Archiwum kategorii: Mołdawia

Kiszyniów 2007

Przekroczenie granicy Mołdawii to jak cofnięcie się w czasie przynajmniej o 10-15 lat, czasem nawet o więcej, do czasów świeżo po upadku Związku Radzieckiego. Po drodze do Stolicy często mijamy koszmarnie zaniedbane bloki, które wyglądają tak jakby zaraz miały się zawalić, bo najwyraźniej są efektem komunistycznej fuszerki budowlanej  i chyba żadna ściana nie jest w nich prosta. Stoją w kompletnie szczerym polu jak nasze popegeerowskie osiedla, z tym że jeszcze nawet nie doprowadzono do nich asfaltu gdyż asfalt (zresztą kiepskiej jakości) to prawdopodobnie wyłącznie przywilej podróżnych jadących do lub ze Stolicy. Do dnia w którym to nastąpi i będzie można wreszcie przejść do nich z głównej drogi suchą i niezabłoconą nogą, pewnie rozlecą się ze starości, bo już w tej chwili niewiele im do tego brakuje. Dużo optymistyczniej wygląda normalna zabudowa wiejska z całkiem porządnie, czasami nawet bogato wyglądającymi domami. Wsie są ruchliwe, widać że ziemia jest regularnie obsiewana, hodowane są zwierzęta, często można spotkać konie. Stopa życiowa mieszkańców jest na tyle niska, że nie siedzą oni bezczynnie by raz w tygodniu pojechać po zakupy do marketu,ale wszystkie dobra muszą pozyskać własną pracą. W porównaniu z miastami wieś przynajmniej przez szyby pociągów i autobusów wygląda dużo lepiej niż mołdawskie miasta.

Kiszyniów to miasto, którego cała kosmopolityczność, blichtr i przepych koncentrują się na jednej ulicy.  Gdyby jacyś źli terroryści chcieli sparaliżować mołdawskie państwo, mieliby bardzo łatwe zadanie bo wszystkie budynki rządowe i pałac prezydenta również się na niej znajdują. Gdyby chcieli to wszystko zrównać z ziemią przynajmniej niewiele musieliby się nachodzić. Z punktu widzenia tej jednej ulicy (Bulwaru Stefana Wielkiego), Mołdawia to państwo czyste, bogate i dostatnie, pełne sklepów luksusowych marek, knajp i restauracji (jest nawet Starbucks), gdzie wyzywająco ubrane młode kobiety, obwieszone krzykliwą biżuterią, na absurdalnie wysokich obcasach mogą przechadzać się w nieskończoność. Za daleko jednak nie zajdą bo kilka przecznic stąd,  zaczynają się kompletnie nierówne i dziurawe chodniki, na wpół zawalone budynki – czasami kamienice a czasami zwyczajne wiejskie chaty dziwnie wklejone pomiędzy miejską zabudowę, bezdomne psy, błoto i dzikie chaszcze.  Oraz niezliczone blokowiska z okresu Związku Radzieckiego, które tak niesamowicie opisał Andrzej Stasiuk w książce „Jadąc do Babadag”. Można tutaj poczuć się mocno absurdalnie, takie zresztą jest całe mołdawskie państwo z „na siłę” wymyśloną odrębnością narodową, której przykładem może być słynny mołdawsko-rumuński  słownik, którego stworzenie było nie lada wyzwaniem z powodu niemal całkowitego braku różnic językowych. Podobne wrażenie robi mizernej wielkości łuk triumfalny, który miał dodać powagi mołdawskiej stolicy, w rzeczywistości sprawia wrażenie całkiem odwrotne – no bo jak poważne państwo mogło wybudować taki mikroskopijny łuk? Identycznie jest z pałacem prezydenta przypominającym otyłą rakietę wbitą sztorcem w ziemię, albo po prostu prowincjonalno-nowocześnie przekombinowany 10 piętrowy biurowiec (a może zwykły blok dla niepoznaki pokryty szkłem?), którego w dodatku z jakiś przyczyn nie wolno fotografować. Olbrzymie kontrasty pomiędzy prawdziwie noworuskim bogactwem (językiem tych którym się powiodło jest właśnie rosyjski), które aż ugina się od nadmiaru błyskotek, a gigantyczną biedą zwłaszcza wśród ludzi starszych, którzy za całą swoją miesięczną emeryturę mogą kupić kilka kaw w Starbucksie  albo jeden obiad w nowobogackiej restauracji sprawia, że Mołdawia to państwo, któremu daleko jeszcze do względnej normalności. Zresztą jak może tu być normalnie skoro prawie wszyscy młodzi a dokładnie jedna czwarta obywateli stąd wyjechała, jeśli nie do Rumunii, to na Zachód, do Włoch (korzystając z tego że język jest w miarę podobny) lub dalej i stamtąd przysyłają pieniądze nierzadko utrzymując całe rodziny.

Ludzie starsi są raczej postsowiecko obojętni i nie mają ochoty rozmawiać z obcymi. Sprzedawcy i kelnerki, z którymi się stykamy prawie wszyscy bez wyjątku są głęboko obrażeni na cały świat, albo też po prostu ich praca nie jest ich godna. Zachowują się jak nasze polskie sprzedawczynie w sklepie mięsnym za komuny. Po kilkutygodniowym pobycie w Turcji z niesamowicie gościnnymi i kontaktowymi ludźmi, którym traktowanie innych w sposób pozytywny nie przynosi jakoś ujmy i hańby znajdujemy się w miejscu gdzie zasady wzajemnej komunikacji obowiązują zupełnie odwrotne. To sprzedawca jest panem sytuacji i na prośbę klienta po chwili z obrażoną miną zwleka się z krzesła by podać mu na przykład konserwę rybną, po czym niedbale wydaje resztę – rzuca na stół wymięte banknoty. Doskonale wpisuje się to w atmosferę absurdu w której się znajdujemy i nawet nas to bawi, jednak mieszkańcom Mołdawii chyba nie ma czego zazdrościć.  Młoda dziewczyna, studentka kiszyniowskiego uniwersytetu, która pomaga nam znaleźć w miarę sensowny nocleg wielokrotnie powtarza, że ten kraj jest jak więzienie i mimo tego, że leży w Europie to nigdzie nie można łatwo z niego wyjechać. Unia Europejska traktuje ich na równi z obywatelami Białorusi, czy państw azjatyckich. Nawet wyjazd do sąsiedniej Rumunii nie jest zdaniem naszej rozmówczyni zbyt prosty i przyjemny.

mol_kiszyniow_trolejbus_001
Pałac prezydenta którego nie wolno fotografować.

Pałac prezydenta którego nie wolno fotografować. Wszyscy mówili, że policjanci zaraz skonfiskują nam aparat – nikomu jednak się nie zechciało kiwnąć na nas palcem, więc albo wyglądaliśmy na zupełnie nieszkodliwych, albo było za gorąco.

mol_kiszyniow_stefan-cel-mare_001

Stefan cel Mare czyli Stefan Wielki i Święty jest podstawą tożsamości narodowej mołdawskiego państwa. Znajduje się na wszystkich banknotach, rozlicznych pomnikach, jego imię nosi główna ulica Stolicy.

mol_kiszyniow_bulwar-stefana-cel-mare_001

W tym niewielkim fragmencie Kiszyniów wydaje się być nawet całkiem nowoczesnym miastem, jeśli wykładnią nowoczesności jest ilość banków i reklam wielkopowierzchniowych.

 
mol_kiszyniow_trolejbus_002

Siedziba mołdawskiego rządu pareset metrów od pałacu prezydenckiego przy głównej ulicy Stolicy.

 
mol_kiszyniow_protest_001

Parlament Mołdawii niemal vis-a-vis pałacu prezydenta. Przed parlamentem demonstracja (ale bez ludzi) bo chyba im się nie chciało stać w upale, więc zostawili swoje postulaty. Na pytanie o co chodzi nikt nie chce nic powiedzieć tylko macha ręką. Sytuacja to doskonale wpisuje się to w wyczuwalną wszędzie atmosferę bierności, na którą nie cierpią tylko młodzi Mołdawianie (ci nieliczni, którzy z jakiś przyczyn zostali w kraju).

 
mol_kiszyniow_protest_002

Przed pałacem prezydenta również mała dwuosobowa demonstracja odpoczywa w cieniu, nie chce pokazać twarzy do aparatu ani tym bardziej powiedzieć o co chodzi.

 
mol_kiszyniow_luk-triumfalny_001

Tak, to ten słynny kieszonkowy łuk triumfalny.

 
mol_kiszyniow_blokowisko_001

Natomiast jeśli zejdziemy z głównej ulicy krajobraz miejski zaczyna tak właśnie wyglądać.

 
mol_kiszyniow_memorial_001

Mołdawia to państwo, gdzie na sowieckich monumentach z czerwoną gwiazdą wciąż palą się wieczne ognie i z niezwykłą powagą odbywa się zmiana warty, tak jakby nic się nie zmieniło. Kobiety w podomkach wydłubują trawę spomiędzy płyt chodnikowych a pomimo ogromnej suszy na terenie Memoriału cały czas pilnie podlewane są trawniki, podczas gdy w reszcie miasta są wysuszone dosłownie na wiór.

mol_kiszyniow_blokowisko_002
mol_kiszyniow_blokowisko_004 mol_kiszyniow_blokowisko_003
mol_kiszyniow_sprzedawca_001