Archiwum kategorii: Rumunia

Góry Rodniańskie 2014

Zwane też Alpami Rodniańskimi są pasmem Karpat Wschodnich (po rumuńsku Carpatii Orientali – piękna nazwa, nieprawdaż?), które rozciągają się także na terytorium Ukrainy. Odwiedziliśmy je dość pobieżnie robiąc kilka jednodniowych wycieczek z Borşy. Nazwa tych gór podoba mi się chyba znacznie bardziej niż wrażenia po kontakcie z rumuńskim wydaniem górskiej turystyki, ale po kolei. Kiedy oglądaliśmy zakupioną ambitnie mapę Gór Rodniańskich i podawane na niej czasy przejścia do różnych miejsc, wydawało się że będziemy mieli tam co robić przez dobrych kilka dni i czasu starczy na kilka górskich wycieczek. Okazało się że czasy podane na mapie mocno rozmijały się z rzeczywistością i wycieczka teoretycznie całodniowa okazywała się być możliwa do pokonania w pół dnia, więc w jeden dzień mogliśmy przejść więcej niż planowaliśmy i szybko wyczerpały nam się pomysły. Czasy przejść są chyba odpowiednie dla ludzi obładowanych wieloma kilogramami sprzętu i jedzenia. Poruszając się bez takich obciążeń, trzeba chyba dzielić je przez połowę i to idąc niezbyt szybko i robiąc milion zdjęć po drodze. Odległości są na prawdę niewielkie. Być może spodobało by mi się tam bardziej, gdybym wybrała się pieszo na kilkudniową wycieczkę z plecakiem i namiotem, żeby na trochę wydostać się z cywilizacji, ale jako że mieliśmy mało czasu i po górach w Europie zazwyczaj chodzimy w systemie „jednodniowym”, tym razem także zdecydowaliśmy się na taki wariant.

rum_alpy-rodnianskie_okolice-borsa_001.jpg

To jeszcze niskie partie gór w okolicach Borşy, gdzie zaczyna się szlak na Pietrosul, który najpierw błądzi gdzieś po wiejskich drogach gdyż jest bezsensownie oznaczony i kilka razy trafiamy na różne pastwiska.

rum_alpy-rodnianskie_smieci_001.jpg

A tuż po skończeniu się szutrowej drogi do stacji meteorologicznej (leżącej na wysokości ponad 1700 m.n.p.m) napotkać można pierwsze wysokogórskie śmietnisko.

rum_alpy-rodnianskie_pietrosul_001.jpg

A jak już wydrapiemy się na Pietrosula, możemy podziwiać piękne druty zbrojeniowe resztek obserwatorium meteorologicznego.

Ostatnio w rumuńskich górach byłam w roku 2006 i widać że w podejściu lokalnych ludzi coś się zmienia na lepsze, ale nadal nie jest idealnie. Idąc popularnym szlakiem z Borşy na szczyt Pietrosul zaraz po skończeniu się szutrowej drogi i minięciu stacji meteorologicznej natykamy się na górę śmieci, które na dodatek regularnie są eliminowane poprzez ich palenie. Oczywiście dzieje się tak również z plastikowymi butelkami, których nadpalone resztki walają się dookoła, tak więc ekologia w parku narodowym ma się wprost „świetnie”. Po drugie: szczyty gór mają dość płaską budowę przypominającą bieszczadzkie połoniny łagodne i zarośnięte trawą. To powoduje że z przełęczy Prislop mnóstwo „mądrych inaczej” kierowców wjeżdża terenówkami na teren parku narodowego i ruch u góry jest prawie jak na autostradzie. Ciekawe czy dzieje się tak dlatego, że nikt tego nie pilnuje, czy też uiszczają jakąś nielegalną opłatę na boku na przykład strażnikom parku. Wielu z nich, a jakże, umila sobie przejazd puszczając głośno dudniącą muzykę. To taki miejscowy punkt honoru, rozbijać się nową terenówką po szlakach pieszych. Z drugiej strony widać coraz więcej lokalnych ludzi chodzących po górach. W 2006 roku Rumunów na szlaku można było policzyć na palcach jednej ręki, a jedynymi spotkanymi ludźmi byli obcokrajowcy nie licząc oczywiście pasterzy. Wprawdzie chodzą będąc jeszcze nieodpowiednio wyposażeni na wypadek na przykład pogorszenia się pogody, ale widać że wypoczynek w górach to już nie tylko grill, kiełbaski, muzyka oraz góra śmieci, ale też chodzenie po nich. Popularność szlaków na których byliśmy powodowała że można było pooglądać także ludzi w klapkach, szpilkach albo złotych balerinkach, jednak większość ludzi dzielnie wspinała się w trampkach i adidasach. Nie wiem tylko co by się z nimi stało gdyby nagle zaczęło padać, ale pogodę mieliśmy rewelacyjną. Wśród Rumunów widać już olbrzymie zainteresowanie górami. Bardziej świadomi (i bardziej bogaci) przedstawiciele społeczeństwa posiadają już w miarę bezpieczne górskie wyposażenie. Co do reszty to trochę rozbolały nas oczy, ale świadomość sensownego korzystania z górskich atrakcji pewnie nie za długo się w nich wykształci. Trochę z tego tłumu i terenówek byliśmy niezadowoleni, dlatego nie wiem czy jednodniowe wycieczki to tutaj dobry pomysł.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_005.jpg

W parku narodowym ruch jak widać bywa ogromny.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_006.jpg

U góry rozciąga się łagodny płaskowyż przypominający trochę bieszczadzkie połoniny.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_007.jpg

rum_alpy-rodnianskie_barany_001.jpg

Moje ulubione zwierzęta też tam były.

Najsensowniejszą metodą na wybranie się w te góry jest przejście ich z własnym namiotem, ponieważ ilość ludzi w bardziej dostępnych miejscach jest mocno zniechęcająca. A może niepotrzebnie narzekam, gdyż w ogóle starannie unikam polskich gór we wszelkie długie weekendy, a w polskich Tatrach nie byłam już kilkanaście lat i na razie się nie wybieram, więc jestem nieprzyzwyczajona? Może jak na standardy polskie ludzi i tak zbyt wiele nie ma. Rumuni uczą się dopiero w sposób w miarę umiarkowany korzystać z górskich atrakcji i jeszcze nie wszystkim do końca to wychodzi. Na razie jest dużo śmieci i samochodów. Pójście na mniej uczęszczane szlaki z pewnością umożliwiłoby nam spokojne delektowanie się widokami. Koniecznie trzeba też wziąć ze sobą solidny kij, bo na psy pasterskie narzekali chyba wszyscy ludzie z którymi rozmawialiśmy. Owiec jest w tych górach bardzo dużo. Spotkaliśmy kilka stad, ale z racji olbrzymiej popularności miejsc w których byliśmy, psy były przyzwyczajone do ludzi i nie chciało im się reagować.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_004.jpg

Stacja meteorologiczna w pobliżu Borşy widziana z góry.

rum_alpy-rodnianskie_borsa_001.jpg

Borşa z góry w okolicach Pietrosula.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_002.jpg

Widoki w okolicach Pietrosula.

rum_alpy-rodnianskie_krajobraz_001.jpg

Widoki w okolicach Pietrosula.

rum_przelecz-prislop_004.jpg

A to drewniana mikroskopijnej wielkości cerkiew obok monastyru na przełęczy Prislop. Ten monastyr to bardzo sympatyczne miejsce.

rum_przelecz-prislop_003.jpg

Niestety okazała się niewystarczająca i trzeba było wybudować nową, dużą i betonową. Zastanawiam się tylko jak straszliwie będzie w niej zimno w zimie.

rum_przelecz-prislop_002.jpg

Prislop przyozdobiona kolumna świątyni.

rum_przelecz-prislop_001.jpg

Krzyż na przełęczy Proslop.

Monastyr Putna 2014

Jeśli chcecie na chwilę zanurzyć się w kompletnie innym świecie, pojedźcie do Monastyru Putna (ze strony internetowej klasztoru można pobierać ich prawosławną muzykę!). Pojechałam tam jak zwykle niemal w pełni przypadkowo, powodowana zamiarem przenocowania jednej, a może nawet kilku nocy w prawosławnym klasztorze, oraz pochodzeniu po okolicznych pagórkach. Putna leży na samym północno-wschodnim krańcu Rumunii tuż pod granicą z Ukrainą, dojazd do niej jest taki sobie, a jak już tam pojedziemy, to jest stamtąd wszędzie nie po drodze. Wizualnie sam klasztor wygląda raczej przeciętnie (między innymi z powodu burzliwych dziejów tego miejsca). Nie jest też szczególnie imponujący pod względem architektonicznym. Nieco lepiej prezentuje się z okolicznych wzgórz. Więc jeśli pojedziemy tam w środku tygodnia na dwie godziny, wyda nam się on zapewne strasznie nudnym i nie wartym przejechanych kilometrów miejscem. Na szczęście udało mi się odwiedzić go w taki sposób, że było to bardzo ciekawe doświadczenie.

rum_putna_klasztor_001.jpg

> Monastyr Putna.

rum_putna_cerkiew-zasniecia-bogurodzicy_001

Budowa całego kompleksu klasztornego rozpoczęła się w roku 1466. W 1469 ukończono cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy, a w 1481 fortyfikacje klasztoru. Monastyr wiele razy w swoich dziejach był palony i rabowany. Mimo tego niemal od samego początku swojej działalności był centrum życia artystycznego, naukowego i duchowego. Znajduje się tutaj grób najsłynniejszego mołdawskiego władcy i prawosławnego świętego Stefana Wielkiego, (który po rumuńsku nazywa się Stefan cel Mare), za którego panowania Mołdawia przechodziła najświetniejszy okres w historii rozciągając się na największym obszarze i skutecznie stawiając opór Turkom. Putna była pierwszym ufundowanym przez niego klasztorem z 44 lub 27 (według różnych źródeł) które wybudował, tu też został pochowany. Tradycyjnie uważa się, że wybudował tyle klasztorów ile stoczył bitew. Po drugie, monastyr znajdując się bardzo mocno na na uboczu uniknął kasacji pod rządami austriackimi. Działał również w czasach komunistycznych (ze względu na bycie miejscem pochówku największego symbolu rumuńskiego państwa) i jest obecnie centrum rumuńskiego prawosławia. To olbrzymia instytucja, przez którą przewija się tłum wiernych. Niemniej jednak znajduje się na tak głębokiej prowincji, że nie ma bardzo komercyjnego charakteru. Putna to także olbrzymie gospodarstwo, posiadające własne zwierzęta, uprawiające spory kawałek ziemi, produkujące sobie wszystko własnym sumptem. W klasztornym sklepie można oprócz ikon pisanych przez mnichów, zakupić na przykład miód czy różne ziołowe produkty.

rum_putna_owce_001.jpg

Klasztorne owce. Dwie osobne plamki czarna i biała, to zakonnik i pies pilnujący owiec.

rum_putna_gory_001.jpg

Widok na okoliczne wzgórza. Klasztor leży na głębokiej prowincji.

Warto znaleźć się tam w czasie gdy jest tam sporo lokalnych ludzi. Idealnym terminem jest więc jakieś święto, albo chociaż weekend. Trafiamy tam w sobotę i usiłujemy się zakwaterować. Niby są drewniane domki dla gości, oraz coś w rodzaju domu pielgrzyma obok nich, ale nie ma kompletnie nikogo kto cokolwiek by na ten temat wiedział. Wychodzimy i wracamy kręcimy się w kółko, nikt nie zwraca na nas uwagi. Widocznie dla lokalnych ludzi wszystko jest jasne, a my nie wiemy do kogo mamy iść. Po około godzinie chcę już zrezygnowana udać się do jakiejś pobliskiej agroturystyki, w końcu udaje mi się znaleźć tam jakiś ludzi będących pracownikami tego kompleksu, którzy chcą z nami rozmawiać. Najpierw musimy zapytać jakiegoś starszego zakonnika o zgodę, i najważniejszą dla niego kwestią jest to, czy jesteśmy małżeństwem, po czym różni ludzie biegli w obcych językach, aż dwukrotnie sprawdzają w naszych dokumentach czy mówimy prawdę. Takie pytania pojawiły się raz, może dwa razy w życiu na jakiejś kompletnej tureckiej prowincji, były jednak bardziej pro-forma i wystarczyło nasze ustne zapewnienie, nikt jednak tego nie sprawdzał. Zresztą podejrzewam, że nawet jakby okazało się że nim nie jesteśmy i tak nie odmówiono by nam noclegu. Tutaj sytuacja jest inna, co sprawia, że zaczynam być lekko na nie, ale mimo to kwaterujemy się w monastyrze Putna w ekstremalnie tanim drewnianym domku, za który płacimy równowartość 10 zł za osobę. Jest bardzo mały, ale nie narzekamy brak towarzystwa, wisi w nim bowiem kilka świętych obrazków i obrazów – reprodukcji ikon. Korzystać z toalet i kuchni możemy w domu pielgrzyma – przy wejściu wisi gigantyczna złota ikona, przed którą pali się ogień i wszyscy przechodzący ją całują i nisko się kłaniają. Jeszcze dziwniej czuję się widząc wszystkie kobiety przewijające się przez noclegownię, otóż w zasadzie to nie wiedzieć czemu noszą one ubiór wyglądający jak hidżab – wszystkie co do jednej noszą długie do kostek spódnice, długie rękawy i chustki na głowach (na szczęście było dość zimno i deszczowo, więc nie wyróżniałam się za bardzo strojem). Kawałek dalej po wsi chodzą standardowo ubrane lokalne kobiety, z utlenionymi na blond ciemnymi włosami, ubrane w krótkie spódnice oraz bardzo wysokie obcasy. Po południu okazuje się, że na całym domu pielgrzyma z zewnątrz zamontowane są głośniki, które (na szczęście dźwięk jest względnie cichy i przyzwoitej jakości) transmitują trwające dobre cztery godziny nabożeństwo w klasztorze. Całkiem przyjemnie się tego słuchało, tylko nie wiem czy z równym entuzjazmem słuchałabym tego samego codziennie. Na drugi dzień mamy więc pobudkę o czwartej albo piątej rano, bo nasz domek znajduje się tuż pod jednym z głośników. Nikt się specjalnie nami nie interesuje, jedynie czasem ktoś nas zapyta na ile przyjechaliśmy i dziwi się że na zaledwie dwie noce. Zresztą nie wiem czy wielu ludzi z zagranicy w ogóle tam się zatrzymuje, bo samo zakwaterowanie się nie jest szczególnie łatwe i przyjazne. Lokalni ludzie zostają tutaj znacznie dłużej. Sporo jest młodych, którzy pracują w kompleksie jako wolontariusze, albo zajmują się sprawami duchowymi. My chcemy to tylko trochę poobserwować.

rum_putna_cerkiew-ikonostas_001.jpg

Fragment przepięknie zdobionego ikonostasu.

rum_putna_grob-stefana-wielkiego_001.jpg

Grób Stefana cel Mare, cel wszystkich pielgrzymek.

rum_putna_cerkiew-ikonostas_002.jpgrum_putna_cerkiew_002.jpg
rum_putna_cerkiew_001.jpg

Na drugi dzień – w niedzielę rano okazuje się że w naszej noclegowni nie da się zjeść żadnego śniadania bo jak tłumaczą nam Rumuni, przed świętą liturgią się nie je. Wychodzę więc na wieś w poszukiwaniu jedzenia, tam jednak jest podobnie i wszystko jest zamknięte. Z braku lepszego zajęcia, (i braku porannej kawy) idziemy więc w stronę klasztoru, gdyż już jakiś czas trwa tam niedzielne nabożeństwo, na miejscu jest już spory tłum ludzi. Sporo z nich rozmawia z tutejszymi zakonnikami, którzy wyglądają jakby zostali żywcem przeniesieni z XIX wieku, mają niesamowicie fascynujące twarze i ubrania, oraz bardzo długie brody. Gdyby zrobić im zdjęcia przy pomocy jakiejś archaicznej metody fotograficznej, odbiorcy z całą pewnością uznaliby, że są to zdjęcia osób z początku XX albo z XIX wieku. Część z nich ma zupełnie nie spotykane nigdzie indziej rysy twarzy, albo po prostu takie wrażenie potęguje dodatkowo ich ubiór. Spędzamy tam przedpołudnie odwiedzając przyklasztorne muzeum, przyglądając się ludziom i zamieniając z niektórymi kilka słów, albo wymieniając uśmiechy. Większość tych stojących na zewnątrz jakoś strasznie nie przejmuje się wydarzeniami i luźno sobie rozmawiają, natomiast ci przebywający w środku świątyni, w której znajduje się grób świętego Stefana, bardzo przeżywają całą ceremonię. Niektóre kobiety na przykład płaczą i skulone leżą na podłodze. Obok nich trwa nieustanna sesja fotograficzna – pod grobem Stefana kolejka ludzi nieprzerwanie robi sobie zdjęcia i autoportrety. Niedzielna liturgia trwa na oko dobre pięć godzin, pod koniec pojawia się coraz więcej ludzi. Okazuje się, że po trwającym tyle czasu nabożeństwie wszyscy biorący w nim udział jedzą wspólnie obiad i każdy niezależnie od tego czy jest z zewnątrz czy jest mieszkańcem wioski jest na niego zaproszony. Spory kawałek otoczonego murem klasztoru to dużych rozmiarów zadaszona jadłodajnia. Jak już udaje nam się ustalić gdzie należy do niej pójść, od razu zostajemy posadzeni i zaproszeni do jedzenia. Obiad jest bardzo pyszny a zakonnicy dokładają go więcej i więcej. Własnoręcznie roznoszą jedzenie i obsługują wiernych, a na końcu sprzątają ze stołów. Ten fakt robi na mnie pewne wrażenie, przypuszczam że w wielu innych miejscach tego typu, zamiast zakonników robiłyby to jakieś „panie do sprzątania”, tutaj to oni własnoręcznie służą swoim gościom. Jemy jakąś tradycyjną ciorbę, a potem przepyszne sarmale z do których podana jest robiona na miejscu bryndza, gdyż klasztor posiada między innymi własne owce w dużej liczbie, a na deser prawdziwy cozonac. Ta gościnność i podejście do sprawy, częściowo rekompensują mi  wcześniejsze nieco dziwne odczucia. Niemniej jednak na następny dzień planujemy już stąd wyjechać, bo nie mamy tam nic więcej do roboty, oprócz przyglądania się klasztornemu życiu i przebywania z ludźmi bardzo intensywnie zajmującymi się sprawami duchowymi. Muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie.

Malowane monastyry Bukowiny

Powstałej w XIV wieku Mołdawii, nigdy nie udało się być potęgą polityczną przez dłuższy czas. Mołdawscy hospodarowie nie mieli w swoim kraju pewnej i stabilnej pozycji i nigdy nie mogli być pewni jutra. Działo się tak zarówno ze względu na wewnętrzną bojarską opozycję i jak niepewną sytuację kraju na arenie międzynarodowej. Za czasów panowania Stefana Wielkiego, dzięki jego umiejętnej polityce lawirowania między ówczesnymi europejskimi mocarstwami Polską, Węgrami a Imperium Osmańskim, przed Mołdawią pojawiły się chwilowe perspektywy zostania lokalną potęgą. Następcy Stefana szybko jednak zaprzepaścili jego osiągnięcia. W takiej atmosferze na Bukowinie zaczęto budować liczne fortyfikowane monastyry. Na ich wygląd bardzo mocno oddziaływały specyficzne uwarunkowania historyczne tego regionu Europy. W 1487 roku Mołdawia ostatecznie mimo wysiłków Stefana stała się lennem Turcji, która na swoim terytorium nie zezwalała na budowanie kamiennych twierdz. Mogły one być budowane jedynie z drewna, by w razie oporu można było łatwo je zlikwidować. Dlatego zamiast zamków zaczęły tu powstawać warowne monastyry. Hospodarowie mołdawscy przy pomocy mecenatu artystycznego budowali swój wizerunek polityczny, który trwał nie tylko za ich życia. Po ich śmierci nabierał charakteru mitu – czego najlepszym przykładem jest postać Stefana Wielkiego zwanego we współczesnej Rumunii Stefanem cel Mare. W 1992 roku został on nawet kanonizowany i wpisany do panteonu świętych Prawosławnej Cerkwi Rumuńskiej.

rum_monastyr-moldovita_fresk-fundacyjny_001.jpg

Monastyr Mołdawica (Moldovița) – fresk przedstawiający fundację monastyru. Piotr Raresz przekazuje kościół wprost do rąk tronującego Chrystusa. Taką scenę możemy zobaczyć we wszystkich bukowińskich monastyrach. Umieszczenie swojej podobizny na ścianach świątyni było gwarantem miejsca na tronie i praw potomstwa władcy do jej dziedziczenia w niepewnych czasach.

Stefan jako pierwszy zaczął w taki sposób budować swój prestiż i pierwszym monastyrem, który wybudował była Putna. Wypracował także styl stawiania takich świątyń. Stał się on kanonem sztuki mołdawskiej. Śmierć władcy przyniosła kres pomyślności Mołdawii na arenie politycznej, ale jego następcy pomimo jeszcze gorszych warunków sprawowania władzy kontynuowali jego dzieło ze zdwojoną siłą. W tych fundacjach osoba fundatora miała bardzo szerokie kompetencje. Oprócz kościoła i klasztoru władcy budowali także dla siebie część mieszkalną i mieli prawo przebywać w obrębie murów kiedy tylko mieli na to ochotę. W murach monastyru hospodar mógł czuć się w miarę bezpiecznie. Może nie ochroniłyby go one w przypadku regularnej wojny, zapewniały jednak ochronę przed małymi rozproszonymi oddziałami wojska, o jakie na rubieżach Imperium Osmańskiego było nietrudno. Pod koniec życia fundatorzy dość często zostawali mnichami. Monastyry były również miejscem ich ostatniego spoczynku i to w sensie całkowicie dosłownym. Wydzielona część świątyni pomiędzy przedsionkiem a nawą stawała się komorą grobową w której spoczywał hospodar i przyszłe pokolenia jego rodu. Pomimo ambicji Stefana Wielkiego by to Putna stała się nekropolią mołdawskich władców, każdy z nich wolał stworzyć takie miejsce na nowo by lepiej zapisać się na kartach historii i przyćmić poprzedników.  Dzięki temu cały region usiany jest malowanymi cerkwiami, zasadniczo do siebie dość podobnymi ale jeśli przyjrzymy się im bardziej, zobaczymy między nimi wiele istotnych różnic. Dlatego mówi się o nich „malowane monastyry”? O ich unikatowości decyduje że są pokryte freskami zarówno wewnątrz jak i z zewnątrz. Do dzisiaj nie wiadomo jaka dokładnie była technologia wykonywania barwników, na tyle skuteczna, że pomimo surowego klimatu freski na wielu z nich jeszcze do dzisiaj są widoczne. Malowidła z czasów Stefana i jego potomków zdumiewają swoją oryginalnością – to dość często kopie miniatur z Ewangeliarzy powiększone go gigantycznych rozmiarów i inaczej niż w książkach zaaranżowane, albo rozwinięcie wzorców malarskich z innych prawosławnych krajów na przykład Serbii i Grecji. Bardzo często przedstawiają słynnych świętych-wojowników utożsamianych z królem walczącym o niepodległość Mołdawii z Imperium Osmańskim. Im późniejsze fundacje, tym bardziej freski stają się na powrót mocno prymitywne i schematyczne. Dawną subtelność zastępuje ludowa maniera i estetyka głęboko zakorzeniona w rodzimych wzorcach. Podobnie niełatwe losy spotykają mołdawskie państwo, które stopniowo ulega coraz większemu rozkładowi.

rum_monastyr-woroniec_malowidlo_001.jpg

Woroniec (Voroneț) to pierwszy malowany monastyr wzniesiony przez Stefana Wielkiego w 1488 roku. Dużo wcześniej bo w 1481 wybudował Putnę nie pokrytą z zewnątrz malowidłami. Kolorem dominującym w zewnętrznych freskach jest niebieski. Przeszedł on do historii pod nazwą Błękitu Woronieckiego.

rum_monastyr-woroniec_sad-ostateczny_002.jpg

Ogromne wrażenie robi olbrzymi fresk ze sceną Sądu Ostatecznego na ścianie cerkwi.

rum_monastyr-woroniec_sad-ostateczny_001.jpg

Przedstawiciele innych religii i narodowości idą oczywiście do piekła.

rum_monastyr-woroniec_sad-ostateczny_003.jpg

Zastępy świętych.

rum_monastyr-woroniec_wnetrze_001.jpg

Wnętrze cerkwi monastyru w Worońcu.

rum_monastyr-woroniec_swiece_001.jpg

Monastyr Woroniec.

Monastyry stały się symbolem Rumunii i to w sensie dosłownym. Rumuni uważają że kolor ich flagi jest kolorem malowanych monastyrów. Mówi o tym cytat z książki Roberta D. Kaplana „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię”: „Teraz już wiesz dlaczego nasza flaga jest błękitno, żółto, czerwona? – spytał Mihai – Bo to kolory naszych monastyrów: błękit Worońca, czerwień Humoru, żółć Mołdawicy”, zresztą jest to wspominane w wielu książkach i innych materiałach. Wśród zachowanych do dzisiaj malowanych monastyrów można wyróżnić cztery grupy: fundacje Stefana Wielkiego (na przykład świetnie zachowany monastyr w Worońcu), monastyry wybudowane przez jego nieślubnego syna Piotra Raresza (Mołdawica), obiekty fundowane przez dostojników mołdawskich w okresie rządów Raresza (cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy w Humorze ufundowana przez Toadera Bubuioga i jego żonę Anastazję), oraz obiekty wzniesione już po śmierci Raresza (Suczewica). Przedstawienia malarskie charakteryzowała zbieżność ikonograficzna, co musi świadczyć o istniejącej w tamtych czasach lokalnej szkole malarskiej zajmującej się hospodarskimi fundacjami.

rum_monastyr-humor_001.jpg

Monastyr Humor położony w miejscowości Gura Humorului.

rum_monastyr-humor_003.jpg

W tym monastyrze spędziliśmy najwięcej czasu, akurat trafiliśmy na święto.

rum_monastyr-humor_002.jpg

Ogród wokół cerkwi zajmują starannie wypielęgnowane róże w przeróżnych kolorach i idealnie przystrzyżony trawnik.

rum_monastyr-moldovita_wnetrze_002.jpg

A to już monastyr Mołdawica (Modlovița). Normalnie we wnętrzu nie wolno robić zdjęć ale wszyscy je robią i to niestety z fleszem (ja robię bez). Cerkiew w chwili naszej wizyty była odwiedzana przez wycieczkę zakonnic z innego monastyru razem z fotografem który starannie fresk po fresku dokumentował ściany Mołdawicy (zakonnice miały wybrać freski jakimi pokryją ściany swojego zgromadzenia), nie omieszkałam więc przyłączyć się do niego.

rum_monastyr-moldovita_wnetrze_001.jpg

Niektóre wewnętrzne freski we wszystkich cerkwiach są bardzo brutalne przedstawiają śmierć przeróżnych męczenników.

rum_monastyr-moldovita_pomnik-piotra-raresza_001.jpg

A to pomnik Piotra Raresza nieślubnego syna Stefana fundatora Mołdawicy.

rum_monastyr-moldovita_zakonnica_001.jpg

Zakonnica zamiatająca niewidzialne śmieci, w monastyrze było jak w każdym z nich ekstremalnie czysto.

rum_monastyr-moldovita_roza_001.jpg

Kolejny różany ogród.

rum_monastyr-moldovita_brama_001.jpg

Do monastyru wchodzi się przez przepiękną kamienną bramę.

Cerkwi tego typu odwiedziłam w sumie sześć: jedną w 2007 i pięć 2014 roku. Były to Suczawa, Putna, Woroniec, Humor, Mołdawica i Suczewica. W większości są one zamieszkane przez zakonnice, jedynie Putna i Suczawa to klasztory męskie. Każda z nich była warta odwiedzenia i jeśli będę w okolicy w przyszłości, bardzo chętnie pooglądam też inne. Kwestią rzucającą się w oczy od pierwszego wejrzenia jest znaczne zdystansowanie zamieszkujących klasztory zakonnic od odwiedzających te miejsca ludzi. Byłam w licznych prawosławnych monastyrach w Rumunii, Bułgarii czy Serbii, gdzie prawie zawsze udawało się usiąść i z kimś porozmawiać, nigdzie nikomu się specjalnie nie śpieszyło. W serbskich klasztorach panowała wręcz całkowicie luźna atmosfera. Wystarczyło pokręcić się po nich trochę dłużej, zaraz ktoś nas zagadywał rozmawiał dłuższą chwilę, a na pożegnanie niekiedy dostawaliśmy święte obrazki. Zamieszkujący je ludzie byli niesamowicie gościnni i robili wspaniałe wrażenie. Odwiedzający czuli się tam swobodnie. W malowanych monastyrach Rumunii zakonnice rzucały mordercze spojrzenia widząc kogoś przypadkowo depczącego zadbany trawnik, śmiejącego się, lub głośniej mówiącego. Czułam się tam bardziej jak intruz, a znacznie mniej jak gość. Obowiązywała swoista powaga. Miejsca są niemal obsesyjnie zadbane i wypielęgnowane. Miałam wrażenie, że niekiedy zakonnicom przeszkadzają odwiedzający, burzący ten idealny ład i porządek. Może zamieszkując to miejsce od niedawna czuły się niepewnie w swojej roli i musiały sobie to jakoś zrekompensować. Zresztą wszyscy także wierni zachowywali się w swoich rolach dość nieporadnie.  Większość monastyrów została zlikwidowana w czasach komunistycznych i jest ponownie zamieszkała od lat 90. XX wieku. Wyjątkiem jest Putna. Tam atmosfera była zupełnie inna.

rum_monastyr-sucevita_mury-obronne_001

Suczewica (Sucevița) ukończona w 1584 roku stanowi zwieńczenie dzieła, które rozpoczął Stefan Wielki. Budowla ze swoimi potężnymi obwarowaniami i trzykondygnacyjnymi wieżami jest zdecydowanie większa niż pozostałe. Naznaczona jest też pewnego rodzaju manieryzmem którego brak we wcześniejszych realizacjach.

rum_okolice-monastyru-humor_001.jpg

Nieopodal świątyń zaczyna się bukowy las.

rum_monastyr-sucevita_widok-z-gory_002.jpg

Suczewica pięknie prezentuje się z okolicznych wzgórz.

rum_monastyr-sucevita_widok-z-gory_001.jpg

To najlepiej położony z malowanych monastyrów które odwiedziłam. Podobnie położony jest monastyr Putna, który znajduje się niedaleko od Suczewicy.

rum_monastyr-sucevita_malowidlo-na-zewnatrz_002.jpg

We freskach Suczewicy dominującym kolorem jest zieleń. Pochodzą prawdopodobnie z lat 1595-96. Na freskach postaci z hierarchii niebiańskiej.

rum_monastyr-sucevita_malowidlo-na-zewnatrz_001.jpg

Freski zewnętrzne monastyru Suczewica.

Sapanta prawdopodobnie najweselszy cmentarz w Rumunii

Jakoś tak wyszło, że jadąc do Sapanty, trochę nastawiłam się na to, że wesoły cmentarz może być wesoły już tylko z nazwy. Podejrzewałam, że być może trochę zaszkodziła mu sława, bo ilość artykułów i relacji na jego temat dosłownie może przerazić. Internet na punkcie tego miejsca ogarnęło istne szaleństwo. Spodziewałam się więc,  że może trochę przerósł go własny sukces i powoli zamienia się w turystyczny lunapark. Jest opisywany niemal wszędzie i chyba najlepiej obfotografowany ze wszystkich cmentarzy tej części Europy – nie bezpodstawnie – w końcu jest naprawdę unikatowy i nawet wpisano go na listę UNESCO. Okazuje się jednak, że w Sapancie nikt z tego powodu nie zatracił zdrowego rozsądku. Wieś żyje dla siebie samej, a nie tylko z powodu istnienia swojego cmentarza i jeśli by go nie było, dalej funkcjonowałaby jak gdyby nigdy nic. Zresztą niczym specjalnym spośród sąsiednich wsi się nie wyróżnia. No może tylko stertą bezładnie zaparkowanych samochodów, z powodu licznych gości którzy chcą obejrzeć słynne miejsce. Wprawdzie koło głównej bramy stoi kilkanaście kramów, jednak ludzie sprzedają tam głównie własne lub okoliczne wyroby, a nie chińską tandetę. W porównaniu chociażby z Branem ta atrakcja turystyczna jest bardzo naturalna i niewymuszona. Myślałam że w Rumunii tak się nie da, jednak mieszkańcy Maramureszu mocno stąpają po ziemi. Sukces nie pomieszał im w głowach i podchodzą do sławy swojego cmentarza ze spokojem. Tak samo zresztą jak do śmierci. Umieją bardzo terapeutycznie się z nią obchodzić i specjalnie się nią nie przejmują. Każdego z nas ona czeka, bo to jedyna pewna rzecz w życiu.  Dlatego cmentarz w Sapancie zrobił na mnie dość krzepiące wrażenie i muszę stwierdzić, że słowo „wesoły” w nazwie naprawdę mu się należy. Wspaniale ogląda się cmentarz, który wprawdzie należy do zachodniej kultury, ale w podejściu do śmierci jest zupełnym jej zaprzeczeniem. Nie znajdziemy na nim żadnego  tak dobrze znanego cierpiętnictwa i płaczących lub żałobnie wyglądających postaci. Jeśli już pojawiają się jakieś bardziej mroczne obrazki, na przykład kościotrupy, to są one głupkowato wesołe.  Życie po śmierci wygląda jak kolorowy relaks, albo nigdy nie kończące się sanatorium. Może takie wrażenie zostało spotęgowane przez to, że odwiedziliśmy go w pełni lata i oprócz jaskrawo kolorowych nagrobków wszędzie rosło mnóstwo kwiatów i było bardzo zielono. Najśmieszniej wyglądali na nim odwiedzający, którzy przeglądali nagrobek za nagrobkiem i wyglądali jakby szukali jakiegoś przodka, ale nie bardzo wiedzieli gdzie został on pochowany. Leżącym na nim ludziom musi być całkiem fajnie, co chwilę ktoś ich odwiedza i na pewno nie nudzi im się w życiu pozagrobowym.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_008.jpg

Cmentarz gdy go odwiedziliśmy bardziej przypominał łąkę i jeszcze bardziej tryskał optymizmem niż na większości zdjęć.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek-ioan-patras_001.jpg

A to nagrobek pomysłodawcy i założyciela cmentarza.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_004.jpg

Chyba wiem co zaraz przydarzy się temu panu.

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_007.jpg

rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_005.jpgrum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_003.jpgrum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_006.jpgrum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_001.jpg
rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_009.jpg rum_sapanta_wesoly-cmentarz_nagrobek_002

Oprócz cmentarza we wsi znajduje się także odbudowywany od lat 90. XX wieku żeński klasztor Sapanta Peri.  Powstaje niedaleko miejsca w którym od XIV wieku pierwotnie się znajdował (obecnie jest to terytorium Ukrainy). Zniszczono go w wieku XVIII.   Drewniany kościół, którego wieża miała być najwyższą drewnianą wieżą kościelną na świecie, została w międzyczasie zdetronizowana przez inne rumuńskie kościoły. Najwyższa drewniana wieża to taka lokalna ambicja. W całym kraju panuje obecnie ogromny boom na stawianie kościołów i klasztorów. Myślę że to odreagowanie po okresie komunizmu. Ludzie dopiero niedawno zaczęli mieć na tyle środków do życia że mogą pozwolić sobie na stawianie rozlicznych miejsc kultu. Zapewne za kilkadziesiąt lat ze sporą częścią z nich nie będzie wiadomo co zrobić, gdyż kościoły stawia się niemal jeden na drugim i gdzie popadnie. Najlepiej jeśli przy okazji pobija się jakiś rekord na przykład będzie on największym albo najwyższym kościołem wybudowanym z drewna. Akurat Sapanta Peri nie jest miejscem szczególnie ciekawym i wartym odwiedzenia.  Jeśli ktoś lubi oglądać stworzone współcześnie miejsca kultu, lepiej pojechać do miejscowości Barsana.

rum_sapanta_kosciol-drewniany_001.jpgrum_sapanta_drewniany-krzyz_001.jpg

Sighetu Marmației 2014

W Syhocie Marmaroskim zostajemy kilka dni, między innymi żeby obejrzeć słynne Muzeum Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu oporu Sighet, które mieści się w byłym więzieniu Securitate. Podczas kupowania biletu obsługa muzeum pyta nas o język, (tudzież narodowość). Dostajemy kilkudziesięciostronicową książeczkę po polsku, a drugą na wszelki wypadek bierzemy po angielsku, żeby zobaczyć czy w obu ilość informacji  będzie taka sama (po angielsku jest trochę więcej). Każda więzienna cela to osobna sala ekspozycyjna, której przypisano inny numer, a jest ich kilkadziesiąt. Do każdej sali w książeczce przyporządkowana jest średnio jedna strona formatu A4 wyjaśnień na temat tego co na danej ekspozycji oglądamy. Wystawy są multimedialne i interaktywne, muzeum nieco przypomina nasze Muzeum Powstania Warszawskiego, może nie jest aż tak przeładowane rozmaitymi bodźcami. Bardzo rozbudowana i urozmaicona ekspozycja ilustruje przejawy komunizmu w niemal każdej dziedzinie życia kraju i pozwala w pełni zdać sobie sprawę z tego jak bardzo okaleczone jest dzisiejsze społeczeństwo rumuńskie, w którym w sposób okrutny unicestwiono wszelkie elity, więzi społeczne, odwieczne tradycje. Rewolucja odbyła się w tym kraju w wymiarze totalnym. Może w takiej małej mieścinie jak Sygiet będącej stolicą wiejskiego regionu, nie udało się tego zrobić z taką siłą jak w dużych miastach. Ciekawe ilu będzie trzeba pokoleń, by sytuacja wróciła do normy. Z chęcią wysłałabym do tego muzeum na obowiązkowe zwiedzanie bananową młodzież, która nosi koszulki z Mao i Che Guevarą, bo uważa że to jest modne, a ci panowie są nieszkodliwi i wyglądają cool. A jeszcze bardziej właścicieli sieci odzieżowych które na tego typu trendach po prostu chcą zarobić. Jakoś tak się składało, że w każdym z krajów dotkniętych tym systemem, początkowe szczytne założenia w bardzo okrutny sposób rozminęły się ze sposobem ich realizacji. Mimo tego, że w większości państw przed zapanowaniem ustroju komunistycznego system zazwyczaj także (delikatnie mówiąc) nie należał do idealnych, to jednak po dojściu komunistów do władzy zawsze wychodziła z tego jakaś bardzo przerażająca karykatura tego, czym w pierwotnym założeniu miał być kolejny komunistyczny raj na ziemi. W teorii każdy człowiek miał mieć tyle samo co inni. W praktyce wszyscy mieli mało i żyli w terrorze. Najpierw bezwzględnie wykańczano całą wcześniejszą elitę, w tym także naukowców i artystów. Potem system zaczynał szukać wrogów wśród swoich. Następnie paranoja zaczynała zataczać coraz szersze kręgi i każdy stawał się  podejrzanym a pętla zaciskała się coraz mocniej. Dzięki tak wielowątkowo skonstruowanej wystawie, można zrozumieć poszczególne etapy rozwoju tego szalonego ustroju w każdym z europejskich krajów. Niestety mimo nawet najbardziej szczytnych i idealistycznych założeń, wszystkie komunistyczne raje na ziemi kończyły się zawsze mniej więcej tak samo koszmarnie. Rumunia była jednak europejskim apogeum komunistycznej paranoi, chociaż może tylko tak mi się wydaje, bo nie zapoznałam się z albańską wersją tego ustroju tak dobrze jak z rumuńską i jak kiedyś pojadę do Albanii to być może zmienię zdanie.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_001.jpg

Zaraz przy wejściu na teren ekspozycji mijamy mnóstwo twarzy. To ofiary lokalnego więzienia.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_003.jpg

Sala poświęcona Nicolae Ceaușescu.

Po wyjściu z zabudowanej części ekspozycji można udać się na dziedziniec więzienia i obejrzeć monument poświęcony ofiarom. Może nie wyszedł on Rumunom do końca szczęśliwie, bo mimo ogólnego bardzo dobrego wrażenia jakie zrobiło na mnie muzeum, sam pomnik na dziedzińcu dawnego więzienia trochę to wrażenie psuje. Moja umiarkowanie artystyczna dusza cierpi, gdy musi oglądać takie nieszczęśliwie zrobione pomniki. Nie wiem po co komu taka dosłowność, niestety ja zupełnie tego „nie kupuję”. W moim mieście jest takich pomników pełno. Powstają przy aprobacie ogółu i są uznawane za „patriotyczne”. Są przeraźliwie toporne, dosłowne i za niedługo z pewnością będziemy się ich wstydzić. Na dziedzińcu więzienia w Syhocie Marmaroskim bardzo mocne wrażenie robi inna część tego memoriału. Jest to mur na którym napisano wszystkie nazwiska ofiar ustroju komunistycznego w Rumunii. Nazwiska zapisane są niewielkimi literami, jedno przy drugim, mur jest bardzo wysoki i ciągnie się na kilkadziesiąt metrów. Jedno ludzkie istnienie reprezentuje kilka centymetrów kwadratowych. To pozwala zdać sobie sprawę jaka była skala rażenia tego ustroju i to tylko w jednym kraju, a dotknął on w swoim czasie ponad dwudziestu państw. Wydaje mi się że powinien być to punkt pierwszy każdego wyjazdu do Rumunii, dzięki któremu łatwiej zrozumieć tutaj wiele rzeczy.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_007.jpg

A to pomnik, który moim zdaniem jest trochę zgrzytem w spójnej całości Muzeum i Miejsca Pamięci (ale może się czepiam) dla mnie jest za toporny.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_002.jpg

Więzienie zachowano w niemal niezmienionym stanie.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_004.jpg

Największe wrażenie robi jednak mur z wypisanymi imionami i nazwiskami ofiar komunizmu w Rumunii.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_005.jpg

To pozwala najlepiej zdać sobie sprawę na jaką skalę zakrojone było przedsięwzięcie pozbywania się wszystkich którzy z nowym systemem byli nie po drodze.rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_006 Na koniec ofiarom zapalić można świeczkę. Miejsce pozbawione jest wszelkich symboli i odniesień religijnych.

rum_sighetu-marmatiei_blok-mieszkalny_001.jpg

Po wizycie w Muzeum Komunizmu zaczynamy lepiej rozumieć dlaczego ten blok ma powybijane dziury w ścianach, wystają z niego kominy a przed nim suszy się sterta drewna, a na każdym przyblokowym trawniku ktoś coś uprawia (i na wszelki wypadek grodzi swoją grządkę drutem kolczastym). Z jednej strony wszędzie pełno nowych samochodów i supermarketów, z drugiej strony drewno przed blokiem, grządki i kozy do ogrzewania mieszkań mają się dobrze.

Miasteczko jest lokalnym centrum handlowym i administracyjnym, do którego ludzie przyjeżdżają na zakupy i pozałatwiać różne sprawy. Wśród nich dominują osoby starsze. Wszystkie bez wyjątku kobiety noszą rozkloszowane spódnice w kwiaty i chustki na głowach, a faceci ciemne marynarki i słomkowe kapelusze. Jak już przyjechali do miasta, zrobili zakupy i załatwili co mieli do załatwienia, wszyscy tłumnie siadają w knajpianych ogródkach wzdłuż głównej ulicy, palą papierosy i piją przeróżne napoje. Wszystkie lokale są tak oblężone, że parę miejsc zostało tylko wewnątrz, a na śniadanie trzeba czekać dość długo. U nas byłoby to raczej nie do pomyślenia, gdyż starsze osoby  na pewno w godzinach przedpołudniowych nie siedzą tłumnie knajpach i ogródkach piwnych, także tych najelegantszych, pijąc piwo, colę kawę lub palinkę i dyskutując między sobą zawzięcie. W Sigecie przedpołudnie należy zdecydowanie do nich, a dopiero wieczorem do lokali przychodzi młodsza klientela w postaci tandetnie ubranych kobiet i mężczyzn z żelem na włosach, złotymi łańcuchami i tatuażami. U nas osoby starsze w dalszym ciągu funkcjonują trochę poza społeczeństwem, są dużo mniej widoczne. Ludzie tutaj nie mają na szczęście poczucia, że w „takim wieku” nie wypada im już robić absolutnie niczego, oprócz izolowania się od innych oraz oceniania i komentowania otoczenia. Są na tyle żywotni, że chce im się jeszcze spotykać się, rozmawiać i być ze sobą – więzi społecznie są dużo silniejsze niż u nas. Taką samą funkcję pełnią na wsiach ławki obecne przed niemal każdym domem od strony ulicy. Na nich spotykają się okoliczni sąsiedzi, nieraz w bardzo podeszłym wieku, którzy po prostu ze sobą przebywają. Patrzą na przejeżdżające pojazdy i przechodzących ludzi z każdym zamienią kilka słów. Nikt nie ma poczucia, że tak jak u nas, nie wypada mu tego robić, tylko do końca swoich dni pozostaje w interakcji  z innymi ludźmi.

W Sighetu Marmatiei znajduje się także skansen, w którym wizyta wprawia mnie w głupkowato wesoły nastrój i pozwala w pełni zdać sobie sprawę z tego gdzie my się znajdujemy, i że takich miejsc naprawdę niewiele już zostało w Europie. Otóż mieści się on na wzgórzach, a u dołu jest parking, kasa biletowa i sklep z pamiątkami. Kiedy już dopełnimy biletowych formalności idziemy drogą pod górę żeby zacząć oglądać architekturę ludową. U góry znajduje się pani, która wcale nie sprawdza biletów. Stoi tu po to by pokazywać gdzie trzeba iść, skansen rozlokowany jest bowiem w okolicy czyichś gospodarstw i bez przerwy jacyś ludzie wchodzą na prywatne podwórka. Problem w tym że nie da się rozróżnić gdzie kończy się skansen a zaczyna czyjaś posiadłość. Z daleka wszystko wygląda identycznie. Nie trzeba iść do skansenu żeby zobaczyć ludzi, którzy drewnianymi widłami i grabiami układają siano w klasyczne kopki, jednocześnie rozmawiając przez telefon komórkowy. Mieszkają w domach otoczonych drewnianymi płotami, jakie u nas występowały kilkadziesiąt lat temu. Przed prawie każdym domem znajduje się pięknie rzeźbiona, ręcznie robiona drewniana brama. Domy także wyglądają jak niezmienione od początków XX wieku. Tylko czasami zdradza je jakaś antena satelitarna i elektryczne przewody. Wszyscy hodują mnóstwo zwierząt, uprawiają co tylko się da, są praktycznie samowystarczalni.

rum_sighetu-marmatiei_skansen_001.jpg

Skansen (albo leżące w pobliżu skansenu normalnie użytkowane gospodarstwo).

rum_sighetu-marmatiei_skansen_002.jpgrum_sighetu-marmatiei_skansen_003.jpg
rum_sighetu-marmatiei_skansen_004.jpg

Poza tym znajduje się tu także jedyne piesze przejście ukraińsko-rumuńskie (dawniej miasteczko było królestwem rozmaitych przemytników). Postanawiamy spróbować zrobić sobie małą pieszą wycieczkę na Ukrainę, kupić piwo, suszone ryby i inne wiktuały. Granicę obu państw wyznacza most na rzece Cisa. Po drugiej stronie rzeki leży miasteczko Sołotwyno (Соло́твино) słynące z mocno podupadłej dziś kopalni soli. Razem z nami granicę przekracza  jakaś rumuńska kobieta w mocno podeszłym wieku, ale bardzo żwawa i sympatyczna, która przeprawiała się na drugą stronę celem zakupienia tańszych leków w ukraińskiej aptece. Zaraz potem zawraca i życzy „Drum Bun”. Dobrze że nam towarzyszyła, bo przejście jest tak mikroskopijne, że trochę nie wiadomo co człowiek ze sobą ma zrobić. Wszyscy są mili i nie przetrzymują nas bez potrzeby, tylko komputer wrednie się zawiesza. Jednak w porównaniu z przekraczaniem granicy ukraińsko-rumuńskiej w 2007 roku tym razem nie ma mowy o żadnych próbach zdobycia od nas jakiejkolwiek łapówki, zresztą nam na wizycie jakoś specjalnie nie zależy, więc dalibyśmy sobie spokój nawet nie podejmując dyskusji. Pragniemy też obejrzeć słone jeziorka i stwierdzić czy warto wybrać się tam kolejnego dnia na kąpiel. Po przekroczeniu granicy okazuje się że jeziorka wcale nie są tak blisko i żeby do nich dojść jest już za późno, bo kiedy przekraczaliśmy granicę było już grubo po południu. Potem zbyt wiele czasu zajęły nam problemy z zakupem hrywien (trzeba było kupić w Syhocie Marmaroskim, gdzie kantor stoi na kantorze, ale kto by pomyślał). Ukraińskie miasteczko wygląda fatalnie i nie zazdroszczę jego mieszkańcom. Tu nawet na większości dróg nie ma asfaltu i wszystko pokrywa gruba warstwa pyłu. Bloki wyglądają tak jak na mołdawskiej prowincji, a chyba wszyscy młodzi ludzie stąd powyjeżdżali z braku jakiegokolwiek zajęcia. Takiej przygnębiającej Ukraińskiej prowincji jeszcze nie widziałam, w sumie byłam tam tylko w większych miastach, chociaż miasteczka po drodze z Przemyśla do Lwowa wyglądają o wiele lepiej.

ukr_solotwyno_blok_001.jpg

Sołotwyno.