Archiwum kategorii: Rumunia

Festiwal niedźwiedzi w Dărmănești

Czy wiecie o tym, że w jednym z krajów Unii Europejskiej końcem każdego roku ludzie przez wiele godzin tańczą ubrani w niedźwiedzie skóry, przez co wpadają w lekki trans? W dodatku w jednym miejscu gromadzą się ich setki. W Rumunii jak na razie kultywowane od stuleci tradycje mają się dobrze – tak bardzo, że oparły się najpierw chrześcijaństwu, a potem wyjątkowo paskudnej odmianie komunizmu, która doświadczyła ten kraj. Nie mam pojęcia co ma wpływ na ten fenomen. Oczywiście globalizacja jak wszędzie postępuje nieubłaganie, jednak jakimś cudem tutejsi ludzie z uporem maniaka kultywują dawne zwyczaje. Zimowa obrzędowość w Rumunii na pierwszy rzut oka wydaje się być okrutnie skomplikowana, a folklor i ilość tradycji przebogata. Jednak trzeba sobie uświadomić, że dawniej takie obrzędy miały miejsce w całej Europie a motywy powtarzały się wszędzie. Niestety u nas większość ludzi pozwoliła odrzeć się z tego ważnego elementu rzeczywistości, skupiając się zamiast tego na szalonej świątecznej  konsumpcji i mocno instytucjonalnych formach religijności. Zwyczaje związane z przemianami odbywającymi się pod koniec każdego roku przetrwały jedynie w bardzo niewielkich enklawach i społecznościach i niestety ich kultywowanie bardziej przypomina żywe muzeum, niż faktycznie jednoczy i cementuje całą społeczność jak ma to miejsce na przykład w Rumunii. Właśnie dlatego jesteśmy jako społeczeństwo tak mocno oderwani od rzeczywistości.

Wydarzenie odbywa się w takiej pięknej okolicy.

Często tak mam, że nieraz w ostatniej chwili dowiaduję się o czymś ciekawym, ale z powodu posiadania regularnej pracy nie mam możliwości rzucenia wszystkiego  z dnia na dzień, żeby znaleźć się na przykład tysiąc kilometrów od domu. Staram się za to przy następnej możliwej okazji nadrobić to co mnie ominęło i tak właśnie było z festiwalami tańczących niedźwiedzi w Rumunii. W tamtym roku przez anglojęzyczny internet i media społecznościowe przetoczyła się fala artykułów na ten temat, bo pewna amerykańska reporterka, która spędzała dzieciństwo w Rumunii, pojechała tam i wzięła udział w kilku takich właśnie festiwalach starannie je obfotografowując. Odbywają się one pod koniec roku kalendarzowego praktycznie w każdej mniejszej i większej miejscowości w należącym do Mołdawii okręgu Bacau (chodzi oczywiście o mołdawski region Rumuii, a nie o odrębny kraj). Największy z nich (i najbardziej promowany jako atrakcja turystyczna) ma miejsce w mieście Comanesti, jednak również bardzo ciekawe są te w  okolicznych mniejszych miejscowościach i wsiach. W tym roku byliśmy na dwóch niedźwiedzich festiwalach i bardzo dobrze że nie na jednym, bowiem wyraźnie się one od siebie różniły.

Godzinę przed rozpoczęciem nic nie wskazuje na to, że to właśnie tutaj będzie miał miejsce jakiś festiwal. Postaci takie jak te pojawiają się dosłownie w ostatniej chwili.

A chwilę później robi się tak i formuje się pochód przebranych postaci z rurami wypełnionymi karbidem. Na tej jest napisane „Szczęśliwego Nowego Roku”

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę że długi czerwony nos w maskach takich jak ta symbolizuje wszędzie to samo – czyli fallusa zanurzonego we krwi.

Do zespołów obrzędowych należą zarówno mężczyźni i kobiety jak i dzieci.

Niedźwiedziom towarzyszą inni przebierańcy.

Każda grupa ma transparent informujący z jakiej miejscowości pochodzą.

Miłością do zimowych festiwali w Rumunii zapałaliśmy już w roku 2014, kiedy to pojechaliśmy po raz pierwszy na festiwal „Marmația” do Sighetu Marmației. Szczerze mówiąc w tym roku też byliśmy tam przez chwilę i może nawet powstanie o tym post – zobaczymy. Jednak w porównaniu do festiwalu tańczących niedźwiedzi, festiwal „Marmația” jest znacznie bardziej ugrzeczniony. Mimo mocno szamanistycznych przebrań niektórych postaci, są także grupy typowo kolędnicze, składające się głównie z osób w strojach ludowych, śpiewających kolędy. Na  festiwalach tańczących niedźwiedzi jest dużo bardziej dziko i intensywnie, za sprawą znacznie większego hałasu generowanego przez liczne bębny oraz różnego rodzaju materiały wybuchowe domowej roboty (to bardzo piękne, że globalizacja jeszcze nie dotknęła Rumunów w tej materii) oraz niektórych ludzi przebywających w lekko odmiennym stanie świadomości.

W mołdawskim regionie Bacau w okresie od połowy grudnia do końca roku, mężczyźni, kobiety i dzieci ubierają na siebie spreparowane w całości niedźwiedzie skóry, odpowiednie rozmiarem do własnego wzrostu. W rytmie bębnów, a czasem również fletów i fujarek wykonują w korowodzie rytmiczny taniec, przez który (ci starsi często zasilani dodatkowo wysokoprocentowymi napojami) wpadają w lekki trans. Niektórzy opowiadają, że ich ciała na krótko stają się własnością niedźwiedzia. Korowody chodzą od domu do domu życząc szczęścia gospodarzom i zbierając za swoje występy drobne pieniądze. Tradycję zapoczątkowali Romowie, którzy w dawnych czasach tresowali żywe niedźwiedzie z których „występów” nierzadko się utrzymywali. Z czasem żywe zwierzęta zostały na szczęście zastąpione przez ludzi, którzy zaczęli przebierać się w ich skóry. Potem z tradycji przebierania się za niedźwiedzie całkowicie wykluczono Romów, bo posiadanie niedźwiedziej skóry stopniowo stało się wyznacznikiem bogactwa i statusu społecznego. W tej chwili niedźwiedzia skóra kosztuje kilka tysięcy dolarów i coraz głośniej mówi się o zbyt dużym trzebieniu tej najliczniejszej w Europie populacji niedźwiedzi na potrzeby karnawału, co słyszeliśmy od samych Rumunów nie biorących udziału w tych imprezach i mocno je krytykujących właśnie ze względu na generowanie popytu na niedźwiedzie skóry. Tancerze (bo chyba można tak ich nazwać) zrzeszeni są w grupach obrzędowych i biorą udział w ceremoniach w swojej miejscowości a także na festiwalach, podczas których w jednym miejscu spotyka się kilkanaście lub kilkadziesiąt grup. Oprócz tańczących niedźwiedzi występuje tam również sporo innych postaci, których przebrania posiadają rozliczne motywy szamanistyczne.  Niedźwiedź to w tradycji szamanistycznej bardzo potężne i silne zwierzę. Symbolizuje coroczny cykl przyrody – śmierć i odrodzenie się życia. Jest zwierzęciem, które co roku przechodzi na drugą stronę kiedy zapada w sen zimowy i bez szwanku z niej wraca, a więc w pewien sposób zwycięża śmierć. Dlatego oprócz fascynacji niedźwiedzią siłą i potęgą przypisywano mu z tego względu liczne nadprzyrodzone moce, a wręcz uważano za najmocniejsze zwierzę przed którym drżała cała przyroda.

Globalizacja wkracza do niektórych przebrań.

Czasem jest odrobinę ponowocześnie, albo wręcz apokaliptycznie 🙂

Na szczęście zabudowa składająca się z rozlatujących się komunistycznych bloków prawie nie występuje w Darmanesti.

Bo poza ścisłym centrum wygląda to tak.

Karnawał od zawsze był czasem przekraczania granic – własnego wieku, statusu społecznego, płci. Dlatego w przebrania właśnie na tym się koncentrują. Mężczyźni przebierają się za kobiety i odwrotnie. Młodzi ludzie na chwilę stają się bardzo starzy, przebierając się za staruszków. Drugi aspekt karnawału to odwrócenie powszechnie przyjętego porządku – jeśli więc na co dzień to co kojarzy się ze złem i mroczną stroną życia, jest spychane do podziemi i nie wychodzi na światło dzienne, w okresie karnawału dochodzi do głosu, gdyż jest on próbą oswojenia ciemnej strony naszej egzystencji. Dlatego w karnawałach mamy tak wiele przebrań za śmierć, diabły i potwory. Był to czas oswojenia mrocznych aspektów rzeczywistości, których na co dzień panicznie się bano i przepracowania tych lęków w pewien sposób. Wierzono że udobruchane w ten sposób złe moce nie pojawią się już przez cały następny rok, który będzie mógł dzięki temu upłynąć spokojnie. Dlatego pozwalano im na kontrolowaną obecność.

Ci panowie tak jakby trochę pomylili imprezy, ale nie spotykali się z wrogością. Podziwiam, że trzymali fason w temperaturze 5 stopni w cieniu i 10 w słońcu.

Bo mainstream męskich przebrań w Darmanesti dla kogoś kto nie był niedźwiedziem wyglądał tak.

Dărmănești to niewielka 15 tysięczna miejscowość leżąca w okręgu Bacau. Kiedy przyjeżdżamy tam w Sylwestrowe południe, godzinę przed rozpoczęciem festiwalu, trochę nie wiedząc czego się spodziewać i chcąc zająć jakieś dogodne miejsce do parkowania, nic nie wskazuje na to by za niedługo miał się tam odbywać jakiś festiwal. Gdyby nie to że o festiwalu dowiedzieliśmy się dużo wcześniej za pośrednictwem facebooka od lokalnych ludzi,  chyba zaczęlibyśmy nerwowo przemieszczać się po miasteczku w poszukiwaniu śladów przygotowań do imprezy. Idziemy na kawę do jedynego baru i po niespełna 40 minutach, zewsząd zaczynają pojawiać się tłumy ludzi, a grup obrzędowych jest nie mniej niż poprzedniego dnia w Comănești. Orkiestry i mnóstwo ludzi przebranych za niedźwiedzie schodzą się z trzech różnych stron i formują pochód, wszystko wygląda tak jak wczoraj, jednak dzieje się w wiele bardziej sielskiej scenerii. W ścisłym centrum Dărmănești możemy naliczyć dosłownie kilka komunistycznych bloków a tak to  dominuje niska jednorodzinna zabudowa, zza której widać rzekę i rozległe góry. Widokowo jest więc znacznie lepiej. Podoba mi się też bardzo duża chaotyczność imprezy. Policja zupełnie nie pilnuje porządku, a ludzie jakoś potrafią sami o niego zadbać. Pochód przebierańców startuje z trzech różnych miejsc i łączy się z sobą na głównym placu przed dyskontem spożywczym. Można więc bez problemu wszędzie się plątać.

Na festiwal w Dărmănești przyszli też Romowie z jakiejś pobliskiej osady (musiała być bardzo blisko bo przyszli pieszo) ubrani jakby przybyli wprost z lat osiemdziesiątych. Wszyscy mężczyźni mają wąsy, czarne kamizelki i kapelusze, a kobiety kwieciste chusty, spódnice z cekinami i… klapki na obcasach. Nie jest im zimno. Uświadamiam sobie że wieki temu widziałam tak klasycznie ubranych Romów, jakby właśnie wyszli z planu jakiegoś filmu Kusturicy. Gdzie indziej ich także dotknęła już globalizacja i w zimie chodzą w bluzach z napisami, dresach i kurtkach. Grupy obrzędowe kończą swój pochód na trawiastych błoniach w centrum miejscowości, na których porozkładały się również typowo odpustowe stoiska, sprzedające watę cukrową, kolorowe cukierki, kołatki i pistolety. Przez to wszystko można mieć wrażenie że całkiem przenieśliśmy się w czasie, gdzieś do przełomu lat 80. i 90. Zapach błota i rozdeptanej trawy jeszcze bardziej wzmacnia to wrażenie. Wpadliśmy tu w totalną dziurę czasową i kilka godzin zleciało dosłownie jak z bicza strzelił. Niestety nie mogliśmy zostać tu tak długo jak na wczorajszym festiwalu bowiem jeszcze tego samego dnia chcieliśmy przejechać 300 kilometrów i zaliczyć miejski sylwester w Klużu (Cluj-Napoca). Chociaż z drugiej strony może to i dobrze bo tak do końca nie wiadomo co zaczęłoby się tutaj dziać wieczorem, gdy rozochoceni palinką festiwalowicze zaczęliby jeszcze intensywniej korzystać z materiałów wybuchowych domowej roboty na okoliczność sylwestrowego wieczoru? Już po południu można było chwilowo postradać słuch od wybuchów, jeśli akurat znaleźliśmy się za blisko (a wiem co mówię, bo w tym roku przeszłam morderczy trening na Tajwanie, tam to dopiero kochają fajerwerki i wysadzanie wszystkiego i to podczas uroczystości religijnych). Po tych doświadczeniach „sklepowe” materiały wybuchowe, którymi ludzie w Polsce uprzykrzają życie innym (oraz ich zwierzętom domowym) w okolicach Sylwestra, to ledwie brzęczenie komara.

Jedno jest pewne, jeśli już jedziemy ten tysiąc (lub więcej) kilometrów, to zdecydowanie warto być na więcej niż jednej niedźwiedziej imprezie, bo każda z nich różni się drobnymi szczegółami, więc warto zaplanować sobie ich kilka. Główną i centralną uroczystością jest ta w Comanesti, ale te nieco mniejsze koniecznie warto odwiedzić. Na każdej niedźwiedziom towarzyszą nieco inne akcesoria, prezentują się grupy obrzędowe z innych miejscowości, kto inny przyjeżdża imprezę oglądać, a czasem oglądający ją są równie ciekawi jak to co na festiwalu jest prezentowane. Część ludzi występujących w niedźwiedzich skórach spotkaliśmy dzień  wcześniej w Comanesti, za to towarzyszyli im zupełnie inni przebierańcy.  Imprez w tym okresie roku jest tyle, że nie da się być na wszystkich. Część z nich odbywa się także przed świętami, startują w okolicach 15-17 grudnia, a następnie są kontynuowane w okresie od świąt Bożego Narodzenia do Sylwestra. Przejeżdżając w Sylwestra przez spory kawałek okręgu Bacau, widzieliśmy w kilku wioskach grupy ludzi przebranych za niedźwiedzie na pomniejszych imprezach chodzących od domu do domu – więc jest to tutaj żywa i pilnie kultywowana tradycja, która odbywa się niezależnie od organizowania festiwali.

Niedźwiedzie w Comănești

Pisałam Wam nie tak dawno, jak pod sam koniec 2017 roku pojechaliśmy do Rumunii by obejrzeć ludzi przebranych w niedźwiedzie skóry, wykonujących przez wiele godzin transowy taniec. Ten ciekawy zwyczaj jest mocno kultywowany na przełomie grudnia i stycznia w regionie rumuńskiej Mołdawii zwłaszcza w okolicach miasta Bacau. Dziś opiszę Wam imprezę centralną – główne obchody tańca niedźwiedzi, która staje się powoli (i niestety) turystycznym hitem. Miasteczko Comănești od pewnego czasu promuje się jako stolica niedźwiedzich tańców. Odbywa się w nim największa impreza, na której występuje najwięcej zespołów i grup folklorystycznych. To co dzieje się tego dnia w miejscowości, można opisać tylko słowami „totalne szaleństwo”. Na festiwal przyjeżdża cała masa fotografów z magazynów podróżniczych i przeróżnych telewizji. Najegzotyczniejszą ekipą, która z pewnością miała najdalej, była telewizja z Korei Południowej, ale ponoć telewizje z krajów Azji pojawiają się co roku.

Na początku, w towarzystwie próbnych wybuchów formuje się pochód trwa to pewnie ze dwie godziny. Już wtedy można na chwilę ogłuchnąć.

Można spotkać różne niepokojąco wyglądające postaci 😉

Początek pochodu otwierają dwaj jeźdźcy, jeden z flagą Unii Europejskiej a drugi Rumunii. Wiele przebrań przyozdobionych jest flagą Unii. Rumuni czują się częścią Europy i podkreślają to na każdym kroku.

Na przykład tutaj. A do czego służy ta rura przeczytacie poniżej.

Niespodziewana wizyta na dywaniku u Pana Mera

Pochód zazwyczaj wyrusza spod ratusza, który znajduje się trochę na uboczu. Właśnie tam umówiliśmy się z V. dzięki któremu w ogóle udało mi się dowiedzieć kiedy dokładnie odbędzie się tegoroczny festiwal. Parę miesięcy przed imprezą, napisałam na facebooku i wysłałam kilka maili do miejskich portali, fanpejdży i instytucji, by móc jakoś sensownie zaplanować przerwę urlopową. Odpisała mi tylko jedna osoba – V., ale gościnność lokalsów i chęć pomocy są ogromne! Można na przykład zapisać się na lokalną grupę na facebooku a na niej na pewno pojawią się informacje związane z festiwalem, można też się na niej zapytać o kolejne imprezy. Ku naszemu zdziwieniu V. tak to zorganizował, że zostajemy zaproszeni do ratusza i otrzymujemy identyfikatory umożliwiające wejście za wszelkie możliwe barierki, więc mamy takie same szanse jak dziennikarze różnych znanych mediów by obejrzeć festiwal ze szczegółami. Oczywiście jak zwykle na ulicy jest najciekawiej, a z naszych magicznych identyfikatorów korzystamy może przez pół godziny, pod sam koniec, kiedy jesteśmy już zupełnie ogłuszeni ciągłymi wybuchami materiałów pirotechnicznych domowej roboty i przenosimy się pod scenę w nadziei, że tam będzie ciszej. Tymczasem wokół ratusza zbierają się pokaźne tłumy a mnie trochę żal, że własnie pijemy kawę i grzane wino z Panem Merem, zamiast przesiąkać atmosferą, jednak jak się okazało na szczęście raczej niczego nie straciliśmy. Impreza jest bardzo intensywna, więc szybko odrobiliśmy straty.  Jako że bardzo nie lubię lansu celowo nie wrzucam tutaj fotek z ratusza 🙂

A po co scena? – występy grup tańczących niedźwiedzi ocenia jury 😉 i wyłania corocznego zwycięzcę który zaprezentuje najciekawszy program. Oczywiście sam konkurs to tylko tło do totalnej masakry jaka ma miejsce w miasteczku.

Było światowo. Imprezę w Comănești zaszczycił swą obecnością nawet były prezydent Stanów Zjednoczonych.

Moją uwagę zaś przykuły bardzo zacnie ozdobione bębny, wybijające godzinami ten sam rytm, zresztą bardzo fajny.

Można z czystym sumieniem stwierdzić że bębniarzy są setki, wszyscy bębnią cały czas to samo.

Trochę praktykaliów

Najsprytniej jest przyjechać trochę wcześniej (impreza zaczyna się w południe) i zaparkować nie w centrum, ale gdzieś na uboczu. Potem bowiem  tak łatwo się z miasteczka nie wydostaniemy. Pochód karnawałowy jest bardzo długi, a przez ulicę jeszcze długo po przejściu czołówki marszu przetacza się tłum ludzi. Zanim przejdą wszyscy uczestnicy parady oraz ustaną ostatnie wybuchy mija pewnie ze 3-4 godziny, podczas których centrum jest totalnie wyłączone z ruchu. Impreza jest szalenie intensywna, a poziom hałasu przekracza możliwości bębenków w uszach. Bębnią i strzelają wszyscy, a ja myślałam że święta religijne na Tajwanie, kiedy to pół miasta prawie idzie z dymem a w środku nocy jest jasno jak w dzień, i całe włosy i ubranie ma się w prochu, to w tym temacie maksimum możliwości. Ale nie w Rumunii. Jeśli chodzi o jedzenie i korzystanie z toalety w czasie trwania imprezy, to w miasteczku działa kilka knajp i kawiarni oraz rozstawiają się liczne kramy z ekologicznym jedzeniem, miodem oraz grillem. Tłok w knajpach jest tak ogromny, że najszybciej będzie chyba, jak napijemy się kawy przy barze, a i tak stracimy na to pewnie z pół godziny stojąc w kolejce po kawę i do toalety. Lokali jest relatywnie mało, więc jeśli przyjechaliśmy tylko na chwilę bo na przykład mieszkamy daleko, lepiej chyba zjeść coś na ulicy. Chociaż tam też postoimy w ogonku. Ludzi zjeżdża się tysiące. Jeśli chodzi o okoliczne noclegi to w Comănești noclegów jest dosłownie kilka i na czas festiwalu z pewnością żadnego nie znajdziemy, ja szukałam w listopadzie i wszystko było do cna zajęte. Okolica też przedstawia się pod względem noclegowym średnio bo noclegów jest mało, ale jest szalenie popularna wśród rumuńskich sylwestrowiczów. Mieszkaliśmy co prawda niespełna 20 km od Comănești, ale za to w na prawdę paskudnym, zdewastowanym i brudnym noclegu, w sumie jedynym tak obskurnym w Rumunii i jednym z najgorszych w których kiedykolwiek nocowałam podczas licznych wyjazdów. Płaciliśmy za to chyba około 20 euro za dobę, a to chyba mnie powinni dopłacać za okoliczność spania w tak okrutnie zdezelowanej ruinie. Posiadam dużą dozę tolerancji i zrozumienia dla lekko syfiastych noclegów, zwłaszcza jeśli są budżetowe, tutaj jednak moja tolerancja nie przetrwała próby. Nie będę Was zanudzać listą nie działających w  bardzo podstawowo wyposażonym pokoju sprzętów i przedmiotów Mimo posiadania rezerwacji na booking na trzy noce, okazało się że w ostatnią, sylwestrową noc nie mamy gdzie nocować! Właściciele noclegu wiedzieli o tym przez 1,5 miesiąca, ale nie raczyli nas poinformować, choćby napisać maila. Jedyną pomoc jaką udało się otrzymać ze strony booking.com to chęć wyrównania ewentualnej różnicy w noclegach (jeśli mielibyśmy na nie rachunek), ale i tak wszystkie noclegi w okolicy były pozajmowane i mimo zaproszeń od lokalsów, żeby zostać na sylwestra na jakiejś domówce, postanowiliśmy w sylwestra ewakuować się co Kluża, by potem mieć te 300 km mniej do przejechania. Mimo napisania stosownej recenzji „świetnemu” noclegowi na booking, jakimś cudownym trafem po kilku dniach zniknęła ona stamtąd (tak samo jak nasza rezerwacja), więc od tej pory nie tracę już czasu na wystawianie ocen noclegom, skoro tylko te powyżej 5 są na nim publikowane. W miarę niedaleko (80 km) jest z Comanesti do Piatra Neamț albo Bacau (60 km), gdzie niedrogich i normalnych noclegów jest mnóstwo. Jeśli więc jedziemy tylko na jedną niedźwiedzią imprezę, a nie tak jak my – na dwie, warto rozważyć taką opcję.

Na osłodę tej niewesołej historii, kilka portretów. Można nosić niedźwiedzią głowę na sobie i jednocześnie mieć doklejane rzęsy, nic nie stoi na przeszkodzie, okazuje się. Chwilę później ta pani zaczęła wymiatać niedźwiedzi taniec.

Temu panu było nawet gorąco i dzięki temu podrywał mnóstwo kobiet. Odporność na zimno, to taka forma miejscowego lansu.

Estetyka z seriali o zombie też miejscami się pojawiała.

No i oczywiście także ludowo-folklorystyczna.

A tu freestyle w przebraniach czyli elementy popkultury i folku splecione w jedno.

Pieniądze i szczęście

Mimo tłumów, nikt nie ma tutaj tak dzikiego podejścia jak w serbskiej Gucy gdzie przez cały rok w knajpach obowiązują inne cenniki, a podczas festiwalu rosną trzykrotnie. Nikt tutaj nie wpada na takie pomysły i nie robi z imprezy prostej maszynki do zarabiania pieniędzy. Za robienie sobie zdjęć z niedźwiedzimi przebierańcami mile widziana jest jakaś opłata, ale nie jest ona konieczna. To raczej nam powinno zależeć na tym by dawać innym pieniądze, by zapewnić sobie szczęście przez resztę roku. Nie ma jednak żadnej presji i zależy to tylko od nas. Raczej nikt tego od nas nie wymaga, bo przecież jesteśmy spoza i niewiele z tego rozumiemy. Z drugiej strony jeśli jest się lokalnym mieszkańcem to taki wyjazd z rodziną na festiwal (w charakterze widza) to obowiązkowy wydatek stówy albo nawet kilku (leu do złotówki ma się około 1:1, raz mniej a raz więcej). Co chwilę mija się znajomych przebranych za niedźwiedzi, którzy składają życzenia zdrowia szczęścia i pomyślności w nowym roku, czasem zapozuje się z nimi do zdjęcia by mieć co wrzucić na portale społecznościowe, a przed znajomymi trzeba się pokazać i obdarowywać ich pieniędzmi. Im bardziej nobilitowana osoba posiadająca więcej  kontaktów społecznych tym więcej pieniędzy musi przygotować. Takie jest społeczne oczekiwanie by tego dnia bogaci dzielili się z mniej bogatymi, a turyści w tym wszystkim są (jeszcze) nieważną mniejszością. Widziałam jak w niespełna pół godziny jeden wyglądający na nieźle sytuowanego lokalny człowiek, pozbył się sporej ilości banknotów właśnie w taki sposób. Chcąc jednak mieć szczęście trzeba się dzielić i nie ma innej opcji.

W Comănești możemy zobaczyć niedźwiedzie nie tylko tańczące, ale też wykonujące tego typu akrobacje. Ponoć każda miejscowość przedstawia inną tradycję związaną z tańcem niedźwiedzi, której nigdzie indziej nie zobaczymy.

Jeśli boicie się wybuchów  tuż koło uszu, na czas festiwalu warto może pomyśleć o dźwiękochłonnych słuchawkach, ale to będzie chyba wyglądało dosyć śmiesznie. Miejscowi nie zakładają ich nawet dzieciom. W końcu karnawał jest raz w roku, a słuch się szybko zregeneruje. W centrum Comănești dominuje czteropiętrowa zabudowa z niezbyt pięknych komunistycznych bloków i dźwięk wybuchów jeszcze się zwielokrotnia, na szczęście nie są one aż takie, by szyby wypadały z okien 😉 ale po wybuchu tuż koło nas traci się słuch na chwilę.  Jeśli widzimy gdzieś w pobliżu pana z rurą PCV w rękach możemy być pewni, że za chwilę huku będzie dużo.

Ci panowie dbają by nie było za cicho.

Kto nie ma rury ma chociaż gwizdek.

albo instrumenty muzyczne.

Od tego bębnienia, wybuchów i specyficznego tańca (a w przypadku starszych uczestników także palinki za pazuchą) wszyscy robią się coraz bardziej odrealnieni. Niektórym zresztą nawet nie potrzeba do tego palinki. Nie było czasu by porozmawiać z jakimś uczestnikiem parady o tym jak się czuje będąc przez chwilę niedźwiedziem i czy niesie to z sobą jakieś skutki uboczne. I czy w ogóle da się wpaść w trans w tak medialnej  atmosferze, wśród wszędobylskich telefonów, aparatów fotograficznych i telewizyjnych kamer. Mimo wszystko lepiej pojechać na jakąś mniej słynną niedźwiedzią imprezę, bo podobało mi się na nich bardziej niż tutaj. Tylu zblazowanych fotografów w jednym miejscu sprawia, że mam ochotę się stamtąd ewakuować. Co jest najśmieszniejsze, rozliczni fotografowie zagranicznych magazynów podróżniczych z najnowocześniejszymi bezlusterkowcami na piersi, zachowują się jakby nie zauważali siebie nawzajem, a w najlepszym przypadku traktują kolegów z pracy jak zło konieczne i raczej nawet nie rozmawiają ze sobą. Odczuwam jakiś dziwny dystans i wyższość do siebie nawzajem oraz do realizowanego tematu. Ja na szczęście nie żyję z fotografii podróżniczej i mogę zupełnie się zrelaksować. Wiem tylko, że nie chciałabym się z nimi zamienić. Oni są w pracy a ja na wczasach.

 

Festiwal zimowy w Sighetu Marmației

Spędzenie wolnych dni w okolicach świąt i sylwestra w Rumunii to świetny pomysł. Odbywają się tam wtedy bardzo liczne festiwale i pochody na których można zobaczyć przebogate tradycje związane z przesileniem zimowym i Bożym Narodzeniem. Rumunia jest krajem prawosławnym, ale święta obchodzi według rzymskiego kalendarza liturgicznego.  Aby dojechać na większość festiwali trzeba być tam najlepiej wieczorem 26 grudnia. Większość z nich odbywa się między świętami a 6. stycznia nowego roku. Podczas krótkiego zimowego wyjazdu udało nam się być na dwóch tradycyjnych imprezach: największym festiwalu Marmatia w Sighetu Marmației oraz na małym wiejskim festiwalu w naszej ulubionej wsi Budești. Folklor w Maramureszu to nie martwa już tradycja odtwarzana celem przypomnienia ludziom ich zapomnianych korzeni, tylko obrzędy, w których ludzie czynnie uczestniczą i nimi żyją. W Sighetu Marmatiei na największej tego typu imprezie w Rumunii (Festivalul de Datini și Obiceiuri de Iarnă „Marmația”) ludzi ubranych w ludowe stroje jest zdecydowanie więcej niż ubranych współcześnie i to nie za sprawą tego, że na festiwalu nie ma publiczności – wręcz przeciwnie – w lokalach gastronomicznych nie ma gdzie usiąść, a wszystkie noclegi w hotelach są zajęte, dlatego warto co najmniej parę dni wcześniej sobie coś zarezerwować albo zamieszkać w pobliżu miasta. Folklor jest żywy, ciągle praktykowany i aktualny, a mieszkańcy jakby jedną nogą stojący we współczesności a drugą kilkaset lat temu. W święta takie jak Boże Narodzenie na wsiach Maramureszu i Bukowiny niemal wszyscy zakładają stroje ludowe. Tak samo jest przy ślubach czy innych ważnych uroczystościach. Osoby ubrane w nowoczesne stroje w pochodzie ślubnym idą na końcu i są w zdecydowanej mniejszości.

Wracając jednak do  festiwalu zimowego, to prezentują się na nim zespoły ludowe z małych i dużych miejscowości z całej Rumunii, a zwłaszcza Maramureszu i Bukowiny. Część z nich to kapele ludowe w najróżniejszym wieku. Inni oprócz grania muzyki przedstawiają różne tradycje związane ze świętami, śpiewają kolędy przebrani za kolędników, prezentują krótkie humorystyczne przedstawienia ale co najważniejsze pokazują mnóstwo obrzędów związanych z zimowym przesileniem, śmiercią  i narodzinami słońca i nowego roku, bardzo mocno związane z przedchrześcijańskimi szamańskimi wierzeniami, które w naszym folklorze są szczątkowe i nie uświadamiamy sobie ich pochodzenia. Tutaj to wszystko widać bardzo wyraziście. Tradycje zostały jedynie doprawione szczyptą religii prawosławnej, jednak ich wymowa jest wyraźnie wcześniejsza. Wiele z nich pochodzi ze starożytnej Grecji i Rzymu i znalazły się na tych terenach za sprawą Daków. Człowiek w tym krytycznym momencie roku pomagał słońcu i przyrodzie poprzez wykonywanie określonych rytuałów, by ta mogła odrodzić się ponownie. Dzięki temu zapewniał sobie przychylność pozaziemskich sił w kolejnym roku. Zmieniające się słońce i czas przejścia jednego roku w drugi sprzyjały łączności pomiędzy światami, dlatego w tym okresie tak wiele zwyczajów i rytuałów oczyszczających świat ze złych mocy. Samo słowo „Crăciun” rumuńska nazwa Świąt Bożego Narodzenia, ma bardzo enigmatyczne pochodzenie. Moş Craciun to obecnie synonim Mikołaja albo Gwiazdora, ale w mitologii ludowej to postać powstała z przemieszania wielu elementów pochodzących z różnych tradycji i według niektórych badaczy można ją interpretować także jako najważniejszego boga pogańskiego, twórcę i kreatora świata.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_011.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_023.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_010

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_006.jpg

Festiwal w Sigetu to także możliwość spotkania idealnego kandydata na męża albo żonę. Przez cały czas odbywały się tam swoiste targi matrymonialne i niemal licytacja kto jest bardziej tradycyjny i ludowy. Publiczność festiwalu także nie dawała za wygraną.

Brondoși

To młodzi mężczyźni z kolorowymi maskami na twarzach, ubrani w baranie skóry do których przytroczone są różnego rozmiaru najczęściej krowie dzwony i dzwonki różnych rozmiarów. Niektórzy oprócz dzwonków posiadają także róg do trąbienia. Są oni symbolem szczęścia, sprytu i przebiegłości. Dzwonki mają przeganiać złe duchy i budzić wiosnę. Tradycja ich przemarszu zapoczątkowana została ponoć w marmaroskiej wsi Cavnic, która w 1717 roku obroniła się przed Tatarami. 32 albo 34 młodych mieszkańców wsi udało się pokonać znacznie liczniejszych Tatarów za sprawą fortelu. Założyli na twarz maski przykryli się zwierzęcymi skórami pod którymi przyczepili dzwony. Narobili tyle hałasu że Tatarzy uznali iż atakuje ich horda demonów i uciekli, krzycząc “Brondoși!” co miało oznaczać duchy których nie da się pokonać.  Tradycja chodzenia po wsiach i miasteczkach młodych mężczyzn obwieszonych dzwonami celem przynoszenia szczęścia i pomyślności napotkanym osobom, budzenia wiosny oraz przeganiania złych duchów, w okresie świątecznym w Rumunii jest bardzo powszechna. Dlatego też na festiwalu w Sighetu można było zobaczyć mnóstwo wariantów tego przebrania. Największe wrażenie robili młodzi maksymalnie dwudziestoletni mężczyźni noszący dzwony ważące ponad 100 kilogramów.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_001.jpg

Młodzi chłopcy z przywiązanymi dzwonkami które mają za zadanie przegonić złe duchy, obudzić nowe życie,  zapewnić szczęście i dobrobyt.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_007.jpg

Nawet bardzo małe dzieci przyuczają się do bycia brondosi.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_002.jpg

Ci młodzi chłopcy noszą dzwony ważące ponad sto kilogramów. Pochodzą z miejscowości której nazwy już nie pamiętam, specjalizującej się w największych dzwonach.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_003.jpg

Ten człowiek nosi dzwony o zupełnie innym kształcie i wygląda trochę jakby przyjechał z Tybetu.

Taniec kozła

Wykonywanie tego tańca datuje się na około 1600 rok p.n.e. Pochodzi z Grecji, jest opisany w mitologii. Na tereny Rumunii trafił razem z plemionami Daków. Ich tradycje przemieszały się z lokalnymi zwyczajami. Wykonywano go ku czci Dionizosa. Tancerze i tancerki (bachantki) zakładali na siebie skóry złożonych w ofierze kozłów, sprawiając że martwe zwierzęta ożywały na nowo. Taniec kozła symbolizuje śmierć i odradzanie się życia. Kozioł jest symbolem płodności i wegetacji. Podczas tańca wyśpiewywano pieśni odnoszące się do płodności i odrodzenia przyrody. Głowa rumuńskiego kozła wykonana jest z drewna, może być to także czaszka lub sama szczęka zwierzęcia pokryta skórą lub futrem. Jej dolna część podczas tańca cały czas się porusza i głośno klekocze. Czasem kozioł zastępowany jest także przez jelenia, albo barana. Reszta ciała zwierzęcia ma formę peleryny bogato i bardzo kolorowo zdobionej, pod którą ukrywa się tancerz. Może być na na przykład zrobiona z bajecznie kolorowej  haftowanej kapy, dodatkowo przyozdobiona wstążkami, kolorową włóczką lub ścinkami materiału, które wirują podczas bardzo dynamicznego i witalnego tańca. Taniec kozła to obowiązkowy element występu kolędników.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_018.jpg

Jeden z kozłów.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_017.jpg

Od drugiej strony.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_004.jpg

Fotografia pamiątkowa z brondosi.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_015.jpg

Kolejne kozły okryte pięknymi kolorowymi kapami.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_021.jpg

Zdjęcie grupowe.

Taniec niedźwiedzia

Czyli jocul ursului, co prawda najbardziej widowiskowe tańce niedźwiedzia można zobaczyć nieco bardziej na południu Rumunii na przykład w miejscowości Comanesti nieopodal Bacau, gdzie ludzie w pierwszy dzień nowego roku tańczą w niedźwiedzich skórach, ale tradycja tańca niedźwiedziego znana jest w całej Rumunii i nie wszędzie przebranie za niedźwiedzia oznaczać musi paradowanie w niedźwiedziej skórze. Niedźwiedź symbolizuje siłę i odwagę ale także śmierć i ponowne narodziny. Odradzanie się życia i jego kontinuum. Niedźwiedź każdego roku powraca do świata zewnętrznego na wiosnę. Jest zwierzęciem które do pewnego stopnia panuje nad śmiercią i ją zwycięża. Jego siła i odwaga dodatkowo wzmocniona dzięki noszeniu przez niego wielkich czerwonych pomponów, odgania złe moce. Jest jednym z najsilniejszych zwierząt i obdarzony jest bardzo silną mocą. Taniec niedźwiedzi wykonuje się w pierwszy dzień nowego roku.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_008.jpg

W sumie to nie wiem czy ci chłopcy byli niedźwiedziami czy też kimś innym. Tańce niedźwiedzi można było obejrzeć podczas występów na scenie i kostiumy były podobne ale spodnie też były z owczej skóry. Być może to wersja okrojona.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_013.jpg

Kolędnicy

W Rumunii bardzo mocno widać przeplecione ze sobą różnorakie tradycje a elementy chrześcijańskie to jedynie niewielki dodatek do symboliki ludowej i agrarnej. Tradycja pochodu grupy młodych osób i dzieci pierwszego dnia nowego cyklu solarnego niosących symbol słońca (gwiazdę) które zwyciężyło nad ciemnością w celu złożenia życzeń szczęścia i powodzenia wszystkim jej mieszkańcom również wywodzi się z wcześniejszych czasów. Każdy człowiek odwiedzony przez taką grupę miał szansę na bardziej sprzyjające okoliczności na przykład  lepsze plony i pomyślne przetrwanie kolejnego roku.  W grupie kolędników powinny być same młode osoby, dlatego młodzi przebierali się za starców. Niektórzy noszą także maski. Przebranie ma wyzwolić w człowieku dodatkowy potencjał i przeobrazić go. W okresie przesilenia ludzie chętnie przebierali się w postacie demoniczne żeby przestraszyć, przepędzić zimowe demony, które widząc że miejsce w którym chcą zamieszkać zostało już opanowane przez im podobne istoty nie miały już czego tam szukać. Dlatego w grupie kolędników występuje zarówno diabeł jak i śmierć, aby prawdziwe postaci nie przychodziły do odwiedzanych przez nie domostw. Siły zła musiały mieć swoją reprezentację także po to, by przedstawiać walkę między siłami która ma miejsce w momencie przesilenia. Grupy odgrywają krótkie humorystyczne przedstawienia, które od czasu do czasu udało mi się nawet zrozumieć dzięki umiarkowanej znajomości języka włoskiego. Część z nich zawiera elementy współczesne i aktualne. To oznacza że folklor jest wciąż żywy a nie tylko odtwarzany.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_022.jpg

Grupa kolędników.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_005.jpg

Najbardziej zaimponowała mi oswojona kura. Nie wiedziałam że kury są tak inteligentne i można je wytresować tak że nie boją się ludzi i z nimi współpracują.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_012.jpg

Tym panom należało wrzucać do garnka pieniądze.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_020.jpg

Często występom kolędników towarzyszył chór śpiewający kolędy i pieśni ludowe.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_016.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_009.jpg

Warto pojechać do Rumunii na święta nie dlatego że prezentowany tu folklor zaraz zniknie, bo raczej nie jest to całkiem możliwe. Może tylko z powodu różnych unijnych ulepszeń i ograniczeń zrobi się tutaj mniej dziko i na przykład nikt już nie będzie urządzał tradycyjnego świniobicia w dzień św. Ignacego 20. grudnia (oczywiście byłoby szkoda). Patrząc jednak na imprezy rodzinne i święta religijne we wsiach w rodzaju mojego ulubionego Budești nie wydaje mi się żeby tradycja była jakoś szczególnie zagrożona. Warto tam pojechać by zdać sobie sprawę jak nasze polskie święta w mieście są okrojone z wydarzeń, które mogłyby wtedy mieć miejsce, bo tak po prostu powinno być w tej części świata. Jak bardzo jesteśmy oddaleni od natury i ważnych przemian które się w niej wtedy dokonują. U nas ważniejsza jest wtedy szalona przedświąteczna konsumpcja, a kasy fiskalne niemal palą się z przegrzania. Tymczasem przyroda wtedy potrzebuje nas  a my potrzebujemy jej by zapewnić sobie szczęście w kolejnym roku.

Owoce zamknięte w butelce

Urodziłam się i mieszkam (z przerwami) na południowo-wschodnim krańcu Polski. Mimo (jak na mój gust) pewnej nijakości tego miejsca zawsze dało się tutaj odczuć atmosferę pogranicza. Sporo osób urodzonych w podobnych przygranicznych miejscach zadaje sobie pytanie: co by było gdybym urodził się (lub urodziła) sto kilometrów dalej na wschód i/lub na południe. Dla mnie oznacza to na przykład, że jeśli urodziłabym się sto kilometrów bardziej na południe żyłabym w kraju w którym tradycje produkowania wysokoprocentowych alkoholi są zgoła odmienne od naszych. W północnej części Europy do których w tym przypadku zalicza się także Polska na stołach królują wódki a więc destylaty z cukru, zboża i ziemniaków. Te przemysłowe tak bardzo mi nie smakują, że od bardzo dawna w czystej postaci żadnego nie piłam. Słaby ze mnie Polak, bo nie jestem w stanie się do tego przemóc. W południowej części Europy materiałem do ich tworzenia są owoce. Ta tradycja dużo bardziej mi odpowiada i w tej chwili nie wyobrażam sobie picia wysokoprocentowego alkoholu w czystej postaci innego niż taki. Nie twierdzę że znam się na palince i rakiji oraz jestem jej koneserem, po prostu zwracam na nią uwagę, będąc w którymś z krajów gdzie takie napoje się wytwarza i staram się w każdym z nich coś się na ten temat dowiedzieć, czegoś skosztować i coś kupić. Jest wprawdzie mały kawałek Polski, który pod tym względem przynależy już do Południa. To okolice Nowego Sącza gdzie od zawsze wytwarzało się owocowe destylaty a sztandarowym produktem tego regionu jest śliwowica łącka. Nasze państwo „tak bardzo” jednak ceni ten rodzaj swojego kulinarnego dziedzictwa, że jego pozafabryczne wytwarzanie w celach zarobkowych nadal jest nielegalne. Ba! nielegalne jest nawet jego wytwarzanie na własny użytek, ale na podstawie „umowy społecznej” jak twierdzi wikipedia, nie jest ścigane. Od 1957 roku Polmos w Bielsku-Białej wytwarza śliwowicę paschalną, początkowo pod nadzorem kongregacji żydowskiej (obecnie produkt nie jest już koszerny ale tak się nadal kojarzy). Całkiem niedawno jedynemu jak na razie przedsiębiorcy z tego regionu udało się uzyskać wszystkie niezbędne pozwolenia i rozpocząć legalną produkcję owocowych destylatów pod nazwą Tłocznia Maurera.

Słowacja

Już na Słowacji ten temat przedstawia się zgoła inaczej. Każdy słowacki (i czeski także) obywatel ma prawo legalnie wydestylować sobie 50 litrów alkoholu na własny użytek. Istnieje mnóstwo małych regionalnych gorzelni (wygooglamy je łatwo pod nazwą palenica, a po czesku palirna, niektóre strony mają nawet polską wersję językową), które można sobie wynająć na dni lub godziny, pod okiem profesjonalistów upłynnić dary lata i poczuć się prawdziwym alchemikiem. W kosztach ich wynajmu uwzględnione są już wszelkie opłaty związane z akcyzami. Można do destylarni przybyć z własnym zacierem, albo zakupić go na miejscu.

Przemysłowa produkcja tego typu  alkoholi także w tych krajach kwitnie. Półki sklepowe na Słowacji uginają się od śliwowic, gruszkówek i morelówek (oraz borovicki, ale chwilowo ją pomijam). Warto jednak pilnie studiować etykiety bo często są to napoje owocowe tylko z nazwy. Sporo o jakości produktu który kupujemy powie nam cena. Nazwa śliwowica jest zarezerwowana dla produktu wyprodukowanego ze śliwek i tani jak zwykła wódka on nigdy nie będzie, bo potrzeba wielu kilogramów owoców, żeby wyprodukować litr trunku. Zazwyczaj jest on więc kilkakrotnie droższy od przeciętnej wódki. Napoje o nazwie „slivka” będą połączeniem destylatu owocowego ze spirytusem. Chociaż w sklepach znajdą się i takie kwiatki jak butelka no name z logiem „R. Jelinek” i śliwkami na etykiecie zawierająca wyłącznie rozcieńczony spirytus i… śliwkowy aromat. Produkt nie mający nic wspólnego ze spuścizną Rudolfa Jelinka. Miałam nieprzyjemność spożyć raz taką w słowackiej knajpie i smakowała jak sztuczne perfumy. Chociaż istnieje także śliwowica tej firmy, jednak nie wczytywałam się w jej skład, bo po doświadczeniach z perfumowaną na śliwkowo wódką jakoś nie mam ochoty tego kupować, zwłaszcza że to straszliwa masówka. Jeśli na produkcie wyraźnie nie jest napisane śliwowica, nie spodziewajmy się że zawiera on więcej śliwki niż jest w śliwkowym aromacie. Natomiast cały czas mam w domu dwa słowackie produkty ze Spisza – Spisska Slivka i Hruska firmy Gurlex lub Nestville. To mieszanina destylatu owocowego ze zwykłym spirytusem, do butelki na ozdobę i dla smaku wrzucono także kawałek owoca. W przypadku Slivki (posiadającej znaczek regionalnego produktu) destylatu owocowego jest więcej niż spirytusu, a w przypadku Hruski mniej.  Woda używana do produkcji tych wódek pochodzi ze źródła mineralnego. Smakują nieźle, ale im dalej na południe tym produkty bardziej interesujące, więc to może być zakup na początek i na rozgrzewkę.

weg_nyiregyhaza_sliwki_001

Piękne śliwki w węgierskim sadzie.

Węgry

Im dalej na południe tym mniejsza szansa, że ktokolwiek wpadnie na pomysł dodawania zwykłego spirytusu do owocowego destylatu. Zmienia się też nazwa naszego produktu. Na Węgrzech króluje bowiem palinka – nazwa zarezerwowana dla produktów węgierskich i  austriackich (dokładnie chodzi o morelówkę z 4 prowincji Austrii). Palinkę piją na Węgrzech wszyscy zarówno emeryci jak i bananowa młodzież. Robią ją zarówno w domach na własną rękę bo tak jak na Słowacji dozwolone jest wyprodukowanie 50 litrów na pełnoletniego obywatela, o czym można poczytać sobie tu. Oprócz prywatnych domów, robią ją w małych destylarniach, oraz na skalę przemysłową. Pod koniec wakacji nawet zupełnie prowincjonalne węgierskie Tesco sprzedaje w sezonowej promocji sprzęt do destylacji tak jak u nas w tym czasie sprzedaje się słoiki, zakrętki i urządzenia do wyrobu soków. Aczkolwiek nie wiem czy warto kupować taki sprzęt w Tesco, bo to pewnie jakiś najgorszy w swojej klasie produkt, dlatego po początkowym entuzjazmie nie stałam się jego właścicielem.  Na Węgrzech kilkakrotnie częstowano mnie owocowymi palinkami domowej roboty, najczęściej zrobionymi z kilku różnych owoców. Najpopularniejsze są śliwki, morele, gruszki i winogrona oraz ich pozostałości po produkcji wina. Coś trzeba też zrobić z  winem, które z jakiś przyczyn niezbyt dobrze wyszło – najlepiej przedestylować je samo lub z dodatkami. Tutaj można przeczytać jak odbywa się taki proces w małej destylarni. Najlepsze są właśnie takie węgierskie produkty domowe, niszowe i niepowtarzalne. Natomiast dużej ilości sklepowych palinek nie miałam okazji kosztować, z tego powodu, że bardzo polubiłam jedną z nich i zawsze jak jestem na Węgrzech staram się uzupełnić jej zapasy jeśli jest taka potrzeba i jakoś nie mam czasu przetestować innych. Moją ulubioną sklepową węgierską palinką jest Agyas Palinka firmy Kecskeméti Likőripari. Agyas palinka leżakuje z owocami w środku. Jest nieco słodsza i bardziej owocowa od czystych palinek, bo znajdujące się w niej suszone owoce jeszcze dodają jej smaku. Myślę że to świetna palinka dla niewtajemniczonych, bo będzie smakowała zarówno kobietom jak i mężczyznom. W 2010 roku kiedy byliśmy zupełnie nie w temacie odnośnie węgierskiej palinki, polecił ją nam w Egerze pewien sprzedawca. Lubię ją do dzisiaj. Mimo że można ją kupić nawet w węgierskim Tesco, smakuje na prawdę nieźle, a jej smak zmienia się w czasie, w zależności od tego jak długo leżą w niej owoce i ile smaku zdążą oddać. Reasumując warto dać się poczęstować palinką niejednemu Węgrowi u którego będziemy nocować, bo prawie każdy ma jakiś interesujący domowy produkt. Tylko pewnie dogadać się w sprawie tego co pijemy i z czego zostało to zrobione oraz czy ewentualnie dałoby się to kupić, będzie bardzo ciężko. Warto też podczas wizyty na Węgrzech zaplanować odwiedziny w jakiejś małej wytwórni, bo Węgrzy chętnie pokazują turystom proces wytwarzania palinki wraz z jego prawidłową degustacją i sporo takich ofert można znaleźć w internecie.

weg_heviz_palinka_001

Stragan w Heviz sprzedający maleńkie buteleczki z palinką po bardzo wygórowanej cenie. Dobry obrazkowy słowniczek do uczenia się węgierskich nazw poszczególnych palinek.

Rumunia

Kolejnym krajem o silnych tradycjach robienia wódki z owoców jest Rumunia, gdzie nazwa naszego produktu się zmienia z palinki na palincę (tak przynajmniej nazywa się zarejestrowany produkt a i tak wszyscy mówią palinka). Najpopularniejsze są ze śliwek, moreli, jabłek i gruszek. Ma ona tutaj także status produktu regionalnego i robią ją w tym kraju chyba wszyscy obywatele dysponujący wolnym kątem i paroma drzewami owocowymi, jak standardowe przetwory na zimę. Z jej pokątną sprzedażą nikt się specjalnie nie kryje. Produkuje się jej i pije ogromne ilości. Plastikowe butelki pet skrywają nieraz trunki absolutnie wyśmienite i o porażającej wprost mocy. Posiadam dość drogą sklepową palincę rumuńską firmy Bran, oraz taką kupowaną z pominięciem systemu u gospodarza w Maramureszu jakieś cztery, pięć razy tańszą i znowu okazuje się, że na mój kobiecy gust o wiele lepsza jest ta chałupniczej produkcji. Za to porównanie rumuńskiej śliwowicy Bran do słowackiej Spisskiej Slivki całkowicie przemawia na korzyść tej pierwszej, która mimo że jest mocniejsza to delikatniejsza w smaku. W Rumunii zmienia się też naczynie z którego pijemy palinkę. Na Węgrzech według źródeł węgierskich i polskich traktujących o palince, powinny być to dość smukłe kieliszki w kształcie tulipana, by aromat alkoholu łatwo z nich nie uciekł (częstowano mnie nią zazwyczaj w normalnych kieliszkach na wódkę lub szklaneczkach „literatkach”). Kieliszkiem nie powinno się kręcić i gwałtownie poruszać. W Rumunii tradycyjnie pije się ją w małych flakonikach które nazywają się toi i tak podadzą nam palinkę w niejednej restauracji. Na wsi bezceremonialnie pije się ze zwykłych wódczanych kieliszków.  Takie same flakoniki miałam okazję używać też w Serbii, gdzie próbowałam z nich destylatu z pigwy (nazywanej po serbsku rakija od dunje), ale nie wyróżniał się niczym specjalnym i nie  podbił mojego serca tak jak napoje z moreli, gruszek czy śliwek.

Bałkany

W Bułgarii, Chorwacji i Serbii oraz w Bośni zamiast palinki mamy rakiję. W Bułgarii piłam na prawdę okropną i najprawdopodobniej zanieczyszczoną wódkę z winogron, po której tragicznie bolała mnie głowa i było to chyba jedyne nieprzyjemne doświadczenie z owocowymi destylatami. Nie dało się odmówić i trzeba było zacieśniać więzi polsko-bułgarskie oraz zdobywać wiedzę o kulturze kulinarnej, ale było to bardzo traumatyczne przeżycie. W Chorwacji byłam tak krótko, że nie zdążyłam zapoznać się z produktami tego typu. W Bośni widziałam tylko jak mężczyźni na pikniku w miejscowości Jajce nie zważając na bardzo zgorszonych wycieczkowiczów z Arabii Saudyjskiej, ochoczo upijali się przeźroczystym trunkiem siedząc przy długich stołach i śpiewając na głosy. Natomiast w Serbii po pierwsze w Sremskich Karlovci przypadkiem wylądowaliśmy na kwaterze u regionalnego mistrza rakiji, (u którego w końcu nie kupiliśmy niczego, gdyż bagażnik naszego samochodu pękał w szwach i martwiliśmy się czy na pewno uda nam się wjechać do Unii Europejskiej z tak licznymi zakupami).  Po drugie robiliśmy zakupy w monastyrach Fruskiej Góry, gdzie zaopatrzyliśmy się w rakijowe specjały oraz degustowaliśmy je w restauracjach. To piękne, że w prawosławnych klasztorach Fruskiej Góry możemy po naprawdę przystępnych cenach nabyć nie tylko miód i produkty lecznicze, ale także bardzo mocne owocowe destylaty.

Po Węgrzech i Słowacji, szokiem mogą być ceny serbskiej rakiji i rumuńskiej palinki, kupowanej u „niezbyt formalnych” wytwórców. Jest o wiele taniej. W zasadzie w cenie 0,7 l produktów rumuńskich i serbskich kupimy w Polsce jakieś wino ze średniej półki, bo to wydatek rzędu dwudziestu, trzydziestu złotych. Na Słowacji sklepowa śliwowica czy gruszkówka to produkt nieco ekskluzywny i nigdy nie będzie on tak tani i popularny jak przemysłowe destylaty ze zboża i ziemniaków. Na Węgrzech palinka także jest stosunkowo droga i uważana za lepszy trunek od wódki. W Serbii i Rumunii w zasadzie nie pije się zwykłej wódki, która jest bardzo tania i kiepskiej jakości, palinka jest bowiem napojem codziennym, pita dla zdrowotności najlepiej już z rana, co często praktykują ludzie starsi. W Sremskich Karłowicach co dzień rano zachodziłam na kawę do knajpy, do której starsi mężczyźni albo wpadali w pośpiechu śpiesząc się do rannych obowiązków, albo będąc na emeryturze nie śpieszyli się nigdzie i dyskutowali nad gazetą. Tylko ja piłam w niej kawę jak jakiś kosmita. Wszyscy inni o poranku pili rakiję.

palinki_i_rakije_001

A to moje pomoce naukowe (prezentuję tylko te „obrandowane” w oryginalnych butelkach).

Dolina Izy 2014

To kawałek Maramureszu piękny jak z obrazka i tak ekstremalnie sielski, że aż trudno uwierzyć że istnieje na prawdę. Jest uważany za kwintesencję rumuńskości, mimo że zawsze znajdował się na obrzeżach kraju na głębokiej prowincji, na której nikomu specjalnie nie zależało. Dzięki temu udało mu się w dużym stopniu uniknąć destrukcji jaka spotkała Rumunię za czasów komunizmu. Większość gospodarstw uniknęła kolektywizacji. Wcześniej tereny te znajdowały się w rękach Austriaków, po których zostało zamiłowanie tutejszych ludzi do ładu i porządku, dlatego wsie wyglądają przepięknie. Ludzie nadal żyją tu po swojemu i nie przejmują się że reszta Europy dawno już porzuciła ich model życia. Nie wiem czy powtarzane wszędzie określenie „żywy skansen” którym opisuje się ten region jest trafne, bo skansen jest próbą zakonserwowania a czasem nawet odtworzenia wybranych aspektów kultury ludowej, które nie mają racji bytu w naszych czasach. W Maramureszu mają się one świetnie i nie wymagają zamykania w żadnym skansenie. Tradycje są żywe a nie odtwarzane na pokaz. Mieszkańcy z dumą kultywują swoje zwyczaje i nie jest to, jak gdzie indziej, domeną wyłącznie ludzi w mocno podeszłym wieku. Przy okazji niedzieli, święta, ślubu czy jakiejkolwiek innej uroczystości, młodzi wręcz obnoszą się ze swoim folklorem, paradują w strojach ludowych i nie widzą w tym niczego niemodnego. Niemal licytują się kto jest bardziej „ludowy” – najmniej chyba pokolenie, którego większość życia przypadło na czasy rządów komunistów. Młodzi bardzo silnie akcentują swoją przynależność i fakt bycia „stąd”.

Mieszkańcy Maramureszu nie pragną za wszelką cenę nadążać za szeroko pojętą nowoczesnością, wpuszczają ją do swojego świata w pewnych ilościach, ale niespecjalnie się nią zachłystują.  Nie są nawet szczególnie zależni od pieniędzy, bo większość potrzebnych do życia rzeczy zapewniają sobie pracą własnych rąk. Dzięki temu są ciągle w ruchu. Hodują mnóstwo zwierząt, uprawiają ziemię. Mają własne mięso, nabiał, warzywa, owoce, zboże, miód, alkohol. Gdyby nastąpił jakiś ostateczny krach cywilizacji niewiele by go odczuli, gdyż są praktycznie samowystarczalni. Może obeszłoby ich to, że nie mogą wieczorem oglądać telewizji albo nie da się korzystać z komórek, poza tym nawet brak dostaw benzyny niespecjalnie by ich zmartwił i bez niej z pewnością daliby radę funkcjonować, bo wóz z końmi to tutaj podstawowy środek lokalnego transportu. Do sklepu po papierosy jedzie się albo niemieckim gruchotem albo konno. Dzieje się tak nie z powodu biedy, bo do miasta przeciętny obywatel wybiera się samochodem, tylko dlatego że wszyscy dookoła mają konie i są one powodem do dumy. Może nieco inaczej wygląda to u Cyganów zamieszkujących domki pokryte folią – tam spotkamy autentyczną nędzę i ich sposób życia nie jest modelem z wyboru. Nawet jeśli młodociani mieszkańcy tego regionu na co dzień rozbijają się samochodami sprowadzonymi z Niemiec, w święto do kościoła pojadą wozem zaprzężonym w konie i oczywiście w ludowym stroju. Zwierzęta używane są także powszechnie do uprawy roli, resztę prac wykonuje się ręcznie. Na polach siano suszy się w kopkach. Ludzie grabią je używając drewnianych narzędzi. Czasem nawet można znaleźć kogoś ubranego do takiej pracy w białą haftowaną, ludową, koszulę.  Wszędzie pełno jest zwierząt, bo każdy człowiek coś hoduje. Dzięki temu marmaroska wieś także dźwiękowo przypomina zupełną sielankę, co chwilę coś ryczy, gdacze, kwacze, kwiczy i rży. U nas w większości gospodarstw po wykoszonym na zero trawniku zazwyczaj przechadza się pies jakiejś zupełnie bezsensownej rasy, poza nim nic już nie generuje dźwięków z wyjątkiem przejeżdżających pojazdów.

rum_breb_001.jpg

Tak wygląda wieś Breb widziana z góry.

rum_breb_laka_001.jpg

Łąka w okolicach Brebu, siano suszy się w kopkach.

rum_breb_laka_002.jpg rum_breb_rolnicy_002

W Rumunii miasta zasiedlane były przez ludność napływową – na przykład Sasów, a wieś zawsze zamieszkiwali rdzenni mieszkańcy. Dlatego kultura tego kraju jest bardzo mocno związana z wsią, bo nadal większość jego mieszkańców pochodzi ze wsi, a Maramuresz jest tej wiejskości kwintesencją. Region jest ze wszystkich stron odizolowany od reszty kraju zalesionymi łańcuchami górskimi. Jak je przekroczymy, przenosimy się z tandetnej Rumunii pełnej stunningowanych samochodów i jaskrawych reklam oraz dość obrzydliwych betonowych budowli wybudowanych za czasów szalonego przywódcy do zupełnie innego świata, gdzie dominuje kultura drewna. Robi się z niego domy, bramy, kościoły oraz przedmioty codziennego użytku. Niektóre budynki to arcydzieła sztuki ciesielskiej, gdzie deski łączy się bez użycia gwoździ. Oczy mogą chwilowo odpocząć od szalonej rumuńskiej fantazji kolorystycznej. Uwagę zwracają zwłaszcza oryginalnie rzeźbione drewniane bramy wiejskich domostw. Nie są one jakimś przeżytkiem sprzed kilkudziesięciu lat. Robi się je do dzisiaj i jest na nie stałe zapotrzebowanie. Każde szanujące się nowe domostwo taką bramę sobie funduje. Ozdabiają je bardzo już dzisiaj nietypowe ornamenty, któych większość pochodzi z czasów przedchrześcijańskich. Takie same symbole znajdziemy też na drewnianych kościołach. Bardzo często są to motywy solarne, krzyże wpisane w koło będące symbolem środka świata, motyw drzewa życia, oraz bardzo często pojawiający się symbol skręconej liny często opasującej lub też spinającej cały budynek. Jest ona symbolem życia i jego ciągłości, nie przerwanej śmiercią.

rum_budesti_brama_003.jpg

Brama w Budeşti.

rum_budesti_brama_002.jpg

Detal jednej z bram w Budeşti.

rum_budesti_brama_004.jpg

Budeşti – brama ze szczyptą nowoczesności.

rum_budesti_brama_001.jpg

Detal jednej z najbardziej ozdobnych bram w Budesti zrobionej w 1985 roku.

rum_budesti_bazylika-drewniana_001.jpg

Podobne symbole znajdziemy na drzwiach drewnianych bazylik – na zdjęciu bazylika Św. Mikołaja w Budeşti Josani.

Ukoronowaniem pracy lokalnych mistrzów obróbki drewna są jednak drewniane cerkwie. Niektóre z nich (z Bârsany, Budeşti, Deseşti, Ieud, Plopiş, Poienile Izei, Rogoz, Şurdeşti) wpisano na listę UNESCO, ale jest ich znacznie więcej. Są one próbą dostosowania sztuki gotyku do tutejszych warunków, przerobienia jej na lokalną miarę z dostępnych pod ręką materiałów. Z połączenia różnych pogranicznych wpływów artystycznych i religijnych powstał styl marmaroski. Jako że tego typu budowle są stosunkowo nietrwałe, większość cerkwi zachowanych do naszych czasów pochodzi z XVIII wieku i powstała w miejscu podobnych wcześniejszych budowli. Robiono je z drewna bukowego, dębowego i sosnowego, w konstrukcji zrębowej. Łączenia najdłuższych desek zwane zamkami dekoracyjnie wykańczano. Dzięki temu świątynie są bardzo „ludzkich” rozmiarów. Wchodząc do nich z pewnością nie poczujemy się przytłoczeni. Nieco inaczej rzecz się ma ze wznoszonymi obecnie w podobnym stylu drewnianymi kościołami, które licytują się między sobą o posiadanie najwyższej drewnianej wieży. Tego typu ogromne kompleksy z drewna budowane są między innymi we wsiach Sapanta i Bârsana. Olbrzymich rozmiarów drewnianą świątynię jako kwintesencję rumuńskiego stylu o mały włos nie wybudowano w samym sercu Bukaresztu. Świątynie z drewna uważane są przez społeczeństwo za prawdziwie rumuńskie, stawia się je w sąsiedztwie betonowych budowli na przedmieściach „Wznosząc dziś dla siebie drewniane cerkwie marmaroskie mieszkańcy przedmieść manifestują swą tęsknotę do ładu i świata o czytelnej hierarchii wartości” pisze Łukasz Galusek w książce Wydawnictwa Bosz „Rumunia przestrzeń, sztuka, kultura”. Współczesne drewniane cerkwie mają mocno zaburzone proporcje i wyglądają jak na mój gust odrobinę kiczowato i upiornie. Te z dawnych czasów mają niesamowity klimat, siłę i prostotę. Zazwyczaj otoczone są cmentarzem (na którym już nie grzebie się nikogo) pełnym drzew owocowych, kapliczek i krzyży. Są to miejsca bardzo spokojne. Niestety świątynie nie są na co dzień używane i zazwyczaj odbywa się w nich już bardzo niewiele wydarzeń, bo mieszkańcy wsi wybudowali sobie nowe większe i lepsze często nawet z betonu. Dawna cerkiew razem ze cmentarzem znajdują się zazwyczaj w centrum wsi, ale teraz nikt już tam na co dzień nie chodzi, i miejsca te stały się „zabytkami” dlatego nie tak łatwo jest zobaczyć wszystkie od wewnątrz. Trzeba być przygotowanym na to, że wszędzie obok cerkwi wisi tabliczka z numerem telefonu, albo adresem pod który należy się udać po klucze. Dlatego też udało mi się obejrzeć od wewnątrz tylko niektóre świątynie, kiedy mieliśmy wystarczająco dużo czasu by zaczekać na jej otwarcie. Niestety nie udało mi się wejść do cerkwi w Ieud, która robi ponoć największe wrażenie. W jednej odwiedzonej przeze mnie świątyni (w Şurdeşti) nie można było robić wewnątrz zdjęć. Trochę szkoda że świątynie nie są cały czas otwarte i są wykorzystywane tylko czasami, ale rozumiem że na razie pewnie lokalne władze nie mają wystarczającej ilości funduszy by zapewnić świątyniom należytą konserwację i pełną dostępność. Mam wrażenie że przez miejscowych są one odrobinę zapomniane.

rum_ieud_bazylika-drewniana_001.jpg

Cerkiew pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Marii Dziewicy w Ieud. Wybudowano ją w 1717 roku zastąpiła istniejącą od XIV wieku świątynię zniszczoną przez Tatarów.

rum_budesti_bazylika-drewniana_006.jpg

Wnętrze cerkwi pw. Świętego Mikołaja w Budeşti Josani. Malowidła wykonywano temperą na przyklejonym do ściany płótnie lub bezpośrednio na zagruntowanych deskach.

rum_budesti_bazylika-drewniana_005.jpg

Cerkiew znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

rum_budesti_bazylika-drewniana_008.jpg

Prezentowane jest w niej także słynne lokalne malarstwo na szkle.

rum_budesti_bazylika-drewniana_003.jpg

Przedstawiane sceny są mocne, dosłowne, okrutne. Mają zdecydowanie aspekt moralizatorski.

rum_budesti_bazylika-drewniana_004.jpg

Niestety niektóre malowidła są mocno zniszczone, te z Budeşti i tak są w świetnym stanie w porównaniu z inymi.

rum_budesti_bazylika-drewniana_002.jpg

Ikony przyozdobione są ręcznie wyszywanymi tkaninami.

Na zewnątrz cerkwie przeważnie otoczone są starym cmentarzem pełnym starych czasem rozpadających się nagrobków i przepięknych krzyży i kapliczek w stylu ludowym. Na nich także dość często umieszczone są symbole solarne, gołębie i inne dodatki.
rum_budesti_krzyz_002.jpg

Kapliczka w Budești.

rum_budesti_cmentarz_001.jpg

Cmentarz w Budești.

rum_desesti_krzyz_001.jpgrum_budesti_krzyz_001.jpg
rum_desesti_bazylika-drewniana_005.jpg

A to już wnętrze bazyliki pw. Świętej Paraskewy w Desești. Scena przestawiająca piekło do którego idą między innymi Turcy, Żydzi i Francuzi. Rumuni idą do nieba.

Dwie najważniejsze ikony w cerkwi w Desești.

rum_desesti_bazylika-drewniana_002.jpg

Cerkiew w Desești.

rum_desesti_bazylika-drewniana_004.jpgrum_desesti_bazylika-drewniana_001.jpg
rum_desesti_bazylika-drewniana_006.jpg

Przez pomyłkę, zwiedzeni przez znaki drogowe trafiamy także do całkowicie współczesnego żeńskiego monastyru w miejscowości Bârsana. Jego architektura ma nawiązywać do tradycyjnego drewnianego budownictwa Maramureszu. We wsi znajduje się także zabytkowa cerkiew, ale znaki prowadzą nas do współczesnego religijnego kombinatu. Monastyr jest wprawdzie pięknie zadbany i tonie w kwiatach ale jego wygląd jest dość niepokojący. Sielski charakter drewnianych świątyń został tutaj nieco zatracony a szpiczaste nienaturalnie wysokie wieże przywodzą na myśl legendy o wampirach. Jednakowoż warto tam zaglądnąć żeby zobaczyć jak próbuje się współcześnie wykorzystywać dziedzictwo tego regionu. Znajduje się tu także sporych rozmiarów sklep z lokalnym rękodziełem, niestety w dość zawyżonych cenach. Można obejrzeć całą galerię wspaniałego malarstwa na szkle, które tworzą lokalni artyści.

rum_barsana_klasztor_003.jpg

Współczesny monastyr i cerkiew w Bârsanie.

rum_barsana_klasztor_001.jpgrum_barsana_klasztor_004.jpg
rum_barsana_klasztor_002.jpg

W dolinie Izy najlepiej zamieszkać na kwaterze u jakichś gospodarzy, korzystając od czasu do czasu z wytwarzanego przez nich na miejscu jedzenia, można też zaopatrzyć się w wyśmienitą palinkę, której w każdym domu produkuje się niemal hektolitry. Mieszkaliśmy w ogromnym wieloosobowym gospodarstwie na które składało się kilka domów rodziców i dzieci, których część był także pensjonatem dla gości otoczonych jednym płotem. Trudno było zorientować się kto jest kim bo osób zamieszkujących je było bardzo wiele i rodzina wyglądała jak jakiś klanowy monolit. Nie wiem czy tutaj wszyscy tak żyją, ale domy buduje się duże by zmieściło się w nich wiele pokoleń. Takie wieloosobowe gospodarstwo jest niemal całkowicie samowystarczalne, jedynymi łączącymi ją ze światem sprawami są prąd, benzyna, telefon, telewizja i czasami jakieś ubrania. Cała reszta powstaje w wyniku ich własnej pracy. Niesamowitym doświadczeniem jest oglądanie w jaki sposób to wszystko działa i jak codziennie na bieżąco mieszkańcy domostwa wypełniają swoje obowiązki jak trybiki w maszynie. Tak kiedyś funkcjonowało się wszędzie żeby łatwiej było przetrwać, teraz wystarczy pójść do supermarketu i zaraz potem na spokojnie zająć się leniwym konsumowaniem zakupionych dóbr i tylko mieszkańcy Maramureszu sprawiają że porządek świata jeszcze gdzieniegdzie jest na swoim miejscu i żeby go zobaczyć nie trzeba nawet jechać do Azji. Niemniej jednak tego świata została już tylko dość niewielka enklawa i mimo ogromnej dumy mieszkańców z tego kim obecnie są, przypuszczam że z powodu europeizacji oraz chęci coraz wygodniejszego życia może okazać się że za jakieś dwadzieścia lub trzydzieści lat zrobi się tutaj tak jak w reszcie kontynentu, bo mimo ogromnego bogactwa folkloru niektóre zwyczaje tak jak wszędzie zaczynają zanikać.