Archiwum kategorii: Zakupy

Jak kupować wino w Egerze

Kawał czasu minął od mojego ostatniego pobytu w Egerze. Wtedy byłam tam parę dni, podczas których niemal bez przerwy padał intensywny deszcz. Przez to nie udało mi się zrobić w wielu interesujących miejscach żadnych sensownych zdjęć. Najbardziej żałowałam że nie mam żadnych z Doliny Pięknej Pani czyli Szépasszonyvölgy, bo już dawno chciałam napisać co nieco na temat tamtejszych winnych piwniczek. Tymczasem Eger ciągle znajdował się nie po drodze naszych węgierskich wycieczek. Tym razem będąc w miarę blisko, bo w Aggtelek postanowiłam w końcu nadrobić zaległości. Dookoła miasta znajduje się około 200 piwniczek winnych. Najwięcej skupionych blisko siebie winiarni znajduje się właśnie w Dolinie Pięknej Pani. Wina są tutaj bardzo mocno zróżnicowane i prawdopodobnie najtańsze na Węgrzech. W porównaniu z południowymi regionami kraju, jak na przykład Villány, którego wina czerwone cechują się wyjątkową jak na Węgry elegancją i potrafią kosztować jak w Europie Zachodniej, Eger jest przeciwnym cenowym biegunem. W Egerze można nabyć zarówno wina białe i czerwone od słodkich po wytrawne. Wybór jest ogromny. Winiarze nie specjalizują się w jednym konkretnym szczepie jak często ma to miejsce w innych winiarskich regionach. Jak więc wybrać dla siebie cokolwiek spośród takiej obfitości? Jak w ogóle przeżyć zakupy wina w Egerze?

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_006.jpg

Podczas wizyty w Dolinie Pięknej Pani tego typu mniej lub bardziej kiczowate elementy wystroju o tematyce „winiarskiej” będą towarzyszyć nam wszędzie.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_003.jpg

Aczkolwiek takie pięknie rzeźbione elementy są cool i szkoda że zostało ich tak mało.

Moja relacja będzie przedstawiona z perspektywy osoby, która szanuje wino i się nim interesuje, ale ma do niego podejście raczej indywidualne. Szuka sama (bo lubi) i tylko czasami słucha się innych. Po pierwsze i najważniejsze – średnio kręcą mnie wina dużych producentów. Raczej omijam tego typu produkty. Wina z winnych kombinatów to już nie to samo co trunek z małej winiarni, gdzie właściciel wie o swoim winie wszystko. Po drugie – najbardziej lubię smakować i kupować wino w miejscach w których się je wytwarza, więc raczej nie pasjonują mnie wina z Chile, Australii, czy RPA produkowane w ogromnych ilościach i smakujące zawsze i wszędzie tak samo. Jeśli oczywiście kiedyś do któregoś z tych krajów pojadę i akurat na mojej drodze stanie jakaś niewielka i sympatyczna winiarnia (jeśli to w ogóle możliwe), na pewno zmienię zdanie. Po trzecie – nie przejmuję się tak bardzo winnymi recenzjami (chociaż je czytam) i irytuje mnie traktowanie wina jako produktu mocno snobistycznego. Dla mnie to po prostu dodatek do dobrego jedzenia. Nie zamierzam wydawać na niego jakiś mocno zawyżonych kwot, aczkolwiek rozumiem czemu 6-puttonowy Tokaj Aszu trochę kosztuje. W tym przypadku cena wina jest absolutnie uzasadniona. Nie zawsze jednak tak jest. Mam podejście mocno demokratyczne i w żadnym wypadku nie uważam że powinno smakować mi jedynie bardzo drogie wino, które ma świetne recenzje. Wino musi pasować do mnie i nie chcę czuć się przez nie sztywniacko. Dlatego piję zarówno te tanie jak i te drogie. Oczywiście jeśli jakieś wino z nieco wyższej półki bardzo mi się spodoba to od czasu do czasu mogę je sobie kupić, ale cena nie jest dla mnie absolutnie wyznacznikiem jakości. Nie fascynuję się drogimi winami dlatego, że są drogie.

Piwniczki

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_001.jpg

Wolę wybrać piwniczkę w której pachnie pleśnią, niż taką, która przypomina swoim wystrojem zakład fryzjerski.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_013.jpg

W piwniczce z takim sufitem nabieram większej ochoty na degustowanie wina.

Na początek może trochę o samych piwniczkach. Po pierwsze – znacznie różnią się od siebie wystrojem. Ja lubię takie, w których mogę trochę poobcować ze szlachetną pleśnią, która porasta ściany. W piwniczce z pleśnią na ścianach cudownie i niepowtarzalnie pachnie. Takie miejsce ma wiele klimatu. Zupełnie nie rozumiem kilku winiarzy w Dolinie Pięknej Pani, którzy całkowicie wyremontowali swoje piwniczki i wyczyścili ściany „do zera” malując je na jasny kolor albo wykładając jasnym drewnem czy nawet kafelkami – zgroza! Taka piwniczka wygląda jak łazienka, albo sztampowa miejska knajpa zaprojektowana z modnych obecnie materiałów do nabycia w każdym markecie budowlanym. Piwniczka winna raczej nie powinna swoim wystrojem przypominać szpitala czy salonu fryzjerskiego. Niestety w porównaniu z rokiem 2010 część miejsc zatraciła swój charakter. W takich piwniczkach trochę przechodzi mi ochota na próbowanie wina, skoro obok jest wiele innych miło pokrytych wieloletnią pleśnią. Jest też druga strona medalu. Niektóre piwniczki wyglądają odrobinę smutno bo są nie remontowane od lat. To zazwyczaj takie prowadzone przez ludzi w mocno podeszłym wieku, którzy zamiast wypasioną terenówką jeżdżą jeszcze przedpotopowym zaporożcem. Niestety czas takich piwniczek powoli dobiega końca czego również mi szkoda.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_004.jpg

Niektóre piwniczki w Dolinie Pięknej Pani żyją głównie z wycieczek. Turyści przywożeni są na degustacje autokarami. Nie kupimy tutaj praktycznie żadnych win butelkowanych, bo winiarnia nastawia się głównie na degustacje i sprzedaż wina turystom do plastikowych butelek. W niektórych można spotkać informacje dla klientów z Chin i Japonii – wszędzie wiszą karteczki z azjatyckim pismem. Obawiam się że w takich piwniczkach jakość wina może pozostawiać wiele do życzenia. Azjatycki turysta kupi bowiem wszystko. Pewnego razu w Tokaju odwiedziliśmy jedną winotekę, w której sprzedawca oprócz sprzedawania wina posiadał w swoim sklepie kolekcję „Tokajów” kupowanych w różnych krajach, często nie mających z tym winem nic wspólnego. Ukoronowaniem jego kolekcji było czerwone wino „Tokaji” albo „Takaji” kupione w Japonii! Myślę piwniczki dla turystów zwłaszcza azjatyckich lepiej omijać, z ciekawości kosztowałam w takiej kilka win i były zupełnie fatalne. Są też piwniczki z ambicjami, posiadające wina nagradzane na różnych branżowych imprezach. Poznamy je po tym, że wina jest w nich dużo, a piwniczka raczej nastawia się na sprzedaż win butelkowanych (chociaż żywe także w swojej ofercie posiada). Wino popakowane jest w kartonowe pudła – restauratorzy podjeżdżają vanami i często kupują ich po kilkadziesiąt. Pomijając turystyczną magmę, Dolina Pięknej Pani to mimo wszystko możliwość zaopatrzenia się także w wina butelkowane o sensownej jakości. Niemniej jednak idąc tam chcę głównie zaopatrzyć się w te żywe, bo w butelkowane lepiej chyba będzie kupić w innych miejscach egerskiego regionu winnego. Generalnie – jeśli pokręcimy się po dolinie przez większość dnia, zobaczymy w których z nich zaopatrują się restauratorzy, a które żyją głównie z obsługiwania grup turystycznych. Lepiej oczywiście wybrać te pierwsze.

Ogólnie o winach

Samo wymienienie wszystkich rodzajów wina jakie można nabyć w Egerze sprawi, że już od słuchania z pewnością rozboli nas głowa. Smaków jest tak wiele, że będąc tam jeden raz nie sposób wszystkiego spróbować, bo po piątym winie nawet próbowanym w niewielkich ilościach tracimy jakiekolwiek poczucie smaku. Postaram się zaraz omówić pokrótce te najważniejsze. Kupimy je w wersji zarówno niebutelkowanej – czyli lane bezpośrednio z kadzi do butelek plastikowych (dominują kadzie ze stali nierdzewnej), jak i takie w szklanych butelkach z korkiem. Wina z kadzi nie są przed nalaniem do butelki konserwowane siarczynami (chociaż oczywiście mogły one być dodane na wcześniejszym etapie produkcji, co jest normalne), cały czas pracują i zmieniają swój smak. Jeśli więc postoi nam ono tydzień w cieple, będzie smakowało zupełnie inaczej (zazwyczaj gorzej) niż podczas degustacji w piwniczce. Ba! nawet jeśli takie wino jedzie z nami w bagażniku w temperaturze powyżej trzydziestu stopni podczas powrotu do Polski, (jeśli akurat jest ogromy upał) to już będzie ono smakować delikatnie inaczej. Dlatego takie wina powinno się pić na miejscu ewentualnie kupić i zabrać ze sobą tyle, żeby w bardzo niedługim czasie skonsumować całość. Oczywiście jeśli mamy dużych rozmiarów lodówkę albo piwnicę czy ziemiankę, w której jest na prawdę zimno, zwiększamy szansę wina na przetrwanie. Nawet jeśli będziemy trzymać je w lodówce, wydaje mi się, że po transportowych perypetiach, miesiąc to czas maksymalny w którym należy je spożyć. W przeciwnym wypadku mogą się z nim podziać straszne rzeczy. Takie wino może zacząć mocno bąbelkować, skwaśnieć, stracić piękny aromat i wszystkie inne swoje atuty. Może nawet wytrącić się z niego osad. Jeśli przelane do plastikowej butelki i całkowicie ją wypełnia tak, że zawiera niewiele powietrza, ma mniejsze szanse na zepsucie się niż jeśli butelka wypełniona jest na przykład do połowy, dlatego lepiej takie wino przelewać do mniejszych zbiorników w miarę zmniejszania się jego ilości. Zazwyczaj psują się resztki pozostawione w dużej butelce wypełnionej w większości powietrzem. Wino z lodówki będzie oczywiście za zimne do picia, więc przed spożyciem trzeba wyjąć je z niej odpowiednio wcześniej, wtedy pojawią się jego wszystkie atuty. Mimo tych wszystkich niedogodności ogromnie warto kupować takie wina, bo są niepowtarzalne i żywe. Co z tego że mało dopracowane, zmienne i łatwo się psujące. To wino stołowo-imprezowe mające dokładnie tyle samo zalet (jednak zupełnie innych) co porządne wina butelkowane.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_002.jpg

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_005.jpg

Egri Bikawer

Na początek zacznę od tego, po co właściwie tutaj przyjechaliśmy. Wino produkowane tylko w Egerze i okolicach. Bycza krew jest kupażem czyli mieszanką kilku szczepów, winem o pięknym czerwonym kolorze i wytrawnym smaku. Bazą dla tego wina jest Kékfrankos, zmieszany z kilkoma lub jednym z następujących szczepów: Blauburger, Zweigelt, Cabernet Sauvignon, czasem też Menoire i Pinot Noir.  Kiedy byłam w Egerze w 2010 roku, kupowałam Egri Bikawera w plastikowych butelkach. Obecnie jest to zakazane, z uwagi na ochronę lokalnego produktu, podobnie zresztą jak w Tokaju, gdzie puttonowego Aszu, czy Tokaja Samorodnego również nie powinno się tak sprzedawać. Sprzedawcy jednak i tak robią i wiedzą swoje. Sprzedają Egri Bikawera w butelkach plastikowych z oficjalną nalepką Baluburger (informując klienta wcześniej że głupie przepisy i tak dalej, a nalepkę można sobie oderwać). Jest to wino specyficzne i z pewnością nie przypadnie do gustu typowemu polskiemu amatorowi win słodkich (ponoć to takiego wina najczęściej w sklepach szukają Polacy, ale przyznam że niewiele mi o tym wiadomo, bo chyba nie rozmawiam o winie z typowymi Polakami). Egri Bikawer może kojarzyć nam się z najtańszym winem jakie możemy znaleźć w polskich supermarketach.  Nie należy jednak uważać go za jakiś winny koszmar, bo na miejscu sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej niż nam się wydaje. W Polsce takie wino potrafi czasami kosztować 8 złotych, „pachnieć” siarczynami na kilometr, a w smaku nie ustępować najgorszym odmianom legendarnej Sofii. To niestety pokłosie epoki komunizmu, kiedy to z wina cieszącego się kiedyś największą estymą, zrobiono produkt tani i masowy i zaczęto produkować go przemysłowo. Na miejscu za tyle samo albo niewiele więcej, kupimy sympatyczne nieraz mocno wytrawne wino, które w niczym nie przypomina najtańszych win o tej nazwie z polskich hipermarketów.  Dostępne są też znacznie droższe butelkowane Egri Bikawery, kosztujące kilka tysięcy forintów, cechujące się intensywnym kolorem i smakiem. Winiarze próbują przywrócić temu gatunkowi wina dawną świetność. W Polsce najłatwiej dostępnym winem Egri Bikawer z wyższej półki będzie pewnie wino z winiarni Egri Korona. Osobiście nie wiem co sądzić na temat tej winiarni, jej produkty są bowiem bardzo mocno nierówne. Zdarzają się u nich wina przyzwoite ale także zupełnie fatalne. Raczej nie kupiłabym ich w ciemno. W okolicach Egeru winiarni tego rodzaju są dziesiątki i z pewnością znajdziemy jakiegoś Egri Bikawera, który bardziej przypadnie nam do gustu.

Medina

Teraz coś z zupełnie innej beczki. Kolejna lokalna ciekawostka, tyle że mniej znana. Wino czerwone słodkie albo półsłodkie, produkowane w takiej szerokości geograficznej to prawdziwa ciekawostka. Medina to lokalna krzyżówka odmiany Medoc Noir, która daje wina co najmniej półsłodkie. Nie mają one delikatnie mówiąc jakiegoś bogatego bukietu, są bardzo proste (maniacy wina pewnie stwierdziliby że tępe) – jeśli jednak skosztujemy medinę w każdej piwniczce w Dolinie Pięknej Pani z pewnością damy radę znaleźć taką, która przypadnie nam do gustu. Po spróbowaniu słodkiego czy półsłodkiego wina, nie da się już przez następne 30-40 minut spróbować wina na przykład wytrawnego, bo zupełnie nie odczujemy jego smaku. Najlepiej więc jednego dnia kupować tylko jeden gatunek wina. Wtedy mamy niewielkie (ale zawsze jakieś) szanse zrobienia odpowiadającego nam wyboru. Medina jest winem szczególnie problematycznym, bo po jej spróbowaniu trzeba odczekać dłuższą chwilę, albo coś zjeść, bo nie odczujemy prawidłowo żadnego kolejnego wina. A tak w ogóle, to po co coś takiego kupować? Na przykład do ziołowo-winnych przetworów. Sporo właściwości różnych ziół i roślin możemy pozyskać przez zalanie ciepłym kilkunastoprocentowym alkoholem. Wystarczy na przykład zalać takim winem młode pędy sosny (w tym roku oczywiście już za późno), odczekać dwa tygodnie i otrzymujemy bardzo pyszne wino z lekko sosnową nutą i leczniczymi właściwościami. Jeżeli zalalibyśmy takie pędy winem wytrawnym, w smaku nastawu dominowałaby gorycz. Dzięki temu że medina to wino niemal słodkie, smaki fajnie się równoważą. Wina ziołowe robione z Mediny to ogromne odkrycie.

Inne wina czerwone

Pewnie nie powinnam wrzucać ich wszystkich „do jednego worka”, ale inaczej ten wpis będzie miał długość kilometra. W Egerze rosną i udają się odmiany francuskie takie jak Pinot Noir, Cabernet Sauvignon, czy Merlot, oraz odmiany znane z winiarskich regionów Niemiec i Austrii takie jak Zweigelt czy Blauburger oraz niezmiernie tutaj popularny Blaufränkisch znany na Węgrzech pod  nazwą Kekfrankos (a w Czechach i na Słowacji jako Frankovka Modra). To właśnie przede wszystkim te wina kupimy tutaj osobno, albo w kupażach, (które tutaj nazywają się Cuvée). Zazwyczaj z tych szczepów wychodzą tutaj wina wytrawne i półwytrawne, chociaż zdarza się czasami znaleźć jakiegoś półsłodkiego Zweigelta (ale cieszy się chyba niezbyt dużą estymą, co kiedyś cierpliwie tłumaczył nam pan winiarz w Villany i doszedł to konkluzji, że półsłodki Zweigelt robiony na Węgrzech nie może być dobry). Wybór takich win jest ogromny. Warto próbować je według jakiegoś klucza, żeby całkowicie nie zginąć. Na przykład jednego dnia próbuję tylko Kekfrankosa, albo tylko wina czerwone nagrodzone medalami na konkursach winiarskich, lub skupiam się tylko na półwytrawnych kupażach, czy próbuję tylko odmian francuskich w rodzaju wytrawnym. W ten sposób będziemy mieli szansę dowiedzieć się czegokolwiek i porównać jakość produktów z poszczególnych piwniczek.

Leanyka

Pora na wino białe. Niektórzy winiarze z Egeru uważają że uprawa czerwonego wina w tym regionie, oraz promowanie Egri Bikawera jako kluczowego regionalnego wina to zupełna pomyłka. W tak zimnych północnych regionach jak Eger mogą bowiem wyjść dobrze tylko wina białe, a wina czerwone dopiero na południu kraju mogą konkurować na przykład z winami włoskimi i francuskimi (czy w ogóle ma to jakieś znaczenie to już inna strona medalu). Myślę że czkawką odbija się tutaj epoka komunizmu, podczas której ponoć zupełnie odpuszczono sobie uprawę win białych, tak samo zresztą jak słynnej Kadarki i dopiero w tej chwili uprawa białych winorośli w tym regionie się odradza. Według opowiadań lokalnych mieszkańców komunizm dosłownie zmiażdżył Egerski Region Winiarski. Dwadzieścia pięć lat to za mało żeby w pełni się z tego otrząsnąć. Co ciekawe do XV wieku w Egerze i okolicach uprawiano tylko wina białe. Leanyka to szczep pochodzący z Transylwanii, gdzie nazywa się Fetească albă. Leanyka w języku węgierskim oznacza pannę. Należy się więc spodziewać delikatnego wina i tak właśnie jest. Leanyka jest uprawiana w wielu węgierskich regionach winiarskich od Egeru po Balaton. Wychodzą z tego niezłe lekkie niemal przeźroczyste wina o ciekawym i oryginalnym aromacie. Z tego szczepu wyrabia się też wina musujące (ale nie w Egerze). W Egerze można kupić sporo Leanyki półsłodkiej i to takie wino jest chyba najczęściej kupowane przez turystów. Kupowanie akurat tego wina do plastikowych butelek to słaby pomysł. Delikatny aromat po spędzeniu paru godzin w nieklimatyzowanym bagażniku pozostaje tylko wspomnieniem (uff, na szczęście kiedyś przywiozłam tylko mała butelkę i niewiele się zmarnowało). Wino nabiera zupełnie innego smaku. Leanyka to wino do picia na miejscu, ewentualnie do kupienia w wersji butelkowanej, jest za delikatne do przewożenia w wersji żywej. Porządnie zrobione Leanyki mogą zaskakiwać lekkością i oryginalnymi i bogatymi aromatami. To wino lekkie przyjemne i przy okazji łatwe do zepsucia. Dlatego można też napotkać jej zupełnie fatalne przykłady.

Riesling

Moja chyba najbardziej ulubiona odmiana win białych. Ma specyficzny i niepowtarzalny zapach, który uwielbiam. Występuje w całej Europie Wschodniej i Środkowej od Czech po Serbię a wywodzi się z Niemiec znajdziemy go też we wszystkich krajach Nowego Świata w których uprawia się winorośl. Uwielbiam degustować wschodnioeuropejskie rieslingi i wczuwać się w austro-węgierski klimat. Riesling to odmiana z której można wyrabiać przedziwne rzeczy, dlatego jest to winny temat-rzeka, jak na jeden z popularniejszych szczepów wina białego przystało. W Egerze zaznajomimy się więc tylko z kawałeczkiem tego tematu. Uprawia się tutaj odmianę włoską Olaszriesling. Zresztą nie słynie on z Rieslinga jakoś szczególnie. Warto jednak jeździć po Europie Środkowej i Wschodniej i zbierać rieslingowe doświadczenia. Jest to wino mocno wszechstronne. Jego smak ponoć bardzo zależy od gleby na której rośnie. Najlepsze wychodzi na terenach powulkanicznych. Eger tak samo zresztą jak i Tokaj to właśnie tereny wygasłych wulkanów.

Pozostałe wina białe

Uprawia się tutaj zarówno szczepy francuskie jak i te pochodzące z Niemiec. Dość powszechny jest na przykład Muscat Ottonel (Ottonel muskotály) pochodząca z XIX wieku odmiana znad Loary, dobrze radząca sobie w chłodniejszym klimacie Europy Środkowej i Wschodniej. Potrafi ponoć osiągać wysoką koncentrację cukru, mimo umiarkowanego klimatu. Na portalu vinisfera piszą także, iż ottonel dobrze nadaje się dla początkujących amatorów wina, którzy mogą na nim ćwiczyć nos i podniebienie. Oprócz ottonela sporo można tutaj znaleźć żółtego muszkatu czyli Sárgamuskotály, oraz słynnego węgierskiego Hárslevelu, z tych dwu ostatnich szczepów winogron porażonych szlachetną pleśnią robi się słynnego Tokaja Aszu. Z odmian pochodzących z Francji najważniejsze jest Chardonnay.

Które piwniczki wybrać?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć. W Szépasszonyvölgy znajdziemy pewnie niezły przekrój winiarskiego biznesu. Jeżeli chodzi o dokładne obejrzenie całej doliny, warto odwiedzić wszystkie, żeby wyrobić sobie własną opinię i mieć skalę porównawczą. Trzeba wybrać coś stosownego do własnego zaawansowania w temacie wina. Znajdziemy tutaj zarówno piwniczki zaopatrujące  głównie zupełnie nie znające się na winie wycieczki zagraniczne, których uczestnicy kupują głównie wina słodkie i do plastikowych butelek (taka winiarnia sprzedaje zazwyczaj maksymalnie kilka rodzajów wina), jak i winiarzy, którzy za swoje produkty zgarniają nagrody i medale a w ich ofercie znajdziemy wiele gatunków własnych butelkowanych win z różnych roczników. Ja pragnę tylko wyszaleć się tutaj zakupowo w temacie wina żywego i niebutelkowanego. Na pewno wybiorę najbardziej wypośrodkowane piwniczki, w których właściciel nie nastawia się głównie na autokary z zagranicznymi turystami, ale również zaopatruje w swoje wina restauratorów. Nie posiada totalnie odremontowanej i czystej jak w szpitalu piwniczki, która swoim wystroje przypomina bardziej  zakład fryzjerski, niż miejsce w którym pije się wino 🙂 Mam kilka swoich typów.

hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_012 hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_007.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_009.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_008.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_011.jpg hun_eger_dolina-pieknej-pani_piwniczka_010.jpg

Co przywieźć ze Lwowa, wersja dla wybrednych

Większość osób wchodzi na tą stronę żeby poczytać o Lwowie. Dobrze się składa bo ja też bardzo lubię tam jeździć, chociaż ostatnio nie bywam już tak często jak dawniej. W latach 2007-2010 odwiedzałam to miasto kilka razy do roku. Później trochę mi przeszło. Dzięki tak licznym wyjazdom widzę, jak wiele zmieniło się w mieście na przestrzeni lat. Turystyka dosłownie eksplodowała. Lwów stał się strasznie modną destynacją. Dzięki temu okolice rynku powoli wypełnia się miejscami stworzonymi wyłącznie z myślą o turystach. Zaczynają pojawiać się coraz bardziej luksusowe towary i można stąd przywieźć coraz ciekawsze rzeczy. Dlatego postanowiłam skupić się także na nieco bardziej niszowych lwowskich zakupach, które zadowolą bardziej wybredne gusta. Lwowskie towary, które opisałam w tym poście są do kupienia praktycznie w każdym sklepie. Niekoniecznie zadowolą poszukiwaczy jedzeniowych przygód, bo co to za przygoda pójść do sklepu na rogu i kupić w nim kapustę morską? Dla mnie to już nie jest egzotyka, mimo że uwielbiam jeść kapustę morską i za każdym razem we Lwowie obowiązkowo ją kupuję. Tym razem chcę skupić się na rzeczach, których może nie zauważymy za pierwszym razem, ale gdy je już znajdziemy możemy poczuć się trochę jak odkrywcy. Żeby kupić niektóre wymienione przeze mnie w tym poście towary, trzeba odrobinę się nachodzić. Miejsca w których można je kupić są dosyć mocno rozstrzelone po mieście. Nie sądzę żeby dało się to wszystko zgromadzić w jeden dzień, ale warto poznać przynajmniej część z nich.

Nie znajdziemy jednak w moich propozycjach odnośnie tego co zjeść i przywieźć, aktualnych gastronomicznych mód, czyli na przykład hipsterskich palarni i pijalni kawy, w rodzaju niezliczonych klonów nieszczęsnego Starbucksa, czy burgerowni w których zjemy odrobinę zdrowsze hamburgery.  Tego typu lokali dość dużo namnożyło się na Starym Mieście. Są to miejsca, które przeważnie wszędzie i zawsze wyglądają tak samo. Jakoś tak się składa, że im bardziej są popularne, tym bardziej przewidywalne będzie to co w nich znajdziemy. Zamiast spędzać czas w kolejnym identycznie wyglądającym miejscu, wolę powłóczyć się po bazarach.

Lawasz (вирменский лаваш)

Czyli ormiański chleb. Nie trzeba już jechać do Turcji, by móc łatwo go kupić. Znajdziemy go bowiem już we Lwowie, występuje w budkach z chlebem na Bazarze Priwokzalnym i kosztuje zupełne grosze. Wygląda jak rozwałkowane i nie upieczone ciasto, a zapakowany jest w worek foliowy. Opakowanie zawiera 5 dużych płatów lawasza, w wymiarach mniej więcej 40×60 centymetrów.  Nie zawiera niczego podejrzanego: mąkę, wodę i olej roślinny. Tak przy okazji – ten bazar, czyli Ринок Привокзальний to teraz mój najbardziej ulubiony rynek we Lwowie. W chwili obecnej w moim rankingu lwowskich bazarów przejął palmę pierwszeństwa i lubię go bardziej niż Bazar Krakowski. Lawasz to rodzaj chleba ogromnie popularny od Turcji po republiki Azji Środkowej oraz Syrię i Liban, zupełnie naszego chleba nie przypominający. Dostosowany do suchego i gorącego klimatu. W takich warunkach może leżeć długo i nie psuć się. To bardzo cienkie białe ciasto, w które zawija się praktycznie wszystko co chce się zjeść. W formie zeschniętej może przetrwać nawet pół roku. Aby z powrotem stał się miękki, wystarczy skropić go wodą i zostawić na chwilę a potem podgrzać albo przypiec. Trzeba to robić bardzo krótko i szybko, inaczej chleb znów całkowicie się odwodni i stanie kruchy i łamliwy.

ukr_lawasz_001.jpg

Lawasz wygląda trochę jak ścierka.

ukr_truskawiec_herbaty-ziolowe_001.jpg

A to herbaty ziołowe o których będzie mowa poniżej.

Czurczela (Czurczchela) чурчхела

Czurczela to rodzaj słodyczy, z wyglądu przypominający suszoną kiełbasę, albo nieregularną woskową świecę. Wszystko to za sprawą syropu winogronowego zagęszczonego mąką, którym oblane są bakalie, najczęściej orzechy włoskie, ale zdarzają się też pistacje oraz migdały. Bakalie są nanizane na sznurek albo nitkę jak korale i zanurzane w garze z syropem. Robi się to wiele razy, metodą mniej więcej taką, jak kiedyś robiono świece. Następnie wiesza się na sznurku gotowy produkt do wysuszenia. Deser występuje od Grecji i Turcji przez cały Kaukaz po byłe republiki radzieckie Azji Środkowej. Można go też kupić w Iranie. Sporo razy jadłam coś takiego w Turcji, gdzie mówią na to sujuk, czyli po prostu kiełbasa. Jednak te tureckie produkowane były z dodatkiem cukru i innych sztucznych dodatków. Ten rodzaj słodyczy w Turcji jakoś zupełnie nie przypadł mi do gustu. Może po prostu nie trafiłam na żaden prawdziwy i porządnie zrobiony Natomiast we Lwowie na Bazarze Priwokzalnym możemy kupić uzbeckie czurczelo zupełnie domowej roboty, bez żadnych niepotrzebnych dodatków. Znajduje się tam bowiem (we wnętrzu hali targowej) całkiem spore i bogato wyposażone stoisko oferujące mnóstwo przypraw (w tym także przyprawy do płowu o którym piszę w tym poście), ręcznie malowane, bogato i misternie zdobione uzbeckie naczynia, oraz duży wybór mięs i wędlin halal, co wygląda dosyć zabawnie obok stert wieprzowiny we wszelkich możliwych formach, rozłożonych na straganach dookoła. Czurczela z tego straganu jest po prostu genialna. Panowie sprzedawcy twierdzą, że robiona jest na miejscu, na Ukrainie, ale z uzbeckich składników. Jedno jest pewne, ktoś wie co robi. Gorąco polecam.

ukr_czurczchela_001

Udało mi się nawet dowieźć kawałek do domu i nie zjeść po drodze.

Produkty z Uzbekistanu

Samo stoisko to też ciekawe zjawisko. Na zachodniej Ukrainie na każdym mniejszym i większym  bazarze z jedzeniem, nawet w niewielkich i prowincjonalnych miastach, napatoczymy się na stoisko z uzbeckimi towarami. Co ciekawe na każdym z nich jest mniej więcej to samo, głównie przyprawy, oraz uzbeckie rękodzieło, czasami także produkty sypkie w rodzaju ryżu do płowu, czy soczewicy. Przyprawy zapakowuje się w ten sam sposób i do takich samych plastikowych pojemniczków. Wygląda to jak dobrze zorganizowana firma, albo franczyza w rodzaju naszego sklepu Żabka. Uzbecy opanowali już praktycznie każdy bazar we Lwowie, oraz bazary na prowincji. Musi to być jakaś skoordynowana działalność, bo każde stoisko wygląda tak samo.  Dzięki temu nagle zaczynamy mieć dostęp do herbaty, przypraw, lokalnych słodyczy z byłych republik radzieckich Azji Środkowej. Dla mnie to cudowna sprawa. Mimo że jeszcze w żadnym z tych krajów nie byłam, mam możliwość umiarkowanego doszkolenia się w temacie tamtejszego jedzenia.

ukr_lwow_przyprawy-do-plowu_001.jpg

Na stoisku uzbeckim na bazarze Priwokzalnym można zaopatrzyć się w liczne przyprawy.

ukr_lwow_stoisko-uzbeckie-na-bazarze_002.jpg

Słodycze popularne od Grecji po Azję Środkową.

ukr_lwow_stoisko-uzbeckie-na-bazarze_001.jpg

I pięknie malowane uzbeckie naczynia.

Adżika, albo pasty warzywne (аджика)

Na Ukrainie mamy spory wybór rozmaitych ajwarów, czyli past zrobionych przede wszystkim z pieczonej papryki, odrobiny pomidorów, często także pieczonych bakłażanów, cebuli, chilli i czosnku. Jest to danie bardzo popularne na całych Bałkanach, posiada mnóstwo regionalnych odmian i bardzo wiele nazw. Mamy więc na przykład ljutenicę, ajwar, adżikę, oraz zakuskę. Nie będę teraz wgłębiać się w zagadnienia, co się jak nazywa i dlaczego, ale na Ukrainie pod tymi wszystkimi nazwami będzie się  kryło mniej więcej to samo. Panuje tutaj zupełne pomieszanie z poplątaniem, mimo że coś teoretycznie nazywa się tak i tak, w rzeczywistości smakuje podobnie do pasty nazywającej się inaczej :). No bo weźmy taką adżikę. Teoretycznie powinna być pikantną pastą zrobioną głównie z ostrej papryki, typową dla kuchni kaukaskiej, ale w ukraińskich sklepach najczęściej jest po prostu zwykłym ajwarem. Nie wiem dlaczego tak właśnie się nazywa. Na szczególną uwagę spośród ukraińskich past warzywnych zasługuje Adżika Niżyn (аджика нежин) ponieważ posiada porządny skład i bardzo dobrze smakuje, zwłaszcza wersja z kawałkami bakłażana oraz pikantna. Natomiast niezupełnie przepadam za wersją zrobioną z samego bakłażana bo jest jak dla mnie trochę za bardzo mdła i ma niefajną papkowatą konsystencję. Adżika firmy Niżyn jest dosyć powszechna zwłaszcza w sklepach z ekologiczną żywnością na przykład еко лавка, których we Lwowie znajdziemy sporo. Dosyć często widziałam ją także w normalnych sklepach spożywczych. Na razie nie zawiera żadnych podejrzanych dodatków, niestety to produkt popularny i szeroko dostępny, więc zobaczymy jak długo to jeszcze potrwa. W Polsce też kupimy te pasty, tyle że co najmniej pięciokrotnie drożej.

Śniadanie z adżiką sfotografowane na potrzeby bloga.

Sery

W tej chwili wiele się dzieje także w temacie naturalnych serów wytwarzanych w małych ilościach przez niewielkie domowe, rodzinne wytwórnie. Takie sery są najlepsze, w wielkich mleczarniach oryginalne smaki gdzieś się gubią. W sumie to dziwne, że dopiero od niedawna takie produkty zaczęły być widoczne w Lwowie (ilość serowarni na Ukrainie rośnie chyba w postępie geometrycznym) –delikatnie pofałdowane podgórskie tereny zaczynają się niedaleko na południe od miasta. W tej części Ukrainy dominują małe rodzinne gospodarstwa. W kraju leży spory kawałek Karpat. Sporo osób musiało się niedawno wziąć za ten rodzaj biznesu, ponieważ niszowe lokalne sery sprzedawane są w wielu miejscach. Widać też, że są bardzo chętnie kupowane. Sprzedawcy mówią że dopiero niedawno zaczęli się tym zajmować, ale ich produkty w niczym nie ustępują tym po naszej stronie granicy no i oczywiście są znacznie tańsze. Dominują sery krowie, ale sporo jest też owczych. Na razie chyba najmniej popularne są kozie.  Sprzedażą lokalnych serów zajmuje się we Lwowie sieć sklepów Сирні Мандри, który posiada fanpage na facebooku i wystawia się także na lwowskich targach (np. Stryjskim) ostatnio spotkaliśmy ich stoisko na bazarze w Niedzielę Palmową. W ich ofercie dominują sery ukraińskie głównie z Zakarpacia. Również wymieniona przeze mnie wcześniej sieć sklepów Eko Lavka (еко лавка) posiada lokale wyposażone w lodówkę z serami, ale są to przede wszystkim produkty zagraniczne w absurdalnych jak na ukraińskie warunki cenach. Co ciekawe we Lwowie można też kupić wiele serów gruzińskich, niemniej jednak nie byłam w stanie się dogadać czy są to sery z Gruzji, czy też tylko naśladują one gruzińskie sery, ale patrząc po cenach zapewne były to sery ukraińskie.

ukr_lwow_ekologiczne-sery_001.jpg

Stoisko Сирні Мандри na jarmarku na Prospekcie Swobody w Niedzielę Palmową.

Ziołowe herbaty

Boom na zdrową żywność zaczął się na Ukrainie na dobre. W wielu sklepach możemy natknąć się na rozmaite „fito czaje” (фиточай), często są to produkty niezapakowane w torebki ekspresowe, tylko mieszanina ziół i liści drzew, albo roślin z karpackiego stepu. Wyglądają świetnie. Ostatnio kupiłam sobie kilka takich herbatek i bardzo ciekawie smakują. Trzeba je parzyć w czajniczku raczej słabo zaparzą się w kubku (piję herbaty tylko z czajniczków). Zawierają na zioła których u nas (z powodu bycia w Unii Europejskiej) raczej w herbatkach nie znajdziemy, takie jak na przykład piołun. Oczywiście picie takich herbat non stop z pewnością nie wyszłoby nam na zdrowie, nigdy jednak nie możemy być pewni czego nam brakuje, dlatego najbardziej odpowiada mi podejście chińskie by jeść i pić wszystko. W kwestii herbatek jeszcze jedna ważna uwaga: lepiej takie produkty kupować w sklepie, zamiast od przydrożnych sprzedawców. Ostatnio będąc w Truskawcu miałam okazję widzieć jak kobieta sprzedająca swoje herbatki „domowej roboty” zrywa rośliny przeznaczone na herbatki z przydrożnego trawnika (!).

Olej z ziaren prażonego słonecznika i inne oleje

Na lwowskich bazarach mamy możliwość zakupu bardzo dobrego oleju słonecznikowego, w tym także wyciskanego z ziaren prażonego słonecznika (pachnie rewelacyjnie) przez małe rodzinne tłocznie. Znowu w tym celu najlepiej udać się na bazar Priwokzalny. Tym razem trzeba przejść się po hali z warzywami i owocami. Oprócz oleju ze słonecznika kupimy tam także olej z pestek dyni, olej lniany czy z ziaren gorczycy. Nie muszę chyba dodawać, że jest kilka razy taniej niż podczas polskich ekologicznych targów.

Na uwagę zasługują także oleje dostępne w aptekach w rodzaju oleju rokitnikowego, czy z pestek dyni. Są znacznie tańsze niż u nas. Sporo jest też maceratów, na przykład  z uczepu, czy glistnika. Niestety nie ma szans się dowiedzieć jaki olej został użyty do ich zrobienia, ponieważ sprzedawcy nie mają świadomości że z uczepu nie da się wycisnąć oleju i jest to macerat. Na opakowaniu także nie znajdziemy takich informacji.

Zioła, kosmetyki i produkty lecznicze

Będzie tego trochę. W przypadku ziół i kosmetyków, jest analogicznie jak w przypadku jedzenia – jadąc niespełna dwieście kilometrów od domu, mam możliwość zakupu kosmetyków i produktów leczniczych z terenu Rosji i byłych republik. Są to bardzo specyficzne produkty, a co najważniejsze, zrobione ze znanych i popularnych u nas roślin, więc mało prawdopodobne że będą nas na przykład uczulać w porównaniu z produktami z drugiego końca świata. Na terenach byłego Związku Radzieckiego ziołolecznictwo ma się świetnie. Nie mam pojęcia czemu będąc tak blisko, zapomnieliśmy tak dużo. Weźmy na przykład taką gemmoterapię, czyli leczenie substancjami leczniczymi wytwarzanymi z pączków drzew i roślin. U nas właśnie w tej chwili najbardziej modne blogi zielarskie rozkręcają temat. Na Ukrainie niczego nie trzeba rozkręcać. W sklepach kupimy mnóstwo produktów z pączków brzozy, kasztanowca, dębu, lipy, topoli i mnóstwa innych roślin, a także suszone pączki rozmaitych drzew. Przywiozłam sobie na przykład suszone pączki topoli czarnej, które w dodatku kosztowały mnie grosze.

Na Ukrainie dostępne są produkty, które u nas po wejściu do Unii Europejskiej zostały wycofane z powodu obecności zakazanych substancji. Znajdziemy więc tutaj produkty kosmetyczne na przykład z dziegciem, żywokostem, czy produkty borowinowe nieobjęte obostrzeniami takimi jak u nas. Są też specyfiki właściwe tylko dla tych krajów, takie jak produkty z czyru (po ukraińsku Чага), czyli narośli rosnącej na brzozie, albo mumio zwanego także smołą górską, a także biszofitu czy ozokerytu. Są także lekarstwa z udziałem substancji pochodzenia zwierzęcego, na przykład jadu żmii czy pijawek (zresztą moda na leczenie pijawkami święci tutaj ogromne triumfy). Bardzo interesujące są gotowe wyroby kosmetyczne i lecznicze z udziałem przeróżnych interesujących lokalnych substancji, trzeba mieć jednak świadomość, że większość z nich zawiera popularne kosmetyczne składniki takie jak na przykład SLS czy olej parafinowy, które niekoniecznie wyjdą nam na zdrowie. Dlatego ogólnie nie kręcą mnie produkty w rodzaju serii od Babuszki Agafii. Oczywiście składniki popularnych kosmetyków są używane na co  dzień przez mnóstwo ludzi i wielu z nich będzie pukać się w czoło, bo przecież używają tego codziennie i nic im nie jest. Warto jednak zapoznać się z innym punktem widzenia, no i zobaczyć różnicę jaką odczujemy po odstawieniu popularnych kosmetyków na dłuższy czas.  Niemniej jednak gwoli sprawiedliwości trzeba stwierdzić że da się także kupić tutaj na przykład szampon dziegciowy „bez sulfatów” z substancjami powierzchniowo czynnymi pochodzącymi z kokosa.

Kolejnym produktem z którego słyną Rosja i byłe republiki są glinki kosmetyczne. Kupimy ich tutaj bardzo szeroki wybór, a ceny oczywiście będą bardzo korzystne, chociaż glinki ogólnie są produktem niedrogim, więc nie wiem czy warto specjalnie je z sobą targać jeśli przyjechaliśmy do Lwowa na przykład z przeciwnego krańca Polski. Dla mnie wyjazd tu to po prostu wycieczka zakupowa.

Na Ukrainie warto także zaopatrzyć się w olejki eteryczne, które są o wiele tańsze niż u nas. W każdej przeciętnej aptece ich wybór jest całkiem niczego sobie. Prym wiodą dwie firmy: Aromatika i Adverso. Z ich jakością jest różnie, raz lepiej, a raz odrobinę gorzej. Ponoć żeby poznać czy olejek eteryczny nie jest zafałszowany olejem „ciężkim”, wystarczy wylać kropelkę na papier w rodzaju chusteczki higienicznej i zobaczyć, czy po wyparowaniu nie została tłusta plama. Jeśli został ślad po olejku został on zafałszowany. Takie rzeczy co prawda z tymi olejkami się nie zdarzają, ale nie są to też najlepsze olejki eteryczne z jakimi się spotkałam. Są to po prostu całkiem porządne olejki średniej klasy, o korzystnym stosunku jakości do ceny.

ukr_olejki-eteryczne_001.jpg

Między innymi takie olejki kupiłam sobie ostatnio.

Coś na ochłodę

A na koniec coś bardziej odpowiedniego na letnią porę. W mieście można jeszcze spotkać obnośne punkty sprzedaży kwasu chlebowego. Ten na zdjęciu jest bardzo zmęczony i stoi sobie na dworcu (ten akurat w Truskawcu) nieużywany, ale zwłaszcza w mniej reprezentacyjnych miejscach miasta „kwasomaty” nadal mają się dobrze. Oprócz kwasu chlebowego na ochłodę możemy napić się także na przykład „pierwszego eko piwa Ukrainy” czyli piwa Biłe o którym piszę także w pierwszym poście o zakupach we Lwowie. O ile jednak kupić je w sklepie to żadne wyzwanie, bo jest ono wszędzie, o tyle znaleźć je w wersji lanej to już nieco większy problem. Niemniej jednak warto go szukać, bo smakuje dużo lepiej niż butelkowane. Moda na „żywe piwo” czyli piwo odrobinę mniej przemysłowe, właśnie się na Ukrainie rozpoczyna. Stąd też mnóstwo sklepów w których można kupić lane piwo małych lokalnych browarów. Często taki sklep jest bardzo mikroskopijnych rozmiarów, posiada 2-3 stoliki, na których można szybko przysiąść i wypić takie piwo na miejscu. Co ciekawe do piwa można w tego typu lokalach dostać świetnej jakości suszoną rybę. Nie są to już ryby pakowane w foliowe worki, jakie można kupić w niemal każdym ukraińskim sklepie spożywczym, ale produkty świeże i niepakowane. Często taka ryba jest na miejscu krojona żeby łatwiej było nam ją zjeść. We Lwowie taki lokal można znaleźć na przykład piętro niżej pod restauracją Bagrationi, o której piszę w poście co zjeść we Lwowie. Ostatnio odwiedziłam taki lokal w Truskawcu i miałam okazję zjeść na prawdę świetnego suszonego kalmara, jakiego próżno szukać w normalnych sklepach.

ukr_truskawiec_automat-do-kwasu-chlebowego_001.jpg

Nieco zmęczony życiem „kwasomat”.

ukr_piwo-bile-lane_001.jpg

Piwo biłe lane smakuje zdecydowanie lepiej niż to z butelki.

ukr_truskawiec_kalmar-suszony_001.jpg

A to najlepszy kalmar jakiego jadłam do tej pory, trudne warunki fotograficzne sprawiły że słabo go widać.

Mięsne ekskursje

Teraz coś dla odrobinę bardziej odważnych. Sposób sprzedawania mięsa wygląda na Ukrainie, tak jak u nas przed co najmniej dwudziestu laty (albo po prostu tak jak w każdym normalnym azjatyckim kraju). Mnie to nie szokuje, bo jestem przyzwyczajona. Nie mam z tym zjawiskiem żadnych problemów. Nie brzydzę się dopóki mięso jest w chłodzie i nic nie rozkłada się na upale. Chociaż i takie obrazki można było swego czasu zaobserwować we Lwowie, na bazarach gdzie mięso leżało w upale na ladach pod gołym niebem. Wprawdzie ostatnio powstaje coraz więcej sklepów sprzedających je bardziej na naszą modłę z chłodniami, lodówkami i mięsem zapakowanym w foliowe worki próżniowe. Niemniej jednak większość sprzedaje się tu jeszcze inaczej – bez opakowań foliowych, przeźroczystych lodówek i terminów przydatności do spożycia. Na lwowskich bazarach mięso w rozmaitych formach leży na ladzie i czeka na klienta. Sprzedawane jest w osobnych halach – mięsnych jatkach. Zapach panuje w nich nie do opisania. Jednak ludzie mają tutaj możliwość zrealizowania jednej z mocno atawistycznych ludzkich potrzeb, a mianowicie pogapienia się na mięso. Mam wrażenie że sporo z nich przychodzi tutaj jedynie popatrzeć, nic nie kupują, tylko wpatrują się w nie z uwagą. Warto zaobserwować takie zjawisko także i w naszych sklepach z mięsem. Nieraz ludzie stoją ze wzrokiem utkwionym w nim jak zahipnotyzowani. Wyglądają jak zawieszeni w czasie i przestrzeni, mija kilka minut a oni nie zdają sobie z tego sprawy. Tylko że u nas muszą patrzeć przez szybę, a tutaj mają je dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeśli już wybierzemy się tam na przykład po sało, (przy okazji możemy spróbować tego co kupujemy), mamy możliwość porzuć się jak na jakimś porannym bazarze w Azji Południowo Wschodniej, gdzie na ladach piętrzą się góry mięsa, które sprzedawane są na pniu i nieraz już w południe nie zostaje po targu ani śladu. Mięso nie jest tutaj tak mocno przetworzone jak na zachodzie, nadal więc możemy zakupić tutaj na przykład głowę świni w całości, wszelkiej maści podroby, czy nawet krowie kopyta.

ukr_lwow_bazar-krakowski_hala-z-miesem_001.jpg

Bazar krakowski posiada osobną halę w której możemy kupić mięso. Tak funkcjonowały miejskie jatki. Niesamowite wrażenie robią wazony ze sztucznymi kwiatami w kolorze sprzedawanego mięsa poustawiane na górnym piętrze.

ukr_lwow_bazar-krakowski_hala-z-miesem_002.jpg

Unoszący się wszędzie zapach świeżego mięsa trudno opisać.

ukr_lwow_bazar-priwokzalny_001.jpg

A to weseli sprzedawcy słoniny na bazarze priwokzalnym.

Pamiątkowe gadżety

Po rosyjskiej agresji na Krym i wydarzeniach na Majdanie, na straganach z pamiątkami pojawiły się gadżety z Putinem, które chyba mocno nie przypadłyby mu do gustu. Popularnym nabytkiem są wycieraczki z jego podobizną oraz kolorowy i czarno biały papier toaletowy. Całkiem niedawno byłam w Serbii, gdzie znowuż dla odmiany można było kupić koszulki z Putinem przedstawianym jak superman, dzielny wódz i komandos. Na dodatek oba kraje dzieli niewielka odległość i wyznają tą samą religię. Kompletnie się jednak różnią w swoim podejściu do Rosji.

Co i gdzie warto zjeść we Lwowie

Ten wpis jest nieco jubileuszowy.  W tym roku minie dokładnie 10 lat odkąd pierwszy raz pojechałam do Lwowa (i tak już zostało, bo nie mogę przestać tam jeździć). Uwielbiam to miasto i za każdym razem świetnie się tam bawię. Co prawda ostatnio nieco zmniejszyłam częstotliwość wyjazdów, ale są one teraz bardziej tematyczne. Nie muszę już zwiedzać zabytków i przebywać w miejscach, które odwiedza się za pierwszym razem. Robię tam tylko to co na prawdę lubię, bo turystyczny przymus w zupełności mnie nie dotyczy. Oczywiście raz na jakiś czas dawkuję sobie na przykład jakieś muzeum albo zabytek, w przerwie od włóczenia się po rozmaitych lokalach, sklepach no i oczywiście bazarach. Rok temu napisałam posta o tym co kupić we Lwowie, tym razem pragnę skupić się na tym co warto zjeść w rozmaitych lokalach gastronomicznych. Na przestrzeni 10 lat w mieście wiele się zmieniło. W porównaniu z czasami kiedy zaczynałam jeździć do Lwowa lokali z jedzeniem jest kilkakrotnie więcej. Na Euro 2012 zaczęło przybywać ich w tempie iście geometrycznym, jednak impreza dawno się skończyła, a one nadal powstają jak grzyby po deszczu. Starówka w tej chwili, mimo wojny na wschodniej granicy kraju, przypomina plac budowy. Wszystko gwałtownie się odnawia.  We Lwowie na dobre zaczął się turystyczny boom. Ilość obcokrajowców w porównaniu do roku chociażby 2010 wzrosła znacznie. Zmienił się też charakter nowo powstających lokali. Sporo z nich jest budowana pod potrzeby turystów, żeby znaleźć coś ciekawego i w dobrej cenie trzeba nieco oddalić się od najpopularniejszych turystycznie terenów. Na szczęście wiele istniejących od dawna lokali stoi nadal i ma się dobrze, a turystyczny boom niezbyt im zaszkodził.

Zaczniemy od tego co warto w mieście zjeść, następnie skupimy się na kilku interesujących miejscach. Najbardziej elektryzującą mnie w kuchni Lwowa kwestią jest to, że przenosząc się niespełna 200 kilometrów od domu, zaczynam mieć dostęp do potraw które je się także dziesięć stref czasowych dalej. Dania takie jak pielmieni czy solianka znajdziemy bowiem w całym byłym imperium sowieckim, od Kaliningradu po Władywostok. Drugą sprawą jest dostępność produktów wielu byłych republik radzieckich. Lwów to nadal miasto wielokulturowe, gdzie mieszają się rozmaite wpływy. Można tak po prostu wyjść z domu, pójść na bazar i zakupić przyprawy Kaukazu czy Uzbekistanu albo ryby z Morza Czarnego. Mimo tego, że poszczególne republiki posiadają już własne granice, dobra gastronomiczne krążą tak jak dawniej, bo ludzie są do nich przyzwyczajeni, znają je i nie mogą się bez nich obejść.

Płow czyli Плов

Danie kuchni krymskiej oraz występujące w republikach Azji Środkowej. Jego bliski krewniak – pilaw znajdziemy we wszystkich kuchniach od Grecji po Indie, wymieniany jest nawet w Mahabharatcie. To rodzaj tłustego risotto z kawałkami wołowiny lub baraniny z dodatkiem cebuli i marchewki pokrojonej w słupki (tak jest w wersji popularnej na Ukrainie, bo przecież w Indiach jedzenie wołowiny zupełnie by nie przeszło). Danie ocieka tłuszczem zarówno pochodzenia zwierzęcego (mięso powinno być tłuste) jak i dodatkiem sporej ilości oleju słonecznikowego. Żeby jakoś przeżyć zjedzenie tak treściwej potrawy, musi ona być odpowiednio mocno przyprawiona: kuminem, berberysem, nasionami kolendry, ostrą papryką, liściem laurowym, pieprzem. Jeśli do potrawy zostanie jeszcze użyty oryginalny ryż z Azji Środkowej można znaleźć się w kulinarnym niebie. Niestety jest on dosyć drogi i ciężko na niego trafić. Nasionka mają specyficzny kształt.

ukr_lwow_plow_001.jpg

Płow z uzbeckiego ryżu, który wspaniale nasiąka tłuszczem. Jajko na zdjęciu jest przepiórcze, ryż nie jest aż tak wyrośnięty :).

ukr_lwow_przyprawy-do-plowu_001.jpg

A tak prezentują się przyprawy uzbeckie do płowu na Priwokzalnym Bazarze we Lwowie. Z prawej widać suszone owoce berberysu, dzięki którym potrawa posiada trudny do pomylenia smak.

Pierogi czyli Вареники

Danie kuchni ukraińskiej. Wyglądają tak samo jak nasze. Od wersji polskiej różnią się nadzieniem i dodatkami. Najpopularniejsze są z ziemniakami (картоплею) oraz z kapustą (капустою). Ukraińska wersja pierogów z kapustą podoba mi się znacznie bardziej od wersji polskiej, zwłaszcza że podawana jest jak wszystkie tamtejsze pierogi z kwaśną gęstą śmietaną. Nazwa pierogi  (Вареники) jest zarezerwowana dla tych bezmięsnych na słodko albo słono i świetnie do nich pasuje kwaśna śmietana. Pierogi z mięsem nie są nazywane pierogami tylko w zależności od rodzaju i rozmiaru są to: chinkali, pielmieni albo manty. Ich nie podaje się ze śmietaną tylko na przykład w towarzystwie octu, lub bez dodatków.

Pielmieni czyli Пельмени

Jedno z najbardziej znanych dań kuchni rosyjskiej. Małe wręcz mikroskopijne pierożki z cienkiego ciasta nadziewane surowym mięsem z przyprawami i cebulą. Mięso gotuje się w cieście i uwalnia sok. W lwowskich knajpach w każdym zakresie cenowym danie absolutnie podstawowe. Idealnie byłoby gdyby farsz składał się z mięsa wieprzowego, wołowego i baraniego, ale dominują takie wieprzowo-wołowe. Pierożki je się polane masłem, octem i posypane czarnym pieprzem. Robienie ich pochłania sporo czasu – ciasto musi być cieniutkie, a rozmiary pierożków mikroskopijne. Na dodatek żeby procedura była bardziej skomplikowana, ciasto wykrawa się w kształcie kółeczek. Powinny one być robione ręcznie. Nie warto jeść takich robionych maszynowo (co poznamy przez ich podejrzaną regularność i podobieństwo), bo ich ciasto jest grube i niedobre. Chyba raz przez przypadek przytrafiły mi się takie mechanicznie robione pielmieni i zdecydowanie ich nie polecam. Na szczęście w lwowskich lokalach w których regularnie się stołuję dominują te robione ręcznie.

ukr_lwow_pielmieni_001.jpg

Pielmieni z ekstremalnie taniego cafe baru przy ulicy Szewczenki 14 (nie mylić z bulwarem Szewczenki), gdzie mężczyźni piją wódkę na szklanki.

Manty (Манты) i chinkali (Хинкали)

W porównaniu do okresu sprzed 9 czy 10 lat, potrawy kuchni kaukaskiej przeżywają w mieście prawdziwy renesans. Dawniej ekstremalnie popularnym daniem z tamtych stron było jedynie czanachi (чанахи), którym zajmiemy się poniżej. Od jakiegoś czasu coraz popularniejsze stają się także pierogi z mięsem z tamtych stron. Tym razem jadłam zarówno manty jak i chinkali i muszę przyznać, że oba dania nie były zbyt dobrze zrobione.

ukr_lwow_manti_001.jpg

To akurat pyszne manti w wersji wegetariańskiej z dynią jakie można zjeść w Czajchanie Samarkand.

Na fali lwowskiego boomu turystycznego, stosunkowo niedawno pootwierały się lokale nowej sieci barów o nazwie Cezar (Цісар Кафе) z brązowym szyldem i nazwą zapisaną złotymi literami. W jednej z nich miałam ostatnio nieszczęście zamówić manty. Była to okropna pomyłka. Pierogi były wieprzowe, w ogóle nie przyprawione i polane margaryną – po prostu okropne. To chyba najgorsze jedzenie jakie kiedykolwiek jadłam we Lwowie. Warto zresztą zobaczyć jakie recenzje mają owe lokale w internecie żeby móc je omijać i nie nabawić się przez nie wstrętu do kuchni naszych wschodnich sąsiadów.

Chinkali natomiast, jadłam w gruzińskiej restauracji Bagrationi, która już na początku odstraszyła mnie swoim wyglądem prawie jak z serialu „Dynastia”. Kryształowe żyrandole, pretensjonalne marmurowe podłogi, kolumny i białe obrusy to klimat w którym czuję się zdecydowanie źle. Na szczęście pomimo wyglądu rodem z prowincjonalnego wesela z aspiracjami, ceny w restauracji były stosunkowo znośne, pewnie dlatego, że znajdowała się ona spory kawałek od zabytkowego centrum na zwyczajnym blokowisku. Chinkali dotarły do mnie będąc uszkodzone, być może przez za długie gotowanie i powstały podczas ich gotowania mięsny bulion wylewał się z nich na talerz jeszcze przed wzięciem ich do rąk. Co z tego że podano je razem z naczyniami do mycia rąk przybranych miętą i cytrynką, jeśli nie dało się ich zjeść rękami ponieważ od razu się rozpadły. Taki błąd gruzińskiej restauracji chyba nie przystoi. Mięso było dobrze doprawione kolendrą ale takie rzeczy z ciastem chyba nie powinny się przytrafiać. Na szczęście inne zamówione tutaj dania były jadalne, aczkolwiek nie rzuciły mnie specjalnie na kolana.

ukr_lwow_chinkali_001.jpg

Chinkali prezentują się dość śmiesznie na ogromnych białych talerzach w lokalu wystrojonym jakby był tłem do serialu „Dynastia”.

ukr_lwow_chinkali_002.jpg

Nie pomogą specjalne estetyczne naczynia do mycia rąk jeśli pieróg jest źle zrobiony.

Czebureki czyli Чебуреки

To kolejna odmiana pieroga tym razem dużego i smażonego w głębokim tłuszczu. Wszystko pięknie, o ile tłuszcz jest w miarę często zmieniany i nie ma czarnego koloru, oraz pierogi nie są w nim reanimowane, to znaczy usmażone dużo wcześniej a następnie tylko odgrzane. To niestety dość często zdarza się na przykład w różnych przydworcowych jadłodajniach, dlatego lepiej nie kupować ich w pierwszym lepszym z brzegu miejscu, zwłaszcza gdy są z mięsnym nadzieniem. Czebureki są potrawą znaną w całej Rosji, na Litwie, jeśli zaś chodzi o kuchnię ukraińską, to jest to danie kuchni krymskich tatarów. Czebureki warto moim zdaniem jeść tylko w lokalach specjalizujących się tylko w tej potrawie. Wtedy mamy pewność że nie leżą usmażone od kilku dni. Ich nadzienie może być przeróżne: groch, kapusta, ziemniaki i mięso.

Pora na zupy. Kuchnia byłych republik radzieckich ma kilka charakterystycznych pozycji w menu. Zupy są mięsne i treściwe. Zakwaszone cytryną i/lub kwaśną gęstą śmietaną. Czasem taka zupa może robić za cały obiad. Dodatkiem do niej jest chleb, najlepiej ciemny, który liczony jest na kromki. Jeśli go zamawiamy, kelner albo sprzedawca pyta nas zawsze „ile chleba?” No i trzeba podać mu ilość kromek, którą zamierzamy zjeść. Jeśli jemy gdzieś pierwszy raz i nie wiemy czy kromki są duże czy małe, ciężko przewidzieć jak bardzo będziemy głodni. Zwłaszcza że nie wiemy czy porcja będzie duża. Rzadko więc udaje się utrafić w sensowną jego ilość i jest go albo za dużo albo za mało. To taka lokalna przypadłość. Chleb kosztuje zupełne grosze, ale liczony jest bardzo dokładnie.

Barszcz czerwony i zielony (Червоний борщ, Зелений борщ)

Barszcze na wschodzie są bardzo treściwe. Barszcz czerwony z buraków z dodatkiem fasoli, kapusty, mięsa, odrobiny przecieru pomidorowego, ziemniaków, marchewki i innych warzyw korzeniowych, z kwaśną śmietaną, jedzony z dodatkiem chleba skutecznie poskramia głód. Nieco uboższa wersja wiosenna – zielona, robiona obecnie głównie ze szczawiu i komosy koniecznie jedzona z jajkiem i ziemniakami. Na bazarach jako zielenina na barszcz sprzedawane są dość mocno wyrośnięte szczaw i komosa. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek udało mi się spotkać na targu roślinę nazywaną barszczem (Heracleum sphondylium L) z której tę potrawę przygotowywano pierwotnie i właśnie od niej wywodzi się nazwa zupy. Ukraińska wikipedia twierdzi, że zielony barszcz zawiera także pokrzywę, ale nie udało mi się do tej pory natrafić na taką wersję. Do barszczu czerwonego podaje się drożdżowy kulebiak.

ukr_lwow_barszcz-ukrainski_001.jpg

Taki barszcz – przyzwoity choć nie wyróżniający się niczym szczególnym, w towarzystwie drożdżowego kulebiaka przyprawionego olejem, czosnkiem i koprem zjemy w popularnej sieciówce Puzata Chata.

Solianka

To zupa z kilku rodzajów mięsa i podrobów z sokiem z ogórków kiszonych z oliwkami, kaparami cytryną. Ponoć idealna na kaca. Zapałałam do niej miłością ogromną wiele lat temu i co najmniej raz do roku ją gotuję. Jednak nie mam w sobie na tyle hartu ducha, by używać do niej cynaderek czyli nerek wieprzowych, wołowych lub cielęcych, jest to bowiem składnik obowiązkowy tej zupy. Problem w tym że nie da się ich przyrządzać w mieszkaniu, ponieważ podczas obróbki termicznej cynaderek, dookoła unosi się upiorny zapach moczu. Nawet jeśli odlejemy kilka razy wodę w której się one gotują nie tak łatwo pozbyć się zapachu unoszącego się dookoła. Zrobiłam tak tylko raz i więcej już nie będę. Są inne mniej problematyczne podroby – na przykład serca czy żołądki, które z powodzeniem w wersji domowej mogą je zastąpić. Po jakości solianki najlepiej widać jakiej klasy jest lokal w którym się stołujemy. Tej zupy lepiej nie jeść w miejscach bardzo niskobudżetowych bo poczęstowani zostaniemy zupą z dużą ilością parówki, a droższe składniki takie jak oliwki czy cytryna mogą w ogóle w niej nie wystąpić. Porządnie zrobiona solianka to wspaniała kompozycja słodko słonych smaków, które wzajemnie się uzupełniają. Wydaje mi się że robiąc ją z jakiegoś mało dokładnego przepisu nie uda nam się uzyskać równowagi smaków jaka powinna w niej wystąpić. Dlatego lepiej przed jej gotowaniem zjeść ją kilka razy w różnych lokalach by zobaczyć o co w niej chodzi.

ukr_lwow_solianka_001.jpg

Solianka.

Czanachi (чанахи)

To zupa pochodzenia gruzińskiego, która we Lwowie weszła do absolutnie masowego obiegu. Na Ukrainie jest umiarkowanie popularna, natomiast we Lwowie to topowe danie kulinarnej popkultury. Sprzedają ją dosłownie na każdym kroku. Występuje w niezliczonych wersjach mniej lub bardziej dalekich od oryginału. Czanachi w założeniu ma być zawiesistym mięsnym gulaszem z mięsa jagnięcego z pomidorami, fasolą, bakłażanem, ziemniakami, mocno doprawionym czosnkiem i kolendrą. Taką zapiekanką w płynie, ponieważ zupę piecze się w glinianych naczyniach. Warzywa i mięso przywierają do ścianek a potrawa nabiera skondensowanego smaku. We Lwowie po pierwsze przeważnie dominuje wersja z o wiele tańszą wieprzowiną, poza tym nie ma w niej bakłażana,  czasem to nawet fasoli jest w niej jak na lekarstwo, a całość wypełniona jest najtańszym składnikiem – ziemniakami. Najczęstsza zielenina jaką możemy w niej znaleźć to zwykły szczypiorek. Danie jest dalekie od gruzińskiego oryginału, co nie znaczy że jest ono niedobre – jest to po prostu coś innego.

ukr_lwow_czanachi_001.jpg

Tak we Lwowie podaje się czanachi. Charakterystyczne baniaczki w kształcie dyni, często z motywem liści winorośli możemy zobaczyć w niemal każdej jadłodajni we Lwowie. Ten był używany tak bardzo, że aż odpadły mu uszka.

Zupa jest bardzo treściwa (bo zagęszczona mąką) i pożywna. Przyjemnie rozgrzewa w chłodne dni. Jej smak bardzo mocno kojarzy mi się ze Lwowem. Tak bardzo chciałam móc ją gotować w domu, że pewnego razu zakupiliśmy nawet na bazarze komplet glinianych naczyń w kształcie dyni. Były ładnie zdobione w liście winorośli i bardzo tanie. Niestety ich szkliwienie zaczęło się rozpuszczać w wysokiej temperaturze i wyglądało na to, że naczynia nie nadają się do zapiekania w nich potraw. Jako że nie mieliśmy miejsca na ich przechowywanie, oddaliśmy je do lokalnego oddziału Emaus.

ukr_lwow_czanachi_002.jpg

To czanachi w ogóle nie ma nic wspólnego z oryginałem bo przed podaniem nawet nikt potrawy nie zapiekł. Mimo tego zupa i tak była jeszcze jadalna. Taką wersję można zjeść na Bazarze Krakowskim.

Łagman Лагман

Teraz pora na zupę trochę we Lwowie niszową. Danie typowe dla kuchni krymskiej, ale jedzone od Krymu po Chiny.  Jest narodową potrawą Ujgurów – chińskiej muzułmańskiej mniejszości. Ojczyzną ręcznie robionego, specyficznego makaronu, dodawanego do tej zupy tuż przed podaniem są Chiny. Makaron robi się następująco. Kawałek wilgotnego ciasta rozciąga się bardzo mocno i powstaje z niego coś na kształt nitek. To danie bardzo popularne w byłych republikach radzieckich Azji środkowej: Kazachstanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie. Bardzo gęsta i pożywna bo zawierająca kawałki mięsa, ziemniaki no i oczywiście makaron. Zupę obficie doprawia się kuminem i ostrą papryką.

ukr_lwow_lagman_001.jpg

Lagman. Makaron ukryty jest pod spodem i go nie widać. Zajmuje połowę miski.

Kiszone i marynowane warzywa

Jako sałatka do obiadu, potrawa zasługuje na nasze zainteresowanie. Na Ukrainie bardzo popularne i stosunkowo często używane są zielone pomidory. W sklepach kupimy je marynowane w occie spirytusowym. W przeróżnych restauracjach będą one składnikiem kwaśnej warzywnej zakąski do mięsnych dań, na którą składa się kapusta, kiszone ogórki oraz właśnie zielone pomidory.

ukr_lwow_kiszone-i-marynowane-warzywa_001.jpg

Zielone pomidory w towarzystwie innych kiszonych i marynowanych warzyw.

Gdzie to wszystko zjeść? Z tym nie powinniśmy mieć większego problemu. Wybór lokali w mieście jest przeogromny, dlatego myślę że warto je w jakiś sposób podzielić. Na takie dla początkujących i zaawansowanych na przykład. Na tanie i drogie chociaż do tych drugich przeważnie  nie chodzę, zresztą w mieście jest tak tanio że trudno o duże wykosztowanie się na jedzenie na mieście. W chodzeniu do knajp i restauracji uwielbiam stosowanie zasad demokratycznych. Nie mam nic przeciwko najtańszym lokalom, gdzie obiad z kawą albo piwem kosztuje tyle co przystawka w popularnej sieciówce. Oczywiście o ile jedzenie w nich jest po prostu w miarę domowe i robione nie najtańszym sumptem. Od czasu do czasu lubię także zjeść coś prawdziwie dobrego, ale dobrze wiem że wysoka cena niekoniecznie musi być tego wyznacznikiem.

Dla początkujących

Gdzie skierować swe kroki jeśli przyjechaliśmy do miasta pierwszy raz? Najsensowniejszą opcją na pierwszy raz będzie chyba pójście do Puzatej Chaty. We Lwowie sieciówka ma dwa lokale. Jedzenie jest w niej przyzwoite, ale nie wyróżniające się niczym szczgólnym. Potrawy leżą wystawione na oczach klientów, chodzimy z tacką i obsługa nabiera czego nam potrzeba. W ten sposób nawet jeśli kompletnie nie potrafimy czytać cyrylicy znajdziemy sobie coś do zjedzenia. Jest tam ładnie i czysto, dość często bywa tłoczno, zarówno za sprawą turystów jak i bardziej majętnych mieszkańców Lwowa. Najbardziej jadalne mają tam moim zdaniem zupy i pierogi. Reszta raczej zupełnie niewarta jest uwagi. Nie znajdziemy tam lokalnych lwowskich potraw w rodzaju czanachi. Puzata Chata to taki Mc Donald tyle że z w miarę tradycyjnym ukraińskim jedzeniem. W porównaniu do rozlicznych Cafe Barów jest tam relatywnie drogo.

Kafe bary czyli lokale niższych lotów

Lwowskie kafe bary to miejsca w których napijemy się kawy i najróżniejszych alkoholi, zjemy czebureka, kanapkę z kawiorem i podstawowe dania barowe w rodzaju czanachi. To taki trochę „level hard” lwowskiej gastronomii a jednocześnie zjawisko najbardziej interesujące. Miejsca gdzie prawie każdy szanujący się lokalny mężczyzna zaczyna dzień od szklaneczki wódki, czasami przepijanej wodą a czasami nawet nie (dlatego mężczyźni żyją tutaj szybko i krótko). Kafe bary to miejsca demokratyczne, najtańsze i dla wszystkich, gdzie spotykają się ludzie o wszelkiej możliwej proweniencji. Trzeba znaleźć sobie kilka takich ulubionych lokali i regularnie je odwiedzać gdy tylko jest nam po drodze. Sporo z nich nie zmienia się od lat. Oczywiście menu jest w nich wyłącznie po ukraińsku. Toaleta czasem bywa mocno przykra, z drugiej strony tak kiedyś wyglądały wszystkie toalety w mieście, więc odrobinę historii może się przydać. Jeśli tylko nie musimy koniecznie z niej korzystać, pobyt w kafe barach jest bardzo przyjemny, zwłaszcza że we wszystkich lokalach gastronomicznych od 2013 roku obowiązuje zakaz palenia. Jeśli obsługa przygląda nam się z niedowierzaniem i trzy razy pyta skąd właściwie się tu znaleźliśmy, to znaczy że trafiliśmy do odpowiedniego lokalu. Mamy we Lwowie kilka ukochanych barów i odwiedzamy je regularnie. Jeden z nich, położony niedaleko hotelu Lwów niestety już nie istnieje bo zajęła okropna sieciówka „Cesarz” (Цісар Кафе). Uwielbiam włóczyć się po cafe barach to mój najulubieńszy sport we Lwowie.

ukr_lwow-kafe-bar_001.jpg

Kafe bary mogą być urządzone bardzo minimalistycznie i na przykład posiadać jedynie wylewkę zamiast podłogi. Mogą być jednak także urządzone z ogromną fantazją.

Kuchnie regionalne i narodowe

Jeśli już zapoznamy się z podstawowymi daniami kuchni ukraińskiej, pora na kuchnie mniejszości narodowych zamieszkujących miasto kiedyś lub teraz. Oczywiście stwierdzenie „kuchnia narodowa” w ogóle moim zdaniem ma sens średni bo znacznie trafniejsze jest określenie „kuchnia regionów”, które niekoniecznie pokrywają się z granicami współczesnych państw, tylko z warunkami klimatyczno-kulturowymi przeróżnych obszarów.

Ostatnio coraz modniejsza staje się w mieście kuchnia gruzińska. Myślę że zainteresowanie Gruzją wzmaga się z powodu ostatnich wydarzeń – obydwa narody mają odwagę przeciwstawiać się Rosji. Stąd większe zainteresowanie Ukraińców gruzińskimi potrawami. W okolicach Starego Rynku jest kilka lokali oferujących kuchnię gruzińską, ja jednak wybrałam się do położonej dość daleko na blokowisku restauracji Bagrationi. Oprócz mocno sztywnego wystroju w sam raz na wesele, jedzenie było w niej w miarę niezłe, ale na pewno nie  oszałamiające. Nie sądzę że będzie mi się chciało kiedyś jeszcze do tej restauracji wrócić.

Następne odkrycie będzie za to takie, że wszyscy czytający tę stronę będą mi za nie wdzięczni do końca życia :). Odkryłam bowiem istniejącą od roku absolutnie rewelacyjną restaurację uzbecką Czajchana Samarkand. Mieści się ona stosunkowo niedaleko od centrum na ulicy Piekarskiej (Пекарська) 48. Potrawy są pyszne, ceny niezłe, a stosunek jakości do ceny wręcz rewelacyjny. Byliśmy tam dwa razy zamawiając po kilka potraw na dwie osoby. Wszystko było świetnie zrobione. Na uwagę zasługuje także przepięknie udekorowane wnętrze, lokal jest po prostu dopracowany w każdym detalu, aż miło popatrzeć. Rozmawialiśmy chwilę z właścicielem który bez problemu komunikuje się także po angielsku i ponoć niemiecku. Widać że wie co robi. Zresztą w najbardziej obleganych godzinach trudno o wolny stolik, bo jest ich dosyć niewiele.

Lokalem którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać jest Cafe Ormianka (Virmenka) przy ulicy Вірменська 19 – lokal w którym byłam tak dawno temu, że jeszcze pamiętam go ze starą i nieodnowioną, dość upiorną toaletą, która obecnie już nie straszy. Miejsce absolutnie kultowe i zawsze pełne ludzi za sprawą kawy. Można się tutaj bowiem napić prawdziwej kawy po ormiańsku, przyrządzanej w tygielkach stojących na rozgrzanym piasku. Kawiarni w mieście powstało mnóstwo, jednak jedna z najbardziej kultowych i historycznych to właśnie ta. Niezbyt odpowiadają mi najnowsze nieco hipsterskie i tworzone na identyczną modłę, wszędzie jednakowe kawiarnie, gdzie kawę pije się z papierowych kubków. Ormianki ta epidemia na szczęście zupełnie nie dotyczy. Do kawy można tutaj zamówić domowe, mocno słodkie i treściwe torty i ciastka oraz napić się koniaków w tym także słynnego Araratu.

ukr_lwow_kawiarnia-ormianka_001.jpg

Tygielki z kawą w specjalnym profesjonalnym podgrzewaczu.

Rogacica

Chorwacja to kraj w którym byłam chyba najkrócej ze wszystkich krajów Europy nie licząc krajów w których tylko przesiadałam się na lotniskach. Nie jest to moja szczególnie wymarzona destynacja, zwłaszcza w epicentrum turystycznego sezonu, z powodu: relatywnie wysokich (w porównaniu do krajów ościennych) cen, niemal absurdalnego zatłoczenia turystami zwłaszcza tymi z Polski, którzy za punkt honoru uważają spędzić tu swoje urlopowe dwa tygodnie, oraz dość wysokiego poziomu komercji. Może byłam za krótko ale wydaje mi się że trochę zalatuje tu nudą, u sąsiadów jest znacznie mniej przewidywalnie. Skoro obok jest arcyciekawa Bośnia czy zupełnie zapomniana przez turystów Serbia a zdecydowana większość ludzi spędza urlop w Chorwacji lepiej zrobić na odwrót. Być może Chorwację da się w miarę normalnie odwiedzić od października do kwietnia (ale jeszcze nie sprawdzałam tego osobiście). Czy w interesującej mnie dziedzinie gastronomii jest tu coś takiego co można zauważyć na pierwszy rzut oka czego w bardziej północnych rejonach Bałkanów raczej trudno uświadczyć, zwłaszcza jeśli jest się w Chorwacji przez niecały tydzień? Ano da się, bo jeśli coś jest komuś przeznaczone to nie sposób przed tym uciec.

Pierwszego dnia trafiliśmy na mocno przeludniony kemping który okazał się być zamieszkany głównie przez Polaków zachowujących się jak dzikie plemiona i wykorzystujących go zupełnie inaczej niż robią to Holendrzy, Niemcy czy nawet Węgrzy – narody posiadające pewne „kempingowe tradycje”. Rodacy kierowali się światopoglądem że imprezowanie po nocach w miejscach gdzie inni usiłują spać, palenie grilla i wrzeszczenie wszelkiej maści wulgaryzmów tuż obok cudzych obozowisk, to dowód prawdziwego stylu, klasy, oraz niezależności jak przystało na potomków prawdziwej szlachty. Po co przecież chodzić daleko na miejsce wyznaczone do palenia ognisk i grilli, skoro można robić to tuż pod własnym namiotem, mimo próśb i zakazów żeby nie palić niczego, bo jest susza i wszystko pójdzie z dymem. Chwilowo przenieśliśmy się do świata pełnego wysokich na 15 centymetrów dmuchanych materaców i pawilonów ogrodowych z Biedronki, oraz kempingowej lodówki wypełnionej po brzegi zgrzewkami wody gazowanej Polaris i polskiego mleka UHT, do której nie dało się wcisnąć nawet mikroskopijnego kawałka jedzenia by przeczekało do rana. Jedynym pocieszeniem w całej tej sytuacji było to, że rozbiliśmy się pod ciekawym drzewem, na którym wisiały wielkie brązowe strąki, po każdym większym podmuchu wiatru wesoło dudniące w nasz namiot. Przypominały trochę strąki tamaryndowca, były zdrewniałe i ładnie pachniały. Jeszcze bardziej zdziwiłam się kiedy okazało się że na pobliskich straganach lokalne koło gospodyń wiejskich (lub kobiet przedsiębiorczych) sprzedawało turystom te same strąki zwinięte w estetyczny pęczek po 8-10 sztuk za całkiem pokaźną sumę kilku euro. Przedsiębiorcze kobiety sprzedawały też mnóstwo nalewek ale ze składników dość nieciekawych jakie można dostać wszędzie, także i u nas: cytrynowe, owocowe, morelowe, jedynym wyjątkiem były ziołowe travarice z ale też z bardzo standardowym roślinnym wkładem. Moją uwagę przykuła tylko nalewka „z rogacza”, ponieważ zaintrygowała mnie tajemniczą nazwą. Miałam nadzieję że na Bałkanach robi się nalewkę ze sproszkowanego rogu jelenia, ale okazało się że pod tą nazwą kryje się nalewka ze strąków dudniących w nasz namiot. Okazało się że właśnie idealnie trafiliśmy na moment zbioru, który przypada na sierpień albo wrzesień. Oczywiście nazbierałam ich reklamówkę. Po niespełna czterech dniach przebywania w epicentrum polskiego wakacyjnego ruchu turystycznego wróciliśmy do Bośni.

cro_nalewki_i_rakije_001.jpg

Takie nalewki domowej roboty można kupić w Chorwacji, między innymi likier z rogacza.

Rogacz to bałkańskie określenie drzewa karobowego który po polsku nazywa się szarańczynem strąkowym. Jest to całkiem interesująca roślina. Ceratonia siliqua L. występuje też pod nazwą chleb świętojański czyli St. John’s-bread. Pochodzi ona od Jana Chrzciciela, który ponoć zamiast szarańczą żywił się właśnie strąkami szarańczynu. Pestki znajdujące się w kilkunastocentymetrowych strąkach,  ważą zawsze tyle samo i za ich pomocą ważono w dawnych czasach złoto. Pestka karobu odpowiadała jednemu karatowi. Samo słowo karat, pochodzi od greckiej nazwy tego drzewa.

Przepis na nalewkę z rogacza

Można w oryginale przeczytać na przykład tutaj. Jest bardzo prosty. Wystarczy 7-8 strąków. Trzeba je rozdrobnić (pokroić albo zmielić w maszynce do mięsa) i zalać litrem winogronowej rakii, która jest bazą dla wszystkich nalewek na Bałkanach. Trzeba także dodać „garść cukru”, oraz opcjonalnie laskę wanilii. Odstawić na półtorej miesiąca, po czym przecedzić. Autorzy stron chorwackich twierdzą że tyle wystarczy, jednak mi lepiej smakuje jak nalewka postoi sobie przynajmniej z pół roku. Smakuje nieco czekoladowo, i całkiem ciekawie.  Resztka nalewki leży sobie u mnie od roku 2013 i jest coraz smaczniejsza. Kolorem przypomina kawę lub mocną herbatę. Warto wiedzieć że  strąki są suche i nie puszczają soku, więc trzeba je zalać alkoholem o pijalnej ilości procentów. Jeśli jest mocniejszy można potem zamiast dodawać cukru rozcieńczyć go odpowiednią ilością wody z miodem. Oczywiście miód musi być z tych delikatniejszych bo gryczany na pewno zdominuje smak karobu. Najlepsza nalewka wyjdzie, jeśli zalejemy strąki prawdziwą winogronową rakiją albo chociaż domowej produkcji bimbrem, zamiast przemysłowym i masowo wytwarzanym alkoholem. Rakija od loza jest produktem ubocznym w produkcji wina – coś trzeba robić z przefermentowanymi winnymi resztkami, żeby ich nie zmarnować robi się z nich coś mocniejszego. Więcej o rakiji piszę w tym poście.

Na Bałkanach można też kupić sklepowe wersje nalewki z rogacza o czym można przeczytać tutaj.

nalewka-z-rogacza_001.jpg cro_szaranczyn-karob_001

Karob w proszku

To co można kupić w sklepach ekologicznych pod nazwą karob, to właśnie zmielone nasiona szarańczynu. Kiedyś były substytutem cukru, bo zawierają bardzo dużo naturalnych słodzików. Teraz pora na superlatywy na temat karobu. W porównaniu z kakao karob wypada zdecydowanie korzystniej ponieważ zawiera  więcej witamin oraz kilka rzadko występujących minerałów.  Nie wywołuje alergii pokarmowych i co najważniejsze w przeciwieństwie do kakao nie zawiera kofeiny ani teobrominy – substancji stymulujących, których i tak za dużo znajduje się w diecie współczesnego człowieka. Jego kleiste właściwości sprawiają że pomaga przy prawidłowym oczyszczaniu jelita grubego i może być stosowany także przy dolegliwościach układu pokarmowego jako substancja łagodząca. Działa także antyseptycznie (za sprawą tanin), wykrztuśnie, wspomaga naturalne procesy odpornościowe. Obniża cholesterol i eliminuje wolne rodniki. Nieźle jak na niepozornego strąka, prawda?

Co zrobić z proszkiem jak już się go kupi? Używać jako zamiennik kakao na przykład do wypieków, zważywszy jednak na to że jest on naturalnie słodki, należy zmniejszyć ilość cukru w przepisie. Proszek nie nadaje się do zrobienia nalewki, bo powinna być ona zrobiona ze świeżych całych strąków. Zrobienie jej z proszku będzie chyba pójściem na skróty i nie wiem czy wyszłoby z tego coś dobrego.

cro_adriatyk_001.jpg

Pewnie pojadę kiedyś do Chorwacji bo czasem są tam takie widoki. Na pewno nie zrobię tego w szczycie turystycznego sezonu, bo taki widok bez piętrzących się parasoli i tłumu ludzi jest mocno niespotykany. Trzeba trochę się nagimnastykować żeby móc zobaczyć coś takiego.

Co zjeść na Węgrzech

Już niedługo rozpocznie się cieplejsza pora roku, razem z nieodzownymi w tej porze długimi weekendami. Ilość wyjazdów na Węgry znacznie się zwiększy, bo to świetna destynacja na krótki wypad, dlatego w końcu zajmę się tematem o którym mam sporo informacji, tylko zawsze brakuje mi czasu albo zdjęć by zrobić sensowny wpis.

W temacie jedzenia na Węgrzech istnieje całkiem przyzwoite wsparcie książkowe. Sporo na ten temat znajduje się w książce „Węgierskie smaki” którą napisał Robert Makłowicz. Jest to lektura całkiem w porządku, warto ją przeczytać albo chociaż przekartkować, jednak nie może się równać z mistrzowskim „Cafe Museum” tego samego autora. Lepiej najpierw przeczytać „Węgierskie smaki” a „Cafe Museum” zostawić sobie na koniec. W odwrotnej kolejności wyda się bowiem nudna i bardzo mało wyrazista.

Czego może nam brakować

Na początek muszę trochę ponarzekać. Uwielbiam węgierską kuchnię i nie mogę się doczekać kiedy będę mogła zjeść swoje ulubione dania. Jednak dwa dni po przyjeździe tutaj złorzeczę na czym świat stoi i najchętniej pojechałabym dalej, na Bałkany albo do Rumunii 🙂 gdzie łatwiej o mniej przetworzoną żywność. Jedzenie na Węgrzech jest dość problematyczne z dwóch a może nawet trzech powodów. Pierwszy powód to dominacja dań typu fast food, czego przykładem mogą być chociażby węgierskie kąpieliska. Co prawda z głodu w nich nie umrzemy, na ich terenie znajdują się budki w których można napić się kawy albo herbaty, zimnych napojów a także całej gamy alkoholi od wodnistego piwa po śliwowicę oraz zjeść…no właśnie, co? Problem w tym że większość tego typu lokali posiada metalowe korytko z fryturą i wszystkie dania jakie można w nich zamówić to albo fast food albo produkty smażone w głębokim tłuszczu. Innych opcji jedzeniowych nie ma, a w kąpielisku często przebywa się większą część dnia. Zwłaszcza w tych prowincjonalnych i mniej tłumnie odwiedzanych przez ludzi spoza Węgier nie ma do wyboru żadnej innej opcji. Epidemia fast foodu i smażeliny rozszerza się także na tanie przydrożne lokale i całkiem często serwują one tylko kebaby, hamburgery, kiepską pizzę i potrawy smażone w głębokim tłuszczu. Nie rozumiem namiętności Węgrów do jedzenia tego typu dań, zwłaszcza że osób bardzo otyłych widać sporo i czasami można poczuć się jak w USA. Zdarza się że jeśli jesteśmy późną porą na zupełnej prowincji i w miejscowości czynny jest tylko jeden lokal, okazuje się że zamiast serwować tradycyjne węgierskie dania można dostać tam jedynie fast food. W większych miastach na szczęście da się zazwyczaj znaleźć jakiś bardziej tradycyjny lokal w którym da się zjeść coś innego niż hamburgery.

Kolejnym powodem jest wszechobecność mięsa. Nie jestem wegetarianką, ale nie jem mięsa codziennie, a właściwie jem go coraz mniej. Staram się wybierać je świadomie. Unikać mięsa z masowej hodowli. Wolę kupić droższe mięso raz na jakiś czas niż codziennie jeść mięso nafaszerowane chemią. Zjeść coś bez mięsa na Węgrzech nie jest wcale taką prostą sprawą. Weganie mają jeszcze gorzej. Nawet jeśli danie składa się z warzyw to i tak często smażone jest na smalcu. Pewną opcją jest leczo, które faktycznie jest daniem bezmięsnym, ale ile można je jeść? Mimo tego że żar leje się z nieba i najchętniej zjadłabym jakieś warzywa w rodzaju na przykład bakłażana, jedyne co możemy zjeść na obiad to zawiesiste mięsne sosy, gulasze, rosoły (chociaż to i tak lepsze od ociekających fryturą dań smażonych). Dodatkowo jedzenie to jest bardzo mocno słone, to chyba ulubiona przyprawa (oprócz papryki). To bardzo ciekawe bo na leżących nieopodal Bałkanach mimo podobnego uwielbienia dla mięsa, można żywić się banicą, pysznymi sałatkami w rodzaju szopskiej, jogurtowym chłodnikiem, czy wspaniałym owczym nabiałem. Na Węgrzech jakoś te wszystkie opcje są niedostępne. W miarę pozytywnymi wiadomościami jeśli chodzi o mięso na Węgrzech jest szeroka dostępność produktów z gęsi oraz ze świń rasy mangalica, które nie znoszą masowej wysokowydajnej hodowli i muszą być hodowane „po staremu”.

Trzecim powodem dla którego jedzenie na Węgrzech trochę mnie męczy, jest wszechobecność białej oczyszczonej mąki. Przeciętny węgierski chleb, który możemy kupić w każdym sklepie, to biała, bardzo mocno wyrośnięta bułka o dość sztucznym i bardzo mało wyrazistym smaku. Zupełnie jakbyśmy jedli papier. W porównaniu do podobnych wyrobów bałkańskich czy tureckich smakuje zdecydowanie najgorzej. Dla osób które kiepsko znoszą produkty z białej oczyszczonej pszennej mąki alternatyw nie ma za wiele. Żytnie pieczywo na zakwasie w zasadzie nie występuje. Pełnoziarniste są tylko produkty „typu fitness” zakonserwowane i zapakowane w folię z długą datą przydatności do spożycia. W większych miastach da się znaleźć piekarnie w których da się zakupić przynajmniej jakieś pieczywo graham, na prowincji skazani jesteśmy tylko na wielkie nadmuchane buły. Jeśli wejdziemy do węgierskiego supermarketu to nie uświadczymy w nim praktycznie produktów pełnoziarnistych. Wszystkie makarony są białe, a płatki śniadaniowe to głównie te bezwartościowe kukurydziane. Musli jest produktem stosunkowo drogim i zagranicznym – niezbyt popularnym. Jeśli chcemy mieć ciemne pieczywo, bo pszennego jeść nie możemy to niestety musimy je ze sobą zabrać. Nie muszę chyba dodawać, że jak wszędzie na południu Europy chleb jest jedynym dodatkiem do większości dań jednogarnkowych – zawiesistych zup, gulaszów i bograczy.

Pörkölt

W naszym rozumieniu oznacza gulasz – słowo które na Węgrzech znaczy coś zupełnie innego, stąd wieczne językowe nieporozumienia. Kawałki mięsa duszone w zawiesistym sosie własnym lub z odrobiną wina i przecieru pomidorowego. Kluczową sprawą dla pörköltu jest początek jego przyrządzania – zeszklona na gęsim smalcu cebula, którą oprósza się sporą ilością słodkiej sproszkowanej papryki. Dzięki temu zabiegowi papryka karmelizuje się i nabiera głębszego odrobinę gorzkiego smaku. Trzeba robić to cierpliwie na małym ogniu żeby się nie spaliła bo będzie gorzka. Podobnie podgrzewa się przyprawy w przeróżnych rodzajach curry w Azji, zanim zacznie się właściwe przyrządzanie potrawy. Węgierski pörkölt może być zrobiony z wołowiny (marhapörkölt), wieprzowiny, baraniny, jagnięciny, dziczyzny oraz kurczaka (csirkepörkölt) czy też na przykład kaczych żołądków (kacsazúza pörkölt). Tradycyjnie powinno robić się go wiele godzin w wysoko powieszonym nad ogniskiem kociołku, gdzie potrawa dochodzi sobie spokojnie w niewysokiej temperaturze. Takie kociołki można zakupić w wielu miejscach na Węgrzech, nie jest więc to jakiś wymysł, niemniej jednak w większości restauracji robi się go po prostu w garnku. Jest to danie na ogół dobre, (chociaż lubi być przesolone) ale strasznie ciężkie. Co innego zjeść coś takiego w zimie kiedy przyjemnie nas rozgrzeje, co innego zaś jeść takie danie w lepkim upale. Nawet najbardziej schłodzone lokalne wino nie pomoże pozbyć się uczucia ciężkości, zwłaszcza że porcje pörköltu w przeciętnej węgierskiej restauracji nie należą do małych. Żeby nieco złagodzić skutki spożycia tak ciężkiej potrawy warto zamówić marynowaną paprykę jabłkową nadziewaną kiszoną kapustą lub inną sałatkę z kiszonymi lub marynowanymi warzywami. Pörkölt tradycyjnie podaje się z galuszkami – kluseczkami z luźnego ciasta z pszennej mąki i jajek przetartymi przez specjalne urządzenie do ich robienia, które przypomina sito o rzadkich okach. Posiadam je od niedawna, można je kupić na Słowacji, w Czechach i na Węgrzech. Ciekawymi wariantami węgierskiego gulaszu są te robione z przeróżnych podrobów: serc i żołądków.

hun_gulasz-wolowy_mahaporkolt_001.jpg

Gulasz wołowy w towarzystwie galuszek. Sałatka z marynowanych w occie winnym warzyw bardzo często występuje w zestawie z gulaszem.

A to uborka salata. Sałatka ze świeżego ogórka pokrojonego w super cienkie plasterki polane winnym octem estragonowym i posypane papryką.

Gulyásleves

Jeśli na Węgrzech łamaną polszczyzną poprosimy o gulasz to dostaniemy właśnie zupę gulaszową będącą odpowiednikiem zadomowionego w języku polskim słowa „bogracz”, czyli przeźroczystą ale treściwą zupę na bazie rosołu z kawałkami wołowiny lub wieprzowiny, marchewką, selerem, papryką, odrobiną pomidorów, ziemniakami, a czasem także galuszkami. Bardzo często doprawia się ją kminkiem.

Halászlé

Czyli zupa z ryb słodkowodnych z dodatkiem sproszkowanej papryki. Najczęściej używaną rybą jest karp (pontyhalászlé) istnieje też bardziej ekskluzywna, ale mniej wyrazista wersja z suma. To mój absolutny numer jeden na Węgrzech. Jeśli tylko jest dostępna, zazwyczaj to właśnie halászlé zamawiam najczęściej. Tak bardzo ją uwielbiam, że nawet nauczyłam się ją robić samodzielnie, jednak dzieje się to bardzo sporadycznie, ponieważ zajmuje bardzo dużo czasu. Jeszcze więcej czasu niż jej robienie, zajmuje doprowadzenie kuchni do wcześniejszego wyglądu. Bazą zupy są przetarte mniej reprezentacyjne części ryby (jakkolwiek mało apetycznie to zabrzmi) a więc głowy, płetwy czy kręgosłupy, które gotują się razem z korzeniowymi warzywami z których najważniejszy jest seler bo skutecznie usuwa mulisty zapach karpia. Następnie wszystkie miękkie części należy oddzielić od ości, zmiksować i przetrzeć przez sito. Zabawy jest z tym dobrych kilka godzin jeśli robimy duży garnek zupy i mamy do rozebrania na kawałeczki kilka rybich głów. Potem jeszcze przez kilka tygodni można znaleźć w kuchni drobne rybie resztki na przykład mało apetycznie przylepione do ekspresu do kawy czy kafelków. Do zupy dodaje się ostrą sproszkowaną paprykę i pomidory (byle nie w formie koncentratu), a na koniec wkłada karpia pokrojonego w dzwonka. Rybie wystarczy maksymalnie 20 minut gotowania na niewielkim ogniu, bo potem zaczyna się rozpadać. Jest to danie w miarę zjadliwe również w czasie upału i nie tak bardzo ciężkie jak mięsne potrawy. Minusem jest konieczność grzebania w talerzu i wyciągania łyżką stołową ości, bardzo rzadko się bowiem zdarza, że ryba wrzucana do zupy jest ich pozbawiona przez kucharza. Halászlé występuje w wielu mutacjach regionalnych czasami jest bardzo gęsta i intensywna a czasem lekka i świeża, ale prawie zawsze dość pikantna (jak na europejskie standardy). Na szczęście na Węgrzech ryby słodkowodne je się przez cały rok, nie tak jak w Polsce, kiedy to w grudniu następuje ich szalony wysyp, po czym przez cały rok nie da się ich kupić z wyjątkiem nielicznych supermarketów.

Ryby

W kraju który nie posiada dostępu do morza jeść możemy przede wszystkim te słodkowodne (nie będę przecież nikogo zachęcać do zamówienia sobie jakiegoś okropnego łososia z norweskiej hodowli). Prawie nigdy nie zamawiam w węgierskich jadłodajniach całych ryb na wagę, ponieważ mają one tutaj dość wygórowane ceny. W lokalach na Węgrzech jest przeważnie drożej niż w przeciętnej restauracji w Polsce, a już w ogóle ryby są tu jedną z najdroższych potraw. Chyba że sytuacja jest wyjątkowa i zjedzenie ryby jest lokalną atrakcją, jak ma to miejsce w Szilvásvárad w dolinie rzeki Szałajki, gdzie hoduje się ekologicznego pstrąga. Można o tym przeczytać tutaj. Tamtejsze pstrągi faktycznie są znacznie mniejsze niż te z supermarketu i posiadają dosyć wyrazisty smak. Oprócz pstrągów w kraju bardzo popularne są szczupak i karp. Większe ryby występują także w formie pokawałkowanej jako składniki rybnych paprykarzy i pörköltów. Karpia można czasami dostać także w szarym sosie. Problemy w tym, że takie potrawy występują straszliwie rzadko. Trafić na paprykarz z suma w przeciętnej przydrożnej losowo wybranej jadłodajni, w której zatrzymujemy się jeden jedyny raz po drodze z powodu głodu i zaraz jedziemy dalej, to jak wygrać los na loterii. Nie zdarza się to zbyt często. O wiele łatwiej karmić przecież klientów kotletem z kurczaka, frytkami czy wieprzowiną.

Langos

To placek z białej mąki i drożdży przypominający trochę wielkiego racucha albo wielkiego słonego i płaskiego pączka.  Potwornie ciężkostrawny, tłusty i kaloryczny, tani niezbyt wartościowy i gwarantujący stan permanentnego najedzenia do późnej nocy, nawet jeśli zjemy go przed południem. Czyste i puste kalorie. Taka trochę kulinarna pornografia. Może dlatego zbyt wiele się o nim nie pisze, tylko spowija zasłoną milczenia. Nie wiem na czym polega jego magia, ale mimo tego że zapach smażeliny budzi we mnie odrazę, to i tak za każdym razem podczas pobytu na Węgrzech muszę go zjeść. Najlepsza wersja to ta z serem żółtym, kwaśną śmietaną i czosnkiem (sajtos-tejfölös langos). Najdziwniejszego Langosza zjadłam raz w Tokaju, gdzie sprzedają wersję nazywającą się Magyaros z boczkiem i ogromną ilością ostrej fioletowej cebuli pokrojonej w duże kawałki. Kiedyś robiło się go ponoć z kawałka ciasta przeznaczonego do wypieku chleba – był takim chlebem na szybko pieczonym bezpośrednio nad płomieniem, jedzony tylko w dniu w którym wypiekano nowy chleb. Od słowa płomień wywodzi się jego nazwa. Danie to zrobiło fast foodową karierę. Sprzedają go w każdej budzie obok frytek, kebabu i hamburgerów. Tego typu pieczywo smażone w głębokim tłuszczu to znowu typowa rzecz dla Azji, zwłaszcza kuchni indyjskiej i jej rozmaitych placków smażonych w sklarowanym maśle.

hun_tiszafured_langos_001.jpg

Langos podawany jest bardzo często na kawałku papieru, je się go rękami.

Kiełbaski i kiełbasy

Warto na Węgrzech przejść się na jakąkolwiek halę targową. W całym kraju jest ich mnóstwo, a ta zabytkowa w Budapeszcie jest z nich wszystkich najsłynniejsza. Myślę że to wpływ Turcji i jej krytych bazarów sprawił, że większość handlu spożywczego odbywa się w halach zamiast na otwartym powietrzu. Na każdej takiej hali znajduje się przynajmniej kilka bufetów żeby sprzedawcy i klienci mogli się posilić. Prawie zawsze występuje wśród nich buda sprzedająca liczne węgierskie kiełbasy na ciepło, z pieczywem, musztardą z nieodłącznym towarzystwem kiszonych lub marynowanych sałatek. Oprócz kiełbasek różnego typu serwują one także pieczone golonki czy połówki kurczaka. Na takim stoisku zapoznamy się z kiełbasianymi produktami słynnymi na cały kraj w rodzaju kiełbasek debreczyńskich, czy surowych paprykowanych kiełbasek przypominających po ugotowaniu frankfurterki. Oprócz tego na takim stoisku zaopatrzymy się w nieprzetworzone jeszcze kiełbasy które możemy przyrządzić w domu. Najczęściej w tego typu bufetach nie ma nawet krzeseł tylko stoliki przeznaczone do zjedzenia potrawy na stojąco. Oprócz kiełbasek do przyrządzania na ciepło Na Węgrzech istnieje mnóstwo odmian salami i paprykowanych podsuszanych kiełbas wieprzowych o najróżniejszym stopniu wysuszenia i pikantności. Na uwagę zasługuje też wspaniała solona i wędzona słonina w wersji zwykłej i posypanej grubą warstwą czerwonej papryki – to prawdziwy delikates przeznaczony do jedzenia jako samodzielna przekąska, oraz ważny składnik wielu dań. Najdroższe są produkty z mangalicy. Żeby znaleźć jakiś kiełbasiany delikates najlepiej wybrać się do małego sklepiku jakiegoś lokalnego masarza. Ostatnio moim ulubionym stał się sklepik na rynku w Tiszafüred.

hun_tiszafured_sklep-miesny_001.jpg

Sklep w Tiszafüred z panem sprzedawcą mówiącym tylko po węgiersku.

hun_tiszafured_sklep-miesny_002.jpg

hun_salceson_001.jpg

A to mocno paprykowy i pikantny salceson. Wersja węgierska bardziej mi odpowiada niż wersja polska.

Lecso

Przyszła pora na coś bezmięsnego, (chociaż ponoć tradycyjnie smażonego na gęsim lub wieprzowym smalcu). Leczo to poszatkowana cebula, słodkie pomidory i biała delikatna rozpływająca się w ustach papryka  do której czasami dodaje się także ścięte jajko i posiłek przypomina nieco bułgarski miszmasz. Wszystkie warzywa dusi się tak długo aż zaczynają się rozpływać. Problem w tym, że nawet w sezonie letnim leczo dość trudno dostać. Nie jest to danie tak popularne jak gulasz czy najróżniejsze smażone kotlety które zjemy w każdej restauracji.

Palascinta

Czyli naleśniki, występują na Węgrzech głównie na słodko i są przez szanujących się Węgrów jedzone na deser na przykład po gargantuicznych ilościach mięsa.  Wyjątkiem od tej reguły jest Hortobágyi palacsinta z mięsnym farszem i sosem pomidorowo-paprykowym zabielonym śmietaną. Jest to bardzo fajna opcja na obiad wprawdzie z mięsem, ale jak na Węgry jest go w tym daniu na tyle mało, że może uchodzić niemal za danie wegetariańskie, 🙂 w porównaniu do innych potraw składających się głównie z mięsa. Naleśniki na słodko są całkiem zjadliwe, jeśli tylko nie zostały koszmarnie przesłodzone co się czasem zdarza. Jadłam parę razy węgierskie naleśniki domowej roboty i były lepsze niż w restauracjach, budach i cukierniach, ponieważ zawierały rozsądną ilość cukru. Często podaje się je z bitą śmietaną. Największym arystokratą wśród słodkich naleśników jest Gundel palacsinta z farszem z orzechów włoskich z rumem i rodzynkami. Naleśnikowy arystokrata ma tą wadę, że jest słodki jak ulepek i raczej przypomina produkt z cukierni niż danie „obiadowe”. Trochę mniej wypasioną opcją są naleśniki z makiem – to moja ulubiona wersja węgierskich naleśników. Opcją rodem z kulinarnej popkultury, która króluje w budach przy kąpieliskach są naleśniki posypane sproszkowanym słodzonym przetworzonym kakaem instant dla dzieci, które normalnie sypie się do mleka, żeby stworzyć zdrowy zdaniem producentów tego specyfiku napój mleczny dla dzieci. Kakao topi się od ciepła wydzielanego przez naleśnik i pokrywa go od wewnątrz lepką mazią. Być może trochę lepszą opcją jest zrobienie samemu takiego kakao poprzez utarcie go w moździerzu z cukrem ale nie zamierzam tego robić. Najbardziej odpowiada mi bowiem wersja naleśników makowych. Za każdym razem kiedy zamierzam je zrobić w Polsce gdy tęsknię za Węgrami stwierdzam, że nie chce mi się mielić maku i jeszcze nigdy nie udało mi się zrobić ich w domu.

Torty

Na Węgrzech cukiernie mają status szczególny. Przypominają bowiem o przeszłości tego kraju, który będąc przez pięćdziesiąt lat częścią Austro-Węgier zamiast być jak wcześniej częścią dzikiej Europy Wschodniej czy nawet Turcji, zaczął być bardziej zachodni niż wszyscy jego sąsiedzi razem wzięci. Cukiernie ze słodyczami z tej minionej epoki są traktowane ze swoistym pietyzmem. Odbywają się w nich na przykład rodzinne uroczystości, a w dni wolne stają się tłumnie obleganym miejscem spotkań. Receptury z czasów największej świetności imperium używane są do dnia dzisiejszego,  toteż możemy tutaj skosztować ciast, które wymyślono specjalnie dla zadowolenia podniebienia habsburskiego cesarza w XIX wieku. Następnie przepisy te weszły do obiegu masowego i stały się kanonem węgierskich wyrobów cukierniczych. Ich nazwy pochodzą często od nazwisk cukierników stąd mamy na przykład torty Dobosza i Sachera. Całkiem sympatycznym wypiekiem są także różnego rodzaju strudle,  najbardziej polecam te z makiem oraz wiśniami. Czasami można dostać je także w zwykłych piekarniach a nie tylko w cukierniach.

hun_tort-sachera_001.jpg

Tort sachera mocno czekoladowy z morelowym dżemem.

hun_tort-sachera_002.jpg

W tle mniej słynny tort makowy.

Papryka i Wino

Znajdują się w poście o zakupach na Węgrzech, który istnieje na stronie od jakiegoś czasu.

Palinka

Znajduje się we wpisie poświęconym owocowym destylatom Europy Wschodniej.