Archiwum kategorii: Katmandu

Bardzo długa lista nepalskich zakupów

W Nepalu prawie niemożliwe jest powstrzymanie się od amoku zakupów, oto bowiem właśnie przenieśliśmy się do świata gdzie większość rzeczy robi się jeszcze ręcznie. Prawie wszystko jest tutaj robione tradycyjnymi metodami jak kilkadziesiąt albo nawet kilkaset lat temu. Samo podglądanie jak tworzy się niektóre rzeczy może sprawić, że kilka dni w Katmandu przeleci nam jak z bicza trzasnął, sporo przedmiotów wykonuje się w przydomowych warsztatach na tyłach sklepów. Na skomplikowane maszyny nikogo jeszcze tutaj nie stać, a szczytem techniki jest maszyna do szycia. Na dodatek, ta ręczna nieraz bardzo misterna praca kosztuje tyle co zachodni maszynowo i seryjnie wykonywany przedmiot, czasami nawet mniej. Jak więc można nie skorzystać i nie wesprzeć przy okazji ludzi, którzy niszczą sobie wzrok na przykład malując całe życie misterne ornamenty? Jeśli dodatkowo jakiś przyjezdny cierpi na obsesję posiadania tradycyjnie wykonywanych przedmiotów może nabawić się sporego nadbagażu. Jest też druga strona medalu. Bieda, która powoduje że używa się kiepskiej jakości materiałów, na przykład nici czy barwników do tkanin, co sprawia że czasem jest to prawdziwa loteria. Raz trafia się na solidny produkt który może służyć nam przez lata, innym razem zakup rozpada się niemal po pierwszym użyciu. Tak jest zwłaszcza ze „współczesnymi” produktami takimi jak rozmaitej maści sprzęt turystyczny i trekkingowy. Nepal jest miejscem gdzie prawie wszyscy znajdą dla siebie coś unikatowego do kupienia. Od wielbicielek ubrań i biżuterii, po mężczyzn o  zainteresowaniach godnych samca alfa.  Zaczniemy od używek ale wyjątkowo nie będzie wśród nich alkoholu, bo w przypadku Nepalu nie ma za bardzo o czym pisać.

nep_katmandu_sklep-z-elektronika_001.jpg

W Nepalu zamiast na elektronice należy skupić się na zakupie rozmaitego rękodzieła.

Kawa

Kawa w Nepalu? W życiu bym nie przypuszczała, że oprócz sterty innych rzeczy przywiozę sobie stamtąd dwa kilogramy organicznej kawy. Jest to w tym kraju nowość. Na górskich zboczach od maksymalnie dwudziestu lat rolnicy uprawiają kawę. Okazało się że dobrze się udaje, nie choruje i nie wymaga chemicznych środków ochrony, i jej uprawa jest zrównoważona. Prawie zawsze jest to więc kawa z certyfikatem organic. W dodatku ma całkiem niezły smak i zaczyna być doceniana na świecie. W chwili obecnej jest jej już 1700 hektarów i można mówić o nepalskim „coffee industry”. Co ważne, pomaga bardzo biednym obszarom wydobyć się z nędzy, rośnie w miejscach gdzie niczego innego nie da się wyprodukować. Widać jednak, że nikt nie jest w tym kraju z nią obyty. Napicie się w tym kraju dobrej kawy graniczy z cudem, jeśli nie mieszkamy w wielogwiazdkowych hotelach lub hostelach dla bananowej młodzieży. Po pierwsze, w stolicy często nie ma prądu, a ciśnieniowy ekspres do kawy potrzebuje go sporo i nie zadowoli się lichym prądem z akumulatora lub generatora. Jest to urządzenie bardzo dla Nepalczyków drogie, a lokalnie się ich nie wytwarza. Nawet całkiem wypasione restauracje w których można jeść większość dań bez obawy o zatrucie, przyznają że nie stać ich na ekspres. Po drugie jeśli już mamy szansę napić się jakiejś latte albo prawdziwego espresso kosztuje ono czasem tyle co spory obiad z dodatkiem mięsa (albo dniówka wegetariańskiego wyżywienia), czy nocleg w hotelu gdzieś poza stolicą. Trochę bardziej powszechne są kawiarki czyli ciśnieniowe czajniczki, jednak nieco przeszkadza mi posmak aluminium w pitej kawie, a te ze stali nierdzewnej to rzadkość. Bardzo często zdarza się, że wchodzimy do miejsca które na szyldzie tytułuje się kawiarnią a parzą w niej tylko grubo zmielone fusy zalewając je przegotowaną wodą (a nie gotując na wolnym ogniu zmielone na pył jak w wersji turecko-arabsko-bałkańskiej, którą uwielbiam). Prawie nikt nie potrafi sensownie zaparzyć kawy i widać że jest ona robiona tylko na potrzeby przybyszów z zagranicy. Nepalczycy jakby nie czują w ogóle tematu. Moje poszukiwania kawy w Katmandu zmarnowały sporo czasu ale czego się nie robi dla najważniejszego z nałogów. Mieszkałam tam w sumie w trzech różnych częściach miasta i za każdym razem łatwo nie było. Najtrudniej napić się dobrej kawy było w tybetańskiej dzielnicy Boudnath, a mieszkaliśmy tam chyba tydzień. W każdym razie nepalską kawę warto kupić. Występuje tylko w dużych półkilogramowych workach i jest najczęściej sprzedawana w wersji niezmielonej. Kupiłam cztery: trzy tańsze i jedną dosyć drogą, produkowaną przez nepalsko-francuską firmę której nazwy już nie pomnę. Ją otwarłam najpierw i okazało się, że została dosłownie sponiewierana zbyt mocnym paleniem. Pozostałe były o wiele lepsze i delikatniejsze, ale ogólnie pali się tam kawę dosyć mocno, więc jak ktoś takiej nie lubi to lepiej kupić jeden worek. Warto jednak kupić cokolwiek po pierwsze z ciekawości, a po drugie z powodu korzystnego stosunku jakości do ceny. Na pewno smakują one inaczej niż popularne europejskie marki w rodzaju lawazzy.

nep_nepalska-kawa_001.jpg

Pół kilo dobrej kawy z certyfikatem organic, kosztuje 500 nrp.

Herbata

Herbata to co innego. Uprawiana jest tutaj od stuleci, bo warunki klimatyczne są podobne jak w Darjeelingu, ale to herbaty stamtąd są słynne na całym świecie, a o herbacie nepalskiej mało kto słyszał. Pita przez Nepalczyków najczęściej w formie masali z mlekiem i przyprawami na okrągło, co najmniej kilka razy dziennie. W górach króluje tybetańska wersja herbaty zielonej z masłem jaka i solą. Napój bardziej przypomina rosół niż herbatę i w zależności od ilości jaczego masła, jest albo pijalny, albo trudny do wypicia.  W sklepach na Thamelu turystycznej dzielnicy Katmandu leżą całe tony herbaty zazwyczaj z dodatkami, popakowane w różne ręcznie robione dosyć ładne (produkowane taśmowo i seryjnie) drewniane i szmaciane opakowania. Przy herbatach „smakowych” na przykład z dodatkiem mandarynki czy płatków róży zawsze podejrzewam, że mam do czynienia z naprawdę kiepską i niezbyt pijalną herbatą, której żaden Azjata przenigdy by nie wypił i która jest przeznaczana na eksport i zapewne kosztuje grosze. Jedynym wyjątkiem mogą być herbaty jaśminowe czy z dodatkiem płatków lotosu, bo tak aromatyzuje się i wzbogaca smak herbaty w chińskim kręgu kulturowym. W Nepalu zaś mamy w sklepach herbatę zieloną czasem nawet w kilkudziesięciu różnych smakach. Kupiłam jedną i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest całkiem przyzwoita, delikatnie aromatyzowana wyłącznie naturalnymi środkami – jakby w domu zmieszać sobie niezłą zieloną herbatę z płatkami róż  – nic więcej, żadnych sztucznych zapachów i kolorów. Na Thamelu sprzedaje się mnóstwo takiej herbaty zapewne z powodu turystów, którzy wybierają „bardziej znośną” dla siebie herbatę, czyli taką z różnymi dodatkami. Na zielonej się nie znają (trudno zresztą wiele się dowiedzieć jeśli herbata jest bardzo szczelnie zapakowana), a z dodatkami pewnie bardziej im smakuje. Nie warto jednak zakupów herbacianych zakończyć na odwiedzeniu sklepu samoobsługowego na Thamelu i kupieniu kilku herbat smakowych w ładnych ręcznie robionych pudełkach (wiem że zdarzają się też mniej ładne i kiczowate ale da się coś wybrać jak się poszpera). W Katmandu mamy bowiem sporo sklepów wyłącznie z herbatą prosto z plantacji. Ich właściciele mówią po angielsku i jak trzeba wyczerpująco opowiedzą o swojej herbacie. Zawędrowaliśmy na przykład do sklepu (znajdującego się przed wejściem na podwórko na którym znajduje się stupa Kathi Swoyambu i liczne sklepy z tangkami), sprzedającego herbatę z regionu Ilam, graniczącego ze słynnym Darjeeling. Sklep posiada nawet stronę internetową ale nastawiony jest chyba tylko na Japończyków i z nimi prowadzi biznesy, bo nie ma nawet wersji anglojęzycznej. Herbatę zakupioną przez nas w tym sklepie w ilościach pół i kilogramowych sprzedawca musiał pakować spawając foliowe opakowanie nad świeczką bo właśnie miała miejsce awaria podczas i tak krótkich godzin występowania prądu.  Zawędrowaliśmy jeszcze do kilku innych, ale nie dali nam wizytówek. Natomiast przenigdy nie kupiłabym w Katmandu herbaty na wagę, która leży sobie na ulicy niczym nie przykryta, bo ilość występujących w niej zanieczyszczeń całkowicie przeważyłaby nad korzyściami płynącymi z jej picia i chyba zdrowiej i rozsądniej byłoby napić się coli niż takiej herbaty. Niestety herbata sprzedawana jest w tej sposób bardzo powszechnie i sporo ludzi ją pije.

Kadzidła

Pod względem kadzideł Nepal to istny raj na ziemi, bo spotykają się tu wpływy hinduskie i tybetańskie, a w obu kulturach (i dominujących w nich religiach) bardzo duże znaczenie ma okadzanie i kadzidlany dym. Azjatyckie świątynie i kapliczki już od rana z daleka mocno pachną, ale w Nepalu pali się je w zasadzie w każdym sklepie, jadłodajni czy innym biznesie na dobry początek dnia i powodzenie w interesach. I to nie po jednym ale od razu cały pęk. Są formą ofiary składanej z różnych przyczyn:  wdzięczności dla Absolutu, lub w bardziej animistycznym wymiarze dla wzmocnienia sił duchów opiekuńczych danego miejsca, albo w celu przepędzenia tych złych. Składanie ofiar to ważny fundament buddyzmu i hinduizmu. Kadzidła w Nepalu można kupić w rozmaitej formie. Sypkiej – w postaci sproszkowanej mieszanki ziół, gdzie dominującym składnikiem jest pewien rodzaj górskiego jałowca. Im z większej wysokości pochodzi, tym większą ma moc. Pali się je w drewnianych pudełeczkach. Są też kadzidła sprasowane. Podpala się je i stopniowo się tlą. Mogą być podłużnych lub stożkowych kształtów. Te indyjskie posiadają drewniany patyczek, który możemy w coś włożyć lub wbić celem utrzymania kadzidła w pionie. Patyczek spala się razem z kadzidłem, na końcu zaś zostaje go kawałek. Te tybetańskie spalają się w całości gdyż nie posiadają żadnego patyczka. Kadzidła kupowane w Nepalu kosztują oczywiście co najmniej kilkakrotnie mniej niż sprowadzone do Europy. Jeśli przywiezie się je do domu i włoży do szafy, ma się gratis wyperfumowane wszystkie ubrania. Są produktem bardzo nietrwałym, na początku pachną niezwykle intensywnie, stopniowo zawarte w nich olejki wietrzeją. Zanim dotrą do Europy i przeleżą się w magazynach nie pachną już tak mocno, niż jeśli kupimy je gdy są niedawno wyprodukowane, dlatego będąc na miejscu warto zaopatrzyć się w nie z (prawie) pierwszej ręki. Do Europy docierają przede wszystkim kadzidła „o zapachu” na przykład paczuli, róży, cytrusów czy lawendy. Ich funkcja została zbanalizowana: mają usunąć z domu nieładne zapachy niczym kolejny odświeżacz powietrza albo środek czystości. W Azji pali się je żeby wyrazić cześć albo wdzięczność, a piękny zapach jest niejako przy okazji. Można więc kupić kadzidła dla konkretnej formy boskiego Absolutu (na przykład dla hinduskiej bogini Lakszmi albo strażnika buddyjskiej dharmy Mahakali) czy w konkretnej intencji na przykład usuwania przeszkód w życiu. Kadzidło ma zmienić atmosferę miejsca na lepszą, oczyścić ją z wszelkiego zła. Jest ofiarą składaną co rano w celu przypomnienia ofiarodawcy po co i dla kogo żyje. Niektóre kadzidła buddyjskie są robione w klasztorach wyłącznie przez mnichów a ich receptura jest tajemnicą. Są robione z konkretną intencją, albo błogosławieństwem, które ma dotyczyć ofiarującą je osobę. Uważam że to bardzo piękna sprawa. Czy wypada traktować takie kadzidło jedynie jako środek do poprawienia zapachu swojego mieszkania? Wolę wierzyć, że paląc je poprawiam w nim nie tylko zapach 🙂

nep_katmandu_boudnath_kadzielnica_001.jpg

Kadzielnica w skali makro przy Boudnath największej stupie Nepalu. Na pierwszym planie widać nawet jałowiec.

kadzidla_nepalskie_001

Kadzidło tybetańskie z Nepalu.

Przyprawy

W Nepalu kupimy wszystkie najbardziej znane w kuchni indyjskiej mieszanki przypraw takie jak niezliczone odmiany curry i masali, w tym także liczne masale do herbaty z mlekiem (każdy sklep ma własną indywidualną mieszankę dlatego szkoda kupować tylko jedną), ale także pojedyncze przyprawy kuchni indyjskiej takie jak kardamon i goździki, gałka muszkatołowa czy asafetyda.  Warto jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie ich czystość i jakość. Nepal jest bardzo biednym krajem co odbija się nawet na warunkach przechowywania przypraw. Jeśli w sklepie otwartym na ulicę, wszystko w jeden dzień jest w stanie pokryć się półcentymetrową warstwą pyłu, to jaka musi być sytuacja z przyprawami sprzedawanymi w takich warunkach na wagę? Ile jest w niej przyprawy a ile „zawartości” ulicy. Wybieram więc tylko te pakowane. Nepal jest na tyle ubogim krajem, że pakowane przyprawy w sklepie kosztują dużo więcej bo połowę albo więcej ceny stanowi jego opakowanie. Po rozpakowaniu ich w domu może okazać się, że były one cztery razy przepakowywane, a ich data przydatności do spożycia cztery razy „przedłużana”. Miałam okazję zapoznać się z takim sposobem radzenia sobie z datą ważności przypraw bo kupiłam raz kilka opakowań pieprzu na Thamelu. W dzielnicy Boudhanath na ulicy Boudha Main Road jest sporej wielkości supermarket, w którym można kupić pakowane przyprawy. Kupują w nim głównie bogaci Nepalczycy i zagraniczni rezydenci, którzy przyjechali tu na dłużej uczyć się jogi czy medytować. Niestety nawet jeśli zaopatrzymy się w przyprawy nie w pierwszym lepszym sklepie w dzielnicy turystycznej to i tak nie zawsze będą one poddane odpowiedniej obróbce. Zrobiłam w Nepalu zapasy czarnego kardamonu, bo u nas jest drogi i niezbyt intensywnie pachnący. Niestety po roku przechowywania w szczelnym słoju z bólem stwierdziłam, że cały pokrył się kożuchem pleśni bo nie został dobrze wysuszony. Zamiast służyć mi do różnych masal musiał więc trafić do kosza, co bardzo boli zwłaszcza jeśli targaliśmy go własnoręcznie w drodze do i z lotniska (czasem ta droga jest długa i kręta). Jeśli kupujemy przyprawy w bogatszych krajach coś takiego się nie zdarza. Dlatego mimo że przypraw na sprzedaż na ulicy leżą całe tony, to nawet za nimi trzeba się trochę nachodzić. Przyprawy kupione na Thamelu zapleśniały, albo miały wielokrotnie przedłużaną datę ważności. Te kupione w tybetańskiej dzielnicy w supermarkecie i u pana Hindusa, który dzielnie usiłował sprzedać nam cały swój sklep (i prawie mu się udało), mają się dobrze i zostały już w dużym stopniu zjedzone, chociaż jedno chili poleży u mnie chyba jeszcze z dziesięć lat bo mam go pół kilo a jest ekstremalnie pikantne i da się go używać tylko jeśli zmieszam go z jakimś innym. Zdarzyła mi się także zabawna pomyłka. W supermarkecie na Boudhanath, kupiłam opakowanie pociętej na ćwiartki (w swoim mniemaniu) gałki muszkatołowej. Podpis na opakowaniu był tylko nepalski, ale produkt stuprocentowo wyglądał na gałkę. Po rozpakowaniu jej w domu okazało się, że nasiona wcale nie pachną gałką, jedynie do złudzenia ją przypominają. Okazało się, że są to orzechy areki – składnik betelu, (także panu i guthki), o działaniu pobudzającym i delikatnie halucynogennym, co uzyskuje się dopiero po połaczeniu z pozostałymi składnikami mieszanki.

orzechy-areki_001

To właśnie orzechy areki omyłkowo uznane przeze mnie za gałkę muszkatołową. Podobne prawda?

nep_katmandu_stoisko-z-panem_001

A to stoiska z gotowym produktem – panem w saszetkach na jeden raz. Taki pan ma pełno niezdrowych dodatków i jest mocno odpowiedzialny za raka jamy ustnej i inne choroby.

Indyjskie kuchenne utensylia

Jeśli lubimy kuchnię indyjską Katmandu jest idealnym miejscem do zaopatrzenia się w kuchenne utensylia. Talerze do thali, kubki do lassi ze stali nierdzewnej, niezliczone miseczki na pikle, czy drewniany smukły wałek (wraz z deską) do robienia roti albo sitko do odcedzania masala tea. Nie wspomnę już o niezliczonych patelniach rozmaitych rozmiarów. Gdzieś między Durbar Square a Main Road jest ulica wyłącznie z indyjskimi naczyniami. Na wycieczkach od sklepu do sklepu można spędzić cały dzień nawet z niej nie wychodząc. Każdy z nich jest niemal jak labirynt z wąskimi przejściami, szczelnie zapchany towarem od podłogi po sufit. Uliczka sąsiaduje z kwartałem na którym można kupić metalowe statuetki bogów oraz dzwonki będące ważnym wyposażeniem hinduskich świątyń. Tylko waga takich zakupów powstrzymuje mnie odrobinę przed totalnym kuchennym zakupowym szaleństwem. W Nepalu jeszcze powszechne jest stosowanie naczyń ze stali nierdzewnej, znajdzie się też trochę miedzianych oraz glinianych. W tych krajach nowoczesność do kuchni na szczęście jeszcze nie dotarła i używa się jeszcze zdrowych materiałów takich jak glina i stal. Żadnych obrzydliwych i niezdrowych „nieprzywierających” powłok, które daliśmy sobie wmówić na zachodzie, które sprawiają że po roku albo nawet krócej garnek nie nadaje się do niczego a przy tym jeszcze nas truje. Produkujemy mnóstwo śmieci, co rusz wydajemy pieniądze na nowe naczynia i jeszcze w dodatku są one niezdrowe.

Kosmetyki

Indyjskich kosmetyków nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Ich produkty pielęgnacyjne i upiększające uważane są za jedne z najlepszych na świecie. W Nepalu kupimy je bardzo tanio i w szerokim wyborze. Ich najsłynniejsze składniki to zioła takie jak neem (miodla indyjska), amla (liściokwiat garbnikowy zwany indyjskim agrestem), kurkuma, czy henna,  masła i oleje roślinne (zwłaszcza kokosowy, ze słodkich migdałów, rycynowy). Bardzo tanio kupimy tu gotowe produkty czyli kremy, szampony, peelingi, farby do włosów na bazie henny, bardzo dobre mydła i ziołowe pasty do zębów bez fluoru. Jeszcze taniej preparaty w czystej postaci takie jak rozmaite oleje do włosów i masażu ciała, czy sproszkowane zioła. Receptury większości gotowych kosmetyków oparte zostały na zasadach ajurwedy – są więc bardzo dobrze zbilansowane. To wartościowe rzeczy robione z przyzwoitych składników. Wadą produktów rodzimych nepalskich marek są często bardzo tandetne niezbyt szczelne i solidnie opakowania. Jeśli produkty nie są dobrze przechowywane co się często zdarza, mogą być nie pierwszej świeżości. Dlatego wśród kosmetyków prym wiodą wielcy producenci tacy jak Himalaya Herbals czy Dabur. Obie firmy najpierw były w rękach indyjskich następnie zostały kupione przez akcjonariuszy z Emiratów Arabskich i uzyskały wszelkie możliwe certyfikaty jakości, przypuszczam że przez to teraz już niewiele różnią się od marek zachodnich. Himalaya weszła do Polski i przez internet można zakupić  szeroką gamę ich produktów, oczywiście ceny różnią się kilkakrotnie od nepalskich. Na uwagę zasługują też lokalne specyfiki do makijażu – na przykład kohl zwany też kajalem albo kajolem. To mieszanka ziół i minerałów na przykład antymonitu, zapobiegająca infekcjom oczu, o które łatwo w pustynnym lub tropikalnym klimacie. Jego przeciwbakteryjne właściwości zapewnia wysoka zawartość cynku. Niestety w niektórych krajach chałupniczo wyrabiano go z dodatkiem galeny – organicznego siarczku ołowiu o czarnej barwie, co oprócz zabijania infekcji mogło powodować ołowicę. W latach dziewięćdziesiątych przebadano fabryczne kohle z różnych krajów i znaleziono w nich związki ołowiu, do USA do dzisiaj nie wolno go sprowadzać. Te produkowane współcześnie są robione inną metodą, niemniej jednak bezpieczniej chyba kupić kohl wyprodukowany przez jakąś dużą międzynarodową firmę w rodzaju Dabur czy Himalaya. Kohl dłużej trzyma się na oczach niż popularne kredki czy eyelinery. Daje efekt, który najzgrabniej oddaje angielski termin „heavy eye makeup”. Jest podstawą arabskiego makijażu. W Katmandu można spotkać sklepy wyglądające jak nasze drogerie, w których lokalne kobiety namiętnie kupują produkty wielkich światowych koncernów w rodzaju Unilever czy Colgate-Palmolive, płacąc za nie spore pieniądze, a także rozliczne kosmetyki wybielające. Zagraniczni turyści kupują w nich natomiast dużo tańsze od tych zagranicznych chemicznych dóbr, wyroby miejscowe: oleje i farby do włosów (mające zazwyczaj uczynić je ciemniejszymi), czy lokalne chłodzące mydła. Wszyscy zawsze chcą czegoś innego niż to co w chwili obecnej mają.

nep_katmandu_swayambhunath_dziecko_001.jpg

Małym dzieciom w Nepalu bardzo często obrysowuje się oczy kohlem, z racji jego przeciwbakteryjnych właściwości.

Jeszcze jednym produktem w który zaopatrzyłam się w Katmandu są rożki z henną do wykonywania mehendi, bo zakochałam się w nim już dawno z powodu oglądania indyjskich filmów. Jak to w Katmandu bywa, pierwsze kupione przeze mnie opakowanie kilkunastu rożków (co okazało się dopiero przy próbie ich użycia) było  stare i na wpół wyschnięte, a drugie dobre i nadające się do użycia, żeby się o tym przekonać musiałam nabyć 30 rożków, bo da się kupić tylko całe ich opakowanie w którym jest 15 albo 16 sztuk. Po powrocie do domu gdy poczytałam nieco o rożkach z henną i ich mocno niewiadomej i niezbyt zdrowej zawartości, postanowiłam nauczyć się rozpuszczać hennę na mehendi ze sproszkowanego ziela z dodatkami. Co mi z tego wyszło? Otóż zajmuję się tym bezskutecznie jakieś półtorej roku i powoli zaczynam widzieć światełko w tunelu 🙂 Poszczególne rożki z henną (mehendi cones) w zależności od tego jak zostały sklejone są albo na wpół wyschnięte, albo zdatne do użytku. Muszą być idealnego kształtu nie powgniatane i z niepomniejszoną zawartością, bo to zwiastuje ich nadmierne wysuszenie i nieprzydatność. Po wciśnięciu ich palcem muszą być miękkie i wrócić do pierwotnego kształtu. Najlepsza jest henna z Radżastanu. Niedługo w dziale Co stamtąd przywiozłam pojawi się wpis na temat malowania henną.

nep_katmandu_moja-henna_001.jpg

A tak pomalowała mnie pani w salonie piękności w Katmandu (przy okazji gorąco namawiając mnie na zrobienie sobie fluorescencyjnych tipsów, żebym zaczęła wyglądać jak człowiek).

Ubrania

Przy zakupie ubrań zwłaszcza w dzielnicy turystycznej trzeba bardzo uważać. Są niesamowicie tanie i łatwo można stracić głowę, kupując co popadnie, potem jednak okazuje się że część rzeczy do niczego się nie nadaje. Na szczęście pojechałam tam z minimalną ilością ubrań i wszystko co kupiłam od początku na sobie nosiłam. Dzięki temu mogłam od razu chociaż trochę zbadać ich jakość. To prawdziwa loteria. Wszystko trzeba kilkakrotnie oglądać, nie zgadzać się przy kupnie na przyniesienie nowego zapakowanego ubrania tylko kazać je wypakować i sobie pokazać i dokładnie obejrzeć. Nie chodzi o to że sprzedawca chce nas tu celowo oszukać i sprzedać coś innego. Jakość tych rzeczy jest tak ogromnie zróżnicowana, że w partii 10 sztuk ubrań raz może trafić się dziewięć idealnie zrobionych i jedno zrobione źle, a innym razem może być dokładnie na odwrót. Miałam taką sytuację z relatywnie drogim jak na lokalne warunki kaszmirowym szalem. Kupiłam szary bez żadnych ozdobników w kolorze „mocno ekologicznym”. Nie chciałam tego, który oglądałam gdy leżał wystawiony na ulicy, bo chciałam w nim od razu chodzić a był on aż sztywny od pyłu. Kupiłam więc zapakowany i rozpakowałam w hotelu, ale tego dnia nie było już prądu. Na takim szaroburym materiale ciężko było cokolwiek zobaczyć. Dopiero na drugi dzień w południe okazało się, że są w nim cztery dziury i chociaż mieliśmy tego dnia jechać do Bhaktapuru musieliśmy wrócić i poszukać tego samego sklepu. Na szczęście szalik kupiłam w miejscu na tyle rozpoznawalnym, że udało się nam jakoś go odnaleźć (sklepów z takimi produktami są na Thamelu setki). Właściciel oczywiście bez słowa sprzeciwu wyjął całą stertę tych samych szalików i zaczęliśmy je sprawdzać. Dopiero czwarty w kolejności nie miał żadnych wad. Sprzedawca na moich oczach zaczął je naprawiać i był chyba trochę podłamany tym jaki ma towar. Gdybym jednak kupowała go w ostatni dzień, musiałabym zostać z uszkodzonym dość drogim szalikiem. Podobną sytuację miałam z na oko ładną kolorową koszulką z bogiem Ganeszą. Na szczęście kosztowała zupełne grosze. Okazała się być zszyta tak okropnie kiepskiej jakości nićmi, że chyba po drugim praniu całkowicie mi się rozleciała. Sporo kupionych ubrań przez jakiś czas mocno farbowało. Jeśli kupujemy ubranie leżące na ulicznym straganie przed użyciem lepiej je wyprać. Woda po praniu będzie brunatna. Na uwagę zasługują rozmaitej maści produkty z włóczki: swetry, szaliki, rękawiczki, zabawne i pomysłowe czapki, to dość nietypowe zakupy jak na Azję. Niektóre są bardzo grube i trochę trudno może być je wykorzystać przy naszych coraz bardziej kiepskich zimach. Poza tym jest tu ogromny wybór ubiorów indyjskich: sari i salwar kamizów. Salwary szyje się na miarę, gdyż mają być dobrze dopasowane – więc na manekinach wiszą tylko orientacyjnie wyglądające wzory i dopiero po wzięciu miary można odebrać gotowy produkt. Mężczyzn może zainteresować niezliczona ilość warsztatów krawieckich szyjących zarówno tradycyjne nepalskie stroje jak i garnitury na miarę. Można wybrać sobie krój i materiał. Nie wiem gdzie najlepiej to zrobić, bo nie korzystałam z tego typu usług.

nep_katmandu_stragan-z-odzieza_001.jpg

Jeżeli chodzi o ubrania jest w czym wybierać.

nep_katmandu_stragan-z-odzieza_002.jpg

Sprzęt turystyczny

O niezliczonych sklepach pełnych podróbek popularnych marek sprzętu turystycznego w Katmandu napisano całe epopeje. Na Thamelu jest ich pewnie kilkaset. Na jednej ulicy może ich być nawet kilkanaście. Czasem ciężko trafić dwa razy do tego samego sklepu. Osiągnęły już chyba apogeum swojej ilości. Dlatego w wielu z nich dostaje się bardzo duże zniżki. Sprzedawcy bardzo proszą żebyśmy coś u nich kupili, bo na przykład niczego jeszcze tego dnia nie sprzedali. Wszystko to oczywiście za sprawą tego, że w mieście jest „too many people” i z niczego nie da się już godnie żyć. Pewnie trochę ściemniają, ale też jest w tym sporo prawdy. Zwłaszcza jak sklep położony jest na uboczu, albo niewielki. Widząc straszną lichość i marność podrabianych produktów, trochę strach zdecydować się na ich zakup jako główny używany przez nas element wyposażenia. Jest to bowiem zupełna loteria czy trafimy na coś nieładnie wyglądającego ale solidnego, czy nieładnie wyglądającego a przy tym nietrwałego. Czasem od takiego sprzętu zależy nie tylko nasz komfort ale zdrowie albo życie. Co innego jeśli traktujemy taki zakup jako wyposażenie zapasowe, na przykład spodnie, których użyjemy, gdy te których używamy podczas wyjazdu na co dzień zniszczą się albo bardzo pobrudzą. Nie ma jednak co się łudzić, że produktem za nieraz 1/10 normalnej ceny zdołamy zastąpić jakiś poważny sprzęt turystyczny. Chyba jedyną poważniejszą rzeczą jaką w takich sklepach kupiłam była, nazwijmy to „niezbyt oryginalna” kurtka Rab z wypełnieniem z gęsiego puchu. Kupiłam bo była starannie uszyta. Nigdy nie widziałam na oczy tej marki i myślałam, że kupuję coś nepalskiego. Po roku rozpadł mi się pokrowiec na kurtkę, powoli psuje się też zamek. Dałam za nią mniej niż 100 złotych, poniżej trzydziestu dolarów. Jestem w miarę zadowolona (gdyby nie ten zamek). O wiele ciekawszą propozycją są sklepy oryginalnych marek. Nie mam tu jednak na myśli drogiego jak nieszczęście legendarnego sklepu North Face’a, ale innych bardziej lokalnych niedostępnych w Europie firm. Sporo z nich znajduje się na tej samej ulicy co North Face, a nawet tuż obok. Jest więc sklep ciekawej choć równie drogiej koreańskiej firmy Black Yak, której produkty są przynajmniej o wiele ładniejsze od North Face’a. Tuż obok znajduje się też sklep z produktami outdoorowymi o znacznie bardziej sensownym stosunku jakości do ceny marki Mountain Hardwear. Kupiliśmy w nim między innymi solidnie zrobiony worek ekspedycyjny o pojemności 130 litrów, który kompresuje się do wielkości saszetki – przydatna rzecz do wożenia w bagażniku, może się też przydać na nadbagaż (po to go zresztą kupiliśmy, ostatecznie jakimś cudem udało się upchać wszystko do plecaków i podręcznego).  Nieco dalej od tych sklepów znajduje się również inny przyjazny cenowo sklep – rosyjski Redfox, w którym bardzo niedrogo kupiłam polar (którego używam już ponad rok i dobrze się ma). Oprócz North Face’a w pobliżu znajdziemy też sklepy zachodnich marek: Marmot i Salewa. Ten ostatni sprzedaje końcówki serii i różne nietypowe rozmiary, czasami da się znaleźć coś sensownego, mnie jednak nie udało się znaleźć nic dla siebie. Kupiłam sobie też (za około 60-70 złotych) spodnie nepalskiej marki Everest Hardwear. Nie ma ona w Katmandu swojego sklepu, a przynajmniej nie udało mi się na niego trafić. Grzebiąc w  jednym sklepie w niezliczonych podróbkach marki North Face, znalazłam jedne solidniejsze spodnie z innym logiem. Zastanawiałam się nad ich zakupem dłuższą chwilę, były jakieś 3 lub 4 razy droższe niż standardowe podróbki. Sprzedawca poinformował mnie, że są to spodnie oryginalne, bo to „nepali brand”a swoich produktów nie podrabiają gdyż to nie byłoby w porządku.

Rękodzieło i broń

Mam na myśli raczej tańsze i dostępne dla wszystkich rękodzieło niż dzieła sztuki. Nepalczycy to bardzo zdolni manualnie ludzie. Jak już wspominałam na początku, tutaj  jeszcze bardzo dużo przedmiotów zamiast maszynowo robi się ręcznie, więc pod termin rękodzieło można podczepić bardzo wiele produktów. Na sporej części rękodzieła po prostu się nie znam, więc trudno będzie cokolwiek napisać. Jak bowiem osoba która ma pierwszy raz w życiu do czynienia z misami tybetańskimi ma sobie kupić odpowiednią i nie dać się nabrać na jakąś tandetę? Poza tym jeśli nie jesteśmy muzykami, albo uzdrowicielami i nie będziemy jej po prostu używać, to po co ją kupować, jeśli ma się kurzyć na półce? Jeśli już pragniemy kupić ją sobie w celach leczniczych (położenie wibrującej misy na brzuchu ma ponoć poprawiać dopływ życiowej energii do organów wewnętrznych i być swoistą profilaktyką chorób) w jaki sposób dobrać ją do swoich potrzeb, by jej używaniem na przykład sobie nie szkodzić?  Nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na te pytania, dlatego odpuściłam sobie zakup misy. Kupiłam jednak bardzo ciekawą płytę z muzyką w całości generowaną przez misy. Mocno przypomina twórczość Jana Jelinka, albo niektóre utwory Johna Cage’a. Dalej w ramach rękodzieła można chyba wymienić dywany i kilimy, zwłaszcza te tybetańskie. Są na prawdę piękne, nie wiem tylko na ile trwałe są ich barwniki. Dywany leżące na zewnątrz i poddane działaniu słońca i trudnych warunków atmosferycznych (zanieczyszczenia i smogu) miały nieraz słabo widzialne wzory. Czy po wypraniu taki dywan albo kilim nie zacznie farbować? Widziałam takie z porozmywanymi pod wpływem wilgoci wzorami. Nie wiem czy miałabym ochotę kupować jakiś drogi dywan bez poczytania wcześniej które sklepy i stolicy są warte zaufania, bo jak ze wszystkim z jakością dywanów bywa chyba bardzo różnie. Niemniej jednak trzeba wiedzieć że na ogromną skalę wykorzystuje się tutaj do ich tkania małe dzieci. Według the Guardian jest ich w tym momencie około 10 000 o czym można poczytać sobie tutaj.

Kolejnym rodzajem rękodzieła są rzeźby – posągi rozmaitych bogów. Jest tego trochę, w Nepalu funkcjonuje obok siebie wiele kultów i wyznań. Można na przykład kupić sobie kilkumetrowy trójząb Siwy, czy ogromną figurę wielorękiego buddy. Sporo jest też strasznej tandety, ale są sklepy z przepięknymi figurkami. Nas powstrzymał skutecznie ciężar przeciętnej statuetki, nawet niewielkiej. Oglądaliśmy jedną zrobioną w całości, albo tylko pokrytą mosiądzem i dobrze że jej nie kupiliśmy, bo niewielka może trzydziestocentymetrowa w najwyższym miejscu figurka ważyła sporo ponad 5 kilogramów. Była wprawdzie pusta w środku ale odlew był bardzo solidny. Ważnym produktem są też tutaj dzwonki, których dźwięk sprawdza się podobnie jak dźwięk mis. Im czystszy i donośniejszy dźwięk, tym wyższa cena. Dzwonki mają ważne znaczenie religijne, używane są co rano celem budzenia bogów i duchów opiekuńczych. Cała girlanda dzwonków potrafi także ważyć ładnych parę kilogramów.  Dzwonki mogę być też gliniane i tak płynnie przechodzimy do kolejnego działu – ceramiki. Zwłaszcza Bhaktapur słynie z wyrobów garncarskich, do których używana jest także zupełnie czarna glina. Produkty ceramiczne są ekstremalnie tanie bo glina jest bardzo niedrogim surowcem. Kupiłam dwa lampiony w kształcie rybek płacąc za nie równowartość kilku herbat na ulicy. Sprzedawca był tak zadowolony z transakcji, że dał nam jeszcze gratis. Widać po tym jak nisko jest wyceniana praca Nepalczyków i że większość ceny produktu stanowią koszty materiałów.

Nepal to także wspaniałe miejsce dla fanów białej broni. Są tutaj szeroko dostępne bogato zdobione sztylety, oraz będące na wyposażeniu nepalskiej armii proste ale skuteczne noże kukri.  Warto przyjrzeć się dobrze jak taki nóż wygląda żeby nie kupić podrób jakich pełno na Thamelu. W Nepalu każdy prawdziwy mężczyzna powinien mieć przytroczony do pasa taki właśnie nóż. Jest on dla mnie reminiscencją arabskiej dżambiji i indonezyjsko-malajskiego kerisu. Moda na takie noże rozciąga się od półwyspu arabskiego po Indonezję.

nep_bhaktapur_dzwonki_001.jpg

Przepiękne dzwonki w Bhaktapurze, w sumie żałuję że nie posiadam takich w domu.

nep_katmandu_stragan-figurki_002.jpg

Figurki bogów na straganie, w roli głównej Ganesha.

nep_katmandu_stragan-maski_001

Maski może fajnie zrobione ale nie chciałabym mieć ich w domu, bo nie wyglądają zbyt pozytywnie. Wolę gdy dom jest przyjazną strefą i chyba nie czułabym się w pełni dobrze mając na ścianie taki ponury widok.

nep_katmandu_stragan-figurki_001.jpg nep_katmandu_durbar-square_dzwonki_001.jpg

nep_katmandu_stragan-misy-tybetanskie_001.jpg

Thangki (tanki)

Czyli ręcznie malowane buddyjskie obrazy religijne w formie zwoju. Początkowo służyły do opowiadania buddyjskich treści i nauczania osób nie potrafiących czytać i pisać. Dzięki nim wierni mogli też prawidłowo robić wizualizacje w trakcie swojej medytacji. Ich wykonanie oparte jest o bardzo szczegółowe kanony, podobnie jak nasze ikony. Przedstawiają przede wszystkim buddów, arhattów i dakinie, a także strażników dharmy oraz lamów, którzy zazwyczaj przedstawiani są w większej liczbie w formie drzewa, przypominającego trochę to genealogiczne. Osobnymi przedstawieniami są mandale. Do jej wykonywania wykorzystywano najczęściej płótno albo jedwab znacznie rzadziej zwierzęcą skórę albo papier.  Skóra była nieczysta, a papier stosunkowo nietrwały. Do malowania używa się pigmentów. Bardzo ważna jest symetria i harmonia dzieła. Na końcu postaciom maluje się oczy, co symbolizuje ich budzenie i od tego momentu wizerunki zaczyna uważać się za przedstawienie bóstwa. Malowidło obszywa się tkaniną i nadaje mu formę zwoju. Obraz posiada też osobną zasłonkę, zazwyczaj z żółtego albo pomarańczowego materiału, którą można drapować. Thangki różnią się wielkością oraz starannością wykonania – ilością zawartych w na obrazie szczegółów. Thangki niewielkie i niezbyt skomplikowane mogą kosztować parenaście dolarów, nawet poniżej 50 złotych. Ceny kilkumetrowych bardzo skomplikowanych malowideł kosztują tysiące dolarów. Pewnego razu posiedzieliśmy sobie z jednym malarzem niecałą godzinkę przyglądając się mu jak maluje. Nie miał nic przeciwko robieniu zdjęć swojej pracy. Sporo nam o tym opowiedział, bo świetnie mówił po angielsku. Od tego czasu mam na niego oko na facebooku. W międzyczasie zdążył już być ze swoimi malowidłami we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, więc idzie mu nieźle. Sklep i pracownia malarska Bijaya (bo tak ma na imię) nazywa się Himalayan Arts Gallery i znajduje pod adresem 270 Ashok Galli, Thamel, Katmandu posiada też facebooka swojej galerii i sprzedaje swoje prace za pośrednictwem tej strony.

nep_thamel_himalayan-arts-gallery_002.jpg

nep_thamel_himalayan-arts-gallery_001.jpg

Na tance Zielona Tara żeński boddisathwa, przedstawienie bardzo popularne w Tybecie.

Thangki kupiliśmy wcześniej gdzie indziej. W Nepalu bardzo popularne i często widoczne jest przedstawienie Buddy Samantabhadra zwanego także Shakti Buddą, właściwego dla buddyzmu tantrycznego. Jest to przedstawienie mężczyzny o niebieskiej skórze siedzącego w medytacji i obejmującego kobietę o białej skórze. Uważa się że jest to lokalna wersja symbolu yin yang, ale przede wszystkim mistyczna unia aktywnej siły (symbolu mężczyzn) z mądrością (właściwością kobiet). Dopiero takie połączenie cech męskich i żeńskich pozbycie się fałszywego dualizmu może zapewnić urzeczywistnienie. Druga z kupionych przez nas tanek to koło życia zwane też kołem samsary, albo Bhavachakrą, które ma bardzo złożoną symbolikę. Spróbuję przedstawić ją bardzo pokrótce. Demon Yama zwany też władcą śmierci trzyma składające się z trzech kręgów koło reprezentujące wszystkie przemiany egzystencji boskiej ludzkiej oraz demonicznej. W centrum koła znajdują się trzy reprezentacje sprawców cierpienia przedstawione pod postaciami zwierząt. Wąż symbolizuje zazdrość, kogut pożądanie a świnia ignorancję.  Środkowy krąg u samej góry zajmują istoty niebiańskie potem kolejno ludzie, zwierzęta, świat głodnych duchów, następnie liczne piekła. Nad nimi rozpościera się świat tytanów, którzy działają przeciwko bogom i bez końca się odradzają.  Żeby dokładnie przedstawić o co w tym wszystkim chodzi trzeba by było napisać osobnego posta.

nep_kopan_fresk-kolo-dharmy_001.jpg

Koło samsary na ścianie w klasztorze Kopan.

Płyty

Nepalska muzyka łączy w sobie wpływy hinduskie i tybetańskie. Bardzo popularne są tu jeszcze płyty CD. Sklepy z płytami są bardzo liczne i z daleka je słychać. Zarówno bollywoodzkimi śpiewami jak i klasyką rocka, która cieszy uszy licznych podstarzałych dzieci kwiatów. Kult starej muzyki rockowej jest w Katmandu dość silny. W wielu szanujących się knajpach obleganych na przykład przez nepalskich studentów (albo ogólnie intelektualistów) leżą sobie tu i tam różne akustyczne instrumenty i można do woli na nich grać. Bardzo dużo osób potrafiło robić to sensownie. Nie spodziewałam się na co dzień podczas jedzenia kolacji oglądać Nepalczyków grających swoim dziewczynom na przykład Led Zeppelin na gitarze akustycznej. Dzięki temu cała knajpa nie musi siedzieć w ciszy przy świecach gdy nie ma prądu. Jaki to straszny kontrast z Tajlandią i ich dzielnicami rozrywki na niekorzyść Tajlandii oczywiście. Wracając jednak do płyt sklepy pełne są pirackich kopii zachodniej muzyki. Swojej muzyki Nepalczycy nie podrabiają (podobnie jak odzieży, uważając że to nie w porządku). Jedną z większych wytwórni płytowych jest Sac Music. Płyty z lokalną muzyką nepalskich wytwórni kosztują zazwyczaj około 300 rupii przy kilku należy się zniżka. Jedynie płyty buddyjskiej zakonnicy Ani Choying Dolmy kosztują ponad 500 bo całkowity dochód z nich przeznaczony jest na sierociniec prowadzony przez jej klasztor.  Wzięła ona też udział w trzecim sezonie indyjskiego The Coke Studio, gdzie razem z jordańską wokalistką Farah Siraj wykonała utwór A.R. Rahmana. Płyty kupowałam na słynnej ulicy Freak Street na której jest ich kilka, jako że mieszkaliśmy w pobliżu, przez kilka następnych dni pan sprzedawca machał nam z daleka i głośno nas pozdrawiał o każdej porze dnia i nocy.

Książki

Oczywiście anglojęzyczne. W Katmandu jest mnóstwo antykwariatów, w których można kupić stare angielskie książki, ale przyznam się że do żadnego nie weszłam, bo najzwyczajniej nie miałam czasu. Na uwagę zasługują księgarnie w których znajdują się przedruki angielskich książek w bardzo korzystnych cenach. Kupiłam sobie na przykład wyczerpujące kompendium na temat jogi metodą Yengara, autorstwa samego B.K.S Yengara (wydanie czterdzieste pierwsze). Dałam za nią poniżej 10 złotych. To akurat nie był książkowy pirat bo miał osobną niższą cenę obowiązującą na indyjskim subkontynencie, ale przedruki zagranicznych książek czyli książkowe piractwo to w Nepalu zjawisko powszechne. Z drugiej jednak strony jak miałoby ich być stać na kupno anglojęzycznych tytułów za angielskie ceny? Wspaniała księgarnia znajduje się w klasztorze Kopan. Są w niej książki nieprzypadkowe, poświęcone duchowości, religiom świata i filozofii. Ceny są bardzo rozsądne, ma służyć minimalnemu zarobkowi ale głównie rozprzestrzenianiu wiedzy o buddyzmie ale także o innych religiach. Widziałam tam na przykład najwięcej książek o sufizmie niż w jakiejkolwiek innej księgarni w Azji. W turystycznej dzielnicy Katmandu znajduje się wiele drogawych księgarni oferujących szeroki wybór map i himalajskich szlaków oraz zagranicznych albumów poświęconych sztuce i buddyzmowi. W porównaniu z nimi księgarnia w klasztorze Kopan o wiele bardziej się opłaca, przy okazji możemy wesprzeć tą wspaniałą instytucję. W klasztorze są bowiem organizowane ponoć jedne z najlepszych w Nepalu kursy medytacji i wprowadzenia do buddyzmu, oraz kilkudniowe odosobnienia. Nie są one nastawione na działalność zarobkową, tylko na popularyzację nauk buddyjskich w najlepszym wydaniu.

Boudhanath 2014

Po powrocie z Langtangu spędziliśmy dwa dni w centrum Katmandu i stwierdziliśmy, że dłużej w tak zanieczyszczonym miejscu chyba nie wytrzymamy, a do powrotnego lotu do Polski został prawie tydzień. Szybko odbębniliśmy zakupy, które można załatwić tylko na Thamelu i przeprowadziliśmy się do Bodnath – dzielnicy buddyjskich klasztorów zamieszkałej głównie przez mniejszość tybetańską. Wcześniej się tam wybraliśmy i zbadaliśmy ją nieco pod kątem noclegów, można jednak jechać tam w ciemno, bo jak przystało na jedno z najważniejszych buddyjskich miejsc pielgrzymkowych w kraju, jeśli właśnie nie odbywa się tam jakieś święto, to o sensowny nocleg w nim nietrudno. W centrum Katmandu mamy dwie mieszkaniowe opcje. Obojętnie jaki hotel wybierzemy to albo mieszkamy „od strony ulicy” i wtedy większą część doby pod naszymi oknami jeżdżą i smrodzą motocykle, a przez resztę czasu walczą z sobą o terytorium uliczne psy (pokój prawie zawsze jest mocno przewiewny, ma pojedyncze szyby w archaicznych nieszczelnych oknach i dodatkowo rzeźbione otwory w ścianach). Czasem może się też okazać, że zupełnie w pobliżu jest jakaś knajpa dla turystów, która uaktywnia się o przedziwnych godzinach i już w ogóle nie da się zmrużyć oka bo pomieszczenia wcale nie izolują nas dźwiękowo od tego co się dzieje na ulicy.  Drugą opcją jest pokój „od podwórka” wprawdzie znacznie cichszy ale zawsze bez dostatecznej ilości słońca i światła, ponieważ budynki stawia się niemal jeden na drugim. Pokoje często są zawilgocone i delikatnie mówiąc niezbyt przyjemnie w nich pachnie za sprawą zasiedlenia podwórka przez liczne koty, szczury, gołębie i gromadzenia na nim różnorakich sprzętów, czasem nawet całej kuchni albo pralni. Chodzenie po ulicach Katmandu jest na tyle hardcorowe, że czasem przydało by się odpocząć w sensownych warunkach, by nabrać sił na kolejny dzień tego ekstremalnego sportu.

nep_katmandu_stupa-boudnath_005.jpg

Pierwszy raz odwiedzamy Boudnath 14 kwietnia podczas nepalskiego Nowego Roku.

nep_katmandu_stupa-boudnath_006.jpg

Wtedy stupa w całości jest otwarta dla pielgrzymów.

nep_katmandu_stupa-boudnath_pielgrzymi_001.jpg

Dookoła stupy jak i na niej krążyły tłumy ludzi, wszystkie ulice dookoła były całkowicie zakorkowane ludźmi i samochodami.

nep_katmandu_stupa-boudnath_003.jpg

Nawet nie próbowaliśmy dostać się na jej wyższe piętra z powodu absurdalnie długiej kolejki.

nep_katmandu_stupa-boudnath_002.jpg

nep_katmandu_stupa-boudnath_004.jpg nep_katmandu_stupa-boudnath_001.jpg
nep_katmandu_boudnath_stragan-z-przekaskami_001.jpg

Na ulice wyległo mnóstwo sprzedawców.

nep_katmandu_boudnath_stragan-z-lampkami_001.jpg

Można było na przykład zapalić świeczkę na szczęście.

Jeśli porównać Thamel do innej turystycznej dzielnicy czyli Khaosan Road w Bangkoku, to jest on o wiele przyjemniejszym miejscem i raczej nic nie wskazuje na to by szybko zrobiło się tam aż tak koszmarnie. Do Nepalu przyjeżdżają bowiem trochę inni ludzie. Kraj jest trudniej dostępny i samo dotarcie tu wymaga znoszenia większych niewygód, dlatego nie jest odwiedzany tak tłumnie jak Bangkok. Również mentalność Nepalczyków jest zdecydowanie inna niż Tajów, dlatego mimo wszystko poziom turystycznej makdonaldyzacji jest trochę niższy. Jeśli jednak chcemy tam odpocząć od miejskiego zgiełku to jest to wybitnie złe miejsce.

Za te same a często nawet niższe pieniądze w dzielnicy Bodnath zamieszkamy w hotelu otoczonym z trzech stron buddyjskimi klasztorami, które codziennie o świcie budzą nas dźwiękami trąb. Mamy ogromnych rozmiarów ogród z wysokimi drzewami, a od zgiełku ulicy jesteśmy oddzieleni wysoką bramą. Czujemy się jak w jakimś sanatorium. Wprawdzie zazwyczaj chętnych na zamieszkanie jest więcej niż pokoi i mieliśmy szczęście, że akurat tego dnia zwolniło się kilka. Mieszkają tam ludzie spędzający w mieście dłuższy okres czasu. Zagraniczno-nepalskie pary mieszane, oraz adepci licznych odbywających się w okolicy zajęć jogi i medytacji. Co rano większość mieszkańców wykorzystuje hotelowy ogród albo rozległy płaski dach wykonując na nim asany. W nocy jest idealnie cicho i zamiast motorów i psów słychać ćwierkające ptaki. Mieszkając tu można nieśpiesznie pokręcić się po licznych buddyjskich klasztorach, których jest w dzielnicy kilkadziesiąt, a także odwiedzić leżącą w pobliżu hinduistyczną świątynię  Pasupatinath.  Z głodu także tutaj nie umrzemy. Dookoła stupy mieści się ogromna ilość restauracji. Ja jednak lubię chodzić w kółko do tych samych miejsc, więc na przemian odwiedzałam kultowy lokal Double Dorjee i leżącą niespełna 50 metrów dalej restaurację i piekarnię Nir’s Toast Bakery & Restaurant. Dochód z prowadzenia tej ostatniej przeznaczony był na poprawę życia społeczności wsi położonej w Himalajach oraz szkół z jej okolicy. Młodzi mieszkańcy prowincji odbywają w restauracji praktyki w dziedzinie gastronomii, ucząc się przynoszącego dochód zawodu. Jakieś 500 metrów od stupy idąc wzdłuż zadymionej i okropnej ulicy Boudnath Main Road, znajduje się też  całkiem nieźle zaopatrzony samoobsługowy supermarket. Jedyną irytującą rzeczą w dzielnicy są żebracy, których tysiące kręci się dookoła świętego miejsca. Najbardziej chyba tragicznym tego przykładem są „matki” trzymające w rękach odurzone dzieci i „zbierające na mleko” dla nich. Przychodzą zawsze w tych samych godzinach i działają w grupie. Każda z nich trzyma nieprzytomne dziecko. Agresywnie domagają się pieniędzy. Rozmawialiśmy też z jednym Nepalczykiem na temat innej mocno ciemnoskórej grupy żebraków i dowiedzieliśmy się, że są to przedstawiciele jednego z plemion, które zamieszkuje północne Indie. Z powodu  braku perspektyw do życia u siebie przyjechali do stolicy Nepalu żeby żyć z żebractwa. Obywatele Indii mogą łatwo dostać się do Nepalu przedstawiając jakikolwiek dokument tożsamości, nikt nie wymaga od nich paszportu, ani nie kontroluje przepływu ludzi. Kto by pomyślał, że oprócz Nepalczyków także Indusi pogarszają i tak już tragiczną sytuację demograficzną miasta. Święte tłumnie odwiedzane miejsca sprawiają, że szczególnie widoczne są w nich problemy społeczne z jakimi ten kraj musi sobie radzić. Mimo wszystko nawet chodząc po Boudnath późno w nocy jest spokojnie i bezpiecznie no i znacznie trudniej zostać tu przejechanym na ulicy przez pędzący motocykl.

nep_katmandu_boudnath-psy_001.jpg

W normalny dzień w dzielnicy jest dużo spokojniej.

Klasztor Kopan

Mieszkając w Bodnath odwiedziliśmy też dwa razy klasztor Kopan. Chcieliśmy dowiedzieć się nieco więcej, niż to co można przeczytać w internecie na temat odbywających się tam kursów medytacji i obejrzeć warunki pobytu w klasztorze. Na ogromną uwagę zasługuje też miejscowa księgarnia. Są w niej książki nieprzypadkowe, poświęcone duchowości, religiom świata i filozofii. Ceny są bardzo rozsądne, mają służyć minimalnemu zarobkowi ale głównie rozprzestrzenianiu wiedzy o buddyzmie i duchowości. No cóż, warunki pobytu specjalnie mnie nie powaliły bo nie są szczególnie komfortowe, o ciepłej wodzie na przykład możemy raczej zapomnieć, bo jest ogrzewana wyłącznie energią słoneczną i zazwyczaj ponoć jej nie ma (tak mówili mieszkający tam ludzie). Z drugiej jednak strony takie warunki sprawiają, że na kursy zapisują się ludzie zmotywowani by faktycznie się czegoś dowiedzieć i nie odstrasza ich nawet brak komfortu. Przynajmniej miejscowa wegetariańska restauracja wygląda całkiem nieźle i robi dobre jedzenie. Podczas posiłku rozmawialiśmy na przykład z pochodzącą z Australii buddyjską zakonnicą, która przyjechała do Kopanu pogłębiać swoją wiedzę na pół roku. Narzekała na monotonne klasztorne jedzenie i była zmuszona posilać się w płatnej restauracji dla gości z zewnątrz. Klasztor stał się znaną na świecie instytucją w dziedzinie kursów wprowadzenia do buddyzmu i buddyjskiej medytacji (w tradycji buddyzmu tybetańskiego). Jest to na prawdę niezła opcja. Uczenie się danej dziedziny bezpośrednio u źródeł gwarantuje brak przekłamań. Prowadzone tutaj kursy mają charakter niekomercyjny. Możemy być pewni, że nie mamy do czynienia z jakąś dziwną organizacją jak może się to zdarzyć w przypadku różnych europejskich szkół i odłamów buddyzmu przyciągających różnych dziwnych ludzi i czasem sprawiających nieco „sekciarskie” wrażenie. Zawsze im dalej od źródła tym więcej dziwnych naleciałości. Kopan to znana buddyjska instytucja. Dzielnica wydaje się być idealnym miejscem do zapoznania się z tybetańskim buddyzmem, bo nawet jeśli nie będzie pasował nam termin w klasztorze Kopan, podobne nauki oferują także inne znajdujące się w okolicy mniej znane klasztory. W dzielnicy odbywają się też najlepsze w Nepalu kursy jogi, ale nie miałam czasu ani możliwości by to sprawdzić, natomiast wielu mieszkańców naszego guest house’u się na nich uczyło.

nep_katmandu_boudnath_przedmiescia_002.jpg

Wychodząc nieco poza teren dzielnicy tybetańskiej można na przykład natknąć się na biurowiec ze swastyką (która tam nie posiada negatywnych konotacji – jest symbolem szczęścia i słońca)

nep_katmandu_boudnath_przedmiescia_001.jpg

Idąc do klasztoru Kopan czujemy się trochę jakbyśmy byli na wsi. Asfaltu tu nie uświadczymy.

nep_katmandu_klasztor-kopan_002.jpg

A to już klasztor Kopan i park z licznymi przedstawieniami buddów.

nep_katmandu_klasztor-kopan_001.jpg

W przeciwieństwie do otoczenia klasztor i ogród są bardzo zadbane.

nep_katmandu_widok-z-klasztoru-kopan_001.jpg

Z klasztoru Kopan rozciąga się taki widok na okolicę.

Katmandu świątynie Pasupatinah i Swayambhunath

Tym razem skupimy się na świątyniach Katmandu, które bardzo mocno wyróżniają się na tle przykurzonego i sfatygowanego miasta. Pomimo dużego zaniedbania przestrzeni miejskiej nie szczędzi się sił i nakładów finansowych na to, by święte miejsca były czyste i zadbane na wysoki połysk. Do kraju o tak olbrzymich nierównościach społecznych jak Nepal, nie dotarł jeszcze świecki model życia i orientacja na konsumpcję. Religia i duchowość odgrywają w życiu przeciętnego człowieka rolę niezwykle ważną. Trochę trudne to dla nas do zrozumienia. Jak można wydawać olbrzymie pieniądze na kolejny festiwal religijny zamiast na przykład załatać dziury w niemalże nieistniejącym ze starości asfalcie, czy oczyścić straszliwie zanieczyszczoną rzekę, albo zrobić coś z bezdomnymi dziećmi na ulicach. Tutaj jednak dominuje inna logika. Zamiast likwidować przyczyny negatywnych zjawisk, lepiej przy pomocy modlitw i ofiar (potencjalnie) wpłynąć na ich skutki i uzyskać swego rodzaju „odroczenie”. Dzięki temu niewiele się zmienia i zachowywana jest swego rodzaju równowaga. Trudno nam w całości to zrozumieć. Niemniej jednak interpretacja rzeczywistości z pozycji przedstawiciela „oświeconego” Zachodu, uważanie naszego modelu świata za lepszy, jest krzywdząca i bezsensowna. Na Zachodzie mimo odmiennego sposobu radzenia sobie z problemami również możemy przecież spotkać zanieczyszczoną rzekę czy dzieci na ulicy. Nie ma jeszcze systemu idealnego, który radziłby sobie ze wszystkimi nierównościami i problemami. Tutaj jest inaczej ale trudno jednoznacznie stwierdzić czy lepiej czy gorzej.

Za to wydaje mi się, że bardzo niesprawiedliwe jest pobieranie od zagranicznych turystów bardzo wysokich jak na lokalne warunki opłat za wejście do normalnej czynnej, działającej i odwiedzanej w tym samym czasie przez tłum lokalnych ludzi świątyni. Na szczęście większość z nich posiada co najmniej kilka wejść, wystarczy więc tylko pokręcić się poobserwować sytuację i wybrać to mniej oczywiste. Może gdybym odwiedziła Nepal po trzęsieniu ziemi chętniej płaciłabym za wstęp żeby przyczynić się od odbudowy zniszczeń. Jednak i tak nie spodziewałabym się jakoś bardzo że moje pieniądze poszłyby na ten cel i robiłabym to tylko żeby poczuć się lepiej.

Pasupatinah

Zaczniemy od najważniejszej świątyni hinduistycznej w Nepalu czyli Pasupatinah. Trzeba koniecznie do niej zajrzeć. Przy niektórych z kilkunastu wejść do niej za wstęp od turystów pobierane są opłaty, a w innych mniej oczywistych nie. Nawet jeśli zapłacimy za wstęp to i tak nie możemy wejść do żadnego wnętrza, a nawet dostać się na wewnętrzny dziedziniec głównej świątyni bo do miejsc kultu wstęp mają wyłącznie hindusi. Świątynia jest poświęcona manifestacji Siwy Paśupatiemu zwanemu Władcą Zwierząt. Do niego modlili się władcy królestwa Katmandu. Nie jest znana dokładna data powstania świątyni. Pierwsza wzmianka na jej temat pochodzi z XIII wieku. Świątynie wzorowane architektonicznie na tej z Katmandu powstały między innymi w Bhaktapurze, Lalitpurze i Benares. Świątynia była kilka razy niszczona i swój obecny kształt uzyskała w 1697 roku. Miejsce to wywołuje u Europejczyków odrobinę niezdrowe emocje z powodu palących się w niej codziennie stosów pogrzebowych. To właśnie tutaj odbywają się bowiem obrzędy pogrzebowe wyznających hinduizm mieszkańców miasta. Jest opisywana jako „przygnębiająca”, a wszyscy którzy ją odwiedzili są „głęboko poruszeni”.  Trochę niefajnie, że prowadza się tam tłumnie wycieczki ludzi, którzy popatrzenie na stosy traktują jako kolejną turystyczną sprawność do zaliczenia. Z drugiej strony, to dla mieszkańców Zachodu jedna z ostatnich okazji by całkiem naturalnie poobcować ze śmiercią. U nas zmiata się ją pod dywan i udaje że nie istnieje.  Wiele przez to tracimy, trudno chyba o większą głupotę. Sporej części ludzi udało się wyprzeć ją z życia i myślą że są niezniszczalni. Jesteśmy na nią kompletnie nieprzygotowani i kiedy już następuje panicznie się jej boimy. Tutaj jest ona częścią życia, ważną częścią, dlatego nie ukrywa się jej. To naturalna kolej rzeczy i sytuacja, która nie powinna być wyparta z życia. Wiadomo że każda żywa istota posiada instynkt samozachowawczy i stara się jak tylko może jej uniknąć, jednak do spraw ostatecznych powinna należycie przygotować człowieka jego religia. Po stosunku kultury zachodniej do problemu śmierci widać że zachodnie religie nie wystarczają już większości mieszkańców Europy. Dlatego zazdroszczę Nepalczykom ich podejścia do śmierci. Za to przygnębienie opanowuje mnie na myśl o europejskich zwyczajach. Nie wiem po co sporej części Europejczykom potrzeba przedłużać istnienie swojego ego w tak znaczący sposób i kiedy już i tak nie żyją zajmować spory kawałek ziemi, marnować dobrej jakości i cenne drewno, kamienne płyty, czy marmur i inne materiały budowlane oraz angażować żyjących ludzi do zajmowania się miejscem swojego pochówku. Chyba większość kultur na świecie (oczywiście z wyjątkiem egipskich faraonów) miała w tym względzie nieco bardziej zdrowe podejście. Tutaj pamięć o człowieku trwa w pamięci żyjących, a potem ginie razem z nimi. Niczego więcej przecież nie potrzeba. Oczywiście uwielbiam klimat zabytkowych nekropolii europejskich miast, uważam jednak że w dobie stale rosnącej liczby ludzi powinniśmy zrezygnować z tak bezsensownego marnotrawienia miejsca i surowców. Większość kultur na świecie doskonale obywa się bez tego rodzaju pomysłów.

nep_katmandu_pashupatinath_003.jpg

nep_katmandu_pashupatinath_001.jpg

Most na rzece Bagmati z którego lokalni mieszkańcy i turyści obserwują pogrzeby.

nep_katmandu_pashupatinath_pogrzeb_003.jpg

nep_katmandu_pashupatinath_pogrzeb_001.jpg

W tej części spopiela się bogatszych ludzi. Ich prochy wrzuca się do rzeki.

nep_katmandu_pashupatinath_pogrzeb_005.jpg

Tutaj pali się mieszkańców uboższych.

nep_katmandu_pashupatinath_pogrzeb_004.jpg

Na pozostałości stosu czeka stado krów które pilnie konsumuje wyrzucane resztki. To już wyglądało dla mnie trochę horrorystycznie, ale na lokalnych ludziach nie robiło żadnego wrażenia.

nep_katmandu_pashupatinath_sprzedawca_001.jpg

Naprzeciwko stosów pogrzebowych pan sprzedaje owoce. Nepalczycy są bardzo bardzo tolerancyjni.

Wracając jednak do ghatów – w świątyni spędziliśmy pół dnia, bo teren jest dosyć rozległy i w międzyczasie pogrzebów odbyło się kilka. Zarówno w części dla bardziej zasłużonych, gdzie rzeka ma wyższy poziom bo jest spiętrzona, jak i w miejscu kremacji dla uboższych mieszkańców, gdzie wody nie ma prawie wcale i pozostałości stosów są konsumowane przez stado krów. Palenie stosu trwa kilka godzin rodzina i zgromadzeni goście przebywają wtedy w pobliżu ghatu, rozmawiają i czekają na jego dopalenie się do końca. Większość uczestników pogrzebu jest raczej poważna niż wesoła, ale wydaje mi się że ludzie są bardziej pogodzeni z tymi sprawami. Zdarza się także widzieć płaczące osoby, jednak trwa to krótką chwilę i jak stos zaczyna się palić wydają się być pogodzone z tym co się dzieje. W końcu bycie pochowanym w tak znaczącym miejscu jak świątynia Siwy zapewnia odrodzenie jako człowiek niezależnie od popełnionych w tym życiu uczynków. Nie rozmawiałam z żadnym uczestnikiem pogrzebu, bo nie chciałam przeszkadzać jeszcze bardziej niż tylko swoją obecnością w tak ważnej dla nich chwili, ale na kamiennym moście z którego można przypatrywać się pogrzebom, rozmawiałam z kilkoma młodymi Nepalczykami, którzy mówili że można czuć się swobodnie. Przychodzili regularnie żeby porozmawiać sobie z turystami i popatrzeć na pogrzeby. Pasupatinah to nie tylko stosy pogrzebowe ale ogromny obszar pełen posągów bogów, kapliczek, miejsc do składania ofiar, mniejszych i większych świątyń, stup, zaniedbanej zieleni oraz wałęsających się tu i tam sadhu (czyli ludzi którzy odrzucili ziemskie dobra i starają się zostać świętymi za życia) co do których autentyczności można mieć poważne wątpliwości. Siedzą oni bowiem w świątyni chyba wyłącznie po to by pozować do zdjęć turystom i otrzymać za to pieniądze. „Cena wywoławcza” jest jak na lokalne warunki mocno nieadekwatna. Sadhu bardzo starannie niemal barokowo stylizują się na hinduskich ascetów, czym ochoczo odpowiadają na potrzeby turystycznego rynku. Cała sytuacja przypomina słynną ikoniczną sytuację z dzieciństwa w czasach komunistycznej Polski – fotografię z białym misiem w Zakopanem. Jako że nie kręci mnie tego typu fotografia a panowie nie byli w stanie nawet za darmo pogadać, całkowicie odpuściłam sobie ich uwiecznianie.

nep_katmandu_pashupatinath_slub_001.jpg

A to wesele. Trochę obawiam się o losy pana młodego 🙂 jego małżonka zdecydowanie wygląda na władczą kobietę.

nep_katmandu_pashupatinath_stupy_001.jpg

Świątynia to nie tylko śluby i pogrzeby, ale także sporych rozmiarów zaniedbane i porośnięte zielskiem tereny.

nep_katmandu_pashupatinath_lingamy_001.jpg

Cały rząd kapliczek z lingamami.

nep_katmandu_pashupatinath_ganesha_001.jpg

Ganesha cały wysmarowany cynobrem.

nep_katmandu_rzeka-bagmati_001.jpg

Kawałek dalej ludzie oczywiście nabierają wodę z tej samej rzeki.

nep_katmandu_pashupatinath_stupy_003.jpg

nep_katmandu_pashupatinath_stupy_004.jpg nep_katmandu_pashupatinath_stupy_002.jpg

Swayambhunath

Kolejnym bardzo ciekawym kompleksem budowli i świątyń zarówno buddyjskich jak i hinduistycznych nad którymi góruje złota stupa jest położona na wzgórzu Swayambhutnath. To jedno z najstarszych miejsc kultu w Nepalu, nieprzerwanie używane od co najmniej V wieku. Obecny kształt uzyskało w wieku XVII. Jednak Nepalczycy wierzą że wzgórze było miejscem kultu na długo przed dotarciem buddyzmu do kotliny. Jest to z pewnością pierwsza świątynia Katmandu. W nepalskiej tradycji istnieją interesujące legendy na temat jego powstania. Słowo „swayambhu” oznacza samorodny.  Według buddyjskiej legendy na środku jeziora, którym kiedyś była kotlina Katmandu rósł cudowny lotos. Pewnego dnia bodhisattwa mądrości Manjusri ciosem swego miecza doprowadził do osuszenia jeziora. Uznał że tak będzie najlepiej dla pogrążonych w samsarze ludzi. Lotos samoistnie przekształcił się we wzgórze. Stoi na nim teraz świątynia do której trzeba się teraz wspinać po 365 stopniach. W osuszonej kotlinie powstały miasta. To właśnie Swayambhutnath była przyczyną powstania królewskich miast.

Ze wzgórza rozciąga się widok na prawie całe zasłonięte smogiem miasto. Bardzo niewiele dni w roku powietrze jest na tyle przejrzyste by dało się stąd zobaczyć wyraźnie, otaczające miasto górskie szczyty.  Droga do świątyni jeśli idziemy do niej pieszo jest bardzo uciążliwa, bo stale zakorkowana przez trąbiące i dymiące czarnymi spalinami samochody pomiędzy którymi trzeba się przeciskać. Świątynia nazywana jest również potocznie świątynią małp. Jest ich tutaj bardzo dużo, ale zachowują się jak na świątynne małpy nadzwyczaj spokojnie, bo jedzenia mają pod dostatkiem. Co chwilę wyjadają złożone przez ludzi w ofierze pokarmy. Są niesamowicie obżarte, nie muszą poszukiwać pożywienia ani o nie walczyć. Znudzone zwieszają się więc co chwila z jakiegoś gzymsu lub rzeźb, skaczą po nich nie zważając na ich zabytkowość i przypominają niesforne dzieci bogatych rodziców. W miarę pokojowo koegzystują z odwiedzającymi świątynię ludźmi zważywszy na olbrzymią ilość małp i pielgrzymów. Czasami dochodzi do spięć ale w porównaniu z innymi azjatyckimi miejscami kultu nie trzeba tak bardzo pilnować przed nimi swojego dobytku, bo są znacznie mniej zdeterminowane niż gdzie indziej. Mają pod dostatkiem innego jedzenia i nie są zbyt zaczepne. Swayambhutnath jest miejscem kultu zarówno buddystów jak i hinduistów. Wyznawcy obu religii spełniają swoje religijne powinności i sobie nie przeszkadzają. Jest to jedyne hinduistyczne miejsce kultu w Nepalu do którego mają wstęp wyznawcy innych religii. Można przyglądnąć się składaniu ofiar z pokarmów i kwiatów, palenia lampek i ofiar oraz hinduistycznych obrzędów. Świątynię odwiedzają prawdziwe tłumy pielgrzymów (nieraz z bardzo daleka), turystów, świętych, naciągaczy i handlarzy wszystkim. Jako że jak zwykle nigdzie się nam nie śpieszyło, mieliśmy okazję popozować do zdjęć na prośbę wielopokoleniowych hinduskich rodzin z prowincji, porozmawiać z dziwnie wyglądającym człowiekiem żyjącym w świątyni (w sumie trudno było określić czy zamierza zostać świętym czy też jest uzależniony od narkotyków) oraz kupić parę drogawych pamiątek.

nep_katmandu_swayambhunath_skladanie-ofiar_001.jpg

Swayambhunath. Ludzie składają ofiary w części buddyjskiej.

nep_katmandu_swayambhunath_malpa_002.jpg

Nad ich właściwym wykorzystaniem czuwają małpy.

nep_katmandu_swayambhunath_stragan_001.jpg

Ludzie też mają rozrywkę – niezliczone stragany z pamiątkami.

nep_katmandu_swayambhunath_stragan_002.jpg
nep_katmandu_swayambhunath_malpa_001.jpg

Małpy są tak uzależnione od ludzkiego niezdrowego jedzenia że aż przykro patrzeć.

nep_katmandu_swayambhunath_001.jpg

Królująca nad całością stupa z oczami spoglądającymi na 4 strony świata.

nep_katmandu_swayambhunath_skladanie-ofiar_002.jpg

Część hinduistyczna i palące się ofiary.

nep_katmandu_swayambhunath_lampiony_001.jpg

Oraz lampki z tłuszczem.

nep_katmandu_swayambhunath_004.jpg

Przepięknie rzeźbione stupy.

nep_katmandu_swayambhunath_zdjecie-pamiatkowe_001.jpg

Panuje atmosfera święta wszyscy chętnie pozują do zdjęć, a psy jak zwykle są sterane po intensywnej nocy.

nep_katmandu_swayambhunath_003.jpg

Można też spotkać pary na randce.

nep_katmandu_swayambhunath_002

I ludzi oglądających zasłonięte smogiem miasto.

nep_katmandu_swayambhunath_005.jpg W Katmandu nie trzeba jednak jechać do żadnej świątyni by poczuć prawdziwie religijną atmosferę. Wystarczy tylko rano się obudzić i zobaczyć jak na każdym rogu ludzie składają ofiary, odprawiają poranne pudże, dzwonią dzwonkami i palą kadzidła. Miasto przesiąknięte jest religią, a właściwie wieloma religiami, które są w stanie koło siebie koegzystować.  Każde podwórko posiada własną kapliczkę, posąg, miejsce składania ofiar, które są jak najbardziej używane przez wszystkie pokolenia mieszkańców. Mało już zostało miejsc na świecie tak bardzo przenikniętych religijną atmosferą.

Katmandu 2014 (część pierwsza)

Katmandu to miejsce, w którym w bardzo interesujący i jedyny w swoim rodzaju sposób mieszają się wpływy hinduskie buddyjskie i szamańskie. Fascynuje się tym chyba większość osób, która to miasto odwiedziła. W Nepalu istnieje pełna dowolność wyznawanej religii, a nawracanie kogoś na inną wiarę jest karane więzieniem. Stolica atakuje swoimi kolorami i zapachami, unikalną religijno-historyczną atmosferą,  którą czuje się na każdym kroku (w końcu mieszka tu żywa bogini). Całe stare miasto  z autentyczną historyczną zabudową jest zamieszkane i używane. Miejscami trudno uwierzyć że jesteśmy w XXI wieku i nie cofnęliśmy się w czasie. W pierwszej kolejności zauważyłam jednak coś innego niż piękne świątynie i bogatą kulturę.

Widać tu jak na dłoni wszystkie problemy trzeciego świata za które winę często ponoszą bogatsze kraje. Konsekwencje dotykają zawsze najpierw miejsc najbiedniejszych, a tych bogatych zdarza się że wcale. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że Katmandu powoli umiera z powodu ogromnego zanieczyszczenia środowiska spowodowanego niekontrolowanym napływem ludzi i niemożnością poradzenia sobie z problemami cywilizacyjnymi. Z jednej strony to strasznie ciekawe i przyjazne miasto do przebywania ze względu na jego dobrych nie zepsutych przez turystykę mieszkańców, z drugiej strony czasem przebywać się w nim nie da. Widziałam tam chyba najokropniejsze rzeczy ze wszystkich swoich wyjazdów, ale tak jest gdy państwo nie jest w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dosłownie niczego. V. S. Naipaul laureat literackiego Nobla, indyjski pisarz urodziny w Trynidadzie, w swojej książce „Indie Miliony zbuntowanych” napisał taką trafną myśl o miastach w tej części świata: „Miasta nie umierają nagle od jednego ciosu; umierają nie tylko wtedy, kiedy się wyludnią. Być może umierają w ten sposób: gdy wszyscy cierpią, gdy z powodu paraliżu transportowego ludzie rezygnują z pracy, której im potrzeba, bo nie są w stanie znosić trudów dojeżdżania; kiedy nikt nie ma czystej wody czy powietrza; kiedy nie sposób chodzić na piechotę. Miasta umierają wówczas gdy giną miejskie uroki, gdy już nie kuszą widokami, gdy nie pobudzają ludzkich aspiracji, lecz stają się tylko przeludnionymi miejscami w których ludzie cierpią”. Ten cytat znakomicie odnosi się do Katmandu.

Przylatujemy do miasta późnym wieczorem, jest już ciemno. Jeszcze w samolocie jesteśmy mocno zaskoczeni egipskimi ciemnościami w jakich pogrążone jest Katmandu. Miasta praktycznie nie widać z samolotu. Tylko gdzieniegdzie coś świeci się wątłym światłem. Ogromnie to kontrastuje z nowobogackim Katarem, który mijaliśmy tranzytem i z okien samolotu było widać jasność niemal jak w dzień. Przyjeżdżamy do Nepalu tuż przed nepalskim nowym rokiem. Razem z nami wraca z Kataru i Dubaju tłum mężczyzn – emigrantów zarobkowych. Samolot jest nimi szczelnie wypełniony do ostatniego miejsca. Tak się składa że paru szczęśliwcom, (w tym również i nam) przydzielone zostają miejsca w klasie biznes, bo chętnych na klasę ekonomiczną było więcej niż miejsc, a klasa biznes świeciła pustkami. Bagaże jakie mają z sobą ci mężczyźni przyprawiają o zawrót głowy. Składają się na niego plastikowe kraciaste torby, wypełnione: tanimi chińskimi płaskimi telewizorami, kuchenkami mikrofalowymi, ogromnymi sztucznymi kołdrami. Smutno się robi jeśli pomyślimy, że ci mężczyźni harują w Emiratach, często w mocno nieludzkich warunkach, żeby raz na rok (albo raczej rzadziej) odwiedzić rodzinę i przywieźć jej podarki w postaci chińskiej tandety. Oni wyglądają jednak na niesamowicie dumnych i szczęśliwych. Każdy mężczyzna ma średnio trzy ogromne bagaże, ważące w sumie kilkadziesiąt kilogramów. Ich wyładowywanie trwa w nieskończoność, dzięki czemu z lotniska wychodzimy jakieś dwie godziny później. Jest już prawie północ. Jedziemy opłaconą na lotnisku taksówką na plac Durbar. W nocy miasto wygląda na w miarę uładzone i uporządkowane, chyba dlatego że spowite jest nieprzeniknionym mrokiem. Nawet najważniejszy plac w mieście nie jest oświetlony i biegają po nim bezdomne psy i cielaki (krowy na głównych samochodowych arteriach miasta to norma). Spotykamy pojedynczych ludzi. Jest bardzo spokojnie i bezpiecznie nie licząc bezdomnych psów ale dopóki na ulicach są jacyś ludzie, psy jeszcze siedzą cicho. Po ciemku nie udaje się nam odnaleźć upatrzonego wcześniej hotelu w okolicach Durbaru i pieszo idziemy na Thamel. Zatrzymujemy się w hotelu w bocznej uliczce. Niestety dzień później okazało się, że obok przez pół nocy gra głośna muzyka i więc postanowiliśmy się stamtąd wyprowadzić i wrócić z powrotem w okolice placu Durbar, bo w dzień udało nam się odnaleźć upatrzony hotel. Moją uwagę podczas brania prysznica zwraca jeszcze woda z kranu w kolorze brązowym i budzimy się następnego dnia dopiero w południe.

nep_katmandu_kobieta-w-masce_001

A rano świat wygląda tak.

nep_katmandu_ruch-uliczny_002.jpg

Tu jest Thamel więc jest jeszcze jakiś asfalt.

nep_katmandu_ruch-uliczny_001.jpg

Kawałek dalej nie ma już nawet tego.

Na drugi dzień widać, że Thamel wygląda w miarę jeszcze nieźle. Wystarczy jednak odrobinę z niego wyjść by zobaczyć że ludziom żyje się tu dużo gorzej niż się tego spodziewałam. Wyglądają oczywiście na szczęśliwych, jak zwykle w tej części świata uśmiechają się przez niemal cały czas i nie skarżą się na swój los, ale musi im być bardzo ciężko bo ich państwo nie radzi sobie z niczym. Po półgodzinie od wyjścia z hotelu poza granice turystycznej dzielnicy, widać że miastu mocno doskwiera przeludnienie. Ogromne korki, smog i pył sprawiają, że dość ciężko się tutaj oddycha. Po całodziennym chodzeniu po mieście smarkam na czarno i z nosa leje mi się krew, tak bardzo moje drogi oddechowe drażnią spaliny niskooktanowej benzyny. Położenie miasta w kotlinie ma dodatkowo niebagatelne znaczenie. Chodzę w szaliku na twarzy, potem w (coraz ciemniejszej) masce chirurgicznej i okularach przeciwsłonecznych ale to nic nie daje, chyba jedynie wojskowa maska przeciwgazowa noszona przez przez cały dzień ochroniła by porządnie oczy i drogi oddechowe. Nigdzie w Azji nawet w Chinach nie miałam takich problemów z powodu smogu. Nepal jest tak biednym krajem, że używa się tu jakiejś chyba przedwiecznymi metodami robionej benzyny, którą kraj kupuje od Indii. Dodatkowo powietrze jest strasznie zapylone. Wszystkie towary w sklepach pokryte są grubą na kilka milimetrów warstwą kurzu, który sprzedawcy non stop ścierają półka po półce. Kiedy już odkurzą do końca, trzeba się za to brać od początku bo w międzyczasie już zdążyło się nabrudzić. Na ulicach panuje chaos, wszędzie pełno motocykli i tandetnych nieekologicznych samochodów, które grzęzną w ciasnych uliczkach starego miasta i po prostu stoją kopcą na czarno i bardzo głośno trąbią, wierząc że ich klakson rozwiąże problem zakorkowanych ulic i wszyscy rozpierzchną się przed nim. Jeszcze 10 lat temu w Katmandu głównym pojazdem były rowery i rowerowe riksze. Dziś tylko najbiedniejsi poruszają się na zdezelowanych rowerach i w hierarchii ruchu drogowego są na ostatnim miejscu, właściwie co chwilę niemal cudem unikają rozjechania przez większe pojazdy. Nie wiedzieć czemu nikt nie wpadnie na ustanowienie zakazu wjeżdżania pojazdów do ścisłego centrum, jak ma to miejsce w Bhaktapurze. Ruch drogowy w centrum jest i tak całkowicie niewydolny, bo ilość samochodów rośnie w bardzo szybkim tempie. Wąskie uliczki są kompletnie zakorkowane od rana do wieczora. Z całej szerokości ulicy jak to zawsze w Azji korzystają piesi, rowery, motocykle i samochody, ale tutaj kierowcy pojazdów boją się tylko większych od siebie, na mniejszy drogowy plankton nie zwracając zupełnie uwagi. Jakby wszystkie frustracje ich życia znajdowały swoje ujście w momencie prowadzenia mechanicznego pojazdu. Żeby poruszać się tu pieszo po ulicach trzeba mieć maksymalne pokłady cierpliwości i oczy dookoła głowy. Zwłaszcza jak tłum pieszych usiłuje pokonać nieliczne w mieście pasy ale nie może bo całe są zastawione samochodami i motocyklami zderzak w zderzak. Muszą więc przeciskać się koło gorących rur wydechowych motocykli i niemal przeskakiwać przez maski. Nawet w Indonezji kierowcy odrobinę bardziej szanowali pieszych. Chodzenie jest tu niezwykle męczące.  Pewnego razu wieczorem gdy złorzeczyłam na czym świat stoi na bezmyślne używanie klaksonów przez kierowców pojazdów stojących w korku, oraz pokrywający mnie całodzienny kurz i brud, zobaczyłam człowieka który poruszał się poboczem drogi razem z samochodami na wózku inwalidzkim. Był to jedyny sposób ominięcia półmetrowych nieraz krawężników. Samochody kopciły mu czarnymi spalinami prosto w twarz i musiał cierpliwie czekać razem z nimi podczas gdy my mogliśmy przemykać bokami i mimo wszystko poruszać się do przodu.

Prąd w budynkach jest tylko przez około 12 godzin na dobę – są dwie przerwy w jego dostawie. Im dzielnica bogatsza tym te przerwy wypadają w mniej uciążliwych godzinach. W każdym hotelu wisi dokładny harmonogram jego występowania w poszczególne dni tygodnia. Sieć jest archaiczna i tak niesamowicie przeciążona, że w godzinach jego występowania często zdarzają się awarie. Efekt tego jest taki, że wszyscy są zaopatrzeni w ogromne akumulatory które ładują się podczas dostaw energii i następnie zapewniają wątłe światło w czasie jego braku. Każdy budynek ma dwie instalacje, normalną i akumulatorową. To taki ciekawy turystyczny surwiwal, pobyć sobie przez tydzień w znikającym prądzie, ale jak prowadzić chociażby międzynarodowy biznes, i kontaktować się z kontrahentami, kiedy co chwilę nie ma prądu i nie są to przejściowe problemy tylko codzienność?

nep_katmandu_ulica_przewody_002.jpg

Sieć elektryczna na starym mieście prezentuje się tak. W nowszych częściach miasta nie jest wiele lepiej.

nep_katmandu_ulica_przewody_003.jpg

Czasem pojawiają się dodatkowe obciążenia.

nep_katmandu_ulica_przewody_001.jpg

Każdy dom ma swój kabel.

nep_katmandu_stragan_001.jpg

Każdy sklep także.

nep_katmandu_ulica_przewody_004.jpg

Woda w kranie nie nadaje się do picia nawet po przegotowaniu,  a uzdatnionej tabletkami do odkażania wody nie da się pić tak bardzo jest obrzydliwa. Trzeba nieustannie kupować wodę w plastikowych butelkach, których nie ma gdzie wyrzucić. Miasto dusi się od nadmiaru śmieci. Co rano zamiast wywozić pali się je na chodnikach co dodatkowo pogarsza powietrze. Chodzimy non stop do porządnych jadłodajni na herbatę, bo jest strasznie tania i nie generuje gigantycznych ilości plastikowych śmieci. Do tych mniej porządnych nie odważyłabym się pójść bo przy ciągle znikającym prądzie i braku czystej wody trudno o utrzymanie jakichkolwiek warunków higienicznych. Większość tych droższych i ładniejszych chwali się, że myje wszystko wodą z dodatkiem jodyny. Woda to w mieście problem ogromny, nie dość że jest okropnej jakości to jeszcze nie starcza jej dla wszystkich mieszkańców, a wycieczka nad miejską rzekę Bagmati to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć w Nepalu. Jak widzę takie rzeczy ogarnia mnie niepohamowana wściekłość. Rzekę „czuć nosem” czasami już kilkaset metrów dalej. Po dojściu do niej okazuje się że to po prostu płynące wysypisko śmieci (skąd się bierze, można zobaczyć w tym filmie, ale ostrzegam że jest on bardzo drastyczny).  Nie wiem w ogóle jak można do czegoś takiego dopuścić. Świadczy to tylko o tym w jakim rozkładzie jest ten kraj i jak ogromne są jego inne problemy, że sprawa rzeki jest na dalszym planie. Kompletnie nie wyobrażam sobie gdybym jak lokalni ludzie musiała koło tak okropnego miejsca mieszkać i codziennie je wąchać i oglądać. Panuje tutaj duża zgoda na istniejącą rzeczywistość. A może po prostu nikt nie zaprząta sobie głowy przyziemnymi sprawami, lepiej zorganizować kolejny religijny festiwal niż chociaż trochę oczyścić okolice rzeki. Po powrocie udało mi się odnaleźć w internecie kilka organizacji, które ponoć zajmują się stopniowym oczyszczaniem Bagmati i przywracaniem w niej życia, nie wiem jednak czy faktycznie coś one robią, czy służą tylko do pozyskiwania na ten cel pieniędzy z zagranicy. Pomoc międzynarodowa leje się w Nepalu szerokim strumieniem, kraj jest od niej całkowicie uzależniony, bo bez pomocy nie byłby w stanie egzystować. W wielu przypadkach przynosi ona niestety zupełnie odwrotny skutek. Zwłaszcza gdy biorą się za to ogromne organizacje, które niewiele zdają sobie sprawy z realiów na miejscu. W efekcie czego pieniądze zamiast powodować zmniejszenie biedy i zrównanie szans ludzi, generują bezprawie, niemal mafijne powiązania i ogromną korupcję.  Na temat pomocy w Nepalu przeczytałam mnóstwo informacji i wyrobiłam sobie opinię, że tylko pomaganie w skali mikro, małym społecznościom przy niewielkich projektach robionych przez pojedynczych ludzi lub maleńkie organizacje mają szansę faktycznie zmienić czyjeś życie. O nieudanych programach pomocy i ludziach zrażonych do pomocy międzynarodowej można przeczytać całe epopeje.

nep_katmandu_bagmati_001.jpg

Rzeka Bagmati wstrząsający obrazek.

nep_okolice-klasztoru-kopan_ulica_002.jpg

Zaopatrzenie w wodę w wielu dzielnicach wygląda tak, że trzeba ją sobie osobiście przynieść na plecach.

W Katmandu życie niezmiennie jak kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu toczy się przez domami, w podwórzach i na ulicach, na których całe rodziny przesiadują, piorą, myją się, czeszą, rozmawiają, obierają warzywa. Ludzie są bardzo społeczni a zachodniej obsesji posiadania prywatności nikt tutaj nie rozumie. Tyle tylko, że dookoła nich zmieniło się wszystko. Wyglądałoby to mocno sielankowo, gdyby nie musieli tego robić we mgle spalin i kurzu, w ciągłym hałasie klaksonów i przejeżdżających motorów. Taki tryb życia powoli będzie musiał odchodzić w zapomnienie, bo na ulicy coraz trudniej egzystować. Najgorzej chyba mają sprzedawcy, którzy żeby coś sprzedać i mieć na życie muszą spędzać je na otwartym powietrzu w swoich mobilnych sklepach. Trudno sobie wyobrazić jak bardzo wieczorem po całym dniu pracy muszą być brudni. Kiedy po jednym dniu w całości spędzonym na „spacerach po mieście” myję głowę to kapie z niej woda czarna prawie jak atrament. Po powrocie czytałam o niezwykle nasilonym występowaniu choroby obturacyjnej płuc i nowotworów dróg oddechowych wśród mieszkańców stolicy. Warunki życia pogarszają się z roku na rok. Jedyną oazą spokoju są podwórka na które nie da się wjechać żadnym pojazdem to ostatnie pozostałości dawnego Katmandu, w którym życie toczy się spokojnie i niemal po wiejsku.

nep_katmandu_podworko_002.jpg

Jedynym azylem stają się podwórka. To tutaj jest bardzo duże i przestronne bo stoi tutaj stupa Kathi Swayambu.

nep_katmandu_podworko_001.jpg

W dzień wszystkie psy wyglądają tak, odpoczywając w cichych miejscach po aktywnej nocy.

nep_katmandu_podworko_kapliczka_001.jpg

Na każdym podwórku obowiązkowo znajduje się kapliczka buddyjska lub hinduistyczna, albo obie.

nep_katmandu_podworko_kapliczka_002.jpg

Od rana dzwoni się w nich dzwonkami, żeby obudzić bogów, pali kadzidła, lub składa ofiary.

nep_katmandu_dzieci_001.jpg

Sporo dzieci bawi się na ulicy wśród spalin, kurzu i hałasu nawet te zadbane i dobrze mówiące po angielsku.

nep_katmandu_sprzedawca-uliczny_001.jpg

Najgorzej mają chyba sprzedawcy uliczni, którzy muszą cały dzień stać na zakurzonej i zadymionej ulicy.

nep_katmandu_sprzedawca-uliczny_002.jpg

Chyba że mają szczęście i sprzedają ziemniaki w Boudnath ale i tam nowoczesność zbliża się nieubłaganie.

nep_katmandu_sprzedawca-uliczny_003.jpg

Wraz z niekontrolowanym napływem ludzi uciekających do stolicy przed biedą wywołaną zmianami klimatu, rabunkową uprawą ziemi, która nie jest w stanie wszystkich wyżywić, oraz działaniom maoistów, pojawiły się też nieznane wcześniej problemy społeczne. W mieście można spotkać mnóstwo dzieci włóczących się samopas będących pod wpływem narkotyków, najczęściej kleju. Wyglądają na prawdę strasznie, są brudne, obdarte, przeraźliwie chude o nieprzytomnym spojrzeniu. Najtłumniej pojawiają się w okolicach miejsc kultu religijnego gdzie próbują żebrać. Ludzie traktują je mniej więcej na równi z bezdomnymi psami, czasem dając im jedzenie, a czasami przeganiając kopniakami. Oprócz nich można tu spotkać na ulicy chyba wszystkie możliwe patologie. Tak to jest gdy więzi społeczne rozluźniają się mocno w wyniku masowych migracji ze wsi do miast, a na większość ludzi którzy przyjeżdżają do stolicy nie czekają żadne perspektywy, bo są niewykwalifikowani i nadają się tylko do nieskomplikowanych prac fizycznych. Chętnych na taką pracę jest znacznie więcej niż ofert. Wyjeżdżając z miasta w stronę Langtangu mijamy ogromnych rozmiarów slumsy w których ludzie po kolana brodzą w śmieciach, mieszkając w prowizorycznych domkach z blachy i folii otoczeni śmieciami dosłownie po kolana. Przy nich mijane pociągiem czy autobusem slumsy Tajlandii czy Indonezji wyglądają niemal jak normalne osiedla. Kompletnie nie mam pojęcia jak w ogóle można mieszkać w takich warunkach dłużej niż kilka dni i nie nabawić się jakiejś poważnej albo śmiertelnej choroby. Mnóstwo ludzi nie ma nic i jest zmuszonych do życia w ekstremalnych warunkach. Mimo to w mieście jest bardzo bezpiecznie, bo Nepalczycy biernie poddają się swojemu losowi i nie próbują podnieść ręki na czyjeś mienie. Tutaj nikt nie uważa że cokolwiek od życia mu się należy, tylko w spokoju znosi swój los. Obserwujemy totalnie wstrząśniętych Europejczyków, którzy widząc bijących się bezdomnych uzależnionych od alkoholu ludzi usiłują ich rozdzielić i pomóc rannej w głowę kobiecie. Ze zdziwieniem dowiadują się, że nie może ona liczyć na wezwanie karetki, bo bezpłatna pomoc medyczna w tym kraju nie istnieje. Biała kobieta jest w większej histerii niż poszkodowana, która po paru godzinach odzyskuje siły i sobie idzie. Widzimy ją potem codziennie jak pije z mężczyznami z którymi wcześniej się biła.

Kraj na przestrzeni ostatnich 10 lat przeżył mnóstwo zawirowań bo zarówno Indie jak i Chiny dążą do objęcia Nepalu swoimi wpływami. Obalono króla i kilkakrotnie zmieniała się władza. Ta niestabilna sytuacja odbiła się na codziennym życiu ludzi, którzy muszą z podstawowymi potrzebami praktycznie radzić sobie sami, bo ich państwo jest niewydolne. Z jednej strony w mieście można poczuć się trochę jak w XIX wieku, gdy w nocy z braku prądu romantycznie palą się świeczki, a w nocnych lokalach zamiast dudniącej muzyki nepalska młodzież gra rockowe kawałki na akustycznych gitarach i świetnie się przy tym bawi. Na wakacje jest to atmosfera idealna. Jednak jeśli pomyślimy o codziennych zmaganiach Nepalczyków z rzeczywistością, jak bardzo śmieszne i bezsensowne wydaje się polskie bredzenie o „głodowych pensjach” czy kraju w ruinie. A może tak właśnie (niezbyt optymistycznie) będzie wyglądał świat w przyszłości gdy ludzi będzie o wiele za dużo i nie dla wszystkich starczy wody, czystego powietrza czy miejsca do życia.

nep_katmandu_plac-durbar_001.jpg