Archiwum kategorii: Rumunia

Festiwal zimowy w Sighetu Marmației

Spędzenie wolnych dni w okolicach świąt i sylwestra w Rumunii to świetny pomysł. Odbywają się tam wtedy bardzo liczne festiwale i pochody na których można zobaczyć przebogate tradycje związane z przesileniem zimowym i Bożym Narodzeniem. Rumunia jest krajem prawosławnym, ale święta obchodzi według rzymskiego kalendarza liturgicznego.  Aby dojechać na większość festiwali trzeba być tam najlepiej wieczorem 26 grudnia. Większość z nich odbywa się między świętami a 6. stycznia nowego roku. Podczas krótkiego zimowego wyjazdu udało nam się być na dwóch tradycyjnych imprezach: największym festiwalu Marmatia w Sighetu Marmației oraz na małym wiejskim festiwalu w naszej ulubionej wsi Budești. Folklor w Maramureszu to nie martwa już tradycja odtwarzana celem przypomnienia ludziom ich zapomnianych korzeni, tylko obrzędy, w których ludzie czynnie uczestniczą i nimi żyją. W Sighetu Marmatiei na największej tego typu imprezie w Rumunii (Festivalul de Datini și Obiceiuri de Iarnă „Marmația”) ludzi ubranych w ludowe stroje jest zdecydowanie więcej niż ubranych współcześnie i to nie za sprawą tego, że na festiwalu nie ma publiczności – wręcz przeciwnie – w lokalach gastronomicznych nie ma gdzie usiąść, a wszystkie noclegi w hotelach są zajęte, dlatego warto co najmniej parę dni wcześniej sobie coś zarezerwować albo zamieszkać w pobliżu miasta. Folklor jest żywy, ciągle praktykowany i aktualny, a mieszkańcy jakby jedną nogą stojący we współczesności a drugą kilkaset lat temu. W święta takie jak Boże Narodzenie na wsiach Maramureszu i Bukowiny niemal wszyscy zakładają stroje ludowe. Tak samo jest przy ślubach czy innych ważnych uroczystościach. Osoby ubrane w nowoczesne stroje w pochodzie ślubnym idą na końcu i są w zdecydowanej mniejszości.

Wracając jednak do  festiwalu zimowego, to prezentują się na nim zespoły ludowe z małych i dużych miejscowości z całej Rumunii, a zwłaszcza Maramureszu i Bukowiny. Część z nich to kapele ludowe w najróżniejszym wieku. Inni oprócz grania muzyki przedstawiają różne tradycje związane ze świętami, śpiewają kolędy przebrani za kolędników, prezentują krótkie humorystyczne przedstawienia ale co najważniejsze pokazują mnóstwo obrzędów związanych z zimowym przesileniem, śmiercią  i narodzinami słońca i nowego roku, bardzo mocno związane z przedchrześcijańskimi szamańskimi wierzeniami, które w naszym folklorze są szczątkowe i nie uświadamiamy sobie ich pochodzenia. Tutaj to wszystko widać bardzo wyraziście. Tradycje zostały jedynie doprawione szczyptą religii prawosławnej, jednak ich wymowa jest wyraźnie wcześniejsza. Wiele z nich pochodzi ze starożytnej Grecji i Rzymu i znalazły się na tych terenach za sprawą Daków. Człowiek w tym krytycznym momencie roku pomagał słońcu i przyrodzie poprzez wykonywanie określonych rytuałów, by ta mogła odrodzić się ponownie. Dzięki temu zapewniał sobie przychylność pozaziemskich sił w kolejnym roku. Zmieniające się słońce i czas przejścia jednego roku w drugi sprzyjały łączności pomiędzy światami, dlatego w tym okresie tak wiele zwyczajów i rytuałów oczyszczających świat ze złych mocy. Samo słowo „Crăciun” rumuńska nazwa Świąt Bożego Narodzenia, ma bardzo enigmatyczne pochodzenie. Moş Craciun to obecnie synonim Mikołaja albo Gwiazdora, ale w mitologii ludowej to postać powstała z przemieszania wielu elementów pochodzących z różnych tradycji i według niektórych badaczy można ją interpretować także jako najważniejszego boga pogańskiego, twórcę i kreatora świata.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_011.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_023.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_010

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_006.jpg

Festiwal w Sigetu to także możliwość spotkania idealnego kandydata na męża albo żonę. Przez cały czas odbywały się tam swoiste targi matrymonialne i niemal licytacja kto jest bardziej tradycyjny i ludowy. Publiczność festiwalu także nie dawała za wygraną.

Brondoși

To młodzi mężczyźni z kolorowymi maskami na twarzach, ubrani w baranie skóry do których przytroczone są różnego rozmiaru najczęściej krowie dzwony i dzwonki różnych rozmiarów. Niektórzy oprócz dzwonków posiadają także róg do trąbienia. Są oni symbolem szczęścia, sprytu i przebiegłości. Dzwonki mają przeganiać złe duchy i budzić wiosnę. Tradycja ich przemarszu zapoczątkowana została ponoć w marmaroskiej wsi Cavnic, która w 1717 roku obroniła się przed Tatarami. 32 albo 34 młodych mieszkańców wsi udało się pokonać znacznie liczniejszych Tatarów za sprawą fortelu. Założyli na twarz maski przykryli się zwierzęcymi skórami pod którymi przyczepili dzwony. Narobili tyle hałasu że Tatarzy uznali iż atakuje ich horda demonów i uciekli, krzycząc “Brondoși!” co miało oznaczać duchy których nie da się pokonać.  Tradycja chodzenia po wsiach i miasteczkach młodych mężczyzn obwieszonych dzwonami celem przynoszenia szczęścia i pomyślności napotkanym osobom, budzenia wiosny oraz przeganiania złych duchów, w okresie świątecznym w Rumunii jest bardzo powszechna. Dlatego też na festiwalu w Sighetu można było zobaczyć mnóstwo wariantów tego przebrania. Największe wrażenie robili młodzi maksymalnie dwudziestoletni mężczyźni noszący dzwony ważące ponad 100 kilogramów.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_001.jpg

Młodzi chłopcy z przywiązanymi dzwonkami które mają za zadanie przegonić złe duchy, obudzić nowe życie,  zapewnić szczęście i dobrobyt.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_007.jpg

Nawet bardzo małe dzieci przyuczają się do bycia brondosi.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_002.jpg

Ci młodzi chłopcy noszą dzwony ważące ponad sto kilogramów. Pochodzą z miejscowości której nazwy już nie pamiętam, specjalizującej się w największych dzwonach.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_003.jpg

Ten człowiek nosi dzwony o zupełnie innym kształcie i wygląda trochę jakby przyjechał z Tybetu.

Taniec kozła

Wykonywanie tego tańca datuje się na około 1600 rok p.n.e. Pochodzi z Grecji, jest opisany w mitologii. Na tereny Rumunii trafił razem z plemionami Daków. Ich tradycje przemieszały się z lokalnymi zwyczajami. Wykonywano go ku czci Dionizosa. Tancerze i tancerki (bachantki) zakładali na siebie skóry złożonych w ofierze kozłów, sprawiając że martwe zwierzęta ożywały na nowo. Taniec kozła symbolizuje śmierć i odradzanie się życia. Kozioł jest symbolem płodności i wegetacji. Podczas tańca wyśpiewywano pieśni odnoszące się do płodności i odrodzenia przyrody. Głowa rumuńskiego kozła wykonana jest z drewna, może być to także czaszka lub sama szczęka zwierzęcia pokryta skórą lub futrem. Jej dolna część podczas tańca cały czas się porusza i głośno klekocze. Czasem kozioł zastępowany jest także przez jelenia, albo barana. Reszta ciała zwierzęcia ma formę peleryny bogato i bardzo kolorowo zdobionej, pod którą ukrywa się tancerz. Może być na na przykład zrobiona z bajecznie kolorowej  haftowanej kapy, dodatkowo przyozdobiona wstążkami, kolorową włóczką lub ścinkami materiału, które wirują podczas bardzo dynamicznego i witalnego tańca. Taniec kozła to obowiązkowy element występu kolędników.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_018.jpg

Jeden z kozłów.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_017.jpg

Od drugiej strony.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_004.jpg

Fotografia pamiątkowa z brondosi.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_015.jpg

Kolejne kozły okryte pięknymi kolorowymi kapami.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_021.jpg

Zdjęcie grupowe.

Taniec niedźwiedzia

Czyli jocul ursului, co prawda najbardziej widowiskowe tańce niedźwiedzia można zobaczyć nieco bardziej na południu Rumunii na przykład w miejscowości Comanesti nieopodal Bacau, gdzie ludzie w pierwszy dzień nowego roku tańczą w niedźwiedzich skórach, ale tradycja tańca niedźwiedziego znana jest w całej Rumunii i nie wszędzie przebranie za niedźwiedzia oznaczać musi paradowanie w niedźwiedziej skórze. Niedźwiedź symbolizuje siłę i odwagę ale także śmierć i ponowne narodziny. Odradzanie się życia i jego kontinuum. Niedźwiedź każdego roku powraca do świata zewnętrznego na wiosnę. Jest zwierzęciem które do pewnego stopnia panuje nad śmiercią i ją zwycięża. Jego siła i odwaga dodatkowo wzmocniona dzięki noszeniu przez niego wielkich czerwonych pomponów, odgania złe moce. Jest jednym z najsilniejszych zwierząt i obdarzony jest bardzo silną mocą. Taniec niedźwiedzi wykonuje się w pierwszy dzień nowego roku.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_008.jpg

W sumie to nie wiem czy ci chłopcy byli niedźwiedziami czy też kimś innym. Tańce niedźwiedzi można było obejrzeć podczas występów na scenie i kostiumy były podobne ale spodnie też były z owczej skóry. Być może to wersja okrojona.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_013.jpg

Kolędnicy

W Rumunii bardzo mocno widać przeplecione ze sobą różnorakie tradycje a elementy chrześcijańskie to jedynie niewielki dodatek do symboliki ludowej i agrarnej. Tradycja pochodu grupy młodych osób i dzieci pierwszego dnia nowego cyklu solarnego niosących symbol słońca (gwiazdę) które zwyciężyło nad ciemnością w celu złożenia życzeń szczęścia i powodzenia wszystkim jej mieszkańcom również wywodzi się z wcześniejszych czasów. Każdy człowiek odwiedzony przez taką grupę miał szansę na bardziej sprzyjające okoliczności na przykład  lepsze plony i pomyślne przetrwanie kolejnego roku.  W grupie kolędników powinny być same młode osoby, dlatego młodzi przebierali się za starców. Niektórzy noszą także maski. Przebranie ma wyzwolić w człowieku dodatkowy potencjał i przeobrazić go. W okresie przesilenia ludzie chętnie przebierali się w postacie demoniczne żeby przestraszyć, przepędzić zimowe demony, które widząc że miejsce w którym chcą zamieszkać zostało już opanowane przez im podobne istoty nie miały już czego tam szukać. Dlatego w grupie kolędników występuje zarówno diabeł jak i śmierć, aby prawdziwe postaci nie przychodziły do odwiedzanych przez nie domostw. Siły zła musiały mieć swoją reprezentację także po to, by przedstawiać walkę między siłami która ma miejsce w momencie przesilenia. Grupy odgrywają krótkie humorystyczne przedstawienia, które od czasu do czasu udało mi się nawet zrozumieć dzięki umiarkowanej znajomości języka włoskiego. Część z nich zawiera elementy współczesne i aktualne. To oznacza że folklor jest wciąż żywy a nie tylko odtwarzany.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_022.jpg

Grupa kolędników.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_005.jpg

Najbardziej zaimponowała mi oswojona kura. Nie wiedziałam że kury są tak inteligentne i można je wytresować tak że nie boją się ludzi i z nimi współpracują.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_012.jpg

Tym panom należało wrzucać do garnka pieniądze.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_020.jpg

Często występom kolędników towarzyszył chór śpiewający kolędy i pieśni ludowe.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_016.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_009.jpg

Warto pojechać do Rumunii na święta nie dlatego że prezentowany tu folklor zaraz zniknie, bo raczej nie jest to całkiem możliwe. Może tylko z powodu różnych unijnych ulepszeń i ograniczeń zrobi się tutaj mniej dziko i na przykład nikt już nie będzie urządzał tradycyjnego świniobicia w dzień św. Ignacego 20. grudnia (oczywiście byłoby szkoda). Patrząc jednak na imprezy rodzinne i święta religijne we wsiach w rodzaju mojego ulubionego Budești nie wydaje mi się żeby tradycja była jakoś szczególnie zagrożona. Warto tam pojechać by zdać sobie sprawę jak nasze polskie święta w mieście są okrojone z wydarzeń, które mogłyby wtedy mieć miejsce, bo tak po prostu powinno być w tej części świata. Jak bardzo jesteśmy oddaleni od natury i ważnych przemian które się w niej wtedy dokonują. U nas ważniejsza jest wtedy szalona przedświąteczna konsumpcja, a kasy fiskalne niemal palą się z przegrzania. Tymczasem przyroda wtedy potrzebuje nas  a my potrzebujemy jej by zapewnić sobie szczęście w kolejnym roku.

Owoce zamknięte w butelce

Urodziłam się i mieszkam (z przerwami) na południowo-wschodnim krańcu Polski. Mimo (jak na mój gust) pewnej nijakości tego miejsca zawsze dało się tutaj odczuć atmosferę pogranicza. Sporo osób urodzonych w podobnych przygranicznych miejscach zadaje sobie pytanie: co by było gdybym urodził się (lub urodziła) sto kilometrów dalej na wschód i/lub na południe. Dla mnie oznacza to na przykład, że jeśli urodziłabym się sto kilometrów bardziej na południe żyłabym w kraju w którym tradycje produkowania wysokoprocentowych alkoholi są zgoła odmienne od naszych. W północnej części Europy do których w tym przypadku zalicza się także Polska na stołach królują wódki a więc destylaty z cukru, zboża i ziemniaków. Te przemysłowe tak bardzo mi nie smakują, że od bardzo dawna w czystej postaci żadnego nie piłam. Słaby ze mnie Polak, bo nie jestem w stanie się do tego przemóc. W południowej części Europy materiałem do ich tworzenia są owoce. Ta tradycja dużo bardziej mi odpowiada i w tej chwili nie wyobrażam sobie picia wysokoprocentowego alkoholu w czystej postaci innego niż taki. Nie twierdzę że znam się na palince i rakiji oraz jestem jej koneserem, po prostu zwracam na nią uwagę, będąc w którymś z krajów gdzie takie napoje się wytwarza i staram się w każdym z nich coś się na ten temat dowiedzieć, czegoś skosztować i coś kupić. Jest wprawdzie mały kawałek Polski, który pod tym względem przynależy już do Południa. To okolice Nowego Sącza gdzie od zawsze wytwarzało się owocowe destylaty a sztandarowym produktem tego regionu jest śliwowica łącka. Nasze państwo „tak bardzo” jednak ceni ten rodzaj swojego kulinarnego dziedzictwa, że jego pozafabryczne wytwarzanie w celach zarobkowych nadal jest nielegalne. Ba! nielegalne jest nawet jego wytwarzanie na własny użytek, ale na podstawie „umowy społecznej” jak twierdzi wikipedia, nie jest ścigane. Od 1957 roku Polmos w Bielsku-Białej wytwarza śliwowicę paschalną, początkowo pod nadzorem kongregacji żydowskiej (obecnie produkt nie jest już koszerny ale tak się nadal kojarzy). Całkiem niedawno jedynemu jak na razie przedsiębiorcy z tego regionu udało się uzyskać wszystkie niezbędne pozwolenia i rozpocząć legalną produkcję owocowych destylatów pod nazwą Tłocznia Maurera.

Słowacja

Już na Słowacji ten temat przedstawia się zgoła inaczej. Każdy słowacki (i czeski także) obywatel ma prawo legalnie wydestylować sobie 50 litrów alkoholu na własny użytek. Istnieje mnóstwo małych regionalnych gorzelni (wygooglamy je łatwo pod nazwą palenica, a po czesku palirna, niektóre strony mają nawet polską wersję językową), które można sobie wynająć na dni lub godziny, pod okiem profesjonalistów upłynnić dary lata i poczuć się prawdziwym alchemikiem. W kosztach ich wynajmu uwzględnione są już wszelkie opłaty związane z akcyzami. Można do destylarni przybyć z własnym zacierem, albo zakupić go na miejscu.

Przemysłowa produkcja tego typu  alkoholi także w tych krajach kwitnie. Półki sklepowe na Słowacji uginają się od śliwowic, gruszkówek i morelówek (oraz borovicki, ale chwilowo ją pomijam). Warto jednak pilnie studiować etykiety bo często są to napoje owocowe tylko z nazwy. Sporo o jakości produktu który kupujemy powie nam cena. Nazwa śliwowica jest zarezerwowana dla produktu wyprodukowanego ze śliwek i tani jak zwykła wódka on nigdy nie będzie, bo potrzeba wielu kilogramów owoców, żeby wyprodukować litr trunku. Zazwyczaj jest on więc kilkakrotnie droższy od przeciętnej wódki. Napoje o nazwie „slivka” będą połączeniem destylatu owocowego ze spirytusem. Chociaż w sklepach znajdą się i takie kwiatki jak butelka no name z logiem „R. Jelinek” i śliwkami na etykiecie zawierająca wyłącznie rozcieńczony spirytus i… śliwkowy aromat. Produkt nie mający nic wspólnego ze spuścizną Rudolfa Jelinka. Miałam nieprzyjemność spożyć raz taką w słowackiej knajpie i smakowała jak sztuczne perfumy. Chociaż istnieje także śliwowica tej firmy, jednak nie wczytywałam się w jej skład, bo po doświadczeniach z perfumowaną na śliwkowo wódką jakoś nie mam ochoty tego kupować, zwłaszcza że to straszliwa masówka. Jeśli na produkcie wyraźnie nie jest napisane śliwowica, nie spodziewajmy się że zawiera on więcej śliwki niż jest w śliwkowym aromacie. Natomiast cały czas mam w domu dwa słowackie produkty ze Spisza – Spisska Slivka i Hruska firmy Gurlex lub Nestville. To mieszanina destylatu owocowego ze zwykłym spirytusem, do butelki na ozdobę i dla smaku wrzucono także kawałek owoca. W przypadku Slivki (posiadającej znaczek regionalnego produktu) destylatu owocowego jest więcej niż spirytusu, a w przypadku Hruski mniej.  Woda używana do produkcji tych wódek pochodzi ze źródła mineralnego. Smakują nieźle, ale im dalej na południe tym produkty bardziej interesujące, więc to może być zakup na początek i na rozgrzewkę.

weg_nyiregyhaza_sliwki_001

Piękne śliwki w węgierskim sadzie.

Węgry

Im dalej na południe tym mniejsza szansa, że ktokolwiek wpadnie na pomysł dodawania zwykłego spirytusu do owocowego destylatu. Zmienia się też nazwa naszego produktu. Na Węgrzech króluje bowiem palinka – nazwa zarezerwowana dla produktów węgierskich i  austriackich (dokładnie chodzi o morelówkę z 4 prowincji Austrii). Palinkę piją na Węgrzech wszyscy zarówno emeryci jak i bananowa młodzież. Robią ją zarówno w domach na własną rękę bo tak jak na Słowacji dozwolone jest wyprodukowanie 50 litrów na pełnoletniego obywatela, o czym można poczytać sobie tu. Oprócz prywatnych domów, robią ją w małych destylarniach, oraz na skalę przemysłową. Pod koniec wakacji nawet zupełnie prowincjonalne węgierskie Tesco sprzedaje w sezonowej promocji sprzęt do destylacji tak jak u nas w tym czasie sprzedaje się słoiki, zakrętki i urządzenia do wyrobu soków. Aczkolwiek nie wiem czy warto kupować taki sprzęt w Tesco, bo to pewnie jakiś najgorszy w swojej klasie produkt, dlatego po początkowym entuzjazmie nie stałam się jego właścicielem.  Na Węgrzech kilkakrotnie częstowano mnie owocowymi palinkami domowej roboty, najczęściej zrobionymi z kilku różnych owoców. Najpopularniejsze są śliwki, morele, gruszki i winogrona oraz ich pozostałości po produkcji wina. Coś trzeba też zrobić z  winem, które z jakiś przyczyn niezbyt dobrze wyszło – najlepiej przedestylować je samo lub z dodatkami. Tutaj można przeczytać jak odbywa się taki proces w małej destylarni. Najlepsze są właśnie takie węgierskie produkty domowe, niszowe i niepowtarzalne. Natomiast dużej ilości sklepowych palinek nie miałam okazji kosztować, z tego powodu, że bardzo polubiłam jedną z nich i zawsze jak jestem na Węgrzech staram się uzupełnić jej zapasy jeśli jest taka potrzeba i jakoś nie mam czasu przetestować innych. Moją ulubioną sklepową węgierską palinką jest Agyas Palinka firmy Kecskeméti Likőripari. Agyas palinka leżakuje z owocami w środku. Jest nieco słodsza i bardziej owocowa od czystych palinek, bo znajdujące się w niej suszone owoce jeszcze dodają jej smaku. Myślę że to świetna palinka dla niewtajemniczonych, bo będzie smakowała zarówno kobietom jak i mężczyznom. W 2010 roku kiedy byliśmy zupełnie nie w temacie odnośnie węgierskiej palinki, polecił ją nam w Egerze pewien sprzedawca. Lubię ją do dzisiaj. Mimo że można ją kupić nawet w węgierskim Tesco, smakuje na prawdę nieźle, a jej smak zmienia się w czasie, w zależności od tego jak długo leżą w niej owoce i ile smaku zdążą oddać. Reasumując warto dać się poczęstować palinką niejednemu Węgrowi u którego będziemy nocować, bo prawie każdy ma jakiś interesujący domowy produkt. Tylko pewnie dogadać się w sprawie tego co pijemy i z czego zostało to zrobione oraz czy ewentualnie dałoby się to kupić, będzie bardzo ciężko. Warto też podczas wizyty na Węgrzech zaplanować odwiedziny w jakiejś małej wytwórni, bo Węgrzy chętnie pokazują turystom proces wytwarzania palinki wraz z jego prawidłową degustacją i sporo takich ofert można znaleźć w internecie.

weg_heviz_palinka_001

Stragan w Heviz sprzedający maleńkie buteleczki z palinką po bardzo wygórowanej cenie. Dobry obrazkowy słowniczek do uczenia się węgierskich nazw poszczególnych palinek.

Rumunia

Kolejnym krajem o silnych tradycjach robienia wódki z owoców jest Rumunia, gdzie nazwa naszego produktu się zmienia z palinki na palincę (tak przynajmniej nazywa się zarejestrowany produkt a i tak wszyscy mówią palinka). Najpopularniejsze są ze śliwek, moreli, jabłek i gruszek. Ma ona tutaj także status produktu regionalnego i robią ją w tym kraju chyba wszyscy obywatele dysponujący wolnym kątem i paroma drzewami owocowymi, jak standardowe przetwory na zimę. Z jej pokątną sprzedażą nikt się specjalnie nie kryje. Produkuje się jej i pije ogromne ilości. Plastikowe butelki pet skrywają nieraz trunki absolutnie wyśmienite i o porażającej wprost mocy. Posiadam dość drogą sklepową palincę rumuńską firmy Bran, oraz taką kupowaną z pominięciem systemu u gospodarza w Maramureszu jakieś cztery, pięć razy tańszą i znowu okazuje się, że na mój kobiecy gust o wiele lepsza jest ta chałupniczej produkcji. Za to porównanie rumuńskiej śliwowicy Bran do słowackiej Spisskiej Slivki całkowicie przemawia na korzyść tej pierwszej, która mimo że jest mocniejsza to delikatniejsza w smaku. W Rumunii zmienia się też naczynie z którego pijemy palinkę. Na Węgrzech według źródeł węgierskich i polskich traktujących o palince, powinny być to dość smukłe kieliszki w kształcie tulipana, by aromat alkoholu łatwo z nich nie uciekł (częstowano mnie nią zazwyczaj w normalnych kieliszkach na wódkę lub szklaneczkach „literatkach”). Kieliszkiem nie powinno się kręcić i gwałtownie poruszać. W Rumunii tradycyjnie pije się ją w małych flakonikach które nazywają się toi i tak podadzą nam palinkę w niejednej restauracji. Na wsi bezceremonialnie pije się ze zwykłych wódczanych kieliszków.  Takie same flakoniki miałam okazję używać też w Serbii, gdzie próbowałam z nich destylatu z pigwy (nazywanej po serbsku rakija od dunje), ale nie wyróżniał się niczym specjalnym i nie  podbił mojego serca tak jak napoje z moreli, gruszek czy śliwek.

Bałkany

W Bułgarii, Chorwacji i Serbii oraz w Bośni zamiast palinki mamy rakiję. W Bułgarii piłam na prawdę okropną i najprawdopodobniej zanieczyszczoną wódkę z winogron, po której tragicznie bolała mnie głowa i było to chyba jedyne nieprzyjemne doświadczenie z owocowymi destylatami. Nie dało się odmówić i trzeba było zacieśniać więzi polsko-bułgarskie oraz zdobywać wiedzę o kulturze kulinarnej, ale było to bardzo traumatyczne przeżycie. W Chorwacji byłam tak krótko, że nie zdążyłam zapoznać się z produktami tego typu. W Bośni widziałam tylko jak mężczyźni na pikniku w miejscowości Jajce nie zważając na bardzo zgorszonych wycieczkowiczów z Arabii Saudyjskiej, ochoczo upijali się przeźroczystym trunkiem siedząc przy długich stołach i śpiewając na głosy. Natomiast w Serbii po pierwsze w Sremskich Karlovci przypadkiem wylądowaliśmy na kwaterze u regionalnego mistrza rakiji, (u którego w końcu nie kupiliśmy niczego, gdyż bagażnik naszego samochodu pękał w szwach i martwiliśmy się czy na pewno uda nam się wjechać do Unii Europejskiej z tak licznymi zakupami).  Po drugie robiliśmy zakupy w monastyrach Fruskiej Góry, gdzie zaopatrzyliśmy się w rakijowe specjały oraz degustowaliśmy je w restauracjach. To piękne, że w prawosławnych klasztorach Fruskiej Góry możemy po naprawdę przystępnych cenach nabyć nie tylko miód i produkty lecznicze, ale także bardzo mocne owocowe destylaty.

Po Węgrzech i Słowacji, szokiem mogą być ceny serbskiej rakiji i rumuńskiej palinki, kupowanej u „niezbyt formalnych” wytwórców. Jest o wiele taniej. W zasadzie w cenie 0,7 l produktów rumuńskich i serbskich kupimy w Polsce jakieś wino ze średniej półki, bo to wydatek rzędu dwudziestu, trzydziestu złotych. Na Słowacji sklepowa śliwowica czy gruszkówka to produkt nieco ekskluzywny i nigdy nie będzie on tak tani i popularny jak przemysłowe destylaty ze zboża i ziemniaków. Na Węgrzech palinka także jest stosunkowo droga i uważana za lepszy trunek od wódki. W Serbii i Rumunii w zasadzie nie pije się zwykłej wódki, która jest bardzo tania i kiepskiej jakości, palinka jest bowiem napojem codziennym, pita dla zdrowotności najlepiej już z rana, co często praktykują ludzie starsi. W Sremskich Karłowicach co dzień rano zachodziłam na kawę do knajpy, do której starsi mężczyźni albo wpadali w pośpiechu śpiesząc się do rannych obowiązków, albo będąc na emeryturze nie śpieszyli się nigdzie i dyskutowali nad gazetą. Tylko ja piłam w niej kawę jak jakiś kosmita. Wszyscy inni o poranku pili rakiję.

palinki_i_rakije_001

A to moje pomoce naukowe (prezentuję tylko te „obrandowane” w oryginalnych butelkach).

Dolina Izy 2014

To kawałek Maramureszu piękny jak z obrazka i tak ekstremalnie sielski, że aż trudno uwierzyć że istnieje na prawdę. Jest uważany za kwintesencję rumuńskości, mimo że zawsze znajdował się na obrzeżach kraju na głębokiej prowincji, na której nikomu specjalnie nie zależało. Dzięki temu udało mu się w dużym stopniu uniknąć destrukcji jaka spotkała Rumunię za czasów komunizmu. Większość gospodarstw uniknęła kolektywizacji. Wcześniej tereny te znajdowały się w rękach Austriaków, po których zostało zamiłowanie tutejszych ludzi do ładu i porządku, dlatego wsie wyglądają przepięknie. Ludzie nadal żyją tu po swojemu i nie przejmują się że reszta Europy dawno już porzuciła ich model życia. Nie wiem czy powtarzane wszędzie określenie „żywy skansen” którym opisuje się ten region jest trafne, bo skansen jest próbą zakonserwowania a czasem nawet odtworzenia wybranych aspektów kultury ludowej, które nie mają racji bytu w naszych czasach. W Maramureszu mają się one świetnie i nie wymagają zamykania w żadnym skansenie. Tradycje są żywe a nie odtwarzane na pokaz. Mieszkańcy z dumą kultywują swoje zwyczaje i nie jest to, jak gdzie indziej, domeną wyłącznie ludzi w mocno podeszłym wieku. Przy okazji niedzieli, święta, ślubu czy jakiejkolwiek innej uroczystości, młodzi wręcz obnoszą się ze swoim folklorem, paradują w strojach ludowych i nie widzą w tym niczego niemodnego. Niemal licytują się kto jest bardziej „ludowy” – najmniej chyba pokolenie, którego większość życia przypadło na czasy rządów komunistów. Młodzi bardzo silnie akcentują swoją przynależność i fakt bycia „stąd”.

Mieszkańcy Maramureszu nie pragną za wszelką cenę nadążać za szeroko pojętą nowoczesnością, wpuszczają ją do swojego świata w pewnych ilościach, ale niespecjalnie się nią zachłystują.  Nie są nawet szczególnie zależni od pieniędzy, bo większość potrzebnych do życia rzeczy zapewniają sobie pracą własnych rąk. Dzięki temu są ciągle w ruchu. Hodują mnóstwo zwierząt, uprawiają ziemię. Mają własne mięso, nabiał, warzywa, owoce, zboże, miód, alkohol. Gdyby nastąpił jakiś ostateczny krach cywilizacji niewiele by go odczuli, gdyż są praktycznie samowystarczalni. Może obeszłoby ich to, że nie mogą wieczorem oglądać telewizji albo nie da się korzystać z komórek, poza tym nawet brak dostaw benzyny niespecjalnie by ich zmartwił i bez niej z pewnością daliby radę funkcjonować, bo wóz z końmi to tutaj podstawowy środek lokalnego transportu. Do sklepu po papierosy jedzie się albo niemieckim gruchotem albo konno. Dzieje się tak nie z powodu biedy, bo do miasta przeciętny obywatel wybiera się samochodem, tylko dlatego że wszyscy dookoła mają konie i są one powodem do dumy. Może nieco inaczej wygląda to u Cyganów zamieszkujących domki pokryte folią – tam spotkamy autentyczną nędzę i ich sposób życia nie jest modelem z wyboru. Nawet jeśli młodociani mieszkańcy tego regionu na co dzień rozbijają się samochodami sprowadzonymi z Niemiec, w święto do kościoła pojadą wozem zaprzężonym w konie i oczywiście w ludowym stroju. Zwierzęta używane są także powszechnie do uprawy roli, resztę prac wykonuje się ręcznie. Na polach siano suszy się w kopkach. Ludzie grabią je używając drewnianych narzędzi. Czasem nawet można znaleźć kogoś ubranego do takiej pracy w białą haftowaną, ludową, koszulę.  Wszędzie pełno jest zwierząt, bo każdy człowiek coś hoduje. Dzięki temu marmaroska wieś także dźwiękowo przypomina zupełną sielankę, co chwilę coś ryczy, gdacze, kwacze, kwiczy i rży. U nas w większości gospodarstw po wykoszonym na zero trawniku zazwyczaj przechadza się pies jakiejś zupełnie bezsensownej rasy, poza nim nic już nie generuje dźwięków z wyjątkiem przejeżdżających pojazdów.

rum_breb_001.jpg

Tak wygląda wieś Breb widziana z góry.

rum_breb_laka_001.jpg

Łąka w okolicach Brebu, siano suszy się w kopkach.

rum_breb_laka_002.jpg rum_breb_rolnicy_002

W Rumunii miasta zasiedlane były przez ludność napływową – na przykład Sasów, a wieś zawsze zamieszkiwali rdzenni mieszkańcy. Dlatego kultura tego kraju jest bardzo mocno związana z wsią, bo nadal większość jego mieszkańców pochodzi ze wsi, a Maramuresz jest tej wiejskości kwintesencją. Region jest ze wszystkich stron odizolowany od reszty kraju zalesionymi łańcuchami górskimi. Jak je przekroczymy, przenosimy się z tandetnej Rumunii pełnej stunningowanych samochodów i jaskrawych reklam oraz dość obrzydliwych betonowych budowli wybudowanych za czasów szalonego przywódcy do zupełnie innego świata, gdzie dominuje kultura drewna. Robi się z niego domy, bramy, kościoły oraz przedmioty codziennego użytku. Niektóre budynki to arcydzieła sztuki ciesielskiej, gdzie deski łączy się bez użycia gwoździ. Oczy mogą chwilowo odpocząć od szalonej rumuńskiej fantazji kolorystycznej. Uwagę zwracają zwłaszcza oryginalnie rzeźbione drewniane bramy wiejskich domostw. Nie są one jakimś przeżytkiem sprzed kilkudziesięciu lat. Robi się je do dzisiaj i jest na nie stałe zapotrzebowanie. Każde szanujące się nowe domostwo taką bramę sobie funduje. Ozdabiają je bardzo już dzisiaj nietypowe ornamenty, któych większość pochodzi z czasów przedchrześcijańskich. Takie same symbole znajdziemy też na drewnianych kościołach. Bardzo często są to motywy solarne, krzyże wpisane w koło będące symbolem środka świata, motyw drzewa życia, oraz bardzo często pojawiający się symbol skręconej liny często opasującej lub też spinającej cały budynek. Jest ona symbolem życia i jego ciągłości, nie przerwanej śmiercią.

rum_budesti_brama_003.jpg

Brama w Budeşti.

rum_budesti_brama_002.jpg

Detal jednej z bram w Budeşti.

rum_budesti_brama_004.jpg

Budeşti – brama ze szczyptą nowoczesności.

rum_budesti_brama_001.jpg

Detal jednej z najbardziej ozdobnych bram w Budesti zrobionej w 1985 roku.

rum_budesti_bazylika-drewniana_001.jpg

Podobne symbole znajdziemy na drzwiach drewnianych bazylik – na zdjęciu bazylika Św. Mikołaja w Budeşti Josani.

Ukoronowaniem pracy lokalnych mistrzów obróbki drewna są jednak drewniane cerkwie. Niektóre z nich (z Bârsany, Budeşti, Deseşti, Ieud, Plopiş, Poienile Izei, Rogoz, Şurdeşti) wpisano na listę UNESCO, ale jest ich znacznie więcej. Są one próbą dostosowania sztuki gotyku do tutejszych warunków, przerobienia jej na lokalną miarę z dostępnych pod ręką materiałów. Z połączenia różnych pogranicznych wpływów artystycznych i religijnych powstał styl marmaroski. Jako że tego typu budowle są stosunkowo nietrwałe, większość cerkwi zachowanych do naszych czasów pochodzi z XVIII wieku i powstała w miejscu podobnych wcześniejszych budowli. Robiono je z drewna bukowego, dębowego i sosnowego, w konstrukcji zrębowej. Łączenia najdłuższych desek zwane zamkami dekoracyjnie wykańczano. Dzięki temu świątynie są bardzo „ludzkich” rozmiarów. Wchodząc do nich z pewnością nie poczujemy się przytłoczeni. Nieco inaczej rzecz się ma ze wznoszonymi obecnie w podobnym stylu drewnianymi kościołami, które licytują się między sobą o posiadanie najwyższej drewnianej wieży. Tego typu ogromne kompleksy z drewna budowane są między innymi we wsiach Sapanta i Bârsana. Olbrzymich rozmiarów drewnianą świątynię jako kwintesencję rumuńskiego stylu o mały włos nie wybudowano w samym sercu Bukaresztu. Świątynie z drewna uważane są przez społeczeństwo za prawdziwie rumuńskie, stawia się je w sąsiedztwie betonowych budowli na przedmieściach „Wznosząc dziś dla siebie drewniane cerkwie marmaroskie mieszkańcy przedmieść manifestują swą tęsknotę do ładu i świata o czytelnej hierarchii wartości” pisze Łukasz Galusek w książce Wydawnictwa Bosz „Rumunia przestrzeń, sztuka, kultura”. Współczesne drewniane cerkwie mają mocno zaburzone proporcje i wyglądają jak na mój gust odrobinę kiczowato i upiornie. Te z dawnych czasów mają niesamowity klimat, siłę i prostotę. Zazwyczaj otoczone są cmentarzem (na którym już nie grzebie się nikogo) pełnym drzew owocowych, kapliczek i krzyży. Są to miejsca bardzo spokojne. Niestety świątynie nie są na co dzień używane i zazwyczaj odbywa się w nich już bardzo niewiele wydarzeń, bo mieszkańcy wsi wybudowali sobie nowe większe i lepsze często nawet z betonu. Dawna cerkiew razem ze cmentarzem znajdują się zazwyczaj w centrum wsi, ale teraz nikt już tam na co dzień nie chodzi, i miejsca te stały się „zabytkami” dlatego nie tak łatwo jest zobaczyć wszystkie od wewnątrz. Trzeba być przygotowanym na to, że wszędzie obok cerkwi wisi tabliczka z numerem telefonu, albo adresem pod który należy się udać po klucze. Dlatego też udało mi się obejrzeć od wewnątrz tylko niektóre świątynie, kiedy mieliśmy wystarczająco dużo czasu by zaczekać na jej otwarcie. Niestety nie udało mi się wejść do cerkwi w Ieud, która robi ponoć największe wrażenie. W jednej odwiedzonej przeze mnie świątyni (w Şurdeşti) nie można było robić wewnątrz zdjęć. Trochę szkoda że świątynie nie są cały czas otwarte i są wykorzystywane tylko czasami, ale rozumiem że na razie pewnie lokalne władze nie mają wystarczającej ilości funduszy by zapewnić świątyniom należytą konserwację i pełną dostępność. Mam wrażenie że przez miejscowych są one odrobinę zapomniane.

rum_ieud_bazylika-drewniana_001.jpg

Cerkiew pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Marii Dziewicy w Ieud. Wybudowano ją w 1717 roku zastąpiła istniejącą od XIV wieku świątynię zniszczoną przez Tatarów.

rum_budesti_bazylika-drewniana_006.jpg

Wnętrze cerkwi pw. Świętego Mikołaja w Budeşti Josani. Malowidła wykonywano temperą na przyklejonym do ściany płótnie lub bezpośrednio na zagruntowanych deskach.

rum_budesti_bazylika-drewniana_005.jpg

Cerkiew znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

rum_budesti_bazylika-drewniana_008.jpg

Prezentowane jest w niej także słynne lokalne malarstwo na szkle.

rum_budesti_bazylika-drewniana_003.jpg

Przedstawiane sceny są mocne, dosłowne, okrutne. Mają zdecydowanie aspekt moralizatorski.

rum_budesti_bazylika-drewniana_004.jpg

Niestety niektóre malowidła są mocno zniszczone, te z Budeşti i tak są w świetnym stanie w porównaniu z inymi.

rum_budesti_bazylika-drewniana_002.jpg

Ikony przyozdobione są ręcznie wyszywanymi tkaninami.

Na zewnątrz cerkwie przeważnie otoczone są starym cmentarzem pełnym starych czasem rozpadających się nagrobków i przepięknych krzyży i kapliczek w stylu ludowym. Na nich także dość często umieszczone są symbole solarne, gołębie i inne dodatki.
rum_budesti_krzyz_002.jpg

Kapliczka w Budești.

rum_budesti_cmentarz_001.jpg

Cmentarz w Budești.

rum_desesti_krzyz_001.jpgrum_budesti_krzyz_001.jpg
rum_desesti_bazylika-drewniana_005.jpg

A to już wnętrze bazyliki pw. Świętej Paraskewy w Desești. Scena przestawiająca piekło do którego idą między innymi Turcy, Żydzi i Francuzi. Rumuni idą do nieba.

Dwie najważniejsze ikony w cerkwi w Desești.

rum_desesti_bazylika-drewniana_002.jpg

Cerkiew w Desești.

rum_desesti_bazylika-drewniana_004.jpgrum_desesti_bazylika-drewniana_001.jpg
rum_desesti_bazylika-drewniana_006.jpg

Przez pomyłkę, zwiedzeni przez znaki drogowe trafiamy także do całkowicie współczesnego żeńskiego monastyru w miejscowości Bârsana. Jego architektura ma nawiązywać do tradycyjnego drewnianego budownictwa Maramureszu. We wsi znajduje się także zabytkowa cerkiew, ale znaki prowadzą nas do współczesnego religijnego kombinatu. Monastyr jest wprawdzie pięknie zadbany i tonie w kwiatach ale jego wygląd jest dość niepokojący. Sielski charakter drewnianych świątyń został tutaj nieco zatracony a szpiczaste nienaturalnie wysokie wieże przywodzą na myśl legendy o wampirach. Jednakowoż warto tam zaglądnąć żeby zobaczyć jak próbuje się współcześnie wykorzystywać dziedzictwo tego regionu. Znajduje się tu także sporych rozmiarów sklep z lokalnym rękodziełem, niestety w dość zawyżonych cenach. Można obejrzeć całą galerię wspaniałego malarstwa na szkle, które tworzą lokalni artyści.

rum_barsana_klasztor_003.jpg

Współczesny monastyr i cerkiew w Bârsanie.

rum_barsana_klasztor_001.jpgrum_barsana_klasztor_004.jpg
rum_barsana_klasztor_002.jpg

W dolinie Izy najlepiej zamieszkać na kwaterze u jakichś gospodarzy, korzystając od czasu do czasu z wytwarzanego przez nich na miejscu jedzenia, można też zaopatrzyć się w wyśmienitą palinkę, której w każdym domu produkuje się niemal hektolitry. Mieszkaliśmy w ogromnym wieloosobowym gospodarstwie na które składało się kilka domów rodziców i dzieci, których część był także pensjonatem dla gości otoczonych jednym płotem. Trudno było zorientować się kto jest kim bo osób zamieszkujących je było bardzo wiele i rodzina wyglądała jak jakiś klanowy monolit. Nie wiem czy tutaj wszyscy tak żyją, ale domy buduje się duże by zmieściło się w nich wiele pokoleń. Takie wieloosobowe gospodarstwo jest niemal całkowicie samowystarczalne, jedynymi łączącymi ją ze światem sprawami są prąd, benzyna, telefon, telewizja i czasami jakieś ubrania. Cała reszta powstaje w wyniku ich własnej pracy. Niesamowitym doświadczeniem jest oglądanie w jaki sposób to wszystko działa i jak codziennie na bieżąco mieszkańcy domostwa wypełniają swoje obowiązki jak trybiki w maszynie. Tak kiedyś funkcjonowało się wszędzie żeby łatwiej było przetrwać, teraz wystarczy pójść do supermarketu i zaraz potem na spokojnie zająć się leniwym konsumowaniem zakupionych dóbr i tylko mieszkańcy Maramureszu sprawiają że porządek świata jeszcze gdzieniegdzie jest na swoim miejscu i żeby go zobaczyć nie trzeba nawet jechać do Azji. Niemniej jednak tego świata została już tylko dość niewielka enklawa i mimo ogromnej dumy mieszkańców z tego kim obecnie są, przypuszczam że z powodu europeizacji oraz chęci coraz wygodniejszego życia może okazać się że za jakieś dwadzieścia lub trzydzieści lat zrobi się tutaj tak jak w reszcie kontynentu, bo mimo ogromnego bogactwa folkloru niektóre zwyczaje tak jak wszędzie zaczynają zanikać.

 

Góry Rodniańskie 2014

Zwane też Alpami Rodniańskimi są pasmem Karpat Wschodnich (po rumuńsku Carpatii Orientali – piękna nazwa, nieprawdaż?), które rozciągają się także na terytorium Ukrainy. Odwiedziliśmy je dość pobieżnie robiąc kilka jednodniowych wycieczek z Borşy. Nazwa tych gór podoba mi się chyba znacznie bardziej niż wrażenia po kontakcie z rumuńskim wydaniem górskiej turystyki, ale po kolei. Kiedy oglądaliśmy zakupioną ambitnie mapę Gór Rodniańskich i podawane na niej czasy przejścia do różnych miejsc, wydawało się że będziemy mieli tam co robić przez dobrych kilka dni i czasu starczy na kilka górskich wycieczek. Okazało się że czasy podane na mapie mocno rozmijały się z rzeczywistością i wycieczka teoretycznie całodniowa okazywała się być możliwa do pokonania w pół dnia, więc w jeden dzień mogliśmy przejść więcej niż planowaliśmy i szybko wyczerpały nam się pomysły. Czasy przejść są chyba odpowiednie dla ludzi obładowanych wieloma kilogramami sprzętu i jedzenia. Poruszając się bez takich obciążeń, trzeba chyba dzielić je przez połowę i to idąc niezbyt szybko i robiąc milion zdjęć po drodze. Odległości są na prawdę niewielkie. Być może spodobało by mi się tam bardziej, gdybym wybrała się pieszo na kilkudniową wycieczkę z plecakiem i namiotem, żeby na trochę wydostać się z cywilizacji, ale jako że mieliśmy mało czasu i po górach w Europie zazwyczaj chodzimy w systemie „jednodniowym”, tym razem także zdecydowaliśmy się na taki wariant.

rum_alpy-rodnianskie_okolice-borsa_001.jpg

To jeszcze niskie partie gór w okolicach Borşy, gdzie zaczyna się szlak na Pietrosul, który najpierw błądzi gdzieś po wiejskich drogach gdyż jest bezsensownie oznaczony i kilka razy trafiamy na różne pastwiska.

rum_alpy-rodnianskie_smieci_001.jpg

A tuż po skończeniu się szutrowej drogi do stacji meteorologicznej (leżącej na wysokości ponad 1700 m.n.p.m) napotkać można pierwsze wysokogórskie śmietnisko.

rum_alpy-rodnianskie_pietrosul_001.jpg

A jak już wydrapiemy się na Pietrosula, możemy podziwiać piękne druty zbrojeniowe resztek obserwatorium meteorologicznego.

Ostatnio w rumuńskich górach byłam w roku 2006 i widać że w podejściu lokalnych ludzi coś się zmienia na lepsze, ale nadal nie jest idealnie. Idąc popularnym szlakiem z Borşy na szczyt Pietrosul zaraz po skończeniu się szutrowej drogi i minięciu stacji meteorologicznej natykamy się na górę śmieci, które na dodatek regularnie są eliminowane poprzez ich palenie. Oczywiście dzieje się tak również z plastikowymi butelkami, których nadpalone resztki walają się dookoła, tak więc ekologia w parku narodowym ma się wprost „świetnie”. Po drugie: szczyty gór mają dość płaską budowę przypominającą bieszczadzkie połoniny łagodne i zarośnięte trawą. To powoduje że z przełęczy Prislop mnóstwo „mądrych inaczej” kierowców wjeżdża terenówkami na teren parku narodowego i ruch u góry jest prawie jak na autostradzie. Ciekawe czy dzieje się tak dlatego, że nikt tego nie pilnuje, czy też uiszczają jakąś nielegalną opłatę na boku na przykład strażnikom parku. Wielu z nich, a jakże, umila sobie przejazd puszczając głośno dudniącą muzykę. To taki miejscowy punkt honoru, rozbijać się nową terenówką po szlakach pieszych. Z drugiej strony widać coraz więcej lokalnych ludzi chodzących po górach. W 2006 roku Rumunów na szlaku można było policzyć na palcach jednej ręki, a jedynymi spotkanymi ludźmi byli obcokrajowcy nie licząc oczywiście pasterzy. Wprawdzie chodzą będąc jeszcze nieodpowiednio wyposażeni na wypadek na przykład pogorszenia się pogody, ale widać że wypoczynek w górach to już nie tylko grill, kiełbaski, muzyka oraz góra śmieci, ale też chodzenie po nich. Popularność szlaków na których byliśmy powodowała że można było pooglądać także ludzi w klapkach, szpilkach albo złotych balerinkach, jednak większość ludzi dzielnie wspinała się w trampkach i adidasach. Nie wiem tylko co by się z nimi stało gdyby nagle zaczęło padać, ale pogodę mieliśmy rewelacyjną. Wśród Rumunów widać już olbrzymie zainteresowanie górami. Bardziej świadomi (i bardziej bogaci) przedstawiciele społeczeństwa posiadają już w miarę bezpieczne górskie wyposażenie. Co do reszty to trochę rozbolały nas oczy, ale świadomość sensownego korzystania z górskich atrakcji pewnie nie za długo się w nich wykształci. Trochę z tego tłumu i terenówek byliśmy niezadowoleni, dlatego nie wiem czy jednodniowe wycieczki to tutaj dobry pomysł.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_005.jpg

W parku narodowym ruch jak widać bywa ogromny.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_006.jpg

U góry rozciąga się łagodny płaskowyż przypominający trochę bieszczadzkie połoniny.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_007.jpg

rum_alpy-rodnianskie_barany_001.jpg

Moje ulubione zwierzęta też tam były.

Najsensowniejszą metodą na wybranie się w te góry jest przejście ich z własnym namiotem, ponieważ ilość ludzi w bardziej dostępnych miejscach jest mocno zniechęcająca. A może niepotrzebnie narzekam, gdyż w ogóle starannie unikam polskich gór we wszelkie długie weekendy, a w polskich Tatrach nie byłam już kilkanaście lat i na razie się nie wybieram, więc jestem nieprzyzwyczajona? Może jak na standardy polskie ludzi i tak zbyt wiele nie ma. Rumuni uczą się dopiero w sposób w miarę umiarkowany korzystać z górskich atrakcji i jeszcze nie wszystkim do końca to wychodzi. Na razie jest dużo śmieci i samochodów. Pójście na mniej uczęszczane szlaki z pewnością umożliwiłoby nam spokojne delektowanie się widokami. Koniecznie trzeba też wziąć ze sobą solidny kij, bo na psy pasterskie narzekali chyba wszyscy ludzie z którymi rozmawialiśmy. Owiec jest w tych górach bardzo dużo. Spotkaliśmy kilka stad, ale z racji olbrzymiej popularności miejsc w których byliśmy, psy były przyzwyczajone do ludzi i nie chciało im się reagować.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_004.jpg

Stacja meteorologiczna w pobliżu Borşy widziana z góry.

rum_alpy-rodnianskie_borsa_001.jpg

Borşa z góry w okolicach Pietrosula.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_002.jpg

Widoki w okolicach Pietrosula.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_001.jpg

Widoki w okolicach Pietrosula.

rum_przelecz-prislop_004.jpg

A to drewniana mikroskopijnej wielkości cerkiew obok monastyru na przełęczy Prislop. Ten monastyr to bardzo sympatyczne miejsce.

rum_przelecz-prislop_003.jpg

Niestety okazała się niewystarczająca i trzeba było wybudować nową, dużą i betonową. Zastanawiam się tylko jak straszliwie będzie w niej zimno w zimie.

rum_przelecz-prislop_002.jpg

Prislop przyozdobiona kolumna świątyni.

rum_przelecz-prislop_001.jpg

Krzyż na przełęczy Proslop.

Monastyr Putna 2014

Jeśli chcecie na chwilę zanurzyć się w kompletnie innym świecie, pojedźcie do Monastyru Putna (ze strony internetowej klasztoru można pobierać ich prawosławną muzykę!). Pojechałam tam jak zwykle niemal w pełni przypadkowo, powodowana zamiarem przenocowania jednej, a może nawet kilku nocy w prawosławnym klasztorze, oraz pochodzeniu po okolicznych pagórkach. Putna leży na samym północno-wschodnim krańcu Rumunii tuż pod granicą z Ukrainą, dojazd do niej jest taki sobie, a jak już tam pojedziemy, to jest stamtąd wszędzie nie po drodze. Wizualnie sam klasztor wygląda raczej przeciętnie (między innymi z powodu burzliwych dziejów tego miejsca). Nie jest też szczególnie imponujący pod względem architektonicznym. Nieco lepiej prezentuje się z okolicznych wzgórz. Więc jeśli pojedziemy tam w środku tygodnia na dwie godziny, wyda nam się on zapewne strasznie nudnym i nie wartym przejechanych kilometrów miejscem. Na szczęście udało mi się odwiedzić go w taki sposób, że było to bardzo ciekawe doświadczenie.

rum_putna_klasztor_001.jpg

> Monastyr Putna.

rum_putna_cerkiew-zasniecia-bogurodzicy_001

Budowa całego kompleksu klasztornego rozpoczęła się w roku 1466. W 1469 ukończono cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy, a w 1481 fortyfikacje klasztoru. Monastyr wiele razy w swoich dziejach był palony i rabowany. Mimo tego niemal od samego początku swojej działalności był centrum życia artystycznego, naukowego i duchowego. Znajduje się tutaj grób najsłynniejszego mołdawskiego władcy i prawosławnego świętego Stefana Wielkiego, (który po rumuńsku nazywa się Stefan cel Mare), za którego panowania Mołdawia przechodziła najświetniejszy okres w historii rozciągając się na największym obszarze i skutecznie stawiając opór Turkom. Putna była pierwszym ufundowanym przez niego klasztorem z 44 lub 27 (według różnych źródeł) które wybudował, tu też został pochowany. Tradycyjnie uważa się, że wybudował tyle klasztorów ile stoczył bitew. Po drugie, monastyr znajdując się bardzo mocno na na uboczu uniknął kasacji pod rządami austriackimi. Działał również w czasach komunistycznych (ze względu na bycie miejscem pochówku największego symbolu rumuńskiego państwa) i jest obecnie centrum rumuńskiego prawosławia. To olbrzymia instytucja, przez którą przewija się tłum wiernych. Niemniej jednak znajduje się na tak głębokiej prowincji, że nie ma bardzo komercyjnego charakteru. Putna to także olbrzymie gospodarstwo, posiadające własne zwierzęta, uprawiające spory kawałek ziemi, produkujące sobie wszystko własnym sumptem. W klasztornym sklepie można oprócz ikon pisanych przez mnichów, zakupić na przykład miód czy różne ziołowe produkty.

rum_putna_owce_001.jpg

Klasztorne owce. Dwie osobne plamki czarna i biała, to zakonnik i pies pilnujący owiec.

rum_putna_gory_001.jpg

Widok na okoliczne wzgórza. Klasztor leży na głębokiej prowincji.

Warto znaleźć się tam w czasie gdy jest tam sporo lokalnych ludzi. Idealnym terminem jest więc jakieś święto, albo chociaż weekend. Trafiamy tam w sobotę i usiłujemy się zakwaterować. Niby są drewniane domki dla gości, oraz coś w rodzaju domu pielgrzyma obok nich, ale nie ma kompletnie nikogo kto cokolwiek by na ten temat wiedział. Wychodzimy i wracamy kręcimy się w kółko, nikt nie zwraca na nas uwagi. Widocznie dla lokalnych ludzi wszystko jest jasne, a my nie wiemy do kogo mamy iść. Po około godzinie chcę już zrezygnowana udać się do jakiejś pobliskiej agroturystyki, w końcu udaje mi się znaleźć tam jakiś ludzi będących pracownikami tego kompleksu, którzy chcą z nami rozmawiać. Najpierw musimy zapytać jakiegoś starszego zakonnika o zgodę, i najważniejszą dla niego kwestią jest to, czy jesteśmy małżeństwem, po czym różni ludzie biegli w obcych językach, aż dwukrotnie sprawdzają w naszych dokumentach czy mówimy prawdę. Takie pytania pojawiły się raz, może dwa razy w życiu na jakiejś kompletnej tureckiej prowincji, były jednak bardziej pro-forma i wystarczyło nasze ustne zapewnienie, nikt jednak tego nie sprawdzał. Zresztą podejrzewam, że nawet jakby okazało się że nim nie jesteśmy i tak nie odmówiono by nam noclegu. Tutaj sytuacja jest inna, co sprawia, że zaczynam być lekko na nie, ale mimo to kwaterujemy się w monastyrze Putna w ekstremalnie tanim drewnianym domku, za który płacimy równowartość 10 zł za osobę. Jest bardzo mały, ale nie narzekamy brak towarzystwa, wisi w nim bowiem kilka świętych obrazków i obrazów – reprodukcji ikon. Korzystać z toalet i kuchni możemy w domu pielgrzyma – przy wejściu wisi gigantyczna złota ikona, przed którą pali się ogień i wszyscy przechodzący ją całują i nisko się kłaniają. Jeszcze dziwniej czuję się widząc wszystkie kobiety przewijające się przez noclegownię, otóż w zasadzie to nie wiedzieć czemu noszą one ubiór wyglądający jak hidżab – wszystkie co do jednej noszą długie do kostek spódnice, długie rękawy i chustki na głowach (na szczęście było dość zimno i deszczowo, więc nie wyróżniałam się za bardzo strojem). Kawałek dalej po wsi chodzą standardowo ubrane lokalne kobiety, z utlenionymi na blond ciemnymi włosami, ubrane w krótkie spódnice oraz bardzo wysokie obcasy. Po południu okazuje się, że na całym domu pielgrzyma z zewnątrz zamontowane są głośniki, które (na szczęście dźwięk jest względnie cichy i przyzwoitej jakości) transmitują trwające dobre cztery godziny nabożeństwo w klasztorze. Całkiem przyjemnie się tego słuchało, tylko nie wiem czy z równym entuzjazmem słuchałabym tego samego codziennie. Na drugi dzień mamy więc pobudkę o czwartej albo piątej rano, bo nasz domek znajduje się tuż pod jednym z głośników. Nikt się specjalnie nami nie interesuje, jedynie czasem ktoś nas zapyta na ile przyjechaliśmy i dziwi się że na zaledwie dwie noce. Zresztą nie wiem czy wielu ludzi z zagranicy w ogóle tam się zatrzymuje, bo samo zakwaterowanie się nie jest szczególnie łatwe i przyjazne. Lokalni ludzie zostają tutaj znacznie dłużej. Sporo jest młodych, którzy pracują w kompleksie jako wolontariusze, albo zajmują się sprawami duchowymi. My chcemy to tylko trochę poobserwować.

rum_putna_cerkiew-ikonostas_001.jpg

Fragment przepięknie zdobionego ikonostasu.

rum_putna_grob-stefana-wielkiego_001.jpg

Grób Stefana cel Mare, cel wszystkich pielgrzymek.

rum_putna_cerkiew-ikonostas_002.jpgrum_putna_cerkiew_002.jpg
rum_putna_cerkiew_001.jpg

Na drugi dzień – w niedzielę rano okazuje się że w naszej noclegowni nie da się zjeść żadnego śniadania bo jak tłumaczą nam Rumuni, przed świętą liturgią się nie je. Wychodzę więc na wieś w poszukiwaniu jedzenia, tam jednak jest podobnie i wszystko jest zamknięte. Z braku lepszego zajęcia, (i braku porannej kawy) idziemy więc w stronę klasztoru, gdyż już jakiś czas trwa tam niedzielne nabożeństwo, na miejscu jest już spory tłum ludzi. Sporo z nich rozmawia z tutejszymi zakonnikami, którzy wyglądają jakby zostali żywcem przeniesieni z XIX wieku, mają niesamowicie fascynujące twarze i ubrania, oraz bardzo długie brody. Gdyby zrobić im zdjęcia przy pomocy jakiejś archaicznej metody fotograficznej, odbiorcy z całą pewnością uznaliby, że są to zdjęcia osób z początku XX albo z XIX wieku. Część z nich ma zupełnie nie spotykane nigdzie indziej rysy twarzy, albo po prostu takie wrażenie potęguje dodatkowo ich ubiór. Spędzamy tam przedpołudnie odwiedzając przyklasztorne muzeum, przyglądając się ludziom i zamieniając z niektórymi kilka słów, albo wymieniając uśmiechy. Większość tych stojących na zewnątrz jakoś strasznie nie przejmuje się wydarzeniami i luźno sobie rozmawiają, natomiast ci przebywający w środku świątyni, w której znajduje się grób świętego Stefana, bardzo przeżywają całą ceremonię. Niektóre kobiety na przykład płaczą i skulone leżą na podłodze. Obok nich trwa nieustanna sesja fotograficzna – pod grobem Stefana kolejka ludzi nieprzerwanie robi sobie zdjęcia i autoportrety. Niedzielna liturgia trwa na oko dobre pięć godzin, pod koniec pojawia się coraz więcej ludzi. Okazuje się, że po trwającym tyle czasu nabożeństwie wszyscy biorący w nim udział jedzą wspólnie obiad i każdy niezależnie od tego czy jest z zewnątrz czy jest mieszkańcem wioski jest na niego zaproszony. Spory kawałek otoczonego murem klasztoru to dużych rozmiarów zadaszona jadłodajnia. Jak już udaje nam się ustalić gdzie należy do niej pójść, od razu zostajemy posadzeni i zaproszeni do jedzenia. Obiad jest bardzo pyszny a zakonnicy dokładają go więcej i więcej. Własnoręcznie roznoszą jedzenie i obsługują wiernych, a na końcu sprzątają ze stołów. Ten fakt robi na mnie pewne wrażenie, przypuszczam że w wielu innych miejscach tego typu, zamiast zakonników robiłyby to jakieś „panie do sprzątania”, tutaj to oni własnoręcznie służą swoim gościom. Jemy jakąś tradycyjną ciorbę, a potem przepyszne sarmale z do których podana jest robiona na miejscu bryndza, gdyż klasztor posiada między innymi własne owce w dużej liczbie, a na deser prawdziwy cozonac. Ta gościnność i podejście do sprawy, częściowo rekompensują mi  wcześniejsze nieco dziwne odczucia. Niemniej jednak na następny dzień planujemy już stąd wyjechać, bo nie mamy tam nic więcej do roboty, oprócz przyglądania się klasztornemu życiu i przebywania z ludźmi bardzo intensywnie zajmującymi się sprawami duchowymi. Muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie.