Archiwum kategorii: Serbia

Novi Pazar i okolice

Novi Pazar to dla mnie przykład miejsca wielce interesującego dzięki swojej różnorodności. Z jednej strony jest tu bardzo turecko i wpływy muzułmańskie są bardzo silne. Z drugiej strony znajdują się tutaj jedne z najstarszych zachowanych do naszych czasów zabytki chrześcijańskie w dodatku o zupełnie niesamowitym klimacie. Koniecznie trzeba to zobaczyć. I chyba lepiej zrobić to szybko. W tej chwili jeszcze panuje tam względna równowaga, z której chyba nikt nie jest w pełni zadowolony. Ciekawe jednak jak potoczą się przyszłe losy tego rejonu Serbii, bardzo luźno związanego ze stolicą w Belgradzie. Podobnie pewnie było w leżącym nieopodal Kosowie i wiemy czym się skończyło. W mieście na prawie każdym wolnym kawałku muru zielonym (sic!) kolorem, ktoś napaćkał napisy domagające się autonomii dla prowincji Sandżak. Nikt specjalnie ich nie usuwa. W zasadzie są na co drugiej kamienicy.

Takich napisów znajdziemy w mieście na pęczki.

Nikt chyba nie zadaje sobie trudu z ich usuwaniem.

Novi Pazar stolica prowincji Sandżak, to miasto założone przez osmańskiego generała Isa-Beg Isakovicia w latach 1459-1461, ponieważ w tym miejscu krzyżowały się ważne szlaki komunikacyjne. Wtedy miasto nazywało się z turecka Yeni Pasar. Generał Isakovic jest także założycielem Sarajewa. Już w 1468 roku było jednym z największych miast na Bałkanach. Obecnie 80% mieszkańców to muzułmanie. Strona lokalnej organizacji turystycznej podaje że w mieście mieszka 22 % Serbów, 75% Bośniaków, poniżej 1% Albańczyków i Czarnogórców. Dlatego Novi Pazar ma zdecydowanie odmienny charakter od pozostałych miast kraju. Silnie widać wpływy tureckie, ale nie tylko. Co ciekawe serbskie ministerstwo turystyki niezbyt chętnie chwali się tym miastem, promując na przykład znacznie mniej ciekawy Nisz, w którym najbardziej chyba fascynująca jest architektura tamtejszych blokowisk – w tym temacie faktycznie jest na co popatrzeć. Takich bloków nigdzie indziej nie znajdziecie. W porównaniu z Niszem, Novi Pazar przedstawia się znacznie ciekawiej  kulturowo, kulinarnie oraz architektonicznie. W mieście jest dużo meczetów i hammamów, kawiarni i herbaciarni w stylu tureckim, oraz sklepów z żywnością halal i osmańskim rękodziełem, muzułmańskimi dewocjonaliami. W całym mieście znajduje się wiele palarni kawy, o których piszę więcej w poście o zakupach w Serbii. Miasto nazywane jest też mini-Stambułem.

Arabska dżamija czyli meczet arabski – nie byliśmy w środku.

Na wzgórzu znajduje się osmańska twierdza.

Ten sam meczet i zabytkowe samochody.

A to lokalny Sebilij bardzo przypominający Sarajewski.

Wnętrze jednej z kawiarni.

W najstarszej części miasta spotkamy tylko sklepy z jedzeniem halal, kawiarnie, biura podróży oferujące wycieczki do Mekki, złotników. wszystkie biznesy mają wyraźnie muzułmański charakter.

Oraz odpowiednie ubrania. Jak widać idealna kobieta nie posiada nawet twarzy.

W całym mieście znajdziemy mnóstwo palarni kawy.

Wszyscy używają arabiki „Minas” sprowadzanej z Brazylii.

Następnie ziarna praży się i mieli do konsystencji mąki w zabytkowych tureckich młynkach.

Przyjeżdżamy do miasta i okazuje się, że nie za bardzo mamy gdzie przenocować. Cena w mocno odjechanym architektonicznie hotelu Vrbak jest dla nas odrobinę nieakceptowalna, więc pytamy o nocleg przechodniów, którzy tłumaczą nam jak mogą gdzie należy szukać tańszych opcji. Udaje się nam jakimś zupełnym przypadkiem znaleźć rewelacyjnie tani smestaj (czyli pokoje do wynajęcia) na ulicy Rifata Burdževića, tylko ze względu na strefę płatnego parkowania trzeba wjechać do bramy szerokiej mniej więcej na wymiar samochodu (i to niekoniecznie z rozłożonymi lusterkami) i jeszcze zostawić miejsce dla wchodzących do domu ludzi, więc przy każdym wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu z niej mam dreszcze, a robimy to często bo jeździmy trochę po okolicy.

A propos hoteli i noclegów – niesamowite wrażenie robi szalona (postmodernistyczna) bryła hotelu Vrbak – pozostałość z epoki komunistycznej i zadziwiająca mieszanina stylów. Wybudowano go w latach siedemdziesiątych XX wieku. Wielka szkoda że budynek jest w stanie dużego rozpadu i rujnacji. Jest to ciekawa próba wpasowania tak odjechanej bryły w otoczenie. Hotel rozpościera się na dwóch brzegach rzeki. To absolutne must-see dla wszystkich fanów wschodnioeuropejskiej komunistycznej architektury, mimo że niektórzy znawcy określają jego wygląd jako depresyjny i tandetny.  Jest on odważną próbą podjęcia współczesnego dialogu z ottomańską architekturą. W sumie to mi się podoba i nie czuję się źle patrząc na niego. Jedyne co mi przeszkadza to jego obecny stan niemal kompletnej ruiny. Tutaj można poczytać o nim więcej.

Dość przerażająco wygląda natomiast w prowincji Sandżak ilość religijnych radykałów – salafitów. Widok lokalnego, nie pochodzącego z Arabii, brodatego mężczyzny w spodniach do pół łydki, z żoną szczelnie okutaną w abaję posiadającą tylko otwór na oczy, w towarzystwie gromady dzieci to widok na Bałkanach bardzo egzotyczny. Oprócz charakterystycznego wyglądu ludzie ci posiadają jeszcze jedną cechę charakterystyczną – zazwyczaj traktują ludzi innego od siebie pokroju jak powietrze, lub pustą przestrzeń przed sobą. Nie nawiązują nawet kontaktu wzrokowego. W Bośni owszem, spotkamy sporo ludzi noszących brody i abaje, ale to Arabowie z półwyspu którzy przyjeżdżają tu na wakacje. Niemal wszyscy Bośniacy z którymi rozmawialiśmy twierdzili, że odrobinę przeraża ich najazd arabskich turystów, chociaż z drugiej strony są to dla nich niebagatelne pieniądze. Wszyscy narzekają na stawiane przez Saudyjczyków szkoły i meczety, które krzewią radykalną wersję islamu. Twierdzą, że Bośniacy zupełnie z tak pojmowanym islamem się nie identyfikują i się go boją. Zwyczaje i model życia przyjezdnych Arabów oceniają negatywnie i podkreślają, że jako Europejczycy mają zupełnie inną wizję swojej religii. W Bośni ciężko spotkać lokalną kobietę noszącą zasłonę na twarzy. Nawet jeśli część z nich nosi hidżab, wyglądają w nim przeważnie bardzo kobieco i szykownie. Kiedy tuż przed Nowym Pazarem zatrzymujemy się w jednej miejscowości bo do jej centrum źle poprowadził nas głupi GPS, w wyniku czego postanawiamy zatrzymać się i zakupić jakieś owoce, na placu zabaw widzę rosłą kobietę, która nie jest arabką, odzianą w abaję i zasłonę, trochę nie wierzę własnym oczom. Kiedy po półgodzinnym spacerze w Nowym Pazarze widzę takich szczelnie zasłoniętych lokalnych kobiet kilkanaście, już zupełnie nie mogę się nadziwić. Widać, że radykalne idee znajdują w mieście sporo zwolenników. Co więc stanie się z Sandżakiem jeśli zdecyduje odłączyć się od Serbii? Czy wpadnie prosto w objęcia religijnych radykałów? Żeby nie być gołosłownym – już w tej chwili z tych właśnie terenów biednego i radykalnego południa Serbii rekrutowani są członkowie islamskich ekstremistycznych organizacji, o czym można poczytać w tym artykule. Najbardziej współczuję mieszkańcom Novego Pazaru wyznającym lokalną, umiarkowaną wersję islamu, bo w tej chwili z pewnością z przerażeniem przyglądają się wzrostowi radykalnych postaw, a rząd w Belgradzie z krótkowzroczną i ambicjonalną polityką niekoniecznie ma ochotę odróżniać jednych od drugich.

Żeby było ciekawiej w tej kolebce serbskiego radykalnego islamu – niedalekich okolicach Novego Pazaru znajduje się też absolutnie genialny i jeden z najstarszych w kraju zabytek chrześcijański. Petrova Crkva czyli kościół św. Piotra z X wieku. Wraz z okalającym świątynię cmentarzem posiadają niesamowity klimat. Może jeszcze lepszy byłby przy pełni księżyca i wichurze, ale nawet w dzień, próżno szukać drugiego tak pięknego miejsca. Nagrobki pochodzą przeważnie z XIX wieku, a kościół ma ponad 1000 lat. Podobne do niego konstrukcje z tego okresu znajdują się w Gruzji, we Włoszech i Armenii. Jego wnętrze jest bardzo ciemne i surowe, pokryte gdzieniegdzie szczątkowymi malowidłami z IX, X, XII i XIII wieku. Kościół wybudowano na miejscu innej konstrukcji pochodzącej z VI wieku. Oczywiście znajduje się on na liście UNESCO. Rozegrały się w nim różne ważne wydarzenia dynastii Nemaniciów. W kościele tym ochrzczono na przykład Rastka czyli późniejszego świętego Sawę, tutaj również pobrali się jego rodzice. Jest to miejsce koniecznie warte odwiedzenia.

Kolejnym bardzo interesującym i bardzo starym miejscem jest monastyr Đurđevi Stupovi. Cerkiew pod wezwaniem świętego Jerzego pochodzi z lat 1170-71 i wybudowana została przez Stefana Nemanję. Monastyr znajduje się 4 kilometry od centrum miasta. Po drodze mijamy bardzo ładne tereny i żałuję, że nie wybraliśmy się tu piechotą. Entuzjazm do pieszych wycieczek za miasto szybko się kończy, gdy mijamy stado kilkunastu psów. Na wizję spotkania z taką sforą w niezbyt zamieszkałej okolicy, zwłaszcza gdy mówimy i gestykulujemy inaczej niż lokalni ludzie, zrobiło mi się lekko słabo. Nie wiem czy warto myśleć o pieszych wycieczkach po przedmieściach Novego Pazaru.

W samej cerkwi zostajemy podjęci tak samo jak każdy gość przychodzący do tej świątyni, wodą, kawą i ciastkami, oraz wypytani o to kto, co, skąd i dlaczego. To zupełnie niewyobrażalne jak na nasze polskie standardy, by w klasztorze lub świątyni zakonnik lub pop cały dzień podejmował gości kawą i słodkościami i o wszystkim z nimi rozmawiał. Nie chodzi tu oczywiście o jakieś nachalne nawracanie, ani zbieranie informacji o ludziach. Chodzi o pokazanie, że są oni dostępni i służą ludziom – radą, wsparciem, rozmową. Nieważne jakiego jesteśmy wyznania i po co przychodzimy. Pod tym względem serbska prawosławna cerkiew zdecydowanie mi imponuje. I nie jest to odosobniony przypadek, tylko zdecydowana większość. Sporo czasu przegadaliśmy w prawosławnych monastyrach. Jak można do tego porównać sytuację w polskim kościele, kiedy rozmowę z osobami duchownymi w najlepszym przypadku odbywamy z pozycji petenta. Jeśli zaś nie jesteśmy związani z ich kościołem, każdym możliwym gestem starają się okazać nam niechęć. Oczywiście są od tego wyjątki, jak wszędzie, możemy spotkać tu jednostki wybitne i kierujące się innymi wartościami, niestety kontakt z przeciętnym kościelnym urzędnikiem wygląda w porównaniu z Serbią straszliwie smutno.

Tak wygląda okolica monastyru Đurđevi Stupovi.

Warto się tam wybrać choć niestety niekoniecznie piechotą.

Obowiązujące stroje niewiele różnią się od tych muzułmańskich.

A to sama cerkiew.

I uszkodzone malowidła.

W końcu idziemy zwiedzać cerkiew i pierwsze co rzuca mi się w oczy to wydrapane twarze świętych postaci. Podobne rzeczy można było zaobserwować w skalnych kościołach w Kapadocji, gdzie w imię krótkowzrocznie pojmowanej religii  w ten sposób niszczy się prawie tysiącletnie malowidła. Islam i prawosławie mają bowiem zupełnie skrajne podejście do przedstawiania wizerunków. Jedna religia zakazuje w ogóle przedstawiania wizerunków zwierząt i ludzi, zaś druga maksymalnie się na wizerunkach skupia, otacza je kultem, w dodatku przypisując niektórym cudowne właściwości. W Novim Pazarze oba wyznania niszczą sobie nawzajem świątynie. Ludzie tak bardzo obawiają się innej religii, że aż niszczą należące do niej budynki. Po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo lokalni prawosławni Serbowie niszczyli i palili meczety, zaś zabytkowe i na prawdę piękne freski w Đurđevi Stupovi w mają wymazane twarze (co z pewnością nie jest efektem ostatnich lat, lecz zostało uczynione za tureckiej okupacji). Przypuszczam że tak wyglądała w Serbii większość świątyń przed renowacją.  Wszystko to wygląda, trzeba przyznać, odrobinę smutno. Minęło tyle lat lokalnych konfliktów religijnych, a ludzie nadal niczego się nie nauczyli, a radykalne organizacje znajdują tu podatny grunt. Dlatego koniecznie trzeba pojechać do Nowego Pazaru przyjrzeć się temu wszystkiemu i wesprzeć mniej radykalnych mieszkańców tego ciekawego regionu. Nawet będąc tutaj kilka dni na wakacjach, czuć miejscami ciężką atmosferę. Życie codzienne w tak skrajnie nastawionym środowisku musi być dla nich prawdziwym wyzwaniem.

 

Monastyr Crna Reka 2015

Monastyr Crna Reka to miejsce, które  może zmienić czyjeś pojmowanie świata. Takie miejsca warto odwiedzać najbardziej. Wakacje można wykorzystać różnie: wybrać się na urlop żeby wypocząć – na przykład na wczasach all inclusive, albo oprócz odpoczywania, wykorzystać ten czas na mniejszą lub większą zmianę swojej perspektywy, czyli najprościej mówiąc pozamiatać sobie w głowie. W tym roku w Serbii tak pozamiatać udało się kilka razy. Oto jeden z takich przypadków. Jak w ogóle dowiedzieliśmy się, o tym miejscu (bo oczywiście najlepsze miejsca to te nieplanowane)? Najpierw spędziliśmy noc w monastyrze Studenica (czego również nie planowaliśmy), gdzie zostaliśmy zaproszeni na poranną liturgię. Skoro byliśmy jedynymi zagranicznymi gośćmi noclegowni, gospodarze uznali za stosowne zaprosić nas na takie wydarzenie, a jako że lubimy słuchać prawosławnej śpiewanej liturgii specjalnie wstaliśmy o szóstej by zdążyć chociaż na kawałek. Po liturgii zostaliśmy zaproszeni na poranną kawę (i rakiję) i długo rozmawialiśmy z młodym nauczycielem fizyki, który co wakacje przyjeżdżał do monastyru popracować przez jakiś czas jako wolontariusz, zrelaksować się i odpocząć od cywilizacji. To właśnie on polecił nam by koniecznie odwiedzić Crną Rekę. Kiedy więc znaleźliśmy się w Novim Pazarze, stwierdziliśmy że to tak blisko, że chyba skorzystamy z tej rady. Mieliśmy tam być dwie godziny, mając zaplanowane na ten dzień także kilka innych interesujących miejsc. Zostaliśmy cały dzień.

Crna Reka leży w miejscu dosyć odosobnionym w samym środku gór masywu Mokra Gora. Raczej nie liczmy na dojazd tam publicznym transportem. Bez własnego samochodu lub w ostateczności autostopu, z pewnością będziemy musieli iść kilka kilometrów od głównej drogi. Monastyr leży w górach na styku trzech krajów. Niespełna kilometr stąd rozpoczyna się już Kosowo, a niespełna 10 kilometrów dzieli to miejsce w linii prostej od Czarnogóry. Nawet niektórzy nasi rozmówcy nie byli pewni czy aby na pewno Crna Reka leży jeszcze w Serbii, ale tak twierdził nasz GPS. Sam dojazd także nie wygląda zbyt łatwo i przyjemnie, ciekawe czy da się tam przejechać samochodem osobowym w zimie gdy spadnie śnieg? Chyba nie odważyłabym się na taki wyczyn. Nachylenie drogi jest takie, że na dwójce wjechać się nie da (albo jestem całkiem beznadziejnym kierowcą, ale jakoś dojechałam tu te 1200 kilometrów z Polski). Na pocieszenie dodam, że jest nowy asfalt, co prawda idealnie na szerokość jednej osobówki, ale ponoć jeszcze nie tak dawno nie było go wcale. O tym że coś ważnego mnie tutaj spotka, wiadomo było już przy wjeździe do monastyru, kiedy to udało mi się wjechać w kamienny murek na zupełnie pustym parkingu (no dobra, chyba jestem trochę beznadziejnym kierowcą) i uszkodzić zderzak. Zawsze tak mam, że jak coś ważnego ma się wydarzyć tłuką mi się w domu naczynia.

srb_okolice-monastyru-crna-reka_001.jpg

Okolice monastyru wyglądają dość sielsko.

srb_okolice-monastyru-crna-reka_003.jpg

A sam monastyr jest dookoła otoczony górami.

srb_okolice-monastyru-crna-reka_004.jpg

W okolicznych miejscowościach większość mieszkańców to muzułmanie w każdej wsi znajduje się meczet.

srb_monastyr-crna-reka_010.jpg

Klasztor to taka trochę prawosławna wyspa. Znany jest w całej Serbii, słynie z licznych uzdrowień.

Na przywitanie jeden z zamieszkujących klasztor posłuszników zaprasza nas do stołu i robi kawę po turecku (a raczej po serbsku, gdyż po turecku to byłby prawdziwy afront). Oczywiście jak to zwykle w Serbii bywa, nie przyjmuje za nią pieniędzy, bo robi ją z gościnności, a jeśli uważamy że trzeba za nią zostawić pieniądze, mamy to zrobić we wnętrzu świątyni. Zaraz po nas do monastyru przybywa dwóch „przypakowanych” Serbów wyglądających trochę jak jacyś południowi mafiosi i także zajmują miejsca przy stole przy którym siedzimy i rozmawiamy łamanym serbsko-angielsko-polskim z naszym gospodarzem. Okazuje się że dresy, ciemne okulary i skórzane gadżety ubiera się tutaj na przejażdżkę na górskim rowerze. Panowie wyglądali jakby właśnie wysiedli z jakiegoś tuningowanego BMW, a tu taka niespodzianka, bo okazuje się że są rowerzystami i to chyba niezłymi, bo nachylenie dróg ogromne. Tłumaczą nam po serbsku, że wybrali się z Mitrovicy na wycieczkę rowerową do świętego miejsca, żeby „naładować akumulatory”. Prawie w każdym zdaniu mówią jak to źle i okropnie żyje im się w Kosovie. Nikt z całej trójki nie mówi po angielsku, ale sens ich wypowiedzi łatwo zrozumieć, bo mówią bardzo prosto. Są strasznie smutni i zdołowani. W sumie to aż nie chce nam się z nimi długo rozmawiać, bo bije od nich ogromna rezygnacja, niechęć, rozdrażnienie. Chyba dobrze, że nie wszystko co mówią rozumiemy (i z wzajemnością). Nawet nie przyznajemy im się, że mieszkamy w Novym Pazarze i czujemy się w nim świetnie, (dobre samopoczucie burzą tylko spotykani tu i tam brodaci salafici w spodniach do połowy łydki i z żonami w czarnych zasłonach na twarzy) bo nie chcemy całkiem ich dobijać. Tak to przynajmniej doceniają, że będąc w regionie, gdzie w każdej miejscowości stoi kilka meczetów odwiedzamy chrześcijańskie miejsca. Nie chcemy więc ich jeszcze bardziej smucić, że to nie do końca prawda.

srb_monastyr-crna-reka_009

Monastyr Crna Reka wygląda chyba najlepiej ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie serbskich monastyrów.

Dopijamy kawę i zostawiamy ich przy stole i kierujemy się w stronę świątyni. W sumie to wygląda ona tak niesamowicie, że gdyby nie kawa i rozmowa już dawno weszłabym do środka. Świątynia ma charakter obronny. Budynek z nieregularnych kamieni i o mocno nieregularnym kształcie z małymi oknami wyglądającymi jak dziury w termitierze, przytulony do wiszącej nad nim skały. Od reszty lądu otoczony jest sporym obniżeniem terenu będącym naturalną fosą, którą spina rozklekotany drewniany most.  U dołu wiosną pokazuje się rwąca górska rzeka. W lecie kiedy tam byliśmy nie było po niej ani śladu.  Rzeka w okolicy monastyru płynie pod ziemią a kilkaset metrów za nim z powrotem wypływa na powierzchnię. Dzięki temu w monastyrze panuje cisza niezbędna do modlitwy i medytacji. Takie miejsca, musiały mocno wpływać na wyobraźnię ludzi, być uważane za szczególnie pomyślne i obdarzone wyjątkowymi właściwościami, skoro stawiano w nich miejsca ważne dla duchowego rozwoju. Ostatnie odwiedzone przeze mnie tak rewelacyjnie położone miejsce to chyba Tekija w Blagaju. Tylko że w porównaniu z nim (jeśli w ogóle te dwa miejsca można z sobą porównywać) Blagaj to miejsce znacznie bardziej komercyjne. W Crnej Rece każdy gość traktowany jest jeszcze zupełnie unikatowo. Tak chyba ludzie traktowali się w epoce, gdy wiadomości o świecie nie dostawały się do nas za pośrednictwem wszędobylskich mediów, a ludzie przemieszczali się znacznie trudniej i rzadziej niż dzisiaj. Dlatego z każdy obcy człowiek wart był dłuższej rozmowy. A może dzieje się  tak tylko dlatego, że to prawdziwa „prawosławna wyspa” w otoczeniu islamu. Jeśli tak, to wszelkim tego typu wyspom świetnie ten fakt służy. Czuć tutaj prawdziwą chrześcijańską atmosferę jaka musiała panować wieleset lat temu na głębokiej prowincji, gdy wpływy i bogactwo nie były aż tak ważne i liczyły się inne rzeczy.  Nic dziwnego że ludzie przyjeżdżają tutaj żeby doświadczyć cudu. W takich miejscach to pewnie możliwe. Takie w których liczą się już tylko pieniądze i wpływy odcinają kupony od wcześniejszej sławy.

Przechodzimy po rozklekotanym drewnianym moście do wnętrza skalnej świątyni. Jest ono mocno surowe nie ma żadnych niepotrzebnych ozdobników. Obecnie miejsce to zawdzięcza swoją sławę przechowywaniu tutaj relikwii świętego Piotra z Korisy (Петар Коришки).  Data jego urodzin to ponoć rok 1211, urodził się gdzieś pomiędzy Peczem a Kosowym Polem, natomiast jego pustelnia znajdowała się daleko na południe w Korisie niedaleko Prizrenu. Inne źródła podają, że miejscem jego urodzin były okolice Prizrenu. Już w młodości pragnął poświęcić swoje życie Bogu, podobnie jak jego siostra. Udało mu się tego dokonać, jak również ocalić siostrę przed zamążpójściem. Oboje zaczęli żyć obok siebie w zupełnej dziczy jako pustelnicy. Ich pustelnia mieściła się niedaleko Prizrenu. Okazało się że potrafią uzdrawiać i mimo chęci życia w odosobnieniu przyciągali do siebie mnóstwo ludzi.  Oboje stawali się coraz bardziej sławni i zyskiwali rozgłos, którego w ogóle nie chcieli. Piotr uciekając przed niechcianą sławą schronił się w monastyrze Crna Reka i przez jakiś czas w nim przebywał. Tutaj też został pochowany i znajdują się jego relikwie.

srb_monastyr-crna-reka_002.jpg

Wnętrze klasztoru, w cerkwi trwa właśnie modlitwa o uzdrowienie.

srb_monastyr-crna-reka_008.jpg

Za zakrętem znajduje się małe źródełko z leczniczą wodą. Gdy nie ma wody lecznicze jest też błoto.

srb_monastyr-crna-reka_006.jpg srb_monastyr-crna-reka_003.jpg srb_monastyr-crna-reka_005.jpg

W cerkwi trwało właśnie jakieś nabożeństwo, więc zostaliśmy trochę się mu przypatrzeć, bo odbywały się tam różne interesujące rzeczy.  W międzyczasie zrobiło się małe zamieszanie w wyniku którego część ludzi tłoczących się w maleńkiej świątyni wyszła, a pozostali  przepuścili nas głębiej żebyśmy dobrze widzieli. Teraz już nie mieliśmy za bardzo jak opuścić tego miejsca bez przerywania ich skupienia, więc postanowiliśmy zostać na kolejnym nabożeństwie żeby się mu przypatrzeć. Ludzie podsunęli nam nawet małe taboreciki, na których można było na chwilę przysiąść. Najpierw rodzina przywiozła do świątyni chorego mężczyznę w stanie prawdopodobnie terminalnym, który z ogromnym trudem chodził o własnych siłach podtrzymywany przez dwie osoby. Po mniej więcej półgodzinie, mężczyzna razem z towarzyszącymi mu członkami rodziny wyszedł z kościoła, a jego miejsce zajęła ponad dwudziestoosobowa grupa z małym na oko półtora albo dwuletnim dzieckiem. Dziecko ewidentnie miało jakąś chorobę genetyczną, na pewno miało rozszczepione podniebienie i zdeformowane stopy. Trudno stwierdzić czy było w jakimś stopniu upośledzone umysłowo, bo nie znam się na takich małych dzieciach. Rodzina dziecka pewnie zapłaciła sporo za ceremonię uzdrawiania, bo podczas nabożeństwa otwarto trumnę ze świętym. Wszyscy po kolei zaczęli podchodzić pochylać się nad otwartą trumną i całować obłożone drogimi kapami ciało świętego. Nas również wpuszczono do kolejki. Przynajmniej nas to nie zdziwiło, gdyż już wcześniej przytrafiło się to nam w monastyrze Studenica. Zdziwiło nas dopiero to co wydarzyło się potem. Otóż okazało się, że pod trumną ze świętym znajduje się niecka wyłożona materacami i poduszkami, pod którą należy się położyć celem doznania uzdrowienia. To właśnie tam wcześniejsi pielgrzymi umieścili terminalnie chorego mężczyznę i jego podnoszenie wywołało takie zamieszanie. Wcześniej tego nie widzieliśmy, bo tłoczyliśmy się w przedsionku. W monastyrze Crna Reka można poleżeć sobie pod doczesnymi szczątkami świętego Piotra Koriskiego! Nam również kazano to zrobić, więc położyłam się tam gdzie inni. Czy to działa? Na pewno zaczęłam czuć się bardzo specyficznie i z chęcią poleżałabym dłużej, żeby zobaczyć co się stanie, jednak nie chciałam blokować kolejki innym ludziom, którzy przyjechali tu po to specjalnie, więc postanowiłam się pośpieszyć i w miarę szybko opuścić nieckę przeznaczoną do leżenia. Ponoć najlepiej poleżeć dłużej, bardzo często zdarza się, że po chwili ludzie głęboko zasypiają na kilka minut. Miejsce (albo prochy świętego) muszą być więc obdarzone specjalnymi właściwościami. Ojciec genetycznie chorego dziecka tłumaczył nam to wszystko bardzo dobrym angielskim, ponieważ pracował za granicą. Jechali tutaj wynajętym autokarem przez pół kraju, pochodzili ze środkowej Serbii. Tego samego dnia mieli jeszcze odbyć taką samą ceremonię z dzieckiem w monastyrze w Ostrogu. Niestety nie byłam na tyle przytomna by spytać jakie jeszcze metody stosują w celu wyleczenia swojego dziecka. Mężczyzna może nie wyglądał na wykształconego, ale na pewno obytego w świecie. Modły nad dzieckiem trwały pewnie ponad godzinę. Pod koniec ludzie zaczęli stopniowo się rozchodzić, a jedna kobieta z rodziny, zabrała nas na całą uzdrawiającą „ścieżkę zdrowia”, którą należało odbyć by odegnać choroby. Otóż w jednym miejscu jaskini wybijało mikroskopijne źródełko, z którego woda miała ponoć silnie uzdrawiające właściwości, a ludzie nakładali sobie na powieki wodę i odrobinę błota spod źródełka. Było jej na tyle mało że nie dało jej się pić kapała powoli po kropelce i ludzie oszczędzali ją na tyle że tylko zwilżali sobie nią usta. Następnie wzięła nas do bocznej odnogi jaskini w której mieszkał i medytował święty Piotr. Tam należało przycisnąć chore części ciała do jednego z miejsc i poczekać kilka minut. Nawet jeśli znajdziemy się tam sami to z pewnością poznamy gdzie się ono znajduje jest bowiem dość mocno wyszlifowane mnóstwem przesuwających się po nim ciał. Po całej świątyni porozrzucane były banknoty, które ludzie zostawiali w przeróżnych miejscach. Najwięcej ich było właśnie w jaskini gdzie święty mieszkał i oddawał się kontemplacji. Największe nominały leżały sobie porozrzucane i oczywiście nikt ich nie zabierał.

srb_monastyr-crna-reka_004.jpg

Ikony chyba potrzebują pilnej renowacji.

srb_monastyr-crna-reka_001.jpg

A to jaskinia w której mieszkał św. Piotr Koriski.

Po raz kolejny nie mogłam się nadziwić jak dosłownie pojmowany jest tutaj kult świętych. Najlepszy sposób na oddanie czci świętym i spełnienie wznoszonych do nich próśb jest fizyczny kontakt z ich doczesnymi szczątkami. Nie chodzi tutaj oczywiście o jakieś dotykanie ścian świątyni, rzeźb i innych przedstawień świętych, ale o całkiem bezpośredni kontakt ciało-ciało na przykład całując czaszkę leżącą w trumnie. Niektórych pewnie może to szokować ale pewnie całkiem nie tak dawno, musiało to pewnie tak wyglądać wszędzie. Gdzie indziej takie pojmowanie uległo licznym reformom, tutaj jednak nadal zostało na swoim miejscu. Z jednej strony to ogromnie fascynujące, że wszystko jest tutaj takie „archaiczne”. Warto jednak poczytać trochę w internecie o tym monastyrze, żeby zrozumieć dlaczego mieszka w nim teraz maksymalnie sześciu duchownych. Miejscem niedawno wstrząsnęły poważne skandale. Oczywiście tego typu i gorsze skandale dzieją się także w kościołach bardziej zreformowanych i sam fakt bycia zreformowanym lub nie, nie ma chyba tutaj zbyt wiele do rzeczy. Jednak żeby zanadto nie rozpływać się nad tym miejscem jako „wyglądającym na zupełnie nietknięte”, warto dowiedzieć się także tego co dzieje się w nim dzisiaj i poszerzyć swój punkt widzenia.

Pierwszym świętym, który mieszkał w tym miejscu był św. Joanikios, który żył tutaj pod koniec XIV wieku. Dokładna data powstania klasztoru nie jest znana, a rozbieżności sięgają dwu stuleci. Za okres powstania klasztoru przyjmuje się wiek XII, XIII albo XIV.  Święty Joaniklos był prawdopodobnie pierwszym człowiekiem, który wydrążył w skale jaskinię i się w niej osiedlił. Stopniowo dołączyło do niego mnóstwo mnichów. Obecnie skała wydrążona jest tak bardzo, że przypomina termitierę, tak wielu ludzi poszukiwało tutaj duchowego spełnienia i oświecenia. W następnych stuleciach nie ma żadnych źródeł ani wzmianek o tym miejscu aż do wieku XVII. Miejsce było na tyle odosobnione (i mało ważne) że przez jakiś czas ukryto tutaj relikwie samego świętego Sawy przed Turkami. Crna Reka była położona na tyle na uboczu, że nigdy nie została zdobyta ani złupiona. Może była miejscem na tyle marginalnym i biednym, że nikomu nie chciało się tam specjalnie fatygować? Następnie monastyr był kilkakrotnie opuszczany, a następnie od nowa zasiedlany przez mnichów, którzy odnawiali go po kawałku. W 1898 roku wybudowano konak po drugiej stronie rzeki, w którym znajdowała się szkoła religijna.  Następnie monastyr opuszczony został ponownie. Tuż przed wybuchem II wojny światowej zamieszkiwało do tylko dwóch mnichów. Ostatnią osobą, która wpadła na pomysł by ponownie zasiedlić od dawna opuszczony klasztor był biskup Artemiusz, który zgromadził wokół siebie kilkunastu mnichów. Od 1978 roku rozpoczął się remont zabudowań monastyru i wybudowana została droga, oraz doprowadzone prąd i woda. Stopniowo ilość mnichów zwiększyła się. Artemiusz to postać bardzo kontrowersyjna. Należy do najbardziej konserwatywnych i skrajnie nacjonalistycznych kręgów Serbskiego Kościoła Prawosławnego. Po skandalu, jaki wybuchł z jego udziałem w 2010 roku, (chodziło o malwersacje finansowe, związane z obrotem nieruchomościami wbrew interesom Cerkwi) został przeniesiony na emeryturę i pozbawiony katedry biskupiej. Zbuntował się jednak przeciwko temu wyrokowi i razem z zebranymi wokół siebie ludźmi opuścił swoją siedzibę w Šišatovacu i udał się na terytorium północnego Kosowa razem z grupą swoich zwolenników mnichów i świeckich. Wbrew zakazowi sprawowania nabożeństw i mimo odmowy przełożonego klasztoru nadal wydaje i podpisuje dokumenty jako biskup raszkańsko-prizneński, sprawuje nabożeństwa, gromadzi pieniądze i usiłuje odbudować „prawdziwie świętosawską cerkiew”. Trwa przeciwko niemu dochodzenie odnośnie malwersacji finansowych. Były biskup został pozbawiony godności kościelnych a Sobór Biskupów Serbskiego Kościoła Prawosławnego ogłosił, iż duchowny „wstąpił na drogę otwartego rozłamu”. Były biskup kilka razy pojawiał się w monastyrze Crna Reka, próbując organizować tam różne wydarzenia mające skupić wokół niego więcej zwolenników i przejąć monastyr, ale do tej pory nie udało mu się tego zrobić. W 2010 roku większość zamieszkujących klasztor mnichów opuściła go, by pokazać solidarność z niepokornym biskupem. Obecnie monastyr jest niemal opustoszały, kiedy tam byliśmy to (o ile dobrze pamiętam) mieszkało w nim dwóch mnichów i czterech posłuszników.

Jakby tego było mało, w 2009 roku w Crnej Rece miał miejsce inny skandal, o którym wspominali nam wszyscy mniej religijni Serbowie z którym opowiadaliśmy, że odwiedziliśmy to miejsce. Na terenie monastyru znajdował się ośrodek leczenia narkomanów. W Serbii takimi sprawami zamiast specjalistycznych organizacji zajmuje się Serbska Cerkiew Prawosławna. Swoją drogą to bardzo interesujące co stało się z tym krajem po rozpadzie Jugosławii i jak bardzo zacofany się stał, że takimi sprawami zajmuje się tutaj cerkiew zamiast kompetentne instytucje, wykorzystujące najnowsze osiągnięcia medycyny. W 2009 roku wyciekło brutalne nagranie bicia uzależnionych osób różnymi narzędziami na przykład łopatą (kto chce może je sobie wyszukać w internecie, ale jest mocno drastyczne). Kierujący ośrodkiem mnich-harleyowiec Branislav Peranovic poddał się do dymisji i opuścił Crną Rekę, a ośrodek zamknięto. Żeby tego było mało Peranovic niedługo później zaczął kierować podobnym ośrodkiem w Jadranskiej Lesnicy, gdzie pobił innego pacjenta ośrodka na śmierć. Dopiero po tym wydarzeniu został skazany w 2013 roku na 20 lat więzienia.

Dlaczego mimo wszystkich tych mrocznych wydarzeń, ogromnie warto wybrać się do monastyru Crna Reka? Wizyta tam mocno daje do myślenia, nie tylko nad serbskim prawosławiem, ale nad religiami w ogóle. Czy warto w życiu kierować się dogmatycznie i wyłącznie umysłowo pojmowaną religią i jak duże szkody może ona nam wyrządzić. Historia tego miejsca doskonale pokazuje, co zostaje, gdy z religii pojmowanej w sposób mistyczny i osobisty, zostanie tylko zbiór smutno wyglądających dogmatów, służących do generowania uprzedzeń i usprawiedliwiania nienawiści. Religia to ogromna siła i jedynego rodzaju miecz obosieczny. Może robić wiele dobrego, ale może być siłą totalnie destrukcyjną. Wizyta tutaj pozwala zdać sobie sprawę z tego, jaką pułapką jest zwolnienie siebie z samodzielnego myślenia i odczuwania i pozwolenie na to, by ci bardziej obeznani w kwestiach wiary „myśleli za nas”.

Monastyr Studenica 2015

Do Monastyru Studenica mamy zamiar tylko zajechać po drodze, ale okazuje się że jest on tak rewelacyjnie położony niemal na środku niczego, że aż postanawiamy tutaj przenocować. Monastyr prezentuje się znakomicie w otoczeniu gór Radočelo. Został wybudowany w miejscu odosobnionym zgodnie z założeniami lokowania prawosławnych monastyrów – z dala od siedzib ludzkich by nic nie zakłócało mnichom spokoju, ciszy i skupienia. W tej chwili w niedalekiej odległości od monastyru znajduje się pewnie ze 20-30 domów. Po zjechaniu z głównej drogi, jedzie się około 10 kilometrów przez zupełnie puste tereny pokryte łagodnymi i zalesionymi pagórkami. Sporo jest tam ścieżek po których można się powłóczyć. Monastyr leży przy bocznej drodze po której już wieczorem przestają jeździć jakiekolwiek pojazdy – dlatego w nocy jest tam niesamowicie cicho i rewelacyjnie widać gwiazdy, bo teren zupełnie nie jest zanieczyszczony sztucznym oświetleniem. Niestety nie mieliśmy czasu żeby zostać tam na dłużej, czego mocno żałuję. Z noclegiem nie ma żadnego problemu. Konak – czyli dom pielgrzyma jest odnowiony i niedrogi. Na miejscu jest też jadłodajnia dla pielgrzymów, w której o określonych godzinach można dostać jedzenie, za które należy wrzucić dowolną kwotę do   skarbonki „na chwałę bożą”, czego dowiedzieliśmy się gdy w końcu udało nam się dogadać z pracownikami o co tutaj chodzi. Można być zaskoczonym bo nie ma żadnego menu – wszyscy jedzą to co akurat jest przyrządzone i trzeba zapytać o której można w ogóle cokolwiek zjeść.  Jadłodajnia jest chyba niezbyt przyzwyczajona do przyjmowania gości zagranicznych, bo nikt nikomu niczego nie tłumaczy i wchodzi z założenia, że wszyscy wszystko będą wiedzieć. W jadłodajni obowiązują prawosławne zasady postu. W środy i piątki nie je się mięsa, ryb ani nabiału. Obiad wygląda wtedy bardzo skromnie, bo warzywna kuchnia jakoś nie jest domeną Serbów (to nie Indie ani Nepal). Rozgotowane warzywa przyrządzane przez nich jako dania postne, są niestety prawie zupełnie pozbawione smaku. Innych jedzeniowych opcji nie ma. W okolicy klasztoru znajduje się jedynie sklep spożywczy w którym nieliczni miejscowi piją piwo.

Studenica to obecnie najważniejsze serbskie miejsce kultu religijnego leżące w granicach kraju. Od wieków była ważnym centrum życia religijnego, kulturalnego i naukowego jednak z biegiem czasu trochę straciła na znaczeniu. W tej chwili wszystkie kiedyś ważniejsze od tego klasztoru miejsca kultu, znajdują się w ościennych państwach, więc to Studenicy ponownie należy się palma pierwszeństwa. Trochę więc się obawialiśmy, że klasztor będzie mocno skomercjalizowany, otoczony rozlicznymi straganami pełnymi plastikowego badziewia. Nic podobnego. Straganu nie było ani jednego, a klasztor był idealnie wkomponowany w otaczające go zielone pagórki, bez żadnych współczesnych wizualnych zanieczyszczeń. Monastyr został zbudowany w XII wieku przez Stefana Nemanię, który zgodnie z planem miał tutaj zostać pochowany (dlatego o Studenicy mówi się że to tzw. zadušbina Stefana). Stefan będąc królem Raszki – pierwszego zjednoczonego państwa serbskiego, abdykował i zbiegł na półwysep Athos żeby poświęcić się życiu duchowemu jako mnich Symeon. Założył klasztor Chilandar w którym zakończył życie w 1200 roku. Jego syn Rastko, podążył tą samą drogą co ojeciec. Również zbiegł z kraju i postanowił zostać mnichem (przybrał imię Sawa). Do Studenicy przybył w 1208 roku razem ze szczątkami swojego ojca Stefana Nemanii. objął stanowisko archimandryty Studenicy, spisał żywot ojca i go kanonizował. Sawa również został świętym i to nie byle jakim – patronem Serbii oraz twórcą i pierwszą głową Serbskiej Cerkwi Prawosławnej.

Monastyr rozciąga się na sporym terenie otoczonym kamiennym murem. Na jego terenie znajdują się między innymi trzy cerkwie, oraz fundamenty różnych budowli. Wszystko razem stanowi dość fascynujący zlepek różnych stylów architektonicznych i różnych epok. Widać że miejsce było wielokrotnie niszczone i nieustannie odbudowywane. Największa cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy to przykład stylu raszkańskiego, połączenie orientalnej architektury bizantyjskiej i europejskiej romańskiej.  Z zewnątrz wyłożona jest blokami marmuru. Portale i okna są zdobione wykutymi w marmurze roślinnymi ornamentami, które wyglądają bardzo wschodnio. W środku z bardzo bogatego ponoć niegdyś wystroju zostało niewiele. Studenica była wielokrotnie najeżdżana, a jej skarbiec wielokrotnie rabowany. Zniszczenia poczyniły też pożary, które pochłonęły słynną z bogatych zbiorów klasztorną bibliotekę i tragiczne trzęsienie ziemi. Freski niemal całkowicie zniszczyli Turcy. Tłumaczył nam to wszystko mieszkający w klasztorze młody mężczyzna, który przebywał cały dzień w cerkwi i pomagał turystom, czasem opowiadając im co nieco o historii klasztoru. Skupiał się jednak głównie na jej negatywnych momentach, opowiadając głównie o złych i niedobrych, dzikich i niecywilizowanych Turkach (oraz nieco rzadziej w równie negatywnym kontekście o innych sąsiednich państwach) oraz o dobrej, wspaniałej i biednej Serbii. Brzmiało to trochę dziwnie i  mocno nacjonalistycznie, jestem dosyć wyczulona na takie gadki. W cerkwi cały czas ktoś przebywa, pilnując by nikt nie robił w niej zdjęć. Na szczęście na trzech pilnujących tylko jeden tak skrajnie rozumiał historyczne zawiłości.  Z innym z wolontariuszy mieszkających w klasztorze udało nam się dłuższą chwilę porozmawiać. Bardzo potrzebowaliśmy dogadać się z kimś w sprawie kolejnego interesującego miejsca nieopodal.

srb_monastyr-studenica_freski_001.jpg

Niesamowicie podoba mi się sposób używania czerni przez autorów fresków.

srb_monastyr-studenica_freski_002.jpg

Te freski znajdują się w Cerkwi Królewskiej z 1314 roku tam na szczęście można robić zdjęcia.

Oprócz monastyru, zresztą zupełnie magicznego i pełnego ciekawych zakamarków, (co zaraz zobaczycie na zdjęciach), siedem kilometrów asfaltową drogą od klasztoru, znajduje się położona w górach pustelnia św. Sawy, w której ponoć przebywał on dosyć często, by uwolnić się na jakiś czas od ziemskich spraw. Pisał tutaj także swoje teksty religijne. Święty Sawa jest uważany za człowieka który połączył w sobie wartości wschodu (takie jak religijna kontemplacja) i zachodu (energiczne działanie dla dobra społeczeństwa).  Bardzo chcieliśmy to miejsce odwiedzić. Chwilę potrwało zanim udało się nam dogadać w tej sprawie z kimkolwiek, bo nie wiedzieliśmy o co dokładnie mamy się pytać. Ludzie też mówili o nim z pewnym ociąganiem. Okazało się że pustelnia to po serbsku isposnica.  Podawali też bardzo różne odległości od 10 do 20 kilometrów dalej w głąb prowincjonalnej drogi, którą przyjechaliśmy do monastyru. Dlatego postanowiliśmy wybrać się tam samochodem. Okazało się, że spokojnie dałoby się tam dojść piechotą bo siedem kilometrów, po asfalcie podrzędną drogą, po której prawie wcale nie jeżdżą samochody to chyba żaden wielki wyczyn. Martwiłam się również, że nie będzie wiadomo w którym miejscu trzeba zejść z drogi asfaltowej na leśną, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Przy drodze stoi całkiem porządna drewniana tablica informacyjna, więc jak widać pustelnia nie jest w żaden sposób ukrywana i każdy może tam pójść. Za to podany na tablicy czas przejścia do jest kompletnie nierealny, całość trasy w górę zajęła nam chyba 45-50 minut. W dół zejdziemy z pewnością w około pół godziny. Właściwie to pustelnie znajdują się dwie Górna Savina i Dolna Savina. W dolnej znajduje się źródło ze świętą wodą, która leczy liczne choroby. W górnej znajduje się kamienna cerkiew św Jerzego określana nazwą Pridvorica, kaplica oraz właściwa pustelnia, którą zamieszkiwali różni zakonnicy. Teren górnej pustelni rozpoczyna kamienna brama z drewnianymi drzwiami, która nie jest zamknięta na klucz i można wejść na jej teren, natomiast wszystkie budynki z wyjątkiem kaplicy są zamknięte, ale to żaden problem. Widok z góry jest rewelacyjny, znajduje się tam kilka ławeczek na których można posiedzieć.  Pustelnia  przywodzi na myśl różne buddyjskie miejsca kultu położone gdzieś w chińskich górach. Człowiek, który opowiadał nam o tej pustelni twierdził, że rozciągający się z niej widok, to najpiękniejszy krajobraz jaki widział w życiu. Nie wiem czy mogę się z nim zgodzić w stu procentach, ale miejsce jest faktycznie rewelacyjnie położone i panuje w nim absolutnie niesamowity klimat. Warto trochę tam posiedzieć i pokontemplować chociażby rewelacyjny widok. Jedynie (obecnie puste) mieszkanie zakonnika jest zamknięte. Oczywiście w pustelni jak i po drodze do niej nie spotkaliśmy nikogo – w Serbii uprawia się raczej turystykę samochodową i przypuszczam że niewielkiej ilości ludzi chciałoby się iść pod górę przez pół godziny.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_drogowskaz_001.jpg

Jak widać nie należy się martwić na zapas. Zejście z asfaltowej drogi do pustelni jest świetnie oznaczone.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_widok_003.jpg

Warto się przejść bo kawałek dalej czekają nas takie widoki.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy-szlak_001.jpg

Tak wygląda początek ścieżki.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy-szlak_003.jpg

Zgubić się nie sposób dzięki takim znakom. Chociaż do pustelni da się także dojść z innej miejscowości dłuższym szlakiem. Na mapie openstreetmap on się co prawda wyświetla, ale jest mocno nieczytelny, nieprzecięty i nieoznaczony.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy-szlak_002.jpg

Żebyśmy nie zapomnieli gdzie idziemy, pod drodze ludzie co jakiś czas zostawiają skupiska obrazków z wizerunkiem św. Sawy.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_dolna-pustelnia_001

A to dolna pustelnia. Znajduje się w niej czeszma z leczniczą wodą. Jednak razem z nami postanowiła skorzystać z niego żmija, bo była susza.

Podobno po świętym Sawie miejsce było cały czas zamieszkane przez różnych pustelników. Ostatni mieszkający tam stale pustelnik zginął tragicznie w 1981 roku w pożarze. Obecnie pomieszkuje tam bardzo leciwy zakonnik, który najczęściej spędza czas w dolnej pustelni. Zostaje na kilka dni z zapasem jedzenia, nie ma jednak na tyle sił aby zamieszkać tam na stałe. Podobno jego następcy  na razie nie widać. Opowiadali nam o tym miejscowi rolnicy, którzy posiadają swoje pola nieopodal wejścia na górsko-leśną ścieżkę.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_dziewanna_001.jpg

Za to u góry jest tak. Wrażenia zapewniają też monstrualne dziewanny.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_wejscie_001.jpg

Warto tam być zwłaszcza o zachodzie słońca.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_widok_001.jpg

Żeby pokontemplować na przykład takie widoki.

srb_studenica_pustelnia-sw-sawy_widok_002.jpg

Mnie najbardziej przypomina to jakiś prowincjonalny buddyjski klasztor w Chinach.

Kiedy w końcu wróciliśmy do Studenicy, zostaliśmy zaproszeni na poranną liturgię. Stwierdziłam że to świetna okazja by porobić  trochę zdjęć monastyru oświetlonego przez wschodzące słońce. Znajduje się on na tyle wysoko że słońce jest w nim znacznie później niż mogłoby się wydawać, więc musiałam kręcić się na zewnątrz dosyć długo, bo nie chciałam wchodzić i wychodzić by nie przeszkadzać ludziom w ich liturgii. Kiedy w końcu weszłam do cerkwi, liturgia zbliżała się ku końcowi. Okazało się, że tego dnia podczas liturgii będą otwierane trumny ze świętymi. Mamy ponoć wielkie szczęście. Do klasztoru przyjechało kilku ważnych mnichów i postanowiono uczcić to wydarzenie specjalnie właśnie w ten sposób. To dlatego większość ludzi z którymi rozmawialiśmy tak pilnie nas na nią zapraszała. Jeśli wielu ludzi mnie na coś zaprasza, to zazwyczaj korzystam. Wygląda to tak, że do otwartej trumny ustawia się kolejka i wszyscy mają możliwość pocałowania czaszki świętego, której fragment jest odsłonięty spomiędzy kapiących od złota tkanin. Zostaliśmy zaproszeni do kolejki – to według miejscowych bardzo duży przywilej by móc chociaż raz w życiu ucałować relikwie ważnego świętego. Przy nas otwarto z pewnością któregoś ze Stefanów, chociaż nie wiem na sto procent czy był to Stefan Nemania, bo z tego co pamiętam było tam pochowanych dwóch ludzi o takim imieniu. Z drugiej strony czy otwierali by trumnę jakiegoś pomniejszego Stefana a nie tego najważniejszego? Czy  Stefan Nemania nie byłby pochowany na honorowym miejscu? Pierwszy raz spotkaliśmy się z czymś takim. Rok wcześniej byliśmy na przykład w rumuńskiej Putnie. Tam również znajduje się grób świętego władcy – Stefana cel Mare. Nikt jednak nie otwiera jego grobowca co tydzień lub częściej, by wszyscy goście mogli ucałować jego doczesne szczątki. Tutaj takie sytuacje są na porządku dziennym, ponoć identycznie wygląda to też w Ostrogu. Całowanie czaszek sprzed kilkuset lat raczej mi nie przeszkadza, więc ochoczo uczyniliśmy to co wszyscy w kolejce – skoro im to nie szkodzi, to nam pewnie też nie. Bardziej chyba obawiałabym się bakterii wszystkich aktualnie całujących szczątki świętego 🙂 niż samych szczątków. Przy okazji, jestem mocno sceptycznie nastawiona do świętych będących przy okazji ważnymi figurami politycznymi i osobiście uważam, że decyzja o nadaniu takiej osobie statusu świętego to zawsze decyzja w mniejszym lub większym stopniu polityczna. Z drugiej strony jak wiadomo szczęścia nigdy za wiele i jestem otwarta na wszelkie formy kultu, więc nie mam nic przeciwko całowaniu czyjejś czaszki z XII wieku. Co bardzo ciekawe, wszyscy pytali nas czy czuliśmy  zapach „najwspanialszych perfum” który ponoć wydobywa się z trumien po ich otwarciu. Niestety zupełnie nie czuliśmy, ale nie chcieliśmy psuć im nastroju więc odpowiadaliśmy w miarę możliwości wymijająco.

srb_studenica_wschod-slonca_004.jpg

Monastyr rewelacyjnie prezentuje się w promieniach wschodzącego słońca. Dookoła jest zupełnie cicho, bo dzień się jeszcze nie zaczął.

srb_studenica_wschod-slonca_003.jpg

Cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy jest wyłożona płytami marmurowymi.

srb_studenica_wschod-slonca_002.jpg srb_studenica_wschod-slonca_001.jpg

srb_monastyr-studenica_freski_004.jpg

srb_monastyr-studenica_portal_001.jpg srb_monastyr-studenica_cerkiew-krolewska_001.jpg srb_monastyr-studenica_freski_005.jpg srb_monastyr-studenica_freski_003.jpg srb_monastyr-studenica_ikonostas_002.jpg srb_monastyr-studenica_ikonostas_003.jpg

srb_monastyr-studenica_ikonostas_001.jpg

Po liturgii jeden z mieszkających w klasztorze wolontariuszy, który dzień wcześniej klarownie wyjaśnił nam jak dojść do pustelni, zaprosił nas w imieniu całej reszty, na poranną kawę i jak się okazało także rakiję (na pusty żołądek – oni to mają zdrowie), razem z innymi przybyłymi do monastyru gośćmi. Usiedliśmy przy bocznym stoliku z dala od cerkiewnych oficjeli i dosyć długo rozmawialiśmy o religii i polityce. Pytał czy u nas również są takie miejsca – odpowiedzieliśmy, że pewnie gdzieś na uboczu da się znaleźć jakieś chrześcijańskie ośrodki monastyczne w których zakonnicy utrzymują się głównie za sprawą własnej pracy, dają dobry przykład i są cennym składnikiem lokalnej społeczności. Za to najważniejsze polskie klasztory zajmują się niestety polityką i to taką w bardzo paskudnym wydaniu, dlatego jakoś szczególnie nie mamy ochoty ich odwiedzać. Nasz rozmówca twierdził, że tutaj zupełnie coś takiego nie istnieje. Nie wiem czy można mu wierzyć. Był on nauczycielem albo wykładowcą akademickim (już nie pamiętam) i w każde wakacje przyjeżdżał do Studenicy żeby przez 2-3 tygodnie pomóc trochę mnichom i odpocząć od cywilizacji. Mówił że bez tego nie wyobraża sobie funkcjonowania. W monastyrze nie ma w tej chwili nikogo młodego, a nowych chętnych do zostania mnichami nie widać. To dziwne bo w serbskich cerkwiach jak i monastyrach można zaobserwować mnóstwo młodych ludzi, również takich którzy przymierzają się do spędzenia życia w klasztorze. Dzięki udziałowi w całej imprezie i gościnności mieszkańców Studenicy, dowiedzieliśmy się o kilku innych interesujących wartych do odwiedzenia miejscach. Dzięki temu trafiliśmy na przykład do monastyru Crna Reka, o którym trudno znaleźć informacje.

Resava i Dolina Wielkiej Morawy 2015

Tym razem będzie o tym, co warto zobaczyć w serbskiej Dolinie Wielkiej Morawy. W książkowym przewodniku turystycznym który akurat tym razem mieliśmy ze sobą jedynymi wartymi i mocno polecanymi do odwiedzenia miejscami były monastyry szkoły morawskiej. Wzięliśmy go tylko dlatego, że jadąc samochodem, nie musieliśmy dżwigać go na własnych plecach. Czasem przydaje się w sytuacji, gdy zupełnie zmieniamy plany. Kiedy decyzja zapada późno w nocy, w miejscu gdzie nie ma jakiegokolwiek internetu, z książki zazwyczaj można dowiedzieć się czy tam dokąd chcemy pojechać warto liczyć na jakieś noclegi czy inne ułatwienia. Niestety z przewodnikami jest tak, że zazwyczaj po przyjeździe na okazuje się, że oprócz tego co w nim wymienione, na miejscu jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy do robienia i oglądania. Zazwyczaj są ciekawsze bo bardziej autentyczne i mniej uczęszczane. Można zupełnie się w nich zrelaksować. Czasem jednak na poboczne atrakcje nie starcza czasu, ponieważ zazwyczaj tracimy go na obejrzenie tego co radzi przewodnik. W dodatku nie tylko my korzystamy z tych książkowych porad. Czasem razem z nami udział w „turystycznym przeżyciu” bierze udział całkiem sporo ludzi (oczywiście zatopionych w lekturze tego samego przewodnika) i mamy poczucie że jesteśmy na jakiejś tajemniczej na poły zorganizowanej wycieczce. Ja natomiast wszelkimi atrakcjami wolałabym cieszyć się zupełnie indywidualnie. Nieraz z tymi samymi osobami mijamy się w kilku odwiedzanych miejscach. To śmieszne i straszne jednocześnie. Tymczasem to co najciekawsze jak zwykle znajduje się po drodze lub gdzieś w międzyczasie. Dlatego coraz częściej stosujemy różnego rodzaju ucieczki z popularnych szlaków i dobrze na tym wychodzimy. Z drugiej strony, gdyby nie przewodnik w wiele miejsc w ogóle nie pojechalibyśmy. Nie warto jednak zupełnie serio go traktować. Na przykładzie Doliny Wielkiej Morawy i Resavy widać, że warto szukać na własną rękę, a nie tylko sugerować się czyimiś radami. Na miejscu prawie zawsze okazują się one być średnio potrzebne i gdybym miała możliwość pojechania tam drugi, raz mój plan byłby zupełnie inny. Jak zwykle nie warto się śpieszyć i najlepiej zdać się na własne czasem losowe poszukiwania. Wyjdziemy na tym znacznie lepiej niż ślepo trzymając się planu.

srb_monastyr_ljubostinja_003.jpg

Monastyr Ljubostinja wybudowany w stylu morawskim.

srb_monastyr_ljubostinja_002.jpg

Ljubostinja – wszystkie trzy odwiedzone przez nas monastyry posiadają bardzo podobne detale architektoniczne. Gdyby nie daty i nazwy plików ciężko byłoby odróżnić który jest który.

srb_monastyr_ljubostinja_001.jpg

Jabłonka przygnieciona własnym plonem, z którego powstanie zapewne jakaś gustowna rakija.

Kiedy już tam dojechaliśmy, okazało się że zamiast odhaczać na liście kolejne zabytki, z których odwiedzania niewiele nam przyjdzie, warto byłoby skasować kilka następnych dni z planu podróży i zostać tutaj. Zachwalane przez nasz przewodnik prawosławne monastyry okazały się (jak dla mnie) chyba najmniej interesujące ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie monastyrów w Serbii. Może na zdjęciach wyglądają w miarę ciekawie, jednak w porównaniu do Fruskiej Gory, Góry Kablar, Studenicy i mnóstwa innych miejsc w Serbii, wypadły stosunkowo blado. Nie miały atmosfery i „tego czegoś”. Czułam się w nich jak turysta a nie jak gość, a już od dawna nie do końca bawi mnie typowe zwiedzanie czegokolwiek, dlatego staram się raczej unikać miejsc, gdzie nie da się nie „zwiedzać”.

Najpierw udajemy się do monastyru Manasjia (zwanego także monastyrem Resava). Na zdjęciach  wygląda on niezwykle imponująco z powodu bardzo solidnych murów z jedenastoma wieżami, którymi jest otoczony. Monastyr pochodzi z XV wieku, został wybudowany przez Despotę Stefana Lazarevića. Znajdująca się w twierdzy cerkiew Świętej Trójcy reprezentuje styl morawski – budowla jest podobna do pozostałych monastyrów  w okolicy.  Miejsce mało być ostoją serbskiej kultury i religii – manuskrypty szkoły resavskiej były bardzo znane i cenione w XV i XVI wieku.  Fortyfikacje i tak nie uratowały monastyru przed Turkami, którzy spalili go w XVIII wieku. W cerkwi w zasadzie większość fresków i wystroju udało się im skutecznie zniszczyć. Wielokrotnie grabiono też skarbiec, dlatego do oglądania pozostało tu stosunkowo niewiele. Murami też nie ma się za bardzo jak nacieszyć. Nie da się na nie wyjść i się po nich przespacerować, bo nikt chyba nie wpadł na taki pomysł. Aczkolwiek na murze trwały  prace remontowe, więc może kiedyś będzie to możliwe. Szkoda wielka bo okolica wygląda rewelacyjnie. Póki co możemy sobie je tylko pooglądać z dołu. Niestety miejsce nie posiada szczególnej atmosfery, nie jest ważnym miejscem pielgrzymek i lokalnej duchowości. Po prostu ładnie wygląda na zdjęciach lotniczych albo z drona. Wewnątrz murów możemy pooglądać równo przycięte rabatki i pustawą cerkiew. Może na przykład o zachodzie słońca albo o zmroku miejsce zaczęło by być bardziej klimatyczne, na tyle żeby dłużej w nim zostać i się zafascynować, jednak dużo bardziej wolałabym przejść się po interesująco wyglądającej okolicy niż na szybko zwiedzić sam klasztor. W miarę interesująco przedstawiał się za to  klasztorny sklep z dewocjonaliami prowadzony przez zakonnice, w którym można było nabyć także przetwory i całkiem przyzwoitą jabłkową rakiję.

srb_monastyr-manasija_001.jpg

Monastyr Manasija otoczony jest bardzo imponującym murem na który niestety nie można wejść.

srb_monastyr-manasija_002.jpg

Zdecydowanie ładniej wygląda na zdjęciach niż w rzeczywistości.

W pozostałych dwóch odwiedzonych przez nas monastyrach Ljubostinja i Ravanica było jeszcze mniej ludzi i jeszcze mniej atmosfery. Może błędem było przyjeżdżanie tam w środku tygodnia? Oba miejsca są dobre na krótkie zatrzymanie się w nich, obejrzenie i pojechanie dalej. Historia tego kraju potoczyła się tak, że większość interesujących monastyrów zachowanych do naszych czasów znajduje się na głębokiej prowincji w trudno dostępnych i niegdyś mało ważnych miejscach. Tylko dzięki temu przetrwały. Zazwyczaj więc znajdują się one w skupiskach, otoczone trudno dostępnymi górami i lasami. Pomiędzy nimi często wytyczone są ciekawe i zazwyczaj mocno pustawe trasy. Tak jest w kompleksach monastyrów: Ovčar-Kablar i Fruškiej Gorze. W Dolinie Wielkiej Morawy klasztory rozmieszczone są bardzo pojedynczo, oddalone od siebie o stosunkowo dużo kilometrów, wciśnięte w całkiem normalne otoczenie. Może przez to nie robią takiego wrażenia jak te położone w skupiskach w sąsiedztwie zalesionych pagórków i skał, kiedy tworzą własny mikrokosmos. Izolacja sprzyja zupełnie innemu traktowaniu przybyszów. Przyjście do monastyru na własnych nogach to coś zupełnie innego niż banalne przyjechanie samochodem. Monastyry szkoły morawskiej leżą często całkowicie w środku miejscowości i dostanie się do nich nei wymaga trudu. W dodatku – nie chcę narazić się tutaj historykom sztuki – ale muszę to stwierdzić, wszystkie trzy są do siebie mocno podobne. Detale architektoniczne występujące na nich są niemal identyczne. Spokojnie można odwiedzić jeden z nich na przykład Manasiję i zająć się innymi fajnymi miejscami w tej okolicy.

srb_monastyr_ravanica_001.jpg

Monastyr Ravanica.

srb_monastyr_ravanica_002.jpg

W detalach prezentuje się dość orientalnie.

srb_monastyr_ravanica_003.jpg

Monastyr powstał w XIV wieku, jego założycielem był święty serbskiego kościoła prawosławnego Lazar Hrebeljanović.

srb_monastyr_ravanica_005.jpg

Był pierwszym monastyrem szkoły morawskiej. Już po ośmiu latach od wybudowania pomimo murów obronnych został doszczętnie zniszczony przez Turków, co w późniejszych dziejach tego miejsca powtórzyło się jeszcze kilkakrotnie.

srb_monastyr_ravanica_004.jpg

Po rozpadzie Jugosławii każde z nowo powstałych państw zaczęło rozwijać się we własnym tempie i na swój sposób. Nie byłam jeszcze we wszystkich, ale w większości z nich. Spośród odwiedzonych przeze mnie państw, to właśnie w Serbii czas zatrzymał się najbardziej. Widać to po infrastrukturze, samochodach, wyglądzie miast i mnóstwie innych rzeczy. Wiele spraw pozostawiono samym sobie. To pewnie dzięki temu zachowały się takie regiony jak Resava, pełne nieczynnych już albo mocno podupadających kopalni węgla brunatnego, małych miejscowości, gdzie można na dobrych kilka dni skutecznie odpocząć od tak zwanej cywilizacji. Okolica obfituje w mnóstwo miejsc, w których można zaopatrzyć się w ekologiczne sery, miody i różne lokalne owocowe produkty w tym oczywiście rakiję. Przydrożne tablice i kramy zapraszają przejezdnych. Podejście do handlu też jest specyficzne. Kiedy próbowałam kupić owczy ser w jednym z gospodarstw, sprzedawcom zupełnie nie chciało rozmieniać się na drobne i sprzedawać go w niewielkiej ilości (a ileż możemy kupić w upale bez lodówki?) dlatego dali go nam za darmo.

srb_resava_kopalnia-wegla_001.jpg

Przejeżdżając przez region można napotkać wiele takich górniczych pozostałości. Niektóre kopalnie jeszcze działają.

Ciekawych atrakcji przyrodniczych jest tutaj parę. Po pierwsze znajduje się tu muzeum górnictwa – jedna z nieczynnych kopalń przeznaczona jest do zwiedzania, niestety nie mieliśmy czasu się w niej zatrzymać. Zamiast tego pojechaliśmy do największej otwartej dla turystów jaskini w Serbii, zatrzymując się także po drodze nad wodospadem otoczonym etno-restauracjami w wybitnie bałkańskim stylu. W okolicach jaskini znajdują się (prawdopodobnie niezbyt często uczęszczane) szlaki turystyczne, można powłóczyć się po niewielkich górkach i łąkowych pastwiskach. Wszystkie te miejsca są mocno niekomercyjne i odwiedzane głównie przez lokalnych turystów. Okolica jest niezwykle cicha i spokojna. Pozostaje mocno na uboczu od innych popularnych turystycznie miejsc w Serbii (jeśli w ogóle można mówić o jakiś miejscach w tym kraju są które mocno turystycznie skomercjalizowane i w porównaniu na przykład z Dubrownikiem).

Resavska Pecina jest największą jaskinią Serbii. Odkryta dopiero w 1962 roku przez pasterzy licznie dookoła wypasanych owiec. Przed wejściem do niej znajdziemy kasę biletową, pusty parking, i prawie nic dookoła, działa tylko jakiś podupadły bufet i sklep z pamiątkami. Nie ma licznych kramów z pamiątkowym badziewiem jak w innych tego typu obiektach. Przed jaskinią kręci się kilka osób, czekając na wejście do środka, wszystko odbywa się bardzo leniwie i spokojnie. Wewnątrz jaskini zdecydowanie jest co oglądać za to w porównaniu z jaskiniami na Węgrzech czy Słowacji jest tutaj wielokrotnie mniej odwiedzających, a opłata za wstęp jest bardzo niska. W środku na szczęście nikt nie puszcza kiczowatej muzyki i nie miga jaskrawymi światłami. Zwiedzanie odbywa się jeszcze „po staremu”.

srb_jaskinia_resava_001.jpg

Wejście do jaskini wygląda dosyć klimatycznie.

srb_jaskinia_resava_002.jpg

Wewnątrz jest na co popatrzeć, można w spokoju porobić zdjęcia, nikt specjalnie się nie śpieszy.

srb_jaskinia_resava_003.jpg

Można w spokoju poprzyglądać się różnym ciekawym formom skalnym.

srb_jaskinia_resava_004.jpg

A naszych uszu w międzyczasie nie masakruje jakaś ckliwa i kiczowata muzyka jak bywa to na Węgrzech lub na Słowacji.

srb_jaskinia_resava_005.jpg

Niektóre formy skalne wyglądają jak małe grzyby.

Po drodze z albo do jaskini warto wybrać się nad wodospad Veliki Buk. Można zrobić sobie niewielką przechadzkę i zjeść coś w położonych nad rzeką drogawych restauracjach. Miejsce wygląda bardzo sielsko i położone jest niemal na środku niczego.

srb_wodospad_veliki-buk_002

Można też wybrać się na przechadzkę do wodospadu Veliki Buk. W jego sąsiedztwie znajduje się kilka etno-restauracji położonych tuż nad wodą.

srb_wodospad_veliki-buk_001.jpg

Region zdecydowanie warto odwiedzić. Jeśli już musimy spędzić tutaj tylko jeden dzień zdecydowanie nie warto przeznaczać go tylko na jeżdżenie po prawosławnych monastyrach bo okolica posiada dużo więcej atrakcji przyrodniczych i gastronomicznych. Okolica zdecydowanie warta jest odwiedzenia, ale na zupełnie własną rękę. Z polecanych wszędzie atrakcji, być może warto wybrać się w ostateczności do monastyru Manasija (Resava), pozostałe zaś te bardziej przyrodnicze bez problemu znajdziemy po drodze. Wszystkie one oznaczone są przydrożnymi brązowymi tablicami. Region znakomicie nadaje się na kilkudniowy całkowity odpoczynek od cywilizacji w otoczeniu sadów owocowych, niewielkich górek lasów pastwisk.

Owoce zamknięte w butelce

Urodziłam się i mieszkam (z przerwami) na południowo-wschodnim krańcu Polski. Mimo (jak na mój gust) pewnej nijakości tego miejsca zawsze dało się tutaj odczuć atmosferę pogranicza. Sporo osób urodzonych w podobnych przygranicznych miejscach zadaje sobie pytanie: co by było gdybym urodził się (lub urodziła) sto kilometrów dalej na wschód i/lub na południe. Dla mnie oznacza to na przykład, że jeśli urodziłabym się sto kilometrów bardziej na południe żyłabym w kraju w którym tradycje produkowania wysokoprocentowych alkoholi są zgoła odmienne od naszych. W północnej części Europy do których w tym przypadku zalicza się także Polska na stołach królują wódki a więc destylaty z cukru, zboża i ziemniaków. Te przemysłowe tak bardzo mi nie smakują, że od bardzo dawna w czystej postaci żadnego nie piłam. Słaby ze mnie Polak, bo nie jestem w stanie się do tego przemóc. W południowej części Europy materiałem do ich tworzenia są owoce. Ta tradycja dużo bardziej mi odpowiada i w tej chwili nie wyobrażam sobie picia wysokoprocentowego alkoholu w czystej postaci innego niż taki. Nie twierdzę że znam się na palince i rakiji oraz jestem jej koneserem, po prostu zwracam na nią uwagę, będąc w którymś z krajów gdzie takie napoje się wytwarza i staram się w każdym z nich coś się na ten temat dowiedzieć, czegoś skosztować i coś kupić. Jest wprawdzie mały kawałek Polski, który pod tym względem przynależy już do Południa. To okolice Nowego Sącza gdzie od zawsze wytwarzało się owocowe destylaty a sztandarowym produktem tego regionu jest śliwowica łącka. Nasze państwo „tak bardzo” jednak ceni ten rodzaj swojego kulinarnego dziedzictwa, że jego pozafabryczne wytwarzanie w celach zarobkowych nadal jest nielegalne. Ba! nielegalne jest nawet jego wytwarzanie na własny użytek, ale na podstawie „umowy społecznej” jak twierdzi wikipedia, nie jest ścigane. Od 1957 roku Polmos w Bielsku-Białej wytwarza śliwowicę paschalną, początkowo pod nadzorem kongregacji żydowskiej (obecnie produkt nie jest już koszerny ale tak się nadal kojarzy). Całkiem niedawno jedynemu jak na razie przedsiębiorcy z tego regionu udało się uzyskać wszystkie niezbędne pozwolenia i rozpocząć legalną produkcję owocowych destylatów pod nazwą Tłocznia Maurera.

Słowacja

Już na Słowacji ten temat przedstawia się zgoła inaczej. Każdy słowacki (i czeski także) obywatel ma prawo legalnie wydestylować sobie 50 litrów alkoholu na własny użytek. Istnieje mnóstwo małych regionalnych gorzelni (wygooglamy je łatwo pod nazwą palenica, a po czesku palirna, niektóre strony mają nawet polską wersję językową), które można sobie wynająć na dni lub godziny, pod okiem profesjonalistów upłynnić dary lata i poczuć się prawdziwym alchemikiem. W kosztach ich wynajmu uwzględnione są już wszelkie opłaty związane z akcyzami. Można do destylarni przybyć z własnym zacierem, albo zakupić go na miejscu.

Przemysłowa produkcja tego typu  alkoholi także w tych krajach kwitnie. Półki sklepowe na Słowacji uginają się od śliwowic, gruszkówek i morelówek (oraz borovicki, ale chwilowo ją pomijam). Warto jednak pilnie studiować etykiety bo często są to napoje owocowe tylko z nazwy. Sporo o jakości produktu który kupujemy powie nam cena. Nazwa śliwowica jest zarezerwowana dla produktu wyprodukowanego ze śliwek i tani jak zwykła wódka on nigdy nie będzie, bo potrzeba wielu kilogramów owoców, żeby wyprodukować litr trunku. Zazwyczaj jest on więc kilkakrotnie droższy od przeciętnej wódki. Napoje o nazwie „slivka” będą połączeniem destylatu owocowego ze spirytusem. Chociaż w sklepach znajdą się i takie kwiatki jak butelka no name z logiem „R. Jelinek” i śliwkami na etykiecie zawierająca wyłącznie rozcieńczony spirytus i… śliwkowy aromat. Produkt nie mający nic wspólnego ze spuścizną Rudolfa Jelinka. Miałam nieprzyjemność spożyć raz taką w słowackiej knajpie i smakowała jak sztuczne perfumy. Chociaż istnieje także śliwowica tej firmy, jednak nie wczytywałam się w jej skład, bo po doświadczeniach z perfumowaną na śliwkowo wódką jakoś nie mam ochoty tego kupować, zwłaszcza że to straszliwa masówka. Jeśli na produkcie wyraźnie nie jest napisane śliwowica, nie spodziewajmy się że zawiera on więcej śliwki niż jest w śliwkowym aromacie. Natomiast cały czas mam w domu dwa słowackie produkty ze Spisza – Spisska Slivka i Hruska firmy Gurlex lub Nestville. To mieszanina destylatu owocowego ze zwykłym spirytusem, do butelki na ozdobę i dla smaku wrzucono także kawałek owoca. W przypadku Slivki (posiadającej znaczek regionalnego produktu) destylatu owocowego jest więcej niż spirytusu, a w przypadku Hruski mniej.  Woda używana do produkcji tych wódek pochodzi ze źródła mineralnego. Smakują nieźle, ale im dalej na południe tym produkty bardziej interesujące, więc to może być zakup na początek i na rozgrzewkę.

weg_nyiregyhaza_sliwki_001

Piękne śliwki w węgierskim sadzie.

Węgry

Im dalej na południe tym mniejsza szansa, że ktokolwiek wpadnie na pomysł dodawania zwykłego spirytusu do owocowego destylatu. Zmienia się też nazwa naszego produktu. Na Węgrzech króluje bowiem palinka – nazwa zarezerwowana dla produktów węgierskich i  austriackich (dokładnie chodzi o morelówkę z 4 prowincji Austrii). Palinkę piją na Węgrzech wszyscy zarówno emeryci jak i bananowa młodzież. Robią ją zarówno w domach na własną rękę bo tak jak na Słowacji dozwolone jest wyprodukowanie 50 litrów na pełnoletniego obywatela, o czym można poczytać sobie tu. Oprócz prywatnych domów, robią ją w małych destylarniach, oraz na skalę przemysłową. Pod koniec wakacji nawet zupełnie prowincjonalne węgierskie Tesco sprzedaje w sezonowej promocji sprzęt do destylacji tak jak u nas w tym czasie sprzedaje się słoiki, zakrętki i urządzenia do wyrobu soków. Aczkolwiek nie wiem czy warto kupować taki sprzęt w Tesco, bo to pewnie jakiś najgorszy w swojej klasie produkt, dlatego po początkowym entuzjazmie nie stałam się jego właścicielem.  Na Węgrzech kilkakrotnie częstowano mnie owocowymi palinkami domowej roboty, najczęściej zrobionymi z kilku różnych owoców. Najpopularniejsze są śliwki, morele, gruszki i winogrona oraz ich pozostałości po produkcji wina. Coś trzeba też zrobić z  winem, które z jakiś przyczyn niezbyt dobrze wyszło – najlepiej przedestylować je samo lub z dodatkami. Tutaj można przeczytać jak odbywa się taki proces w małej destylarni. Najlepsze są właśnie takie węgierskie produkty domowe, niszowe i niepowtarzalne. Natomiast dużej ilości sklepowych palinek nie miałam okazji kosztować, z tego powodu, że bardzo polubiłam jedną z nich i zawsze jak jestem na Węgrzech staram się uzupełnić jej zapasy jeśli jest taka potrzeba i jakoś nie mam czasu przetestować innych. Moją ulubioną sklepową węgierską palinką jest Agyas Palinka firmy Kecskeméti Likőripari. Agyas palinka leżakuje z owocami w środku. Jest nieco słodsza i bardziej owocowa od czystych palinek, bo znajdujące się w niej suszone owoce jeszcze dodają jej smaku. Myślę że to świetna palinka dla niewtajemniczonych, bo będzie smakowała zarówno kobietom jak i mężczyznom. W 2010 roku kiedy byliśmy zupełnie nie w temacie odnośnie węgierskiej palinki, polecił ją nam w Egerze pewien sprzedawca. Lubię ją do dzisiaj. Mimo że można ją kupić nawet w węgierskim Tesco, smakuje na prawdę nieźle, a jej smak zmienia się w czasie, w zależności od tego jak długo leżą w niej owoce i ile smaku zdążą oddać. Reasumując warto dać się poczęstować palinką niejednemu Węgrowi u którego będziemy nocować, bo prawie każdy ma jakiś interesujący domowy produkt. Tylko pewnie dogadać się w sprawie tego co pijemy i z czego zostało to zrobione oraz czy ewentualnie dałoby się to kupić, będzie bardzo ciężko. Warto też podczas wizyty na Węgrzech zaplanować odwiedziny w jakiejś małej wytwórni, bo Węgrzy chętnie pokazują turystom proces wytwarzania palinki wraz z jego prawidłową degustacją i sporo takich ofert można znaleźć w internecie.

weg_heviz_palinka_001

Stragan w Heviz sprzedający maleńkie buteleczki z palinką po bardzo wygórowanej cenie. Dobry obrazkowy słowniczek do uczenia się węgierskich nazw poszczególnych palinek.

Rumunia

Kolejnym krajem o silnych tradycjach robienia wódki z owoców jest Rumunia, gdzie nazwa naszego produktu się zmienia z palinki na palincę (tak przynajmniej nazywa się zarejestrowany produkt a i tak wszyscy mówią palinka). Najpopularniejsze są ze śliwek, moreli, jabłek i gruszek. Ma ona tutaj także status produktu regionalnego i robią ją w tym kraju chyba wszyscy obywatele dysponujący wolnym kątem i paroma drzewami owocowymi, jak standardowe przetwory na zimę. Z jej pokątną sprzedażą nikt się specjalnie nie kryje. Produkuje się jej i pije ogromne ilości. Plastikowe butelki pet skrywają nieraz trunki absolutnie wyśmienite i o porażającej wprost mocy. Posiadam dość drogą sklepową palincę rumuńską firmy Bran, oraz taką kupowaną z pominięciem systemu u gospodarza w Maramureszu jakieś cztery, pięć razy tańszą i znowu okazuje się, że na mój kobiecy gust o wiele lepsza jest ta chałupniczej produkcji. Za to porównanie rumuńskiej śliwowicy Bran do słowackiej Spisskiej Slivki całkowicie przemawia na korzyść tej pierwszej, która mimo że jest mocniejsza to delikatniejsza w smaku. W Rumunii zmienia się też naczynie z którego pijemy palinkę. Na Węgrzech według źródeł węgierskich i polskich traktujących o palince, powinny być to dość smukłe kieliszki w kształcie tulipana, by aromat alkoholu łatwo z nich nie uciekł (częstowano mnie nią zazwyczaj w normalnych kieliszkach na wódkę lub szklaneczkach „literatkach”). Kieliszkiem nie powinno się kręcić i gwałtownie poruszać. W Rumunii tradycyjnie pije się ją w małych flakonikach które nazywają się toi i tak podadzą nam palinkę w niejednej restauracji. Na wsi bezceremonialnie pije się ze zwykłych wódczanych kieliszków.  Takie same flakoniki miałam okazję używać też w Serbii, gdzie próbowałam z nich destylatu z pigwy (nazywanej po serbsku rakija od dunje), ale nie wyróżniał się niczym specjalnym i nie  podbił mojego serca tak jak napoje z moreli, gruszek czy śliwek.

Bałkany

W Bułgarii, Chorwacji i Serbii oraz w Bośni zamiast palinki mamy rakiję. W Bułgarii piłam na prawdę okropną i najprawdopodobniej zanieczyszczoną wódkę z winogron, po której tragicznie bolała mnie głowa i było to chyba jedyne nieprzyjemne doświadczenie z owocowymi destylatami. Nie dało się odmówić i trzeba było zacieśniać więzi polsko-bułgarskie oraz zdobywać wiedzę o kulturze kulinarnej, ale było to bardzo traumatyczne przeżycie. W Chorwacji byłam tak krótko, że nie zdążyłam zapoznać się z produktami tego typu. W Bośni widziałam tylko jak mężczyźni na pikniku w miejscowości Jajce nie zważając na bardzo zgorszonych wycieczkowiczów z Arabii Saudyjskiej, ochoczo upijali się przeźroczystym trunkiem siedząc przy długich stołach i śpiewając na głosy. Natomiast w Serbii po pierwsze w Sremskich Karlovci przypadkiem wylądowaliśmy na kwaterze u regionalnego mistrza rakiji, (u którego w końcu nie kupiliśmy niczego, gdyż bagażnik naszego samochodu pękał w szwach i martwiliśmy się czy na pewno uda nam się wjechać do Unii Europejskiej z tak licznymi zakupami).  Po drugie robiliśmy zakupy w monastyrach Fruskiej Góry, gdzie zaopatrzyliśmy się w rakijowe specjały oraz degustowaliśmy je w restauracjach. To piękne, że w prawosławnych klasztorach Fruskiej Góry możemy po naprawdę przystępnych cenach nabyć nie tylko miód i produkty lecznicze, ale także bardzo mocne owocowe destylaty.

Po Węgrzech i Słowacji, szokiem mogą być ceny serbskiej rakiji i rumuńskiej palinki, kupowanej u „niezbyt formalnych” wytwórców. Jest o wiele taniej. W zasadzie w cenie 0,7 l produktów rumuńskich i serbskich kupimy w Polsce jakieś wino ze średniej półki, bo to wydatek rzędu dwudziestu, trzydziestu złotych. Na Słowacji sklepowa śliwowica czy gruszkówka to produkt nieco ekskluzywny i nigdy nie będzie on tak tani i popularny jak przemysłowe destylaty ze zboża i ziemniaków. Na Węgrzech palinka także jest stosunkowo droga i uważana za lepszy trunek od wódki. W Serbii i Rumunii w zasadzie nie pije się zwykłej wódki, która jest bardzo tania i kiepskiej jakości, palinka jest bowiem napojem codziennym, pita dla zdrowotności najlepiej już z rana, co często praktykują ludzie starsi. W Sremskich Karłowicach co dzień rano zachodziłam na kawę do knajpy, do której starsi mężczyźni albo wpadali w pośpiechu śpiesząc się do rannych obowiązków, albo będąc na emeryturze nie śpieszyli się nigdzie i dyskutowali nad gazetą. Tylko ja piłam w niej kawę jak jakiś kosmita. Wszyscy inni o poranku pili rakiję.

palinki_i_rakije_001

A to moje pomoce naukowe (prezentuję tylko te „obrandowane” w oryginalnych butelkach).