Archiwum kategorii: Serbia

Jak przeżyć Gucę

Podczas tegorocznych wakacji udało mi się niechcący spełnić jedno ze swoich odwiecznych marzeń. Obecnie może nie wysuwało się ono na czołówkę moich wakacyjno-wycieczkowych celów (bo w międzyczasie przybyła mi masa innych), ale kiedyś bardzo bardzo chciałam pojechać do Gucy na festiwal trębaczy. Filmy Kusturicy oglądane w liceum i przekonanie, że Bałkany są świetnym miejscem, sprawiły, że Guca stała się dla mnie swego rodzaju mitem. Wybierałam się tam nieskończoną ilość razy. Potem, co chyba zrozumiałe, mój entuzjazm nieco zmalał, bo ilość dostępnych miejsc i atrakcji w dodatku znacznie mniej komercyjnych, urósł w postępie geometrycznym. O tym że udało się w tym roku, zadecydował przypadek. Akurat okropnie mokliśmy i marzliśmy w Sarajewie przy temperaturze poniżej 10 stopni w sierpniu, na jakimś marnym kempingu (tak się składa że jak jesteśmy w Sarajewie, to zawsze pogoda jest „pod psem”), gdy poznana na nim dwójka Włochów powiedziała nam, że jest to ich przystanek w drodze do Gucy. Festiwal miał zacząć się nazajutrz. Postanowiliśmy więc szybko zmienić plany, opuścić Sarajewo i pojechać tam, bo niespełna 250 kilometrów dalej pogoda przedstawiała się diametralnie różnie. Okazało się także, że w pobliżu Gucy jest fajne miejsce, które planowaliśmy odwiedzić rok wcześniej, ale nam nie wyszło, w którym można się zatrzymać na nocleg. Na początek trochę praktycznych spraw.

srb_festiwal-guca-2016_003.jpg

Parada trębaczy i zespołów folklorystycznych na rozpoczęcie festiwalu.

srb_festiwal-guca-2016_004.jpg

Od jakiegoś czasu zapraszane są orkiestry z innych krajów (nie tylko ościennych).

srb_festiwal-guca-2016_007.jpg

Rozpoczęcie festiwalu kilkuset trębaczy gra hymn Gucy.

srb_festiwal-guca-2016_008.jpg srb_festiwal-guca-2016_005.jpg

Transport

Niewiele mogę o nim powiedzieć, gdyż przyjechałam własnym samochodem. Wjazd prywatnym transportem do miejscowości kosztuje 10 euro i jest to jednorazowa opłata za wszystkie dni trwania festiwalu. Po jej uiszczeniu dostajemy nalepkę na szybę i z nią możemy wielokrotnie wjeżdżać i wyjeżdżać z Gucy, oraz za darmo parkować samochód na ogólnodostępnych parkingach. Masa miejscowych dorabia jednak udostępniając swoje pola i kasując za nie opłatę. Nie pamiętam ile, ale sumy raczej nie były zawrotne. Warto rozważnie zaparkować! Lepiej stanąć gdzieś na początku miejscowości i przejść się kawałek na piechotę, niż zrobić odwrotnie i jechać w środku nocy lub gdzieś nad ranem przez całe miasteczko, podczas gdy ludzie często pijani prawie do nieprzytomności włażą nam pod koła. Czasami wyglądają jak prawdziwi zombie. Trzeba jechać z prędkością 5 km/h a i tak możemy kogoś przejechać. Ktoś idący chodnikiem może po prostu przewrócić się na ulicę i problem gotowy. Wszystkie najbardziej strategiczne i darmowe miejsca parkingowe zajęte są już późnym popołudniem.

Nocleg

Spanie poza Gucą ma swoje wady i zalety. Najpierw będzie o wadach. Uwaga! Już pierwszego wieczoru, właścicielka naszego hotelu po jakiś pięciu minutach rozmowy powiedziała nam, że podczas powrotu z festiwalu w środku nocy, kierowca samochodu nie może mieć we krwi ani grama alkoholu! Przy wszystkich wjazdach na główne drogi stoi policja i sprawdza każdy samochód. Nikt nie ma szansy przejechać bez badania, nie da się także w żaden sposób ominąć „rogatek” jakimiś polnymi drogami. Osoby u których badanie promili coś wykaże, proszone są „na stronę” do negocjacji w sprawie ewentualnych darowizn. Właścicielka hotelu w którym się zatrzymaliśmy, opowiadała nam jak rok wcześniej jej hotelowi goście spędzili noc na komisariacie, ponieważ nie mieli chęci, albo wystarczającej ilości środków by wykupić się z opresji. Z rozmów z lokalnymi ludźmi wynikało jednak, że niespecjalnie chodzi tu o zapewnienie względnego bezpieczeństwa, może jedynie osoby pijane w sztok są zatrzymywane, pozostałe muszą tylko uiścić odpowiednią opłatę i jadą dalej – tak to działa. Na picie i siadanie za kierownicą musi być w Serbii dużo większe przyzwolenie społeczne niż w Polsce, skoro ostrzeżenia (wypowiadane z pewną dozą oburzenia) słyszeliśmy od kilku lokalnych osób wcale o nie nie prosząc. Jako że zdecydowanie nie mamy ochoty na płacenie łapówek serbskim policjantom, picie alkoholu podczas festiwalu muszę sobie odpuścić, ale za bardzo nie narzekam. Prawie nigdy nie mam ochoty robić tego co wszyscy dookoła mnie. Drugą kwestią jest wracanie w środku nocy razem z tłumem kierowców na podwójnym gazie. Na szczęście mieliśmy blisko, ale nie wiem czy miałabym ochotę powtarzać to codziennie na przykład przez tydzień.

Dlaczego nie spaliśmy w Gucy? Bo zdecydowaliśmy się na wyjazd zupełnie spontanicznie i w ostatniej chwili. Impreza jest tak popularna że, ciężko byłoby znaleźć tam jakiś sensowny nocleg. Na co można liczyć jeśli śpi się na miejscu? Z pewnością na zdecydowanie inną cenę i jakość noclegów, niż mieliśmy my, śpiąc w odległości niespełna dwudziestu kilometrów. Za samo rozbicie namiotu na czyimś trawniku w Gucy, właściciel terenu może zażyczyć sobie 10 euro. Jeszcze niedawno było to ponoć 10 euro od namiotu, teraz zdarza się że i 10 od osoby. W tej cenie oczywiście nie ma żadnej łazienki ani prysznica. Planując wyjazd pół roku do przodu, pewnie da się znaleźć jakiś względnie sensowny nocleg. Dla mieszkańców jest to możliwość olbrzymiego zarobku. Mit festiwalu jest tak silny, że ludzie rokrocznie skłonni są płacić więcej i więcej. Jeśli ktoś (większość osób, mam wrażenie) jedzie na festiwal by konsumować alkohol w ilościach hurtowych, nie ma co liczyć na noclegi poza Gucą i lepiej zostać w miasteczku przez cały czas. Ja na przykład piję alkohol głównie po to by delektować się jego smakiem i nie bawi mnie już jakoś specjalnie, picie go w ilościach znacznie przekraczających dobre samopoczucie, (i cierpienie dzień później mąk z powodu kaca), dlatego nawet jeśli piłabym go podczas festiwalu, to raczej nie w ilościach zbyt wysokich. W takim razie mogę go przecież wypić kiedy indziej. Nawet jeśli przyjedziemy do hotelu o trzeciej nad ranem, mamy zapewnione kilka godzin snu, ciepłą wodę i przez pół dnia możemy robić inne rzeczy, a po południu jechać na festiwal. Całkiem przyzwoity nocleg poza miejscowością kosztuje tyle co namiot rozbity na czyimś podwórku. W Gucy impreza trwa praktycznie przez całą dobę. Mieszkając gdzieś w centrum należy raczej zapomnieć o spaniu, bo nie o spanie przecież tutaj chodzi.

Jedzenie

wszędzie jest praktycznie takie samo, nieważne jaki lokal wybierzemy. W zależności od preferencji może być ono dla nas albo świetne, albo bardzo bardzo problematyczne. Podstawą wyżywienia uczestnika festiwalu w Gucy jest mięso, głównie grillowane najczęściej typowy bałkański fast food. Ponoć przed festiwalem,  w okolicy ma miejsce ogromne świniobicie. Na każdym rogu niemal wszędzie dookoła piętrzą się stosy jedzenia wręcz w potwornych ilościach, więc na pewno z głodu nie zginiemy. Jeśli zachowujemy się typowo, zapijając wszystko ogromnymi ilościami alkoholu, to w zasadzie wszystko jedno co będziemy jeść. Raczej trudno wtedy o zwracanie uwagi na szczegóły. Dania służą osobom spożywającym go na okrągło – są proste, nieskomplikowane i bardzo tłuste. Fakt że zbliżamy się do centrum miejscowości gdzie odbywa się festiwal czuć nosem już z daleka. Nad uliczkami unosi się bowiem gęsty, siwy dym o specyficznym słodkawym zapachu – to rozliczne grille pracują pełną parą. Zapach przypalonego mięsa jest tak intensywny, że gryzie po oczach. Odbiera mi całkiem ochotę na jedzenie go chyba przez cały najbliższy tydzień. Widok pieczonych w całości baranów i prosiąt obracających się na rożnie, nie robi przynajmniej dla mnie takiego wrażenia jak zapach, który jest dość piorunujący. W dodatku to już upieczone mięso leży sobie na gorącu w pyle i kurzu wzniecanym przez morze ludzi idących dookoła. Z jednej strony fajnie zjeść takie tradycyjne jedzenie jak gotowany na węglach w wielkim glinianym garze kupus, czy pieczone w całości prosiaki i barany.  Z drugiej strony te piętrzące się wszędzie góry jedzenia przygotowywanego w warunkach delikatnie mówiąc takich sobie, przygotowywanych hurtem, w pośpiechu, i przy braku specjalnej higieny, które leżą nie wiadomo jak długo i czekają na kupca.

srb_festiwal-guca-2016_027.jpg

Nad stanowiskami z jedzeniem unosi się siwy dym z grillowanego wszędzie mięsa. Jego zapach skutecznie zniechęca mnie do jedzenia go na jakiś czas.

srb_festiwal-guca-2016_012.jpg

Trudno o jakiekolwiek roślinne alternatywy.

srb_festiwal-guca-2016_019.jpg

Kupus w kilkunastolitrowych glinianych garach piecze się na żarze.

srb_festiwal-guca-2016_018.jpg

Na prawie każdym stoisku z jedzeniem można zobaczyć takie obrazki (wegetarian przepraszam).

srb_festiwal-guca-2016_016.jpg

Jedzenie na festiwalu wygląda nieco przygnębiająco. Nie chodziłam i specjalnie nie szukałam takich widoków. Są one dosłownie na każdym rogu.

W Azji co roku żywimy się na ulicy, więc czemu tutaj wybrzydzam? Bo w Azji raczej się to tak nie odbywa. Tam jedzenie przygotowywane jest na oczach klienta, a nie poniewiera się po zrobieniu kilka godzin. Jeśli są to potrawy gotowane dłużej, to sprzedawane są od razu.  Jeśli nie mam ochoty na mięso lub lokal wygląda odrobinę podejrzanie – wybieram bezpieczniejsze warzywa. W Gucy nie ma takiego wyboru, a od zapachów spalonego mięsa robi mi się trochę niedobrze. W zasadzie jedyną wegetariańską opcją są tutaj frytki. Jest i pizza wegetariańska z warzywami z puszki, a więc „samo zdrowie”. Na festiwal rokrocznie przyjeżdża coraz więcej mocno alternatywnie wyglądających osób z zachodniej Europy i to pewnie dla nich istnieje jedno jedyne stoisko z daniami „wegetariańskimi”, które zdecydowanie rozmijają się z tychże wegetarian oczekiwaniami, bo dominuje fast food i tania smażelina, podobnie jak w przypadku dań mięsnych.

Drugim trochę irytującym problemem jest oszukiwanie w lokalach. Do zamówień doliczane są nie zamawiane przystawki, chleb, dodawane różne dodatki.  Zjawisko zdecydowanie nasila się w środku nocy, gdyż kelnerzy liczą na mocniej wstawionych klientów. Nam doliczono na przykład „wsad mięsny” do pieczonej fasoli (specjalnie zamówiłam bo bez mięsa), kiepską przystawkę której wcale nie zamawialiśmy oraz policzono dość kosmiczną kwotę 400 dinarów za dwa chlebki. Różnica między cenami z menu a ostateczną kwotą zapłaty wyniosła u nas około 10 euro. Wolałabym tą kwotą zasilić na przykład jakąś sympatyczną trzecioligową orkiestrę, niż dawać oszustom za kiepskie jedzenie. Zamiast wstać i wyjść zobaczywszy dania których nie zamawialiśmy zostaliśmy i niepotrzebnie kłóciliśmy się z bardzo niesympatycznym kelnerem, który w ostatecznym rozrachunku rzucił nam na stół dwieście dinarów. Jeśli zamawiamy jedzenie w środku nocy lepiej wybierać najprostsze dania do których nie da się niczego dodać. Co ciekawe dodatek może „kosztować” tyle samo co zamawiana potrawa więc ceny mnożą się na przykład dwukrotnie.

Wkurzające w lokalach różnego typu są podwójne cenniki, inne na czas festiwalu a inne przez resztę roku. Taka na przykład kawa może podczas festiwalu kosztować kilkakrotnie więcej, osiągając cenę prawie jak na zachodzie Europy, mimo tego że w Serbii normalnie jest bardzo tania. Kiedy przychodzi do płacenia nagle okazuje się że wiszący na ścianie cennik z pieczątkami jest nieważny, bowiem na czas festiwalu obowiązuje inny. Można zostać i się trochę pokłócić albo machnąć ręką bo szkoda czasu.

Zdarzają się oczywiście lokale, które nie stosują takich praktyk, niemniej jednak mam wrażenie że są w mniejszości.

Alkohol

Od jakiegoś czasu zupełnie nie piję przemysłowych trunków, a alkohol jest dla mnie wyłącznie elementem szeroko pojmowanego slow foodu. Napoje z dodatkiem procentów leją się w Gucy szerokim strumieniem. Sponsorem festiwalu jest producent piwa marki Jelen. Fajna i kultowa jest tylko jego nazwa i logo, bo w smaku to zwykły przemysłowy sikacz. Jelen sprzedawany jest wszędzie i dostępny co krok (razem z innymi przemysłowymi piwami). Na festiwalu browar pewnie zarabia krocie. Strona Wikipedii poświęcona Gucy, wymienia że na przykład już w roku 2006 podczas festiwalu wypito 4000 hektolitrów piwa, czyli ponad 700 000 kufli. Dominuje sprzedaż piwa na zgrzewki i tylko w puszkach, co eliminuje skutecznie wszelkie mniej przemysłowe piwne napoje.  Z drugiej strony dzięki temu na festiwalu jest bezpieczniej, bo na przykład nikt się nie pokaleczy. Spożywanie w nadmiernych ilościach przemysłowego piwa sprawia że na drugi dzień można cierpieć prawdziwe męki. Tym razem na szczęście z pomocą przychodzą miejscowi, sprzedając własne wyroby – najczęściej domową rakiję. Kupują ją także lokalni, więc to chyba w miarę bezpieczne. Zawsze może trafić się jakiś oszust, dopóki jednak ktoś sprzedaje swoje wyroby na głównej ulicy i kupują go także Serbowie, to raczej chyba nie warto być zbyt podejrzliwym. ja w każdym razie wolałabym domową rakiję od przemysłowego piwa gdybym na festiwalu postanowiła pić alkohol. Co ciekawe na jednej z ulic rozstawił się też jeden znany winiarz ze Sremskich Karlovci. Sprzedawał bardzo dobre wino (kupiliśmy) i rakiję. Miał też bermet, ale w takich warunkach nie znalazł chyba wielu fanów. Tutaj chodzi o to by alkohol był tani i dawał szybkie efekty, nikt nie zamierza specjalnie się nim delektować.

srb_festiwal-guca-2016_011.jpg

Sponsorem festiwalu jest producent piwa Jelen – takie ma na przykład hostessy.

srb_festiwal-guca-2016_028.jpg

Miejscowi starają się jak mogą by zarobić w czasie festiwalu. Tutaj na przykład niestacjonarny sprzedawca rakii i innych napojów.

 Bezpieczeństwo

Trzeba przyznać że jest dosyć bezpiecznie, jak na taką ilość mocno wstawionych osób – strony internetowe podają, że w tej chwili rokrocznie przyjeżdża tu ponad 600 tys. gości. Będąc zagranicznymi turystami jesteśmy bezpieczni w dwójnasób. Dopóki nie zaczniemy zajmować się polityką i wdawać w różne dziwne narodowościowe dyskusje, raczej nic nie powinno nam się przytrafić. Ogólnie w tym temacie bywa dosyć gorąco, miejscami aż iskrzy. Na szczęście Serbowie w swoim (niestety muszę to powiedzieć) szowinizmie skupiają się głównie na najbliższych sąsiadach, obcokrajowców „bardziej z daleka” on raczej nie dotyczy. Zwłaszcza wieczorową porą, gdy wszyscy są już nieco wstawieni zaczynają się toczyć różne pyskówki na tematy polityczno-narodowościowe. Nie znam na tyle języka, żeby dokładnie wiedzieć o czym mowa, na pewno wspominane są różne historyczne zaszłości. Serbia to kraj który mocno nie lubi chyba wszystkich swoich sąsiadów. Z drugiej strony mieszkańcy Bałkanów żywo wyrażają swoje emocje, gestykulują i podnoszą głos nawet przy normalnej rozmowie, może więc skala ich wnerwienia nie była taka jak mi się wydaje? Mimo wszystko nie dochodzi do rękoczynów. Widziałam tylko jednego zakrwawionego człowieka przez dwa dni i wyglądał na regularnego alkoholika, nie wiadomo więc jaka była przyczyna tej sytuacji. Pewnie w takim tłumie może zdarzyć się nam jakaś drobna kradzież kieszonkowa, ale nikt normalny nie idzie chyba bawić się do nieprzytomności z portfelem pełnym pieniędzy? Natomiast bardzo okropne wrażenie robią na mnie stragany z lokalnymi „artykułami patriotycznymi” gdzie można zakupić podobizny lokalnych zbrodniarzy wojennych i innych mocno kontrowersyjnych postaci, czarne flagi skrajnych nacjonalistów i czetnickie czapki. Stragany zdobią także podobizny Putina, który tutaj jest chwalony pod niebiosa. Można nawet kupić jego różne cytaty oprawione w ramkę. Na festiwalu już od dawna obecne są różne organizacje nacjonalistyczne, najczęściej gromadzące się pod pomnikiem trębacza. Non stop wykrzykiwane są tam teksty w rodzaju „Kosowo je Srbija„. Niestety festiwal tradycyjnej muzyki cygańskiej został obecnie trochę zawłaszczony przez serbskie organizacje nacjonalistyczne.

srb_festiwal-guca-2016_015.jpg

Przypinki a na nich lokalni bożyszcze: Ceca, Putin i Dragoljub Mihailović przywódca czetników.

srb_festiwal-guca-2016_022.jpg

Kram prawie w całości poświęcony Putinowi można na nim nabyć liczne pamiątki z wodzem.

srb_festiwal-guca-2016_021.jpg

Stragan na którym nacjonaliści mogą zaopatrzyć się w przydatne gadżety. Oczywiście to nie pojedyncze stanowisko – takich straganów jest co najmniej kilkanaście. Mijając je pomiędzy stoiskami z baranimi i świńskimi głowami i zwierzętami obracającymi się na ruszcie można nabrać dość przygnębiającego wrażenia.

Drugim trochę irytującym zjawiskiem jest spora ilość żebraków – najczęściej małych Romów z najbiedniejszych klanów. Tak olbrzymie skupisko ludzkie przyciąga spore ilości osób tego typu bo  łatwo wtedy o zarobek. Dlatego jeśli nie jesteśmy podatni na czyjeś sugestie raczej nikt się do nas na dłużej nie przyczepi. Jesteśmy odbierani jako obcy, którzy chyba nie wiedzą do końca o co w tym wszystkim chodzi (i tak zapewne jest). Ludzi jest tyle, że szkoda marnować cennego czasu na nagabywanie niechętnych obcokrajowców. Serbowie raczej dają pieniądze żebrakom. Może nie każdy człowiek, ale większość daje im bardzo niskie kwoty, zazwyczaj zachowując się przy tym trochę po wielkopańsku.

Jeśli jesteśmy już przy temacie Romów to będąc na festiwalu mamy niepowtarzalną okazję podejrzeć odrobinę ich świata, który jest dość hermetyczny i trudny do zobaczenia na co dzień. Do Gucy ściągają Cyganie z wszystkich ościennych krajów: Macedonii, Czarnogóry czy nawet Rumunii. Parają się różnymi zawodami. Przyjeżdżają zarówno najbiedniejsi handlujący chińską tandetą i rozkładający swe stragany na ulicach, albo żyjący wyłącznie z żebractwa, ale także rodziny bardzo bogate, które na festiwalu wydają olbrzymie ilości pieniędzy. To ogromnie fascynujące móc trochę to wszystko pooglądać, bo tego rodzaju społeczności coraz bardziej się liberalizują a ich archaiczna struktura trochę traci na znaczeniu.

srb_festiwal-guca-2016_020.jpg

Oprócz wydarzenia muzycznego Guca to też możliwość zrobienia najróżniejszych zakupów.

srb_festiwal-guca-2016_025.jpg

Od zupełnej tandety po ciekawe produkty spożywcze.

srb_festiwal-guca-2016_024.jpg

Jest też piękne oldschoolowe wesołe miasteczko.

srb_festiwal-guca-2016_023.jpg

Dudni upiorną mechaniczną muzyką na całą okolicę. Pogłębiając uczucie absurdu w jakim się znajdujemy 🙂

srb_festiwal-guca-2016_026.jpg

Ale na zdjęciach wygląda całkiem fajnie.

Muzyka

Dlaczego piszę o niej na końcu? Wydaje mi się, że w tym całym zamieszaniu odrobinę straciła na ważności. Odkąd festiwal stał się hitem europejskiej turystyki festiwalowej wielu ludzi jedzie tam głównie po to, by przez kilka dni praktycznie nie trzeźwieć. Dlatego żeby posłuchać muzyki lepiej chyba pojechać na bardziej niszowy festiwal, gdyż ten stał się ofiarą własnej popularności i przekształcił się w lekkie szaleństwo.

srb_festiwal-guca-2016_010.jpg srb_festiwal-guca-2016_009.jpg srb_festiwal-guca-2016_006 srb_festiwal-guca-2016_014.jpg srb_festiwal-guca-2016_013.jpg

Oprócz koncertów na scenach, oficjalnych przemarszów i parad, na festiwal przyjeżdża cała masa mniej znanych kapeli. Warto ich trochę poobserwować. Członkowie kilku najbogatszych i najbardziej sławnych zespołów, żyją sobie jak prawdziwe lokalne gwiazdy. Ich instrumenty są z najwyższej półki i brzmią donośnie a przy tym aksamitnie. Po przeciwnej stronie muzycznej barykady są kapele grające na zabawach i weselach, grające na sfatygowanych, tępo brzmiących i wyglądających jak „wyklepane” instrumentach. Czasami ci maluczcy podglądają tych wielkich, a w ich oczach widać ogromną determinację. Liczą na to że pewnego dnia też dołączą do panteonu szczęśliwców którym się udało. Niemal pożerają wzrokiem tych którym udało się jakoś wybić. Ich motywacja i wiara w sukces jest ogromna 🙂

Cała masa zespołów grających na ulicy niemal bez przerwy to na prawdę świetna sprawa. Po kilku godzinach słuchania w kółko tego samego można wpaść w trans. Mnóstwo osób kręci sobie filmy z orkiestrami żeby wrzucić je na portale społecznościowe. Za zagranie kilku szlagierów orkiestrze należy zapłacić. Muzykowi grającemu na pierwszej trąbce przykleja się do czoła banknot o wysokim nominale – zazwyczaj 1000 dinarów. Żeby banknot się przykleił, należy go poślinić. Oprócz tego każdemu członkowi orkiestry wrzuca się do trąbki podobne lub nieco mniejsze nominały, a perkusistom kładzie pieniądze na talerzach perkusji. Widziałam jednak również większe kwoty, zwłaszcza jak ktoś jest już nieco pod wpływem wysokoprocentowych napojów i pragnie zaimponować kolegom lub partnerce :). Dzięki temu dla takich pomniejszych orkiestr Guca jest szansą na realny zarobek. Dla mnie takie nieco surowe i nieokrzesane orkiestry są chyba bardziej ciekawsze niż te bogate i ugłaskane. Tamtych mogę posłuchać na youtube. Z tymi niszowymi i dzikszymi nie mam szansy inaczej się zetknąć. Dlatego od występów na scenie znacznie moim zdaniem ciekawsza jest ulica i to co się na niej dzieje.

srb_festiwal-guca-2016_029.jpg srb_festiwal-guca-2016_001.jpg srb_festiwal-guca-2016_002.jpg

Czy w takim razie warto w ogóle tam jechać?

Pewnie że tak. Trzeba mieć świadomość że festiwal mocno się komercjalizuje i jeżeli zależy nam faktycznie tylko na muzyce, lepiej wybrać jakiś mniej znany. Jeżeli zaś chcemy robić to co większość przyjeżdżających tam ludzi czyli ostro się bawić festiwal będzie miejscem oryginalnym i nadal chyba w miarę bezpiecznym. Niestety tłumy ludzi znacznie zmieniły jego charakter. Miejscami bywa odrobinę przygnębiająco. Zdecydowanie cieszę się jednak że tam pojechałam, bo złapałam trąbkowego bakcyla. Na pewno jeszcze pojadę na jakiś festiwal trębaczy ale znajdę go sobie sama i będziemy na nim jednymi z nielicznych zagranicznych gości 🙂

Co ciekawego przywieźć z Serbii

W Serbii dostaniemy większość towarów typowych dla całych Bałkanów. Po pierwsze, na kraju mocne piętno odcisnęło pięćsetletnie tureckie panowanie, po drugie, znajdziemy tu dobra typowe dla tej szerokości geograficznej. Niemniej jednak, jako kraj prawosławny, delikatnie różni się od swoich sąsiadów. Jak dla mnie pod względem dostępności dóbr konsumpcyjnych najbardziej przypomina Bułgarię. Nie ma sensu dublować o każdym kraju podobnych informacji, gdyż przeciętny sklep na Bałkanach wyposażony jest mniej więcej w to samo. Lepiej skupić się na ciekawostkach, których nie dostaniemy w normalnym sklepie.

Wino, winogrona, rakija

Zacznijmy więc tradycyjnie od napojów wyskokowych. Najpopularniejszym trunkiem niezaprzeczalnie jest w Serbii rakija. Występuje tu najczęściej nawet w kilkunastu odmianach – w zależności od owocu z jakiego zrobiony był zacier. Nie spotkałam się jeszcze tutaj z mieszaniem z sobą kilku różnych owoców jak ma to miejsce w Rumunii. Najbardziej skomplikowane i najdroższe rakije mogą być robione na przykład z leśnych jagód, albo z owoców suszonych. Tym razem zakupiliśmy rakiję jabłkową, której zdecydowanie warto spróbować ze względu na bardzo ciekawy zapach (to chyba mój ulubiony!), oraz nagradzaną medalami rakiję gruszkową, którą nawet regularnie kupuje Emir Kusturica do swojej „idealnie serbskiej” drewnianej wioski Drvengrad, oraz drogawego hotelu. Najpopularniejszą i najtańszą rakiją jest „rakija od loza” czyli destylat z winogron – który robi się z winogronowych wytłoczyn, pozostałości po produkcji wina. Tej rakii produkuje się najwięcej, jest ona bazą wszelkiego typu nalewek, na przykład miodowej (na zdjęciu poniżej), z dodatkiem liści gojnika jaką można zakupić w monastyrze Sopocani. Nalewki to osobna dziedzina serbskiej produkcji alkoholowej, jednak mam tyle własnych, że na razie nie zbadałam nawet pobieżnie tego zagadnienia. Nigdy nie próbowałam żadnej „sklepowej”, wytwarzanej przemysłowo rakii. Kupuję je wyłącznie w monastyrach albo od ludzi którzy z jej produkcji żyją. Ta w sklepach jest wręcz ekstremalnie tania. Ta z monastyrów najdroższa, a w przypadku rakijowych wytwórców często mamy dwie opcje: kupienia rakii tańszej w plastikowej butelce, albo w zakorkowanej butelce firmowej z etykietką i podatkami. Zazwyczaj pytają wprost: czy chcemy butelkę ładną i droższą, czy brzydszą i tańszą.

srb_sopocani_rakija-z-miodem_001.jpg

Nalewka na miodzie z zielem gojnika (szałwii libańskiej). Jej bazą jest rakija z winogron.

Wino w Serbii znane jest od czasów prehistorycznych. Osobą która zaszczepiła w narodzie ideę jego uprawy był święty Sawa najważniejsza postać serbskiego prawosławia. Jeśli chodzi o wino, lepiej unikać win dużych wytwórców, takich jak na przykład Vino Župa, które dominuje na półkach w sklepach. Tego typu zakłady święciły triumfy w latach jugosłowiańskiego komunizmu i produkują gigantyczne ilości wina, które jak każda masowa produkcja niestety zbyt pijalne nie jest. Jedno z nich otworzyłam w Serbii z zamiarem wypicia, nie udało się. Przelałam do innej butelki i w końcu przywiozłam do kraju. Nawet teraz nie wiem co z nim zrobić, chyba dodam go do jakiegoś mięsa podczas pieczenia albo duszenia. Kupowanie w sklepach wina rodzimej produkcji nie z najwyższej półki  to jak widać dość kiepski pomysł, ale na szczęście da się w nich kupić także produkty ościennych republik na przykład słynnego macedońskiego Tikveša.

Dużych regionów winiarskich jest w kraju osiem, plus do tego niezliczona ilość szlaków winiarskich w obrębie tych regionów. Ja w bardzo niewielkim stopniu odwiedziłam dwa regiony: Subotica – Horgoš i  Šumadija – Velika Morava. Wino w Serbii jest przede wszystkim wiele tańsze w stosunku do sąsiednich Węgier. U lokalnych wytwórców przeważnie będzie to wino bardzo przyjemnej jakości. Większość małych winiarni produkuje dużo różnych win, nieraz nawet po kilkanaście. Nawet jeśli nie wszystko smakuje idealnie, zawsze znajdzie się jakiś ciekawy dopracowany produkt, ze względu na dużą różnorodność.  Szczepów winogron spotkamy tu bardzo wiele, bo klimat jest dla wina sprzyjający. W muzeum winiarstwa w Aleksandrovacu naliczyłam uprawę dwudziestu kilku, zarówno typowych dla Europy Wschodniej, jak i takich popularnych wszędzie jak Merlot, czy Cabernet Sauvignon. Odmiany całkowicie lokalne to: Prokupac, Vranac, Tamjanika i Smerdevka. Tutaj można zapoznać się z regionami winiarskimi Serbii. A inne materiały o kraju można pobrać stąd.

Jeśli już jesteśmy przy winogronach, absolutnie koniecznie (!) trzeba w lipcu, sierpniu (a może także wrześniu – tego nie wiem) zakupić na targu lokalne winogrona – zwłaszcza te ciemne, prawie czarne i je zjeść. Zazwyczaj już z daleka zobaczymy gdzie leżą, bo krążą nad nimi stada os. Są ekstremalnie słodkie i smaczne, w porównaniu do naszych rodzimych (działkowych) prawie zawsze cierpkich winogron. Bardzo blado wypadają na ich tle importowane, smętne i pozbawione smaku produkty z naszych marketów. Objawia nam się wtedy w pełnej krasie, że żyjąc w chłodnym polskim klimacie jesteśmy trochę poszkodowani.

srb_aleksandrovac_winorosl_002.jpg

Uprawa winogron w Aleksandrovacu. Tutejsze muzeum winiarstwa prezentuje uprawiane w Serbii odmiany.

srb_vrnjacka-banja_rakija_001.jpg

Rakija jabłkowa z monastyru Manasija. Sprzedaje się ją w butelkach bez etykiety z ręcznie robioną „metką”.

srb_kremna_gruszka-wiliamowka_001.jpg

Gruszki odmiany Viljamovka rosną na kempingu o tej samej nazwie, który znajduje się w miejscowości Kremna.

srb_kremna_rakija-gruszkowa_001.jpg

Rakija z vijlamovek. Z takich buteleczek pije się ją także w restauracjach.

srb_kremna_rakija-z-wiliamowek_001.jpg

Nazywa się carska od nazwiska jej wytwórcy (Carevic).

srb_kremna_tworca-rakiji_001.jpg

Oto i on na tle swojej aparatury.

Kawa

Jeśli jesteśmy przy rakiji, nie sposób pominąć innego niemal równie ważnego napoju – kawy parzonej po turecku (ale tego w Serbii nikt nigdy nie przyzna, bo tureckie panowanie to dla nich ogromna trauma). W wielu barach  restauracjach nazywana jest kawą serbską lub domową (srpska kafa, domaća kafa). Jedynie w mocno sympatyzującym z Turcją regionem Sandżak nazywana jest kawą turecką czyli turską kafą. W Nowym Pazarze istnieją liczne niewielkie palarnie kawy. Co ważne, kupowana w nich świeżo palona i mielona kawa ma idealnie tygielkową, mączną konsystencję i kosztuje tyle samo co normalny produkt w sklepie. Jakości jest zdecydowanie lepszej. Cała technologia oparta jest tureckich starych i solidnych maszynach z lat pięćdziesiątych. Wiem to, bo panowie prowadzący palarnie pozwolili poszwędać się po zapleczu, a także porobić sobie zdjęcia. Używana przez nich kawa to Arabica sprowadzana z Brazylii,  nazywa się Minas. Można kupić kawę o trzech stopniach jej wyprażenia. Do każdej jest osobny niemal zabytkowy młynek. Kawa którą kupujemy mielona jest na naszych oczach. W porównaniu z nią zwykła lokalna kawa ze sklepu smakuje gorzej. Nigdy przenigdy przeciętna kawa z wielkich przemysłowych zakładów nie będzie tak dobra jak ta z małej palarni. Oczywiście w Serbii w każdym wiejskim nawet sklepie bez trudu zaopatrzymy się w drobno mieloną kawę znakomicie nadającą się do parzenia w tygielku. Natomiast najlepsza chyba opcja to zakupienie jej w takiej właśnie małej palarni jak te w Nowym Pazarze.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_003.jpg

Novi Pazar. Tyle kosztuje kilogram świeżo palonej i mielonej kawy (700 dinarów to jakieś 25 złotych).

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_006.jpg

Palarni jest w mieście kilka. Kawę w nich wytwarzaną można kupić w sklepach ze zdrową żywnością w całym kraju, bo widziałam ją kilkakrotnie, trzeba pytać o kawę minas (pytanie tylko czy jest świeża).

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_005.jpg

Ale to nie to samo co na miejscu.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_002.jpg

Kawa występuje w trzech rodzajach słabo średnio i mocno prażona.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_001.jpg

A po zmieleniu pakowana jest do takich pięknych opakowań.

Zioła i przyprawy

W Serbii jak grzyby po deszczu powstają dwa typy sklepów. Pierwszy to niezliczone Kinajskie Markety, czyli sklepy prowadzone przez dzielnych chińskich kupców z niezliczonymi plastikowymi dobrami. Drugi to sklepy Zdrava Hrana czyli sklepy ziołowe i ze zdrową żywnością. W każdym nawet najmniejszym miasteczku istnieje co najmniej jeden. Można w nim kupić przyprawy na wagę i na przykład zaopatrzyć się w prawdziwe oregano, lawendę, lokalne bałkańskie chili w korzystnej cenie, czy inne rosnące tutaj zioła i przyprawy. W Serbii czarnej herbaty pije się niewiele a alternatywą dla nich są herbaty owocowe a zwłaszcza ziołowe. Bardzo charakterystycznym produktem, którego chciałam spróbować w Serbii i który od razu przypadł mi do gustu jest rtanjski čaj (nie potrafię tego dobrze wymówić, język mi się łamie). To ziele górskiego cząbru zwanego planinski čubar. Pomaga na problemy z trawieniem (cevapi, pljeskavicy i innych upiornie ciężkich potraw z grilla) oraz przeziębienia, przyśpiesza przemianę materii i ogranicza nadmierną fermentację jelitową. Poza tym można nim przyprawiać jedzenie.

Nabiał

Serbia to kraj w którym duże koncerny jeszcze nie przejęły małych lokalnych mleczarń. Istnieje bardzo dużo niewielkich sklepików sprzedających absolutnie genialnej jakości prawdziwy nabiał krowi, owczy i kozi. Są to produkty pierwszej potrzeby w absolutnie normalnych i rozsądnych cenach i nie trzeba szukać ich na półkach z drogą żywnością ekologiczną. Sklepy tego typu znajdują się również na targach i bazarach. Tutaj akurat widać plusy niebycia tego kraju w Unii Europejskiej.  Nie ma obowiązku robienia wszystkiego z pasteryzowanego mleka w sterylnych warunkach, w dużych zakładach. Kilka dni jedzenia prawdziwego, domowego owczego lub koziego sera, który nie widział fabryki, może spowodować drobne problemy żołądkowe u ludzi przywykłych do nabiału mocno przetworzonego. Na uwagę zasługuje też kajmak –  bardzo tłusty, kremowy, smarowny biały ser odrobinę przypominający mascarpone. Na Bałkanach je się go na śniadanie, oraz podaje z mięsnymi daniami takimi jak cevapi i pljeskavica.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_001.jpg

Sklep z nabiałem halal w Nowym Pazarze.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_003.jpg

Ser dojrzewa w pięknych drewnianych skopkach.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_002.jpg

Z dala od Unii Europejskiej i jej zakazów żywieniowych.

Słodycze

Pod względem słodyczy jest typowo dla Bałkanów, mianowicie królują tutaj smaki tureckie. Możemy bez trudu spróbować wszystkich najpopularniejszych słodyczy tureckich i arabskich. Najbardziej dostępny jest rahat, rahatlokum czy po prostu lokum, czyli rodzaj słodkiej galaretki w kostkach. Te najtańsze i najmniej dobre składają się głównie z cukru i/lub syropu glukozowo-fruktozowego. Niestety w porównaniu do tureckich oryginałów smakują bardzo kiepsko. Można jednak spotkać takie piękne stragany jak ten we Vrnjackiej Banji, w których można kupić lokum tureckie i macedońskie w przeróżnych także lokalnych smakach takich jak na przykład śliwkowy, z którym w Turcji chyba się nie spotkałam.

W cukierniach zjemy rozmaite typy baklavy, kunafy i innych ciast i ciastek, których bazą jest ciasto filo w gęstym syropie. Oczywiście desery są tańsze niż w Turcji i raczej w niczym tureckim pierwowzorom nie ustępują. O tureckich słodyczach więcej piszę tu.

srb_vrnjacka-banja_lokum_002.jpg

Stragan z lokum (tudzież rahatem albo rahatlokum) we Vrnjackiej Banji.

srb_vrnjacka-banja_lokum_001.jpg

Można na nim kupić 18 rodzajów lokum. W sklepie znajdziemy tylko trzy: waniliowe, różane i orzechowe.

srb_vrnjacka-banja_slodycze_001.jpg

To jabłka pokryte kolorowym lukrem na innym straganie we Vrnjackiej Banji.

srb_vrnjacka-banja_serbska-viagra_001

A to słynne na całych Bałkanach orzechy i bakalie w miodzie zwane tutaj „serbską viagrą” jest też viagra bułgarska, grecka i inne lokalne wariacje, każdy kraj uzurpuje sobie tą nazwę i twierdzi że był prekursorem tego deseru.

Coś na szczęście

Bałkany to region mocno przesądnych ludzi. Oficjalne religie to jedno, ale ludzie i tak wiedzą swoje. Wystarczy zobaczyć że prawie każde dziecko nosi na rączce czerwoną wstążkę. Szczęście można także  kupić sobie na targu. Na przykład korzeń mandragory lekarskiej, zwany tutaj raskownikiem. Ta bardzo trująca roślina od zawsze fascynowała ludzi, tym bardziej że jej korzeń swoim kształtem bardzo często przypomina człowieka. Ilość legend w średniowiecznej Europie  związanych z tą rośliną przechodzi wszelkie wyobrażenia. Wykopywano ją w środku nocy najczęściej przy pomocy zwierząt na przykład psa, gdyż wierzono że człowieka który to zrobi spotka szybka śmierć. Roślina miała wydawać z siebie krzyk, po którego usłyszeniu nie było dla człowieka ratunku. Był to też składnik słynnej maści czarownic. Jeżeli korzeń „zobaczył” światło słoneczne tracił swoją moc. Dowiedziałam się że w Serbii umieszcza się go w najciemniejszym miejscu domu w celu jego ochrony przed złymi mocami i zapewnieniu sobie szczęścia i bogactwa, podobno wielu ludzi nosi skrawki korzenia w portfelu. Kulminacją szczęścia jest zawiązanie na nim czerwonej wstążki (co gwarantuje jeszcze lepszą ochronę przed urokami).

srb_vrnjacka-banja_korzen-mandragory_001.jpg

Korzeń z metką jednak mniej mi się podobał.

srb_vrnjacka-banja_korzen-mandragory_002.jpg

Dlatego wybrałam ten bez, w dodatku był tańszy.

srb_vrnjacka-banja_rosliny-na-szczescie_001.jpg

Dziewięćsił jako symbol mocy również do kupienia na targu.

Prawosławne gadżety

Jeżeli już jesteśmy przy szczęściu to absolutnie zdumiewa wszędobylstwo prawosławnych świętych – są oni dosłownie wszędzie. Towarzyszą w życiu każdemu prawdziwemu Serbowi w nieskończonej liczbie wizerunków niczym hinduscy bogowie w Indiach. Na bazarze sacrum zupełnie szaleńczo miesza się z profanum. Magnesy na lodówkę  z prawosławnymi ikonami i otwieracze do butelek a nawet korkociągi wizerunkiem jakiegoś świętego to chyba najlżejszy tego przypadek. Na targu spotkać można bowiem na przykład zegar ścienny ze świętym Mikołajem albo Paraskewą a także liczne butelki na rakiję. Najpopularniejsze są te ze świętym Jerzym. Widziałam z jego podobizną także zapalniczki. Wygląda to niemal jak wrogie przejęcie przez religię wszystkich zakazanych aspektów życia. Z drugiej strony podczas naszych noclegów w prawosławnych monastyrach po liturgii na którą zostaliśmy zaproszeni, (więc trzeba było przyjść nawet jeśli zaczynała się o szóstej rano), zaproszono nas także na poranną kawę. Okazało się że do kawy wszyscy – również liczne osoby duchowne – zamieszkujący monastyr zakonnicy i ich goście, piją rakiję. Robią tak codziennie na dobry początek dnia. Może więc butelka na wódkę ze świętym Jerzym nie jest wcale takim profanum jak nam może się wydawać.

srb_vrnjacka-banja_zegar-ze-swietym_001.jpg

Czy zegar kuchenny ze świętym Mikołajem to obok drewnianych łyżek standardowe wyposażenie kuchni na Bałkanach?

srb_vrnjacka-banja_butelka-na-rakije_001.jpg

A to już absolutny hit. Butelka na rakiję (powierdzone, pytałam na straganie) z charakterystycznymi buteleczkami/kieliszkami do jej konsumpcji.

srb_vrnjacka-banja_butelka-na-rakije_002.jpg

Tu butelki drewniane wiadomego przeznaczenia.

Koszulka z Putinem

Rosja jest w Serbii bardzo poważana, jednak nikt nigdy nie powiedział nam złego słowa gdy ośmieliliśmy się wyrazić o niej krytycznie. Mam wrażenie, że naszym rozmówcom zdecydowanie bardziej nie spodobałoby się jeśli wypowiedzielibyśmy się pochlebnie o Turcji czy Albanii, niż krytycznie o Rosji. Z drugiej strony, niejednokrotnie korzystaliśmy z miłości Serbów do wszystkiego co rosyjskie – po prostu bezustannie byliśmy brani za Rosjan z racji różnic językowych. Polski i rosyjski brzmią dla nich bardzo podobnie. Miłość do Putina dopada tutaj zarówno młodych nacjonalistów jak i dużo starszych „jugonostalgików”. Marzą o dzielnym władcy, który silną ręką zaprowadzi porządek w zdegradowanym w ich mniemaniu kraju (i przywróci mu dawną świetność). To prawda, że mnóstwo młodych ludzi jest na emigracji za granicą, a drogi nie są najlepsze, najbardziej jednak zdumiewa mnie wszechobecny nie wiem skąd się biorący marazm. Żaden prezydent-superman na to nie pomoże, dopóki nie zmienią się ludzie. Kraj turystycznie nie istnieje. Ja tam bynajmniej na to nie narzekam, bo nie lubię hord ludzi, a atrakcje mam niemal na wyłączność. Większość potrzebnych informacji dam radę znaleźć sobie sama, zwłaszcza że język jest mocno podobny do naszego. Ościenne kraje zrobiły jednak w tym czasie dużo więcej. Nie chciałabym by Serbia stała się pod względem turystyki drugą Chorwacją, jednak niektóre rozwiązania sporo mogłyby ułatwić życie przybyszom z zewnątrz.

srb_vrnjacka-banja_koszulka-z-putinem_001.jpg

Koszulki z Putinem do wyboru do koloru na straganie zaopatrującym serbskich „dresiarzy”, kibiców oraz nacjonalistów.

Monastyr Crna Reka 2015

Monastyr Crna Reka to miejsce, które  może zmienić czyjeś pojmowanie świata. Takie miejsca warto odwiedzać najbardziej. Wakacje można wykorzystać różnie: wybrać się na urlop żeby wypocząć – na przykład na wczasach all inclusive, albo oprócz odpoczywania, wykorzystać ten czas na mniejszą lub większą zmianę swojej perspektywy, czyli najprościej mówiąc pozamiatać sobie w głowie. W tym roku w Serbii tak pozamiatać udało się kilka razy. Oto jeden z takich przypadków. Jak w ogóle dowiedzieliśmy się, o tym miejscu (bo oczywiście najlepsze miejsca to te nieplanowane)? Najpierw spędziliśmy noc w monastyrze Studenica (czego również nie planowaliśmy), gdzie zostaliśmy zaproszeni na poranną liturgię. Skoro byliśmy jedynymi zagranicznymi gośćmi noclegowni, gospodarze uznali za stosowne zaprosić nas na takie wydarzenie, a jako że lubimy słuchać prawosławnej śpiewanej liturgii specjalnie wstaliśmy o szóstej by zdążyć chociaż na kawałek. Po liturgii zostaliśmy zaproszeni na poranną kawę (i rakiję) i długo rozmawialiśmy z młodym nauczycielem fizyki, który co wakacje przyjeżdżał do monastyru popracować przez jakiś czas jako wolontariusz, zrelaksować się i odpocząć od cywilizacji. To właśnie on polecił nam by koniecznie odwiedzić Crną Rekę. Kiedy więc znaleźliśmy się w Novim Pazarze, stwierdziliśmy że to tak blisko, że chyba skorzystamy z tej rady. Mieliśmy tam być dwie godziny, mając zaplanowane na ten dzień także kilka innych interesujących miejsc. Zostaliśmy cały dzień.

Crna Reka leży w miejscu dosyć odosobnionym w samym środku gór masywu Mokra Gora. Raczej nie liczmy na dojazd tam publicznym transportem. Bez własnego samochodu lub w ostateczności autostopu, z pewnością będziemy musieli iść kilka kilometrów od głównej drogi. Monastyr leży w górach na styku trzech krajów. Niespełna kilometr stąd rozpoczyna się już Kosowo, a niespełna 10 kilometrów dzieli to miejsce w linii prostej od Czarnogóry. Nawet niektórzy nasi rozmówcy nie byli pewni czy aby na pewno Crna Reka leży jeszcze w Serbii, ale tak twierdził nasz GPS. Sam dojazd także nie wygląda zbyt łatwo i przyjemnie, ciekawe czy da się tam przejechać samochodem osobowym w zimie gdy spadnie śnieg? Chyba nie odważyłabym się na taki wyczyn. Nachylenie drogi jest takie, że na dwójce wjechać się nie da (albo jestem całkiem beznadziejnym kierowcą, ale jakoś dojechałam tu te 1200 kilometrów z Polski). Na pocieszenie dodam, że jest nowy asfalt, co prawda idealnie na szerokość jednej osobówki, ale ponoć jeszcze nie tak dawno nie było go wcale. O tym że coś ważnego mnie tutaj spotka, wiadomo było już przy wjeździe do monastyru, kiedy to udało mi się wjechać w kamienny murek na zupełnie pustym parkingu (no dobra, chyba jestem trochę beznadziejnym kierowcą) i uszkodzić zderzak. Zawsze tak mam, że jak coś ważnego ma się wydarzyć tłuką mi się w domu naczynia.

srb_okolice-monastyru-crna-reka_001.jpg

Okolice monastyru wyglądają dość sielsko.

srb_okolice-monastyru-crna-reka_003.jpg

A sam monastyr jest dookoła otoczony górami.

srb_okolice-monastyru-crna-reka_004.jpg

W okolicznych miejscowościach większość mieszkańców to muzułmanie w każdej wsi znajduje się meczet.

srb_monastyr-crna-reka_010.jpg

Klasztor to taka trochę prawosławna wyspa. Znany jest w całej Serbii, słynie z licznych uzdrowień.

Na przywitanie jeden z zamieszkujących klasztor posłuszników zaprasza nas do stołu i robi kawę po turecku (a raczej po serbsku, gdyż po turecku to byłby prawdziwy afront). Oczywiście jak to zwykle w Serbii bywa, nie przyjmuje za nią pieniędzy, bo robi ją z gościnności, a jeśli uważamy że trzeba za nią zostawić pieniądze, mamy to zrobić we wnętrzu świątyni. Zaraz po nas do monastyru przybywa dwóch „przypakowanych” Serbów wyglądających trochę jak jacyś południowi mafiosi i także zajmują miejsca przy stole przy którym siedzimy i rozmawiamy łamanym serbsko-angielsko-polskim z naszym gospodarzem. Okazuje się że dresy, ciemne okulary i skórzane gadżety ubiera się tutaj na przejażdżkę na górskim rowerze. Panowie wyglądali jakby właśnie wysiedli z jakiegoś tuningowanego BMW, a tu taka niespodzianka, bo okazuje się że są rowerzystami i to chyba niezłymi, bo nachylenie dróg ogromne. Tłumaczą nam po serbsku, że wybrali się z Mitrovicy na wycieczkę rowerową do świętego miejsca, żeby „naładować akumulatory”. Prawie w każdym zdaniu mówią jak to źle i okropnie żyje im się w Kosovie. Nikt z całej trójki nie mówi po angielsku, ale sens ich wypowiedzi łatwo zrozumieć, bo mówią bardzo prosto. Są strasznie smutni i zdołowani. W sumie to aż nie chce nam się z nimi długo rozmawiać, bo bije od nich ogromna rezygnacja, niechęć, rozdrażnienie. Chyba dobrze, że nie wszystko co mówią rozumiemy (i z wzajemnością). Nawet nie przyznajemy im się, że mieszkamy w Novym Pazarze i czujemy się w nim świetnie, (dobre samopoczucie burzą tylko spotykani tu i tam brodaci salafici w spodniach do połowy łydki i z żonami w czarnych zasłonach na twarzy) bo nie chcemy całkiem ich dobijać. Tak to przynajmniej doceniają, że będąc w regionie, gdzie w każdej miejscowości stoi kilka meczetów odwiedzamy chrześcijańskie miejsca. Nie chcemy więc ich jeszcze bardziej smucić, że to nie do końca prawda.

srb_monastyr-crna-reka_009

Monastyr Crna Reka wygląda chyba najlepiej ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie serbskich monastyrów.

Dopijamy kawę i zostawiamy ich przy stole i kierujemy się w stronę świątyni. W sumie to wygląda ona tak niesamowicie, że gdyby nie kawa i rozmowa już dawno weszłabym do środka. Świątynia ma charakter obronny. Budynek z nieregularnych kamieni i o mocno nieregularnym kształcie z małymi oknami wyglądającymi jak dziury w termitierze, przytulony do wiszącej nad nim skały. Od reszty lądu otoczony jest sporym obniżeniem terenu będącym naturalną fosą, którą spina rozklekotany drewniany most.  U dołu wiosną pokazuje się rwąca górska rzeka. W lecie kiedy tam byliśmy nie było po niej ani śladu.  Rzeka w okolicy monastyru płynie pod ziemią a kilkaset metrów za nim z powrotem wypływa na powierzchnię. Dzięki temu w monastyrze panuje cisza niezbędna do modlitwy i medytacji. Takie miejsca, musiały mocno wpływać na wyobraźnię ludzi, być uważane za szczególnie pomyślne i obdarzone wyjątkowymi właściwościami, skoro stawiano w nich miejsca ważne dla duchowego rozwoju. Ostatnie odwiedzone przeze mnie tak rewelacyjnie położone miejsce to chyba Tekija w Blagaju. Tylko że w porównaniu z nim (jeśli w ogóle te dwa miejsca można z sobą porównywać) Blagaj to miejsce znacznie bardziej komercyjne. W Crnej Rece każdy gość traktowany jest jeszcze zupełnie unikatowo. Tak chyba ludzie traktowali się w epoce, gdy wiadomości o świecie nie dostawały się do nas za pośrednictwem wszędobylskich mediów, a ludzie przemieszczali się znacznie trudniej i rzadziej niż dzisiaj. Dlatego z każdy obcy człowiek wart był dłuższej rozmowy. A może dzieje się  tak tylko dlatego, że to prawdziwa „prawosławna wyspa” w otoczeniu islamu. Jeśli tak, to wszelkim tego typu wyspom świetnie ten fakt służy. Czuć tutaj prawdziwą chrześcijańską atmosferę jaka musiała panować wieleset lat temu na głębokiej prowincji, gdy wpływy i bogactwo nie były aż tak ważne i liczyły się inne rzeczy.  Nic dziwnego że ludzie przyjeżdżają tutaj żeby doświadczyć cudu. W takich miejscach to pewnie możliwe. Takie w których liczą się już tylko pieniądze i wpływy odcinają kupony od wcześniejszej sławy.

Przechodzimy po rozklekotanym drewnianym moście do wnętrza skalnej świątyni. Jest ono mocno surowe nie ma żadnych niepotrzebnych ozdobników. Obecnie miejsce to zawdzięcza swoją sławę przechowywaniu tutaj relikwii świętego Piotra z Korisy (Петар Коришки).  Data jego urodzin to ponoć rok 1211, urodził się gdzieś pomiędzy Peczem a Kosowym Polem, natomiast jego pustelnia znajdowała się daleko na południe w Korisie niedaleko Prizrenu. Inne źródła podają, że miejscem jego urodzin były okolice Prizrenu. Już w młodości pragnął poświęcić swoje życie Bogu, podobnie jak jego siostra. Udało mu się tego dokonać, jak również ocalić siostrę przed zamążpójściem. Oboje zaczęli żyć obok siebie w zupełnej dziczy jako pustelnicy. Ich pustelnia mieściła się niedaleko Prizrenu. Okazało się że potrafią uzdrawiać i mimo chęci życia w odosobnieniu przyciągali do siebie mnóstwo ludzi.  Oboje stawali się coraz bardziej sławni i zyskiwali rozgłos, którego w ogóle nie chcieli. Piotr uciekając przed niechcianą sławą schronił się w monastyrze Crna Reka i przez jakiś czas w nim przebywał. Tutaj też został pochowany i znajdują się jego relikwie.

srb_monastyr-crna-reka_002.jpg

Wnętrze klasztoru, w cerkwi trwa właśnie modlitwa o uzdrowienie.

srb_monastyr-crna-reka_008.jpg

Za zakrętem znajduje się małe źródełko z leczniczą wodą. Gdy nie ma wody lecznicze jest też błoto.

srb_monastyr-crna-reka_006.jpg srb_monastyr-crna-reka_003.jpg srb_monastyr-crna-reka_005.jpg

W cerkwi trwało właśnie jakieś nabożeństwo, więc zostaliśmy trochę się mu przypatrzeć, bo odbywały się tam różne interesujące rzeczy.  W międzyczasie zrobiło się małe zamieszanie w wyniku którego część ludzi tłoczących się w maleńkiej świątyni wyszła, a pozostali  przepuścili nas głębiej żebyśmy dobrze widzieli. Teraz już nie mieliśmy za bardzo jak opuścić tego miejsca bez przerywania ich skupienia, więc postanowiliśmy zostać na kolejnym nabożeństwie żeby się mu przypatrzeć. Ludzie podsunęli nam nawet małe taboreciki, na których można było na chwilę przysiąść. Najpierw rodzina przywiozła do świątyni chorego mężczyznę w stanie prawdopodobnie terminalnym, który z ogromnym trudem chodził o własnych siłach podtrzymywany przez dwie osoby. Po mniej więcej półgodzinie, mężczyzna razem z towarzyszącymi mu członkami rodziny wyszedł z kościoła, a jego miejsce zajęła ponad dwudziestoosobowa grupa z małym na oko półtora albo dwuletnim dzieckiem. Dziecko ewidentnie miało jakąś chorobę genetyczną, na pewno miało rozszczepione podniebienie i zdeformowane stopy. Trudno stwierdzić czy było w jakimś stopniu upośledzone umysłowo, bo nie znam się na takich małych dzieciach. Rodzina dziecka pewnie zapłaciła sporo za ceremonię uzdrawiania, bo podczas nabożeństwa otwarto trumnę ze świętym. Wszyscy po kolei zaczęli podchodzić pochylać się nad otwartą trumną i całować obłożone drogimi kapami ciało świętego. Nas również wpuszczono do kolejki. Przynajmniej nas to nie zdziwiło, gdyż już wcześniej przytrafiło się to nam w monastyrze Studenica. Zdziwiło nas dopiero to co wydarzyło się potem. Otóż okazało się, że pod trumną ze świętym znajduje się niecka wyłożona materacami i poduszkami, pod którą należy się położyć celem doznania uzdrowienia. To właśnie tam wcześniejsi pielgrzymi umieścili terminalnie chorego mężczyznę i jego podnoszenie wywołało takie zamieszanie. Wcześniej tego nie widzieliśmy, bo tłoczyliśmy się w przedsionku. W monastyrze Crna Reka można poleżeć sobie pod doczesnymi szczątkami świętego Piotra Koriskiego! Nam również kazano to zrobić, więc położyłam się tam gdzie inni. Czy to działa? Na pewno zaczęłam czuć się bardzo specyficznie i z chęcią poleżałabym dłużej, żeby zobaczyć co się stanie, jednak nie chciałam blokować kolejki innym ludziom, którzy przyjechali tu po to specjalnie, więc postanowiłam się pośpieszyć i w miarę szybko opuścić nieckę przeznaczoną do leżenia. Ponoć najlepiej poleżeć dłużej, bardzo często zdarza się, że po chwili ludzie głęboko zasypiają na kilka minut. Miejsce (albo prochy świętego) muszą być więc obdarzone specjalnymi właściwościami. Ojciec genetycznie chorego dziecka tłumaczył nam to wszystko bardzo dobrym angielskim, ponieważ pracował za granicą. Jechali tutaj wynajętym autokarem przez pół kraju, pochodzili ze środkowej Serbii. Tego samego dnia mieli jeszcze odbyć taką samą ceremonię z dzieckiem w monastyrze w Ostrogu. Niestety nie byłam na tyle przytomna by spytać jakie jeszcze metody stosują w celu wyleczenia swojego dziecka. Mężczyzna może nie wyglądał na wykształconego, ale na pewno obytego w świecie. Modły nad dzieckiem trwały pewnie ponad godzinę. Pod koniec ludzie zaczęli stopniowo się rozchodzić, a jedna kobieta z rodziny, zabrała nas na całą uzdrawiającą „ścieżkę zdrowia”, którą należało odbyć by odegnać choroby. Otóż w jednym miejscu jaskini wybijało mikroskopijne źródełko, z którego woda miała ponoć silnie uzdrawiające właściwości, a ludzie nakładali sobie na powieki wodę i odrobinę błota spod źródełka. Było jej na tyle mało że nie dało jej się pić kapała powoli po kropelce i ludzie oszczędzali ją na tyle że tylko zwilżali sobie nią usta. Następnie wzięła nas do bocznej odnogi jaskini w której mieszkał i medytował święty Piotr. Tam należało przycisnąć chore części ciała do jednego z miejsc i poczekać kilka minut. Nawet jeśli znajdziemy się tam sami to z pewnością poznamy gdzie się ono znajduje jest bowiem dość mocno wyszlifowane mnóstwem przesuwających się po nim ciał. Po całej świątyni porozrzucane były banknoty, które ludzie zostawiali w przeróżnych miejscach. Najwięcej ich było właśnie w jaskini gdzie święty mieszkał i oddawał się kontemplacji. Największe nominały leżały sobie porozrzucane i oczywiście nikt ich nie zabierał.

srb_monastyr-crna-reka_004.jpg

Ikony chyba potrzebują pilnej renowacji.

srb_monastyr-crna-reka_001.jpg

A to jaskinia w której mieszkał św. Piotr Koriski.

Po raz kolejny nie mogłam się nadziwić jak dosłownie pojmowany jest tutaj kult świętych. Najlepszy sposób na oddanie czci świętym i spełnienie wznoszonych do nich próśb jest fizyczny kontakt z ich doczesnymi szczątkami. Nie chodzi tutaj oczywiście o jakieś dotykanie ścian świątyni, rzeźb i innych przedstawień świętych, ale o całkiem bezpośredni kontakt ciało-ciało na przykład całując czaszkę leżącą w trumnie. Niektórych pewnie może to szokować ale pewnie całkiem nie tak dawno, musiało to pewnie tak wyglądać wszędzie. Gdzie indziej takie pojmowanie uległo licznym reformom, tutaj jednak nadal zostało na swoim miejscu. Z jednej strony to ogromnie fascynujące, że wszystko jest tutaj takie „archaiczne”. Warto jednak poczytać trochę w internecie o tym monastyrze, żeby zrozumieć dlaczego mieszka w nim teraz maksymalnie sześciu duchownych. Miejscem niedawno wstrząsnęły poważne skandale. Oczywiście tego typu i gorsze skandale dzieją się także w kościołach bardziej zreformowanych i sam fakt bycia zreformowanym lub nie, nie ma chyba tutaj zbyt wiele do rzeczy. Jednak żeby zanadto nie rozpływać się nad tym miejscem jako „wyglądającym na zupełnie nietknięte”, warto dowiedzieć się także tego co dzieje się w nim dzisiaj i poszerzyć swój punkt widzenia.

Pierwszym świętym, który mieszkał w tym miejscu był św. Joanikios, który żył tutaj pod koniec XIV wieku. Dokładna data powstania klasztoru nie jest znana, a rozbieżności sięgają dwu stuleci. Za okres powstania klasztoru przyjmuje się wiek XII, XIII albo XIV.  Święty Joaniklos był prawdopodobnie pierwszym człowiekiem, który wydrążył w skale jaskinię i się w niej osiedlił. Stopniowo dołączyło do niego mnóstwo mnichów. Obecnie skała wydrążona jest tak bardzo, że przypomina termitierę, tak wielu ludzi poszukiwało tutaj duchowego spełnienia i oświecenia. W następnych stuleciach nie ma żadnych źródeł ani wzmianek o tym miejscu aż do wieku XVII. Miejsce było na tyle odosobnione (i mało ważne) że przez jakiś czas ukryto tutaj relikwie samego świętego Sawy przed Turkami. Crna Reka była położona na tyle na uboczu, że nigdy nie została zdobyta ani złupiona. Może była miejscem na tyle marginalnym i biednym, że nikomu nie chciało się tam specjalnie fatygować? Następnie monastyr był kilkakrotnie opuszczany, a następnie od nowa zasiedlany przez mnichów, którzy odnawiali go po kawałku. W 1898 roku wybudowano konak po drugiej stronie rzeki, w którym znajdowała się szkoła religijna.  Następnie monastyr opuszczony został ponownie. Tuż przed wybuchem II wojny światowej zamieszkiwało do tylko dwóch mnichów. Ostatnią osobą, która wpadła na pomysł by ponownie zasiedlić od dawna opuszczony klasztor był biskup Artemiusz, który zgromadził wokół siebie kilkunastu mnichów. Od 1978 roku rozpoczął się remont zabudowań monastyru i wybudowana została droga, oraz doprowadzone prąd i woda. Stopniowo ilość mnichów zwiększyła się. Artemiusz to postać bardzo kontrowersyjna. Należy do najbardziej konserwatywnych i skrajnie nacjonalistycznych kręgów Serbskiego Kościoła Prawosławnego. Po skandalu, jaki wybuchł z jego udziałem w 2010 roku, (chodziło o malwersacje finansowe, związane z obrotem nieruchomościami wbrew interesom Cerkwi) został przeniesiony na emeryturę i pozbawiony katedry biskupiej. Zbuntował się jednak przeciwko temu wyrokowi i razem z zebranymi wokół siebie ludźmi opuścił swoją siedzibę w Šišatovacu i udał się na terytorium północnego Kosowa razem z grupą swoich zwolenników mnichów i świeckich. Wbrew zakazowi sprawowania nabożeństw i mimo odmowy przełożonego klasztoru nadal wydaje i podpisuje dokumenty jako biskup raszkańsko-prizneński, sprawuje nabożeństwa, gromadzi pieniądze i usiłuje odbudować „prawdziwie świętosawską cerkiew”. Trwa przeciwko niemu dochodzenie odnośnie malwersacji finansowych. Były biskup został pozbawiony godności kościelnych a Sobór Biskupów Serbskiego Kościoła Prawosławnego ogłosił, iż duchowny „wstąpił na drogę otwartego rozłamu”. Były biskup kilka razy pojawiał się w monastyrze Crna Reka, próbując organizować tam różne wydarzenia mające skupić wokół niego więcej zwolenników i przejąć monastyr, ale do tej pory nie udało mu się tego zrobić. W 2010 roku większość zamieszkujących klasztor mnichów opuściła go, by pokazać solidarność z niepokornym biskupem. Obecnie monastyr jest niemal opustoszały, kiedy tam byliśmy to (o ile dobrze pamiętam) mieszkało w nim dwóch mnichów i czterech posłuszników.

Jakby tego było mało, w 2009 roku w Crnej Rece miał miejsce inny skandal, o którym wspominali nam wszyscy mniej religijni Serbowie z którym opowiadaliśmy, że odwiedziliśmy to miejsce. Na terenie monastyru znajdował się ośrodek leczenia narkomanów. W Serbii takimi sprawami zamiast specjalistycznych organizacji zajmuje się Serbska Cerkiew Prawosławna. Swoją drogą to bardzo interesujące co stało się z tym krajem po rozpadzie Jugosławii i jak bardzo zacofany się stał, że takimi sprawami zajmuje się tutaj cerkiew zamiast kompetentne instytucje, wykorzystujące najnowsze osiągnięcia medycyny. W 2009 roku wyciekło brutalne nagranie bicia uzależnionych osób różnymi narzędziami na przykład łopatą (kto chce może je sobie wyszukać w internecie, ale jest mocno drastyczne). Kierujący ośrodkiem mnich-harleyowiec Branislav Peranovic poddał się do dymisji i opuścił Crną Rekę, a ośrodek zamknięto. Żeby tego było mało Peranovic niedługo później zaczął kierować podobnym ośrodkiem w Jadranskiej Lesnicy, gdzie pobił innego pacjenta ośrodka na śmierć. Dopiero po tym wydarzeniu został skazany w 2013 roku na 20 lat więzienia.

Dlaczego mimo wszystkich tych mrocznych wydarzeń, ogromnie warto wybrać się do monastyru Crna Reka? Wizyta tam mocno daje do myślenia, nie tylko nad serbskim prawosławiem, ale nad religiami w ogóle. Czy warto w życiu kierować się dogmatycznie i wyłącznie umysłowo pojmowaną religią i jak duże szkody może ona nam wyrządzić. Historia tego miejsca doskonale pokazuje, co zostaje, gdy z religii pojmowanej w sposób mistyczny i osobisty, zostanie tylko zbiór smutno wyglądających dogmatów, służących do generowania uprzedzeń i usprawiedliwiania nienawiści. Religia to ogromna siła i jedynego rodzaju miecz obosieczny. Może robić wiele dobrego, ale może być siłą totalnie destrukcyjną. Wizyta tutaj pozwala zdać sobie sprawę z tego, jaką pułapką jest zwolnienie siebie z samodzielnego myślenia i odczuwania i pozwolenie na to, by ci bardziej obeznani w kwestiach wiary „myśleli za nas”.

Monastyr Studenica 2015

Do Monastyru Studenica mamy zamiar tylko zajechać po drodze, ale okazuje się że jest on tak rewelacyjnie położony niemal na środku niczego, że aż postanawiamy tutaj przenocować. Monastyr prezentuje się znakomicie w otoczeniu gór Radočelo. Został wybudowany w miejscu odosobnionym zgodnie z założeniami lokowania prawosławnych monastyrów – z dala od siedzib ludzkich by nic nie zakłócało mnichom spokoju, ciszy i skupienia. W tej chwili w niedalekiej odległości od monastyru znajduje się pewnie ze 20-30 domów. Po zjechaniu z głównej drogi, jedzie się około 10 kilometrów przez zupełnie puste tereny pokryte łagodnymi i zalesionymi pagórkami. Sporo jest tam ścieżek po których można się powłóczyć. Monastyr leży przy bocznej drodze po której już wieczorem przestają jeździć jakiekolwiek pojazdy – dlatego w nocy jest tam niesamowicie cicho i rewelacyjnie widać gwiazdy, bo teren zupełnie nie jest zanieczyszczony sztucznym oświetleniem. Niestety nie mieliśmy czasu żeby zostać tam na dłużej, czego mocno żałuję. Z noclegiem nie ma żadnego problemu. Konak – czyli dom pielgrzyma jest odnowiony i niedrogi. Na miejscu jest też jadłodajnia dla pielgrzymów, w której o określonych godzinach można dostać jedzenie, za które należy wrzucić dowolną kwotę do   skarbonki „na chwałę bożą”, czego dowiedzieliśmy się gdy w końcu udało nam się dogadać z pracownikami o co tutaj chodzi. Można być zaskoczonym bo nie ma żadnego menu – wszyscy jedzą to co akurat jest przyrządzone i trzeba zapytać o której można w ogóle cokolwiek zjeść.  Jadłodajnia jest chyba niezbyt przyzwyczajona do przyjmowania gości zagranicznych, bo nikt nikomu niczego nie tłumaczy i wchodzi z założenia, że wszyscy wszystko będą wiedzieć. W jadłodajni obowiązują prawosławne zasady postu. W środy i piątki nie je się mięsa, ryb ani nabiału. Obiad wygląda wtedy bardzo skromnie, bo warzywna kuchnia jakoś nie jest domeną Serbów (to nie Indie ani Nepal). Rozgotowane warzywa przyrządzane przez nich jako dania postne, są niestety prawie zupełnie pozbawione smaku. Innych jedzeniowych opcji nie ma. W okolicy klasztoru znajduje się jedynie sklep spożywczy w którym nieliczni miejscowi piją piwo.

Studenica to obecnie najważniejsze serbskie miejsce kultu religijnego leżące w granicach kraju. Od wieków była ważnym centrum życia religijnego, kulturalnego i naukowego jednak z biegiem czasu trochę straciła na znaczeniu. W tej chwili wszystkie kiedyś ważniejsze od tego klasztoru miejsca kultu, znajdują się w ościennych państwach, więc to Studenicy ponownie należy się palma pierwszeństwa. Trochę więc się obawialiśmy, że klasztor będzie mocno skomercjalizowany, otoczony rozlicznymi straganami pełnymi plastikowego badziewia. Nic podobnego. Straganu nie było ani jednego, a klasztor był idealnie wkomponowany w otaczające go zielone pagórki, bez żadnych współczesnych wizualnych zanieczyszczeń. Monastyr został zbudowany w XII wieku przez Stefana Nemanię, który zgodnie z planem miał tutaj zostać pochowany (dlatego o Studenicy mówi się że to tzw. zadušbina Stefana). Stefan będąc królem Raszki – pierwszego zjednoczonego państwa serbskiego, abdykował i zbiegł na półwysep Athos żeby poświęcić się życiu duchowemu jako mnich Symeon. Założył klasztor Chilandar w którym zakończył życie w 1200 roku. Jego syn Rastko, podążył tą samą drogą co ojeciec. Również zbiegł z kraju i postanowił zostać mnichem (przybrał imię Sawa). Do Studenicy przybył w 1208 roku razem ze szczątkami swojego ojca Stefana Nemanii. objął stanowisko archimandryty Studenicy, spisał żywot ojca i go kanonizował. Sawa również został świętym i to nie byle jakim – patronem Serbii oraz twórcą i pierwszą głową Serbskiej Cerkwi Prawosławnej.

Monastyr rozciąga się na sporym terenie otoczonym kamiennym murem. Na jego terenie znajdują się między innymi trzy cerkwie, oraz fundamenty różnych budowli. Wszystko razem stanowi dość fascynujący zlepek różnych stylów architektonicznych i różnych epok. Widać że miejsce było wielokrotnie niszczone i nieustannie odbudowywane. Największa cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy to przykład stylu raszkańskiego, połączenie orientalnej architektury bizantyjskiej i europejskiej romańskiej.  Z zewnątrz wyłożona jest blokami marmuru. Portale i okna są zdobione wykutymi w marmurze roślinnymi ornamentami, które wyglądają bardzo wschodnio. W środku z bardzo bogatego ponoć niegdyś wystroju zostało niewiele. Studenica była wielokrotnie najeżdżana, a jej skarbiec wielokrotnie rabowany. Zniszczenia poczyniły też pożary, które pochłonęły słynną z bogatych zbiorów klasztorną bibliotekę i tragiczne trzęsienie ziemi. Freski niemal całkowicie zniszczyli Turcy. Tłumaczył nam to wszystko mieszkający w klasztorze młody mężczyzna, który przebywał cały dzień w cerkwi i pomagał turystom, czasem opowiadając im co nieco o historii klasztoru. Skupiał się jednak głównie na jej negatywnych momentach, opowiadając głównie o złych i niedobrych, dzikich i niecywilizowanych Turkach (oraz nieco rzadziej w równie negatywnym kontekście o innych sąsiednich państwach) oraz o dobrej, wspaniałej i biednej Serbii. Brzmiało to trochę dziwnie i  mocno nacjonalistycznie, jestem dosyć wyczulona na takie gadki. W cerkwi cały czas ktoś przebywa, pilnując by nikt nie robił w niej zdjęć. Na szczęście na trzech pilnujących tylko jeden tak skrajnie rozumiał historyczne zawiłości.  Z innym z wolontariuszy mieszkających w klasztorze udało nam się dłuższą chwilę porozmawiać. Bardzo potrzebowaliśmy dogadać się z kimś w sprawie kolejnego interesującego miejsca nieopodal.

srb_monastyr-studenica_freski_001.jpg

Niesamowicie podoba mi się sposób używania czerni przez autorów fresków.

srb_monastyr-studenica_freski_002.jpg

Te freski znajdują się w Cerkwi Królewskiej z 1314 roku tam na szczęście można robić zdjęcia.

Oprócz monastyru, zresztą zupełnie magicznego i pełnego ciekawych zakamarków, (co zaraz zobaczycie na zdjęciach), siedem kilometrów asfaltową drogą od klasztoru, znajduje się położona w górach pustelnia św. Sawy, w której ponoć przebywał on dosyć często, by uwolnić się na jakiś czas od ziemskich spraw. Pisał tutaj także swoje teksty religijne. Święty Sawa jest uważany za człowieka który połączył w sobie wartości wschodu (takie jak religijna kontemplacja) i zachodu (energiczne działanie dla dobra społeczeństwa).  Bardzo chcieliśmy to miejsce odwiedzić. Chwilę potrwało zanim udało się nam dogadać w tej sprawie z kimkolwiek, bo nie wiedzieliśmy o co dokładnie mamy się pytać. Ludzie też mówili o nim z pewnym ociąganiem. Okazało się że pustelnia to po serbsku isposnica.  Podawali też bardzo różne odległości od 10 do 20 kilometrów dalej w głąb prowincjonalnej drogi, którą przyjechaliśmy do monastyru. Dlatego postanowiliśmy wybrać się tam samochodem. Okazało się, że spokojnie dałoby się tam dojść piechotą bo siedem kilometrów, po asfalcie podrzędną drogą, po której prawie wcale nie jeżdżą samochody to chyba żaden wielki wyczyn. Martwiłam się również, że nie będzie wiadomo w którym miejscu trzeba zejść z drogi asfaltowej na leśną, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Przy drodze stoi całkiem porządna drewniana tablica informacyjna, więc jak widać pustelnia nie jest w żaden sposób ukrywana i każdy może tam pójść. Za to podany na tablicy czas przejścia do jest kompletnie nierealny, całość trasy w górę zajęła nam chyba 45-50 minut. W dół zejdziemy z pewnością w około pół godziny. Właściwie to pustelnie znajdują się dwie Górna Savina i Dolna Savina. W dolnej znajduje się źródło ze świętą wodą, która leczy liczne choroby. W górnej znajduje się kamienna cerkiew św Jerzego określana nazwą Pridvorica, kaplica oraz właściwa pustelnia, którą zamieszkiwali różni zakonnicy. Teren górnej pustelni rozpoczyna kamienna brama z drewnianymi drzwiami, która nie jest zamknięta na klucz i można wejść na jej teren, natomiast wszystkie budynki z wyjątkiem kaplicy są zamknięte, ale to żaden problem. Widok z góry jest rewelacyjny, znajduje się tam kilka ławeczek na których można posiedzieć.  Pustelnia  przywodzi na myśl różne buddyjskie miejsca kultu położone gdzieś w chińskich górach. Człowiek, który opowiadał nam o tej pustelni twierdził, że rozciągający się z niej widok, to najpiękniejszy krajobraz jaki widział w życiu. Nie wiem czy mogę się z nim zgodzić w stu procentach, ale miejsce jest faktycznie rewelacyjnie położone i panuje w nim absolutnie niesamowity klimat. Warto trochę tam posiedzieć i pokontemplować chociażby rewelacyjny widok. Jedynie (obecnie puste) mieszkanie zakonnika jest zamknięte. Oczywiście w pustelni jak i po drodze do niej nie spotkaliśmy nikogo – w Serbii uprawia się raczej turystykę samochodową i przypuszczam że niewielkiej ilości ludzi chciałoby się iść pod górę przez pół godziny.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_drogowskaz_001.jpg

Jak widać nie należy się martwić na zapas. Zejście z asfaltowej drogi do pustelni jest świetnie oznaczone.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_widok_003.jpg

Warto się przejść bo kawałek dalej czekają nas takie widoki.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy-szlak_001.jpg

Tak wygląda początek ścieżki.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy-szlak_003.jpg

Zgubić się nie sposób dzięki takim znakom. Chociaż do pustelni da się także dojść z innej miejscowości dłuższym szlakiem. Na mapie openstreetmap on się co prawda wyświetla, ale jest mocno nieczytelny, nieprzecięty i nieoznaczony.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy-szlak_002.jpg

Żebyśmy nie zapomnieli gdzie idziemy, pod drodze ludzie co jakiś czas zostawiają skupiska obrazków z wizerunkiem św. Sawy.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_dolna-pustelnia_001

A to dolna pustelnia. Znajduje się w niej czeszma z leczniczą wodą. Jednak razem z nami postanowiła skorzystać z niego żmija, bo była susza.

Podobno po świętym Sawie miejsce było cały czas zamieszkane przez różnych pustelników. Ostatni mieszkający tam stale pustelnik zginął tragicznie w 1981 roku w pożarze. Obecnie pomieszkuje tam bardzo leciwy zakonnik, który najczęściej spędza czas w dolnej pustelni. Zostaje na kilka dni z zapasem jedzenia, nie ma jednak na tyle sił aby zamieszkać tam na stałe. Podobno jego następcy  na razie nie widać. Opowiadali nam o tym miejscowi rolnicy, którzy posiadają swoje pola nieopodal wejścia na górsko-leśną ścieżkę.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_dziewanna_001.jpg

Za to u góry jest tak. Wrażenia zapewniają też monstrualne dziewanny.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_wejscie_001.jpg

Warto tam być zwłaszcza o zachodzie słońca.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_widok_001.jpg

Żeby pokontemplować na przykład takie widoki.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_widok_002.jpg

Mnie najbardziej przypomina to jakiś prowincjonalny buddyjski klasztor w Chinach.

Kiedy w końcu wróciliśmy do Studenicy, zostaliśmy zaproszeni na poranną liturgię. Stwierdziłam że to świetna okazja by porobić  trochę zdjęć monastyru oświetlonego przez wschodzące słońce. Znajduje się on na tyle wysoko że słońce jest w nim znacznie później niż mogłoby się wydawać, więc musiałam kręcić się na zewnątrz dosyć długo, bo nie chciałam wchodzić i wychodzić by nie przeszkadzać ludziom w ich liturgii. Kiedy w końcu weszłam do cerkwi, liturgia zbliżała się ku końcowi. Okazało się, że tego dnia podczas liturgii będą otwierane trumny ze świętymi. Mamy ponoć wielkie szczęście. Do klasztoru przyjechało kilku ważnych mnichów i postanowiono uczcić to wydarzenie specjalnie właśnie w ten sposób. To dlatego większość ludzi z którymi rozmawialiśmy tak pilnie nas na nią zapraszała. Jeśli wielu ludzi mnie na coś zaprasza, to zazwyczaj korzystam. Wygląda to tak, że do otwartej trumny ustawia się kolejka i wszyscy mają możliwość pocałowania czaszki świętego, której fragment jest odsłonięty spomiędzy kapiących od złota tkanin. Zostaliśmy zaproszeni do kolejki – to według miejscowych bardzo duży przywilej by móc chociaż raz w życiu ucałować relikwie ważnego świętego. Przy nas otwarto z pewnością któregoś ze Stefanów, chociaż nie wiem na sto procent czy był to Stefan Nemania, bo z tego co pamiętam było tam pochowanych dwóch ludzi o takim imieniu. Z drugiej strony czy otwierali by trumnę jakiegoś pomniejszego Stefana a nie tego najważniejszego? Czy  Stefan Nemania nie byłby pochowany na honorowym miejscu? Pierwszy raz spotkaliśmy się z czymś takim. Rok wcześniej byliśmy na przykład w rumuńskiej Putnie. Tam również znajduje się grób świętego władcy – Stefana cel Mare. Nikt jednak nie otwiera jego grobowca co tydzień lub częściej, by wszyscy goście mogli ucałować jego doczesne szczątki. Tutaj takie sytuacje są na porządku dziennym, ponoć identycznie wygląda to też w Ostrogu. Całowanie czaszek sprzed kilkuset lat raczej mi nie przeszkadza, więc ochoczo uczyniliśmy to co wszyscy w kolejce – skoro im to nie szkodzi, to nam pewnie też nie. Bardziej chyba obawiałabym się bakterii wszystkich aktualnie całujących szczątki świętego 🙂 niż samych szczątków. Przy okazji, jestem mocno sceptycznie nastawiona do świętych będących przy okazji ważnymi figurami politycznymi i osobiście uważam, że decyzja o nadaniu takiej osobie statusu świętego to zawsze decyzja w mniejszym lub większym stopniu polityczna. Z drugiej strony jak wiadomo szczęścia nigdy za wiele i jestem otwarta na wszelkie formy kultu, więc nie mam nic przeciwko całowaniu czyjejś czaszki z XII wieku. Co bardzo ciekawe, wszyscy pytali nas czy czuliśmy  zapach „najwspanialszych perfum” który ponoć wydobywa się z trumien po ich otwarciu. Niestety zupełnie nie czuliśmy, ale nie chcieliśmy psuć im nastroju więc odpowiadaliśmy w miarę możliwości wymijająco.

srb_studenica_wschod-slonca_004.jpg

Monastyr rewelacyjnie prezentuje się w promieniach wschodzącego słońca. Dookoła jest zupełnie cicho, bo dzień się jeszcze nie zaczął.

srb_studenica_wschod-slonca_003.jpg

Cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy jest wyłożona płytami marmurowymi.

srb_studenica_wschod-slonca_002.jpg srb_studenica_wschod-slonca_001.jpg

srb_monastyr-studenica_freski_004.jpg

srb_monastyr-studenica_portal_001.jpg srb_monastyr-studenica_cerkiew-krolewska_001.jpg srb_monastyr-studenica_freski_005.jpg srb_monastyr-studenica_freski_003.jpg srb_monastyr-studenica_ikonostas_002.jpg srb_monastyr-studenica_ikonostas_003.jpg

srb_monastyr-studenica_ikonostas_001.jpg

Po liturgii jeden z mieszkających w klasztorze wolontariuszy, który dzień wcześniej klarownie wyjaśnił nam jak dojść do pustelni, zaprosił nas w imieniu całej reszty, na poranną kawę i jak się okazało także rakiję (na pusty żołądek – oni to mają zdrowie), razem z innymi przybyłymi do monastyru gośćmi. Usiedliśmy przy bocznym stoliku z dala od cerkiewnych oficjeli i dosyć długo rozmawialiśmy o religii i polityce. Pytał czy u nas również są takie miejsca – odpowiedzieliśmy, że pewnie gdzieś na uboczu da się znaleźć jakieś chrześcijańskie ośrodki monastyczne w których zakonnicy utrzymują się głównie za sprawą własnej pracy, dają dobry przykład i są cennym składnikiem lokalnej społeczności. Za to najważniejsze polskie klasztory zajmują się niestety polityką i to taką w bardzo paskudnym wydaniu, dlatego jakoś szczególnie nie mamy ochoty ich odwiedzać. Nasz rozmówca twierdził, że tutaj zupełnie coś takiego nie istnieje. Nie wiem czy można mu wierzyć. Był on nauczycielem albo wykładowcą akademickim (już nie pamiętam) i w każde wakacje przyjeżdżał do Studenicy żeby przez 2-3 tygodnie pomóc trochę mnichom i odpocząć od cywilizacji. Mówił że bez tego nie wyobraża sobie funkcjonowania. W monastyrze nie ma w tej chwili nikogo młodego, a nowych chętnych do zostania mnichami nie widać. To dziwne bo w serbskich cerkwiach jak i monastyrach można zaobserwować mnóstwo młodych ludzi, również takich którzy przymierzają się do spędzenia życia w klasztorze. Dzięki udziałowi w całej imprezie i gościnności mieszkańców Studenicy, dowiedzieliśmy się o kilku innych interesujących wartych do odwiedzenia miejscach. Dzięki temu trafiliśmy na przykład do monastyru Crna Reka, o którym trudno znaleźć informacje.

Resava i Dolina Wielkiej Morawy 2015

Tym razem będzie o tym, co warto zobaczyć w serbskiej Dolinie Wielkiej Morawy. W książkowym przewodniku turystycznym który akurat tym razem mieliśmy ze sobą jedynymi wartymi i mocno polecanymi do odwiedzenia miejscami były monastyry szkoły morawskiej. Wzięliśmy go tylko dlatego, że jadąc samochodem, nie musieliśmy dżwigać go na własnych plecach. Czasem przydaje się w sytuacji, gdy zupełnie zmieniamy plany. Kiedy decyzja zapada późno w nocy, w miejscu gdzie nie ma jakiegokolwiek internetu, z książki zazwyczaj można dowiedzieć się czy tam dokąd chcemy pojechać warto liczyć na jakieś noclegi czy inne ułatwienia. Niestety z przewodnikami jest tak, że zazwyczaj po przyjeździe na okazuje się, że oprócz tego co w nim wymienione, na miejscu jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy do robienia i oglądania. Zazwyczaj są ciekawsze bo bardziej autentyczne i mniej uczęszczane. Można zupełnie się w nich zrelaksować. Czasem jednak na poboczne atrakcje nie starcza czasu, ponieważ zazwyczaj tracimy go na obejrzenie tego co radzi przewodnik. W dodatku nie tylko my korzystamy z tych książkowych porad. Czasem razem z nami udział w „turystycznym przeżyciu” bierze udział całkiem sporo ludzi (oczywiście zatopionych w lekturze tego samego przewodnika) i mamy poczucie że jesteśmy na jakiejś tajemniczej na poły zorganizowanej wycieczce. Ja natomiast wszelkimi atrakcjami wolałabym cieszyć się zupełnie indywidualnie. Nieraz z tymi samymi osobami mijamy się w kilku odwiedzanych miejscach. To śmieszne i straszne jednocześnie. Tymczasem to co najciekawsze jak zwykle znajduje się po drodze lub gdzieś w międzyczasie. Dlatego coraz częściej stosujemy różnego rodzaju ucieczki z popularnych szlaków i dobrze na tym wychodzimy. Z drugiej strony, gdyby nie przewodnik w wiele miejsc w ogóle nie pojechalibyśmy. Nie warto jednak zupełnie serio go traktować. Na przykładzie Doliny Wielkiej Morawy i Resavy widać, że warto szukać na własną rękę, a nie tylko sugerować się czyimiś radami. Na miejscu prawie zawsze okazują się one być średnio potrzebne i gdybym miała możliwość pojechania tam drugi, raz mój plan byłby zupełnie inny. Jak zwykle nie warto się śpieszyć i najlepiej zdać się na własne czasem losowe poszukiwania. Wyjdziemy na tym znacznie lepiej niż ślepo trzymając się planu.

srb_monastyr_ljubostinja_003.jpg

Monastyr Ljubostinja wybudowany w stylu morawskim.

srb_monastyr_ljubostinja_002.jpg

Ljubostinja – wszystkie trzy odwiedzone przez nas monastyry posiadają bardzo podobne detale architektoniczne. Gdyby nie daty i nazwy plików ciężko byłoby odróżnić który jest który.

srb_monastyr_ljubostinja_001.jpg

Jabłonka przygnieciona własnym plonem, z którego powstanie zapewne jakaś gustowna rakija.

Kiedy już tam dojechaliśmy, okazało się że zamiast odhaczać na liście kolejne zabytki, z których odwiedzania niewiele nam przyjdzie, warto byłoby skasować kilka następnych dni z planu podróży i zostać tutaj. Zachwalane przez nasz przewodnik prawosławne monastyry okazały się (jak dla mnie) chyba najmniej interesujące ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie monastyrów w Serbii. Może na zdjęciach wyglądają w miarę ciekawie, jednak w porównaniu do Fruskiej Gory, Góry Kablar, Studenicy i mnóstwa innych miejsc w Serbii, wypadły stosunkowo blado. Nie miały atmosfery i „tego czegoś”. Czułam się w nich jak turysta a nie jak gość, a już od dawna nie do końca bawi mnie typowe zwiedzanie czegokolwiek, dlatego staram się raczej unikać miejsc, gdzie nie da się nie „zwiedzać”.

Najpierw udajemy się do monastyru Manasjia (zwanego także monastyrem Resava). Na zdjęciach  wygląda on niezwykle imponująco z powodu bardzo solidnych murów z jedenastoma wieżami, którymi jest otoczony. Monastyr pochodzi z XV wieku, został wybudowany przez Despotę Stefana Lazarevića. Znajdująca się w twierdzy cerkiew Świętej Trójcy reprezentuje styl morawski – budowla jest podobna do pozostałych monastyrów  w okolicy.  Miejsce mało być ostoją serbskiej kultury i religii – manuskrypty szkoły resavskiej były bardzo znane i cenione w XV i XVI wieku.  Fortyfikacje i tak nie uratowały monastyru przed Turkami, którzy spalili go w XVIII wieku. W cerkwi w zasadzie większość fresków i wystroju udało się im skutecznie zniszczyć. Wielokrotnie grabiono też skarbiec, dlatego do oglądania pozostało tu stosunkowo niewiele. Murami też nie ma się za bardzo jak nacieszyć. Nie da się na nie wyjść i się po nich przespacerować, bo nikt chyba nie wpadł na taki pomysł. Aczkolwiek na murze trwały  prace remontowe, więc może kiedyś będzie to możliwe. Szkoda wielka bo okolica wygląda rewelacyjnie. Póki co możemy sobie je tylko pooglądać z dołu. Niestety miejsce nie posiada szczególnej atmosfery, nie jest ważnym miejscem pielgrzymek i lokalnej duchowości. Po prostu ładnie wygląda na zdjęciach lotniczych albo z drona. Wewnątrz murów możemy pooglądać równo przycięte rabatki i pustawą cerkiew. Może na przykład o zachodzie słońca albo o zmroku miejsce zaczęło by być bardziej klimatyczne, na tyle żeby dłużej w nim zostać i się zafascynować, jednak dużo bardziej wolałabym przejść się po interesująco wyglądającej okolicy niż na szybko zwiedzić sam klasztor. W miarę interesująco przedstawiał się za to  klasztorny sklep z dewocjonaliami prowadzony przez zakonnice, w którym można było nabyć także przetwory i całkiem przyzwoitą jabłkową rakiję.

srb_monastyr-manasija_001.jpg

Monastyr Manasija otoczony jest bardzo imponującym murem na który niestety nie można wejść.

srb_monastyr-manasija_002.jpg

Zdecydowanie ładniej wygląda na zdjęciach niż w rzeczywistości.

W pozostałych dwóch odwiedzonych przez nas monastyrach Ljubostinja i Ravanica było jeszcze mniej ludzi i jeszcze mniej atmosfery. Może błędem było przyjeżdżanie tam w środku tygodnia? Oba miejsca są dobre na krótkie zatrzymanie się w nich, obejrzenie i pojechanie dalej. Historia tego kraju potoczyła się tak, że większość interesujących monastyrów zachowanych do naszych czasów znajduje się na głębokiej prowincji w trudno dostępnych i niegdyś mało ważnych miejscach. Tylko dzięki temu przetrwały. Zazwyczaj więc znajdują się one w skupiskach, otoczone trudno dostępnymi górami i lasami. Pomiędzy nimi często wytyczone są ciekawe i zazwyczaj mocno pustawe trasy. Tak jest w kompleksach monastyrów: Ovčar-Kablar i Fruškiej Gorze. W Dolinie Wielkiej Morawy klasztory rozmieszczone są bardzo pojedynczo, oddalone od siebie o stosunkowo dużo kilometrów, wciśnięte w całkiem normalne otoczenie. Może przez to nie robią takiego wrażenia jak te położone w skupiskach w sąsiedztwie zalesionych pagórków i skał, kiedy tworzą własny mikrokosmos. Izolacja sprzyja zupełnie innemu traktowaniu przybyszów. Przyjście do monastyru na własnych nogach to coś zupełnie innego niż banalne przyjechanie samochodem. Monastyry szkoły morawskiej leżą często całkowicie w środku miejscowości i dostanie się do nich nei wymaga trudu. W dodatku – nie chcę narazić się tutaj historykom sztuki – ale muszę to stwierdzić, wszystkie trzy są do siebie mocno podobne. Detale architektoniczne występujące na nich są niemal identyczne. Spokojnie można odwiedzić jeden z nich na przykład Manasiję i zająć się innymi fajnymi miejscami w tej okolicy.

srb_monastyr_ravanica_001.jpg

Monastyr Ravanica.

srb_monastyr_ravanica_002.jpg

W detalach prezentuje się dość orientalnie.

srb_monastyr_ravanica_003.jpg

Monastyr powstał w XIV wieku, jego założycielem był święty serbskiego kościoła prawosławnego Lazar Hrebeljanović.

srb_monastyr_ravanica_005.jpg

Był pierwszym monastyrem szkoły morawskiej. Już po ośmiu latach od wybudowania pomimo murów obronnych został doszczętnie zniszczony przez Turków, co w późniejszych dziejach tego miejsca powtórzyło się jeszcze kilkakrotnie.

srb_monastyr_ravanica_004.jpg

Po rozpadzie Jugosławii każde z nowo powstałych państw zaczęło rozwijać się we własnym tempie i na swój sposób. Nie byłam jeszcze we wszystkich, ale w większości z nich. Spośród odwiedzonych przeze mnie państw, to właśnie w Serbii czas zatrzymał się najbardziej. Widać to po infrastrukturze, samochodach, wyglądzie miast i mnóstwie innych rzeczy. Wiele spraw pozostawiono samym sobie. To pewnie dzięki temu zachowały się takie regiony jak Resava, pełne nieczynnych już albo mocno podupadających kopalni węgla brunatnego, małych miejscowości, gdzie można na dobrych kilka dni skutecznie odpocząć od tak zwanej cywilizacji. Okolica obfituje w mnóstwo miejsc, w których można zaopatrzyć się w ekologiczne sery, miody i różne lokalne owocowe produkty w tym oczywiście rakiję. Przydrożne tablice i kramy zapraszają przejezdnych. Podejście do handlu też jest specyficzne. Kiedy próbowałam kupić owczy ser w jednym z gospodarstw, sprzedawcom zupełnie nie chciało rozmieniać się na drobne i sprzedawać go w niewielkiej ilości (a ileż możemy kupić w upale bez lodówki?) dlatego dali go nam za darmo.

srb_resava_kopalnia-wegla_001.jpg

Przejeżdżając przez region można napotkać wiele takich górniczych pozostałości. Niektóre kopalnie jeszcze działają.

Ciekawych atrakcji przyrodniczych jest tutaj parę. Po pierwsze znajduje się tu muzeum górnictwa – jedna z nieczynnych kopalń przeznaczona jest do zwiedzania, niestety nie mieliśmy czasu się w niej zatrzymać. Zamiast tego pojechaliśmy do największej otwartej dla turystów jaskini w Serbii, zatrzymując się także po drodze nad wodospadem otoczonym etno-restauracjami w wybitnie bałkańskim stylu. W okolicach jaskini znajdują się (prawdopodobnie niezbyt często uczęszczane) szlaki turystyczne, można powłóczyć się po niewielkich górkach i łąkowych pastwiskach. Wszystkie te miejsca są mocno niekomercyjne i odwiedzane głównie przez lokalnych turystów. Okolica jest niezwykle cicha i spokojna. Pozostaje mocno na uboczu od innych popularnych turystycznie miejsc w Serbii (jeśli w ogóle można mówić o jakiś miejscach w tym kraju są które mocno turystycznie skomercjalizowane i w porównaniu na przykład z Dubrownikiem).

Resavska Pecina jest największą jaskinią Serbii. Odkryta dopiero w 1962 roku przez pasterzy licznie dookoła wypasanych owiec. Przed wejściem do niej znajdziemy kasę biletową, pusty parking, i prawie nic dookoła, działa tylko jakiś podupadły bufet i sklep z pamiątkami. Nie ma licznych kramów z pamiątkowym badziewiem jak w innych tego typu obiektach. Przed jaskinią kręci się kilka osób, czekając na wejście do środka, wszystko odbywa się bardzo leniwie i spokojnie. Wewnątrz jaskini zdecydowanie jest co oglądać za to w porównaniu z jaskiniami na Węgrzech czy Słowacji jest tutaj wielokrotnie mniej odwiedzających, a opłata za wstęp jest bardzo niska. W środku na szczęście nikt nie puszcza kiczowatej muzyki i nie miga jaskrawymi światłami. Zwiedzanie odbywa się jeszcze „po staremu”.

srb_jaskinia_resava_001.jpg

Wejście do jaskini wygląda dosyć klimatycznie.

srb_jaskinia_resava_002.jpg

Wewnątrz jest na co popatrzeć, można w spokoju porobić zdjęcia, nikt specjalnie się nie śpieszy.

srb_jaskinia_resava_003.jpg

Można w spokoju poprzyglądać się różnym ciekawym formom skalnym.

srb_jaskinia_resava_004.jpg

A naszych uszu w międzyczasie nie masakruje jakaś ckliwa i kiczowata muzyka jak bywa to na Węgrzech lub na Słowacji.

srb_jaskinia_resava_005.jpg

Niektóre formy skalne wyglądają jak małe grzyby.

Po drodze z albo do jaskini warto wybrać się nad wodospad Veliki Buk. Można zrobić sobie niewielką przechadzkę i zjeść coś w położonych nad rzeką drogawych restauracjach. Miejsce wygląda bardzo sielsko i położone jest niemal na środku niczego.

srb_wodospad_veliki-buk_002

Można też wybrać się na przechadzkę do wodospadu Veliki Buk. W jego sąsiedztwie znajduje się kilka etno-restauracji położonych tuż nad wodą.

srb_wodospad_veliki-buk_001.jpg

Region zdecydowanie warto odwiedzić. Jeśli już musimy spędzić tutaj tylko jeden dzień zdecydowanie nie warto przeznaczać go tylko na jeżdżenie po prawosławnych monastyrach bo okolica posiada dużo więcej atrakcji przyrodniczych i gastronomicznych. Okolica zdecydowanie warta jest odwiedzenia, ale na zupełnie własną rękę. Z polecanych wszędzie atrakcji, być może warto wybrać się w ostateczności do monastyru Manasija (Resava), pozostałe zaś te bardziej przyrodnicze bez problemu znajdziemy po drodze. Wszystkie one oznaczone są przydrożnymi brązowymi tablicami. Region znakomicie nadaje się na kilkudniowy całkowity odpoczynek od cywilizacji w otoczeniu sadów owocowych, niewielkich górek lasów pastwisk.