Archiwum kategorii: Langtang

Treking po Langtangu 2014 (część druga)

Bardzo ciężko zabrać się za ten wpis, bowiem części miejsc, które pojawi się tu na zdjęciach już nie ma. Przestały istnieć po trzęsieniu ziemi, które 25 kwietnia 2015 nawiedziło Nepal i szczególnie dotkliwie zniszczyło Langtang. To samo stało się ze sporą częścią ich mieszkańców.  Byliśmy tam dokładnie rok przed tragicznymi wydarzeniami. W sezonie 2015 popularna trasa którą szliśmy nadal pozostaje zamknięta dla turystów ze względu na mogące wystąpić lawiny i osunięcia ziemi, oraz zniszczenie turystycznej infrastruktury.  Co stało się w tej okolicy po trzęsieniu ziemi można zobaczyć na przykład na kanale youtube nepalskiej armii, albo poczytać na przykład na tej stronie. Poprzednie części naszej wycieczki po Langtangu opisuję tu oraz tu.

Drugą część zaczynamy od miejscowości Langtang. To ostatnia zamieszkała przez zwykłych Nepalczyków miejscowość. Zajmują się oni głównie hodowlą jaków i uprawą marnych poletek. Ziemia rodzi tutaj chyba już głównie kamienie. Kolejna położona nieco wyżej miejscowość Kyanjin Gompa została stworzona już tylko na potrzeby turystów i są w niej same hotele. W Langtangu zatrzymujemy się na wyraźną sugestię naszego Pana Tragarza w Peaceful Guest House, który znajduje się nieco przed miejscowością. Okazuje się że jest to dobry wybór, bo ceny posiłków w menu nie są porażająco wysokie, jedzenie jest bardzo w porządku, a hotel obsługuje bardzo bystra i sympatyczna wielopokoleniowa rodzina. Wieś wygląda przepięknie. Wiele domów jest udekorowanych pięknymi ręcznie rzeźbionymi w drewnie elementami. W nocy jest już przeraźliwie zimno, prąd jest tylko bardzo nikły bo z generatorów. W pokoju dosłownie tli się 15 lub 20 watowa żarówka. Nie sposób skorzystać z jakiejkolwiek ładowarki, a zasięg telefonii komórkowej (słaby) ostatnio mieliśmy wczoraj gdy nocowaliśmy w Lama Hotel. Jednym słowem koniec cywilizacji i wolność. Tej nocy odczuwam pierwsze delikatne skutki przebywania na wysokości, mianowicie kilka razy budzę się w nocy bo trochę zaczyna brakować mi powietrza a po kilku głębszych wdechach zasypiam znowu. To sprawia że rano nie jestem zbyt wyspana. Jeszcze ciekawiej moje ciało reaguje po drodze ze wsi Langtang do miejscowości Kyanjin Gompa, mimo że do pokonania mamy na prawdę niewielki odcinek zajmuje nam to sporo czasu i to nie tylko przez robienie zdjęć. Idąc wolnym krokiem mam wrażenie jakbym biegła truchtem. Chodzenie robi się męczące. Najchętniej przystawałabym co 10 minut, a nawet jeszcze nie jestem na 4000 metrach nad poziomem morza.

nep_langtang_wies-langtang_004.jpg

Wieś Langtang, położona na wysokości 3430 m.n.p.m. –  mniej więcej połowa domów to zwyczajne gospodarstwa w których mieszkały też liczne zwierzęta, druga połowa budynków to hotele. Po trzęsieniu ziemi w kwietniu 2015 r., w miejscowości został tylko jeden dom. Resztę wsi razem z połową mieszkańców zabrała lawina błotna.

nep_langtang_wies-langtang_003.jpg

Lokalny tragarz w Langtangu.

nep_langtang_wies-langtang-pastwisko_001.jpg

Nieco wyżej nad wsią było piękne pastwisko dla koni i jaków.

nep_langtang_wies-langtang-piekarnia_001.jpg

W Langtang mieściła się także mini fabryka serów i piekarnia. Na zdjęciu właściciel i jego trzech synów. Nie udało mi się dowiedzieć  czy rodzina przeżyła trzęsienie ziemi.

nep_langtang_wies-langtang-piekarnia_002.jpg

Można było u niego kupić na przykład szarlotkę i różne bułki.

nep_langtang_murki-mani_kamien-modlitewny_005.jpg

Po drodze z Langtangu do Kyanjin Gompa mija się długi rząd „kamieni mani” z wyrytymi mantrami.

nep_langtang_stupa_001.jpg

A także sporej wielkości biały czorten, który wygląda dość surrealistycznie w otoczeniu ośnieżonych szczytów.

nep_langtang_murki-mani_kamien-modlitewny_003.jpg

Mantry mają służyć bezpieczeństwu i pomyślności podróżnych i pielgrzymów.

nep_langtang_murki-mani_kamien-modlitewny_004.jpg nep_langtang_murki-mani_kamien-modlitewny_001.jpg nep_langtang_murki-mani_kamien-modlitewny_002.jpg

Dochodzimy do Kyanjin Gompa. Przed turystycznym boomem była miejscem niezamieszkałym. Obecnie powstało tu mnóstwo mniejszych i większych hoteli i pensjonatów oprócz nich jest tu także lądowisko helikopterów i fabryka sera z mleka jaków założona przez Szwajcarów. Miejscowość jest bazą wypadowa na wyższe szczyty. W okolicy są sześciotysięczniki a niedaleko kilka siedmiotysięczników. Kyanjin Gompa postała w związku z nasilonym ruchem turystycznym i pierwszy raz w Nepalu odczuwamy na sobie niekorzystne skutki masowej turystyki. Mamy tu drobną aferę z noclegiem. Po drodze zaczepia nas facet zaprzyjaźniony z naszym Panem Tragarzem i wręcza nam wizytówkę swojego Guest House’u. Mówi że ma nowy dopiero co wybudowany hotel i bardzo nalega żebyśmy do niego przyszli. Zgadzamy się bo co szkodzi zobaczyć, jeśli mu tak bardzo zależy. Hotel podoba się nam nieszczególnie, a już ceny jedzenia w menu są kompletnie absurdalne i idziemy rozejrzeć się gdzie indziej – ceny okazują się korzystniejsze. „Nasz” gospodarz wpada niemal w panikę i błaga nas żebyśmy zostali, wtedy da nam 40% zniżki na cenę jedzenia. To sprawia że robi się u niego minimalnie taniej niż w innych hotelach. Ponoć dlatego ma tak drogo, bo każdy pokój posiada prywatną łazienkę z EUROPEJSKĄ (co wielokrotnie z dumą podkreśla) toaletą. Ta wiadomość nie zrobiła na nas dobrego wrażenia, gdyż nie należało się spodziewać, że ktoś kto prawdopodobnie na oczy nie widział w pełni działającej (w naszym rozumieniu) europejskiej toalety, będzie potrafił odpowiednio ją zamontować. Widzieliśmy już w Chinach i Turcji prawie dziesięć lat temu efekty takiego radosnego montowania w hotelach urządzeń na modłę zachodnią z których nie dawało się korzystać bo ktoś nie potrafił ich odpowiednio podłączyć i na przykład non stop lała się z nich woda albo nie uważał że kiedykolwiek trzeba je myć czy naprawiać, albo na przykład potrafiły się zatkać w najmniej odpowiednim momencie. W hotelu w Kyanjin Gompa niestety było tak samo a nawet gorzej. O wiele lepszym rozwiązaniem w takich warunkach jest bowiem wspólna toaleta którą co chwilę ktoś sprząta i czyści, niż prywatna której nie da się używać (a w dodatku nikt jej nie czyści).  Właściciel hotelu strasznie nalegał żebyśmy zostali, więc z rezygnacją, a tak na prawdę chyba trochę ze skąpstwa, postanawiamy u niego zostać. Skąpstwo oczywiście nie popłaca. Okazuje się że była to błędna decyzja. Na końcu postanowił bowiem nieuczciwie „odkuć” się na nas za dane nam rabaty i stwierdził że musi doliczyć nam 4 (jak sam policzył) wzięte przez nas prysznice, z których jeden wycenił na 200 (lub 300, nie pamiętam) rupii. Pomijając już to, że nie dało się tego w żaden sposób sprawdzić bo mieliśmy prywatną łazienkę, było tam tak zimno że zamiast 4 pryszniców wzięliśmy jeden. Na dodatek tak jak w większości hoteli w Langtangu woda podgrzewana była tutaj przez słońce, więc nie tracił prądu ani gazu na nasze odbyte (lub nie) kąpiele. 300 rupii kosztuje tutaj nocleg w pokoju dwuosobowym, więc cena była kompletnie absurdalna i oczywiście nie zapłaciliśmy mu tych pieniędzy. Musieliśmy w dodatku napsuć sobie nieco nerwów kłócąc się z nim pół godziny i tłumaczyć mu że jest nieuczciwy, bo nigdy nie słyszeliśmy by ktokolwiek w Nepalu kazał płacić sobie w hotelu za domniemane wzięcie prysznica, zwłaszcza że na początku nie wspominał że korzystanie z łazienki jest u niego dodatkowo płatne. Tłumaczyliśmy mu żeby z takim podejściem do gości lepiej nie zaczynał swojego biznesu, bo zła opinia szybko się o nim rozniesie. Był to jedyny nieprzyjemny akcent podczas całego pobytu w Langtangu więc jak widać miejsce nie jest zbyt mocno zniszczone przez masową turystykę. Jedynym widocznym tego wskaźnikiem są mijane gdzieniegdzie po drodze śmieci, co wygląda na prawdę strasznie. Nie wiem czego życzyć mieszkańcom Langtangu. Czy lepsze jest dla nich pojawianie się turystów i idący z tym dla nich zarobek i poprawa warunków życia, czy lepiej ich brak, dzięki czemu zanieczyszczeń w górach będzie mniej.

nep_langtang_kyanjin-gompa_001.jpg

Kyanjin Gompa.

Jeszcze w pierwszy dzień po przybyciu do Kanyjin Gompa stwierdzamy, że nam się nudzi. Jako że zostało jeszcze sporo czasu do zapadniecie zmroku, postanawiamy przejść się nieco po okolicy. Odwiedzamy fabrykę jaczego sera i idziemy nieco w górę w kierunku lodowca. W bardzo niedalekiej od niego odległości robi mi się zupełnie źle z powodu wysokości i odrobinę się podduszam. Nie jest to miłe uczucie. Nie udaje mi się dojść do lodowca i muszę zawrócić. Po zejściu kilkuset metrów w dół od razu wracam do formy. Widać jednak że tego dnia wyżej już nie da się wejść.

nep_langtang_lirung-glacier_001.jpg

Chciałam dojść do miejsca w którym zaczyna się śnieg, ale nie dałam rady :).

nep_langtang_okolice-kyanjin-gompa_003.jpg

A to kolejne zdjęcia z przechadzki w okolicach Kyanjin Gompa.

nep_langtang_okolice-kyanjin-gompa_002.jpg nep_langtang_okolice-kyanjin-gompa_001.jpg

Na drugi dzień budzę się z gorączką i nie idę obejrzeć położonego 12 kilometrów od Kyanjin Gompa pastwiska jaków Langshisha Karka, które jest ostatnim popularnym punktem naszej trasy, tylko zostaję w łóżku chorować, więc pozostałe zdjęcia nie są już mojego autorstwa. Kolejnego dnia czuję się jeszcze gorzej i postanawiamy nie czekać aż mi się polepszy, tylko zacząć wracać. Droga w dół zajmuje nam dwa dni (nocujemy w Lama Hotel w tym samym guest housie co poprzednio), z każdym krokiem niżej robi mi się lepiej i jak dochodzimy do Syaprubesi w zasadzie jestem zdrowa i czuję się świetnie.

nep_langtang_langshisa-karka_006.jpg

Droga z Kyanjin Gompa do Langshisha Kharka.

nep_langtang_langshisa-karka_005.jpg nep_langtang_langshisa-karka_004.jpg nep_langtang_langshisa-karka_003.jpg nep_langtang_langshisa-karka_002.jpg nep_langtang_langshisa-karka_001.jpg

Treking po Langtangu 2014 (część pierwsza)

nep_langtang_pan-tragarz_001.jpg

Pan Tragarz trzymający małego jaka.

Nasz kilkudniowy treking po Langtangu rozpoczynamy od spotkania z naszym Panem Tragarzem, którego imienia niestety już nie pamiętamy, mimo że spędziliśmy z nim niemal tydzień (zapamiętywanie imion to jedna z moich największych życiowych ułomności, mimo to nie poddaję się). Pochodziwszy kilka dni na jednodniowe górskie przechadzki z Syaprubesi, stwierdziłam że obuta z konieczności w chińskie adidasy za kilkaset rupii, będące jedynymi dostępnymi dla mnie tutaj butami, oprócz których alternatywą było chodzenie boso albo w sandałach, lepiej odejmę sobie ciężaru z pleców i skupię na robieniu fotek i podziwianiu widoków. Moje poprzednie, świeżo odebrane z reklamacji buty marki Chiruca już na lotnisku w Katarze zaczęły się rozpadać, a na nepalskiej prowincji zupełnie odpadła im podeszwa. Wcześniej planowaliśmy iść w góry sami, dlatego też nie szukaliśmy tego typu usług w Katmandu, jednak po namyśle stwierdziłam że lepiej będzie pójść tam z kimś lokalnym a nie samemu. Kiedy zapytałam się w hotelu o wynajęcie pana z tutejszej miejscowości i okazało się, że to wcale nie taki duży wydatek, postanowiliśmy się z nim spotkać i umówić na wyjście w góry. Pan Tragarz zrobił na nas dobre wrażenie, znał odrobinę angielskiego i był całkiem bystry, w związku z tym po drodze daliśmy radę z nim trochę pogadać nawet przy bardzo ubogim zasobie słów. Nie pamiętam już ile miał dzieci, ale co najmniej trójkę i właśnie remontował dom. Czasem pokazywał nam różne rośliny i inne ciekawe rzeczy chociaż niewiele mogliśmy wymienić na ten temat informacji.

Z nami chyba się specjalnie nie zmęczył, bo nosił nam mniej więcej dziesięciokilogramowy plecak, zgodnie z umową mogą oni nosić bagaże nie cięższe niż 20 kilogramów. Tymczasem lokalni tragarze niepracujący dla turystów, wnoszą pod górę na przykład dwa trzydziestokilogramowe worki z ryżem, fragmenty stalowych mostów, kawałki betonu albo ogromne płyty wiórowe wysokie na trzy metry, z których buduje się wewnętrzne ściany budynków. Widziałam też kobiety niosące 40 albo 50 kilogramów ryżu, czy kilkunastoletnie dzieci noszące po 20. W dodatku miejscami idzie się dość stromą ścieżką a sporo ludzi obutych jest tylko w klapki. Oczywiście nie robiło to na nich żadnego wrażenia. Nie widzieliśmy żadnej kontuzji ani wypadku (co oczywiście nie znaczy, że nie zdarzają się one w ogóle). Ci w bardziej podeszłym wieku mieli od swojej wieloletniej pracy totalnie zdeformowane plecy. Wniosek z tego jest tylko jeden. W porównaniu z nami tamtejsi ludzie są niesamowicie „twardzi i zahartowani” do warunków w których żyją. Jednocześnie można zdać sobie sprawę z tego jak bardzo my przez swoje cieplarniane warunki jesteśmy niezdolni do przetrwania. Idziemy na niegroźną wycieczkę w niskie jak na lokalne warunki góry w świetnych butach i ze sprzętem, który kosztuje tyle, ile oni wydają na życie przez kilka lat. Takie nierówności mogą prowokować do nadużyć, jednak tutejsi ludzie podchodzą do tych różnic ze spokojem i godnością. Nie muszą koniecznie dorobić się szybkich pieniędzy by trochę zrównać swój status z turystami. Nikt nie próbuje nas oszukać, nie opowiada rzewnych historyjek byleby tylko skłonić nas do wydania pieniędzy. To nie Tajlandia ani Kambodża.

nep_syaprubesi_czorten_001.jpg

Żegnamy się z Syaprubesi przy takim ładnie położonym czortenie.

nep_langtang_rzeka-langtang_001.jpg

Na początku idzie się wzdłuż rzeki Langtang.

nep_langtang_stalowy-most_001.jpg

Przechodząc od czasu do czasu przez  świetnie utrzymane i nowe mosty.

nep_langtang_szlak-w-lesie_001.jpg

Czasami wszystko wygląda jak w Polsce.

nep_langtang_las_001.jpg
nep_langtang_kaktusy_001.jpg

A czasami jak w tropikach.

nep_langtang_porosty_002.jpg

W niższych partiach gór absolutnie fascynujące jest to co rośnie na drzewach.

nep_langtang_epifity_001.jpg

Epifity.

nep_langtang_porosty_003.jpg

I różne porosty.

nep_langtang_poroze-jaka_001.jpg nep_langtang_porosty_001.jpg

nep_langtang_rododendron_001.jpg

Nasz Pan Tragarz realizował przy okazji wyjścia z nami ważne zlecenie religijne – zrywał zioła i pewien rodzaj górskiego jałowca, którym w Nepalu okadza się domy i świątynie. To dlatego rano wszędzie tak pięknie pachnie. Ten rodzaj kadzidła popularny jest wśród buddystów. Hinduiści palą kadzidła indyjskie. Im z większej wysokości pochodzi jałowiec, tym większą ma moc odstraszania demonów. Nasz Pan Tragarz pod koniec miał go całą stertę. Non stop biegał z naszym plecakiem pionowo pod górę lub w dół zrywając zioła. Bardzo śmiesznie wyglądaliśmy w zestawieniu z nim, bo on wziął sobie w góry tylko mikroskopijny plecaczek (w końcu był u siebie) my zaś musieliśmy zabrać dwa duże do połowy wypełnione rzeczami plecaki (chociaż opłaciło się bo potem większość tego mieliśmy na sobie, tak było zimno). Technicznie wygląda to tak, że umówieni byliśmy z  Panem Tragarzem na dzienną stawkę w dolarach albo rupiach i całe pieniądze wypłacić mieliśmy mu na końcu. Noclegi i wyżywienie podczas trekingu (a raczej wycieczki) zwyczajowo miał za darmo, za to że przyprowadził turystów do danego hotelu/lodge’a. Pan Tragarz zachęcał nas po drodze do zatrzymywania się w swoich zaprzyjaźnionych punktach, jednak zgadzaliśmy się na ten jego marketing tylko wtedy, kiedy nam też to pasowało.  Na szczęście nie był zbytnio nachalny. Ogólnie zachowywał się bardzo w porządku i dodatkowo ugruntował moją opinię o tamtejszych ludziach, którzy zachowują swój honor i godność w każdej sytuacji i wielu rzeczy moglibyśmy się od nich nauczyć. Zdaję sobie sprawę, że widzieliśmy pewnie bardzo wyidealizowany obraz nepalskich wsi, bo tutaj ludzie żyją z turystyki i zarabiają jakieś pieniądze – nawet jeśli nie wszyscy mieszkańcy coś z tego mają to z pewnością całej miejscowości żyje się nieco lepiej. Jak jednak musi być we wsiach które mijaliśmy po drodze autobusem, do których turyści nie docierają wcale, a ziemi uprawiać się za wiele nie da bo nie ma do tego warunków. Teren jest stromy i bardzo eksponowany a jedyne wyjście to uprawa tarasowa – trzeba włożyć w nią o wiele więcej pracy, a efekty są skromne. Przypuszczam nie nie wszystkich jest ona w stanie wyżywić a perspektywy przed ludźmi rysują się marne. Stąd liczne migracje do stolicy w poszukiwaniu lepszego życia.

Pierwszego dnia poruszaliśmy się bardzo szybko, bo widoki były takie same jak na dotychczasowych jednodniowych przechadzkach, tylko ludzi znacznie więcej. Szlak wiódł cały czas wzdłuż koryta rzeki Langtang i stopniowo nabierał wysokości. Szybko okazało się, że to ulubiona trasa europejskich emerytów, gdyż średnia wieku turystów oscylowała w granicach 50+, zdarzały się jednak także młode osoby. Do miejsca pierwszego noclegu – Lama Hotel doszliśmy wczesnym popołudniem, tylko raz zatrzymując się po drodze. Na pierwszym nocnym postoju spotkaliśmy też wycieczkę trudnej młodzieży ze Szwajcarii, która w ramach resocjalizacji została zabrana na wyjazd do Nepalu. Muszę przyznać, że była to niezła taktyka. Rozmawialiśmy z ich opiekunami. Podczas wyjścia w góry każdy z nich sam musiał nieść swoje rzeczy. Mieli tylko jednego lokalnego tragarza, który niósł ich apteczkę i inne utensylia dla całej grupy. Widać było, że młodzi ludzie są dosłownie zmiażdżeni otaczającą rzeczywistością i to świetny i bardzo skuteczny pomysł by spojrzeli z innej perspektywy na swoje położenie i dostrzegli możliwości jakie mają u siebie w kraju. Szkoda, że w Polsce prawie nikt jeszcze nie wpada na takie pomysły resocjalizacji młodych ludzi, którym często doskwierają takie problemy jak brak wystarczająco dobrej dla nich pracy, czy ich brak tolerancji dla wszystkiego co odmienne. Nie wiem tylko czy trzeba lecieć samolotem na drugi koniec świata by zapoznać się z odmiennym modelem rzeczywistości, ale Szwajcaria pewnie może sobie na to pozwolić, by wysyłać na takie eskapady problematyczną młodzież. Na twarzach młodych osiłków malowało się takie przerażenie, że aż chwilami było mi ich szkoda, niektórzy przewracali się ze zmęczenia po przejściu tych paru kilometrów na niedużej jeszcze wysokości. Zresztą nie mam pojęcia ile godzin zajęło im przejście, przyszli bowiem późnym wieczorem.

nep_langtang_turysci_001.jpg

Im wyżej tym więcej szarości a mniej zieleni.

nep_langtang_konie_002.jpg

Muły – ekologiczny i jedyny oprócz helikoptera środek transportu.

nep_langtang_konie_001.jpg

Takie widoki można spotkać na drodze od Lama Hotel do wsi Langtang.

nep_langtang_pejzaz_005.jpg nep_langtang_pejzaz_004.jpg nep_langtang_pejzaz_003.jpgnep_langtang_turysci_002.jpg

Jak wyglądają noclegi na takiej wycieczce?

Warunki w jakich śpi się podczas trekingu nie należą do wybitnie komfortowych, niemniej jednak dopóki mamy swój śpiwór, oraz nawet w określonych godzinach da się skorzystać z ciepłej wody w której można się umyć to chyba nie należy bardzo narzekać. Wysokie góry kojarzą się z permanentnym niemyciem, więc w przypadku naszej wycieczki po Langtangu, chyba jeszcze nie może być mowy o wysokich górach. Budulcem hoteli i guest house’ów są okoliczne drewno i kamienie. Inne materiały trzeba wnosić na ludzkich plecach, są więc używane bardzo oszczędnie. Dzięki temu opuszczone hotele nie szpecą tak bardzo krajobrazu. Nieużywana budowla z roku na rok coraz bardziej zespala się z naturą. Wszystkie pokoje wewnątrz wyłożone są drewnem lub płytami, pomiędzy deskami są dość duże szpary, dlatego czasem można oglądać sąsiadów z pokoju obok, wszystko też słychać, więc nie ma co liczyć na prywatność. Najbardziej przeszkadzają podmuchy wiatru, które wdzierają się przez szpary. Dlatego lepiej strategicznie wybrać sobie pokój bardziej osłonięty i jak najdalej od ścian zewnętrznych. Im wcześniej przyjdziemy tym wybór pokoi większy. Najważniejszym kryterium przy wyborze noclegu na takiej trasie jest jedzenie, bo pokój jest za darmo lub płaci się za niego symbolicznie, jednak je się w nim posiłki. Piszę o tym w poprzednim poście. W wyżej położonych lodge’ach do przykrycia dostaje się dodatkowo kołdry w nielimitowanej ilości. Można wziąć jedną na spód a drugą na górę i położyć się między nimi w śpiworze. Oczywiście kołder nie ma gdzie uprać w warunkach innych niż zimna woda ze strumienia, ale samo wystawienie ich na promieniowanie UV jest chyba bardziej wartościowe niż nasze proszki i detergenty, a widziałam że wystawiane na słońce są one regularnie. Dlatego wyglądu nie mają zbyt ślicznego i nie ma co liczyć że po drodze znajdziemy jakiś piękny nocleg w którym będzie jak w hotelu co najmniej trzygwiazdkowym 🙂 bo wszyscy mają jednakowe warunki. Dlatego warto poświęcić się i taszczyć ze sobą śpiwór, chyba że komuś nie przeszkadza spanie pod kołdrami „niezbyt białego koloru”, że tak się eufemistycznie wyrażę. Ale przynajmniej pokoje nie są zamieszkałe przez żadne robale, czasem trafi się jakiś pająk, który mnie zdeklarowaną arachnofobkę przyprawia o ból głowy, ale nie ma żadnych innych krwiopijców. Widać było, że pokoje są regularnie sprzątane (a że sprzątanie nie polega na używaniu znanych nam środków czystości w postaci chemikaliów nie ma się chyba czemu dziwić).

Drugiego dnia rano na wysokości niecałe 2500 m.n.p.m. było już całkiem zimno, a jeszcze przed chwilą oglądaliśmy ogromne kaktusy jak w tropikach. Potem krajobraz zmienił się zupełnie i zobaczyliśmy nawet pierwszego jaka. Widoki robiły się coraz ciekawsze. Ośnieżone szczyty widoczne w oddali, skały, pasące się konie i jaki – te wszystkie okoliczności przyrody powodują, że co chwilę zatrzymywałam się robić zdjęcia. Przez cały czas naszej wędrówki po niżej położonych terenach, roślinność zmieniała się bardzo dynamicznie, w zależności od tego czy ściana wzdłuż której szliśmy była wystawiona stale na światło słoneczne czy też nie. Kilkaset metrów od siebie mogły sąsiadować tam ze sobą sosny prawie jak w europejskich lasach, a zaraz obok gigantyczne kaktusy.  Stwierdziłam że świat powyżej 3500-4000 metrów zupełnie nie jest dla mnie. Nie rozumiem jak można cieszyć się „surowym pięknem” krajobrazu. Lubię jak jest gorąco i zielono. Gdybym musiała tu mieszkać na stałe, żyłabym chyba w permanentnej lekkiej depresji, bez drzew i w otoczeniu ciemnych skał. Całe życie trzeba też chodzić w co najmniej  jednej warstwie ubrań z długimi rękawami i nogawkami,  ze względu na poparzenia promieniami UV, które na tej wysokości dają się już mocno we znaki. Temperatury są także kompletnie nie moje i o wiele bardziej podobało mi się w niższych partiach gór. Co nie znaczy, że więcej w takie góry się nie wybiorę, bo podoba mi się takie powolne wspinanie się w górę i zmieniające się z każdą chwilą warunki. W Langtangu można na kilka dni lub więcej całkowicie wyjść z cywilizacji pełnej samochodów, zasięgu telefonicznego i internetu. Dzisiaj już trudno znaleźć takie miejsca – jak w Europie chodzimy po górach cywilizacja zawsze czai się gdzieś za rogiem. Tutaj łączność ze światem zapewniona może być przez nasze własne nogi albo zostaje nam koński grzbiet lub helikopter. Bardzo podoba mi się takie odcięcie od rzeczywistości, klimaty około lodowcowe są jednakże kompletnie nie dla mnie.

nep_langtang_wies-langtang_002

Drugiego dnia dochodzimy do wsi Langtang. Od tego miejsca zaczynam odczuwać lekkie skutki przebywania na dużej wysokości.

nep_langtang_wies-langtang_001.jpg

Wieś przestała istnieć po trzęsieniu ziemi w kwietniu 2015 roku. Wszystkie domy oprócz jednego przykryła lawina błota a ludzi „uznaje się za zaginionych”.

Syaprubesi 2014

Nasza wizyta w Langtangu zaczęła się dość ekstremalnie za sprawą sposobu w jaki tam się dostajemy. Kupiliśmy bilety na autobus z Katmandu, jednak z braku wiedzy wybraliśmy „local bus” zamiast „express busa” (czy też pojazdu „super express deluxe vip class”, lub coś w tym rodzaju). Myślę, że głównym clue do wszystkiego było tutaj słowo „express”. Zasadniczo oba pojazdy są takie same – to przedpotopowe gruchoty marki Tata, które smrodzą czarnymi spalinami i niesamowicie hałasują, oraz straszliwie trzęsą się na wyboistych górskich drogach, różnica jest tylko taka, że do naszego autobusu bez przerwy ktoś wsiadał i wysiadał, bo to jedyna możliwość przewiezienia kilku worków ryżu, kanistrów z paliwem, butli z gazem, czy materiałów budowlanych pomiędzy górskimi miejscowościami.  Innego publicznego transportu nie ma, a wynajęcie samochodu terenowego (opcja na którą też się nie zdecydowaliśmy) jest dla lokalnych ludzi wydatkiem niepojętym. Jedziemy więc niemożliwie stłoczeni (do środka udało się upchać pewnie ze trzy razy tyle osób, ile było przewidzianych miejsc siedzących i stojących), ale co z tego, skoro jeszcze mniej więcej 20 pasażerów siedzi na dachu (mimo że oficjalnie w Nepalu na dachu nie można już jeździć). Po zebraniu odpowiedniej liczby pieniędzy na łapówki i zostawianiu ich w kolejnych checkpointach, pasażerowie schodzą z dachu, przechodzą punkt kontrolny na piechotę, po czym całe pakowanie i upychanie zaczyna się na nowo. Taka procedura ma miejsce kilka razy. Pomijając normalne przystanki autobusowe co pół godziny i targowanie komu bardziej potrzeba do niego wsiąść, chętnych bowiem jest kilka razy więcej niż miejsc. Czasem nawet zdarzają się przepychanki i nie obywa się bez łez. Z powodu kilkukrotnego przekroczenia liczby pasażerów oraz tłumu ludzi na dachu, nad licznymi przepaściami nasz autobus przechyla się niemal wbrew prawom fizyki, ale jakoś udaje mu się nigdzie nie stoczyć ;). Niektórzy ludzie za bardzo boją się o wiezione dobra i nie zgadzają się na położenie ich dalej z tyłu autobusu, tylko osobiście ich pilnują przy samym wejściu, więc w miejscu gdzie siedzimy stoi i leży bezładna masa ludzi i worków i panuje kompletny chaos. W razie intensywniejszego użycia hamulców przez kierowcę z pewnością nie obyło by się bez licznych urazów i kontuzji, na szczęście wszystkim udaje się dotrzeć bez szwanku, nie licząc kilku omdleń oraz oczywiście choroby lokomocyjnej, która dotyka lokalnych ludzi, ponieważ prawie nigdy nie jeżdżą oni pojazdami mechanicznymi, a droga obfituje w zakręty, wyboje i nie wszystkie jej kawałki są pokryte asfaltem.

nep_katmandu_ulica-autobus-tata_001.jpg

Na razie panowie na dachu układają bagaże, potem upchają tam jeszcze co najmniej 20 pasażerów.

nep_katmandu_autobus-tata_002.jpg

Tak wyglądają autobusy którymi jedzie się do Langtangu.

nep_katmandu_autobus-tata_001.jpg

A tym cudem techniki jechaliśmy w drodze powrotnej „Super Express” bez przystanków pośrednich (tym gorzej dla żołądka).

Ponoć przejeżdżamy te 115 kilometrów w i tak nie najgorszym tempie bo zajmuje to nam około 7-8 godzin (część trasy to asfaltowa w miarę dobra droga, po Trisuli Bazar zaczyna się wszechobecny pył i serpentyny nad przepaściami.  W drodze powrotnej, bogatsi o te doświadczenia, wybieramy autobus który wcale się nie zatrzymuje i bierze tylko tyle pasażerów ile jest miejsc siedzących. Kierowca używa swojego pojazdu z inwencją kilkuletniego dziecka, w efekcie czego prawie wszyscy pasażerowie cierpią na chorobę lokomocyjną więc jest prawie tak samo traumatycznie jak poprzednim razem, tylko męczarnie autobusowe trwają trochę krócej. Terenówka jakieś dziesięć razy droższa niż autobus, pokonuje tą trasę w 3-4 godziny, jednak ponoć wiele zależy na jakiego trafi się kierowcę. W Nepalu nie ma przecież szkół nauki jazdy. Europejsko-azjatycka para, która wybrała taką opcję opowiadała nam o szalonym i brawurowym kierowcy, przez którego wynajęty przez nich samochód ugrzązł w piasku, i stopniowo zaczął obsuwać się w przepaść, umacnianie kół samochodu i zabezpieczanie go przed spadkiem w dół spowodowało, że również jechali 8-9 godzin. Widoki nieco rekompensowały nam podróż, potem jednak nic już nie było widać ze względu na nogi dyndające za oknem i pył, który powodował że lepiej było przymknąć okno (na tyle na ile pozwalał kompletnie zdezelowany autobus).

nep_himalaje-krajobraz_001.jpg

Na początku widoki są takie.

nep_rejon-langtang_003.jpg

Potem mijane po drodze miejscowości z daleka wyglądają tak.

nep_rejon-langtang_002.jpg

Jedzie się wzdłuż koryta rzeki.

Dojeżdżamy do miejscowości Dchunche, wykończeni wielogodzinnymi autobusowymi torturami, które dla lokalnych ludzi są codziennością (a dla nas ekstremalnym jednorazowym przeżyciem). Na szczęście pobyt na miejscu rekompensuje z nawiązką trudy podróży. Cisza, czyste powietrze i czysta woda to po Katmandu prawdziwe luksusy. Przez pierwszych kilka dni nie wybieramy się wyżej tylko czyścimy płuca po stołecznym smogu, odbywając kilka lokalnych jednodniowych wycieczek po okolicy. W  międzyczasie przenosimy się do miejscowości Syaprubesi idąc kilkanaście kilometrów świetnej jakości asfaltową drogą. Podczas tej wycieczki rozpadają mi się buty i muszę na miejscu zakupić chińskie adidasy za kilkaset rupii, żeby w ogóle gdziekolwiek móc pójść. Decydujemy się także na wynajęcie lokalnego pana z wioski, który ma być naszym tragarzem podczas planowanego kilkudniowego wyjścia w góry, bo chcemy dojść przynajmniej do Kyanjin Gompa. Był on dalszym krewnym właścicieli naszego hotelu, bardzo mądrych i sympatycznych ludzi, którzy od razu zdobyli nasze zaufanie. Udzielali rzetelnych informacji, nie próbowali nas na nic naciągać i nie traktowali jak turystycznej zwierzyny. Prowadzili dokładnie naprzeciwko przystanku gdzie zatrzymują się autobusy w Syaprubesi hotel „Lhasa” (email do nich to: karnyallama47(małpa)hotmail.com, a adres hotelu: Shyafru Besi-9 Rasuwa District Bagmati Zone, Nepal). Hotel we wnętrzu pokryty był świetnymi malowidłami – ręcznie malowany uproszczony niemal do pikselozy pałac Potala i tropikalna dżungla, mogłyby tworzyć kanony sztuki naiwnej. Obejrzeliśmy wtedy kilka hoteli jednak ci ludzie wydali nam się najrozsądniejsi. Mieli też bardzo czysty hotel i sensowny system słonecznego ogrzewania wody (która była ciepła i nie trzeba było czekać 15 minut aż zejdzie ta zimna), robili dobre, świeże jedzenie – było to dość ważne, bo w sumie mieszkaliśmy u nich tydzień. Właściciele mówili, że większość ludzi odbiera Syaprubesi jako miejsce średnio atrakcyjne, wszyscy zatrzymują się tu maksymalnie dzień i szybko idą wyżej. Tymczasem trasy do okolicznych miejscowości są piękne i widokowe, w dodatku wioski posiadają podstawową infrastrukturę (jest gdzie zjeść, a nawet przenocować). Co ciekawe, po powrocie odkryłam, że w Syaprubesi mieściła się społeczna piekarnia w dodatku założona przez Polaków. Wcześniej w ogóle nie planowaliśmy być w tej miejscowości, a trafiliśmy tam wiedzeni chęcią kupienia w niej jakichkolwiek butów, dlatego kompletnie nic o niej nie przeczytałam. W momencie gdy tam byliśmy piekarnia chyba nie działała, bo jedyna w okolicy mieściła się w  miejscowości Langtang, która po trzęsieniu ziemi przestała istnieć. Syaprubesi również bardzo ucierpiało w trzęsieniu ziemi – rok później oglądałam zburzoną konstrukcję hotelu Lhasa w dramatycznych relacjach z tej miejscowości (piekarnia również przestała istnieć).

nep_dhunche_001.jpg

W Dhunche widok z okna hotelu mamy taki, ale szybko przeprowadzamy się do Syaprubesi.

nep_droga-dhunche-syaprubesi_002.jpg

Między dwoma turystycznymi miejscowościami Dhunche i Syaprubesi znajduje się nowa i nieuszkodzona asfaltowa droga.

nep_droga-dhunche-syaprubesi_001.jpg

Spotkać na niej można bardzo nieliczne pojazdy.

nep_droga-dhunche-syaprubesi_dziecko_001.jpg

Bawiące się przy drodze dzieci (my byliśmy ciekawsi niż zabawa nad przepaścią).

nep_droga-dhunche-syaprubesi_kon_001.jpg

I zaparkowane konie.

nep_rejon-langtang_uprawa-tarasowa_001.jpg

Po drodze można podziwiać takie widoki dlatego lepiej iść pieszo niż mordować się w kolejnym autobusie.

nep_droga-dhunche-syaprubesi_003.jpg

Droga Dhunche-Syaprubesi.

Mieszkając w Syaprubesi odbywamy kilka jednodniowych wycieczek, między innymi do Lingling pod samą chińską granicę – drogą już nie asfaltową, (tylko pokrytą pyłem w który można się zapaść po kostki), poprowadzoną do samej granicy. Stąd też przywozi się chińskie dobra konsumpcyjne w postaci rozmaitych przedmiotów zrobionych z plastiku, które następnie zalegają po rowach, lub są palone. Co będzie gdy mieszkańcy okolicy zrobią się bogatsi i będzie ich stać na więcej chińskiego plastiku? Na razie chińska inwazja towarowa jest trzymana w ryzach,  wszystkie produkty łatwiej dowieźć z Chin i w zasadzie wszystko jest tu „made in China” jednak ludzie używają ich oszczędnie. Na śmieciowe jedzenie w foliowych workach też raczej ich nie stać (w przeciwieństwie do stolicy kraju) i to turyści są odpowiedzialni za zdecydowaną większość opakowań. Można to jakoś rozwiązać – wziąć z sobą tabletki do odkażania wody i nabierać wody po drodze ciągle do tych samych butelek, zrezygnować z napojów w puszkach i szklanych butelkach. W jadłodajniach można zamawiać masala tea, czy tybetańską herbatę z solą i masłem, zamiast napojów w opakowaniach. Dla bardziej wrażliwych zawsze jest czarna herbata, albo kawa instant. Podczas trekingu nieco „zakumplowaliśmy się” ze starszą kanadyjską parą, z którą ciągle lądowaliśmy w tych samych miejscach. Dużo opowiadali o Nepalu bo jeździli tu wielokrotnie. Ze zdumieniem obserwowałam ich podczas wspólnych posiłków, do których zawsze zamawiali kosztujący spore pieniądze sok pomarańczowy w puszkach, które po pierwsze ktoś musiał na własnych plecach wnieść na górę, ale pozostawał jeszcze problem co zrobić z puszką. Przez cały pobyt „wyprodukowali” pewnie co najmniej 20 puszkowych śmieci a przy tym ochoczo rozprawiali o ekologii tych górskich obszarów. Najbardziej kuriozalnie wyglądali mijani po drodze tragarze, niosący na swoich plecach skrzynki z piwem lub colą, która następnie sprzedawana jest w lodgach i guesthousach. Jeszcze bardziej kuriozalnie wyglądają całe ciężarówki pełne napojów wlokące się po pylistej drodze ze stolicy z prędkością 10 km/h, tylko dlatego, że pewna część ludzi nie potrafi zrezygnować z piwa przez kilka dni.  Z napojów wyskokowych kosztowaliśmy natomiast „local wine”, bo przecież lokalnego wina nigdy nie można sobie odmówić – trunku robionego ze sfermentowanych ziaren ciemnej gorczycy, mającego kolor przeźroczysty, który smakował jak bimber rozcieńczony z wodą. Szklanka tego napitku kosztowała niewiele więcej niż herbata. Właściciel naszego hotelu jak zapewniał, wcale nie pije alkoholu, ale musi go robić dla swoich gości na przykład lokalnych biznesmenów.  Co ciekawe dla osób uzależnionych od kawy, kreatywni Nepalczycy radzą sobie z tym problemem wyśmienicie, przy skromnym prądzie z generatorów ekspres do kawy działał nie będzie (w tamtejszych warunkach byłby zresztą czymś kuriozalnym), za to na paleniskach stoją małe kawiarki, w których da się zaparzyć świetną i mocną kawę.

Kiedy już wróciliśmy z trekingu i kolejnych kilka dni siedzieliśmy sobie w Syaprubesi, do naszego hotelu przyjechała ekipa chińskich naukowców, badających chyba wpływ zmian klimatu na lodowiec, albo inne tego typu zagadnienia, (już nie pamiętam) albo po prostu rozglądająca się nad możliwościami inwestycji w okolicy, która miała się udać w bardziej niedostępne tereny. Ekipa miała ogromne bagaże i wynajęła mnóstwo tragarzy. Niechcący byliśmy świadkiem przepakowywania części z nich i okazało się, że większość ich bagażu stanowią setki zup instant w plastikowych miskach znanych nam z Chińskich pociągów, oraz dziesiątki półtoralitrowych  butelek z wodą. Zamiast zabrać z sobą jakiegoś lokalnego kucharza, trochę warzyw, ryżu czy makaronu, lepiej po wielkomiejsku produkować tony plastiku. Podczas trekingu można bez problemu korzystać z jedzenia przyrządzanego przez rodziny prowdzące logde i guesthousy, wszystko poddane jest obróbce cieplnej i przygotowywane niemal w całości na naszych oczach, a więc świeże. We wszystkich miejscach tego typu w całym parku narodowym aby uniknąć problemów z zatruciami turystów, robi się potrawy wyłącznie wegetariańskie, dlatego jeśli komuś potrzeba mięsa (a może być potrzeba ze względu na wysokość), najlepiej zabrać z sobą suszone. Nie miałam tam żadnych problemów z żołądkiem. Zresztą okolica nie jest jakimś kompletnie zapchanym turystami miejscem i nikomu nie przychodzi do głowy dorabiać się w szybki i nieuczciwy sposób. Pod tym względem Langtang jest świetny, a ludzie wspaniali i gościnni, czemu więc nie dać im trochę zarobić. Oglądając noclegi trzeba również pooglądać menu – ceny jedzenia są dość wysokie (czasem pokój jest gratis a płaci się tylko za jedzenie) i zawsze można sprawdzić czy potrawy które lubimy i często jemy mają akceptowalne ceny, bo rozbieżności bywają spore, oraz czy gospodarzom dobrze patrzy z oczu no i czy jest czysto. Tylko raz spotkaliśmy się z próbą oszustwa, przez człowieka, który na szybko i byle jak wystawił niedawno hotel i próbował szybko dorobić się w nieuczciwy sposób. Był to w ogóle jedyny raz gdy ktoś w Nepalu próbował nas oszukać (to jeden z najbiedniejszych krajów świata).

nep_okolice-goljung_001.jpg

Takie widoki można zobaczyć wybierając się na jednodniową wycieczkę w stronę Goljung (jeśli wydrapiemy się na przełęcz to nawet jest tam guesthouse w którym można coś zjeść i posiedzieć z pasterzami bydła przy herbatce).

nep_okolice-goljung_002.jpg

Ścieżka dość morderczo pionowo wspina się do góry.

nep_okolice-goljung_003.jpg

Ale jak już się wygramolimy to pięknie wszystko widać.

nep_goljung_kapliczka_001.jpg

Po drodze można spotkać wizerunki Buddy tu i tam.

nep_goljung_stupy_001.jpg

Albo takie piękne stupy.

Kręcąc się po okolicznych miejscowościach dookoła Syaprubesi mamy czas by trochę porozmawiać z ludźmi. Większość to uciekinierzy z Tybetu który przybyli w te rejony kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu. Niektórzy mieszkają w przepięknych tradycyjnych domach zrobionych z okolicznych kamieni i drewna, na ścianach wiszą kilimy celem ochrony przed wiatrem, a główną częścią domu jest sala z paleniskiem i drewnianymi ławami do spania dookoła. Zamiast plastiku ręcznie rzeźbione drewno – jedyny surowiec jaki jest pod ręką. Jeden mężczyzna z miejscowości Lingling wynajmuje taką piękną chatę turystom. Spotykamy też podczas jednej wycieczki bardzo wesołego i energetycznego nauczyciela szkoły podstawowej, który mówi że właśnie rozpoczyna się rok szkolny i musi przejść pieszo na jego inaugurację z jednej miejscowości do drugiej (on jest jeden, a szkoły dwie). Trasa wiedzie pionowo pod górę, a następnie równie pionowo w dół.  Na dodatek robi tak codziennie a teren jest taki, że żaden motor ani rower nie dadzą rady,  ale w sumie to cieszy się i nie narzeka, bo ma pracę a w zasadzie to dwie, a inni i tak mają gorzej od niego, bo nie mają stałej pracy wcale, chyba że ktoś zajmuje się turystami.

nep_widoki-po-drodze-do-thulo-syabru_002.jpg

A tak wygląda droga do Thulo Syabru zdecydowanie warto się wybrać, w miejscowości można coś zjeść i wypić kawę z kawiarki.

nep_kapliczka-po-drodze-do-thulo-syabru_001.jpg

Można też spotkać takie kapliczki.

nep_widoki-po-drodze-do-thulo-syabru_001.jpg

I pooglądać kwitnące rododendrony.

nep_thulo-syabru_sklep-ze-sprzetem-gorskim_001.jpg

Jest nawet sklep górski, ale chyba nie działa.