Archiwum kategorii: Serbia

Ovcar Banja i wąwóz Ovcar-Kablar

Wrzuciłam tutaj już wcześniej posta o Gucy. Nie napisałam w nim jednak, gdzie podczas festiwalu nocowaliśmy – no właśnie tutaj – w Ovcar Banji. Miejscowość jest całkiem sensownie położona i da się znaleźć w niej niedrogi nocleg w pensjonacie, którego jedyną wadą jest nieusuwalny zapach wieloletniego palenia papierosów w pokoju. Po drugiej stronie rzeki działa także kemping, ale jest bardzo smutny i zrujnowany, infrastruktura z pewnością nie została tknięta remontem od czasów Jugosławii, więc raczej nie warto brać go pod uwagę jako opcji noclegowej. Jest tutaj także kąpielisko termalne znajdujące się w Wellness Centar Kablar, ale bardzo, bardzo kiepskie i chociaż liczyliśmy na to, że codziennie będziemy się w nim kąpać, to jeden raz zupełnie nam wystarczył. W SPA Centar Kablar także są noclegi, ale dosyć drogie i użytkowane głównie przez zachodnioeuropejskich emerytów z zasobnym portfelem. Jak na miejscowość w której mieszka 120 osób znajduje się tu w miarę dobrze zaopatrzony sklep spożywczy, w którym miejscowi piją piwo, oraz restauracja w której chyba nie ma żadnej opcji zjedzenia czegoś wegetariańskiego, a tym bardziej wegańskiego gdyż serwuje ona maksymalnie kilka potraw i wszystkie są z mięsem. Nieco dalej nad rzeką jest też druga restauracja w której wybór jest nieco większy. Ovcar Banja jest położona dokładnie w samym środku wszystkich okolicznych atrakcji a są nimi: liczne prawosławne monastyry, trasy piesze i wspinaczkowe po niewysokich acz skalistych górach, oraz meandrująca i tworząca martwe odnogi rzeka Morava, w której mnóstwo ludzi łowi ryby. Wszystkie atrakcje są położone w bardzo niewielkiej odległości od siebie. Okolica miała niegdyś ogromne znaczenie. Niedostępność tego terenu sprawiła, że stawiano tutaj liczne monastyry, których do naszych czasów w wyniku tureckiej okupacji i innych historycznych wydarzeń z kilkuset przetrwało jedynie dziesięć:  Blagoveštenje, Ilinje, Nikolje, Uspenje, Jovanje, Sretenje, Sveta Trojica, Preobraženje, Vaznesenje i Vavedenje. Różnią się one zdecydowanie od tych z Fruskiej Gory, zarówno architekturą jak i lokalnymi uwarunkowaniami. Powstały znacznie wcześniej, początki powstawania  niektórych zbiegły się w czasie z początkami istnienia serbskiej państwowości, w źródłach historycznych monastyry po raz pierwszy wymienione zostały w wieku XV i XVI. Miejsce to jest nazywane serbską Górą Athos. Okolica stała się dostępna dopiero w XX wieku za sprawą dróg i kolei.

Rzeka Morawa tworzy w tutaj miejscami skalisty wąwóz i wcina się pomiędzy dwie najwyższe góry Ovcar i Kablar. Wiodą na nie dość popularne piesze trasy wycieczkowe. Zważywszy na to że Serbowie odczuwają ogromną niechęć do chodzenia na piechotę, o ich popularności świadczy to, że na obu z nich maksymalnie kilka razy spotkamy jakąś pojedynczą osobę. Z Ovcar Banji pieszo dojdziemy do większości z dziesięciu monastyrów i na zobaczenie wszystkiego spokojnie wystarczą dwa pełne dni. Byliśmy tu dwa przedpołudnia, bo wieczory i noce spędzaliśmy w Gucy. W niektórych monastyrach odbywały się rodzinne uroczystości religijne, na których oprawę muzyczną zapewniali trębacze, dorabiający sobie poza festiwalem, więc w Gucy byliśmy chcąc nie chcąc nawet tutaj.

Góra Ovcar

Z Ovcar Banji możemy zrobić sobie krótką wycieczkę na górę Ovcar, po drodze zachodząc do kilku monastyrów. Na samym szczycie znajduje się wieża telewizyjna i nadajniki sieci komórkowej, a spod niego rozpościera się widok na całą okolicę, meandrującą rzekę i monastyry, w pobliżu nie ma bowiem żadnych większych wzniesień.

Przez niemal całą drogę na szczyt idzie się przyjemnie zacienioną leśną ścieżką.

Po drodze mijamy szczęśliwe wałęsające się samopas barany mieszkające w monastyrze Sretenje.

A to sam monastyr Sretenje. Spędziliśmy w nim sporo czasu gdyż poczęstowano nas śliwkami i kawą oraz wypytano o wszystko. Pierwsza wzmianka o tym monastyrze pochodzi z 1623 roku i dotyczy jego wyburzenia.

A taki widok rozpościera się spod szczytu góry Ovcar. Widać z niego na przykład bardziej skalistą górę Kablar.

I meandrującą rzekę Morawę.

Na szczycie góry rośnie ogromna ilość naparstnic.

Góra Kablar

Na górę Kablar także warto się wybrać ponieważ znajduje się tutaj kolejna pustelnia św. Sawy, a w zasadzie cerkiew mu poświęcona, wybudowana w miejscu nieopodal którego wybija poświęcone Sawie święte źródło. Góra Kablar jest znacznie bardziej skalista i jest tam kilka tras o różnym stopniu trudności. Ponoć warto wierzyć na słowo twórcom tras, którzy twierdzą że niektóre z nich są trudne (ale nie sprawdzałam tego osobiście, co jednak zrobiła druga część naszego dwuosobowego teamu).

Monastyry

Tutejsze monastyry można podzielić na dwie grupy. Pierwsze z nich są zachowane w bardzo dobrym stanie od kilkuset lat, a inne odrestaurowane we współczesny sposób stosunkowo niedawno. W tych pierwszych z nielicznymi wyjątkami nie da się robić zdjęć i jest to bardzo mocno pilnowane, zaś w tych drugich zdjęcia robić można, lecz nie ma w nich niczego specjalnego co warto byłoby sfotografować. Większość z nich to monastyry żeńskie. W każdym z nich, może oprócz tych położonych w Ovcar Banji, jeśli akurat nie odbywa się żadna ceremonia, zostaniemy podjęci kawą, albo czymś do zjedzenia na przykład ciastem i owocami. Oraz wypytani o różne rzeczy. Najczęściej rozmowa toczy się po serbsku, ale jesteśmy przyzwyczajeni i jakoś dajemy radę się dogadać. Zazwyczaj zostawiamy potem jakiś datek „na świątynię” żeby mieszkańcy monastyru nie robili sobie przez nas kosztów. Czasem więc się zdarza że serbska „turystyka monastyczna” kończy się wypiciem pięciu kaw dziennie, więc nie warto pić rano swojej w domu.

Całkowicie nowo wyglądający monastyr Uspenje (cerkiew z 2003 roku), na robieniu lub nie robieniu zdjęć wewnątrz nikomu nie zależy.

A z poprzedniego monastyru zostało tyle.

Jeden monastyr (Blagovestenje) znajduje się w samej miejscowości Ovcar Banja i najdziwniejsze w nim jest to, że przechodząc te kikaset metrów z centrum Ovcar Banji przenosimy się w czasie o kilkaset lat. Cerkiew wewnątrz wygląda rewelacyjnie, ale zdjęć wewnątrz robić się nie da. Na zewnątrz słońce świeciło akurat pionowo z góry więc zdjęcia mam delikatnie mówiąc średnie, niemniej jednak zdecydowanie warto tam pójść. Kawałek dalej nad miejscowością znajduje się monastyr Ilinje.

Warto udać się starą wąską drogą „Stari put za Ovcar Banju” wiodącą przez tunele, żeby odwiedzić kilka innych monastyrów. Lepiej jednak posiadać jakąś latarkę, bo mimo tego, że na drodze raczej nie ma dużego natężenia ruchu, to jednak jeśli akurat w jakimś monastyrze odbywają się uroczystości, nagle na wąskiej drodze pojawia się bardzo dużo samochodów, a tunele są dość długie, wąskie i z zakrętami.

Jeden z tuneli. Pozostałe są znacznie dłuższe.

A takie widoki oferuje Stari put za Ovcar Banju.

Rewelacyjnie wyglądającym monastyrem zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz jest monastyr Nikolje. Posiada on również bardzo dobrze zaopatrzony sklep z przeróżnymi spożywczymi produktami – na przykład zakupiliśmy tam świetną travaricę, których do wyboru były aż trzy rodzaje. Monastyr Nikolje jest najstarszym i najlepiej zachowanym tutejszym monastyrem pochodzi z przełomu XV i XVI wieku.

Monastyr Nikolje we wnętrzu można chyba robić zdjęcia, bo nie było żadnych tabliczek ani nikogo w środku.

Monastyr Nikolje.

A to monastyr Jovanje.

Stara droga wiedzie wśród takich ładnych chaszczy.

Które wyglądają trochę jak dżungla.

Rzeka Morawa – łodzie przewożące wędkarzy w różne strategiczne miejsca.

Zdecydowanie warto się tutaj zatrzymać nie tylko podczas festiwalu w Gucy. To świetne odcięcie i odpoczynek od cywilizacji na kilka dni. W Ovcar Banji w nocy jest niesamowicie cicho (nie licząc ciężarówek przejeżdżających po położonej kilkaset metrów od miejscowości nowej drodze) i zupełnie nic się nie dzieje. Być może monastyry w porównaniu do innych w Serbii nie są jakieś szczególnie oszałamiające, ale są fajnym dodatkiem do całej interesującej i spokojnej okolicy. Określanie ich mianem serbskiej Góry Athos, jest może w chwili obecnej odrobinę na wyrost, bowiem bardzo niewiele z nich przetrwało w stanie niezmienionym do naszych czasów, ale widocznie takie było ich znaczenie w przeszłości, za to przynajmniej jednego można być pewnym że są one miejscami zupełnie nieskomercjalizowanymi i służącymi głównie lokalnym mieszkańcom, a każdy przychodzący do nich człowiek jest traktowany jak gość, a nie jak turysta.

 

Jak przeżyć Gucę

Podczas tegorocznych wakacji udało mi się niechcący spełnić jedno ze swoich odwiecznych marzeń. Obecnie może nie wysuwało się ono na czołówkę moich wakacyjno-wycieczkowych celów (bo w międzyczasie przybyła mi masa innych), ale kiedyś bardzo bardzo chciałam pojechać do Gucy na festiwal trębaczy. Filmy Kusturicy oglądane w liceum i przekonanie, że Bałkany są świetnym miejscem, sprawiły, że Guca stała się dla mnie swego rodzaju mitem. Wybierałam się tam nieskończoną ilość razy. Potem, co chyba zrozumiałe, mój entuzjazm nieco zmalał, bo ilość dostępnych miejsc i atrakcji w dodatku znacznie mniej komercyjnych, urósł w postępie geometrycznym. O tym że udało się w tym roku, zadecydował przypadek. Akurat okropnie mokliśmy i marzliśmy w Sarajewie przy temperaturze poniżej 10 stopni w sierpniu, na jakimś marnym kempingu (tak się składa że jak jesteśmy w Sarajewie, to zawsze pogoda jest „pod psem”), gdy poznana na nim dwójka Włochów powiedziała nam, że jest to ich przystanek w drodze do Gucy. Festiwal miał zacząć się nazajutrz. Postanowiliśmy więc szybko zmienić plany, opuścić Sarajewo i pojechać tam, bo niespełna 250 kilometrów dalej pogoda przedstawiała się diametralnie różnie. Okazało się także, że w pobliżu Gucy jest fajne miejsce, które planowaliśmy odwiedzić rok wcześniej, ale nam nie wyszło, w którym można się zatrzymać na nocleg. Na początek trochę praktycznych spraw.

srb_festiwal-guca-2016_003.jpg

Parada trębaczy i zespołów folklorystycznych na rozpoczęcie festiwalu.

srb_festiwal-guca-2016_004.jpg

Od jakiegoś czasu zapraszane są orkiestry z innych krajów (nie tylko ościennych).

srb_festiwal-guca-2016_007.jpg

Rozpoczęcie festiwalu kilkuset trębaczy gra hymn Gucy.

srb_festiwal-guca-2016_008.jpg srb_festiwal-guca-2016_005.jpg

Transport

Niewiele mogę o nim powiedzieć, gdyż przyjechałam własnym samochodem. Wjazd prywatnym transportem do miejscowości kosztuje 10 euro i jest to jednorazowa opłata za wszystkie dni trwania festiwalu. Po jej uiszczeniu dostajemy nalepkę na szybę i z nią możemy wielokrotnie wjeżdżać i wyjeżdżać z Gucy, oraz za darmo parkować samochód na ogólnodostępnych parkingach. Masa miejscowych dorabia jednak udostępniając swoje pola i kasując za nie opłatę. Nie pamiętam ile, ale sumy raczej nie były zawrotne. Warto rozważnie zaparkować! Lepiej stanąć gdzieś na początku miejscowości i przejść się kawałek na piechotę, niż zrobić odwrotnie i jechać w środku nocy lub gdzieś nad ranem przez całe miasteczko, podczas gdy ludzie często pijani prawie do nieprzytomności włażą nam pod koła. Czasami wyglądają jak prawdziwi zombie. Trzeba jechać z prędkością 5 km/h a i tak możemy kogoś przejechać. Ktoś idący chodnikiem może po prostu przewrócić się na ulicę i problem gotowy. Wszystkie najbardziej strategiczne i darmowe miejsca parkingowe zajęte są już późnym popołudniem.

Nocleg

Spanie poza Gucą ma swoje wady i zalety. Najpierw będzie o wadach. Uwaga! Już pierwszego wieczoru, właścicielka naszego hotelu po jakiś pięciu minutach rozmowy powiedziała nam, że podczas powrotu z festiwalu w środku nocy, kierowca samochodu nie może mieć we krwi ani grama alkoholu! Przy wszystkich wjazdach na główne drogi stoi policja i sprawdza każdy samochód. Nikt nie ma szansy przejechać bez badania, nie da się także w żaden sposób ominąć „rogatek” jakimiś polnymi drogami. Osoby u których badanie promili coś wykaże, proszone są „na stronę” do negocjacji w sprawie ewentualnych darowizn. Właścicielka hotelu w którym się zatrzymaliśmy, opowiadała nam jak rok wcześniej jej hotelowi goście spędzili noc na komisariacie, ponieważ nie mieli chęci, albo wystarczającej ilości środków by wykupić się z opresji. Z rozmów z lokalnymi ludźmi wynikało jednak, że niespecjalnie chodzi tu o zapewnienie względnego bezpieczeństwa, może jedynie osoby pijane w sztok są zatrzymywane, pozostałe muszą tylko uiścić odpowiednią opłatę i jadą dalej – tak to działa. Na picie i siadanie za kierownicą musi być w Serbii dużo większe przyzwolenie społeczne niż w Polsce, skoro ostrzeżenia (wypowiadane z pewną dozą oburzenia) słyszeliśmy od kilku lokalnych osób wcale o nie nie prosząc. Jako że zdecydowanie nie mamy ochoty na płacenie łapówek serbskim policjantom, picie alkoholu podczas festiwalu muszę sobie odpuścić, ale za bardzo nie narzekam. Prawie nigdy nie mam ochoty robić tego co wszyscy dookoła mnie. Drugą kwestią jest wracanie w środku nocy razem z tłumem kierowców na podwójnym gazie. Na szczęście mieliśmy blisko, ale nie wiem czy miałabym ochotę powtarzać to codziennie na przykład przez tydzień.

Dlaczego nie spaliśmy w Gucy? Bo zdecydowaliśmy się na wyjazd zupełnie spontanicznie i w ostatniej chwili. Impreza jest tak popularna że, ciężko byłoby znaleźć tam jakiś sensowny nocleg. Na co można liczyć jeśli śpi się na miejscu? Z pewnością na zdecydowanie inną cenę i jakość noclegów, niż mieliśmy my, śpiąc w odległości niespełna dwudziestu kilometrów. Za samo rozbicie namiotu na czyimś trawniku w Gucy, właściciel terenu może zażyczyć sobie 10 euro. Jeszcze niedawno było to ponoć 10 euro od namiotu, teraz zdarza się że i 10 od osoby. W tej cenie oczywiście nie ma żadnej łazienki ani prysznica. Planując wyjazd pół roku do przodu, pewnie da się znaleźć jakiś względnie sensowny nocleg. Dla mieszkańców jest to możliwość olbrzymiego zarobku. Mit festiwalu jest tak silny, że ludzie rokrocznie skłonni są płacić więcej i więcej. Jeśli ktoś (większość osób, mam wrażenie) jedzie na festiwal by konsumować alkohol w ilościach hurtowych, nie ma co liczyć na noclegi poza Gucą i lepiej zostać w miasteczku przez cały czas. Ja na przykład piję alkohol głównie po to by delektować się jego smakiem i nie bawi mnie już jakoś specjalnie, picie go w ilościach znacznie przekraczających dobre samopoczucie, (i cierpienie dzień później mąk z powodu kaca), dlatego nawet jeśli piłabym go podczas festiwalu, to raczej nie w ilościach zbyt wysokich. W takim razie mogę go przecież wypić kiedy indziej. Nawet jeśli przyjedziemy do hotelu o trzeciej nad ranem, mamy zapewnione kilka godzin snu, ciepłą wodę i przez pół dnia możemy robić inne rzeczy, a po południu jechać na festiwal. Całkiem przyzwoity nocleg poza miejscowością kosztuje tyle co namiot rozbity na czyimś podwórku. W Gucy impreza trwa praktycznie przez całą dobę. Mieszkając gdzieś w centrum należy raczej zapomnieć o spaniu, bo nie o spanie przecież tutaj chodzi.

Jedzenie

wszędzie jest praktycznie takie samo, nieważne jaki lokal wybierzemy. W zależności od preferencji może być ono dla nas albo świetne, albo bardzo bardzo problematyczne. Podstawą wyżywienia uczestnika festiwalu w Gucy jest mięso, głównie grillowane najczęściej typowy bałkański fast food. Ponoć przed festiwalem,  w okolicy ma miejsce ogromne świniobicie. Na każdym rogu niemal wszędzie dookoła piętrzą się stosy jedzenia wręcz w potwornych ilościach, więc na pewno z głodu nie zginiemy. Jeśli zachowujemy się typowo, zapijając wszystko ogromnymi ilościami alkoholu, to w zasadzie wszystko jedno co będziemy jeść. Raczej trudno wtedy o zwracanie uwagi na szczegóły. Dania służą osobom spożywającym go na okrągło – są proste, nieskomplikowane i bardzo tłuste. Fakt że zbliżamy się do centrum miejscowości gdzie odbywa się festiwal czuć nosem już z daleka. Nad uliczkami unosi się bowiem gęsty, siwy dym o specyficznym słodkawym zapachu – to rozliczne grille pracują pełną parą. Zapach przypalonego mięsa jest tak intensywny, że gryzie po oczach. Odbiera mi całkiem ochotę na jedzenie go chyba przez cały najbliższy tydzień. Widok pieczonych w całości baranów i prosiąt obracających się na rożnie, nie robi przynajmniej dla mnie takiego wrażenia jak zapach, który jest dość piorunujący. W dodatku to już upieczone mięso leży sobie na gorącu w pyle i kurzu wzniecanym przez morze ludzi idących dookoła. Z jednej strony fajnie zjeść takie tradycyjne jedzenie jak gotowany na węglach w wielkim glinianym garze kupus, czy pieczone w całości prosiaki i barany.  Z drugiej strony te piętrzące się wszędzie góry jedzenia przygotowywanego w warunkach delikatnie mówiąc takich sobie, przygotowywanych hurtem, w pośpiechu, i przy braku specjalnej higieny, które leżą nie wiadomo jak długo i czekają na kupca.

srb_festiwal-guca-2016_027.jpg

Nad stanowiskami z jedzeniem unosi się siwy dym z grillowanego wszędzie mięsa. Jego zapach skutecznie zniechęca mnie do jedzenia go na jakiś czas.

srb_festiwal-guca-2016_012.jpg

Trudno o jakiekolwiek roślinne alternatywy.

srb_festiwal-guca-2016_019.jpg

Kupus w kilkunastolitrowych glinianych garach piecze się na żarze.

srb_festiwal-guca-2016_018.jpg

Na prawie każdym stoisku z jedzeniem można zobaczyć takie obrazki (wegetarian przepraszam).

srb_festiwal-guca-2016_016.jpg

Jedzenie na festiwalu wygląda nieco przygnębiająco. Nie chodziłam i specjalnie nie szukałam takich widoków. Są one dosłownie na każdym rogu.

W Azji co roku żywimy się na ulicy, więc czemu tutaj wybrzydzam? Bo w Azji raczej się to tak nie odbywa. Tam jedzenie przygotowywane jest na oczach klienta, a nie poniewiera się po zrobieniu kilka godzin. Jeśli są to potrawy gotowane dłużej, to sprzedawane są od razu.  Jeśli nie mam ochoty na mięso lub lokal wygląda odrobinę podejrzanie – wybieram bezpieczniejsze warzywa. W Gucy nie ma takiego wyboru, a od zapachów spalonego mięsa robi mi się trochę niedobrze. W zasadzie jedyną wegetariańską opcją są tutaj frytki. Jest i pizza wegetariańska z warzywami z puszki, a więc „samo zdrowie”. Na festiwal rokrocznie przyjeżdża coraz więcej mocno alternatywnie wyglądających osób z zachodniej Europy i to pewnie dla nich istnieje jedno jedyne stoisko z daniami „wegetariańskimi”, które zdecydowanie rozmijają się z tychże wegetarian oczekiwaniami, bo dominuje fast food i tania smażelina, podobnie jak w przypadku dań mięsnych.

Drugim trochę irytującym problemem jest oszukiwanie w lokalach. Do zamówień doliczane są nie zamawiane przystawki, chleb, dodawane różne dodatki.  Zjawisko zdecydowanie nasila się w środku nocy, gdyż kelnerzy liczą na mocniej wstawionych klientów. Nam doliczono na przykład „wsad mięsny” do pieczonej fasoli (specjalnie zamówiłam bo bez mięsa), kiepską przystawkę której wcale nie zamawialiśmy oraz policzono dość kosmiczną kwotę 400 dinarów za dwa chlebki. Różnica między cenami z menu a ostateczną kwotą zapłaty wyniosła u nas około 10 euro. Wolałabym tą kwotą zasilić na przykład jakąś sympatyczną trzecioligową orkiestrę, niż dawać oszustom za kiepskie jedzenie. Zamiast wstać i wyjść zobaczywszy dania których nie zamawialiśmy zostaliśmy i niepotrzebnie kłóciliśmy się z bardzo niesympatycznym kelnerem, który w ostatecznym rozrachunku rzucił nam na stół dwieście dinarów. Jeśli zamawiamy jedzenie w środku nocy lepiej wybierać najprostsze dania do których nie da się niczego dodać. Co ciekawe dodatek może „kosztować” tyle samo co zamawiana potrawa więc ceny mnożą się na przykład dwukrotnie.

Wkurzające w lokalach różnego typu są podwójne cenniki, inne na czas festiwalu a inne przez resztę roku. Taka na przykład kawa może podczas festiwalu kosztować kilkakrotnie więcej, osiągając cenę prawie jak na zachodzie Europy, mimo tego że w Serbii normalnie jest bardzo tania. Kiedy przychodzi do płacenia nagle okazuje się że wiszący na ścianie cennik z pieczątkami jest nieważny, bowiem na czas festiwalu obowiązuje inny. Można zostać i się trochę pokłócić albo machnąć ręką bo szkoda czasu.

Zdarzają się oczywiście lokale, które nie stosują takich praktyk, niemniej jednak mam wrażenie że są w mniejszości.

Alkohol

Od jakiegoś czasu zupełnie nie piję przemysłowych trunków, a alkohol jest dla mnie wyłącznie elementem szeroko pojmowanego slow foodu. Napoje z dodatkiem procentów leją się w Gucy szerokim strumieniem. Sponsorem festiwalu jest producent piwa marki Jelen. Fajna i kultowa jest tylko jego nazwa i logo, bo w smaku to zwykły przemysłowy sikacz. Jelen sprzedawany jest wszędzie i dostępny co krok (razem z innymi przemysłowymi piwami). Na festiwalu browar pewnie zarabia krocie. Strona Wikipedii poświęcona Gucy, wymienia że na przykład już w roku 2006 podczas festiwalu wypito 4000 hektolitrów piwa, czyli ponad 700 000 kufli. Dominuje sprzedaż piwa na zgrzewki i tylko w puszkach, co eliminuje skutecznie wszelkie mniej przemysłowe piwne napoje.  Z drugiej strony dzięki temu na festiwalu jest bezpieczniej, bo na przykład nikt się nie pokaleczy. Spożywanie w nadmiernych ilościach przemysłowego piwa sprawia że na drugi dzień można cierpieć prawdziwe męki. Tym razem na szczęście z pomocą przychodzą miejscowi, sprzedając własne wyroby – najczęściej domową rakiję. Kupują ją także lokalni, więc to chyba w miarę bezpieczne. Zawsze może trafić się jakiś oszust, dopóki jednak ktoś sprzedaje swoje wyroby na głównej ulicy i kupują go także Serbowie, to raczej chyba nie warto być zbyt podejrzliwym. ja w każdym razie wolałabym domową rakiję od przemysłowego piwa gdybym na festiwalu postanowiła pić alkohol. Co ciekawe na jednej z ulic rozstawił się też jeden znany winiarz ze Sremskich Karlovci. Sprzedawał bardzo dobre wino (kupiliśmy) i rakiję. Miał też bermet, ale w takich warunkach nie znalazł chyba wielu fanów. Tutaj chodzi o to by alkohol był tani i dawał szybkie efekty, nikt nie zamierza specjalnie się nim delektować.

srb_festiwal-guca-2016_011.jpg

Sponsorem festiwalu jest producent piwa Jelen – takie ma na przykład hostessy.

srb_festiwal-guca-2016_028.jpg

Miejscowi starają się jak mogą by zarobić w czasie festiwalu. Tutaj na przykład niestacjonarny sprzedawca rakii i innych napojów.

 Bezpieczeństwo

Trzeba przyznać że jest dosyć bezpiecznie, jak na taką ilość mocno wstawionych osób – strony internetowe podają, że w tej chwili rokrocznie przyjeżdża tu ponad 600 tys. gości. Będąc zagranicznymi turystami jesteśmy bezpieczni w dwójnasób. Dopóki nie zaczniemy zajmować się polityką i wdawać w różne dziwne narodowościowe dyskusje, raczej nic nie powinno nam się przytrafić. Ogólnie w tym temacie bywa dosyć gorąco, miejscami aż iskrzy. Na szczęście Serbowie w swoim (niestety muszę to powiedzieć) szowinizmie skupiają się głównie na najbliższych sąsiadach, obcokrajowców „bardziej z daleka” on raczej nie dotyczy. Zwłaszcza wieczorową porą, gdy wszyscy są już nieco wstawieni zaczynają się toczyć różne pyskówki na tematy polityczno-narodowościowe. Nie znam na tyle języka, żeby dokładnie wiedzieć o czym mowa, na pewno wspominane są różne historyczne zaszłości. Serbia to kraj który mocno nie lubi chyba wszystkich swoich sąsiadów. Z drugiej strony mieszkańcy Bałkanów żywo wyrażają swoje emocje, gestykulują i podnoszą głos nawet przy normalnej rozmowie, może więc skala ich wnerwienia nie była taka jak mi się wydaje? Mimo wszystko nie dochodzi do rękoczynów. Widziałam tylko jednego zakrwawionego człowieka przez dwa dni i wyglądał na regularnego alkoholika, nie wiadomo więc jaka była przyczyna tej sytuacji. Pewnie w takim tłumie może zdarzyć się nam jakaś drobna kradzież kieszonkowa, ale nikt normalny nie idzie chyba bawić się do nieprzytomności z portfelem pełnym pieniędzy? Natomiast bardzo okropne wrażenie robią na mnie stragany z lokalnymi „artykułami patriotycznymi” gdzie można zakupić podobizny lokalnych zbrodniarzy wojennych i innych mocno kontrowersyjnych postaci, czarne flagi skrajnych nacjonalistów i czetnickie czapki. Stragany zdobią także podobizny Putina, który tutaj jest chwalony pod niebiosa. Można nawet kupić jego różne cytaty oprawione w ramkę. Na festiwalu już od dawna obecne są różne organizacje nacjonalistyczne, najczęściej gromadzące się pod pomnikiem trębacza. Non stop wykrzykiwane są tam teksty w rodzaju „Kosowo je Srbija„. Niestety festiwal tradycyjnej muzyki cygańskiej został obecnie trochę zawłaszczony przez serbskie organizacje nacjonalistyczne.

srb_festiwal-guca-2016_015.jpg

Przypinki a na nich lokalni bożyszcze: Ceca, Putin i Dragoljub Mihailović przywódca czetników.

srb_festiwal-guca-2016_022.jpg

Kram prawie w całości poświęcony Putinowi można na nim nabyć liczne pamiątki z wodzem.

srb_festiwal-guca-2016_021.jpg

Stragan na którym nacjonaliści mogą zaopatrzyć się w przydatne gadżety. Oczywiście to nie pojedyncze stanowisko – takich straganów jest co najmniej kilkanaście. Mijając je pomiędzy stoiskami z baranimi i świńskimi głowami i zwierzętami obracającymi się na ruszcie można nabrać dość przygnębiającego wrażenia.

Drugim trochę irytującym zjawiskiem jest spora ilość żebraków – najczęściej małych Romów z najbiedniejszych klanów. Tak olbrzymie skupisko ludzkie przyciąga spore ilości osób tego typu bo  łatwo wtedy o zarobek. Dlatego jeśli nie jesteśmy podatni na czyjeś sugestie raczej nikt się do nas na dłużej nie przyczepi. Jesteśmy odbierani jako obcy, którzy chyba nie wiedzą do końca o co w tym wszystkim chodzi (i tak zapewne jest). Ludzi jest tyle, że szkoda marnować cennego czasu na nagabywanie niechętnych obcokrajowców. Serbowie raczej dają pieniądze żebrakom. Może nie każdy człowiek, ale większość daje im bardzo niskie kwoty, zazwyczaj zachowując się przy tym trochę po wielkopańsku.

Jeśli jesteśmy już przy temacie Romów to będąc na festiwalu mamy niepowtarzalną okazję podejrzeć odrobinę ich świata, który jest dość hermetyczny i trudny do zobaczenia na co dzień. Do Gucy ściągają Cyganie z wszystkich ościennych krajów: Macedonii, Czarnogóry czy nawet Rumunii. Parają się różnymi zawodami. Przyjeżdżają zarówno najbiedniejsi handlujący chińską tandetą i rozkładający swe stragany na ulicach, albo żyjący wyłącznie z żebractwa, ale także rodziny bardzo bogate, które na festiwalu wydają olbrzymie ilości pieniędzy. To ogromnie fascynujące móc trochę to wszystko pooglądać, bo tego rodzaju społeczności coraz bardziej się liberalizują a ich archaiczna struktura trochę traci na znaczeniu.

srb_festiwal-guca-2016_020.jpg

Oprócz wydarzenia muzycznego Guca to też możliwość zrobienia najróżniejszych zakupów.

srb_festiwal-guca-2016_025.jpg

Od zupełnej tandety po ciekawe produkty spożywcze.

srb_festiwal-guca-2016_024.jpg

Jest też piękne oldschoolowe wesołe miasteczko.

srb_festiwal-guca-2016_023.jpg

Dudni upiorną mechaniczną muzyką na całą okolicę. Pogłębiając uczucie absurdu w jakim się znajdujemy 🙂

srb_festiwal-guca-2016_026.jpg

Ale na zdjęciach wygląda całkiem fajnie.

Muzyka

Dlaczego piszę o niej na końcu? Wydaje mi się, że w tym całym zamieszaniu odrobinę straciła na ważności. Odkąd festiwal stał się hitem europejskiej turystyki festiwalowej wielu ludzi jedzie tam głównie po to, by przez kilka dni praktycznie nie trzeźwieć. Dlatego żeby posłuchać muzyki lepiej chyba pojechać na bardziej niszowy festiwal, gdyż ten stał się ofiarą własnej popularności i przekształcił się w lekkie szaleństwo.

srb_festiwal-guca-2016_010.jpg srb_festiwal-guca-2016_009.jpg srb_festiwal-guca-2016_006 srb_festiwal-guca-2016_014.jpg srb_festiwal-guca-2016_013.jpg

Oprócz koncertów na scenach, oficjalnych przemarszów i parad, na festiwal przyjeżdża cała masa mniej znanych kapeli. Warto ich trochę poobserwować. Członkowie kilku najbogatszych i najbardziej sławnych zespołów, żyją sobie jak prawdziwe lokalne gwiazdy. Ich instrumenty są z najwyższej półki i brzmią donośnie a przy tym aksamitnie. Po przeciwnej stronie muzycznej barykady są kapele grające na zabawach i weselach, grające na sfatygowanych, tępo brzmiących i wyglądających jak „wyklepane” instrumentach. Czasami ci maluczcy podglądają tych wielkich, a w ich oczach widać ogromną determinację. Liczą na to że pewnego dnia też dołączą do panteonu szczęśliwców którym się udało. Niemal pożerają wzrokiem tych którym udało się jakoś wybić. Ich motywacja i wiara w sukces jest ogromna 🙂

Cała masa zespołów grających na ulicy niemal bez przerwy to na prawdę świetna sprawa. Po kilku godzinach słuchania w kółko tego samego można wpaść w trans. Mnóstwo osób kręci sobie filmy z orkiestrami żeby wrzucić je na portale społecznościowe. Za zagranie kilku szlagierów orkiestrze należy zapłacić. Muzykowi grającemu na pierwszej trąbce przykleja się do czoła banknot o wysokim nominale – zazwyczaj 1000 dinarów. Żeby banknot się przykleił, należy go poślinić. Oprócz tego każdemu członkowi orkiestry wrzuca się do trąbki podobne lub nieco mniejsze nominały, a perkusistom kładzie pieniądze na talerzach perkusji. Widziałam jednak również większe kwoty, zwłaszcza jak ktoś jest już nieco pod wpływem wysokoprocentowych napojów i pragnie zaimponować kolegom lub partnerce :). Dzięki temu dla takich pomniejszych orkiestr Guca jest szansą na realny zarobek. Dla mnie takie nieco surowe i nieokrzesane orkiestry są chyba bardziej ciekawsze niż te bogate i ugłaskane. Tamtych mogę posłuchać na youtube. Z tymi niszowymi i dzikszymi nie mam szansy inaczej się zetknąć. Dlatego od występów na scenie znacznie moim zdaniem ciekawsza jest ulica i to co się na niej dzieje.

srb_festiwal-guca-2016_029.jpg srb_festiwal-guca-2016_001.jpg srb_festiwal-guca-2016_002.jpg

Czy w takim razie warto w ogóle tam jechać?

Pewnie że tak. Trzeba mieć świadomość że festiwal mocno się komercjalizuje i jeżeli zależy nam faktycznie tylko na muzyce, lepiej wybrać jakiś mniej znany. Jeżeli zaś chcemy robić to co większość przyjeżdżających tam ludzi czyli ostro się bawić festiwal będzie miejscem oryginalnym i nadal chyba w miarę bezpiecznym. Niestety tłumy ludzi znacznie zmieniły jego charakter. Miejscami bywa odrobinę przygnębiająco. Zdecydowanie cieszę się jednak że tam pojechałam, bo złapałam trąbkowego bakcyla. Na pewno jeszcze pojadę na jakiś festiwal trębaczy ale znajdę go sobie sama i będziemy na nim jednymi z nielicznych zagranicznych gości 🙂

Co ciekawego przywieźć z Serbii

W Serbii dostaniemy większość towarów typowych dla całych Bałkanów. Po pierwsze, na kraju mocne piętno odcisnęło pięćsetletnie tureckie panowanie, po drugie, znajdziemy tu dobra typowe dla tej szerokości geograficznej. Niemniej jednak, jako kraj prawosławny, delikatnie różni się od swoich sąsiadów. Jak dla mnie pod względem dostępności dóbr konsumpcyjnych najbardziej przypomina Bułgarię. Nie ma sensu dublować o każdym kraju podobnych informacji, gdyż przeciętny sklep na Bałkanach wyposażony jest mniej więcej w to samo. Lepiej skupić się na ciekawostkach, których nie dostaniemy w normalnym sklepie.

Wino, winogrona, rakija

Zacznijmy więc tradycyjnie od napojów wyskokowych. Najpopularniejszym trunkiem niezaprzeczalnie jest w Serbii rakija. Występuje tu najczęściej nawet w kilkunastu odmianach – w zależności od owocu z jakiego zrobiony był zacier. Nie spotkałam się jeszcze tutaj z mieszaniem z sobą kilku różnych owoców jak ma to miejsce w Rumunii. Najbardziej skomplikowane i najdroższe rakije mogą być robione na przykład z leśnych jagód, albo z owoców suszonych. Tym razem zakupiliśmy rakiję jabłkową, której zdecydowanie warto spróbować ze względu na bardzo ciekawy zapach (to chyba mój ulubiony!), oraz nagradzaną medalami rakiję gruszkową, którą nawet regularnie kupuje Emir Kusturica do swojej „idealnie serbskiej” drewnianej wioski Drvengrad, oraz drogawego hotelu. Najpopularniejszą i najtańszą rakiją jest „rakija od loza” czyli destylat z winogron – który robi się z winogronowych wytłoczyn, pozostałości po produkcji wina. Tej rakii produkuje się najwięcej, jest ona bazą wszelkiego typu nalewek, na przykład miodowej (na zdjęciu poniżej), z dodatkiem liści gojnika jaką można zakupić w monastyrze Sopocani. Nalewki to osobna dziedzina serbskiej produkcji alkoholowej, jednak mam tyle własnych, że na razie nie zbadałam nawet pobieżnie tego zagadnienia. Nigdy nie próbowałam żadnej „sklepowej”, wytwarzanej przemysłowo rakii. Kupuję je wyłącznie w monastyrach albo od ludzi którzy z jej produkcji żyją. Ta w sklepach jest wręcz ekstremalnie tania. Ta z monastyrów najdroższa, a w przypadku rakijowych wytwórców często mamy dwie opcje: kupienia rakii tańszej w plastikowej butelce, albo w zakorkowanej butelce firmowej z etykietką i podatkami. Zazwyczaj pytają wprost: czy chcemy butelkę ładną i droższą, czy brzydszą i tańszą.

srb_sopocani_rakija-z-miodem_001.jpg

Nalewka na miodzie z zielem gojnika (szałwii libańskiej). Jej bazą jest rakija z winogron.

Wino w Serbii znane jest od czasów prehistorycznych. Osobą która zaszczepiła w narodzie ideę jego uprawy był święty Sawa najważniejsza postać serbskiego prawosławia. Jeśli chodzi o wino, lepiej unikać win dużych wytwórców, takich jak na przykład Vino Župa, które dominuje na półkach w sklepach. Tego typu zakłady święciły triumfy w latach jugosłowiańskiego komunizmu i produkują gigantyczne ilości wina, które jak każda masowa produkcja niestety zbyt pijalne nie jest. Jedno z nich otworzyłam w Serbii z zamiarem wypicia, nie udało się. Przelałam do innej butelki i w końcu przywiozłam do kraju. Nawet teraz nie wiem co z nim zrobić, chyba dodam go do jakiegoś mięsa podczas pieczenia albo duszenia. Kupowanie w sklepach wina rodzimej produkcji nie z najwyższej półki  to jak widać dość kiepski pomysł, ale na szczęście da się w nich kupić także produkty ościennych republik na przykład słynnego macedońskiego Tikveša.

Dużych regionów winiarskich jest w kraju osiem, plus do tego niezliczona ilość szlaków winiarskich w obrębie tych regionów. Ja w bardzo niewielkim stopniu odwiedziłam dwa regiony: Subotica – Horgoš i  Šumadija – Velika Morava. Wino w Serbii jest przede wszystkim wiele tańsze w stosunku do sąsiednich Węgier. U lokalnych wytwórców przeważnie będzie to wino bardzo przyjemnej jakości. Większość małych winiarni produkuje dużo różnych win, nieraz nawet po kilkanaście. Nawet jeśli nie wszystko smakuje idealnie, zawsze znajdzie się jakiś ciekawy dopracowany produkt, ze względu na dużą różnorodność.  Szczepów winogron spotkamy tu bardzo wiele, bo klimat jest dla wina sprzyjający. W muzeum winiarstwa w Aleksandrovacu naliczyłam uprawę dwudziestu kilku, zarówno typowych dla Europy Wschodniej, jak i takich popularnych wszędzie jak Merlot, czy Cabernet Sauvignon. Odmiany całkowicie lokalne to: Prokupac, Vranac, Tamjanika i Smerdevka. Tutaj można zapoznać się z regionami winiarskimi Serbii. A inne materiały o kraju można pobrać stąd.

Jeśli już jesteśmy przy winogronach, absolutnie koniecznie (!) trzeba w lipcu, sierpniu (a może także wrześniu – tego nie wiem) zakupić na targu lokalne winogrona – zwłaszcza te ciemne, prawie czarne i je zjeść. Zazwyczaj już z daleka zobaczymy gdzie leżą, bo krążą nad nimi stada os. Są ekstremalnie słodkie i smaczne, w porównaniu do naszych rodzimych (działkowych) prawie zawsze cierpkich winogron. Bardzo blado wypadają na ich tle importowane, smętne i pozbawione smaku produkty z naszych marketów. Objawia nam się wtedy w pełnej krasie, że żyjąc w chłodnym polskim klimacie jesteśmy trochę poszkodowani.

srb_aleksandrovac_winorosl_002.jpg

Uprawa winogron w Aleksandrovacu. Tutejsze muzeum winiarstwa prezentuje uprawiane w Serbii odmiany.

srb_vrnjacka-banja_rakija_001.jpg

Rakija jabłkowa z monastyru Manasija. Sprzedaje się ją w butelkach bez etykiety z ręcznie robioną „metką”.

srb_kremna_gruszka-wiliamowka_001.jpg

Gruszki odmiany Viljamovka rosną na kempingu o tej samej nazwie, który znajduje się w miejscowości Kremna.

srb_kremna_rakija-gruszkowa_001.jpg

Rakija z vijlamovek. Z takich buteleczek pije się ją także w restauracjach.

srb_kremna_rakija-z-wiliamowek_001.jpg

Nazywa się carska od nazwiska jej wytwórcy (Carevic).

srb_kremna_tworca-rakiji_001.jpg

Oto i on na tle swojej aparatury.

Kawa

Jeśli jesteśmy przy rakiji, nie sposób pominąć innego niemal równie ważnego napoju – kawy parzonej po turecku (ale tego w Serbii nikt nigdy nie przyzna, bo tureckie panowanie to dla nich ogromna trauma). W wielu barach  restauracjach nazywana jest kawą serbską lub domową (srpska kafa, domaća kafa). Jedynie w mocno sympatyzującym z Turcją regionem Sandżak nazywana jest kawą turecką czyli turską kafą. W Nowym Pazarze istnieją liczne niewielkie palarnie kawy. Co ważne, kupowana w nich świeżo palona i mielona kawa ma idealnie tygielkową, mączną konsystencję i kosztuje tyle samo co normalny produkt w sklepie. Jakości jest zdecydowanie lepszej. Cała technologia oparta jest tureckich starych i solidnych maszynach z lat pięćdziesiątych. Wiem to, bo panowie prowadzący palarnie pozwolili poszwędać się po zapleczu, a także porobić sobie zdjęcia. Używana przez nich kawa to Arabica sprowadzana z Brazylii,  nazywa się Minas. Można kupić kawę o trzech stopniach jej wyprażenia. Do każdej jest osobny niemal zabytkowy młynek. Kawa którą kupujemy mielona jest na naszych oczach. W porównaniu z nią zwykła lokalna kawa ze sklepu smakuje gorzej. Nigdy przenigdy przeciętna kawa z wielkich przemysłowych zakładów nie będzie tak dobra jak ta z małej palarni. Oczywiście w Serbii w każdym wiejskim nawet sklepie bez trudu zaopatrzymy się w drobno mieloną kawę znakomicie nadającą się do parzenia w tygielku. Natomiast najlepsza chyba opcja to zakupienie jej w takiej właśnie małej palarni jak te w Nowym Pazarze.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_003.jpg

Novi Pazar. Tyle kosztuje kilogram świeżo palonej i mielonej kawy (700 dinarów to jakieś 25 złotych).

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_006.jpg

Palarni jest w mieście kilka. Kawę w nich wytwarzaną można kupić w sklepach ze zdrową żywnością w całym kraju, bo widziałam ją kilkakrotnie, trzeba pytać o kawę minas (pytanie tylko czy jest świeża).

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_005.jpg

Ale to nie to samo co na miejscu.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_002.jpg

Kawa występuje w trzech rodzajach słabo średnio i mocno prażona.

srb_novi-pazar_palarnia-kawy_001.jpg

A po zmieleniu pakowana jest do takich pięknych opakowań.

Zioła i przyprawy

W Serbii jak grzyby po deszczu powstają dwa typy sklepów. Pierwszy to niezliczone Kinajskie Markety, czyli sklepy prowadzone przez dzielnych chińskich kupców z niezliczonymi plastikowymi dobrami. Drugi to sklepy Zdrava Hrana czyli sklepy ziołowe i ze zdrową żywnością. W każdym nawet najmniejszym miasteczku istnieje co najmniej jeden. Można w nim kupić przyprawy na wagę i na przykład zaopatrzyć się w prawdziwe oregano, lawendę, lokalne bałkańskie chili w korzystnej cenie, czy inne rosnące tutaj zioła i przyprawy. W Serbii czarnej herbaty pije się niewiele a alternatywą dla nich są herbaty owocowe a zwłaszcza ziołowe. Bardzo charakterystycznym produktem, którego chciałam spróbować w Serbii i który od razu przypadł mi do gustu jest rtanjski čaj (nie potrafię tego dobrze wymówić, język mi się łamie). To ziele górskiego cząbru zwanego planinski čubar. Pomaga na problemy z trawieniem (cevapi, pljeskavicy i innych upiornie ciężkich potraw z grilla) oraz przeziębienia, przyśpiesza przemianę materii i ogranicza nadmierną fermentację jelitową. Poza tym można nim przyprawiać jedzenie.

Nabiał

Serbia to kraj w którym duże koncerny jeszcze nie przejęły małych lokalnych mleczarni. Istnieje bardzo dużo niewielkich sklepików sprzedających absolutnie genialnej jakości prawdziwy nabiał krowi, owczy i kozi. Są to produkty pierwszej potrzeby w absolutnie normalnych i rozsądnych cenach i nie trzeba szukać ich na półkach z drogą żywnością ekologiczną. Sklepy tego typu znajdują się również na targach i bazarach. Tutaj akurat widać plusy niebycia tego kraju w Unii Europejskiej.  Nie ma obowiązku robienia wszystkiego z pasteryzowanego mleka w sterylnych warunkach, w dużych zakładach. Kilka dni jedzenia prawdziwego, domowego owczego lub koziego sera, który nie widział fabryki, może spowodować drobne problemy żołądkowe u ludzi przywykłych do nabiału mocno przetworzonego. Na uwagę zasługuje też kajmak –  bardzo tłusty, kremowy, smarowny biały ser odrobinę przypominający mascarpone. Na Bałkanach je się go na śniadanie, oraz podaje z mięsnymi daniami takimi jak cevapi i pljeskavica.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_001.jpg

Sklep z nabiałem halal w Nowym Pazarze.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_003.jpg

Ser dojrzewa w pięknych drewnianych skopkach.

srb_novi-pazar_sklep-z-nabialem_002.jpg

Z dala od Unii Europejskiej i jej zakazów żywieniowych.

Słodycze

Pod względem słodyczy jest typowo dla Bałkanów, mianowicie królują tutaj smaki tureckie. Możemy bez trudu spróbować wszystkich najpopularniejszych słodyczy tureckich i arabskich. Najbardziej dostępny jest rahat, rahatlokum czy po prostu lokum, czyli rodzaj słodkiej galaretki w kostkach. Te najtańsze i najmniej dobre składają się głównie z cukru i/lub syropu glukozowo-fruktozowego. Niestety w porównaniu do tureckich oryginałów smakują bardzo kiepsko. Można jednak spotkać takie piękne stragany jak ten we Vrnjackiej Banji, w których można kupić lokum tureckie i macedońskie w przeróżnych także lokalnych smakach takich jak na przykład śliwkowy, z którym w Turcji chyba się nie spotkałam.

W cukierniach zjemy rozmaite typy baklavy, kunafy i innych ciast i ciastek, których bazą jest ciasto filo w gęstym syropie. Oczywiście desery są tańsze niż w Turcji i raczej w niczym tureckim pierwowzorom nie ustępują. O tureckich słodyczach więcej piszę tu.

srb_vrnjacka-banja_lokum_002.jpg

Stragan z lokum (tudzież rahatem albo rahatlokum) we Vrnjackiej Banji.

srb_vrnjacka-banja_lokum_001.jpg

Można na nim kupić 18 rodzajów lokum. W sklepie znajdziemy tylko trzy: waniliowe, różane i orzechowe.

srb_vrnjacka-banja_slodycze_001.jpg

To jabłka pokryte kolorowym lukrem na innym straganie we Vrnjackiej Banji.

srb_vrnjacka-banja_serbska-viagra_001

A to słynne na całych Bałkanach orzechy i bakalie w miodzie zwane tutaj „serbską viagrą” jest też viagra bułgarska, grecka i inne lokalne wariacje, każdy kraj uzurpuje sobie tą nazwę i twierdzi że był prekursorem tego deseru.

Coś na szczęście

Bałkany to region mocno przesądnych ludzi. Oficjalne religie to jedno, ale ludzie i tak wiedzą swoje. Wystarczy zobaczyć że prawie każde dziecko nosi na rączce czerwoną wstążkę. Szczęście można także  kupić sobie na targu. Na przykład korzeń mandragory lekarskiej, zwany tutaj raskownikiem. Ta bardzo trująca roślina od zawsze fascynowała ludzi, tym bardziej że jej korzeń swoim kształtem bardzo często przypomina człowieka. Ilość legend w średniowiecznej Europie  związanych z tą rośliną przechodzi wszelkie wyobrażenia. Wykopywano ją w środku nocy najczęściej przy pomocy zwierząt na przykład psa, gdyż wierzono że człowieka który to zrobi spotka szybka śmierć. Roślina miała wydawać z siebie krzyk, po którego usłyszeniu nie było dla człowieka ratunku. Był to też składnik słynnej maści czarownic. Jeżeli korzeń „zobaczył” światło słoneczne tracił swoją moc. Dowiedziałam się że w Serbii umieszcza się go w najciemniejszym miejscu domu w celu jego ochrony przed złymi mocami i zapewnieniu sobie szczęścia i bogactwa, podobno wielu ludzi nosi skrawki korzenia w portfelu. Kulminacją szczęścia jest zawiązanie na nim czerwonej wstążki (co gwarantuje jeszcze lepszą ochronę przed urokami).

srb_vrnjacka-banja_korzen-mandragory_001.jpg

Korzeń z metką jednak mniej mi się podobał.

srb_vrnjacka-banja_korzen-mandragory_002.jpg

Dlatego wybrałam ten bez, w dodatku był tańszy.

srb_vrnjacka-banja_rosliny-na-szczescie_001.jpg

Dziewięćsił jako symbol mocy również do kupienia na targu.

Prawosławne gadżety

Jeżeli już jesteśmy przy szczęściu to absolutnie zdumiewa wszędobylstwo prawosławnych świętych – są oni dosłownie wszędzie. Towarzyszą w życiu każdemu prawdziwemu Serbowi w nieskończonej liczbie wizerunków niczym hinduscy bogowie w Indiach. Na bazarze sacrum zupełnie szaleńczo miesza się z profanum. Magnesy na lodówkę  z prawosławnymi ikonami i otwieracze do butelek a nawet korkociągi wizerunkiem jakiegoś świętego to chyba najlżejszy tego przypadek. Na targu spotkać można bowiem na przykład zegar ścienny ze świętym Mikołajem albo Paraskewą a także liczne butelki na rakiję. Najpopularniejsze są te ze świętym Jerzym. Widziałam z jego podobizną także zapalniczki. Wygląda to niemal jak wrogie przejęcie przez religię wszystkich zakazanych aspektów życia. Z drugiej strony podczas naszych noclegów w prawosławnych monastyrach po liturgii na którą zostaliśmy zaproszeni, (więc trzeba było przyjść nawet jeśli zaczynała się o szóstej rano), zaproszono nas także na poranną kawę. Okazało się że do kawy wszyscy – również liczne osoby duchowne – zamieszkujący monastyr zakonnicy i ich goście, piją rakiję. Robią tak codziennie na dobry początek dnia. Może więc butelka na wódkę ze świętym Jerzym nie jest wcale takim profanum jak nam może się wydawać.

srb_vrnjacka-banja_zegar-ze-swietym_001.jpg

Czy zegar kuchenny ze świętym Mikołajem to obok drewnianych łyżek standardowe wyposażenie kuchni na Bałkanach?

srb_vrnjacka-banja_butelka-na-rakije_001.jpg

A to już absolutny hit. Butelka na rakiję (powierdzone, pytałam na straganie) z charakterystycznymi buteleczkami/kieliszkami do jej konsumpcji.

srb_vrnjacka-banja_butelka-na-rakije_002.jpg

Tu butelki drewniane wiadomego przeznaczenia.

Koszulka z Putinem

Rosja jest w Serbii bardzo poważana, jednak nikt nigdy nie powiedział nam złego słowa gdy ośmieliliśmy się wyrazić o niej krytycznie. Mam wrażenie, że naszym rozmówcom zdecydowanie bardziej nie spodobałoby się jeśli wypowiedzielibyśmy się pochlebnie o Turcji czy Albanii, niż krytycznie o Rosji. Z drugiej strony, niejednokrotnie korzystaliśmy z miłości Serbów do wszystkiego co rosyjskie – po prostu bezustannie byliśmy brani za Rosjan z racji różnic językowych. Polski i rosyjski brzmią dla nich bardzo podobnie. Miłość do Putina dopada tutaj zarówno młodych nacjonalistów jak i dużo starszych „jugonostalgików”. Marzą o dzielnym władcy, który silną ręką zaprowadzi porządek w zdegradowanym w ich mniemaniu kraju (i przywróci mu dawną świetność). To prawda, że mnóstwo młodych ludzi jest na emigracji za granicą, a drogi nie są najlepsze, najbardziej jednak zdumiewa mnie wszechobecny nie wiem skąd się biorący marazm. Żaden prezydent-superman na to nie pomoże, dopóki nie zmienią się ludzie. Kraj turystycznie nie istnieje. Ja tam bynajmniej na to nie narzekam, bo nie lubię hord ludzi, a atrakcje mam niemal na wyłączność. Większość potrzebnych informacji dam radę znaleźć sobie sama, zwłaszcza że język jest mocno podobny do naszego. Ościenne kraje zrobiły jednak w tym czasie dużo więcej. Nie chciałabym by Serbia stała się pod względem turystyki drugą Chorwacją, jednak niektóre rozwiązania sporo mogłyby ułatwić życie przybyszom z zewnątrz.

srb_vrnjacka-banja_koszulka-z-putinem_001.jpg

Koszulki z Putinem do wyboru do koloru na straganie zaopatrującym serbskich „dresiarzy”, kibiców oraz nacjonalistów.

Park Narodowy Tara

Kemping Viljamovka

Park narodowy Tara jest super, niestety pogoda bardzo nam nie dopisała, dlatego mam stamtąd dosyć mało zdjęć, nie widzę bowiem sensu w targaniu aparatu w deszczowy dzień, a deszczowo było prawie codziennie i przy tym okropnie wręcz zimno. Pogoda na namiot „idealna”. Na szczęście zatrzymaliśmy się na bardzo sensownym kempingu Viljamovka w miejscowości Kremna (Кремна). Ulokowanie się na jakiejś totalnej prowincji w zabitej dechami wiosce to jedyna opcja by spędzić tutaj sensownie czas. Lokalny kurort Zlatibor okazał się niemożliwy do zdzierżenia. Przypominał nasze Zakopane, ale nawet bez tej minimalnej osłody w postaci drewnianej architektury stylu zakopiańskiego. To jeden wielki chaotyczny parking i mnóstwo sklepów z upiornymi pamiątkami i sprzętem górskim. Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę by zobaczyć jak wygląda słynny kurort, ale ciężko było nawet znaleźć tam sensowne jedzenie nie będące jakimś turystycznym fast foodem, więc ewakuowaliśmy się niemal natychmiast. Zlatibor okazał się miejscem ekstremalnie zatłoczonym, bardzo brzydkim i chaotycznym. Zrelaksować się można było dopiero na kempingu w Kremnej. Niby jego wyposażenie należało do bardzo podstawowych, gdyż właściciel po prostu udostępnia właścicielom namiotów i kamperów kawałek sadu owocowego, z jednym z najpiękniejszych widoków na okolicę jaki miałam przyjemność oglądać. Każdy gość traktowany jest serdecznie i wyjątkowo. Właściciele dbali by każdy był należycie „zaopiekowany”, więc pomimo braku specjalnych wygód, byli na tyle inteligentni, pomysłowi, obdarzeni wyobraźnią i po prostu gościnni, że bardzo przyjemnie spędzało się tam czas. Na przywitanie każdy dostawał potężną porcję absolutnie genialnej gruszkowej rakii. Wiem co mówię, rakiję o tak wybitnym zapachu trudno spotkać u przeciętnego wiejskiego gospodarza, bo trochę ich zdegustowaliśmy w różnych wschodnioeuropejskich krajach. Więc możliwości są tylko dwie: właściciel kempingu i destylarni albo był geniuszem i perfekcjonistą we wszystkim co robił, albo nie był zwykłym wiejskim gospodarzem. Prawie każdy wyjeżdża stamtąd z butelką gruszkówki, bowiem jej receptura jest opanowana do perfekcji, smak prawdziwie aksamitny, a zapach wręcz genialny. Zaopatruje się u niego (hurtowo) sam Kusturica, który następnie poi nią gości zatrzymujących się w Drvengradzie.

Takie widoki można obserwować rano nawet przed myciem zębów

Sąsiedzkie rozpuszczone barany.

Sad gruszkowo-śliwkowy do biwakowania, to między innymi stąd pochodzą owoce do słynnej rakii.

Dla nieobznajomionych z cyrylicą, tabliczka wskazuje kierunek degustacji.

Tak składniki rakii wyglądają w szczegółach.

I w dodatku można pod nimi biwakować.

Jesienią zostaną przerobione we właściwy sposób.

A to równie piękne i dorodne śliwy.

I gotowe produkty w malutkich porcjach.

I w większych.

A to autor na tle swojej aparatury.

Po degustacji można zregenerować siły w takich warunkach.

Park Narodowy Tara

Jednak wizytę w Drvengradzie jakoś sobie odpuściliśmy, ponieważ wielu Serbów z którymi przez te dwa tygodnie rozmawialiśmy i tak miało dość jak na mój gust egzotyczne podejście do historii własnego narodu i lokalnych sporów. Mentalnie byli w głębokim średniowieczu, w dodatku pełni rozgoryczenia i rozczarowania, że żaden inny naród ich nie rozumie, co z pewnością jest efektem jakiegoś ogólnoświatowego spisku. Wizyta w serbskim lunaparku, który z pewnością celebruje prawdziwą serbskość tak bardzo jak to tylko możliwe, byłaby chyba jeszcze bardziej przygnębiająca. W Sarajewie na przykład,  Bośniacy i Chorwaci naśmiewali się z „zadęcia” jego twórców i mówili o nich wręcz okropne rzeczy.

Natomiast sam park narodowy przedstawia się bardzo pozytywnie. Tutejsze niskie góry porośnięte lasem są bardzo urokliwe, nawet w rzęsistych opadach deszczu.  Niestety dostępność terenu i specyficzna niechęć Serbów do chodzenia na nogach sprawia, że samochody są dosłownie wszędzie. Pomimo zakazów, po szlakach pieszych porusza się chyba więcej samochodów niż piechurów. Pod tym względem jest dość dziko. Chodzenie po nim jest bardzo interesujące, chociażby ze względu na rośliny jakie tutaj rosną. W niektórych miejscach prawie cały niższy obszar lasu, kilometrami jest porośnięty pokrzykiem – to coś niesamowitego. Znajdują się tutaj chyba idealne warunki do rośnięcia tej rośliny, bo jest ona dosłownie wszędzie. Pokrzyk to roślina silnie trująca i posiadająca właściwości halucynogenne, jednak intensywnie wykorzystywana przez ludzi, zarówno we współczesnej medycynie oraz w czasach historycznych, będąc na przykład składnikiem maści czarownic. Niesamowicie to wygląda gdy idzie się ścieżką, wzdłuż której rosną tylko krzaczki z czarnymi jagódkami. Podobnie dużo rośnie tutaj omanu. Ogólnie w lasach Tary można spotkać wszystkie najbardziej znane trujące rośliny Europy.

Wzdłuż dróg rosną „jagódki” pokrzyku, który totalnie zdominował okolicę.

Wilcza jagoda jest silnie trująca, ale pozyskuje się z niej atropinę. Pokrzyk był składnikiem słynnej maści czarownic.

Nawet jej kwiatki wyglądają lekko niepokojąco 🙂

Jeśli zaś wzdłuż drogi nie rośnie wilcza jagoda jej miejsce zajmuje oman. Takiej ilości omanu i tak dużych egzemplarzy również nigdy w życiu nie widziałam. Oman to roślina lecznicza o silnym działaniu, wymagająca dokładnego dawkowania w konkretnych przypadkach.

Tojad także można spotkać dość często. W lasach Tary rośnie niezła mieszanka trujących roślin.

Te góry są więc prawdziwym rajem dla wszelkiej maści trucicieli.

Banjska Stena

Pod względem widokowym najlepiej prezentuje się szlak Banjska Stena, zakończony uskokiem z którego widać sąsiednią Bośnię – zaporę na Drinie i zalew wcinający się w kanion i góry. Przypuszczam, że ta atrakcja jest okupowana przez sporą ilość osób, które w dodatku starają się podjechać samochodem najbliżej jak się da, jednak dzięki rzęsistym opadom po drodze, było ich bardzo niewiele. Rozpogodziło się dosłownie pół godziny przed naszym dotarciem. Widoki są bardzo fajne – poniżej rozpościera się Bośnia, widać nawet minarety, ale jeśli chcielibyśmy tam zjechać musimy najpierw kluczyć górskimi serpentynami, a następnie oczekiwać w kolejce na przejściu granicznym. To trochę dziwne uczucie, gdy jest się na co dzień przyzwyczajonym do mieszkania w strefie Schengen i nad tego typu pojęciami jak granica państwa, dawno przestaliśmy się zastanawiać. Nie da się tak po prostu wpaść za granicę na zakupy lub w celu chwilowej zmiany otoczenia – przekraczanie jej zwłaszcza w sytuacji gdy oba kraje, delikatnie mówiąc się nie lubią, zawsze zajmuje sporo czasu. Po drodze mamy niemal zagwarantowane, że będą stały patrole policyjne i łapały każdego kto właśnie przekroczył granicę za jakieś minimalne wykroczenia i starał się wlepić obcym mandaty. Tak wygląda drogowa rzeczywistość na każdej granicy serbsko-bośniackiej. Oczywiście nie będąc ani Serbami ani Bośniakami niekoniecznie będziemy musieli zostać skontrolowani, bo nie jesteśmy częścią tej skomplikowanej układanki, niemniej jednak wszystko to znacznie wydłuża kilkudziesięciokilometrową  wycieczkę.

Na słynnym punkcie widokwym rozstawione są maciupeńskie krzesełka w sam raz dla krasnali, czasem niemal nad samą przepaścią, które pozwalają rozkoszować się widokami.

A widoki są takie.

I nawet towarzyszyła im przerwa w opadach.

Kolejnym interesującym miejscem jakie można zobaczyć w Parku Narodowym Tara jest  Tepih-livada, czyli dywan z mchu który jest bardzo miękki, gdyż rośnie na lekko podmokłym terenie. Żeby go nie zadeptać chodzi się po drewnianych pomostach. Niestety ścieżka jest bardzo krótka, ale dość malownicza. Niestety nie wszyscy miejscowi stosują się do poleceń na tabliczkach informacyjnych i niszczą delikatny ekosystem. Byliśmy jeszcze w kilku miejscach i na innym punkcie widokowym, ale ze względu na nieustający deszcz nie chciało mi się nosić z sobą aparatu. To chyba ostatnie fajne miejsce jakie jeszcze mam na zdjęciach.

 

Tepih livada czyli dywan z mchu.

Odbyliśmy jeszcze kilka pomniejszych wycieczek leśnymi drogami o niezbyt dużym nachyleniu, wiodących w większości przez las. Gdzieniegdzie można było spotkać nielicznych wyczynowych rowerzystów. Pozostałe szlaki były nieszczególnie widokowe, niezbyt męczące i dość monotonne. Chyba całkiem nieźle muszą nadawać się dla turystów z małymi dziećmi bo nie są specjalnie wymagające.  Pomimo malowniczych widoków nie należy spodziewać się tutaj skalistych i śmiało poprowadzonych ścieżek. trasy sa bardzo łatwe a o tak większość ludzi stara się jako może pokonać je samochodem. Infrastruktura we wsiach jest w dość rozwinięta, nie przypomina jednak w niczym koszmarnie turystycznego Zlatiboru, który nadaje się chyba tylko na szybkie zakupy i uzupełnienie wszelakich zapasów.  To z pewnością najbrzydszy serbski kurort w jakim byłam. Najlepszą opcją jest zaszyć się w jednej z mniejszych miejscowości o podstawowej infrastrukturze i pooddychać czystym powietrzem.

 

Monastyr Mileszewa

Monastyr Mileševa (Милешево) znajduje się trochę nie po drodze i na uboczu, na kompletnej serbskiej prowincji. W sumie to w miarę spontanicznie postanawiamy tutaj przenocować w drodze do parku narodowego Tara i zobaczyć słynny fresk „Biały anioł”, którego obraz był częścią pierwszej satelitarnej video transmisji z Europy do USA, oraz został wysłany w kosmos (z tego faktu Serbowie są bardzo bardzo dumni). Tutaj można o tym poczytać. W Serbii noclegi w hotelach są dość drogie, w porównaniu z cenami jedzenia, paliwa czy ogólnie rzecz biorąc kosztów życia. Zamiast więc spać w przepłaconym i obowiązkowo przesiąkniętym tytoniowym dymem hotelu, wolimy wesprzeć jakiś prawosławny monastyr. Nie dość, że będzie taniej, to jeszcze znacznie lepiej i w pięknym otoczeniu. Do zatrzymywania się w monastyrach na noc, zachęcił nas pobyt w monastyrze Studenica, który mimo tego że jest obecnie najważniejszym miejscem na religijnej mapie Serbii, w niczym nie przypomina mocno skomercjalizowanych monastyrów w Bułgarii z kramami ciągnącymi się na kilkaset metrów. Nikt nie robi nam specjalnych problemów, goście są mile widziani i pomagają zasilić budżet zgromadzenia. Bardzo polecam tę formę noclegów w Serbii. Wieczorem w monastyrze kręci się mało ludzi, miejscowi mają trochę wolnego czasu i można liczyć na interesującą rozmowę z kimś ciekawym.

Mileševa znajduje się w bardzo spokojnej okolicy – górskiej dolinie rzeki o tej samej nazwie i jest położony 6 kilometrów od miasta Prijepolje. Miejsce nie jest więc całkiem pozbawione kontaktu z cywilizacją, ale spokojnie możemy tu od niej odpocząć. Same zabudowania monastyru rewelacyjnie prezentują się wśród okolicznych gór. Okolica także wyglądała bardzo ciekawie i szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, by powłóczyć się po niej na spokojnie. Niedaleko znajdowała się na przykład całkiem niczego sobie wyglądająca twierdza. Pytani o nią miejscowi twierdzili, że nie da się do niej dojść, bo na górę nie ma żadnego szlaku ani nawet ścieżki, nie wiem jednak czy byli dobrze poinformowani. Za monastyrem asfalt się urywa i raczej nie da się dalej jechać samochodem osobowym.

Za monastyrem szybko kończy się asfalt, naszą uwagę przykuwa twierdza.

Dookoła monastyru pasą się owce i rosną chaszcze.

Budowa monastyru została rozpoczęta w latach 1218-19 przez serbskiego króla  Władysława, wnuka Stefana Nemanji. Monastyr Mileševa i było pierwszym miejscem pochówku sprowadzonych z Wielkiego Tyrnowa relikwii św. Sawy – twórcy państwa serbskiego. Wydarzenie to miało miejsce w 1237 roku. O randze tego miejsca świadczą unikatowe freski w cerkwi Wniebowstąpienia Pańskiego, których wiele do naszych czasów się nie zachowało. Freski są autorstwa serbskich twórców. Najsłynniejszy z nich „Biały anioł”, któremu udało się przetrwać wojenne zawieruchy, uważany jest za największe osiągnięcie serbskiej sztuki malarskiej. Biały anioł niesie przesłanie pokoju. Oprócz słynnego anioła w cerkwi znajdowały się także freski takie jak „Narodzenie”, „Zdjęcie z krzyża”, czy „Ostatnia wieczerza”, żaden jednak nie dotrwał do naszych czasów w całości. Wszystkie posiadały ponoć znaczną wartość artystyczną.

Monastyr Mileševa po Studenicy stał się drugim najważniejszych monastyrem w Serbii, od XV wieku siedzibą metropolity oraz miejscem funkcjonowania jednej z pierwszych w kraju drukarni. Monastyr był wielokrotnie niszczony przez Turków. Po raz pierwszy spalono go w 1459 roku, jednak został szybko odbudowany z uwagi na wielkie znaczenie jako ośrodka serbskiej kultury i znanego miejsca kultu. Podczas kolejnego ataku pod koniec XV wieku, Turcy zabrali z Mileševa relikwie św. Sawy i publicznie spalili je w Belgradzie.

Dzisiaj jednak jedyną pozostałością po tej traumatycznej historii są uszkodzone freski. Na ścianach cerkwi, możemy zobaczyć ślady połączeń i zaprawy murarskiej i zdać sobie sprawę jak mocno cała konstrukcja została uszkodzona. W okolicy jest bardzo spokojnie, a miejsce sprawia wrażenie położonego totalnie na uboczu i może nawet nieco zapomnianego. To dziwne, bowiem wizerunek „Białego anioła” to według serbskiego ministerstwa turystyki obraz promujący kraj na świecie, powielany nieskończoną ilość razy i ekstremalnie wręcz znany. Tymczasem w miejscu gdzie się znajduje można liczyć na spokój i odpocząć od cywilizacji.

Samo Prijepolje też przedstawiało się całkiem ciekawie,  kiedy zatrzymaliśmy się w nim na późne śniadanie. Na szczęście nie ma w sobie niczego z kurortu, mimo że jest otoczone górami. Znajdują się w nim ciekawe kamienice i wieża zegarowa. Jedząc na śniadanie burek i siedząc na ławce nad rzeką nieopodal parkingu na którym zostawiliśmy samochód, nagle zauważyliśmy trzech rosłych facetów kręcących się niepokojąco blisko naszego samochodu i robiących dziwne rzeczy. Postanowiliśmy zostać chwilę i przypatrzeć się co robią. Okazało się, że planowali przenieść własnymi rękami stojące nieopodal naszego samochodu yugo, które jakiś gamoń kompletnie zastawił, uniemożliwiając mu wyjazd. Nie muszę chyba dodawać, że im się to świetnie udało.