatów, dlatego zapach  jest przepiękny. Za kilkadziesiąt ringgitów można zakupić sobie dachówkę z własnym imieniem i nazwiskiem i zapewnić sobie wieczne powodzenie.

Moim zdaniem świątynia zasługuje na szczególną uwagę i jest warta odwiedzenia z tego powodu, że absolutnie nieodpłatnie dzieli się wiedzą o buddyzmie. Takiej możliwości zaznajomienia się z buddyjską kulturą jeszcze nie mieliśmy w żadnym z odwiedzonych azjatyckich krajów. Znajdują się w niej duże stojaki z filmami (po chińsku bez napisów), buddyjską muzyką (głównie mantrami) i książkami w językach chińskim i angielskim o szeroko pojętym buddyzmie. Przejrzenie wszystkiego zajmuje nam dobrą godzinę. Przed stojakami znajduje się duży napis, że są to on materiały wyłącznie dla niemuzułmanów. W Malezji bowiem próba nawracania muzułmanów na inną religię jest karalna. Na każdym egzemplarzu płyty jaki sobie bierzemy, widnieje napis „for non-muslims only”. Jako że większość materiałów muzyczno-filmowych opisana jest wyłącznie po chińsku i nie ma na nich ani słowa po angielsku, prosimy o pomoc Chińczyka, który spośród kilkudziesięciu pozycji pomaga nam oddzielić muzykę od filmów. Nie chcemy zabierać niepotrzebnych płyt bo może komuś się przydadzą. W sumie zbiera się ich nam kilkanaście, oraz dwie książki, które uznajemy za użyteczne. Na szczęście są pakowane w koszulki więc nie zajmą nam pół plecaka. Postanawiamy wrzucić do skarbonki kilkudziesięcioringgitowy datek, by pokryć koszty wytworzenia takich materiałów, ponieważ bierzemy ich na prawdę sporo. Już w Polsce okazało się że Chińczyk nieźle się spisał, omyłkowo wzięliśmy tylko jeden film, z którego oczywiście nic nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Dzięki tym płytom odkryłam na przykład chińską śpiewaczkę buddyjskich mantr Imee Ooi.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_zolwie_001.jpg

Liberation Pond z licznymi żółwiami.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_001.jpg

Swastyka jest symbolem powszechnie występującym w chińskich buddyjskich świątyniach. Oznacza „pomyślne zgromadzenie dziesięciu tysięcy cnót”.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_bonsai_001.jpg

W świątyni Kek Lok Si znajduje się dużo drzewek bonsai.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_002.jpg

Wstążki z intencjami na drzewie próśb.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_003.jpg

A to kompleks świątynny w całej okazałości.

mal_penang_swiatynia-kek-lok-si_004.jpg

Po wyjściu ze świątyni postanawiamy udać się pnącą się wzwyż asfaltową drogą na górę Bukit Bendera, leżącą nieopodal świątyni. Nie docieramy tam jednak za sprawą młodego Chińczyka, który z rewelacyjnym akcentem niezdradzającym nawet śladu chińskiej naleciałości, pyta nas czy nie chcielibyśmy zboczyć z naszej trasy i wziąć udziału w durian party. Durian Party? A co to takiego? Okazuje się, że lipiec to w Malezji początek sezonu na duriany. Zresztą w nowszej części Georgetown właśnie odbywał się festiwal poświęcony tym owocom. Jeden z lokalnych właścicieli licznych drzew durianowych, właśnie urządza imprezę inaugurującą sezon. Żeby zapewnić sobie pomyślność i powodzenie w biznesie część durianów musi na samym początku rozdać za darmo. Dlatego zaprasza znajomych na degustację tegorocznych plonów. Pojawienie się na takiej imprezie osób całkowicie obcych, zapewnić mu miało szczególne szczęście, dobrą karmę i powodzenie, dlatego młody Chińczyk tak mocno nas nagabywał. Mam nadzieję, że spisaliśmy się dobrze. Pewnie dlatego Chińczycy wszędzie odnoszą taki sukces w swoich interesach, skoro mają takie założenia. Bardzo mi się one podobają, ale spodziewam się że bardzo trudno byłoby zaszczepić je w naszej mentalności. Widocznie nie wyglądaliśmy na amatorów duriana, Chińczycy bowiem wyjaśnili nam co to jest i jak smakuje. Nie wiedzieli, że duriany konsumujemy namiętnie podczas każdej podróży do Azji, a pierwszy raz jedliśmy go już drugiego dnia w Hongkongu w 2008 roku. Jednak taki świeżo zerwany z drzewa durian to rewelacja w porównaniu z takim obranym na tacce, jaki zazwyczaj możemy kupić. Na imprezie osób było pewnie z pięćdziesiąt i byli to sami Chińczycy. Wszyscy wyglądali raczej na ludzi bardzo dobrze sytuowanych. Wcinali nieprawdopodobne ilości tych owoców. Impreza odbywała się na plantacji. Właściciel mówił że ma drzewa w różnych częściach wyspy, a tutejsze drzewa były pierwsze i tutaj mieści się siedziba jego durianowego interesu. Wszystkie bardzo wysokie drzewa, na oko kilkudziesięcioletnie, miały pod sobą rozwieszone sieci, żeby duriany nie uszkodziły się przy upadku. Zresztą dostanie w głowę kilkukilogramowym kolczastym owocem zazwyczaj kończy się dla człowieka śmiercią. Durian to według medycyny chińskiej owoc mocno rozgrzewający i posiadający dużo męskiej energii yang. Żeby zminimalizować skutki jego spożycia, nasi Chińczycy popijali go bardzo smaczną herbatą o właściwościach chłodzących organizm, a na koniec jedli rambutany, które są owocami żeńskimi i także ponoć mocno go chłodzą. Nigdy w swoim życiu nie zjadłam tak dużo duriana. Chińczycy ostrzegali nas, że tak duża ilość może nam zaszkodzić, ale chyba nie wierzyli, że naprawdę bardzo lubimy te owoce i jemy je nie z uprzejmości, a z przekonania. Penang słynie z uprawy durianów. Po powrocie do kraju poczytałam sobie o durianach z wyspy Penang. Na miejskim festiwalu prezentowano różne duriany, a ceny poszczególnych odmian mocno się od siebie różniły. Na koniec emocjonującego dnia postanawiamy coś zjeść. Jako że jest niedziela, bazar o wczesnej porze kompletnie się zwinął, a jedyną czynną jadłodajnią jest taka, w której stoi  duży garnek z curry z rybich głów. Potrawa gotuje się na przyjęcie i zaraz ktoś ma po nią przyjechać, jednak właścicielka czuje się w obowiązku zaznajomić nas z tą potrawą, więc sprzedaje nam jedną porcję na dwie osoby. Bardzo dobrze że była to tylko jedna porcja bo głowy na których gotowało się curry były bardzo duże. Największą atrakcją w tej potrawie jest właśnie zjedzenie rybiej głowy. Stwierdzam że fish head curry w wersji malajskiej jest również bardzo smaczne.

mal_penang_durian_001.jpg

To duriany festiwalowe, ale byliśmy nimi tak obżarci, że już żadnego nie kupiliśmy.

Kolejnego dnia odwiedzamy ogród botaniczny. Zdecydowanie warto do niego pojechać, bo rozciąga się na bardzo dużym obszarze (29 ha). Wprawdzie strasznie przeszkadzała nam pogoda bo padało non stop i dużo miejsc w ogrodzie, takich jak na przykład storczykarnia, było już zamkniętych ze względu na późną porę, ale i tak bardzo mi się tam podobało. Został utworzony przez Brytyjczyków w 1884 roku a dzisiaj określa się go jako płuca Penangu. Z niego także można dostać się na górę Bukit Bendera ale deszcz padał tego dnia co chwilę i znowu nie udało się nam tam dostać.

mal_penang_ogrod-botaniczny_005.jpg

Ogród botaniczny (po deszczu oczywiście).

mal_penang_ogrod-botaniczny_003.jpgmal_penang_ogrod-botaniczny_002.jpgmal_penang_ogrod-botaniczny_001.jpgmal_penang_ogrod-botaniczny_004

Kolejnego dnia postanawiamy udać się do Parku Narodowego Wyspy Penang, do którego trzeba wykupić bilet wstępu/permit i wpisać się do kajeciku. Tego dnia park narodowy odwiedzali wyłącznie wycieczkowicze z Arabii Saudyjskiej i Emiratów, oraz pojedyncze osoby z innych krajów. Najpierw mamy zamiar ambitnie dojść do położonej na skraju wyspy latarni morskiej, ale musimy przeczekać godzinną ulewę i robi się za późno, więc zmieniamy plany i mamy zamiar dojść na Monkey Beach. Po drodze cały czas widać małpy, które czasami wyrywają jedzenie i napoje arabskim wycieczkowiczom i są w tym bardzo skuteczne. Mnie także coś takiego po drodze się przytrafiło, małpa usiłowała wyrwać mi przyczepioną do plecaka butelkę i siadła mi na plecach, ale na szczęście nie zostałam przez nią przy okazji podrapana. Sama plaża jest „upiększona” przez betonowe rudery i można na niej nabyć sataye, gdyż znajduje się tu kilka bardzo minimalistycznych w swym wyposażeniu i higienie garkuchni. Niestety woda morska na Monkey Beach była bardzo mętna nie było widać dna, chociaż było płytko. Gdy tam byliśmy z plaży korzystał cały przekrój społeczny od zachodnich turystów kąpiących się w strojach kąpielowych, poprzez kobiety z krajów arabskich kąpiących się w burkini, aż do kobiet okrytych w całości czarnym materiałem z rękawiczkach i bez otworów na oczy, które oczywiście przypłynęły tutaj łodzią, jedzących w cieniu sataye. Nie zdążyliśmy zbyt długo nacieszyć się plażą bo zaczęło zbierać się na kolejną dużą ulewę i musieliśmy szybko stamtąd wracać (potem okazało się że tego dnia nasz hotelowy pokój uległ częściowemu zatopieniu bo dach nie wytrzymał). Postanowiliśmy więc zmienić miejsce naszego pobytu, na mniej deszczowe. Wyjeżdżałam stąd z ogromnym niedosytem i na pewno wrócę tam tak szybko, jak tylko Penang będzie mi po drodze.

mal_penang_monkey-beach_001.jpg

Monkey beach w Parku Narodowym Wyspy Penang.

mal_penang_monkey-beach_002.jpg

 

Penang 2012 (część pierwsza)

W tym poście na pewno nie będzie miejsca na jakikolwiek obiektywizm, bo Penang stał się jak na razie moim ulubionym miejscem w Azji południowo-wschodniej. Czasami tak jest, że gdzieś mi się podoba, ale mimo to nie mam ochoty zostawać tam specjalnie długo.  Na Penangu nie zobaczyłam niczego czego do tej pory nie widziałam. Za to było tu wszystko co znam, w tak fascynującym połączeniu, że nie byliśmy w stanie szybko stamtąd wyjechać i chcę wrócić tam najprędzej jak to możliwe. Nadal nie wyrobiłam sobie do niego żadnego dystansu. Mam wrażenie, że Penang jest jednym z niewielu miejsc na świecie, które mają to do siebie, że nie muszą podążać za żadną modą czy starać się o bycie jakąkolwiek atrakcją. Wystarczy że będzie sobą i zachowa swoją unikatowość, umiejętnie ją podkreśli i to wystarczy. Zamiast starać się jak wszędzie indziej na świecie wymyślać jakieś sztuczne twory, by przyciągnąć nimi ludzi, udawać coś czym nie są, z Penangiem tego po prostu robić nie trzeba. Mieszkańcy Georgetown i reszty wyspy traktują swoje miejsce z miłością i dumą i zdają sobie dobrze sprawę z jego unikatowości. Jako miejsce turystyczne, Penang tworzy sobie własną bajkę, własną historię i nie musi bardzo oglądać się na innych.

mal_penang-georgetown_streetart_001.jpg

Ponoć słynny mural przedstawiający złamane serca. A ja myślałam, że to dwie osoby, które z sobą głośno rozmawiają bo kiepsko słychać :).

mal_penang-georgetown_streetart_002.jpg

A to mural słynnego artysty Ernesta Zacharevic’a, który namalował mnóstwo murali w Georgetown.

mal_penang-georgetown_ulica_002.jpgmal_penang-georgetown_riksza-rowerowa_001.jpg

mal_penang-georgetown_ulica_001.jpg

Niektórym miejscom nie trzeba nawet pomagać street artem bo bez tego są piękne.

Na dzień dobry w jakimkolwiek hotelu czy nawet na lotnisku można dostać sporo różnego rodzaju map i przewodników żeby samodzielnie odkrywać tutaj to, co nas interesuje. Można eksplorować na przykład tutejszy street art, czy unikalną kuchnię i masę innych zagadnień, których nawet już dzisiaj nie pamiętam (na przykład brać udział w rozmaitej maści grach miejskich). Dlatego po Georgetown porusza się mnóstwo ludzi z różnymi mapami i szuka tego co ich interesuje. Moją uwagę na dłużej przykuła mapa ze szlakiem odkryć gastronomicznych, lecz jako anarchiczny turysta nie miałam cierpliwości by w stu procentach się do niej stosować. Za to bardzo wdzięczna jestem twórcom mapy za dość wyczerpujące informacje na temat pochodzących stąd unikalnych dań. Próbowaliśmy prawie wszystkich, na które wtedy kiedy tam byliśmy był sezon, ale tylko czasami w jadłodajniach wymienionych na naszej mapie. Woleliśmy bowiem skorzystać z jadłodajni na nadmorskim deptaku Gourney Pesiaran i mieć wszystkie jedzeniowe atrakcje w jednym miejscu, niż chodzić w Georgetown z jednego końca na drugi w jego poszukiwaniu. Z  polecanych w jedzeniowym przewodniku lokalizacji, byliśmy między innymi na durianowych lodach i cendolu w pewnym niesamowicie archaicznym lokalu, który trwa w niezmiennym stanie i wystroju pewnie z kilkadziesiąt lat. Przychodzą do niego biedni i bogaci siadając na dość zdezelowanych krzesłach, które dobrze pamiętają pewnie lata siedemdziesiąte. Nikt nie czuje się z tego powodu niezręcznie. Na ścianach wiszą plakaty sprzed pięćdziesięciu lat. Nie zostały jednak kupione ostatnio w sklepie antykwarycznym za spore pieniądze. Po prostu nikt ich jeszcze nie zdjął i nie wymienił na nowsze. Wnętrze delikatnie mówiąc wygląda jakby nikt niczego w nim nie zmieniał od jakiś kilkudziesięciu lat. Nikomu to nie przeszkadza. Tak jak jest, jest optymalnie i nie ma potrzeby niczego zmieniać.

mal_penang-georgetown_restauracja_001.jpg

To tutaj jedliśmy durianowe lody i cendol.

Taka atmosfera panuje w Georgetown wszędzie. Po co cokolwiek  ulepszać, na siłę modernizować, kogokolwiek doganiać. Skoro coś stoi i działa kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat z pewnością może to robić i drugie tyle. Po co się śpieszyć jak można celebrować powolność, w spokoju kontemplować to co jest. Penang jak żadne inne miejsce potrafi starzeć się z godnością i powoli nabierać patyny, aż do przesady. Starość otacza się tu niemal kultem,  nic więc dziwnego, że także ludzie bardzo długo tutaj żyją. Wiele biznesów na przykład hotele i jadłodajnie w Georgetown, prowadzą ludzie grubo po osiemdziesiątce. Są jakby zakonserwowani i konsekwentnie opierają się upływowi czasu. Pobyt tu to znakomite lekarstwo na współczesną absurdalną  rzeczywistość, kult jednorazowości, podążania za modą, nieustannego zmieniania, ulepszania. Produkowania góry śmieci z przedmiotów, które jeszcze dobrze nie zaczęły być używane, a już lądują na wysypisku gdyż są niemodne, albo tak tandetne, że nie da się ich dłużej używać. Na Penangu ludzie tak bardzo kochają swoje miejsce, że nie pragną niczego za bardzo w nim zmieniać, chyba że to naprawdę konieczne. Nowoczesność tylko dopełnia to co istnieje od dawna, niczego jednak w całości nie zastępuje. Podobna atmosfera panuje w niektórych miejscach Hongkongu. Nie mam oczywiście na myśli finansowego centrum pełnego białych kołnierzyków. Jednak Penang w porównaniu z Hongkongiem jest dużo powolniejszy na tyle prowincjonalny, że można bezkarnie rozkoszować się nieśpiesznym życiem. W Hongkongu mamy też mnóstwo ludzi stłoczonych na nieprawdopodobnie małej przestrzeni. Tutaj zabudowa jest niska a ludzi niewiele. W sam raz by każdemu wygodnie się żyło w niskich nieco przeżartych przez grzyb domach. Georgetown przypomina trochę jedno wielkie niekończące się uzdrowisko, z tą różnicą, że zasiedlające go liczne osoby w starszym wieku, zamiast korzystać z zabiegów leczniczych, po prostu żyją i pracują w nieśpiesznym tempie. Rano na ulicach nie ma nikogo. Dopiero w południe pojawiają się ludzie, wszystkie jadłodajnie do ostatniego miejsca wypełniają głównie Chińczycy, spożywając z głośnym mlaskaniem najdziwniejsze potrawy o jakich Europejczykom zupełnie się nie śniło. Są jak zwykle niesamowicie żywiołowi i nic nie może oprzeć się ich niepohamowanej woli konsumpcji. Następnie miasto pogrąża się w sjeście i bezruchu. Dopiero późnym popołudniem życie zaczyna nabierać tempa. Ludzie wychodzą z pracy. Po zachodzie słońca prawie wszyscy mieszkańcy idą rozkoszować się specjałami swojej kuchni i jeść na ulicy. Garkuchnie rozkładają się jedna za drugą, prześcigając się w dziwnych daniach. Na Lebuh Chulia pojawiają się bardzo odstrzelone prostytutki płci obojga. Gdzieniegdzie jakiś niezbyt trzeźwy plecakowy turysta coś pokrzyczy. Za to już o północy w Georgetown panuje całkowita cisza, jak w małym prowincjonalnym miasteczku. Nikomu nie chce się tu długo prowadzić życia nocnego.

mal_penang-georgetown_uliczna-garkuchnia_001.jpg

Garkuchnia wieczorową porą.

W Georgetown możemy zobaczyć sporo angielskiej architektury z czasów kolonialnych. W leniwej atmosferze tego miejsca wygląda ona naprawdę przekonująco, bo dobrze wkomponowuje się w specyficzny klimat. Oprócz tego mamy kilka pięknych chińskich świątyń, oraz willi. Tych ostatnich nie odwiedziliśmy z powodu lenistwa, bardzo wysokiej ceny biletu i braku czasu, bo na Penangu jest strasznie dużo innych miejsc do zobaczenia. W Georgetown jest też dzielnica indyjska, z indyjskimi stoiskami na których możemy nabyć przekąski i słodycze. Tam przez godzinę albo dwie dokonywałam w sklepie muzycznym wyboru płyt kompaktowych z hinduskimi mantrami w formacie mp3, a sprzedawca ogromnie się cieszył, że znaliśmy melodie mantr do Ganeshy, Lakshmi, czy Gayatri i szperał w swoim sklepie by znaleźć taką kolekcję utworów, które nie będą się powtarzały z tymi co już znam i mamy. Jeszcze bardziej się cieszył gdy zobaczył, że mam je nawet w telefonie. Całości religijnej i kulturowej mozaiki dopełnia jeszcze meczet Kapitana Kelinga i położone obok niego muzułmańskie jadłodajnie z jagnięcym i baranim curry, które wszyscy jedzą rękami.

mal_penang-georgetown_kuan-yin-temple_005.jpg

Najważniejsza chińska świątynia Kuan Yin Teng poświęcona Guanyin – żeńskiemu wcieleniu Awalokiteśwary, bogini miłosierdzia.

mal_penang-georgetown_kuan-yin-temple_006.jpg
mal_penang-georgetown_kuan-yin-temple_002.jpg

Przed świątynią zawsze dymią kadzidła.

  mal_penang-georgetown_kuan-yin-temple_003.jpgmal_penang-georgetown_kuan-yin-temple_004.jpgmal_penang-georgetown_kuan-yin-temple_001.jpg

Chińczycy i Hindusi z Penangu to kompletnie inni ludzie niż u siebie w ojczyznach. Są prawdziwymi światowcami, zagadują po angielsku. Są przyzwyczajeni do obcokrajowców i nie obserwują nas bez przerwy jak miało to miejsce w Chinach, gdzie zawsze towarzyszyło nam kilkanaście par oczu pilnie w nas wpatrzonych jakbyśmy byli co najmniej gwiazdami popkultury. Hindusi są przemili, strasznie nakręceni i energetyczni, zupełnie jakby przyjmowali jakieś środki odurzające, jednak po prostu oni tak mają i nie muszą niczego przyjmować. Wystarczy, że zapyta się ich o cokolwiek albo poprosi o poradę na przykład na temat tego co mamy sobie u nich kupić albo zjeść i zaczyna się niesamowity słowotok. Po chwili zaczynamy rozmawiać z nimi o wszystkim i mamy problem żeby skądkolwiek szybko wyjść. Grupą najmniej kontaktową i najmniej znającą języki obce są Malajowie, którzy na wyspie ekonomicznie i kulturowo są wyraźnie w mniejszości. Prym wiodą tutaj bogaci Chińczycy w ich rękach skupiony jest majątek i wpływy. W kontynentalnej Malezji jest podobnie, ale przewaga Chińczyków jest mniejsza – to znaczy Chińczycy są najbogatszą grupą etniczną a liczebnie liczniejsi są Malajowie. Prawo tego kraju jest skonstruowane na korzyść jego rdzennych mieszkańców. Nie mogą oni jednak wprowadzić w kraju fundamentalnego islamu, bo opór stawiają Chińczycy a to w ich rękach skupiona jest większość majątku. Dzięki temu w kraju panuje względna równowaga, chociaż chyba nikt nie jest z tego do końca zadowolony. Hindusi natomiast skarżą się, że są grupą która ma najgorzej, gdyż nie są dobrze traktowani zarówno przez Chińczyków jak i przez Malajów. Przypuszczam, że malezyjska tożsamość trochę ciąży mieszkańcom Penangu i największym marzeniem tutejszych Chińczyków byłoby oderwanie się od Malezji i utworzenie osobnego państwa trochę na wzór Singapuru. W końcu Penang jest częścią tego kraju od niedawna bo od roku 1963. Mam takie wrażenie, że między wierszami coś takiego da się wyczytać. Nikt oczywiście nie rozmawia z obcymi na takie tematy. A może tylko tak mi się wydaje i jest im wygodnie tak jak jest teraz?

mal_penang-georgetown_han-jiang-teochew-temple_001.jpg

A to świątynia klanowa Han Jiang Teochew czyli świątynia poświęcona przodkom klanu Teochew pochodzącemu z południowej prowincji Chin – Guandong, klan ten zamieszkuje Penang po dzień dzisiejszy.

mal_penang-georgetown_han-jiang-teochew-temple_002.jpg

Tabliczki z imionami przodków.

mal_penang-georgetown_ta-kam-hong-temple_001.jpg

Świątynia lokalnych złotników, którzy w XIX wieku przyjechali tutaj z prowincji Guandong, poświęcona bóstwu Wu Ching.

mal_penang-georgetown_anglikanski-kosciol-swietego-jerzego_001.jpg

Anglikański kościół św. Jerzego.

Warto przed przyjazdem tutaj zdać sobie sprawę, że przyjeżdża się do miejsca naprawdę unikatowego i szkoda być w nim tylko dzień lub dwa jak z początku mieliśmy być. Może pomocne okażą się strony internetowe takie jak ta lub ta, albo ta – prawdziwe kompendium wiedzy o Penangu, gdzie zobaczymy jak wiele miejsc, rzeczy i zagadnień składa się na mozaikę kulturową tego miejsca.

W końcu zrezygnowaliśmy z pojechania na Langkawi.  Następnie z „programu wyjazdu” wypadły też Ipoh i Melaka. Zamiast bezsensownie gonić z miejsca na miejsce, utknęliśmy na Penangu, a to co nas ominęło być może zobaczymy przy najbliższej okazji. Najbardziej dziwił się właściciel naszego hotelu, na oko co najmniej osiemdziesięcioletni Chińczyk, kiedy codziennie przychodziliśmy powiedzieć że zostajemy jeszcze dzień dłużej, chociaż na początku mówiliśmy, że chcemy tu zostać maksymalnie trzy noce. W końcu z wyspy skutecznie wygnała nas pogoda, bo codzienne dwie lub trzy silne ulewy trwające po minimum godzinę każda, trochę uniemożliwiały nam poruszanie się po niej. Pewnego dnia hotelowy pokój pod naszą nieobecność uległ zalaniu bo sufit nie wytrzymał opadów deszczu i stwierdziliśmy, że może już czas stąd się wynieść.