Archiwum kategorii: Tajwan

Co zjeść na Tajwanie

Kuchnia chińska, na Tajwanie dodatkowo będąca pod wpływem kuchni japońskiej, jest ekstremalnie różnorodna, więc spodziewam się że moje obserwacje na temat jedzenia na Tajwanie będą mocno wybiórcze, ale chcę po prostu zwrócić Waszą uwagę na kilka tematów.

Kuchnia uliczna wygląda bardzo często właśnie tak. Wszystko jest ładnie wysprzątane, schludne, czyste i estetyczne. Może jedynie na bardziej prowincjonalnych nocnych bazarach doświadczymy takiego samego chaosu jak w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Na zdjęciu pan sprzedaje grillowane grzyby.

Na początku kwestia jedzenia mięsa, którą zazwyczaj poruszam w postach o jedzeniu w danym kraju. W dużych miastach da się bardzo łatwo prawie całkiem nie jeść mięsa, ale zrezygnować z niego zupełnie bez znajomości lokalnego języka jest już trudniej, bo nawet jak wybierzemy danie bezmięsne, jakiś makaron z wodorostami i warzywami, to i tak może ono zostać dla poprawienia smaku posypane na przykład drobnymi kawałkami smażonego mięsa mielonego, albo suszoną rybą, niemniej jednak wegetarianie jeszcze mają tam nie najgorzej, mimo tego że w Chinach i na Tajwanie wegetariańskie jedzenie jest znacznie mniej popularne niż w krajach będących pod wpływem kultury indyjskiej. Weganom nie będzie na Tajwanie szczególnie łatwo. W większych miastach bez problemu da się znaleźć wszelkiego typu lokale z kuchnią roślinną i jeśli tylko się dało to wybieraliśmy takie opcje. Niestety na kompletnej prowincji parę razy zaliczyłam nawet dania z wieprzowiną lub kurczakiem w roli (prawie) głównej, bo jedyny lokal w miejscowości serwował dwie lub trzy potrawy, wszystkie z mięsem, albo ktoś mnie na taki posiłek zaprosił, no to przecież nie mogę go nie zjeść. Jak wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej, każda zupa jaką jemy w normalnym niewegetariańskim lokalu gotowana jest na zwierzęcych kościach. Co prawda japońskie naleciałości sprawiają, że bardzo popularna jest tutaj zupa miso, którą często dostaje się za darmo do jakiegoś treściwszego dania, jednak bulion dashi nie musi być wegetariański. Niestety o hodowli zwierząt na wysokowydajnych fermach na Tajwanie można przeczytać i zobaczyć straszne rzeczy, więc najchętniej nie jadłabym tam mięsa wcale. Kraj jest bardzo mały w dodatku, spora jego część nie nadaje się do zamieszkania  przez ludzi, ze względu na ukształtowanie terenu, a tereny zdatne do zamieszkania są przeludnione i oczywiście dominuje w nich zabudowa miejska, dlatego w hodowli zwierząt dominuje chów przemysłowy. Zasadniczo lepiej się czuję jak nie jem mięsa wcale, a tylko od czasu do czasu zjem coś z mięsem, ale podróżując do krajów w których ciężko się porozumieć, nie da się całkowicie mieć na to wpływu. Da się jednak wiele dni jeść tylko jego śladowe ilości. Tajwan jest bardzo nowoczesny i moda na niejedzenie mięsa zaczyna powoli stawać się faktem, patrząc na liczbę lokali w stolicy. W tej części Azji kwestia jedzenia lub nie jedzenia mięsa jest chyba jednak bardziej skomplikowana, gdyż je się tam prawie wszystko – stosunkowo niewielka wyspa, duża ilość ludzi i niedostatek miejsca pod uprawę roślin sprawia, że jedzenie owoców morza było koniecznością. Więc trudno porównywać jedzenie dużych zwierząt hodowlanych, z różnej maści małymi morskimi stworzeniami, które mamy szansę zjeść tutaj w normalnych cenach, gdyż tym ludzie tutaj żywią się tym od pokoleń.

Na początek jak zamawiać

Na początek zobaczycie jak zamawia się na Tajwanie jedzenie i to w lokalach z różnych półek cenowych od ulicznych garkuchni po całkiem porządne restauracje. Ano tak:

Dostaje się do ręki papierowy bloczek i czerwoną kredkę albo długopis i kreseczkami zaznaczamy ilość sztuk danej potrawy. Na szczęście przy wyjściu lub przy kasie czeka zazwyczaj kilka podklejonych i zalakierowanych lub zalaminowanych kartek z obrazkami i napisami w języku chińskim, dość często także napisami po angielsku więc zostaje tylko porównać litery z dużej kartki z tymi z małej, zakreślić odpowiednie rubryczki i zamówienie gotowe. Gorzej, gdy lokal ma nieco dłuższą kartę wtedy robi się trochę trudniej, bo można zginąć w gąszczu znaków. Na powyższym obrazku zamawiamy pierogi na sztuki.  Płaci się zazwyczaj w kasie przy wyjściu oddając kasjerowi karteczkę, czasem karteczkę zanoszą kelnerzy, czasem płacimy u nich, trzeba po prostu obserwować co robią inni. Zasadniczo jednak nikt tego za bardzo nie pilnuje i czasem trzeba szukać kogoś komu mamy zapłacić.

Jajka

Wyjazd na Tajwan (i do Chin z pewnością także) pozwala znacznie poszerzyć sobie horyzonty w temacie jedzenia jajek. Wydaje Wam się, że jedzenie jajek smażonych albo gotowanych na miękko i twardo to maksimum wyboru, jakie można mieć w tym temacie? Niestety  jedzenie jajek w Europie można podsumować tylko w jeden sposób: totalna nuda. Wszyscy chyba kojarzą słynne jajka herbaciane, czyli takie które najpierw gotuje się na twardo a następnie tłucze skorupkę nie obierając jej. Tak przygotowane jajka moczy się w wywarze przypraw i czarnej herbaty, by substancje aktywne mogły swobodnie wniknąć do jajek i pokolorować je w marmurkowy wzór. Te jajka jadłam już wielokrotnie, lubię je ale nie tęsknię za nimi jakoś strasznie, gdy nie ma ich pod ręką. Natomiast za jajkami z Tajwanu w przeróżnych odsłonach tęsknię ogromnie. Na Tajwanie da się zjeść jeszcze jaja przygotowane na kilka różnych sposobów jeden bardziej ciekawy od drugiego. Na szczęście, na to żeby spróbować takich jajek, wpadłam prawie na samym początku wyjazdu, kiedy to pooglądałam sobie zimne przystawki wystawione na talerzykach w pewnym drogawym, schludnym, czystym i porządnym lokalu i zobaczyłam czarne jajko z miękkim sojowym serkiem (lub wręcz sojowym jogurtem) i polane gęstym sosem sojowym (który zresztą smakuje na Tajwanie bardzo, bardzo japońsko).

Moje pierwsze jajko w mieście Jiayi, a potem się zaczęło.

Stwierdziłam że zaryzykuję i zamówię, a potem bez strachu jadłam je już w ulicznych budach. Ku mojemu zaskoczeniu czarne jajko smakowało świetnie i miało cudowną konsystencję. Od tej pory zaczęłam kosztować i kupować różne rodzaje dziwnie spreparowanych jajek i aż żal serce ściska, że nie da się w Polsce czegoś takiego zjeść. Przynajmniej mogę sobie trochę o nich poczytać w książce „Sztuka fermentacji” Sandora Ellixa Katza. To po prostu chińska metoda na konserwację większych ilości jaj i zabezpieczeniu ich na „ciężkie czasy”. Jaja wkłada się do pasty z proszku do pieczenia, tlenku wapnia, soli i popiołu z dodatkiem liści herbaty i łusek ziaren zbóż, a następnie odstawia na około 3 miesiące. Powstałe w tym procesie jaja nazywa się stuletnimi, w rzeczywistości mają około 100 dni.

Kolejnym jajecznym absolutnie genialnym wynalazkiem są iron eggs, czyli żelazne jajka wynalezione przez kucharza jednego z lokali w nadmorskiej dzielnicy Tamsui, położonej w New Taipei. Procedura ich robienia polega na dziesięcio- lub kilkunastokrotnym podgrzewaniu przez kilka minut, gwałtownym chłodzeniu i podsuszaniu uprzednio ugotowanych i obranych jaj. Gotuje się je w wodzie z przyprawami podobnymi do tych, jakich używa się do herbacianych jajek, a więc anyżu gwiazdkowego, cynamonu, kardamonu i pieprzu syczuańskiego. Metalowe jajka smakują rewelacyjnie, bo oprócz wspaniałej (zupełnie innej od stuletnich) konsystencji, mają głęboko ziołowy smak. Do robienia ich wykorzystuje się jajka kurze, gołębie i przepiórcze.

To nie oliwka tylko małe iron egg.

A to nie wiem jakie jajka, w Fenshihu koło słynnego Alishan. Nikt nie rozmawiał w żadnym znanym mi języku. Nie poszłam na żadną filologię orientalną i teraz jestem analfabetką.

A to wielopak – pamiątka z Tamsui.

Kolejnych jajecznych wariacji, ale w porównaniu do opisanych przeze mnie poprzedników znacznie mniej odjechane, możemy skosztować w uzdrowiskowej dzielnicy Taipei – Beitou. Tam z kolei je się hot spring eggs ugotowane w bogatej w siarkę i inne pierwiastki wodzie mineralnej. Jajko ugotowane w wodzie z Beitou ma właściwości lecznicze i pomaga przyswoić minerały. Woda w największym gejzerze w centrum dzielnicy, ma temperaturę ponad dziewięćdziesiąt stopni i miejscowi przychodzili, żeby ugotować sobie w nim różne produkty, które dzięki temu stawały się bardziej odżywcze ze względu na bogaty skład wody. Teraz niestety jest to zabronione, gdyż co jakiś czas różni delikwenci wpadali do wrzącej wody i gejzer musiano ogrodzić. Na pocieszenie można teraz takie jajka kupić w przeróżnych budach. Smakują w zasadzie jak gotowane jajka ze specyficznym kwaskowo-siarkowym dodatkiem. Można też kupić jajka gotowane „w koszulce” bez skorupki w formie półpłynnej z dodatkiem glonów i sosu sojowego.

Jajka na twardo.

Ogrodzone gorące źródło, w którym je się kiedyś gotowało (to dopiero musiała być frajda).

A to hot spring egg w wersji półpłynnej – przepyszne.

Agarowo-tapiokowe desery

Kolejna absolutnie cudowna rzecz, której w Polsce strasznie, ale to strasznie mi brakuje. Azjatyckie bezglutenowe i wegańskie desery w formie mniej lub bardziej luźnej galaretki oparte na soi, fasoli, migdałach z dodatkiem tapiokowych kulek i lodu. Jadłam je w Tajlandii, Malezji, Chinach, popularne są też w Japonii i niekomunistycznej Korei.  Najczęstszym bazowym produktem do ich wytworzenia jest mleko roślinne.  Substancją żelującą używaną do tych deserów jest Agar-agar wytwarzany z glonów morskich –  krasnorostów. Ważnym składnikiem są też kulki z tapioki gotowane w różnych płynach. Takie desery są przede wszystkim o wiele mniej ciężkie i słodkie, niż nasze tradycyjne desery (oparte w dużej mierze na mące pszennej, tłuszczach mlecznych i cukrze, posiadające wręcz upiorny indeks glikemiczny). Nawet jeśli zastosujemy bardziej roślinne alternatywy przy ich wytwarzaniu, to i tak nie będą nawet w połowie tak lekkie i wręcz idealne na upalną pogodę jak te azjatyckie. Uwielbiam ich mało słodki smak i luźną konsystencję, ogromnie się w nich rozsmakowałam i teraz trudno bez nich żyć. Dużo lepsze są desery tego typu jedzone w wyspecjalizowanych lokalach, niż na przykład agarowy pudding mango kupiony w sklepie. W lokalach, możemy sami wybrać sobie zazwyczaj 4-5 składników deseru lub poprosić (zazwyczaj na migi, gdyż jestem chińskojęzyczną analfabetką) o skomponowanie deseru, jednak w takim wypadku może się okazać, że na nasz talerz trafią na przykład galaretki w kolorach fluorescencyjnych, potraktowane barwnikami spożywczymi. Żeby deser był mniej płynny i bardziej treściwy, warto jako jeden z dodatków wybrać jakąś fasolę na słodko. Być może brzmi to dziwnie, ale jest cudownie pyszne. Poniżej możecie zobaczyć z czego mogą składać się takie deserowe kompozycje. Wypełniaczem miseczki jest grubo zmielony lód.

Tu możemy zobaczyć przykłady gotowych kompozycji deserowych.

A tutaj kompozycja własna, w której znalazł się także lód.

Zupełnie lokalną odmianą takiej galaretki, której nie znajdziecie poza Tajwanem, wytwarzaną z kolczastych owoców lokalnego gatunku figowca pnącego jest aiyu. Ma ona właściwości chłodzące i odświeżające. Wysuszone kolczaste owoce figowca moczone w wodzie w bawełnianym worku i  ugniatane jak przy praniu ręcznym zaczynają wydzielać substancje żelujące. Absolutne szaleństwo w temacie tychże galaretek panuje w Alishan na przykład w miejscowości Fenschihu.

Napoje z galaretką z figowca w miejscowości Fenschihu – mam stamtąd dużo zdjęć bo padał deszcz i włóczyliśmy się po sklepach.

A to półprodukt do owocowej galaretki.

 

Na ulicy deser szybko topi się w wysokiej temperaturze.

A to coś bardziej płynnego, czyli matcha bubble tea.

Bubble Tea

Pozostając w temacie deserów, (bo bardziej deserowo, niż napojowo mi się to kojarzy) pora na chyba najsławniejszy tajwański wynalazek, gastronomiczny i hit eksportowany na cały świat. Bubble tea (albo Boba tea) czyli herbata w której pływają kulki z tapioki. Na Tajwanie raczej łatwo nie znajdziemy tradycyjnych herbaciarni w Chińskim stylu, w której parzy się herbatę gong-fu cha. Zamiast nich znajdziemy nowoczesne herbaciarnie, gdzie do wyboru będziemy mieć kilkanaście lub kilkadziesiąt herbat na ciepło i zimno (oolong, sencha, zieloną, pu-erh, matcha, hibiskus czy po prostu czarnej herbaty) pakowanych do plastikowego kubka z zaspawaną na ciepło foliową przykrywką (każdy lokal posiada własną maszynę), w którą należy wbić plastikową rurkę, gdyż sposób picia herbaty z tapiokowymi kulkami wymaga użycia rurki, bo bez niej napoju wypić się nie da.  Dodatkowo kubek pakowany jest w reklamówkę z uszami, odpowiednio wąską by napój się nam nie wylał. Cała procedura pakowania uderzająco przypomina jakiegoś nieszczęsnego Mc Donalda, więc z każdą taką herbatą przyczyniamy się do produkowania morza plastiku. Dlatego na początku niezbyt chętnie patrzyłam na tego typu herbaciane napoje, w końcu zaczęłam je jednak kupować, starając się zachować nad tym zjawiskiem jakąś kontrolę, na przykład jeden duży napój dziennie, maksimum dwa. Przestaliśmy za to kupować jakiekolwiek napoje w sklepie. Na pocieszenie (niewielkie) należy dodać, że jak na bogaty kraj przystało, kranówka na Tajwanie jest zdatna do picia i nigdy nic złego mi się po niej nie działo, więc przynajmniej wody nie musieliśmy kupować. W zależności od tego jaką herbatę wybierzemy możemy uzyskać albo zupełnie niezdrowy słodki jak ulepek napój z mlekiem, bardziej przypominający chyba amerykańskiego shake’a niż herbatę, albo całkiem pijalną zimną niesłodzoną herbatę z lodem (z kulkami lub bez, nie są one bowiem obowiązkowe). Przy zamawianiu herbaty mamy do wyboru przeróżne opcje zarówno temperatury jak i zawartości cukru w naszym napoju, większość sprzedawców ma gotowe kartki z obrazkami, by pokonać barierę językową. Najdroższe są herbaty z dodatkiem matcha. Ogólnie picie tego typu rzeczy bardzo mi się podoba, dobija mnie jednak zupełnie ilość produkowanego przy tym plastiku, skoro prawie każdy przechodzień niesie z sobą kubek z takim napojem, a o wielorazowych kubkach jeszcze chyba niestety tu nie słyszano.

Herbata

O herbacianych zakupach na Tajwanie napiszę osobnego posta, bo sporo w tym temacie się tutaj dzieje, sporo też różnych herbat udało mi się kupić. Gong fu cha mieliśmy okazje pić głównie przy herbacianych zakupach i sporo w tym temacie można się tutaj dowiedzieć.

Lody

Na Tajwanie w wielu miejscach zakupimy wspaniałe wegańskie lody bez dodatku jakiejkolwiek chemii będące po prostu zamrożonym owocowym sokiem. W lepkim upale topią się w zawrotnym tempie, kosztują grosze i nie są dosładzane. Nie wiem po co u nas komplikuje się proces robienia lodów dodając do nich obrzydliwości w rodzaju mleka w proszku, tłuszczów roślinnych i morza cukru, kiedy prawdziwym lodem może być po prostu świeżo wyciśnięty i zamrożony sok z owoców.

Takie (oczywiście słynne) lody owocowe możemy kupić w publicznym kąpielisku w Beitou.

To po prostu zamrożony sok owocowy bez dodatku cukru, mleka, tłuszczu i barwników. Nie trzeba chyba dodawać że to o wiele lepszy pomysł niż nasze lodowe horrory z przeciętnego sklepu spożywczego lub dyskontu.

Pierogi

Dla jakiegoś przeciętnego Polaka jedzącego w kółko pierogi i schabowego Tajwan musi być chyba rajem na ziemi pod względem spełniania potrzeb gastronomicznych, bo takiego wyboru wszelkiej maści pierożków i pierogów chyba jeszcze nie spotkałam w żadnym kraju Azji. Jedyna różnica, to to że są one gotowane na parze. Często jest to danie ekstremalnie wręcz jak na tamtejsze warunki tanie. Jeśli chodzi o nadzienie to należy spodziewać się wszystkiego. Na szczęście bezmięsne, albo tylko z bardziej morskimi stworzeniami są także w miarę szeroko dostępne. Niestety nie ogarniam zawiłości nazewnictwa chińskich pierogów. Na Tajwanie szeroko dostępne były duże pierogi xiaolongbao z ciasta drożdżowego gotowane na parze. Oraz mniejsze z zrobione ze znacznie cieńszego, podobnego do naszego ciasta pierogowego, jiaozi. Są one również gotowane na parze a ciasto jest często tak cienkie, że widać przez nie nadzienie. Pierogi ozdobione są często pięknymi falbankami. Wszystkie one zanurza się przed zjedzeniem  w mieszance sosów, wśród których prym wiedzie sojowy. Na pierogach byliśmy kilka razy, zazwyczaj jednak na maksymalnie małej przestrzeni upchanych było mnóstwo stolików a para buchała po całym lokalu, więc nie chciało mi się niczego tam fotografować, więc mam mało zdjęć pierogów.

To również pieróg – baozi w formie bułeczki na parze, bardzo często jedzony na śniadanie.

To chyba była jakaś wersja warzywna pierogów jiaozi, które na Tajwanie mają czasem taki właśnie naleśnikowaty kształt bez falbanek.

Czasem zaś nie mają kształtnych falbanek i bardziej przypominają wyglądem wontony.

Kalmar który smakuje jak kotlet schabowy

Skoro była mowa o pierogach to jeszcze pora na kulinarny hit  położonego na północnym wybrzeżu miasta Tamsui, będącego satelickim miastem Taipei. Sprzedaje się tam smażone w głębokim tłuszczu całe kalmary w grubej bułczanej panierce, które smakują niemal zupełnie identycznie jak kotlet schabowy. Nie jestem specjalną fanką kotletów, a sama z własnej i nieprzymuszonej woli smażyłam go w domu ostatnio dobre kilkanaście lat temu, ale postanowiłam napisać może ktoś będzie potrzebował. Kalmar smakuje w zasadzie jak kotlet, tylko tłuszcz się trochę nie zgadza, usmażony jest bowiem na oleju palmowym więc ma lekko słodkawy zapach i smak. Cała reszta wygląda i smakuje identycznie. Powierzchnia i rozmiary również się zgadzają. Zgadza się także ilość tłuszczu i cholesterolu – nie wiem czy wiecie, że kalmary i wieprzowina mają wszystkie wskaźniki bardzo do siebie podobne?

Ostrygi

Tajwan to ostrygowy raj. Na ulicy w Tajpej możemy tak po prostu zjeść sobie omlet ze świeżymi ostrygami i zapłacić za niego niewiele więcej niż za normalny omlet. W nadmorskiej dzielnicy Tainanu – Anping zjemy ostrygi w najlepszej chyba możliwej cenie, ostrygi są tu po prostu czymś powszechnym, a nie żadnym ekskluzywnym dobrem. Na ulicach siedzą panie i obierają ich całe kosze bo to jedno z ostrygowych centrów wyspy (zapach ostrygowego centrum może nie jest szczególny, lecz warto się poświęcić). Okoliczne lokale serwują wszystko z ostrygami. Na szczęście już w miarę na początku wyjazdu w ulicznej garkuchni z ciekawości zamówiłam sobie taki omlet i ze zdziwieniem stwierdziłam, że ostryg było w nim zdecydowanie więcej niż jajek, a cena zupełnie na to nie wskazywała. Taka tendencja w ostrygowych posiłkach utrzymywała się przez cały czas. Rewelacyjne są też lekkie zupy z ostrygami o bardzo delikatnym smaku, do których wrzucany jest galaretowaty ślimak – konsystencja dania jest genialna bo ostrygi wrzuca się do niezbyt gorącej zupy by były wpół surowe.

Tylko ryż nie był z ostrygami.

Ramen

Tak, tak, nie zwariowałam i radzę Wam jeść ramen na Tajwanie. To nie jest tutaj zagraniczna potrawa. Wyspa była przez 50 lat okupowana przez Japończyków, co znacznie zmieniło jej kuchnię. Tajwańczycy bardzo chętnie przejęli wiele japońskich wpływów kulinarnych i jednym z nich jest właśnie powszechność ramenu. Prawie wszędzie napotkamy jakiś lokal serwujący lokalne wariacje tej słynnej i w Polsce jeszcze w tej chwili kojarzącej się z czymś bardzo ekskluzywnym zupy. Najpierw więc śpieszę poinformować niewtajemniczonych, 🙂 że przeciętny niewegetariański ramen gotuje się na wieprzowych kościach i nie ma wyproś, a jednym ze składników obowiązkowo w nim pływających są plasterki wieprzowego mięsa. Jest to szybkie danie bardziej w nurcie fast food niż coś wymagającego celebrowania. Dlatego nie mogę się nadziwić gdy obserwuję polskie, lokalne podejście do sushi i ramenu (w każdym razie ja się w coś takiego nie bawię). Morskie dodatki w postaci glonów czy owoców morza oczywiście również w nim występują jednak bazą jest właśnie wieprzowy rosół. Tajwański „uliczny” ramen jest pod względem dodatków uboższy od zupy z jakiejś w miarę porządnej japońskiej restauracji, ponieważ danie to przeszło tutaj swoistą rewolucję, przemieszało się z lokalnymi wpływami i stało się po prostu tajwańskim ramenem.

Bardzo słynne i posiadające kilkudziesięcioletnią tradycję, lokale serwujące ramen znajdują się w uzdrowiskowej dzielnicy Taipei – Beitou. Jednym z obowiązkowych punktów do odhaczenia, jest zjedzenie wspomnianego wyżej hot spring egg i właśnie ramenu. Miejsc w niewielu knajpkach jest mało i trudno się załapać w godzinach szczytu.

Inne japońskie jedzenie

Lokali serwujących japońskie jedzenie (ale znajdujące się mocno pod lokalnymi wpływami) jest na Tajwanie mnóstwo. Są one zazwyczaj droższe od tych serwujących kuchnię lokalną. Do jednego z nich zostaliśmy na przykład zabrani przez dwie przemiłe tajwańskie kobiety, z którymi spędziliśmy w sumie kilka dni. Restauracja położona była na zupełnych przedmieściach Tainanu i sami w życiu byśmy tam nie trafili. Jak na restaurację japońską posiadała bardzo racjonalne ceny, bo była przeznaczona dla okolicznych mieszkańców podmiejskiego osiedla. Trudno powiedzieć jak bardzo japońskie były nasze dania bo nie byłam w Japonii, zresztą podejrzewam że jak na kraj o tak wielu strefach klimatycznych, jedzenie musi być mocno zróżnicowane. Niestety nasza wspólna zdolność dogadania się w języku angielskim uniemożliwiała dowiedzenie się więcej na temat tego co jedliśmy.

To jakiś rodzaj japońskiego hot-pota (pod garnkiem pali się ogień), ale na temat japońskich hot potów niestety nie mam zielonego pojęcia.

Moji/Mochi

Jeśli jesteśmy w temacie Japonii pora na moji lub mochi – rodzaj malutkich kulek – pączków z nadzieniem, zrobionych z mąki ryżowej.  Tajwan to ich zagłębie. Występują w przeróżnych smakach i mają różne nadzienie ale przeważnie są mało słodkie,  lekkie i bardzo orzeźwiające. Kupiliśmy całe pudełko z ponad dwudziestoma rodzajami moji, od lokalnego wytwórcy takich słodyczy i kilka z nich smakowało wręcz rewelacyjnie. W sumie to coś pośredniego między żelką a ciastkiem. Nadzienie może być z dżemu, fasolowe do złudzenia przypominające czekoladę, oraz takie bliżej niezidentyfikowane 😉 . Mieliśmy też z moji pewną śmieszną przygodę. W Hualien tuż przy dworcach autobusowym i kolejowym, znajduje się kilka bardzo słynnych cukierni, w których nikt nie mówi po angielsku ani słowa, a wszystkie napisy są po chińsku, za to lokalni tajwańscy turyści kupują w nich słodycze jak szaleni. Przed cukierniami są wielkie billboardy z właścicielami i datą założenia, więc muszą być strasznie znane. Jako że ze słodyczami w Chinach (i na Tajwanie także) może być bardzo różnie, wolę zawsze skosztować co kupuję, bo czasem mogą być to rzeczy, delikatnie mówiąc egzotyczne w smaku. Dlatego bardzo się ucieszyliśmy gdy zobaczyliśmy że pod półką z pojedynczymi kulkami moji tłoczy się ogromna kolejka, bo to pewnie bardzo smaczne, skoro tyle osób kupuje, więc kupimy sobie jedno, dwa i w razie czego zdecydujemy się na całe opakowanie. No to kupiliśmy sobie po jednym, może nawet dostaliśmy za darmo, bo akurat był ranek, więc żeby sprzedaż danego dnia szła dobrze, warto rozdać klientom upominki za darmo – tak tutaj często bywa. Okazało się że trafiliśmy na moji zrobione z samej białej mąki ryżowej, bez jakiegokolwiek smaku z dżemem z fasoli w środku. Myślę że gdybyśmy skuli i zmielili drobniutko ścianę z odrobiną wody, to smakowałaby tak samo. W dodatku ludzie kupowali tego mnóstwo. Nie wiem czy kulki przeznaczone były do moczenia w czymś w celu nadania im jakiegoś smaku, czy to właśnie o to chodziło w tym deserze, by smaku nie posiadał żadnego. Do zrozumienia wszystkich azjatyckich deserów bardzo mi jeszcze daleko.

Te moji były przepyszne.

Matcha

Na Tajwanie bardzo popularne są desery, ciasta i napoje z dodatkiem zielonej sproszkowanej herbaty matcha. Dosypuje się ją, żeby uzyskać świeży, lekko trawiasty smak. W food courtach galerii handlowych są nawet cukiernie specjalizujące się wyłącznie w różnego typu zielonych herbacianych deserach. Trend bardzo mocno mi się udzielił i nie pamiętam ile przez cały wyjazd zjadłam zielonych lodów, są one (w wersji mlecznej) dostępne nawet w 7-eleven. To także wpływ Japonii. Do celów deserowych używa się niskiej jakości matchy, a w zasadzie często nawet jest ona identyfikowana jako „green tea powder” i stanowi mieszankę znacznie tańszej herbaty sencha z matcha. Matcha żeby osiągnąć najwyższe stężenie chlorofilu i aminokwasów (przez to znacznie zmniejsza się gorycz liści i w smaku zaczyna dominować trawiastość) musi rosnąć na dużej wysokości i na kilka tygodni przed zbiorem jest zacieniana matami. Zbiera się ręcznie tylko najmniejsze liście zazwyczaj pierwszy i drugi i natychmiast utrwala się je za pomocą pary, żeby wstrzymać proces ich oksydacji. Następnie herbata jest suszona i proszkowana. Z kupieniem dobrej matchy jest wiele problemów, jest to produkt bardzo często fałszowany. W dodatku jej kupno po awarii elektrowni atomowej w Fukushimie jest obarczone dodatkowym ryzykiem, bo tereny na których była uprawiana zostały napromieniowane, dlatego lepiej kupować matchę organic. Jeśli ktoś sprzedaje ją na wagę bez opakowania, zazwyczaj mamy do czynienia z na prawdę kiepską jakością, na przykład matchą podrabianą przez Chińczyków. Nikt nie sypie do deserów i napojów matchy przeznaczonej do zaparzania, bo jest to dość drogi produkt i szkoda zabijać jego wyrafinowany smak słodkimi dodatkami. Przeznaczona do picia matcha zawiera bardzo dużo teiny i może zastępować kawę, jednak jej działanie pobudzające jest wolniejsze i delikatniejsze, utrzymuje się też dłużej. Najwyższą jakościowo matchą jest taka przeznaczona do japońskich ceremonii parzenia herbaty – czyli matcha ceremonialna, ale takiej jeszcze nie piłam.

Pineapple cake

Ciastka ananasowe to produkt niezwykle mocno reklamowany w Taipei jako lokalny przysmak. Na każdym kroku jesteśmy nim częstowani i zachęcani do kupna. Jednak ciastko ciastku nierówne. Jednego razu kupiłam dość drogie ciastko w galerii handlowej i zdziwiłam się jak bardzo jest dobre – miało świeży maślany smak i nie było nawet upiornie słodkie. Podczas przesiadki na głębokiej tajwańskiej prowincji, gdy z powodu lenia nie chciało mi się wychodzić na upalną ulicę z chłodnego dworca kolejowego by zjeść coś niewielkiego i postanowiłam zakupić ananasowe ciastka w jednym ze sklepów – miały one jednak nieprzyjemny chemiczny smak, mimo dość sensownego napisanego po angielsku składu.

To było dobre ciastko ananasowe.

Gayke czyli ciastko w kształcie penisa z nocnego marketu

A jeśli jesteśmy już w temacie ciastek to pora na kolejną ciekawostkę, a mianowicie owocowe ciastka gayke w kształcie penisa, będące ogromną atrakcją nocnego marketu Shilin w Taipei. Ciastka są tak sławne, że nawet zaczęto produkować z nimi breloczki oraz jest na ich temat sporo filmów na youtube i artykułów na niepolskich blogach. Tajwan i jego oferta gastronomiczna czasem bywa nieco surrealistyczna. Niestety nie próbowałam, ponieważ cena była jakaś, z tego co pamiętam, absurdalna 🙂 jest to jednak turystyczny hit, który mocno rozpala wyobraźnię zagranicznych i lokalnych turystów, zwłaszcza że jego zakupienie nie jest do końca proste – trzeba pojechać na jeden konkretny nocny market i posiada je tylko kilka stoisk. Jak więc to możliwe, że trafiliśmy na nie tuż po przekroczeniu drzwi zadaszonej hali i była to pierwsza rzecz jaką napotkaliśmy? Widocznie dziwne jedzenie jest nam pisane. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z istnienia ciekawostki turystyczno-kulinarnej w postaci ciastek w kształcie penisa.

Kawa

Na Tajwanie rośnie kawa i jest bardzo dobra, a ceny ziaren gdybyśmy chcieli je kupić są dosyć wysokie. Kawa z Tajwanu kosztuje kilkakrotnie więcej niż przykładowa Lavazza. Trzeba przyznać, że kawa jest tu dużo lepszej jakości niż w okolicznych krajach, oprócz standardowych kawowych napojów z Family Mart lub 7-eleven, da się tu w wielu miejscach napić się kawy o bardzo wysokiej jakości, jednak nie jest ona narodowym napojem Tajwańczyków i ma pozycję zdecydowanie bardziej niszową.  Tajwan to dziwny kraj, w którym ostrygi są tanie, a kawa jest droga. Natomiast sposób parzenia kawy jest bardzo bardzo hipsterski dominuje bowiem kawa parzona w sposób przelewowy z drippera, a najbardziej wielbioną metodą jest ice drip coffee. Ta metoda parzenia, chociaż słowo „parzenie” nie pasuje tu zbytnio, pochodzi z Japonii. Taka kawa jest bardzo aksamitna i bardzo mocno działa na człowieka, dlatego nie da się jej dużo wypić. Na tajwańskiej prowincji taką kawę wypijemy niemal jak w cenie kawy z 7-eleven, natomiast w stolicy za kilkakrotność tej sumy.

Kawa na Tajwanie wygląda bardzo hipstersko.

Mnie najbardziej smakowała ice dripp coffee.

Taka kawa „robi się” kilka godzin.

Jest bardzo delikatna w smaku, lecz działa bardzo mocno.

Lunchbox/bento

Są zjawiskiem na Tajwanie powszechnym i znowu widać tu wyraźny wpływ Japońskiego bento. Pudełka z mięsem/rybą ryżem warzywami i piklami kupowane na wynos razem z pałeczkami zajmują ważne miejsce w tajwańskiej gastronomii. Pudełkowa mania panuje na przykład w Alishanie wzdłuż trasy przejazdu słynnej Alishan Forest Railway. Jedzenie w pudełkach to ważny temat, możecie na przykład przeczytać osobny artykuł na temat lunchboxów w tajwańskiej kolei w wikipedii.  Wytwórcy takiego jedzenia to firmy z wieloletnią tradycją produkujący to samo od kilkudziesięciu lat. Dania drożej kosztują w lokalu taniej zaś na wynos. Są one tak skomponowane, by całość wyglądała estetycznie i była mocno urozmaicona dlatego mamy w takim pudełeczku dużo różnych kolorowych rzeczy by każdy kęs smakował inaczej i byśmy mogli osobno go sobie zakomponować. Przy okazji ma to być jedzenie mało kłopotliwe, żebyśmy się nim na przykład nie pobrudzili albo nie wypaćkali otoczenia na przykład wnętrza pociągu. Widać tutaj iście japoński porządek i organizację. W Fenschihu (piszę tyle o tej miejscowości, bo akurat tam przytrafił nam się całodzienny deszcz, toteż nie mieliśmy co robić i włóczyliśmy się po sklepach i lokalach z jedzeniem) pod jedynym tu sklepem 7-eleven znajduje się lokal sprzedający lunchboxy w metalowych menażkach do tego można dostać rozgrzewającą zupę z ziół i suszonych grzybów. Nie ma wersji wegetariańskiej.

Luch box w wersji wegetariańskiej.

I wieprzowej.

Stinky tofu

A na koniec jedna jedyna rzecz, której nie daję rady spróbować, choćbym nawet chciała, mimo że miałam okazję zrobić to już w 2008 roku w Hongkongu, ale zwyczajnie nie dałam rady. Mimo tego że lubuję się w jedzeniu dziwnych rzeczy i staram się jak mogę je wynajdywać, w tym przypadku kompletnie się poddaję. Szkoda bo podobno dobre, ale zapach tak mnie miażdży, że nie jestem w stanie w żaden sposób się przemóc i chyba tak zostanie. Zresztą w ogóle nie jestem w stanie zbyt długo przebywać w pobliżu stoiska serwującego to danie, bo robi mi się bardzo źle. Tak bardzo, że nie widzę szansy by kiedykolwiek udało mi się zjeść tą potrawę. Jeśli więc na jakimś night markecie poczujecie zapach przypalonych zgniłych glonów, z solidną nutą gnojówki, jakiego nigdy jeszcze nie czuliście to wiedzcie, że to musi być to! Dla mnie jest to zapach rodem z najgorszych koszmarów, dobry do straszenia nim niegrzecznych dzieci. Na Tajwanie w wielu miejscach są lokale serwujące słynne stinky tofu, więc jeśli macie tak jak ja, to jest przed czym uciekać. Kilka razy chciałam  na jednym nocnym markecie w Taipei zjeść fajnego bananowego naleśnika, jednak kolejka po niego była zawsze ogromna, a wiatr zawiewał zapach z pobliskiego stoiska z tofu. Ani razu nie udało mi się doczekać aż nadejdzie moja kolej.

 

Świątynie, forty i jedzenie Tainanu

Całkowicie spontanicznie korzystając z promocji lotniczej wybraliśmy się na Tajwan i był to strzał w dziesiątkę. Jeśli chodzi o zabytki to jak dla mnie creme de la creme całego wyjazdu był Tainan. To pierwsza stolica i najstarsze miasto Tajwanu. Chętnie przyrównuje się je do japońskiego Kioto. Włóczyliśmy się tu po licznych świątyniach. W mieście jest ich ponad 300 (!) i gdzie tylko byśmy nie poszli, to wszędzie się na jakąś napatoczymy.  Tainan  posiada swoistą patynę, właściwą dla byłych stolic państwa (lub prowincji) i jest artystycznym oraz intelektualnym centrum kraju, trochę jak Kraków, albo Yogyakarta. Jadąc do Tainanu możemy bardzo interesująco dosłownie zanurzyć się w historii. To zupełnie inne Chiny, nie przeorane przez Rewolucję Kulturalną,  więc całkowicie różne pod względem społecznym czy też ekonomicznym od kontynentu.

Co ciekawe, zapoznani wcześniej w górach mieszkańcy Tainanu, mówili o swoim mieście że brudne, duszne, gorące i zadymione, oraz pytali czy my na sero chcemy tam jechać. Dla nich za to największą atrakcją było moknięcie co weekend w lodowatym deszczu w górach, gdzie wreszcie, ich zdaniem, można było pooddychać pełną piersią. A ja znowuż specjalnie jadę do kraju takiego jak Tajwan, by było mi ciepło przez cały czas. Co do zadymienia trochę racji mieli, jednak tutaj samochody są bardziej nowoczesne niż w Polsce, więc problem smrodu spalin jest jak na mój gust i tak mniejszy niż u mnie w kraju, gdzie wielu ludzi jeździ kilkunastoletnimi rzęchami (a o zimowym smogu nawet nie wspomnę).

Niemniej jednak jeżdżąc po niekończących się i wyglądających cały czas identycznie przedmieściach Tainanu można nabrać odrobinę przygnębiającego wrażenia, lecz centrum miasta skutecznie nam to rekompensuje. Przedmieść Tainanu zwiedziliśmy z okien samochodu sporo, gdyż razem z nowo poznanymi znajomymi jeździliśmy w nocy po ich pracy, po znanych tylko wśród lokalnych mieszkańców kultowych restauracjach i barach serwujących słynne lokalne potrawy. Wieczorową porą wszyscy przemieszczają się w celu zjedzenia czegoś ciekawego, lub po zjedzeniu tego czegoś wracają do domu. W środku dnia jest zbyt gorąco żeby jeść. Było nam przy tym trochę  głupio, bo na Tajwanie punktem honoru jest ugoszczenie kogoś w taki sposób, by za nic nie płacił, więc musieliśmy uskuteczniać niezłe przepychanki (z pewnością niezgodne z chińską etykietą) by nie czuć się jak totalny pasożyt. Jednak nie udało nam się w tej sprawie w żaden sposób normalnie dogadać, więc do końca nie wiemy czy popełniliśmy ogromne gafy towarzyskie, czy tylko niewielkie. Warto jednak czasem mieć przy sobie coś fajnego do zostawienia „na wymianę”, tylko my nigdy niczego takiego nie mamy, bo nie chce nam się dźwigać nadprogramowych rzeczy, oraz kompletnie nie mam pomysłu co takiego miałoby to być bo rozdawanie komukolwiek jakichś turystycznych gadżetów (na przykład z wizerunkiem Polski) totalnie kłóci się z moją wizją jeżdżenia gdziekolwiek.

Następnie odwiedzaliśmy codziennie inny nocny bazar, gdyż po skończonym posiłku nasi znajomi podrzucali nas do miejsca gdzie akurat takowy się odbywał (codziennie gdzieś indziej), po czym GPS zaprowadzał nas do hotelu w środku nocy. Warto zresztą napisać coś także na temat noclegów, gdyż nocowaliśmy tu najtaniej na całej wyspie, w dodatku w najlepszych warunkach. Noclegów na pęczki jest w okolicach dworca kolejowego i są one skierowane raczej do przedsiębiorców niż plecakowych turystów. Dodatkową zaletą mieszkania w pobliżu dworca jest bliskość dzielnicy indonezyjskiej w której można zakupić i zjeść indonezyjskie specjały, które bardzo ciężko jest dostać poza Indonezją (żeby do niej dotrzeć, trzeba kierować się w prawo stojąc plecami do głównego wejścia na dworzec kolejowy). Jest ona położona dość blisko – i składa się na nią 2-3 ulice na których mieści się sporo sklepów z indonezyjskimi dobrami, firm kurierskich i cargo specjalizujących się w wysyłkach do Indonezji, oraz lokali gastronomicznych (warungów).

Świątynie Tainanu

Posiadam w tym temacie zdecydowany niedosyt. Po pierwsze Tajwańczycy rewelacyjnie edukują przyjezdnych na temat swoich świątyń. W wielu z nich można otrzymać broszury, czasem w formie pokaźnej książki, gdzie dowiemy się nie tylko o historii miejsca, ale niemal o każdej postaci i wizerunku przedstawionym w świątyni. Po drugie, poruszając się w sposób zdecydowanie chaotyczny 😉 można trafić na mniej znane lecz także absolutnie rewelacyjne małe świątynie stojące sobie między domami mieszkalnymi i odpocząć na zacienionych dziedzińcach. Albo szukając jednej znanej i słynnej zgubić się zupełnie i trafić do kilku tak ładnych, że w międzyczasie zapominamy o celu w jakim się tu znaleźliśmy. Taki tryb odwiedzania świątyń najbardziej mi się podoba i koniecznie muszę tu wrócić by dokończyć dzieła, bo Tainan świetnie nadaje się do chodzenia gdzie tylko nas oczy poniosą. Ogromna szkoda że do Tainanu dotarliśmy pod koniec wyjazdu, bo chętnie uskuteczniłabym kilkudniową włóczęgę wyłącznie po świątyniach, a  niestety dość szybko musieliśmy opuścić miasto.

Najbardziej znanymi świątyniami są (oczywiście) Mazu Temple (Ma-Tsu Temple) czyli świątynie poświęcona bogini morza Matsu – jest ich w mieście kilka – byliśmy w dwóch, Świątynia Konfucjusza, Guan Gong Temple – czyli świątynia boga wojny, Tian Gong Temple (Tiantan) – najstarsza świątynia w mieście oraz na Tajwanie, oraz City God Temple, czyli świątynia poświęcona lokalnemu bóstwu – kiedyś każde miasto w Chinach posiadało lokalne bóstwo opiekuńcze, zajmujące się na wzór władz miejskich porządkiem i zarządzaniem miastem, wyłącznie w zakresie jego zmarłych mieszkańców.

Tianhou Temple

Tianhou Temple czyli świątynia poświęcona bogini morza Mazu (Ma-tsu), znajdująca się w dzielnicy Anping, (o której dowiecie się za chwilę) jest datowana na rok 1668 więc jest to jedna z najstarszych chińskich świątyń na Tajwanie i najstarsza świątynia poświęcona tej bogini. Jej figura została przywieziona z prowincji Fujian w 1661 roku. Według legendy, kiedy podczas przewożenia figury doszło do pogorszenia się warunków morskiej żeglugi, bogini ukazała się żeglarzom i zapewniła bezpieczne dotarcie statku na wyspę. Od tej pory społeczność Tajwanu oddaje jej szczególną cześć by zapewnić sobie bezpieczną żeglugę po niespokojnym morzu. Świątynia została znacznie zniszczona przez Japończyków podczas wojny w 1985 roku i odbudowywać zaczęto ją dopiero po II wojnie światowej. W 1990 roku pożar poważnie uszkodził świątynię jednak wizerunek bogini pozostał nietknięty.

Takie rzeźbione w drewnie niesamowite kopuły znajdziemy w wielu świątyniach w Tainanie.

A to mniejsze figurki bóstw w świątyni Mazu.

Confucius temple

Teraz zobaczycie świątynię Konfucjusza, wzniesioną w roku 1665 przez Zheng Jinga z dynastii Koxinga. Służyła ona jako pierwsza szkoła, oraz instytucja skupiająca ludzi oddanych nauce i edukacji na wyspie. Zbudowano ją by przyciągnąć tutaj intelektualistów z Chin by mieli oni na wyspie swoje miejsce. Na terenie świątyni  poświęconej Konfucjuszowi zwyczajowo mieściła się także szkoła oraz znajdowały się też kwatery mieszkalne dla nauczycieli i wykładowców. Na wewnętrznych dziedzińcach możemy zobaczyć hall upamiętniający Konfucjusza oraz jego przodków z tabliczką z jego imieniem. Świątynie Konfucjusza zawsze posiadały rolę centrum kulturalnego i naukowego, cementujące społeczność i skupiające ludzi zajmujących się nauką i pracą umysłową. Obecnie świątynia spełnia rolę miejskiego parku i miejsca spotkań, ludzie przychodzą tu odpocząć od gorąca, poplotkować i pogimnastykować się. Wejście na wewnętrzny dziedziniec – okrążony podcieniami Dacheng Hall jest biletowane, można też obejrzeć wystawę chińskich instrumentów muzycznych używanych w obrzędach religijnych i o nich poczytać, ale niestety nie da się posłuchać jak brzmią.

 

Zazwyczaj w świątyniach konfucjańskich nie znajdziemy wizerunków postaci historycznych, a jedynie tabliczki z ich imionami. Tutaj jednak zrobiono wyjątek dla genialnego generała z epoki Trzech Królestw.

Tablica poświęcona Konfucjuszowi.

Jeden z dziedzińców świątyni.

Świątynia Konfucjusza ma mocno rozpoznawalny kolor murów.

War temple

Kolejną świątynią jest świątynia wojny, w której wizerunki bóstw wyglądają odrobinę przerażająco. W jej kolorystyce dominuje kolor czerwony. Świątynia ma bardzo wysokie i pomalowane na czerwono progi. W dawnych czasach uniemożliwiało to kobietom dostanie się do środka (zwłaszcza na połamanych stopach – w Chinach kobietom z wyższych sfer łamano stopy i podwijano palce). Świątynia wzniesiona na cześć Guan Di będącego patronem żołnierzy oraz braterstwa. Odbywają się tutaj również ważne państwowe rytuały. Guan Di to postać znana  z epoki Trzech Królestw. Jest on czczony zarówno przez chiński buddyzm jak i przez taoizm. Jest to postać historyczna jednak jego historia jest w dużej mierze zaciemniona przez legendy i literacką fikcję. W taoizmie to ważny obrońca ludzi przed groźnymi demonami. Jest to jedna z najstarszych i najbardziej unikatowych świątyń w kraju – jest piękna oraz odrobinę przerażająca. Dla równowagi cały kompleks świątynny składa się z wielu mniejszych pięknych i spokojnych pawilonów i dziedzińców z nieodłącznym basenem z rybkami oraz 300 letnią śliwą. Ludzie przesiadują na nich godzinami i delektują się spokojem, modląc się, medytując, czytając poezję.

Tiantan czyli ołtarz nefrytowego cesarza

Kolejną którą odwiedziliśmy to świątynia Tian Gong zwana także Tiantan (Ołtarz Nefrytowego Cesarza) – przepiękna i bardzo bogato zdobiona. Nefrytowy cesarz to chyba najważniejsze bóstwo taoizmu – jest uznawany na stwórcę świata jaki znamy oraz twórcę chińskiego zodiaku. Cesarz, który nigdy nie był na ziemi był bardzo ciekawy jak wyglądają ziemskie zwierzęta, jednak na jego wezwanie przyszło ich tylko 12 – to postaci znane z chińskiego kalendarza. Nefrytowy cesarz to bóstwo szczególnie czczone w chiński nowy rok. Mieszka w niebiańskim pałacu otoczony liczną świtą i rodziną. O świątyni mówi się nawet że to duchowe centrum Tajwanu, więc chyba nie trzeba lepszej rekomendacji by odwiedzić to miejsce.  Odwiedza je mnóstwo ludzi do późnego wieczora – na przykład po to by po pracy sobie pomedytować. Koniecznie warto ją odwiedzić. Raz w tygodniu odbywają się w niej także koncerty klasycznej muzyki chińskiej. Trafiliśmy akurat na próbę.

Fragment rzeźbionego drewnianego sufitu.

Oprócz tego byliśmy w wielu małych, rodzinnych i czasem zupełnie niemożliwych do rozszyfrowania przez osoby nie znające chińskiego, za to przepięknych jak bombonierka świątyniach. Wydaje mi się że spokojnie można by było pochodzić sobie wyłącznie po nich przez minimum 2-3 dni, tyle ich jest. Czasem są tak ukryte pomiędzy domami, że trudno uwierzyć, że oto nagle z typowej azjatyckiej spokojnej uliczki przenosimy się w tak odjechane estetycznie miejsce pełne smoków demonów i przepięknych sylwetek bogów i bogiń. Świątyń w sumie odwiedziliśmy kilkanaście więc jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb 😉

Nadmorska dzielnica Anping

Dawniej nazywała się Tayouan od nazwy plemienia tajwańskich aborygenów, którzy mieszkali w pobliżu tego miejsca. W XVII wieku Holendrzy postawili tutaj  Fort Zeelandia i zapoczątkowali osadnictwo na tym terenie. Dynastia Koxinga odzyskała Tayouan oblegając fort w latach 1661-62. Stopniowo nadmorska osada została wchłonięta przez Tainan i teraz są całkowicie zrośnięte. Anping to prawdziwy turystyczny hicior. Oczywiście mówimy tu o tłumach lokalnych a nie europejskich turystów, więc spokojnie, to nie Bangkok. Z centrum Tainanu jedzie się tu dosyć długo. Przyjechać jednak warto, chociażby po to by najeść się ostryg.

Omlet spring rolle i zupa z ostrygami.

Zjemy je tu w rewelacyjnych cenach, jakie trudno spotkać nawet w Azji, nie mówiąc już o Europie. Na ulicach Anpingu siedzi mnóstwo osób, głównie kobiet i je obiera. Ostrygi zbiera się do ogromnych koszy, a w powietrzu unosi się dość solidny zapach ryby. Oprócz ostryg, można tutaj zakupić suszone ryby, krewetki i inne morskie stworzenia, z których robi się przyprawy do zup i smażonego ryżu. Niektórzy wytwórcy takich suszonych mieszanek prowadzą swoje biznesy od dobrych kilkudziesięciu lat, co można przeczytać na szyldach sklepów. Robi się też tutaj krakersy krewetkowe oraz moje ulubione chipsy z tapioki w różnych smakach.

Suszone cuda do zupy. Zakupiłam, zużyłam, warto było.

Pani pakuje krakersy krewetkowe.

A to smażone w głębokim tłuszczu chipsy z tapioki o smaku rybno-krewetkowym zapewne (ale w Indonezji są lepsze).

Z rzeczy „do zwiedzania” można wybrać się na fort Zeelandia,  chociaż nie ma tam za bardzo czego oglądać oprócz ścian ładnie porośniętych roślinami, oraz koniecznie trzeba do leżącej nieopodal fortu świątyni Mazu, którą opisałam Wam na początku – jest przepiękna i bardzo duża.

Fragment muru fortu Zeelandia. Pogoda była akurat nie do zniesienia – totalna patelnia, chyba największa podczas całego wyjazdu. Uwielbiam upały, ale tam można było się dosłownie stopić.

Warto natomiast odwiedzić (zwiedzić) Tree house, by zobaczyć jak bardzo dobry Tajwańczycy mają gust. Tree House to po prostu porzucony dawno temu magazyn w ruinie, bardzo malowniczo porośnięty przez pnące drzewa banianu. Wyglądem trochę przypomina Angkor. Dla mnie jednak rewelacją jest sposób wyeksponowania tej „atrakcji”. Dyskretne i pasujące barierki, sensowne oświetlenie – współczesne elementy rewelacyjnie dopełniające to miejsce i tworzące nową jakość.  Nie wiem czy Tajwańczycy swój gust zawdzięczają temu, że byli okupowani przez Japonię przez co siłą rzeczy przejęli trochę nawyków kulinarnych czy właśnie estetycznych, czy też temu, że po prostu nie doświadczyli szarzyzny komunizmu. Jednak ich podejście do przestrzeni miejskiej jest wspaniałe. Wysyłałabym tam na obozy szkoleniowe twardogłowych miejskich urzędników z Polski którzy tylko betonują miasta i wykładają je kostką brukową oraz styropianem z jadowitą elewacją. Wschodnia Europa to nadal dramat pod względem miejskiej estetyki, oczywiście wszędzie zdarzają się perełki, ale mówię o ogóle.

Już widzę co z takim fajną atrakcją turystyczną zrobiliby polscy urzędnicy.

Pewnie pragnęliby wyłożyć wszystko kostką brukową i zabudować barierkami w odcinającym się kolorze.

A przetarg na rewitalizację „atrakcji” wygrałaby jakaś „mocno zaprzyjaźniona” z władzami firma, która po roku zakończyłaby działalność, zostawiając na lodzie właścicieli miejsca z psującymi się i rozpadającymi elementami rewitalizacji 😉

Fajnie byłoby zamieszkać w Anping chociażby ze względu na spokój i tamtejsze jedzenie. Dlatego dla mnie idealne byłoby dwu lub trzydniowe oglądanie świątyń, połączone z jedzeniem licznych interesujących potraw w starszej części miasta, oraz odwiedzeniem nocnych bazarów, kolejne dwa dni na inne miejskie atrakcje do których nie zdążyliśmy dotrzeć z totalnego braku czasu, oraz minimum dwa pełne dni na Anping. Jak by nie liczyć wychodzi tydzień ale jeśli chcemy załapać klimat starej stolicy, to szybciej się nie da. Mam ogromny niedosyt ale tak zawsze jest z miejscami odwiedzanymi na samym końcu wyjazdu. Dla miłośników zabytków i jedzenia to wręcz idealna miejscówka.