Archiwum kategorii: Nepal

Bardzo długa lista nepalskich zakupów

W Nepalu prawie niemożliwe jest powstrzymanie się od amoku zakupów, oto bowiem właśnie przenieśliśmy się do świata gdzie większość rzeczy robi się jeszcze ręcznie. Prawie wszystko jest tutaj robione tradycyjnymi metodami jak kilkadziesiąt albo nawet kilkaset lat temu. Samo podglądanie jak tworzy się niektóre rzeczy może sprawić, że kilka dni w Katmandu przeleci nam jak z bicza trzasnął, sporo przedmiotów wykonuje się w przydomowych warsztatach na tyłach sklepów. Na skomplikowane maszyny nikogo jeszcze tutaj nie stać, a szczytem techniki jest maszyna do szycia. Na dodatek, ta ręczna nieraz bardzo misterna praca kosztuje tyle co zachodni maszynowo i seryjnie wykonywany przedmiot, czasami nawet mniej. Jak więc można nie skorzystać i nie wesprzeć przy okazji ludzi, którzy niszczą sobie wzrok na przykład malując całe życie misterne ornamenty? Jeśli dodatkowo jakiś przyjezdny cierpi na obsesję posiadania tradycyjnie wykonywanych przedmiotów może nabawić się sporego nadbagażu. Jest też druga strona medalu. Bieda, która powoduje że używa się kiepskiej jakości materiałów, na przykład nici czy barwników do tkanin, co sprawia że czasem jest to prawdziwa loteria. Raz trafia się na solidny produkt który może służyć nam przez lata, innym razem zakup rozpada się niemal po pierwszym użyciu. Tak jest zwłaszcza ze „współczesnymi” produktami takimi jak rozmaitej maści sprzęt turystyczny i trekkingowy. Nepal jest miejscem gdzie prawie wszyscy znajdą dla siebie coś unikatowego do kupienia. Od wielbicielek ubrań i biżuterii, po mężczyzn o  zainteresowaniach godnych samca alfa.  Zaczniemy od używek ale wyjątkowo nie będzie wśród nich alkoholu, bo w przypadku Nepalu nie ma za bardzo o czym pisać.

nep_katmandu_sklep-z-elektronika_001.jpg

W Nepalu zamiast na elektronice należy skupić się na zakupie rozmaitego rękodzieła.

Kawa

Kawa w Nepalu? W życiu bym nie przypuszczała, że oprócz sterty innych rzeczy przywiozę sobie stamtąd dwa kilogramy organicznej kawy. Jest to w tym kraju nowość. Na górskich zboczach od maksymalnie dwudziestu lat rolnicy uprawiają kawę. Okazało się że dobrze się udaje, nie choruje i nie wymaga chemicznych środków ochrony, i jej uprawa jest zrównoważona. Prawie zawsze jest to więc kawa z certyfikatem organic. W dodatku ma całkiem niezły smak i zaczyna być doceniana na świecie. W chwili obecnej jest jej już 1700 hektarów i można mówić o nepalskim „coffee industry”. Co ważne, pomaga bardzo biednym obszarom wydobyć się z nędzy, rośnie w miejscach gdzie niczego innego nie da się wyprodukować. Widać jednak, że nikt nie jest w tym kraju z nią obyty. Napicie się w tym kraju dobrej kawy graniczy z cudem, jeśli nie mieszkamy w wielogwiazdkowych hotelach lub hostelach dla bananowej młodzieży. Po pierwsze, w stolicy często nie ma prądu, a ciśnieniowy ekspres do kawy potrzebuje go sporo i nie zadowoli się lichym prądem z akumulatora lub generatora. Jest to urządzenie bardzo dla Nepalczyków drogie, a lokalnie się ich nie wytwarza. Nawet całkiem wypasione restauracje w których można jeść większość dań bez obawy o zatrucie, przyznają że nie stać ich na ekspres. Po drugie jeśli już mamy szansę napić się jakiejś latte albo prawdziwego espresso kosztuje ono czasem tyle co spory obiad z dodatkiem mięsa (albo dniówka wegetariańskiego wyżywienia), czy nocleg w hotelu gdzieś poza stolicą. Trochę bardziej powszechne są kawiarki czyli ciśnieniowe czajniczki, jednak nieco przeszkadza mi posmak aluminium w pitej kawie, a te ze stali nierdzewnej to rzadkość. Bardzo często zdarza się, że wchodzimy do miejsca które na szyldzie tytułuje się kawiarnią a parzą w niej tylko grubo zmielone fusy zalewając je przegotowaną wodą (a nie gotując na wolnym ogniu zmielone na pył jak w wersji turecko-arabsko-bałkańskiej, którą uwielbiam). Prawie nikt nie potrafi sensownie zaparzyć kawy i widać że jest ona robiona tylko na potrzeby przybyszów z zagranicy. Nepalczycy jakby nie czują w ogóle tematu. Moje poszukiwania kawy w Katmandu zmarnowały sporo czasu ale czego się nie robi dla najważniejszego z nałogów. Mieszkałam tam w sumie w trzech różnych częściach miasta i za każdym razem łatwo nie było. Najtrudniej napić się dobrej kawy było w tybetańskiej dzielnicy Boudnath, a mieszkaliśmy tam chyba tydzień. W każdym razie nepalską kawę warto kupić. Występuje tylko w dużych półkilogramowych workach i jest najczęściej sprzedawana w wersji niezmielonej. Kupiłam cztery: trzy tańsze i jedną dosyć drogą, produkowaną przez nepalsko-francuską firmę której nazwy już nie pomnę. Ją otwarłam najpierw i okazało się, że została dosłownie sponiewierana zbyt mocnym paleniem. Pozostałe były o wiele lepsze i delikatniejsze, ale ogólnie pali się tam kawę dosyć mocno, więc jak ktoś takiej nie lubi to lepiej kupić jeden worek. Warto jednak kupić cokolwiek po pierwsze z ciekawości, a po drugie z powodu korzystnego stosunku jakości do ceny. Na pewno smakują one inaczej niż popularne europejskie marki w rodzaju lawazzy.

nep_nepalska-kawa_001.jpg

Pół kilo dobrej kawy z certyfikatem organic, kosztuje 500 nrp.

Herbata

Herbata to co innego. Uprawiana jest tutaj od stuleci, bo warunki klimatyczne są podobne jak w Darjeelingu, ale to herbaty stamtąd są słynne na całym świecie, a o herbacie nepalskiej mało kto słyszał. Pita przez Nepalczyków najczęściej w formie masali z mlekiem i przyprawami na okrągło, co najmniej kilka razy dziennie. W górach króluje tybetańska wersja herbaty zielonej z masłem jaka i solą. Napój bardziej przypomina rosół niż herbatę i w zależności od ilości jaczego masła, jest albo pijalny, albo trudny do wypicia.  W sklepach na Thamelu turystycznej dzielnicy Katmandu leżą całe tony herbaty zazwyczaj z dodatkami, popakowane w różne ręcznie robione dosyć ładne (produkowane taśmowo i seryjnie) drewniane i szmaciane opakowania. Przy herbatach „smakowych” na przykład z dodatkiem mandarynki czy płatków róży zawsze podejrzewam, że mam do czynienia z naprawdę kiepską i niezbyt pijalną herbatą, której żaden Azjata przenigdy by nie wypił i która jest przeznaczana na eksport i zapewne kosztuje grosze. Jedynym wyjątkiem mogą być herbaty jaśminowe czy z dodatkiem płatków lotosu, bo tak aromatyzuje się i wzbogaca smak herbaty w chińskim kręgu kulturowym. W Nepalu zaś mamy w sklepach herbatę zieloną czasem nawet w kilkudziesięciu różnych smakach. Kupiłam jedną i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest całkiem przyzwoita, delikatnie aromatyzowana wyłącznie naturalnymi środkami – jakby w domu zmieszać sobie niezłą zieloną herbatę z płatkami róż  – nic więcej, żadnych sztucznych zapachów i kolorów. Na Thamelu sprzedaje się mnóstwo takiej herbaty zapewne z powodu turystów, którzy wybierają „bardziej znośną” dla siebie herbatę, czyli taką z różnymi dodatkami. Na zielonej się nie znają (trudno zresztą wiele się dowiedzieć jeśli herbata jest bardzo szczelnie zapakowana), a z dodatkami pewnie bardziej im smakuje. Nie warto jednak zakupów herbacianych zakończyć na odwiedzeniu sklepu samoobsługowego na Thamelu i kupieniu kilku herbat smakowych w ładnych ręcznie robionych pudełkach (wiem że zdarzają się też mniej ładne i kiczowate ale da się coś wybrać jak się poszpera). W Katmandu mamy bowiem sporo sklepów wyłącznie z herbatą prosto z plantacji. Ich właściciele mówią po angielsku i jak trzeba wyczerpująco opowiedzą o swojej herbacie. Zawędrowaliśmy na przykład do sklepu (znajdującego się przed wejściem na podwórko na którym znajduje się stupa Kathi Swoyambu i liczne sklepy z tangkami), sprzedającego herbatę z regionu Ilam, graniczącego ze słynnym Darjeeling. Sklep posiada nawet stronę internetową ale nastawiony jest chyba tylko na Japończyków i z nimi prowadzi biznesy, bo nie ma nawet wersji anglojęzycznej. Herbatę zakupioną przez nas w tym sklepie w ilościach pół i kilogramowych sprzedawca musiał pakować spawając foliowe opakowanie nad świeczką bo właśnie miała miejsce awaria podczas i tak krótkich godzin występowania prądu.  Zawędrowaliśmy jeszcze do kilku innych, ale nie dali nam wizytówek. Natomiast przenigdy nie kupiłabym w Katmandu herbaty na wagę, która leży sobie na ulicy niczym nie przykryta, bo ilość występujących w niej zanieczyszczeń całkowicie przeważyłaby nad korzyściami płynącymi z jej picia i chyba zdrowiej i rozsądniej byłoby napić się coli niż takiej herbaty. Niestety herbata sprzedawana jest w tej sposób bardzo powszechnie i sporo ludzi ją pije.

Kadzidła

Pod względem kadzideł Nepal to istny raj na ziemi, bo spotykają się tu wpływy hinduskie i tybetańskie, a w obu kulturach (i dominujących w nich religiach) bardzo duże znaczenie ma okadzanie i kadzidlany dym. Azjatyckie świątynie i kapliczki już od rana z daleka mocno pachną, ale w Nepalu pali się je w zasadzie w każdym sklepie, jadłodajni czy innym biznesie na dobry początek dnia i powodzenie w interesach. I to nie po jednym ale od razu cały pęk. Są formą ofiary składanej z różnych przyczyn:  wdzięczności dla Absolutu, lub w bardziej animistycznym wymiarze dla wzmocnienia sił duchów opiekuńczych danego miejsca, albo w celu przepędzenia tych złych. Składanie ofiar to ważny fundament buddyzmu i hinduizmu. Kadzidła w Nepalu można kupić w rozmaitej formie. Sypkiej – w postaci sproszkowanej mieszanki ziół, gdzie dominującym składnikiem jest pewien rodzaj górskiego jałowca. Im z większej wysokości pochodzi, tym większą ma moc. Pali się je w drewnianych pudełeczkach. Są też kadzidła sprasowane. Podpala się je i stopniowo się tlą. Mogą być podłużnych lub stożkowych kształtów. Te indyjskie posiadają drewniany patyczek, który możemy w coś włożyć lub wbić celem utrzymania kadzidła w pionie. Patyczek spala się razem z kadzidłem, na końcu zaś zostaje go kawałek. Te tybetańskie spalają się w całości gdyż nie posiadają żadnego patyczka. Kadzidła kupowane w Nepalu kosztują oczywiście co najmniej kilkakrotnie mniej niż sprowadzone do Europy. Jeśli przywiezie się je do domu i włoży do szafy, ma się gratis wyperfumowane wszystkie ubrania. Są produktem bardzo nietrwałym, na początku pachną niezwykle intensywnie, stopniowo zawarte w nich olejki wietrzeją. Zanim dotrą do Europy i przeleżą się w magazynach nie pachną już tak mocno, niż jeśli kupimy je gdy są niedawno wyprodukowane, dlatego będąc na miejscu warto zaopatrzyć się w nie z (prawie) pierwszej ręki. Do Europy docierają przede wszystkim kadzidła „o zapachu” na przykład paczuli, róży, cytrusów czy lawendy. Ich funkcja została zbanalizowana: mają usunąć z domu nieładne zapachy niczym kolejny odświeżacz powietrza albo środek czystości. W Azji pali się je żeby wyrazić cześć albo wdzięczność, a piękny zapach jest niejako przy okazji. Można więc kupić kadzidła dla konkretnej formy boskiego Absolutu (na przykład dla hinduskiej bogini Lakszmi albo strażnika buddyjskiej dharmy Mahakali) czy w konkretnej intencji na przykład usuwania przeszkód w życiu. Kadzidło ma zmienić atmosferę miejsca na lepszą, oczyścić ją z wszelkiego zła. Jest ofiarą składaną co rano w celu przypomnienia ofiarodawcy po co i dla kogo żyje. Niektóre kadzidła buddyjskie są robione w klasztorach wyłącznie przez mnichów a ich receptura jest tajemnicą. Są robione z konkretną intencją, albo błogosławieństwem, które ma dotyczyć ofiarującą je osobę. Uważam że to bardzo piękna sprawa. Czy wypada traktować takie kadzidło jedynie jako środek do poprawienia zapachu swojego mieszkania? Wolę wierzyć, że paląc je poprawiam w nim nie tylko zapach 🙂

nep_katmandu_boudnath_kadzielnica_001.jpg

Kadzielnica w skali makro przy Boudnath największej stupie Nepalu. Na pierwszym planie widać nawet jałowiec.

kadzidla_nepalskie_001

Kadzidło tybetańskie z Nepalu.

Przyprawy

W Nepalu kupimy wszystkie najbardziej znane w kuchni indyjskiej mieszanki przypraw takie jak niezliczone odmiany curry i masali, w tym także liczne masale do herbaty z mlekiem (każdy sklep ma własną indywidualną mieszankę dlatego szkoda kupować tylko jedną), ale także pojedyncze przyprawy kuchni indyjskiej takie jak kardamon i goździki, gałka muszkatołowa czy asafetyda.  Warto jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie ich czystość i jakość. Nepal jest bardzo biednym krajem co odbija się nawet na warunkach przechowywania przypraw. Jeśli w sklepie otwartym na ulicę, wszystko w jeden dzień jest w stanie pokryć się półcentymetrową warstwą pyłu, to jaka musi być sytuacja z przyprawami sprzedawanymi w takich warunkach na wagę? Ile jest w niej przyprawy a ile „zawartości” ulicy. Wybieram więc tylko te pakowane. Nepal jest na tyle ubogim krajem, że pakowane przyprawy w sklepie kosztują dużo więcej bo połowę albo więcej ceny stanowi jego opakowanie. Po rozpakowaniu ich w domu może okazać się, że były one cztery razy przepakowywane, a ich data przydatności do spożycia cztery razy „przedłużana”. Miałam okazję zapoznać się z takim sposobem radzenia sobie z datą ważności przypraw bo kupiłam raz kilka opakowań pieprzu na Thamelu. W dzielnicy Boudhanath na ulicy Boudha Main Road jest sporej wielkości supermarket, w którym można kupić pakowane przyprawy. Kupują w nim głównie bogaci Nepalczycy i zagraniczni rezydenci, którzy przyjechali tu na dłużej uczyć się jogi czy medytować. Niestety nawet jeśli zaopatrzymy się w przyprawy nie w pierwszym lepszym sklepie w dzielnicy turystycznej to i tak nie zawsze będą one poddane odpowiedniej obróbce. Zrobiłam w Nepalu zapasy czarnego kardamonu, bo u nas jest drogi i niezbyt intensywnie pachnący. Niestety po roku przechowywania w szczelnym słoju z bólem stwierdziłam, że cały pokrył się kożuchem pleśni bo nie został dobrze wysuszony. Zamiast służyć mi do różnych masal musiał więc trafić do kosza, co bardzo boli zwłaszcza jeśli targaliśmy go własnoręcznie w drodze do i z lotniska (czasem ta droga jest długa i kręta). Jeśli kupujemy przyprawy w bogatszych krajach coś takiego się nie zdarza. Dlatego mimo że przypraw na sprzedaż na ulicy leżą całe tony, to nawet za nimi trzeba się trochę nachodzić. Przyprawy kupione na Thamelu zapleśniały, albo miały wielokrotnie przedłużaną datę ważności. Te kupione w tybetańskiej dzielnicy w supermarkecie i u pana Hindusa, który dzielnie usiłował sprzedać nam cały swój sklep (i prawie mu się udało), mają się dobrze i zostały już w dużym stopniu zjedzone, chociaż jedno chili poleży u mnie chyba jeszcze z dziesięć lat bo mam go pół kilo a jest ekstremalnie pikantne i da się go używać tylko jeśli zmieszam go z jakimś innym. Zdarzyła mi się także zabawna pomyłka. W supermarkecie na Boudhanath, kupiłam opakowanie pociętej na ćwiartki (w swoim mniemaniu) gałki muszkatołowej. Podpis na opakowaniu był tylko nepalski, ale produkt stuprocentowo wyglądał na gałkę. Po rozpakowaniu jej w domu okazało się, że nasiona wcale nie pachną gałką, jedynie do złudzenia ją przypominają. Okazało się, że są to orzechy areki – składnik betelu, (także panu i guthki), o działaniu pobudzającym i delikatnie halucynogennym, co uzyskuje się dopiero po połaczeniu z pozostałymi składnikami mieszanki.

orzechy-areki_001

To właśnie orzechy areki omyłkowo uznane przeze mnie za gałkę muszkatołową. Podobne prawda?

nep_katmandu_stoisko-z-panem_001

A to stoiska z gotowym produktem – panem w saszetkach na jeden raz. Taki pan ma pełno niezdrowych dodatków i jest mocno odpowiedzialny za raka jamy ustnej i inne choroby.

Indyjskie kuchenne utensylia

Jeśli lubimy kuchnię indyjską Katmandu jest idealnym miejscem do zaopatrzenia się w kuchenne utensylia. Talerze do thali, kubki do lassi ze stali nierdzewnej, niezliczone miseczki na pikle, czy drewniany smukły wałek (wraz z deską) do robienia roti albo sitko do odcedzania masala tea. Nie wspomnę już o niezliczonych patelniach rozmaitych rozmiarów. Gdzieś między Durbar Square a Main Road jest ulica wyłącznie z indyjskimi naczyniami. Na wycieczkach od sklepu do sklepu można spędzić cały dzień nawet z niej nie wychodząc. Każdy z nich jest niemal jak labirynt z wąskimi przejściami, szczelnie zapchany towarem od podłogi po sufit. Uliczka sąsiaduje z kwartałem na którym można kupić metalowe statuetki bogów oraz dzwonki będące ważnym wyposażeniem hinduskich świątyń. Tylko waga takich zakupów powstrzymuje mnie odrobinę przed totalnym kuchennym zakupowym szaleństwem. W Nepalu jeszcze powszechne jest stosowanie naczyń ze stali nierdzewnej, znajdzie się też trochę miedzianych oraz glinianych. W tych krajach nowoczesność do kuchni na szczęście jeszcze nie dotarła i używa się jeszcze zdrowych materiałów takich jak glina i stal. Żadnych obrzydliwych i niezdrowych „nieprzywierających” powłok, które daliśmy sobie wmówić na zachodzie, które sprawiają że po roku albo nawet krócej garnek nie nadaje się do niczego a przy tym jeszcze nas truje. Produkujemy mnóstwo śmieci, co rusz wydajemy pieniądze na nowe naczynia i jeszcze w dodatku są one niezdrowe.

Kosmetyki

Indyjskich kosmetyków nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Ich produkty pielęgnacyjne i upiększające uważane są za jedne z najlepszych na świecie. W Nepalu kupimy je bardzo tanio i w szerokim wyborze. Ich najsłynniejsze składniki to zioła takie jak neem (miodla indyjska), amla (liściokwiat garbnikowy zwany indyjskim agrestem), kurkuma, czy henna,  masła i oleje roślinne (zwłaszcza kokosowy, ze słodkich migdałów, rycynowy). Bardzo tanio kupimy tu gotowe produkty czyli kremy, szampony, peelingi, farby do włosów na bazie henny, bardzo dobre mydła i ziołowe pasty do zębów bez fluoru. Jeszcze taniej preparaty w czystej postaci takie jak rozmaite oleje do włosów i masażu ciała, czy sproszkowane zioła. Receptury większości gotowych kosmetyków oparte zostały na zasadach ajurwedy – są więc bardzo dobrze zbilansowane. To wartościowe rzeczy robione z przyzwoitych składników. Wadą produktów rodzimych nepalskich marek są często bardzo tandetne niezbyt szczelne i solidnie opakowania. Jeśli produkty nie są dobrze przechowywane co się często zdarza, mogą być nie pierwszej świeżości. Dlatego wśród kosmetyków prym wiodą wielcy producenci tacy jak Himalaya Herbals czy Dabur. Obie firmy najpierw były w rękach indyjskich następnie zostały kupione przez akcjonariuszy z Emiratów Arabskich i uzyskały wszelkie możliwe certyfikaty jakości, przypuszczam że przez to teraz już niewiele różnią się od marek zachodnich. Himalaya weszła do Polski i przez internet można zakupić  szeroką gamę ich produktów, oczywiście ceny różnią się kilkakrotnie od nepalskich. Na uwagę zasługują też lokalne specyfiki do makijażu – na przykład kohl zwany też kajalem albo kajolem. To mieszanka ziół i minerałów na przykład antymonitu, zapobiegająca infekcjom oczu, o które łatwo w pustynnym lub tropikalnym klimacie. Jego przeciwbakteryjne właściwości zapewnia wysoka zawartość cynku. Niestety w niektórych krajach chałupniczo wyrabiano go z dodatkiem galeny – organicznego siarczku ołowiu o czarnej barwie, co oprócz zabijania infekcji mogło powodować ołowicę. W latach dziewięćdziesiątych przebadano fabryczne kohle z różnych krajów i znaleziono w nich związki ołowiu, do USA do dzisiaj nie wolno go sprowadzać. Te produkowane współcześnie są robione inną metodą, niemniej jednak bezpieczniej chyba kupić kohl wyprodukowany przez jakąś dużą międzynarodową firmę w rodzaju Dabur czy Himalaya. Kohl dłużej trzyma się na oczach niż popularne kredki czy eyelinery. Daje efekt, który najzgrabniej oddaje angielski termin „heavy eye makeup”. Jest podstawą arabskiego makijażu. W Katmandu można spotkać sklepy wyglądające jak nasze drogerie, w których lokalne kobiety namiętnie kupują produkty wielkich światowych koncernów w rodzaju Unilever czy Colgate-Palmolive, płacąc za nie spore pieniądze, a także rozliczne kosmetyki wybielające. Zagraniczni turyści kupują w nich natomiast dużo tańsze od tych zagranicznych chemicznych dóbr, wyroby miejscowe: oleje i farby do włosów (mające zazwyczaj uczynić je ciemniejszymi), czy lokalne chłodzące mydła. Wszyscy zawsze chcą czegoś innego niż to co w chwili obecnej mają.

nep_katmandu_swayambhunath_dziecko_001.jpg

Małym dzieciom w Nepalu bardzo często obrysowuje się oczy kohlem, z racji jego przeciwbakteryjnych właściwości.

Jeszcze jednym produktem w który zaopatrzyłam się w Katmandu są rożki z henną do wykonywania mehendi, bo zakochałam się w nim już dawno z powodu oglądania indyjskich filmów. Jak to w Katmandu bywa, pierwsze kupione przeze mnie opakowanie kilkunastu rożków (co okazało się dopiero przy próbie ich użycia) było  stare i na wpół wyschnięte, a drugie dobre i nadające się do użycia, żeby się o tym przekonać musiałam nabyć 30 rożków, bo da się kupić tylko całe ich opakowanie w którym jest 15 albo 16 sztuk. Po powrocie do domu gdy poczytałam nieco o rożkach z henną i ich mocno niewiadomej i niezbyt zdrowej zawartości, postanowiłam nauczyć się rozpuszczać hennę na mehendi ze sproszkowanego ziela z dodatkami. Co mi z tego wyszło? Otóż zajmuję się tym bezskutecznie jakieś półtorej roku i powoli zaczynam widzieć światełko w tunelu 🙂 Poszczególne rożki z henną (mehendi cones) w zależności od tego jak zostały sklejone są albo na wpół wyschnięte, albo zdatne do użytku. Muszą być idealnego kształtu nie powgniatane i z niepomniejszoną zawartością, bo to zwiastuje ich nadmierne wysuszenie i nieprzydatność. Po wciśnięciu ich palcem muszą być miękkie i wrócić do pierwotnego kształtu. Najlepsza jest henna z Radżastanu. Niedługo w dziale Co stamtąd przywiozłam pojawi się wpis na temat malowania henną.

nep_katmandu_moja-henna_001.jpg

A tak pomalowała mnie pani w salonie piękności w Katmandu (przy okazji gorąco namawiając mnie na zrobienie sobie fluorescencyjnych tipsów, żebym zaczęła wyglądać jak człowiek).

Ubrania

Przy zakupie ubrań zwłaszcza w dzielnicy turystycznej trzeba bardzo uważać. Są niesamowicie tanie i łatwo można stracić głowę, kupując co popadnie, potem jednak okazuje się że część rzeczy do niczego się nie nadaje. Na szczęście pojechałam tam z minimalną ilością ubrań i wszystko co kupiłam od początku na sobie nosiłam. Dzięki temu mogłam od razu chociaż trochę zbadać ich jakość. To prawdziwa loteria. Wszystko trzeba kilkakrotnie oglądać, nie zgadzać się przy kupnie na przyniesienie nowego zapakowanego ubrania tylko kazać je wypakować i sobie pokazać i dokładnie obejrzeć. Nie chodzi o to że sprzedawca chce nas tu celowo oszukać i sprzedać coś innego. Jakość tych rzeczy jest tak ogromnie zróżnicowana, że w partii 10 sztuk ubrań raz może trafić się dziewięć idealnie zrobionych i jedno zrobione źle, a innym razem może być dokładnie na odwrót. Miałam taką sytuację z relatywnie drogim jak na lokalne warunki kaszmirowym szalem. Kupiłam szary bez żadnych ozdobników w kolorze „mocno ekologicznym”. Nie chciałam tego, który oglądałam gdy leżał wystawiony na ulicy, bo chciałam w nim od razu chodzić a był on aż sztywny od pyłu. Kupiłam więc zapakowany i rozpakowałam w hotelu, ale tego dnia nie było już prądu. Na takim szaroburym materiale ciężko było cokolwiek zobaczyć. Dopiero na drugi dzień w południe okazało się, że są w nim cztery dziury i chociaż mieliśmy tego dnia jechać do Bhaktapuru musieliśmy wrócić i poszukać tego samego sklepu. Na szczęście szalik kupiłam w miejscu na tyle rozpoznawalnym, że udało się nam jakoś go odnaleźć (sklepów z takimi produktami są na Thamelu setki). Właściciel oczywiście bez słowa sprzeciwu wyjął całą stertę tych samych szalików i zaczęliśmy je sprawdzać. Dopiero czwarty w kolejności nie miał żadnych wad. Sprzedawca na moich oczach zaczął je naprawiać i był chyba trochę podłamany tym jaki ma towar. Gdybym jednak kupowała go w ostatni dzień, musiałabym zostać z uszkodzonym dość drogim szalikiem. Podobną sytuację miałam z na oko ładną kolorową koszulką z bogiem Ganeszą. Na szczęście kosztowała zupełne grosze. Okazała się być zszyta tak okropnie kiepskiej jakości nićmi, że chyba po drugim praniu całkowicie mi się rozleciała. Sporo kupionych ubrań przez jakiś czas mocno farbowało. Jeśli kupujemy ubranie leżące na ulicznym straganie przed użyciem lepiej je wyprać. Woda po praniu będzie brunatna. Na uwagę zasługują rozmaitej maści produkty z włóczki: swetry, szaliki, rękawiczki, zabawne i pomysłowe czapki, to dość nietypowe zakupy jak na Azję. Niektóre są bardzo grube i trochę trudno może być je wykorzystać przy naszych coraz bardziej kiepskich zimach. Poza tym jest tu ogromny wybór ubiorów indyjskich: sari i salwar kamizów. Salwary szyje się na miarę, gdyż mają być dobrze dopasowane – więc na manekinach wiszą tylko orientacyjnie wyglądające wzory i dopiero po wzięciu miary można odebrać gotowy produkt. Mężczyzn może zainteresować niezliczona ilość warsztatów krawieckich szyjących zarówno tradycyjne nepalskie stroje jak i garnitury na miarę. Można wybrać sobie krój i materiał. Nie wiem gdzie najlepiej to zrobić, bo nie korzystałam z tego typu usług.

nep_katmandu_stragan-z-odzieza_001.jpg

Jeżeli chodzi o ubrania jest w czym wybierać.

nep_katmandu_stragan-z-odzieza_002.jpg

Sprzęt turystyczny

O niezliczonych sklepach pełnych podróbek popularnych marek sprzętu turystycznego w Katmandu napisano całe epopeje. Na Thamelu jest ich pewnie kilkaset. Na jednej ulicy może ich być nawet kilkanaście. Czasem ciężko trafić dwa razy do tego samego sklepu. Osiągnęły już chyba apogeum swojej ilości. Dlatego w wielu z nich dostaje się bardzo duże zniżki. Sprzedawcy bardzo proszą żebyśmy coś u nich kupili, bo na przykład niczego jeszcze tego dnia nie sprzedali. Wszystko to oczywiście za sprawą tego, że w mieście jest „too many people” i z niczego nie da się już godnie żyć. Pewnie trochę ściemniają, ale też jest w tym sporo prawdy. Zwłaszcza jak sklep położony jest na uboczu, albo niewielki. Widząc straszną lichość i marność podrabianych produktów, trochę strach zdecydować się na ich zakup jako główny używany przez nas element wyposażenia. Jest to bowiem zupełna loteria czy trafimy na coś nieładnie wyglądającego ale solidnego, czy nieładnie wyglądającego a przy tym nietrwałego. Czasem od takiego sprzętu zależy nie tylko nasz komfort ale zdrowie albo życie. Co innego jeśli traktujemy taki zakup jako wyposażenie zapasowe, na przykład spodnie, których użyjemy, gdy te których używamy podczas wyjazdu na co dzień zniszczą się albo bardzo pobrudzą. Nie ma jednak co się łudzić, że produktem za nieraz 1/10 normalnej ceny zdołamy zastąpić jakiś poważny sprzęt turystyczny. Chyba jedyną poważniejszą rzeczą jaką w takich sklepach kupiłam była, nazwijmy to „niezbyt oryginalna” kurtka Rab z wypełnieniem z gęsiego puchu. Kupiłam bo była starannie uszyta. Nigdy nie widziałam na oczy tej marki i myślałam, że kupuję coś nepalskiego. Po roku rozpadł mi się pokrowiec na kurtkę, powoli psuje się też zamek. Dałam za nią mniej niż 100 złotych, poniżej trzydziestu dolarów. Jestem w miarę zadowolona (gdyby nie ten zamek). O wiele ciekawszą propozycją są sklepy oryginalnych marek. Nie mam tu jednak na myśli drogiego jak nieszczęście legendarnego sklepu North Face’a, ale innych bardziej lokalnych niedostępnych w Europie firm. Sporo z nich znajduje się na tej samej ulicy co North Face, a nawet tuż obok. Jest więc sklep ciekawej choć równie drogiej koreańskiej firmy Black Yak, której produkty są przynajmniej o wiele ładniejsze od North Face’a. Tuż obok znajduje się też sklep z produktami outdoorowymi o znacznie bardziej sensownym stosunku jakości do ceny marki Mountain Hardwear. Kupiliśmy w nim między innymi solidnie zrobiony worek ekspedycyjny o pojemności 130 litrów, który kompresuje się do wielkości saszetki – przydatna rzecz do wożenia w bagażniku, może się też przydać na nadbagaż (po to go zresztą kupiliśmy, ostatecznie jakimś cudem udało się upchać wszystko do plecaków i podręcznego).  Nieco dalej od tych sklepów znajduje się również inny przyjazny cenowo sklep – rosyjski Redfox, w którym bardzo niedrogo kupiłam polar (którego używam już ponad rok i dobrze się ma). Oprócz North Face’a w pobliżu znajdziemy też sklepy zachodnich marek: Marmot i Salewa. Ten ostatni sprzedaje końcówki serii i różne nietypowe rozmiary, czasami da się znaleźć coś sensownego, mnie jednak nie udało się znaleźć nic dla siebie. Kupiłam sobie też (za około 60-70 złotych) spodnie nepalskiej marki Everest Hardwear. Nie ma ona w Katmandu swojego sklepu, a przynajmniej nie udało mi się na niego trafić. Grzebiąc w  jednym sklepie w niezliczonych podróbkach marki North Face, znalazłam jedne solidniejsze spodnie z innym logiem. Zastanawiałam się nad ich zakupem dłuższą chwilę, były jakieś 3 lub 4 razy droższe niż standardowe podróbki. Sprzedawca poinformował mnie, że są to spodnie oryginalne, bo to „nepali brand”a swoich produktów nie podrabiają gdyż to nie byłoby w porządku.

Rękodzieło i broń

Mam na myśli raczej tańsze i dostępne dla wszystkich rękodzieło niż dzieła sztuki. Nepalczycy to bardzo zdolni manualnie ludzie. Jak już wspominałam na początku, tutaj  jeszcze bardzo dużo przedmiotów zamiast maszynowo robi się ręcznie, więc pod termin rękodzieło można podczepić bardzo wiele produktów. Na sporej części rękodzieła po prostu się nie znam, więc trudno będzie cokolwiek napisać. Jak bowiem osoba która ma pierwszy raz w życiu do czynienia z misami tybetańskimi ma sobie kupić odpowiednią i nie dać się nabrać na jakąś tandetę? Poza tym jeśli nie jesteśmy muzykami, albo uzdrowicielami i nie będziemy jej po prostu używać, to po co ją kupować, jeśli ma się kurzyć na półce? Jeśli już pragniemy kupić ją sobie w celach leczniczych (położenie wibrującej misy na brzuchu ma ponoć poprawiać dopływ życiowej energii do organów wewnętrznych i być swoistą profilaktyką chorób) w jaki sposób dobrać ją do swoich potrzeb, by jej używaniem na przykład sobie nie szkodzić?  Nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na te pytania, dlatego odpuściłam sobie zakup misy. Kupiłam jednak bardzo ciekawą płytę z muzyką w całości generowaną przez misy. Mocno przypomina twórczość Jana Jelinka, albo niektóre utwory Johna Cage’a. Dalej w ramach rękodzieła można chyba wymienić dywany i kilimy, zwłaszcza te tybetańskie. Są na prawdę piękne, nie wiem tylko na ile trwałe są ich barwniki. Dywany leżące na zewnątrz i poddane działaniu słońca i trudnych warunków atmosferycznych (zanieczyszczenia i smogu) miały nieraz słabo widzialne wzory. Czy po wypraniu taki dywan albo kilim nie zacznie farbować? Widziałam takie z porozmywanymi pod wpływem wilgoci wzorami. Nie wiem czy miałabym ochotę kupować jakiś drogi dywan bez poczytania wcześniej które sklepy i stolicy są warte zaufania, bo jak ze wszystkim z jakością dywanów bywa chyba bardzo różnie. Niemniej jednak trzeba wiedzieć że na ogromną skalę wykorzystuje się tutaj do ich tkania małe dzieci. Według the Guardian jest ich w tym momencie około 10 000 o czym można poczytać sobie tutaj.

Kolejnym rodzajem rękodzieła są rzeźby – posągi rozmaitych bogów. Jest tego trochę, w Nepalu funkcjonuje obok siebie wiele kultów i wyznań. Można na przykład kupić sobie kilkumetrowy trójząb Siwy, czy ogromną figurę wielorękiego buddy. Sporo jest też strasznej tandety, ale są sklepy z przepięknymi figurkami. Nas powstrzymał skutecznie ciężar przeciętnej statuetki, nawet niewielkiej. Oglądaliśmy jedną zrobioną w całości, albo tylko pokrytą mosiądzem i dobrze że jej nie kupiliśmy, bo niewielka może trzydziestocentymetrowa w najwyższym miejscu figurka ważyła sporo ponad 5 kilogramów. Była wprawdzie pusta w środku ale odlew był bardzo solidny. Ważnym produktem są też tutaj dzwonki, których dźwięk sprawdza się podobnie jak dźwięk mis. Im czystszy i donośniejszy dźwięk, tym wyższa cena. Dzwonki mają ważne znaczenie religijne, używane są co rano celem budzenia bogów i duchów opiekuńczych. Cała girlanda dzwonków potrafi także ważyć ładnych parę kilogramów.  Dzwonki mogę być też gliniane i tak płynnie przechodzimy do kolejnego działu – ceramiki. Zwłaszcza Bhaktapur słynie z wyrobów garncarskich, do których używana jest także zupełnie czarna glina. Produkty ceramiczne są ekstremalnie tanie bo glina jest bardzo niedrogim surowcem. Kupiłam dwa lampiony w kształcie rybek płacąc za nie równowartość kilku herbat na ulicy. Sprzedawca był tak zadowolony z transakcji, że dał nam jeszcze gratis. Widać po tym jak nisko jest wyceniana praca Nepalczyków i że większość ceny produktu stanowią koszty materiałów.

Nepal to także wspaniałe miejsce dla fanów białej broni. Są tutaj szeroko dostępne bogato zdobione sztylety, oraz będące na wyposażeniu nepalskiej armii proste ale skuteczne noże kukri.  Warto przyjrzeć się dobrze jak taki nóż wygląda żeby nie kupić podrób jakich pełno na Thamelu. W Nepalu każdy prawdziwy mężczyzna powinien mieć przytroczony do pasa taki właśnie nóż. Jest on dla mnie reminiscencją arabskiej dżambiji i indonezyjsko-malajskiego kerisu. Moda na takie noże rozciąga się od półwyspu arabskiego po Indonezję.

nep_bhaktapur_dzwonki_001.jpg

Przepiękne dzwonki w Bhaktapurze, w sumie żałuję że nie posiadam takich w domu.

nep_katmandu_stragan-figurki_002.jpg

Figurki bogów na straganie, w roli głównej Ganesha.

nep_katmandu_stragan-maski_001

Maski może fajnie zrobione ale nie chciałabym mieć ich w domu, bo nie wyglądają zbyt pozytywnie. Wolę gdy dom jest przyjazną strefą i chyba nie czułabym się w pełni dobrze mając na ścianie taki ponury widok.

nep_katmandu_stragan-figurki_001.jpg nep_katmandu_durbar-square_dzwonki_001.jpg

nep_katmandu_stragan-misy-tybetanskie_001.jpg

Thangki (tanki)

Czyli ręcznie malowane buddyjskie obrazy religijne w formie zwoju. Początkowo służyły do opowiadania buddyjskich treści i nauczania osób nie potrafiących czytać i pisać. Dzięki nim wierni mogli też prawidłowo robić wizualizacje w trakcie swojej medytacji. Ich wykonanie oparte jest o bardzo szczegółowe kanony, podobnie jak nasze ikony. Przedstawiają przede wszystkim buddów, arhattów i dakinie, a także strażników dharmy oraz lamów, którzy zazwyczaj przedstawiani są w większej liczbie w formie drzewa, przypominającego trochę to genealogiczne. Osobnymi przedstawieniami są mandale. Do jej wykonywania wykorzystywano najczęściej płótno albo jedwab znacznie rzadziej zwierzęcą skórę albo papier.  Skóra była nieczysta, a papier stosunkowo nietrwały. Do malowania używa się pigmentów. Bardzo ważna jest symetria i harmonia dzieła. Na końcu postaciom maluje się oczy, co symbolizuje ich budzenie i od tego momentu wizerunki zaczyna uważać się za przedstawienie bóstwa. Malowidło obszywa się tkaniną i nadaje mu formę zwoju. Obraz posiada też osobną zasłonkę, zazwyczaj z żółtego albo pomarańczowego materiału, którą można drapować. Thangki różnią się wielkością oraz starannością wykonania – ilością zawartych w na obrazie szczegółów. Thangki niewielkie i niezbyt skomplikowane mogą kosztować parenaście dolarów, nawet poniżej 50 złotych. Ceny kilkumetrowych bardzo skomplikowanych malowideł kosztują tysiące dolarów. Pewnego razu posiedzieliśmy sobie z jednym malarzem niecałą godzinkę przyglądając się mu jak maluje. Nie miał nic przeciwko robieniu zdjęć swojej pracy. Sporo nam o tym opowiedział, bo świetnie mówił po angielsku. Od tego czasu mam na niego oko na facebooku. W międzyczasie zdążył już być ze swoimi malowidłami we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, więc idzie mu nieźle. Sklep i pracownia malarska Bijaya (bo tak ma na imię) nazywa się Himalayan Arts Gallery i znajduje pod adresem 270 Ashok Galli, Thamel, Katmandu posiada też facebooka swojej galerii i sprzedaje swoje prace za pośrednictwem tej strony.

nep_thamel_himalayan-arts-gallery_002.jpg

nep_thamel_himalayan-arts-gallery_001.jpg

Na tance Zielona Tara żeński boddisathwa, przedstawienie bardzo popularne w Tybecie.

Thangki kupiliśmy wcześniej gdzie indziej. W Nepalu bardzo popularne i często widoczne jest przedstawienie Buddy Samantabhadra zwanego także Shakti Buddą, właściwego dla buddyzmu tantrycznego. Jest to przedstawienie mężczyzny o niebieskiej skórze siedzącego w medytacji i obejmującego kobietę o białej skórze. Uważa się że jest to lokalna wersja symbolu yin yang, ale przede wszystkim mistyczna unia aktywnej siły (symbolu mężczyzn) z mądrością (właściwością kobiet). Dopiero takie połączenie cech męskich i żeńskich pozbycie się fałszywego dualizmu może zapewnić urzeczywistnienie. Druga z kupionych przez nas tanek to koło życia zwane też kołem samsary, albo Bhavachakrą, które ma bardzo złożoną symbolikę. Spróbuję przedstawić ją bardzo pokrótce. Demon Yama zwany też władcą śmierci trzyma składające się z trzech kręgów koło reprezentujące wszystkie przemiany egzystencji boskiej ludzkiej oraz demonicznej. W centrum koła znajdują się trzy reprezentacje sprawców cierpienia przedstawione pod postaciami zwierząt. Wąż symbolizuje zazdrość, kogut pożądanie a świnia ignorancję.  Środkowy krąg u samej góry zajmują istoty niebiańskie potem kolejno ludzie, zwierzęta, świat głodnych duchów, następnie liczne piekła. Nad nimi rozpościera się świat tytanów, którzy działają przeciwko bogom i bez końca się odradzają.  Żeby dokładnie przedstawić o co w tym wszystkim chodzi trzeba by było napisać osobnego posta.

nep_kopan_fresk-kolo-dharmy_001.jpg

Koło samsary na ścianie w klasztorze Kopan.

Płyty

Nepalska muzyka łączy w sobie wpływy hinduskie i tybetańskie. Bardzo popularne są tu jeszcze płyty CD. Sklepy z płytami są bardzo liczne i z daleka je słychać. Zarówno bollywoodzkimi śpiewami jak i klasyką rocka, która cieszy uszy licznych podstarzałych dzieci kwiatów. Kult starej muzyki rockowej jest w Katmandu dość silny. W wielu szanujących się knajpach obleganych na przykład przez nepalskich studentów (albo ogólnie intelektualistów) leżą sobie tu i tam różne akustyczne instrumenty i można do woli na nich grać. Bardzo dużo osób potrafiło robić to sensownie. Nie spodziewałam się na co dzień podczas jedzenia kolacji oglądać Nepalczyków grających swoim dziewczynom na przykład Led Zeppelin na gitarze akustycznej. Dzięki temu cała knajpa nie musi siedzieć w ciszy przy świecach gdy nie ma prądu. Jaki to straszny kontrast z Tajlandią i ich dzielnicami rozrywki na niekorzyść Tajlandii oczywiście. Wracając jednak do płyt sklepy pełne są pirackich kopii zachodniej muzyki. Swojej muzyki Nepalczycy nie podrabiają (podobnie jak odzieży, uważając że to nie w porządku). Jedną z większych wytwórni płytowych jest Sac Music. Płyty z lokalną muzyką nepalskich wytwórni kosztują zazwyczaj około 300 rupii przy kilku należy się zniżka. Jedynie płyty buddyjskiej zakonnicy Ani Choying Dolmy kosztują ponad 500 bo całkowity dochód z nich przeznaczony jest na sierociniec prowadzony przez jej klasztor.  Wzięła ona też udział w trzecim sezonie indyjskiego The Coke Studio, gdzie razem z jordańską wokalistką Farah Siraj wykonała utwór A.R. Rahmana. Płyty kupowałam na słynnej ulicy Freak Street na której jest ich kilka, jako że mieszkaliśmy w pobliżu, przez kilka następnych dni pan sprzedawca machał nam z daleka i głośno nas pozdrawiał o każdej porze dnia i nocy.

Książki

Oczywiście anglojęzyczne. W Katmandu jest mnóstwo antykwariatów, w których można kupić stare angielskie książki, ale przyznam się że do żadnego nie weszłam, bo najzwyczajniej nie miałam czasu. Na uwagę zasługują księgarnie w których znajdują się przedruki angielskich książek w bardzo korzystnych cenach. Kupiłam sobie na przykład wyczerpujące kompendium na temat jogi metodą Yengara, autorstwa samego B.K.S Yengara (wydanie czterdzieste pierwsze). Dałam za nią poniżej 10 złotych. To akurat nie był książkowy pirat bo miał osobną niższą cenę obowiązującą na indyjskim subkontynencie, ale przedruki zagranicznych książek czyli książkowe piractwo to w Nepalu zjawisko powszechne. Z drugiej jednak strony jak miałoby ich być stać na kupno anglojęzycznych tytułów za angielskie ceny? Wspaniała księgarnia znajduje się w klasztorze Kopan. Są w niej książki nieprzypadkowe, poświęcone duchowości, religiom świata i filozofii. Ceny są bardzo rozsądne, ma służyć minimalnemu zarobkowi ale głównie rozprzestrzenianiu wiedzy o buddyzmie ale także o innych religiach. Widziałam tam na przykład najwięcej książek o sufizmie niż w jakiejkolwiek innej księgarni w Azji. W turystycznej dzielnicy Katmandu znajduje się wiele drogawych księgarni oferujących szeroki wybór map i himalajskich szlaków oraz zagranicznych albumów poświęconych sztuce i buddyzmowi. W porównaniu z nimi księgarnia w klasztorze Kopan o wiele bardziej się opłaca, przy okazji możemy wesprzeć tą wspaniałą instytucję. W klasztorze są bowiem organizowane ponoć jedne z najlepszych w Nepalu kursy medytacji i wprowadzenia do buddyzmu, oraz kilkudniowe odosobnienia. Nie są one nastawione na działalność zarobkową, tylko na popularyzację nauk buddyjskich w najlepszym wydaniu.

Fish head curry

Curry z rybich głów to sztandarowe danie kuchni Malezji i Singapuru. Uważa się, że wywodzi się ono z kuchni bengalskiej (jego ojczyzną może być na przykład Kalkuta, której kuchnia słynie z ryb słodkowodnych). Po krajach Półwyspu Malajskiego rozprzestrzeniło się razem z indyjskimi emigrantami. Lokalne przyprawy i mieszanie się rozmaitych wpływów spowodowały, że danie wyewoluowało i zaczęło odróżniać się od swojego indyjskiego rodzica. Curry z rybich głów to jedno z moich ulubionych azjatyckich dań, które bez żadnego problemu można kultywować w lokalnych polskich warunkach. Wystarczy mieć tylko dostęp do głów słodkowodnych ryb. Najlepszym czasem dla rybnego curry jest więc grudzień, kiedy na bazarach sprzedających karpie i inne ryby, można bez problemu dostać często nawet za darmo, świeże rybie głowy. Wystarczy tylko wykroić z nich skrzela i już mogą robić za podstawę naszego dania. Oczywiście trochę rybiego mięsa również nam się przyda, ale to głowy są odpowiedzialne za intensywny rybny smak i bez nich to już nie będzie to samo. Dlatego w zimie robię zapasy – otrzymane gratis przy okazji innych rybnych zakupów głowy, w ilości hurtowej zamrażam, po wykrojeniu z nich skrzeli. W porze ciepłej gdy trudno o łatwą dostępność karpia w sklepach, od biedy możemy użyć na przykład dorady. Znakomicie nadadzą się też na przykład lin czy tołpyga, musi być to w miarę zwarta i tłusta oraz mało wyszukana ryba słodkowodna, bo i tak liczne przyprawy zabiją niuanse rybnego smaku. Raz próbowałam też z leszczem, ale jest za mało tłusty i niezbyt mi w tej roli pasował (ilość ości też przekracza wszelkie dopuszczalne normy). Musimy pogodzić się z tym, że jest to danie które w większości trzeba jeść rękami, od czasu do czasu posiłkując się jakimś sztućcem – nie sposób bowiem grzebać w rybiej głowie samymi sztućcami.  I najważniejsze: główną atrakcją i przyjemnością w konsumpcji tego dania jest właśnie rybia głowa na talerzu. Głów broń boże nie wyrzucamy tylko je jemy, bo to właśnie przez możliwość pobabrania się w rybiej głowie, to danie jest takie drogie a nawet odrobinę ekskluzywne. W Singapurze może kosztować nawet kilkadziesiąt tamtejszych dolarów. Konsumowanie takiej głowy to dla Azjatów ogromna przyjemność. W Azji czasem dostaje się taką ze trzy razy większą od naszego rodzimego karpia i żeby ją zjeść trzeba solidnie się z nią posiłować, więc w rodzimej wersji głowa lina czy dorady to bardzo łatwa rzecz do konsumpcji. Po 45 minutach gotowania głowa tak małej ryby po prostu delikatnie się rozpada, a my jej tylko nieco pomagamy. W dodatku jest to danie na swój sposób ekologiczne – nie marnujemy bezsensownie tak smacznej części ryby jaką jest głowa, którą u nas z jakiś przyczyn  wyrzuca się i uważa za niejadalną.

nep_katmandu_stragan-z-rybami_001.jpg

Stragan z rybami w Katmandu.

Ze mną zawsze było coś nie tak, bo jedną z największych przyjemności z jaką kojarzą mi się święta Bożego Narodzenia, była możliwość schrupania rybiej głowy, których jedna bądź kilka gotowała się u babci w garnku jako wywar do karpia w galarecie. Inne potrawy były znacznie mniej ważne niż możliwość dokładnego rozmontowania rybiej głowy kawałek po kawałku. No i intensywność jej smaku przebijała większość świątecznych potraw. A może dlatego była tak niepowtarzalna że jedzona tylko raz w roku? Jakoś nie odczuwam jednak sentymentu do pozostałych wigilijnych dań, które przecież także raz do roku są jedzone. O wiele przyjemniejsza od nich była dla mnie zawsze głowa chrupana po kryjomu w kuchni.

tai_trang_ryby-na-targu_001.jpg

Podobne do dorady ryby na targu w miejscowości Trang w Tajlandii.

Pierwszy raz zjadłam curry z rybich głów w Malezji, na wyspie Penang na bazarze obok bardzo słynnej świątyni buddyjskiej Kek Lok Si znajdującej się nawet na malezyjskich pieniądzach. W świątyni zeszło nam o wiele za dużo czasu niż powinno i kiedy chcieliśmy coś zjeść zarówno świątynna wegetariańska restauracja, jak i okoliczne bazarowe przybytki były już pozamykane bo był to weekend. Jedna sprzedawczyni – Chinka ulitowała się nad nami i powiedziała, że właśnie gotuje fish head curry na jakieś przyjęcie albo wesele i w zasadzie może nam sprzedać jedną porcję, bo zaraz ktoś przyjedzie po cały gar dymiącej potrawy. Robi to dlatego, że jest mistrzynią tej potrawy i chce się z nami swoją świetnością jakoś podzielić. No to oczywiście się zgadzamy i po chwili dostajemy talerz z głową na pół talerza, sporo większą od głowy przeciętnej tołpygi. Do jej rozbrojenia mamy tylko marny, blaszany,  wyginający się na wszystkie strony widelec i łyżkę, a nie mamy możliwości podpatrzyć jak należy obejść się z głową, gdyż jesteśmy jedynymi klientami. Curry było przepyszne, zielone z wyraźną przewagą liści limonki kaffir i trawy cytrynowej, w poniższym przepisie podaję jednak nieco bardziej indyjską wersję (bez trawy i kaffiru) Głowę w końcu udało nam się rozbroić z użyciem rąk, nie muszę chyba pisać jak strasznie się nią wypapraliśmy. Chyba najsmaczniejsze były oczy. Taka głowa na dwie osoby była wystarczająca, średnio wyobrażam sobie jedzenie jej samemu.

Mój indywidualny, domowy, wielokrotnie modyfikowany przepis na fish head curry (dla 2-3 osób):

  • Nierafinowany olej palmowy 2-3 łyżki (może być też zwykły olej np słonecznikowy ale nierafinowany palmowy świetnie pasuje do ryby i przypraw bo przepięknie pachnie)
  • 1 łyżka czarnej gorczycy,
  • 1 łyżeczka kuminu,
  • 1 łyżeczka nasion kozieradki,
  • 1/2 łyżeczki anyżu (nie gwiazdkowego!) lub ajwanu,
  • 1/2 łyżeczki nasion fenkułu/kopru włoskiego (można rozdrobnić w moździerzu),
  • 1/2 łyżeczki kurkumy,
  • 1/2 łyżeczki zmielonej kolendry,
  • 1/2 łyżeczki zmielonego galangalu,
  • 1  łyżeczka pasty ze sfermentowanych krewetek (jej brak można przeżyć w ostateczności ;),
  • 1/4 łyżeczki asafetydy,
  • 1 łyżeczka świeżego roztartego imbiru,
  • 1 łyżeczka wyciśniętego czosnku,
  • 1 zielone chilli bardzo drobno posiekane,
  • kilka świeżych liści curry (w naszych warunkach jeszcze nieosiągalne)można też większość przypraw z wyjątkiem gorczycy, imbiru i czosnku zastąpić przyprawą curry, ja jednak tutaj składam sobie curry specjalnie na tę okoliczność, zazwyczaj opłaca się trochę natrudzić bo moje fish head curry smakuje potem nawet lepiej niż ze specjalnie zakupioną przyprawą do rybnego curry (bo taką też posiadam, zakupiłam ją w Nepalu). Na głęboką patelnię lub rondel z lekko rozgrzanym olejem palmowym wrzucamy wszystkie sypkie przyprawy, a także czosnek i imbir, po chwili dodajemy cebulę i czekamy, aż całość zacznie wydzielać intensywny zapach, uważając jednocześnie by olej nie zaczął dymić, bo szkoda spalić tak dobry olej jak nierafinowany palmowy.
fish-head-curry_curry-z-rybich-glow_002.jpg

Wszystkie (albo większość) składników curry z rybich głów.

Teraz potrzebne nam będą następujące składniki:
  • 1-2 cebule dymki,
  • 2-3 średniej wielkości pomidory siekane oraz/lub pasta z tamaryndowca w ilości 1-2 łyżek (niestety taka w słoiczku z polskich sklepów z kuchniami świata zawiera strasznie dużo cukru, jest niemal niejadalna i w niczym nie przypomina kwaskowatego produktu z Tajlandii albo Malezji) Robiłam także curry wielokrotnie bez tej pasty i także daje radę,
  • 1 łyżka ostrych pikli z limonki,
  • 1 papryka,
  • mleko kokosowe (najlepiej robione samodzielnie) w objętości powiedzmy pół szklanki, dla fanów malajskich smaków można chyba więcej,
  • 1 niewielka cukinia, albo balsamka (posolona i odsączona z gorzkiego soku a jak to nie pomaga to jeszcze sparzona), świetna będzie także okra w ilości 8-10 szt.,
  • 2-3 dorady lub małe liny pokrojone na co najmniej 3 lub więcej części (głowy osobno). Absolutnie koniecznie (!) musimy usunąć z nich skrzela, co wrażliwsi mogą także usunąć oczy, ale ja tak nie robię, bo nie widzę potrzeby. Ryby te można też z powodzeniem zastąpić tołpygą a nawet karpiem. Oczywiście głowy karpia i tołpygi potrzebują więcej czasu na ugotowanie. Więc pozostałe składniki dodamy wtedy później.

 Najpierw wrzucamy pastę z tamaryndowca/pomidory oraz mleko kokosowe i rybie głowy, dolewamy nieco wody by przynajmniej do połowy były zanurzone (w połowie gotowania możemy je delikatnie odwrócić na drugą stronę), przykrywamy naczynie pokrywką, 10 minut później wrzucamy cukinię/balsamkę/okrę albo wszystkiego po trochu oraz paprykę, po mniej więcej 20 min dodajemy resztę ryby. Całość gotujemy maksymalnie 10-15 minut, aż ryba nabierze dobrej konsystencji. Całość zajmie więc nam około 50 minut. Posypujemy świeżą siekaną kolendrą. Podajemy z ryżem, dla mnie osobiście najlepszy jest basmati.

fish-head-curry_curry-z-rybich-glow_001.jpg

Fish head curry.

Masala Tea

Tak, będę pisać o indyjskiej herbacie gotowanej z mlekiem i przyprawami, mimo że nie byłam w Indiach. Za to w Malezji jest tyle Hindusów i tyle razy jadłam w ich knajpach, że jednak czuję się na tyle kompetentna by coś w temacie masala tea napisać. Niedawno wróciłam z Nepalu a tam również powszechnie się ją pije. Na pewno czaj  pity z glinianego kubeczka na indyjskiej ulicy smakuje najlepiej i nic nie może się równać z tą czynnością, ale kto wie, może kiedyś będzie mi dane i tego spróbować. Robiłam go już wcześniej bo występował w co drugim indyjskim filmie, który oglądałam a widziałam ich już co najmniej kilkadziesiąt i chciałam poznać jego smak. Zaczęłam od bardzo prostej receptury z tej strony. Po czym z pomocą przyszły mi liczne vlogi indyjskich gospodyń domowych (na przykład ten i ten), które nudząc się całymi dniami w domu podczas gdy ich mąż siedzi w pracy, publikują istne internetowe epopeje na temat swojej kuchni. Tylko trochę deprymujące w tych filmikach jest to, że składniki w stylu „zmielone ucho żaby i suszone oko nietoperza” na pewno znajdziecie w swoim „nearest indian store”. W Polsce to co najwyżej w internecie i to tylko te bardziej znane, które dam radę i tak kupić w Azji przy każdej nadarzającej się okazji. Dowiedziałam się dzięki nim, że mieszanek którymi przyprawia się czaj jest tyle ile jest gospodarstw domowych. Każda pani domu ma swój własny sekretny przepis, który jeśli jest udany, to może cementować jej małżeństwo  skuteczniej  niż seks. Dzięki temu przetestowałam już sporo internetowych przepisów na domową masalę. Dziś już wiem, że oprócz przyprawy w proszku składającej się najczęściej z kilkunastu składników, najbardziej lubię dodawać do niej suszone płatki róż, świeżą lub mrożoną miętę i świeży tarty imbir. Dzięki samodzielnie składanym i mielonym masalom, mogłam wykorzystać resztki różnych poczynionych wcześniej zakupów w Herbapolu takich jak owoc anyżu, koper włoski, czy lukrecja których resztki nie załapawszy się na bycie składnikiem różnych mieszanek na gardło, bądź grypę, tudzież inne przypadłości, zostawały mi i nie miałam co z nimi zrobić. Nie jestem w stanie w chwili obecnej podać jedynego słusznego przepisu na indyjską przyprawę do herbaty, bo jak sama nazwa „masala” wskazuje, trzeba mieszać samemu i wypróbowywać różne warianty. Moje masalowe upodobania zmieniają się i stają coraz odważniejsze. Jeśli zdecyduję że w którymś przepisie zakochałam się na tyle że będę powtarzać go ciągle, wtedy spróbuję go tutaj podać. Na razie jestem w fazie eksperymentów a każdy słoiczek robionej przeze mnie przyprawy zdecydowanie różni się od poprzedniego.

masala-tea-przed-dodaniem-mleka_001

Tak apetycznie wygląda przed dodaniem mleka, potem zaczyna przypominać jakaś niesmaczną zupę mleczną z dzieciństwa.

Naprawdę wstyd się przyznać, gdzie wypiłam swój pierwszy czaj na azjatyckiej ziemi. W jaskini komercji i globalizacji, w towarzystwie światowych marek takich jak Gucci, Kenzo, Mc Donald i Body Shop – w food courcie Surii KLCC najbardziej wypasionego centrum handlowego w Malezji które znajduje się na najniższych poziomach wież Petronas w Kuala Lumpur. Na dodatek wypiłam go pierwszy i jedyny raz w życiu z papierowego kubka z plastikową przykrywką jak coca-colę z Mc Donalda (chociaż coca-coli z Mc Donalda w takim kubku nigdy w swoim życiu nie wypiłam). Pomimo całej tej otoczki smakował dość nieźle. Byłam po prostu ogromnie ciekawa czaju, a pierwszym miastem w jakim byliśmy w Malezji, było Kuala Lumpur, a zaraz po przyjeździe jak każdy wzorowy turysta zaszliśmy do Petronas Towers, które świeciło z daleka i przyciągało nas jak ćmy do świeczki.

Wszystkie kolejne czaje piłam już w mniej lub bardziej porządnych knajpach i ulicznych garkuchniach, czasem jak na mój gust na tyle hardkorowych, że zjeść jednak trochę bym się w nich bała ale napić się czegoś przegotowanego chyba można. W tych najbardziej budżetowych gdzie wszystko robi się na oczach klienta jest najlepiej, bo widać skomplikowany proces jego przygotowania. Uwielbiam patrzeć na tą ceremonię. Gdy go zamawiasz, nagle cała grupka ludzi zaczyna się krzątać. Każdy szanujący się uliczny indyjski lokal w Malezji lub Nepalska tania jadłodajnia zatrudnia całą masę pomocników. I wszyscy oni przez chwilę kręcą się wokół jednej małej szklaneczki otumaniająco słodkiego napoju. Jeden przepłukuje wodą graniastą szklankę po poprzednim jej użytkowniku (nie będziemy się przecież oszukiwać, że dokładnie ją myje), inny z wielkiego gara przecedza trochę napoju do jednego z dwóch metalowych kubków, kolejny przelewa go wielokrotnie z kubka do kubka czyniąc przy tym niezwykłe akrobacje w celu wytworzenia piany, jeszcze inny podstawia szklankę by ten poprzedni mógł nalać do niej spienioną zawartość koniecznie z meniskiem żeby potem było co siorbać, ostatni kładzie ją na tackę i podaje. Uwielbiam te poważne miny i skupione twarze jakby wykonywali właśnie jakieś skomplikowane obliczenia matematyczno-fizyczne, prowadzili odrzutowiec, pojazd formuły jeden, albo ratowali porządek świata. A może oni właśnie w ten sposób ratują porządek świata?  Czaj w Azji najlepiej smakuje w oblepiajacym upale i przez chwilę po jego wypiciu pod wpływem temperatury i przypraw robi nam się jeszcze gorzej bo goręcej, w wyniku czego potem robi nam się chłodniej. Stawia na nogi jak kawa, ale może to tylko szok wywołany cukrem, bo czasem jest tak słodki że aż gęsty. Czaj w Polsce nieźle smakuje także zimą, świetnie rozgrzewa, a jego słoneczny kolor napawa optymizmem gdy na zewnątrz jest szaro i leży obrzydliwy na wpół roztopiony śnieg. Niestety nie mam tutaj dostępu do super tłustego mleka i herbaty też używam innej, dlatego gliniany kolor nepalskiego czaju na razie pozostaje dla mnie trochę nie do odtworzenia, ale mimo wszystko kolor jaki udaje mi się uzyskać jest również optymistyczny.

masala-tea-przyprawa_001

Masala zakupiona wraz z połową sklepu z przyprawami u pewnego Pana Sprzedawcy w Bodnath w Katmandu prawdziwego mistrza przyprawowego marketingu.

W Nepalu w każdym prawie sklepie z przyprawami i herbatą sprzedawcy mają swoją własną masalę, która leży sobie w ogromnych wielokilogramowych worach i można kupić kilogram lub pół, no w ostateczności 20 lub 30 deko – mniej się nie da, bo waga jest oczywiście analogowa  na odważniki i to tylko duże, na jakiej u nas jeszcze gdzieniegdzie ważą marchewkę albo ziemniaki. Inna być nie może bo rodziny są liczne a przyprawy sypie się szczodrze, więc jakby taki sprzedawca przypraw zobaczył, że u nas kupuje się je w absurdalnych torebeczkach po 10 gramów to chyba nic by z tego nie zrozumiał. Zresztą im bardziej szczelnie, próżniowo i nowocześnie są zapakowane tym bardziej słaby po rozpakowaniu mają zapach. W nepalskich sklepach typu samoobsługowego możemy znaleźć gotowe zapakowane mniejsze masale, tylko że za cenę kolorowego opakowania, na ulicy kupimy jej kilka razy tyle. W dodatku będziemy uczestniczyć w całym ceremoniale zachęcania, demonstrowania klientowi towaru, zachwalania go (w międzyczasie padną standardowe pytania o to skąd, dokąd, ile dzieci, i takie tam) ważenia i pakowania. Przy okazji nieco nadpobudliwy sprzedawca będzie próbował sprzedać wam prawie cały swój sklep. Jeśli choć niewielki procent jego zamierzeń się uda – wyjdziecie ze sklepu z całą siatą przypraw, przy których rozpakowywaniu będziecie raz po raz kichać tak bardzo będą świeże i niezwietrzałe. A potem ilekroć będziecie obok jego sklepu przechodzić będzie z dumą Was witał, pozdrawiał i zapraszał po jeszcze.

Oleje do włosów

Od krajów arabskich przez Indie, Malezję, aż po Chiny mnóstwo ludzi używa olejów do włosów.  Od jakiegoś czasu część z nich można także kupić w Polsce, na bazie ich popularności zaczynają pojawiać się bardzo ciekawe (chociaż jeszcze nie próbowałam) oleje  z roślin lokalnych, które rosną w naszych warunkach na przykład z łopianu, lub typowe kosmetyczne podróby na przykład o zapachu sztuczno-pomarańczowym niewiadomego składu nie mające zbyt wiele wspólnego z odwieczną tradycją namaszczania skóry głowy pachnącymi naturalnymi olejami, lecz przystępniejsze dla przeciętnego konsumenta.  Moja przygoda z olejami do włosów zaczęła się dość niedawno. Od tej pory nie mogę się bez nich obejść przynajmniej kilka razy w miesiącu. Jeśli zaczynam bardzo często go używać znika jakikolwiek łupież a włosy wyglądają na prawdę nieźle (chociaż wiem, że nigdy nie będą one wyglądać rewelacyjnie bo są cienkie i kiepskie i zawsze wyglądają jakby właśnie zostały czymś mocno sponiewierane). Olej przyda nam się zwłaszcza zimą, gdy jest sucho a nasza skóra jest podrażniona różnego rodzaju nakryciami głowy i suchym powietrzem, oraz na przykład sauną, czy chlorem z basenu. Przyda się także latem kiedy słońce mocno wysusza nam włosy.  Pomoże na wypadanie włosów, ich zbyt częste mycie, oraz na problemy z przesuszoną skórą głowy.  Po zapoznaniu z różnymi olejami, niezbyt wyobrażam sobie sens stosowania jakiejkolwiek odżywki do włosów jakiejś popularnej marki.

W wielu krajach Azji kobiety (chociaż mężczyźni także) mają obsesję na punkcie swoich włosów i stosują rozmaite ziołowe maseczki i papki oraz nacierają olejem włosy za każdym razem zanim umyją głowę, oraz niektórzy także świeżo po jej umyciu, bo olej na włosach chroni je od słońca. W takim na przykład Nepalu, w którym wielu ludzi żyje poniżej wszelkiego minimum, można kupić olej nawet w mikroskopijnych saszetkach jednorazowego do użycia w każdym  mini sklepiku, także tym obnośnym. Jest to też artykuł tak popularny, że musi być pod ręką w każdym możliwym opakowaniu, nawet jeśli kogoś nie stać na całą butelkę. Ludzie nie boją się chodzić po ulicach z mocno natłuszczonymi włosami i dosłownie ociekać olejem (chociaż na ciemnych włosach całkiem nieźle to wygląda, a na moich niestety nie). Najpopularniejszymi olejami są amla, olej kokosowy, musztardowy (z ziaren gorczycy) ze słodkich migdałów, oraz różne oleje wieloskładnikowe jak Sesa czy Navratna,  oraz przeróżne oleje ajurwedyjskie złożone z ziół i innych składników ale nie posiadające swojej handlowej nazwy. U nas oczywiście chodzenie z tłustymi włosami by nie przeszło i olej nakłada się przed umyciem głowy, tak żeby działał także po jej umyciu.

Od czego zacząć używania olejów do włosów? Pewnie od wybrania takiego, którego zapach nam się podoba, tu niezbędna będzie wizyta w stacjonarnym sklepie, bo niektóre niewprawionym nosom pewnie mogą wydać się dość dziwne czy wręcz odpychające. Ja już tak mam, że jeśli chodzi o takie naturalno-roślinne zapachy to przeważnie wszystko od razu mi się podoba. Istnieje teoria, dobierania oleju w zależności od stopnia złuszczenia włosa aczkolwiek ja używam zupełnie innych niż ta teoria nakazuje i nie narzekam. Trzeba tylko uważać by nie nakładać go za dużo, gdy w wyniku jego użycia włosy po umyciu głowy nadal będą lekko tłuste, na drugi raz trzeba użyć go mniej, żeby nie obciążał nam włosów, bo będzie przynosić do skutek odwrotny do zamierzonego.  W tej chwili mogę opisać cztery oleje które obecnie posiadam, wszystkie są bardzo popularne i przemysłowe, bez żadnej olejowej ekstrawagancji czy niszowych marek: Amla firmy Dabur, Vatika również firmy Dabur, Navratna firmy Himani, oraz Zam Zam hair oil. Na początek spośród tych co wymieniłam najlepszy będzie olej kokosowy czyli Vatika zawierający w swoim składzie także niewielkie ilości amli, różnych ziół i olejek cytrynowy. Nuta zapachowa kokosu jest zdecydowanie dominująca, a chyba większość ludzi lubi ten zapach, więc żeby zacząć przygodę z olejami ten powinien być w sam raz. Bardzo fajnie zmiękcza włosy, które potem delikatnie pachną kokosem. Jego jedyną wadą jest to, że w naszym klimacie tylko kilka dni w roku w czasie rekordowych upałów ma on szansę pobyć przez chwilę w stanie rozpuszczonym, bo w temperaturze pokojowej zastyga, więc z wydłubaniem go z butelki trzeba się nieco namęczyć, widać że opakowanie nie zostało stworzone z myślą o naszej strefie klimatycznej. Można butelkę z olejem wsadzić do ciepłej wody, ale zawsze szkoda mi na to czasu, lepiej już użyć jakieś łyżeczki czy innego patyczka. Jeśli weźmiemy grudkę oleju na rękę po chwili zaczyna się topić i z białego robi się przeźroczysty.  Bez problemu kupimy go w Polsce. Możemy także do celów kosmetycznych używać nierafinowanego oleju spożywczego zarówno do głowy jak i do ciała zamiast balsamów i innych paskudztw.

oleje-do-wlosow_001

zam-zam-hair-oil_002

Drugi olej który posiadam, czyli amla to już zdecydowanie olej nie dla wszystkich, ze względu na specyficzny zapach, od razu zaznaczam że mi się on podoba. Amla czyli liściokwiat garbnikowy to drzewo rosnące w Indiach którego jadalne owoce wykazują właściwości antywirusowe i antybakteryjne, są też ważnym składnikiem wielu leków medycyny ajurwedyjskiej. Działa on bardzo ściągająco na skórę głowy, po pierwszym nałożeniu skóra może nas delikatnie zacząć szczypać i swędzieć, (uwielbiam to uczucie). Usuwa łupież i wywołuje intensywny wzrost włosów. Całkiem nieźle zmywa się z głowy. Produkuje go wiele różnych firm. Można spotkać oleje amla bio i organic, można też zrobić go samemu dodając sproszkowaną amlę do jakiegoś oleju (instrukcje są na youtube) można zakupić bardziej przemysłowe na przykład firmy Dabur, który w  Nepalu jest artykułem absolutnie pierwszej potrzeby jak u nas zapałki czy papier toaletowy. Produkuje go także firma Khadi, która w swojej ofercie ma również bardzo ciekawe oleje ajurwedyjskie, które nieco odstraszają mnie swoją ceną za niewielką buteleczkę, ponieważ zdaję sobie sprawę ile taka buteleczka kosztuje w kraju z którego pochodzi.

Kolejny olej – Zam zam, wytwarzany jest w Malezji. Składa się on z kombinacji ziół i minerałów. Ma on przepiękny świeży zapach w którym przeważa nuta jaśminu, ale jest bardzo ciężki, stworzony do ciemnych, grubych włosów. Jeśli nałożymy go tyle co innych olejów to trudno zmyć go z głowy, jedno mycie zazwyczaj nie wystarczy. Trzeba więc bardzo mało go używać. Piękny świeży zapach który potem zostaje na włosach trochę to rekompensuje.

navratna-oil-shakrukh-khan_001

Shakrukh też go używa (zdjęcie z indyjskiego ebaya).

navratna-hair-oil_002

Olej Navratna na męskie włosy, ale kobiecym też pewnie pomoże ;).

navratna-hair-oil_001

Ma podejrzanie czerwony kolor, ale jego zapach i działanie sprawiają że przestaje to przeszkadzać.

Na koniec mój obecnie ulubiony olej – Navratna niezbyt popularny w Polsce ale do zdobycia, na przykład tu. Niestety w Katmandu taki sam olej kosztował 175 rupii czyli równowartość około 5,50 zł w Polsce natomiast kosztuje dokładnie 7 razy drożej. W Nepalu sprzedaje się go jako olej dla mężczyzn. Ambasadorami tej marki są Amitabh Bachchan i Shakrukh Khan, więc musi być świetny. Olej ma mocne właściwości chłodzące skórę głowy, oraz przepiękny zapach. Składa się z dziewięciu ziół między innymi amli, mięty, hibiskusa, bhringaraju, kamfory. Na opakowaniu jest napisane że oprócz włosów możemy wyleczyć nim: migreny, ból karku, bezsenność, oraz stres, napięcie oraz ból mięśni. Jednym słowem pomaga na wszystko :). Jego nałożenie na głowę powoduje u mnie efekty takie same jak przy amli tyle że intensywniejsze. Jest on bardzo przyjemnym olejem.

Jeśli czasem oglądamy telewizję, jesteśmy bombardowani absurdalnymi reklamami, w których jakaś odżywka do włosów, składająca się  z delikatnie mówiąc niezbyt zdrowych chemikaliów w dwa lub trzy tygodnie naprawi nam zniszczone włosy, jednocześnie mając pod ręką na przykład w kuchni czy lodówce środki używane od tysięcy lat które są w stanie zrobić to naprawdę.

Update z października 2015

Po odbytych przeze mnie studiach zielarskich i coraz większemu zainteresowaniu tematyką różnych olejów, pasowałoby dodać tutaj jeszcze kilka informacji. Oleje powinno się podzielić również pod względem sposobu ich pozyskania. Będziemy więc mieć tutaj dwie grupy: oleje pochodzące bezpośrednio od roślin oleistych z których zostały pozyskane – jak olej palmowy, kokosowy, czy ze słodkich migdałów, oraz oleje będące wynikiem maceracji roślin w innych olejach. Do takich zaliczamy oleje amla, czy chociażby nasz polski olej łopianowy do włosów. Rośliny takie jak liściokwiat garbnikowy, czy łopian nie są roślinami oleistymi, uzyskuje się je w wyniku maceracji materiału roślinnego w oleju. Po jakimś czasie substancje przechodzą z rośliny do oleju. Bardzo ważne jest jednak jaki jest to olej. Czytając na przykład ten post możemy się z niego dowiedzieć, że dostępne na polskim rynku oleje z łopianu czy uczepu trójlistkowego robione są na oleju sojowym, do którego mało kto ma zaufanie, bo soja jest rośliną chyba najczęściej modyfikowaną genetycznie. Co gorsza na etykiecie nie znajdziemy o tym informacji. Podobnie nie najszczęśliwszym wyborem jest używana przeze mnie amla firmy Dabur, ponieważ jest robiona na oleju parafinowym, który również jest dodatkiem nieco kontrowersyjnym (jest produktem ropopochodnym, wprawdzie neutralnym dla skóry, jednak blokuje jej pory uniemożliwiając wymianę powietrza i usuwanie przez skórę toksyn). Olej parafinowy to także podstawowy składnik oliwek dla niemowląt. Firma Dabur przynajmniej informuje na etykiecie z jakim olejowym medium mamy do czynienia. Dlatego też w przyszłości zamierzam sama kupić sobie sproszkowaną amlę i pomacerować ją w jakimś lepszym oleju.

Boudhanath 2014

Po powrocie z Langtangu spędziliśmy dwa dni w centrum Katmandu i stwierdziliśmy, że dłużej w tak zanieczyszczonym miejscu chyba nie wytrzymamy, a do powrotnego lotu do Polski został prawie tydzień. Szybko odbębniliśmy zakupy, które można załatwić tylko na Thamelu i przeprowadziliśmy się do Bodnath – dzielnicy buddyjskich klasztorów zamieszkałej głównie przez mniejszość tybetańską. Wcześniej się tam wybraliśmy i zbadaliśmy ją nieco pod kątem noclegów, można jednak jechać tam w ciemno, bo jak przystało na jedno z najważniejszych buddyjskich miejsc pielgrzymkowych w kraju, jeśli właśnie nie odbywa się tam jakieś święto, to o sensowny nocleg w nim nietrudno. W centrum Katmandu mamy dwie mieszkaniowe opcje. Obojętnie jaki hotel wybierzemy to albo mieszkamy „od strony ulicy” i wtedy większą część doby pod naszymi oknami jeżdżą i smrodzą motocykle, a przez resztę czasu walczą z sobą o terytorium uliczne psy (pokój prawie zawsze jest mocno przewiewny, ma pojedyncze szyby w archaicznych nieszczelnych oknach i dodatkowo rzeźbione otwory w ścianach). Czasem może się też okazać, że zupełnie w pobliżu jest jakaś knajpa dla turystów, która uaktywnia się o przedziwnych godzinach i już w ogóle nie da się zmrużyć oka bo pomieszczenia wcale nie izolują nas dźwiękowo od tego co się dzieje na ulicy.  Drugą opcją jest pokój „od podwórka” wprawdzie znacznie cichszy ale zawsze bez dostatecznej ilości słońca i światła, ponieważ budynki stawia się niemal jeden na drugim. Pokoje często są zawilgocone i delikatnie mówiąc niezbyt przyjemnie w nich pachnie za sprawą zasiedlenia podwórka przez liczne koty, szczury, gołębie i gromadzenia na nim różnorakich sprzętów, czasem nawet całej kuchni albo pralni. Chodzenie po ulicach Katmandu jest na tyle hardcorowe, że czasem przydało by się odpocząć w sensownych warunkach, by nabrać sił na kolejny dzień tego ekstremalnego sportu.

nep_katmandu_stupa-boudnath_005.jpg

Pierwszy raz odwiedzamy Boudnath 14 kwietnia podczas nepalskiego Nowego Roku.

nep_katmandu_stupa-boudnath_006.jpg

Wtedy stupa w całości jest otwarta dla pielgrzymów.

nep_katmandu_stupa-boudnath_pielgrzymi_001.jpg

Dookoła stupy jak i na niej krążyły tłumy ludzi, wszystkie ulice dookoła były całkowicie zakorkowane ludźmi i samochodami.

nep_katmandu_stupa-boudnath_003.jpg

Nawet nie próbowaliśmy dostać się na jej wyższe piętra z powodu absurdalnie długiej kolejki.

nep_katmandu_stupa-boudnath_002.jpg

nep_katmandu_stupa-boudnath_004.jpg nep_katmandu_stupa-boudnath_001.jpg
nep_katmandu_boudnath_stragan-z-przekaskami_001.jpg

Na ulice wyległo mnóstwo sprzedawców.

nep_katmandu_boudnath_stragan-z-lampkami_001.jpg

Można było na przykład zapalić świeczkę na szczęście.

Jeśli porównać Thamel do innej turystycznej dzielnicy czyli Khaosan Road w Bangkoku, to jest on o wiele przyjemniejszym miejscem i raczej nic nie wskazuje na to by szybko zrobiło się tam aż tak koszmarnie. Do Nepalu przyjeżdżają bowiem trochę inni ludzie. Kraj jest trudniej dostępny i samo dotarcie tu wymaga znoszenia większych niewygód, dlatego nie jest odwiedzany tak tłumnie jak Bangkok. Również mentalność Nepalczyków jest zdecydowanie inna niż Tajów, dlatego mimo wszystko poziom turystycznej makdonaldyzacji jest trochę niższy. Jeśli jednak chcemy tam odpocząć od miejskiego zgiełku to jest to wybitnie złe miejsce.

Za te same a często nawet niższe pieniądze w dzielnicy Bodnath zamieszkamy w hotelu otoczonym z trzech stron buddyjskimi klasztorami, które codziennie o świcie budzą nas dźwiękami trąb. Mamy ogromnych rozmiarów ogród z wysokimi drzewami, a od zgiełku ulicy jesteśmy oddzieleni wysoką bramą. Czujemy się jak w jakimś sanatorium. Wprawdzie zazwyczaj chętnych na zamieszkanie jest więcej niż pokoi i mieliśmy szczęście, że akurat tego dnia zwolniło się kilka. Mieszkają tam ludzie spędzający w mieście dłuższy okres czasu. Zagraniczno-nepalskie pary mieszane, oraz adepci licznych odbywających się w okolicy zajęć jogi i medytacji. Co rano większość mieszkańców wykorzystuje hotelowy ogród albo rozległy płaski dach wykonując na nim asany. W nocy jest idealnie cicho i zamiast motorów i psów słychać ćwierkające ptaki. Mieszkając tu można nieśpiesznie pokręcić się po licznych buddyjskich klasztorach, których jest w dzielnicy kilkadziesiąt, a także odwiedzić leżącą w pobliżu hinduistyczną świątynię  Pasupatinath.  Z głodu także tutaj nie umrzemy. Dookoła stupy mieści się ogromna ilość restauracji. Ja jednak lubię chodzić w kółko do tych samych miejsc, więc na przemian odwiedzałam kultowy lokal Double Dorjee i leżącą niespełna 50 metrów dalej restaurację i piekarnię Nir’s Toast Bakery & Restaurant. Dochód z prowadzenia tej ostatniej przeznaczony był na poprawę życia społeczności wsi położonej w Himalajach oraz szkół z jej okolicy. Młodzi mieszkańcy prowincji odbywają w restauracji praktyki w dziedzinie gastronomii, ucząc się przynoszącego dochód zawodu. Jakieś 500 metrów od stupy idąc wzdłuż zadymionej i okropnej ulicy Boudnath Main Road, znajduje się też  całkiem nieźle zaopatrzony samoobsługowy supermarket. Jedyną irytującą rzeczą w dzielnicy są żebracy, których tysiące kręci się dookoła świętego miejsca. Najbardziej chyba tragicznym tego przykładem są „matki” trzymające w rękach odurzone dzieci i „zbierające na mleko” dla nich. Przychodzą zawsze w tych samych godzinach i działają w grupie. Każda z nich trzyma nieprzytomne dziecko. Agresywnie domagają się pieniędzy. Rozmawialiśmy też z jednym Nepalczykiem na temat innej mocno ciemnoskórej grupy żebraków i dowiedzieliśmy się, że są to przedstawiciele jednego z plemion, które zamieszkuje północne Indie. Z powodu  braku perspektyw do życia u siebie przyjechali do stolicy Nepalu żeby żyć z żebractwa. Obywatele Indii mogą łatwo dostać się do Nepalu przedstawiając jakikolwiek dokument tożsamości, nikt nie wymaga od nich paszportu, ani nie kontroluje przepływu ludzi. Kto by pomyślał, że oprócz Nepalczyków także Indusi pogarszają i tak już tragiczną sytuację demograficzną miasta. Święte tłumnie odwiedzane miejsca sprawiają, że szczególnie widoczne są w nich problemy społeczne z jakimi ten kraj musi sobie radzić. Mimo wszystko nawet chodząc po Boudnath późno w nocy jest spokojnie i bezpiecznie no i znacznie trudniej zostać tu przejechanym na ulicy przez pędzący motocykl.

nep_katmandu_boudnath-psy_001.jpg

W normalny dzień w dzielnicy jest dużo spokojniej.

Klasztor Kopan

Mieszkając w Bodnath odwiedziliśmy też dwa razy klasztor Kopan. Chcieliśmy dowiedzieć się nieco więcej, niż to co można przeczytać w internecie na temat odbywających się tam kursów medytacji i obejrzeć warunki pobytu w klasztorze. Na ogromną uwagę zasługuje też miejscowa księgarnia. Są w niej książki nieprzypadkowe, poświęcone duchowości, religiom świata i filozofii. Ceny są bardzo rozsądne, mają służyć minimalnemu zarobkowi ale głównie rozprzestrzenianiu wiedzy o buddyzmie i duchowości. No cóż, warunki pobytu specjalnie mnie nie powaliły bo nie są szczególnie komfortowe, o ciepłej wodzie na przykład możemy raczej zapomnieć, bo jest ogrzewana wyłącznie energią słoneczną i zazwyczaj ponoć jej nie ma (tak mówili mieszkający tam ludzie). Z drugiej jednak strony takie warunki sprawiają, że na kursy zapisują się ludzie zmotywowani by faktycznie się czegoś dowiedzieć i nie odstrasza ich nawet brak komfortu. Przynajmniej miejscowa wegetariańska restauracja wygląda całkiem nieźle i robi dobre jedzenie. Podczas posiłku rozmawialiśmy na przykład z pochodzącą z Australii buddyjską zakonnicą, która przyjechała do Kopanu pogłębiać swoją wiedzę na pół roku. Narzekała na monotonne klasztorne jedzenie i była zmuszona posilać się w płatnej restauracji dla gości z zewnątrz. Klasztor stał się znaną na świecie instytucją w dziedzinie kursów wprowadzenia do buddyzmu i buddyjskiej medytacji (w tradycji buddyzmu tybetańskiego). Jest to na prawdę niezła opcja. Uczenie się danej dziedziny bezpośrednio u źródeł gwarantuje brak przekłamań. Prowadzone tutaj kursy mają charakter niekomercyjny. Możemy być pewni, że nie mamy do czynienia z jakąś dziwną organizacją jak może się to zdarzyć w przypadku różnych europejskich szkół i odłamów buddyzmu przyciągających różnych dziwnych ludzi i czasem sprawiających nieco „sekciarskie” wrażenie. Zawsze im dalej od źródła tym więcej dziwnych naleciałości. Kopan to znana buddyjska instytucja. Dzielnica wydaje się być idealnym miejscem do zapoznania się z tybetańskim buddyzmem, bo nawet jeśli nie będzie pasował nam termin w klasztorze Kopan, podobne nauki oferują także inne znajdujące się w okolicy mniej znane klasztory. W dzielnicy odbywają się też najlepsze w Nepalu kursy jogi, ale nie miałam czasu ani możliwości by to sprawdzić, natomiast wielu mieszkańców naszego guest house’u się na nich uczyło.

nep_katmandu_boudnath_przedmiescia_002.jpg

Wychodząc nieco poza teren dzielnicy tybetańskiej można na przykład natknąć się na biurowiec ze swastyką (która tam nie posiada negatywnych konotacji – jest symbolem szczęścia i słońca)

nep_katmandu_boudnath_przedmiescia_001.jpg

Idąc do klasztoru Kopan czujemy się trochę jakbyśmy byli na wsi. Asfaltu tu nie uświadczymy.

nep_katmandu_klasztor-kopan_002.jpg

A to już klasztor Kopan i park z licznymi przedstawieniami buddów.

nep_katmandu_klasztor-kopan_001.jpg

W przeciwieństwie do otoczenia klasztor i ogród są bardzo zadbane.

nep_katmandu_widok-z-klasztoru-kopan_001.jpg

Z klasztoru Kopan rozciąga się taki widok na okolicę.