Archiwum kategorii: Sighetu Marmatiei

Festiwal zimowy w Sighetu Marmației

Spędzenie wolnych dni w okolicach świąt i sylwestra w Rumunii to świetny pomysł. Odbywają się tam wtedy bardzo liczne festiwale i pochody na których można zobaczyć przebogate tradycje związane z przesileniem zimowym i Bożym Narodzeniem. Rumunia jest krajem prawosławnym, ale święta obchodzi według rzymskiego kalendarza liturgicznego.  Aby dojechać na większość festiwali trzeba być tam najlepiej wieczorem 26 grudnia. Większość z nich odbywa się między świętami a 6. stycznia nowego roku. Podczas krótkiego zimowego wyjazdu udało nam się być na dwóch tradycyjnych imprezach: największym festiwalu Marmatia w Sighetu Marmației oraz na małym wiejskim festiwalu w naszej ulubionej wsi Budești. Folklor w Maramureszu to nie martwa już tradycja odtwarzana celem przypomnienia ludziom ich zapomnianych korzeni, tylko obrzędy, w których ludzie czynnie uczestniczą i nimi żyją. W Sighetu Marmatiei na największej tego typu imprezie w Rumunii (Festivalul de Datini și Obiceiuri de Iarnă „Marmația”) ludzi ubranych w ludowe stroje jest zdecydowanie więcej niż ubranych współcześnie i to nie za sprawą tego, że na festiwalu nie ma publiczności – wręcz przeciwnie – w lokalach gastronomicznych nie ma gdzie usiąść, a wszystkie noclegi w hotelach są zajęte, dlatego warto co najmniej parę dni wcześniej sobie coś zarezerwować albo zamieszkać w pobliżu miasta. Folklor jest żywy, ciągle praktykowany i aktualny, a mieszkańcy jakby jedną nogą stojący we współczesności a drugą kilkaset lat temu. W święta takie jak Boże Narodzenie na wsiach Maramureszu i Bukowiny niemal wszyscy zakładają stroje ludowe. Tak samo jest przy ślubach czy innych ważnych uroczystościach. Osoby ubrane w nowoczesne stroje w pochodzie ślubnym idą na końcu i są w zdecydowanej mniejszości.

Wracając jednak do  festiwalu zimowego, to prezentują się na nim zespoły ludowe z małych i dużych miejscowości z całej Rumunii, a zwłaszcza Maramureszu i Bukowiny. Część z nich to kapele ludowe w najróżniejszym wieku. Inni oprócz grania muzyki przedstawiają różne tradycje związane ze świętami, śpiewają kolędy przebrani za kolędników, prezentują krótkie humorystyczne przedstawienia ale co najważniejsze pokazują mnóstwo obrzędów związanych z zimowym przesileniem, śmiercią  i narodzinami słońca i nowego roku, bardzo mocno związane z przedchrześcijańskimi szamańskimi wierzeniami, które w naszym folklorze są szczątkowe i nie uświadamiamy sobie ich pochodzenia. Tutaj to wszystko widać bardzo wyraziście. Tradycje zostały jedynie doprawione szczyptą religii prawosławnej, jednak ich wymowa jest wyraźnie wcześniejsza. Wiele z nich pochodzi ze starożytnej Grecji i Rzymu i znalazły się na tych terenach za sprawą Daków. Człowiek w tym krytycznym momencie roku pomagał słońcu i przyrodzie poprzez wykonywanie określonych rytuałów, by ta mogła odrodzić się ponownie. Dzięki temu zapewniał sobie przychylność pozaziemskich sił w kolejnym roku. Zmieniające się słońce i czas przejścia jednego roku w drugi sprzyjały łączności pomiędzy światami, dlatego w tym okresie tak wiele zwyczajów i rytuałów oczyszczających świat ze złych mocy. Samo słowo „Crăciun” rumuńska nazwa Świąt Bożego Narodzenia, ma bardzo enigmatyczne pochodzenie. Moş Craciun to obecnie synonim Mikołaja albo Gwiazdora, ale w mitologii ludowej to postać powstała z przemieszania wielu elementów pochodzących z różnych tradycji i według niektórych badaczy można ją interpretować także jako najważniejszego boga pogańskiego, twórcę i kreatora świata.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_011.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_023.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_010

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_006.jpg

Festiwal w Sigetu to także możliwość spotkania idealnego kandydata na męża albo żonę. Przez cały czas odbywały się tam swoiste targi matrymonialne i niemal licytacja kto jest bardziej tradycyjny i ludowy. Publiczność festiwalu także nie dawała za wygraną.

Brondoși

To młodzi mężczyźni z kolorowymi maskami na twarzach, ubrani w baranie skóry do których przytroczone są różnego rozmiaru najczęściej krowie dzwony i dzwonki różnych rozmiarów. Niektórzy oprócz dzwonków posiadają także róg do trąbienia. Są oni symbolem szczęścia, sprytu i przebiegłości. Dzwonki mają przeganiać złe duchy i budzić wiosnę. Tradycja ich przemarszu zapoczątkowana została ponoć w marmaroskiej wsi Cavnic, która w 1717 roku obroniła się przed Tatarami. 32 albo 34 młodych mieszkańców wsi udało się pokonać znacznie liczniejszych Tatarów za sprawą fortelu. Założyli na twarz maski przykryli się zwierzęcymi skórami pod którymi przyczepili dzwony. Narobili tyle hałasu że Tatarzy uznali iż atakuje ich horda demonów i uciekli, krzycząc “Brondoși!” co miało oznaczać duchy których nie da się pokonać.  Tradycja chodzenia po wsiach i miasteczkach młodych mężczyzn obwieszonych dzwonami celem przynoszenia szczęścia i pomyślności napotkanym osobom, budzenia wiosny oraz przeganiania złych duchów, w okresie świątecznym w Rumunii jest bardzo powszechna. Dlatego też na festiwalu w Sighetu można było zobaczyć mnóstwo wariantów tego przebrania. Największe wrażenie robili młodzi maksymalnie dwudziestoletni mężczyźni noszący dzwony ważące ponad 100 kilogramów.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_001.jpg

Młodzi chłopcy z przywiązanymi dzwonkami które mają za zadanie przegonić złe duchy, obudzić nowe życie,  zapewnić szczęście i dobrobyt.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_007.jpg

Nawet bardzo małe dzieci przyuczają się do bycia brondosi.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_002.jpg

Ci młodzi chłopcy noszą dzwony ważące ponad sto kilogramów. Pochodzą z miejscowości której nazwy już nie pamiętam, specjalizującej się w największych dzwonach.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_003.jpg

Ten człowiek nosi dzwony o zupełnie innym kształcie i wygląda trochę jakby przyjechał z Tybetu.

Taniec kozła

Wykonywanie tego tańca datuje się na około 1600 rok p.n.e. Pochodzi z Grecji, jest opisany w mitologii. Na tereny Rumunii trafił razem z plemionami Daków. Ich tradycje przemieszały się z lokalnymi zwyczajami. Wykonywano go ku czci Dionizosa. Tancerze i tancerki (bachantki) zakładali na siebie skóry złożonych w ofierze kozłów, sprawiając że martwe zwierzęta ożywały na nowo. Taniec kozła symbolizuje śmierć i odradzanie się życia. Kozioł jest symbolem płodności i wegetacji. Podczas tańca wyśpiewywano pieśni odnoszące się do płodności i odrodzenia przyrody. Głowa rumuńskiego kozła wykonana jest z drewna, może być to także czaszka lub sama szczęka zwierzęcia pokryta skórą lub futrem. Jej dolna część podczas tańca cały czas się porusza i głośno klekocze. Czasem kozioł zastępowany jest także przez jelenia, albo barana. Reszta ciała zwierzęcia ma formę peleryny bogato i bardzo kolorowo zdobionej, pod którą ukrywa się tancerz. Może być na na przykład zrobiona z bajecznie kolorowej  haftowanej kapy, dodatkowo przyozdobiona wstążkami, kolorową włóczką lub ścinkami materiału, które wirują podczas bardzo dynamicznego i witalnego tańca. Taniec kozła to obowiązkowy element występu kolędników.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_018.jpg

Jeden z kozłów.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_017.jpg

Od drugiej strony.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_004.jpg

Fotografia pamiątkowa z brondosi.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_015.jpg

Kolejne kozły okryte pięknymi kolorowymi kapami.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_021.jpg

Zdjęcie grupowe.

Taniec niedźwiedzia

Czyli jocul ursului, co prawda najbardziej widowiskowe tańce niedźwiedzia można zobaczyć nieco bardziej na południu Rumunii na przykład w miejscowości Comanesti nieopodal Bacau, gdzie ludzie w pierwszy dzień nowego roku tańczą w niedźwiedzich skórach, ale tradycja tańca niedźwiedziego znana jest w całej Rumunii i nie wszędzie przebranie za niedźwiedzia oznaczać musi paradowanie w niedźwiedziej skórze. Niedźwiedź symbolizuje siłę i odwagę ale także śmierć i ponowne narodziny. Odradzanie się życia i jego kontinuum. Niedźwiedź każdego roku powraca do świata zewnętrznego na wiosnę. Jest zwierzęciem które do pewnego stopnia panuje nad śmiercią i ją zwycięża. Jego siła i odwaga dodatkowo wzmocniona dzięki noszeniu przez niego wielkich czerwonych pomponów, odgania złe moce. Jest jednym z najsilniejszych zwierząt i obdarzony jest bardzo silną mocą. Taniec niedźwiedzi wykonuje się w pierwszy dzień nowego roku.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_008.jpg

W sumie to nie wiem czy ci chłopcy byli niedźwiedziami czy też kimś innym. Tańce niedźwiedzi można było obejrzeć podczas występów na scenie i kostiumy były podobne ale spodnie też były z owczej skóry. Być może to wersja okrojona.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_013.jpg

Kolędnicy

W Rumunii bardzo mocno widać przeplecione ze sobą różnorakie tradycje a elementy chrześcijańskie to jedynie niewielki dodatek do symboliki ludowej i agrarnej. Tradycja pochodu grupy młodych osób i dzieci pierwszego dnia nowego cyklu solarnego niosących symbol słońca (gwiazdę) które zwyciężyło nad ciemnością w celu złożenia życzeń szczęścia i powodzenia wszystkim jej mieszkańcom również wywodzi się z wcześniejszych czasów. Każdy człowiek odwiedzony przez taką grupę miał szansę na bardziej sprzyjające okoliczności na przykład  lepsze plony i pomyślne przetrwanie kolejnego roku.  W grupie kolędników powinny być same młode osoby, dlatego młodzi przebierali się za starców. Niektórzy noszą także maski. Przebranie ma wyzwolić w człowieku dodatkowy potencjał i przeobrazić go. W okresie przesilenia ludzie chętnie przebierali się w postacie demoniczne żeby przestraszyć, przepędzić zimowe demony, które widząc że miejsce w którym chcą zamieszkać zostało już opanowane przez im podobne istoty nie miały już czego tam szukać. Dlatego w grupie kolędników występuje zarówno diabeł jak i śmierć, aby prawdziwe postaci nie przychodziły do odwiedzanych przez nie domostw. Siły zła musiały mieć swoją reprezentację także po to, by przedstawiać walkę między siłami która ma miejsce w momencie przesilenia. Grupy odgrywają krótkie humorystyczne przedstawienia, które od czasu do czasu udało mi się nawet zrozumieć dzięki umiarkowanej znajomości języka włoskiego. Część z nich zawiera elementy współczesne i aktualne. To oznacza że folklor jest wciąż żywy a nie tylko odtwarzany.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_022.jpg

Grupa kolędników.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_005.jpg

Najbardziej zaimponowała mi oswojona kura. Nie wiedziałam że kury są tak inteligentne i można je wytresować tak że nie boją się ludzi i z nimi współpracują.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_012.jpg

Tym panom należało wrzucać do garnka pieniądze.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_020.jpg

Często występom kolędników towarzyszył chór śpiewający kolędy i pieśni ludowe.

rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_016.jpg rum_sigetu-marmatiei_marmatia-2014_009.jpg

Warto pojechać do Rumunii na święta nie dlatego że prezentowany tu folklor zaraz zniknie, bo raczej nie jest to całkiem możliwe. Może tylko z powodu różnych unijnych ulepszeń i ograniczeń zrobi się tutaj mniej dziko i na przykład nikt już nie będzie urządzał tradycyjnego świniobicia w dzień św. Ignacego 20. grudnia (oczywiście byłoby szkoda). Patrząc jednak na imprezy rodzinne i święta religijne we wsiach w rodzaju mojego ulubionego Budești nie wydaje mi się żeby tradycja była jakoś szczególnie zagrożona. Warto tam pojechać by zdać sobie sprawę jak nasze polskie święta w mieście są okrojone z wydarzeń, które mogłyby wtedy mieć miejsce, bo tak po prostu powinno być w tej części świata. Jak bardzo jesteśmy oddaleni od natury i ważnych przemian które się w niej wtedy dokonują. U nas ważniejsza jest wtedy szalona przedświąteczna konsumpcja, a kasy fiskalne niemal palą się z przegrzania. Tymczasem przyroda wtedy potrzebuje nas  a my potrzebujemy jej by zapewnić sobie szczęście w kolejnym roku.

Sighetu Marmației 2014

W Syhocie Marmaroskim zostajemy kilka dni, między innymi żeby obejrzeć słynne Muzeum Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu oporu Sighet, które mieści się w byłym więzieniu Securitate. Podczas kupowania biletu obsługa muzeum pyta nas o język, (tudzież narodowość). Dostajemy kilkudziesięciostronicową książeczkę po polsku, a drugą na wszelki wypadek bierzemy po angielsku, żeby zobaczyć czy w obu ilość informacji  będzie taka sama (po angielsku jest trochę więcej). Każda więzienna cela to osobna sala ekspozycyjna, której przypisano inny numer, a jest ich kilkadziesiąt. Do każdej sali w książeczce przyporządkowana jest średnio jedna strona formatu A4 wyjaśnień na temat tego co na danej ekspozycji oglądamy. Wystawy są multimedialne i interaktywne, muzeum nieco przypomina nasze Muzeum Powstania Warszawskiego, może nie jest aż tak przeładowane rozmaitymi bodźcami. Bardzo rozbudowana i urozmaicona ekspozycja ilustruje przejawy komunizmu w niemal każdej dziedzinie życia kraju i pozwala w pełni zdać sobie sprawę z tego jak bardzo okaleczone jest dzisiejsze społeczeństwo rumuńskie, w którym w sposób okrutny unicestwiono wszelkie elity, więzi społeczne, odwieczne tradycje. Rewolucja odbyła się w tym kraju w wymiarze totalnym. Może w takiej małej mieścinie jak Sygiet będącej stolicą wiejskiego regionu, nie udało się tego zrobić z taką siłą jak w dużych miastach. Ciekawe ilu będzie trzeba pokoleń, by sytuacja wróciła do normy. Z chęcią wysłałabym do tego muzeum na obowiązkowe zwiedzanie bananową młodzież, która nosi koszulki z Mao i Che Guevarą, bo uważa że to jest modne, a ci panowie są nieszkodliwi i wyglądają cool. A jeszcze bardziej właścicieli sieci odzieżowych które na tego typu trendach po prostu chcą zarobić. Jakoś tak się składało, że w każdym z krajów dotkniętych tym systemem, początkowe szczytne założenia w bardzo okrutny sposób rozminęły się ze sposobem ich realizacji. Mimo tego, że w większości państw przed zapanowaniem ustroju komunistycznego system zazwyczaj także (delikatnie mówiąc) nie należał do idealnych, to jednak po dojściu komunistów do władzy zawsze wychodziła z tego jakaś bardzo przerażająca karykatura tego, czym w pierwotnym założeniu miał być kolejny komunistyczny raj na ziemi. W teorii każdy człowiek miał mieć tyle samo co inni. W praktyce wszyscy mieli mało i żyli w terrorze. Najpierw bezwzględnie wykańczano całą wcześniejszą elitę, w tym także naukowców i artystów. Potem system zaczynał szukać wrogów wśród swoich. Następnie paranoja zaczynała zataczać coraz szersze kręgi i każdy stawał się  podejrzanym a pętla zaciskała się coraz mocniej. Dzięki tak wielowątkowo skonstruowanej wystawie, można zrozumieć poszczególne etapy rozwoju tego szalonego ustroju w każdym z europejskich krajów. Niestety mimo nawet najbardziej szczytnych i idealistycznych założeń, wszystkie komunistyczne raje na ziemi kończyły się zawsze mniej więcej tak samo koszmarnie. Rumunia była jednak europejskim apogeum komunistycznej paranoi, chociaż może tylko tak mi się wydaje, bo nie zapoznałam się z albańską wersją tego ustroju tak dobrze jak z rumuńską i jak kiedyś pojadę do Albanii to być może zmienię zdanie.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_001.jpg

Zaraz przy wejściu na teren ekspozycji mijamy mnóstwo twarzy. To ofiary lokalnego więzienia.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_003.jpg

Sala poświęcona Nicolae Ceaușescu.

Po wyjściu z zabudowanej części ekspozycji można udać się na dziedziniec więzienia i obejrzeć monument poświęcony ofiarom. Może nie wyszedł on Rumunom do końca szczęśliwie, bo mimo ogólnego bardzo dobrego wrażenia jakie zrobiło na mnie muzeum, sam pomnik na dziedzińcu dawnego więzienia trochę to wrażenie psuje. Moja umiarkowanie artystyczna dusza cierpi, gdy musi oglądać takie nieszczęśliwie zrobione pomniki. Nie wiem po co komu taka dosłowność, niestety ja zupełnie tego „nie kupuję”. W moim mieście jest takich pomników pełno. Powstają przy aprobacie ogółu i są uznawane za „patriotyczne”. Są przeraźliwie toporne, dosłowne i za niedługo z pewnością będziemy się ich wstydzić. Na dziedzińcu więzienia w Syhocie Marmaroskim bardzo mocne wrażenie robi inna część tego memoriału. Jest to mur na którym napisano wszystkie nazwiska ofiar ustroju komunistycznego w Rumunii. Nazwiska zapisane są niewielkimi literami, jedno przy drugim, mur jest bardzo wysoki i ciągnie się na kilkadziesiąt metrów. Jedno ludzkie istnienie reprezentuje kilka centymetrów kwadratowych. To pozwala zdać sobie sprawę jaka była skala rażenia tego ustroju i to tylko w jednym kraju, a dotknął on w swoim czasie ponad dwudziestu państw. Wydaje mi się że powinien być to punkt pierwszy każdego wyjazdu do Rumunii, dzięki któremu łatwiej zrozumieć tutaj wiele rzeczy.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_007.jpg

A to pomnik, który moim zdaniem jest trochę zgrzytem w spójnej całości Muzeum i Miejsca Pamięci (ale może się czepiam) dla mnie jest za toporny.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_002.jpg

Więzienie zachowano w niemal niezmienionym stanie.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_004.jpg

Największe wrażenie robi jednak mur z wypisanymi imionami i nazwiskami ofiar komunizmu w Rumunii.

rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_005.jpg

To pozwala najlepiej zdać sobie sprawę na jaką skalę zakrojone było przedsięwzięcie pozbywania się wszystkich którzy z nowym systemem byli nie po drodze.rum_sighetu-marmatiei_muzeum-ofiar-komunizmu_006 Na koniec ofiarom zapalić można świeczkę. Miejsce pozbawione jest wszelkich symboli i odniesień religijnych.

rum_sighetu-marmatiei_blok-mieszkalny_001.jpg

Po wizycie w Muzeum Komunizmu zaczynamy lepiej rozumieć dlaczego ten blok ma powybijane dziury w ścianach, wystają z niego kominy a przed nim suszy się sterta drewna, a na każdym przyblokowym trawniku ktoś coś uprawia (i na wszelki wypadek grodzi swoją grządkę drutem kolczastym). Z jednej strony wszędzie pełno nowych samochodów i supermarketów, z drugiej strony drewno przed blokiem, grządki i kozy do ogrzewania mieszkań mają się dobrze.

Miasteczko jest lokalnym centrum handlowym i administracyjnym, do którego ludzie przyjeżdżają na zakupy i pozałatwiać różne sprawy. Wśród nich dominują osoby starsze. Wszystkie bez wyjątku kobiety noszą rozkloszowane spódnice w kwiaty i chustki na głowach, a faceci ciemne marynarki i słomkowe kapelusze. Jak już przyjechali do miasta, zrobili zakupy i załatwili co mieli do załatwienia, wszyscy tłumnie siadają w knajpianych ogródkach wzdłuż głównej ulicy, palą papierosy i piją przeróżne napoje. Wszystkie lokale są tak oblężone, że parę miejsc zostało tylko wewnątrz, a na śniadanie trzeba czekać dość długo. U nas byłoby to raczej nie do pomyślenia, gdyż starsze osoby  na pewno w godzinach przedpołudniowych nie siedzą tłumnie knajpach i ogródkach piwnych, także tych najelegantszych, pijąc piwo, colę kawę lub palinkę i dyskutując między sobą zawzięcie. W Sigecie przedpołudnie należy zdecydowanie do nich, a dopiero wieczorem do lokali przychodzi młodsza klientela w postaci tandetnie ubranych kobiet i mężczyzn z żelem na włosach, złotymi łańcuchami i tatuażami. U nas osoby starsze w dalszym ciągu funkcjonują trochę poza społeczeństwem, są dużo mniej widoczne. Ludzie tutaj nie mają na szczęście poczucia, że w „takim wieku” nie wypada im już robić absolutnie niczego, oprócz izolowania się od innych oraz oceniania i komentowania otoczenia. Są na tyle żywotni, że chce im się jeszcze spotykać się, rozmawiać i być ze sobą – więzi społecznie są dużo silniejsze niż u nas. Taką samą funkcję pełnią na wsiach ławki obecne przed niemal każdym domem od strony ulicy. Na nich spotykają się okoliczni sąsiedzi, nieraz w bardzo podeszłym wieku, którzy po prostu ze sobą przebywają. Patrzą na przejeżdżające pojazdy i przechodzących ludzi z każdym zamienią kilka słów. Nikt nie ma poczucia, że tak jak u nas, nie wypada mu tego robić, tylko do końca swoich dni pozostaje w interakcji  z innymi ludźmi.

W Sighetu Marmatiei znajduje się także skansen, w którym wizyta wprawia mnie w głupkowato wesoły nastrój i pozwala w pełni zdać sobie sprawę z tego gdzie my się znajdujemy, i że takich miejsc naprawdę niewiele już zostało w Europie. Otóż mieści się on na wzgórzach, a u dołu jest parking, kasa biletowa i sklep z pamiątkami. Kiedy już dopełnimy biletowych formalności idziemy drogą pod górę żeby zacząć oglądać architekturę ludową. U góry znajduje się pani, która wcale nie sprawdza biletów. Stoi tu po to by pokazywać gdzie trzeba iść, skansen rozlokowany jest bowiem w okolicy czyichś gospodarstw i bez przerwy jacyś ludzie wchodzą na prywatne podwórka. Problem w tym że nie da się rozróżnić gdzie kończy się skansen a zaczyna czyjaś posiadłość. Z daleka wszystko wygląda identycznie. Nie trzeba iść do skansenu żeby zobaczyć ludzi, którzy drewnianymi widłami i grabiami układają siano w klasyczne kopki, jednocześnie rozmawiając przez telefon komórkowy. Mieszkają w domach otoczonych drewnianymi płotami, jakie u nas występowały kilkadziesiąt lat temu. Przed prawie każdym domem znajduje się pięknie rzeźbiona, ręcznie robiona drewniana brama. Domy także wyglądają jak niezmienione od początków XX wieku. Tylko czasami zdradza je jakaś antena satelitarna i elektryczne przewody. Wszyscy hodują mnóstwo zwierząt, uprawiają co tylko się da, są praktycznie samowystarczalni.

rum_sighetu-marmatiei_skansen_001.jpg

Skansen (albo leżące w pobliżu skansenu normalnie użytkowane gospodarstwo).

rum_sighetu-marmatiei_skansen_002.jpgrum_sighetu-marmatiei_skansen_003.jpg
rum_sighetu-marmatiei_skansen_004.jpg

Poza tym znajduje się tu także jedyne piesze przejście ukraińsko-rumuńskie (dawniej miasteczko było królestwem rozmaitych przemytników). Postanawiamy spróbować zrobić sobie małą pieszą wycieczkę na Ukrainę, kupić piwo, suszone ryby i inne wiktuały. Granicę obu państw wyznacza most na rzece Cisa. Po drugiej stronie rzeki leży miasteczko Sołotwyno (Соло́твино) słynące z mocno podupadłej dziś kopalni soli. Razem z nami granicę przekracza  jakaś rumuńska kobieta w mocno podeszłym wieku, ale bardzo żwawa i sympatyczna, która przeprawiała się na drugą stronę celem zakupienia tańszych leków w ukraińskiej aptece. Zaraz potem zawraca i życzy „Drum Bun”. Dobrze że nam towarzyszyła, bo przejście jest tak mikroskopijne, że trochę nie wiadomo co człowiek ze sobą ma zrobić. Wszyscy są mili i nie przetrzymują nas bez potrzeby, tylko komputer wrednie się zawiesza. Jednak w porównaniu z przekraczaniem granicy ukraińsko-rumuńskiej w 2007 roku tym razem nie ma mowy o żadnych próbach zdobycia od nas jakiejkolwiek łapówki, zresztą nam na wizycie jakoś specjalnie nie zależy, więc dalibyśmy sobie spokój nawet nie podejmując dyskusji. Pragniemy też obejrzeć słone jeziorka i stwierdzić czy warto wybrać się tam kolejnego dnia na kąpiel. Po przekroczeniu granicy okazuje się że jeziorka wcale nie są tak blisko i żeby do nich dojść jest już za późno, bo kiedy przekraczaliśmy granicę było już grubo po południu. Potem zbyt wiele czasu zajęły nam problemy z zakupem hrywien (trzeba było kupić w Syhocie Marmaroskim, gdzie kantor stoi na kantorze, ale kto by pomyślał). Ukraińskie miasteczko wygląda fatalnie i nie zazdroszczę jego mieszkańcom. Tu nawet na większości dróg nie ma asfaltu i wszystko pokrywa gruba warstwa pyłu. Bloki wyglądają tak jak na mołdawskiej prowincji, a chyba wszyscy młodzi ludzie stąd powyjeżdżali z braku jakiegokolwiek zajęcia. Takiej przygnębiającej Ukraińskiej prowincji jeszcze nie widziałam, w sumie byłam tam tylko w większych miastach, chociaż miasteczka po drodze z Przemyśla do Lwowa wyglądają o wiele lepiej.

ukr_solotwyno_blok_001.jpg

Sołotwyno.