Archiwum kategorii: Tajlandia

Co warto kupić w Tajlandii

 Przyprawy

W Azji opłaca się kupować przyprawy ponieważ dostajemy je z pierwszej ręki niezleżałe, niedrogie i o wiele lepszej jakości niż od  przeciętnego polskiego producenta przypraw. Nikt nie bawi się oczywiście w pakowanie ich w torebki po 10 gramów każda. Zazwyczaj kupuje się je w stanie sypkim na wagę i pakuje na miejscu do kilku reklamówek. W innej formie dostaniemy je raczej tylko w nielicznych supermarketach, ale i tak najmniejsze torebki to zazwyczaj 100 albo 50 gramów. Nie ma sensu żeby rozpisywać się tutaj na temat wszystkich przypraw. Skupimy się na bardziej lokalnych specyfikach właściwych zwłaszcza dla Tajlandii. Jeżeli chcemy je poznać i czegokolwiek się w temacie przypraw dowiedzieć możemy wybrać się na przykład do słynnego sklepu z przyprawami Nguan Soon w dzielnicy Yaowaratt  w Bangkoku.

galangal

Bardzo lokalną przyprawą dla Azji Południowo-Wschodniej jest galangal. Używany w formie surowej jest składnikiem słynnej zupy Tom Yum. To właśnie jego plasterki dają tej zupie specyficzny smak i pływają w niej w ilościach hurtowych. Jest on odrobinę podobny do imbiru, bo należy do tej samej rodziny, ale jego smak jest delikatniejszy a kłącza mniejsze i raczej biało-różowe. Jeżeli chcemy zapoznać się z tą rośliną trzeba wiedzieć że jest on popularny także w Rosji na Ukrainie. Jest jednym ze składników krzyżma – świętego oleju używanego w cerkwi prawosławnej. Do Europy trafił z Rosji i był nazywany rosyjskim korzeniem. Oprócz tego używa się go głównie do zaprawiania alkoholowych nalewek. Nasza słynna żołądkowa gorzka zawiera wyciąg z galangalu. Posiadam również mocną 52% ukraińską nalewkę калган z korzenia galangalu i miodu pitnego. Jeżeli zobaczymy jakiś produkt alkoholowy z takim właśnie napisem w cyrylicy będziemy mieli możliwość zapoznania się ze smakiem galangalu także po naszej stronie świata.

mal_kuala-lumpur_imbir-i-galangal_001.jpg

Na pierwszym planie imbir a na drugim prawdopodobnie galangal (zdjęcie z Malezji).

mal_penang_galangal_001.jpg

A tak wygląda nadziemna część rośliny w ogrodzie przypraw na Penangu.

trawa cytrynowa

Jest przyprawą mocno lokalną i typową dla tajskiej kuchni, jednak w tej chwili bez problemu dostaniemy ją w Polsce świeżą lub mrożoną w niemal każdych delikatesach. Jest obowiązkowym składnikiem curry zwłaszcza rybnego. Występuje wszędzie tam gdzie mleko kokosowe. Wyciąga i odświeża smak curry. Niestety jej przedawkowanie czasem sprawia że jedzenie smakuje trochę jak perfumy. Warto wiedzieć że oprócz bycia przyprawą trawa cytrynowa odstrasza komary i jest naturalnym repelentem. Więc jeśli kupimy sobie prawdziwy olejek eteryczny i dodamy go do innego oleju na przykład kokosowego albo ze słodkich migdałów, możemy mieć całkiem skuteczny nie zawierający DEET środek na komary. Oczywiście do aktywności typu przechadzka po lesie deszczowym raczej nie wystarczy ale sprawdzi się na pewno na długie wieczory na zewnątrz.

liście limonki kaffir

Ich zastosowanie jest identyczne jak trawy cytrynowej. Jeśli pragniemy kupić sobie w Tajlandii liście suszone, trzeba wiedzieć że nie poleżą one tyle co na przykład liście laurowe. Listki kaffiru dość szybko tracą zapach i nie pomoże nawet ich szczelne zapakowanie. Trzeba kupić tyle by móc je zużyć w pół roku, potem ich zapach znacznie słabnie. Dlatego o wiele lepiej opłaca się zakupić w kraju świeże zamrożone (albo zerwać na miejscu świeże podsuszyć a po powrocie natychmiast zamrozić).

mal_kuala-lumpur_limonka-i-kaffir_001.jpg

Limonka zwykła i limonka kaffir.

mal_penang_limonka-kaffir_001.jpg

Drzewo kaffir. Na liściach pełno dziurek z których wydobywa się olejek eteryczny.

tajska bazylia

Przyprawa specyficzna tylko dla Tajlandii, na szczęście nasiona takiej bazylii są już do kupienia w Polsce a i w Tajlandii można zakupić sobie za bezcen nasiona takiej bazylii. Do każdej zamówionej w ulicznej jadłodajni na śniadanie/obiad/kolację zupy, zupełnie niezależnie od tego co pływa w środku (a może pływać wiele różnych dziwnych rzeczy w rodzaju chociażby kurzych stóp) dostajemy obowiązkowo cały półmisek kiełków fasoli, świeżego chili i oczywiście najważniejszej i najpopularniejszej lokalnej przyprawy a mianowicie bazylii. Lokalni ludzie po prostu wkładają sobie do ust gałązkę i zagryzają nią każdą łyżkę zupy. Bazylia leży w ogromnych koszach i można jej sobie dobierać do woli. Bardzo aromatyczna i dosyć podobna do trawy cytrynowej jest bazylia cytrynowa. Czasem można się zmęczyć od tych wszystkich olejków zapachowych obecnych w naszym jedzeniu. Po powrocie do Polski wszystkie dania smakują tak samo i nie pomoże nawet sypanie do nich garściami lokalnych ziół.

tai_bangkok_zestaw-do-zupy_001.jpg

Typowy zestaw do zagryzania zup. Kiełki fasoli, chili i bazylia.

Zioła medycyny chińskiej

Chińska dzielnica Bangkoku to także niezliczone apteki w stylu chińskim, w których możemy dostać wszelkie niezbędne zioła i inne leki tej medycyny. Jeśli na przykład leczymy się w Polsce u lekarza TMC możemy tam zaopatrzyć się w składniki ziołowych mieszanek za o wiele mniejsze pieniądze niż w kraju. Oczywiście czy to co kupujemy spełnia jakiekolwiek normy i jest wolne od zanieczyszczeń, to zapewne swoista loteria. Mimo wszystko towary z Chin sprzedawane w Europie są chyba bardziej kontrolowane niż te które kupujemy w Azji. Ja kupuję w takich sklepach zioła i suszone owoce które znakomicie nadają się do przyprawiania rosołu. Sporo jest także leków pochodzenia odzwierzęcego. Czasem przykro patrzeć na suszone żółwie węże i inne rozmaite płazy i gady. W porządnej chińskiej aptece znajduje się niezliczona ilość drewnianych szufladek w których pochowane są surowce medyczne, które kupuje się na chińskie jednostki wagi, która w przybliżeniu wynosi ponad 50 gramów, nie pamiętam jednak ani jej nazwy ani dokładnej wagi. Jedynie najtańsze i najbardziej popularne towary wystawione są na światło dzienne.

sin_singapur_sklep-chinska-medycyna_001.jpg

Zdjęcie suszonego żółwia z apteki w Singapurze, ale takie same znajdziemy na Yaowaratt.

mal_penang_sklep-chinska-medycyna_002.jpg

Tylko najbardziej popularne zioła wystawione są na światło dzienne.

mal_penang_bai-shao_001.jpg

Przypuszczam że to bai shao czyli korzeń peonii.

mal_penang_sklep-chinska-medycyna_001.jpg

Na dolnej półeczce po prawej są suszone czerwone chińskie daktyle, w środku jakaś suszona morska istota, a po lewej suszone gorzkie pomarańcze.

Ilość surowców leczniczych w chińskiej medycynie jest imponująca. Od minerałów, poprzez rośliny, zwierzęta i ich części, aż do ludzkich części ciała których obecnie w większości już się nie używa. W angielskiej wikipedii można poczytać o podstawowych ziołach stosowanych w tej medycynie. Do rosołu można kupić takie popularne zioła jak chinese red dates, czyli czerwone daktyle zwane także jujube, a po polsku głożyną pospolitą. Działają one przeciwzapalnie i łagodząco, wzmacniają zdrowie u osób osłabionych. Dla kobiet bardzo polecanym ziołem jest dong quai czyli kobiecy żeń-szeń. Bardzo często do zupy dodaje się także suszone jagody goji, oraz gotowany korzeń Rehmannia glucinosa który wzmacnia energię yin i nadaje zupie brązowy kolor a zapachem odrobinę przypomina wędzone śliwki. Kolejnym popularnym dodatkiem jest korzeń peonii zwany bai shao. Wiem to wszystko, bo najlepszym sposobem na dowiedzenie się jakie zioła warto kupić sobie do rosołu, jest pójście do supermarketu (najlepiej chyba zrobić to w Malezji gdzie diaspora chińska jest ogromna) kupić gotową mieszankę do zupy, która po pierwsze cenowo mocno się nie opłaca a po drugie zajmuje dużo miejsca w bagażu ze względu na sztywne i solidne opakowanie, rozpakować ją i przeczytać listę składników. Te same zioła kupimy na wagę i zajmą nam one o wiele mniej miejsca niż gdybyśmy chcieli kupić gotowe zapakowane w mnóstwo plastiku zestawy. Chińskie zioła kupimy także w Malezji, ale najkorzystniejsze ceny będziemy mieć w chińskiej dzielnicy Yaowaratt w Bangkoku.

chinska-mieszanka-rosolowa_001.jpg

Standardowa mieszanka rosołowa. W zestawie rehmannia glucinosa (brązowe coś przypominające śliwki) dong quai czyli kobiecy odpowiednik żeń-szenia, daktyle aczkolwiek mocno stare albo poddane dodatkowej obróbce, jagody goji, korzeń peonii bai shao, oraz Rhizoma Ligustici Chuanxiong ale akurat ta ostatnia nazwa niewiele mi mówi bo nie znam tej rośliny (w woreczku).

chinska-mieszanka-rosolowa_002.jpg

Gotowa mieszanka, ta akurat nazywa się „Four herbs soup”.

Owoce

Ogólnie rzecz biorąc Tajlandia to niezłe miejsce na skosztowanie egzotycznych owoców, bo poziom higieny jest mimo wszystko całkiem niezły w porównaniu do znacznie biedniejszych krajów ościennych (z wyjątkiem Malezji). Nie należy jednak tego robić zaraz po przyjeździe, jeśli nie chcemy spędzić kilku pierwszych dni wyjazdu w toalecie. W Azji możemy kupić owoce zarówno w całości, jak obrane i pokrojone z wykałaczką albo widelczykiem gotowe do jedzenia. Obieracz owoców to zawód dość popularny. W kraju gdzie większość posiłków spożywa się na ulicy, prawie nikomu nie chce bawić się z ich obieraniem. Zawsze pozostaje jednak kwestia wody w jakiej zostały opłukane owoce i czy w ogóle zostały umyte. Na lokalnych ludziach nie robi to wrażenia – oni w tym środowisku żyją i posiadają lokalną florę bakteryjną, dla nas zjedzenie czegoś takiego może być mocno odczuwalne przez dobrych kilka dni. Na pewno nie damy rady sami uporać się z owocami w rodzaju jackfruita, duriana czy ananasa, bo trzeba chyba mieć maczetę by jakoś je otworzyć. Poza tym z durianem i tak nie wpuszczą nas do komunikacji miejskiej czy do hotelu. Owoce mniejsze w rodzaju rambutanów czy mango lepiej kupić w całości, tak będzie z pewnością bezpieczniej. Jeżeli jesteśmy już w temacie mango – zdecydowanie nie polecam osobom niewprawionym jedzenie popularnej tajskiej owocowej przekąski w postaci niedojrzałego mango z posypką z chili i cukru. Po niedojrzałym mango sensacje żołądkowe mamy jak w banku. Ja raz miałam nawet jak tylko skosztowałam dwa kęsy tego specyfiku (bo ktoś mnie nim poczęstował na targu).  Kolejną opcją na skosztowanie egzotycznych owoców są soki wyciskane przez ulicznych „wyciskaczy” oraz oferowane w różnego rodzaju jadłodajniach. Zawsze jednak dolewana jest do nich woda, mogą także zawierać lód zrobiony z niebutelkowanej wody. O owocowych sokach piszę w poście co zjeść na ulicy w Tajlandii.

sin_singapur_rambutan_001.jpg

To rambutan. Ma właściwości chłodzące. Wygląda groźnie, ale „kolce” bardziej przypominają włosy i są bardzo miękkie.

mal_penang_rambutan_001.jpg

A tak wygląda po obraniu – przypomina liczi i longana. Nawet smakuje dosyć podobnie.

mal_kuala-lumpur_mangostan_001.jpg

To mangostan (mangosteen) bardzo słodki, a przy tym odświeżający. W Tajlandii to dość drogie owoce, taki trochę delikates.

mal_penang_jackfruit_001.jpg

To jackfruit. Duże okazy ważą kilkanaście kilogramów. Smakuje trochę jak marchewka a trochę jak pomarańcz.

mal_kuala-lumpur_longan_001.jpg

Longan. Podobna „konstrukcja” jak liczi i rambutany. Sucha skórka biały delikatny owoc z dużą pestką. Są to bardzo małe owoce i sporo trzeba się przy nich napracować.

sin_singapur_durian_001.jpg

Król owoców durian, ma właściwości silnie rozgrzewające i wspomagające męską energię yang. Smakuje specyficznie a jeszcze bardziej specyficznie pachnie. Ja go lubię i to jeden z nielicznych azjatyckich owoców który nie powoduje u mnie żadnych dolegliwości żołądkowych.

sin_singapur_kokos-do-picia_001.jpg

A to orzech kokosowy którego sok znakomicie gasi pragnienie, posiada mikroelementy które tracimy w upale. Środek kokosu można wyjeść skrobiąc go łyżeczką. Ważne żeby orzech był otwarty przy nas, wtedy nikt nie doleje nam do niego na przykład wody niewiadomego pochodzenia.

tai_trang_sapodilla_001

Sapodilla bardzo mocno słodki i raczej „mulący” raczej nie zostanę jego amatorką. Liście i nasiona rośliny mają właściwości lecznicze.

O bardziej skomplikowanych przypadkach tego co można kupić na tajskim targu owocowo-warzywnym, warto także przeczytać tutaj.

Alkohole

Jeśli chodzi o napoje wyskokowe, w przypadku Tajlandii sporego doświadczenia nie mam. Lubię czasami wypić piwo Leo (z gepardem na butelce), ale zupełnie nie rozumiem ekscytacji tajskimi piwami. To zwykłe produkowane przemysłowo i niczym nie wyróżniające się produkty o smaku dalekim od przyzwoitego. Wszystkie inne piwa oprócz Leo moim zdaniem w ogóle nie nadają się do picia, bo smakują po prostu koszmarnie. Zresztą jak widzę (czasami, bo staram się jak mogę omijać takie typowe dla Tajlandii widoki) hordy pijanych turystów, jakoś zupełnie przechodzi mi ochota na picie jakichkolwiek napojów z procentami.  Alkohol jak na azjatycki kraj jest tu bardzo dostępny i panuje duże przyzwolenie na jego picie. Tajowie także od niego nie stronią, mimo że teoretycznie jako buddyści nie powinni w ogóle go spożywać.

Herbata

Jeśli chodzi o zakupy zielonej herbaty, Tajlandia to miejsce rewelacyjne. Nie wiem jak jest z bardzo drogimi i ekskluzywnymi herbatami, ale takie przyzwoitej jakości do codziennego użytku prezentują się w ogromnym wyborze. Zielona herbata jest napojem bardzo popularnym i do Tajlandii sprowadzane są herbaty z całej Azji: przede wszystkim Chin i Japonii. Oczywiście te japońskie kosztują sporo, jednak jest w czym wybierać, zwłaszcza chińskich jest prawdziwe zatrzęsienie. Do tego dochodzi także sporo lokalnych herbat tajskich. Raz udało mi się kupić bardzo dobrą herbatę z północnej Tajlandii, która ponoć zawierała także lokalne zioła, ale były one niewyczuwalne w smaku. Tajska herbata z lokalnymi ziołami smakowała jak niezłej jakości zielona herbata. Mnóstwo herbaty można kupić w Bangkoku w chińskiej dzielnicy, zarówno takie na wagę jak i w opakowaniach, głównie w sklepach prowadzonych przez Chińczyków. Jednak żeby mieć spory wybór chińskich herbat nie trzeba wcale się tam udawać, bo w przeciętnej galerii handlowej w supermarkecie z jedzeniem, albo w osobnym sklepie tylko z herbatami produktów z Chin będzie zatrzęsienie. Jeśli już kupujemy chińską herbatę i zupełnie nie mamy pomysłu którą wybrać, najbezpieczniej będzie kupić herbatę ze znakiem QS. To znak świadczący o wysokiej jakości i bezpieczeństwie chińskich produktów żywnościowych. Oprócz herbat zielonych na półkach znajdziemy oczywiście pu’er, oolong, czy herbatę białą. W Tajlandii najpopularniejsze są herbaty zielone, raczej nie widziałam by w powszechnym użyciu były herbaty czerwone czy niebieskie, więc przypuszczam że te inne nie schodzą tak dobrze i są kupowane głównie przez turystów. Spośród lokalnych marek herbacianych, najbardziej znaną marką produkującą popularną herbatę (która szczerze mówiąc szczególnie świetna nie jest) jest Three Horses Brand.

Pasta z tamaryndowca

tai_bangkok_tamaryndowiec_001.jpg

Ciężko dostać w Polsce sensowną pastę z tamaryndowca. Ta pasta to podstawa wielu rodzajów curry. W zeuropeizowanych przepisach zastępują ją pomidory. Prawdziwa pasta jest kwaskowa, zawiera wprawdzie pewną ilość naturalnej słodyczy, ale przede wszystkim ma odświeżający cierpki smak. Pasty w słoiczku, które można kupić w sklepach typu Kuchnie Świata, to istny ulepek, bardziej przypominają dżem owocowy, niż dodatek do dań mięsnych i warzywnych. Są to po prostu mocno posłodzone luźne przeciery bardzo słodkie – tak jest po prostu taniej. W Tajlandii pasta jest sprzedawana zazwyczaj w solidnych opakowaniach foliowych, dosyć twarda i skondensowana. Małe opakowanie może spokojnie ważyć pół kilograma. Jest dość ciężka i mało wydajna. Na jedno curry z pewnością zużyjemy gdzieś tak około 150-200 gramów, więc szaleństwem byłoby przywozić tego nie wiadomo ile. Niektóre pasty zawierają włókna mi udało się kupić pastę pozbawioną włókien. Warto skosztować na miejscu jak smakuje tamaryndowiec. Możemy spotkać go w sklepach pod wieloma postaciami, na przykład kandyzowany w cukrze, robi się też z niego różne cukierki. Pasta występuje w wielu daniach kuchni tajskiej i nadaje im specyficzny smak który niekoniecznie uda nam się odtworzyć przy pomocy pomidorów.

Sos rybny

Przywożenie z sobą sosu w szklanej butelce to oczywiście szaleństwo. Nie dość że ciężka, to jeszcze jeśli by nam się w bagażu rozbiła, trzeba by pewnie było wyrzucić wszystko. Za to z sosem rybnym można się w Tajlandii znakomicie oswoić, rozsmakować się w nim i zobaczyć rozmaite możliwości jego wykorzystania. Jest on tutaj po prostu alternatywą soli, używany dosłownie do wszystkiego, zdrowszy bo sfermentowany. Przez pierwszych kilka dni może jeszcze zauważam jego obecność w jedzeniu, potem jest mi zupełnie wszystko jedno. Natomiast ponowne przestawienie się na używanie soli zamiast sosu jest dużo mniej przyjemne, bo jedzenie sprawia wrażenie pozbawionego smaku. Jeśli już rozsmakujemy się w prawdziwym sosie nie będziemy dawali się zwieść podróbom jakich pełno na krajowym rynku. Prawdziwy sos powinien zawierać jedynie 3 składniki: ekstrakt z anchovies, sól, cukier w ilościach niewielkich oraz jeszcze ewentualnie karmel jako barwnik. W polskich sklepach podczas rozmaitych „tygodni azjatyckich” można kupić obrzydliwe sosy-podróbki z konserwantami, glutaminianem sodu, sztucznym zapachem zawierające nieraz tylko kilka procent ekstraktu z ryb. Jak ktokolwiek może polubić i nabrać szacunku do azjatyckiej kuchni jeśli zamiast prawdziwych produktów sprzedaje mu się podróbki? Na szczęście w branżowych sklepach stacjonarnych i internetowych da się kupić sosy marki Healthy Boy, Oyster Brand, czy Squid Brand, które takich dodatkowych substancji nie zawierają. W Tajlandii najpopularniejszym sosem jest Tra Chang, inne marki można zobaczyć tutaj.

Elektronika

Z zakupami elektroniki w Tajlandii jest w sumie podobnie jak w Hongkongu, tylko że towarów jest mniej i rynek głównie koncentruje się na tańszych i popularniejszych towarach. Wszelkie nowinki techniczne, które do Europy Wschodniej dotrą średnio za co najmniej pół roku, można tutaj kupić o wiele taniej, bo nie są już nowością a czymś powszechnym. Największym centrum handlowym w Bangkoku z ogromnym działem elektroniki jest MBK. Stoiska przypominają labirynt pełen Samsungów Galaxy i Iphone’ów. Trudno powiedzieć jaki procent elektronicznych dóbr jest oryginalnego pochodzenia, ale raczej przypuszczam że nikły. Oprócz tego w Azji ogromnie rozwija się obecnie rynek kamer i wideo rejestratorów w rodzaju Go pro i niezliczone mnóstwo gorszych i lepszych kopii tej kultowej marki są namiętnie wykupywane przez Azjatów celem udokumentowania na przykład swojego urlopu. Dzisiaj każdy odrobinę bardziej zamożny mieszkaniec Azji chce wyglądać jak porządny japoński turysta z lat dziewięćdziesiątych. Jeśli więc ktoś potrzebuje akcesoriów do telefonów, kamer, czy telefonów o podejrzanej proweniencji, można zwiedzać stoiska większą część dnia. Obawiałabym się kupować tam coś za większe pieniądze, ponieważ trudno stwierdzić jaka jest jakość takiej kreatywnie odtworzonej elektroniki, zanim jej się trochę nie poużywa. Z drugiej strony oryginały działają często niewiele lepiej. Jedno jest pewne. Znaczna większość super nowoczesnych telefonów jakie można oglądać w komunikacji miejskiej Bangkoku zapewne pochodzi właśnie stamtąd.

Ubrania

Do Tajlandii trzeba pojechać mając z sobą jeden komplet ubrań na sobie i ewentualnie drugi w zapasie. Często ten zapas może być mocno uszczuplony, albo przeznaczony do zostawienia/zgubienia po drodze. Wyjedziemy zapewne z kilkunastoma albo kilkudziesięcioma sztukami odzieży. Znajdziemy tu zatrzęsienie lokalnych marek, często działających jedynie w obrębie jednego regionu kraju, posiadających dosłownie kilka sklepów, za to własny styl i ciekawą koncepcję. Tajowie mają rewelacyjny zmysł estetyczny jeśli chodzi o ubrania i nie mam tu na myśli straganów z szytymi seryjnie ubraniami w stylu hippie dla europejskich dzieci kwiatów w najbardziej turystycznych dzielnicach. Mnóstwo osób produkuje na przykład t-shirty z ciekawymi i oryginalnymi grafikami. Oryginalność to cecha której próżno szukać w naszych sieciówkach, gdzie co sezon wprawdzie moda nieco się zmienia jednak w każdym sklepie jest niemal dokładnie to samo. W Tajlandii muszą chyba istnieć w miarę dobre warunki do tego typu biznesów, ponieważ to niemożliwe by nawet na głębokiej prowincji w rodzaju miasta Trang na nocnym bazarze dało się znaleźć kilku lokalnych projektantów bluz i koszulek z interesującymi utrzymanymi w jednolitej stylistyce nadrukami. Widać że firma produkuje ubrania z grafikami jednego autora, albo na tyle podobnych do siebie że jest to nierozpoznawalne. Skoro takich producentów jest dużo, to znaczy że mają z czego żyć. Zakup takiego autorskiego i niszowego produktu to koszt ubrania z sieciówki w Polsce. W przypadku producentów lokalnych raczej nie należy liczyć na łatwą dostępność rozmiarów dla przeciętnego Amerykanina. Ja jestem w tej komfortowej sytuacji że mój rozmiar jak na tamtejsze warunki jest rozmiarem całkowicie przeciętnym i najpopularniejszym, podczas gdy w Polsce jest zazwyczaj rozmiarem najmniejszym i sporo rzeczy na mnie nie pasuje. Europejki mają większe biusty i szersze ramiona. Nie wiem jak wygląda sytuacja z zakupem ubrań dla osób obdarzonych trochę większą ilością ciała i masy, ale dla osób noszących w Europie w najlepszym przypadku rozmiar „S” wybór ubrań jest nieograniczony. Najbardziej wypasione centra handlowe Bangkoku w rodzaju Silom Complex, czy Central World Plaza będą miały ceny identyczne jak w Europie, nieco tańsze centra w rodzaju MBK czy Big C pozwolą zaopatrzyć się w również bardzo sensowne i znacznie tańsze ubrania. Najtańsza opcja to bazary – chiński w dzielnicy Yaowaratt oraz słynny weekendowy market Chatuchak. Jednak kupowanie w takich warunkach ma swoją cenę – trzeba bardzo uważać na kradzieże. Zwłaszcza Chatuchak jest bardzo opanowany przez kieszonkowców. Na tym bazarze kilka razy w ciągu dnia zaczepili nas policjanci i kazali bardzo uważać na „personal belongings”. Ceny ubrań są tam takie, że zakupy robią chyba wszystkie narody świata. Od japońskich fashion victims wlokących walizki wielkości namiotu wypchane ubraniami tak, że się nie zamykają, po szczelnie okryte czarnymi abajami mieszkanki półwyspu arabskiego, półżywe z powodu temperatury jaka panuje pod konstrukcjami z blachy z których zrobiona jest większość bazaru. Oczywiście chyba nie myślicie że należy się tam spodziewać klimatyzacji? Do zakupów tam trzeba mieć niezłą kondycję i lubić gorąco. Na bazarach i w ulicznych budach rozmiarówka jest już zupełnie azjatycka – zaopatrują się tu bowiem przeciętni mieszkańcy Tajlandii z mniej zasobnym portfelem i nawet na mnie niektóre ubrania są gdzieniegdzie za wąskie, za ciasne albo przeznaczone dla ludzi o nieco innych proporcjach. Po przywiezieniu sobie tym razem aż dwóch par spodni kupionych na ulicy, które okazały się na mnie dziwnie leżeć (mimo że na oko były dobre) chyba całkowicie odpuszczę sobie kupowanie spodni w takich miejscach.

Jakość ubrań to prawdziwa loteria. Możemy kupić ubranie za grosze w jednej z ulicznych bud i używać je przez pięć lat bez większych oznak zużycia. Możemy także  w porządnie wyglądającym sklepie kupić coś za cenę porównywalną do europejskiej i cieszyć się naszym ubraniem przez około dwa prania. Może też być zupełnie na odwrót. Najczęstszymi problemami jest zmiana rozmiarów ubrania po praniu (ubranie drastycznie się zmniejsza) i utrata kolorów oraz całkowita zmiana właściwości tkaniny z której jest zrobione, tak że w najlepszym wypadku zaczyna przypominać ścierkę. Tak było z całkiem sporo kosztującą sukienką z sową, którą zakupiłam w bardzo ładnie wyglądającym butiku sprzedającym tylko sukienki. Okazało się że była to sukienka „na jeden jedyny raz”. Jako że ubrań kupuję w Tajlandii dużo, kilka tego typu wpadek musiało mi się przytrafić. Często widząc ceny lokalnych ubrań może przyjść nam do głowy pomysł zabrania kilkunastu lub kilkudziesięciu sztuk więcej i sprzedania ich w kraju wśród mniej lub bardziej znajomych. Jednak warto pochodzić chwilę w ubraniu które mamy na oku, sprawdzić czy na przykład nie zmniejszy się po praniu o połowę i nie odda większości kolorów bo nikomu nie chciało się utrwalić barwnika. Nie mam pojęcia jak można kupować ubrania w ilościach hurtowych i importować je „na kontenery” kiedy nie mamy możliwości sprawdzenia ich sztuka po sztuce. Rozbieżności w jakości są bardzo duże. Ta sama rzecz kupowana u jednego sprzedawcy będzie miała dobrą jakość a u innego mimo że wygląda identycznie to zmniejszy się o połowę. Zaliczenie kilku wpadek to ryzyko które trzeba wkalkulować w zakup ubrań w Tajlandii.

Buty i akcesoria skórzane

Nieprzeliczone ilości sklepów z butami (niestety głównie na temperatury letnie) i ich niesamowicie przystępne ceny sprawiają, że zazwyczaj do mojego powrotnego bagażu zaplątać się musi minimum 3-5 par letniego obuwia. Raczej nie posiadam żadnych butów na lato które nie były kupione w Azji, chociaż posiadając rozmiar stopy z pogranicza 38 a 39 czasami mam problem z lokalnymi markami, bo nie ma już na mnie numeru. Sporo producentów w Tajlandii robi jednak buty także na europejską stopę ze względu na możliwość pozyskania chmary klientów spośród turystów. Bardzo znanym producentem porządnego obuwia i akcesoriów skórzanych jest firma Findig. Ich produkty nie należą może do najtańszych, ale ich sklepy mają zazwyczaj pokaźną powierzchnię i prawie połowę zajmuje wyprzedaż butów z poprzednich sezonów (które na oko niczym nie różnią się od tych z bieżącego sezonu, ponieważ są to produkty mocno klasyczne). Wybór jest tak duży że istnieje spore prawdopodobieństwo że coś w przystępnej cenie nam się spodoba. Duża koncentracja sklepów tej marki znajduje się w okolicy słynnej ulicy Khaosan Road. Tylko chęć odwiedzenia kilku sklepów Findig w jednym miejscu sprawiła, że tym razem w ogóle wybraliśmy się w te bardzo turystyczne rejony Bangkoku. Trzeba mieć na uwadze że sklepy te sprzedają  także wyroby ze skóry krokodyli i węży, które są tam wyznacznikiem zamożności i służą do podkreślenia statusu społecznego, natomiast w Europie mogą zostać zarekwirowane na lotnisku i za ich przywóz może grozić nam grzywna! Jeżeli planujemy takie zakupy warto upewnić się co do źródła pochodzenia takiej skóry i zapoznać dokładnie z przepisami, niemniej jednak lepiej chyba nie mieć na sumieniu ginących gatunków. Oprócz butów sklep posiada mnóstwo bardzo sensownych portfeli, toreb saszetek i pasków. Posiadam ich portfel od 2011 roku i prawie nie widać po nim jeszcze śladów używania.

Drugą nieco tańszą opcją na zakup butów w Tajlandii jest…niegdyś czeska firma Bata o której historii przeczytać możemy w książkach Mariusza Szczygła. Sklepy tej międzynarodowej już korporacji całkowicie skolonizowały Azję Południowo-Wschodnią. W Tajlandii jest ich szczególnie dużo. Z jakością tych butów jest już zdecydowanie gorzej, ale jeśli jesteśmy wybredni i odwiedzimy co najmniej kilka sklepów z pewnością wybierzemy sobie jakieś sensowne i trwałe skórzane buty w korzystnej cenie. Jeśli już kupuję buty ze skóry to nie chcę by się one zaraz rozpadły. Wolę mieć ich mniej a na dłużej. Z tanich butów ze „skóry ekologicznej” wyleczyłam się natychmiast po zakupie pierwszej pary i nic mnie już do nich nie przekona. Sporo butów Bata już samym wyglądem może budzić nieufność, co z tego że kosztują czasem poniżej 50 zł za parę, jeśli widać, że posłużą trzy miesiące i się rozpadną. Śmieci na świecie już i tak mamy pod dostatkiem, po co produkować kolejne. Można sobie wygooglać ile sklepów Baty jest w Bangkoku i doznać zawrotu głowy. Bardzo sensowny i duży sklep jest w centrum handlowym MBK. To tam kupiłam tym razem najwięcej butów.

Najtańszą możliwością są niezliczone ilości sklepów z butami w stylu lokalnym. Są to zazwyczaj produkty ze skóry ekologicznej najczęściej na koturnie albo obcasie z niezliczoną ilością cyrkonii, plastikowych kamieni i wszelkiej maści innych błyskotek. Takie buty kupimy nawet za równowartość 20 czy 30 złotych. Jeśli ktoś szuka na przykład butów do stylizacji na sesje zdjęciowe albo na jeden raz to jest to z pewnością jakaś opcja.  Tajskie kobiety (i ladyboye) kochają wszystko co błyszczące. Mnóstwo kobiet stylizuje się na lalki albo księżniczki i niestrudzenie chodzi na gorącu w butach na gigantycznych obcasach i z przyklejonymi sztucznymi rzęsami, trzymając w ręce smartfona w różowej albo wysadzanej „diamentami” obudowie. Ogromnie mnie to zjawisko fascynuje.

Kosmetyki

Większość kosmetyków w drogeriach będzie miało, jak wszędzie w Azji, właściwości wybielające skórę, więc jeśli w podróży zabraknie nam kremu to może być ciężko znaleźć coś niewybielającego. Za to pod względem olejków eterycznych i rozmaitych olejów, Tajlandia to znakomite miejsce na zakupy. Wybór olejków do masażu przekracza wszelkie wyobrażenia. Sporo jest kosmetyków na bazie oleju kokosowego. Jeżeli szukamy kosmetyków do domowego spa, aromaterapii, masażu i tym podobnych aktywności na prawdę jest w czym wybierać. Sporo sklepów tego typu jest niestety skierowana wyłącznie do turystów i ceny są dosyć nieadekwatne. Sporo jest kiczowatych opakowań i sztucznych zapachów. Dlatego mimo że wielokrotnie grzebałam w tego typu kosmetykach, w sumie niczego sensownego dla siebie nie udało mi się wybrać. Wszystko wydawało mi się odrobinę za sztuczne Koniec końców w oleje i olejki i tak wolałam zaopatrzyć się w sklepach prowadzonych przez przedstawicieli indyjskiej diaspory w hinduskiej dzielnicy Bangkoku. Na pewno tajskie kosmetyki znakomicie nadają się na prezenty, bo są ładnie zapakowane, posiadają minimum informacji po angielsku i spełniają ogólnie przyjęte kanony zapachowe i estetyczne.

Tak zwane okazje

Tajlandia to kraj w którym koncentruje się masowy ruch turystyczny a sporo ludzi jedzie tutaj by podczas wyjazdu praktycznie nie trzeźwieć tylko do woli korzystać z taniego alkoholu i narkotyków. Ilość sytuacji w której ktoś proponował mi w Tajlandii ich zakup jest bardzo wysoka. Na przykład w sąsiedniej Malezji nie zdarzyło się to chyba ani razu. Bardzo często zdarza się że człowiek „oficjalnie” sprzedający na tłumnie obleganym deptaku na przykład plastikowe wiatraczki, albo zabawki za 20 bathów, kiedy go mijamy szepcze do ucha całą listę niedozwolonych specyfików którymi także handluje. Trzeba jednak wiedzieć że dość często za rogiem czai się policja turystyczna, z którą taki sprzedawca może być w zmowie. Przygoda może skończyć się zapłaceniem na prawdę wysokiej kwoty, celem wykupienia się z opresji. Kary za narkotyki w Tajlandii są bardzo surowe i wysokie. Znane są przypadki wieloletniego więzienia w bardzo ciężkich warunkach i to nawet z lokalnego polskiego podwórka. Kolejnym nieprzyjemnym zdarzeniem jakie może nas spotkać to propozycja zakupu biżuterii, złota czy zegarków, które okazują się bezwartościowe. Jeśli ktoś zaczepia nas na ulicy jest bardzo nahalny i przyjacielski, pilnie wypytuje się o kraj z którego pochodzimy, nasz zawód no i oczywiście kiedy przyjechaliśmy do Tajlandii (im bardziej niedawno tym dla niego lepiej) znaczy to, że jeśli jakoś go nie spławimy, prawdopodobnie zaniedługo wylądujemy w sklepie z tego typu artykułami. Ja jeszcze nigdy w takim sklepie nie wylądowałam, ale próbowano zmusić mnie do wzięcia udziału w tego typu przedsięwzięciu bardzo wiele razy. Specjalizują się w tym także kierowcy tuk tuków i taksówek, zwłaszcza tacy którzy nas zaczepiają i oferują przejażdżkę po mieście za śmieszne pieniądze. W tym kraju raczej warto być ostrożnym bo pod względem handlowych okazji i zakupu nielegalnych towarów jest dość dziko i można stracić pieniądze i wpakować się w poważne kłopoty.

tai_pattaya_walking-street_001.jpg

Na takiej ulicy jak nocny deptak w Pattayi, w której musieliśmy zatrzymać się po drodze, co drugi mijany uliczny sprzedawca plastikowej tandety, proponuje na ucho całą listę zakazanych substancji.

Co zjeść na ulicy w Tajlandii

Tajlandia jest krajem w którym stosunkowo bezpiecznie możemy stołować się na ulicy. Poziom higieny i świadomość ludzi w porównaniu do mniej dostatnich krajów Azji jest całkiem niezła. Oczywiście można znaleźć też zupełnie okropne miejsca w których chyba od lat nikt nie sprzątał, ale tego typu lokale znajdziemy wszędzie, także w Europie. Stołując się na ulicznych straganach w Azji nie wpadam w paranoję i staram się wierzyć, że na każdym kroku nie czają się na mnie zagrożenia poważnym zatruciem pokarmowym albo jakimiś paskudnymi pasożytami. Warunki są jakie są i w stu procentach i tak się przed nimi nie ustrzegę, nawet gdybym jadła tylko w droższych restauracjach, bo także one nie są w stu procentach bezpieczne, korzystają z tej samej wody a produkty bądź półprodukty biorą z tych samych źródeł. Więc kiedy minie pierwszy dzień po przylocie, kiedy uprawiam głodówkę bo prawie każde miejsce z jedzeniem bardzo mi się nie podoba i na nic nie mogę się zdecydować, rzucam się w wir ulicznych garkuchni. Robię to na własnych zasadach. Absolutnie podstawową sprawą jest posiadanie szczepienia na żółtaczkę pokarmową. Bez tego nie należy w ogóle do Azji się wybierać. Jeśli widzę że miejsce lepi się od brudu, lub w jakikolwiek inny sposób wydaje się podejrzane, po prostu w nim nie jem. Nawet jeśli stragan z jedzeniem jest wyposażony w mocno zużyte sprzęty, ale jest w nim bardzo czysto, lub jest problem ze znalezieniem wolnego stolika, albo muszę dłuższą chwilę stać w kolejce bo przede mną ktoś bierze na wynos mnóstwo porcji, wtedy korzystam z jego usług i nawet się nie zastanawiam. Zachowuję minimum ostrożności – nie jem i nie piję niczego z lodem, bo spożywanie lodowatych napojów w upale (tak samo jak przebywanie w nigdy, albo prawie nigdy nie czyszczonej klimatyzacji) kończy się u mnie problemami zdrowotnymi. Raczej unikam potraw nie poddanych zupełnie obróbce cieplnej, czyli na przykład sałatek, zwłaszcza pierwszy tydzień, dwa tygodnie po przylocie. Owoce wolę sobie obrać sama niż skorzystać z usług „obieracza”, chyba że są to na przykład duriany, czy ananasy których nie da się pozbawić skóry bez posiadania solidnych narzędzi. Dzięki temu nigdy jeszcze poważnie nie zatrułam się ulicznym jedzeniem. Statystycznie rzecz ujmując, pewnie jeden na kilkadziesiąt zjedzonych na ulicy posiłków kończy się u mnie jakimiś dolegliwościami.

Muszę się też od razu przyznać, że nie jestem wielką entuzjastką tajskiej kuchni i sporo jedzenia z tajskiej ulicy które się tutaj pojawi będzie daniami chińskimi albo malezyjskimi. Dania w sumie smakują dość jednakowo i po tygodniu zaczyna mi się tu straszliwie kulinarnie nudzić. Zaczynam na przykład złorzeczyć na wszędobylski cukier. Wszystko co jemy czy to warzywa, ryby czy mięso, mają słodko-pikantny smak. Tajowie kochają cukier. Jest on obecny praktycznie we wszystkich sosach które są pikantne ale jednocześnie mocno słodkie, cukrem obficie doprawia się też zupy (obok pikantnie doprawionego octu ryżowego, płatków lub pasty chili i sosu rybnego, na stole zawsze stoi pojemnik z cukrem – to cztery podstawowe przyprawy jak u nas sól i pieprz) na szczęście w większości przypadków zupy każdy doprawia sobie sam, widząc jednak ile łyżeczek cukru sypie do zupy przeciętny Taj, mam dreszcze. Oprócz cukru najczęściej używane przyprawy to słynna tajska bazylia, zielona kolendra i trawa cytrynowa oraz liście limonki kaffir, a z korzeni imbir i galangal.  To nie są moje smaki. Dla mnie wiele różnorodniej kulinarnie przedstawia się sąsiednia Malezja która jest celem turystyki jedzeniowej mieszkańców całej Azji. Dzięki tanim lotom mieszkańcy Singapuru, Japonii czy chociażby bogaci Chińczycy przylatują do Malezji na kilka dni tylko po to żeby jeść i relacjonować kulinarne podboje na portalach społecznościowych. Ceny wyszukanych dań są wiele niższe niż w ich krajach. W porównaniu do Malezji kuchnia Tajska jest dość monotematyczna. Dlatego dla mnie ratunkiem na to jest udanie się na jakieś indyjskie albo pakistańskie jedzenie, bo w przeciwieństwie do tajskiego curry uwielbiam curry z tamtych stron świata i mogę bez znudzenia jeść je ciągle.

Przez cały dzień to samo miejsce na kawałku chodnika zajmuje nieraz kilka ulicznych garkuchni, które zmieniają się o stałych porach. Niektóre są czynne od 5 rano do godzin przedpołudniowych, inne otwierają się po południu w porze obiadowej, najwięcej jednak otwiera się wieczorem. Najlepszą porą na uliczne jedzenie jest noc. Wtedy do jedzeniowych centrów (bardzo często znajdujących się przy rozmaitych night marketach) przyjeżdżają z odległych krańców miasta całe rzesze głodnych i spragnionych i zaczyna się istna jedzeniowa orgia. Pierwszego razu w Hongkongu byłam zszokowana jak dużo potrafią zjeść na raz niewielcy posturą Azjaci. Do tej pory nadal to zdziwienie mi nie przeszło i ciągle potrafią mnie zaskakiwać. To pewnie dlatego że bardzo wysokie temperatury nie robią na nich wrażenia, bo funkcjonują w nich na co dzień. Europejczycy z racji upałów zazwyczaj jedzą mniej w lecie. Może jemy mniej także dlatego, że nasze jedzenie jest o wiele bardziej kaloryczne od dań kuchni azjatyckich.

tai_bangkok_yaowaratt_ludzie-na-ulicy_001.jpg

Chińska dzielnica Yaowaratt w Bangkoku słynie z najlepszego ulicznego jedzenia w Tajlandii.

tai_bangkok_yaowaratt_ludzie-na-ulicy_003.jpg

Im więcej dookoła przejeżdżających samochodów i przechodzących tłumów ludzi tym lepiej dla garkuchni. Na spokój w ulicznym jedzeniu nie ma co liczyć. Po posiłku można być znacznie bardziej zmęczonym niż przed i to nawet bez grama alkoholu.

Uliczne jedzenie bardzo często spożywa się w biegu nawet nie siadając przy stole, dlatego często ma formę szaszłyków nadziewanych na bambusowe patyczki. Do tego dostaje się zazwyczaj sos zapakowany w woreczek w którym należy szaszłyka zamaczać. Zjedzenie niektórych tego typu potraw bez doszczętnego wypaprania się nimi wymaga pewnej ekwilibrystyki. Zwłaszcza kiedy trzeba przeciskać się przez tłum ludzi zważając czasem na ewentualnych kieszonkowców, omijać jadące dookoła motocykle, oraz woki pełne wrzącego oleju. Niemniej jednak zasadami szeroko pojętego BHP nikt nie zawraca sobie zwykle za bardzo głowy, trzeba po prostu pokładać wiarę, że nic się nie stanie i na pewno nic złego się nie przydarzy. To azjatyckie pojmowanie zasad bezpieczeństwa. Dlatego też kilkumetrowy wok pełen wrzącego oleju rozstawiony na chodniku tuż obok przechodzących ludzi nikogo nie dziwi i nie oburza. Nawet jeśli usiądziemy gdzieś przy stoliku, wcale nie znaczy że będzie nam łatwiej niż gdy będziemy jeść coś „mobilnie”. Koło nas cały czas przeciska się tłum osób, jeżdżą i hałasują rozmaite pojazdy, pod stołem jakiś kot albo pies czeka na odpadki, a często nawet nie ma gdzie położyć podręcznego plecaka bo pod stopami płynie woda z mytych właśnie naczyń. To wszystko odbywa się oczywiście na zewnątrz, a więc w lepkim upale spotęgowanym jeszcze dodatkowo przez gotujące się obok nas potrawy. Po prostu stołowanie się w tego typu przybytkach trzeba bardzo lubić i jeśli tak właśnie jest, te wszystkie przeszkody nie są nam straszne.

tai_bangkok_grillowane-kalmary_001.jpg

Grillowany kalmar jeśli jest zrobiony przed chwilą powinien być kruchy i jędrny, raz w 2011 roku trafił mi się wielokrotnie odgrzewany konsystencją przypominał chyba oponę.

tai_bangkok_grzyby-enokitake-z-boczkiem_001.jpg

Grzybki enoki (płomiennicy zimowej) zawijane w szynkę lub boczek.

tai_bangkok_grzyby-enokitake-z-boczkiem_002.jpg

Taka sympatyczna porcja z sosem i pomidorkiem kosztuje w Bangkoku 20-25 bathów.

tai_trang_owoce-morza_001

A tak ekstremalnie niskie ceny owoców morza można spotkać tylko na bazarze na Tajlandzkiej prowincji. Swoją drogą przyznam się że nawet nie wiem co to jest to po lewej (jedynie że to jakiś owoc morza) ale smakowało najlepiej (może dlatego że było najdroższe na całym straganie).

To nie jest tak, że sprzedawca uliczny jest wyłączony z jakiejkolwiek odpowiedzialności i może sprzedać nam byle co na przykład stare nieświeże jedzenie, które sprowadzi na nas chorobę. Ci sami ludzie stoją w jednym miejscu nieraz dziesiątki lat, czasami garkuchnie są dorobkiem kilku pokoleń. W Bangkoku niektórzy kucharze to prawdziwe gwiazdy we własnym zawodzie i ważny element kulturowego dziedzictwa miasta. Do ich straganów często stoi kolejka chętnych ludzie zamawiają całe góry jedzenia na wynos, a stoisko posiada pokaźną liczbę zdjęć z europejskimi gwiazdami takimi jak Jamie Olivier czy Gordon Ramsay, które to spotkał kiedyś zaszczyt stołowania się u ulicznego mistrza. Nieraz taki właściciel polowej kuchni biegle włada angielskim i profesjonalnie pozuje do zdjęć bo pewnie codziennie ich wizerunek trafia na jakiegoś kulinarnego bloga.

tai_bangkok_yaowaratt_streetfood-sprzedawcy_002.jpg

Chwilę później wszyscy pracownicy w czerwonych koszulkach ustawili się do zdjęcia grupowego, zrobili to całkiem mechanicznie, widać to dla nich codzienność.

tai_bangkok_yaowaratt_streetfood-sprzedawcy_005.jpg

A to „pół-uliczna” tania restauracja oferująca tylko wieprzowinę (wszelkie możliwe wieprzowe podroby) w 40 stopniowym upale.

tai_bangkok_yaowaratt_streetfood-sprzedawcy_004.jpg

Mała klitka na Yaowaratt w Bangkoku sprzedaje tylko zupę z ptasich gniazd.

tai_bangkok_yaowaratt_streetfood-sprzedawcy_003.jpg

Bangkok Yaowaratt.

tai_trang_streetfood-sprzedawcy_001.jpg

Trang południe Tajlandii. Poranna sprzedawczyni śniadań halal za 25 bathów z tabliczką z wypisanym cytatem z Koranu.

tai_trang_streetfood-sprzedawcy_002.jpg

Weseli wieczorni sprzedawcy małży w Trang.

tai_trang_streetfood-sprzedawcy_003.jpg

Najbardziej profesjonalne stoisko sprzedające bardzo dziwne niespotykane nigdzie indziej owoce morza w Trang, z biegle mówiącymi po angielsku kucharzami.

tai_trang_ostrygi_001.jpg

A to stoisko wyłącznie z ostrygami na nocnym targu w Trang. Cały talerz za równowartość 50 zł. Do dzisiaj żałuję że się nie skusiłam, odłożyłam to na dzień później, ale okazało się że targ nie odbywa się codziennie.

Osobną grupą wśród ulicznych karmicieli są obieracze owoców i sprzedawcy ręcznie wyciskanych soków owocowych. Akurat dość rzadko korzystam z ich usług i nawet tłumy Europejczyków pijących takie soki nie przekonają mnie do tego. Chcąc obyć się bez ciągłego przyjmowania lekarstw na problemy żołądkowe wolę odpuścić sobie takie atrakcje. Prawie zawsze do takiego soku dolewana jest woda, więc nawet jeśli zażyczymy sobie sok bez lodu, to niebutelkowanej wody i tak nie unikniemy.  Owoce wolę raczej kupić sobie na bazarze i obrać własnoręcznie, ewentualnie jeśli na prawdę muszę kupić coś obranego, wolę już zrobić to w jakimś supermarkecie (jeśli w kraju w którym jestem w ogóle takowe występują). Tylko w bardzo wyjątkowych sytuacjach kupuję obrane owoce na ulicy.

tai_bankok_yaowaratt_stragan-z-durianami_001.jpg

U takiej pani nie bałabym się jednak zakupić duriana, gdybym akurat miała na niego ochotę.

tai_bankok_yaowaratt_sok-z-granatow_001.jpg

Ręcznie wyciskany sok z granatów. Zazwyczaj wygląda to tak, że sprzedawca wyciska sok ręczną maszynką, rękami którymi wcześniej pchał wózek ze swoim interesem, wśród kurzu i spalin (i nie ma ich w czym umyć podobnie zresztą jak owoców).

tai_bankok_yaowaratt_zupa-z-ptasich-gniazd_001.jpg

Zupa z ptasich gniazd – chiński przysmak –  zaschnięta ślina ptaków z rodziny jerzykowatych „zaparzona” w gorącej wodzie. Ponoć odmładza,  jest też uważana za afrodyzjak. Smakuje marnie, ale jadłam wersję biedną i podstawową.

Jaka była najdziwniejsza rzecz jaką próbowałam w Tajlandii? A jakiej nigdy nie spróbuję? Ostatnio najdziwniejszym zwierzęciem które miałam przyjemność skosztować, było zwierzę z gatunku ostrogonów, organizmów które nazywane są żywą skamieniałością – podobne im zwierzęta żyły miliony lat temu. Nie posiadają one we krwi hemoglobiny zamiast niej mają hemocyjaninę, która sprawia że ich krew jest niebieska. Krew ostrogonów wykorzystuje się w diagnostyce medycznej, do tego celu je się też hoduje. W Azji Południowo-Wschodniej je się ikrę tych zwierząt. Nie dałam się jednak namówić na całą michę mocno pikantnej sałatki z ikrą ale skosztowałam jej co nieco.  Natomiast potrawą, której nigdy nie zjem z powodu przekonań jest zupa z płetwy rekina, żeby ją zrobić łapie się rekina, zabija go odcina płetwę a całą resztę wrzuca z powrotem do morza. Mimo protestów w Azji nadal praktykuje się ten proceder. Nie wiem jak jest w tym kraju z jedzeniem gatunków zagrożonych wyginięciem, patrząc jednak na stosunek Tajów do zwierząt z pewnością jeśli zachodzi taki proceder to nikt się tym specjalnie nie przejmuje. W Tajlandii raczej nie spotkamy żywych zwierząt trzymanych przed restauracjami i czekających na bycie skonsumowanymi jak ma to miejsce w Chinach. Dzieje się tak tylko czasem z owocami morza, a i tak biznes jest wtedy raczej prowadzony przez i dla Chińczyków.

tai_trang_ikra-skrzyplocza_002.jpg

Błękitnokrwiste grillowane ostrogony czekają na skonsumowanie.

tai_trang_ikra-skrzyplocza_001.jpg

Są całe wypełnione ikrą.

tai_bankok_yaowaratt_pletwa-rekina_001.jpg

Płetwy rekina czekają na zrobienie z nich zupy. Przed jej zjedzeniem warto trochę o tym poczytać, być może wtedy przejdzie nam na nią ochota.

W azjatyckich garkuchniach sporo potraw może wydać nam się co najmniej dziwnymi a nawet niejadalnymi. Chociażby popularny w Tajlandii zupełnie nie zrozumiały dla nas przysmak w postaci kurzych łapek, który prawie każdy Taj spożywa w śniadaniowej zupie. Też sobie czasem je zamawiam, próbując zrozumieć dlaczego smakują one Azjatom, nadal jednak nie udało mi się dopatrzyć w nich niczego smacznego. Albo zjadanie na śniadanie zupy z krwią zwierząt (nie mam nic przeciwko, jeśli krew jest poddana obróbce cieplnej i nie ma koloru czerwonego, czyli nie zawiera wszelkiej maści mikroorganizmów), czy też ulubiony turystyczny hit do fotografowania i umieszczania w internecie, czyli smażone robaki wszelkiego typu. Niestety w turystycznych kwartałach wygląda to w ten sposób, że na ulicy stoi sprzedawca z górą usmażonych już, nie wiadomo jak dawno temu owadów, które już dawno są zimne i nawet nie odgrzewa ich na oleju. Żaden normalny Azjata nie zjadł by takiej potrawy, co innego gdyby były one przygotowywane na bieżąco, dlatego owady lepiej jeść w restauracji, kiedy widzimy że ktoś bierze je żywe i przygotowuje z nich dla nas potrawę, wszelkie inne opcje są ze względów higienicznych zupełnie nie do zaakceptowania.

tai_trang_kurze-nogi_001.jpg

Kurze łapki – niemal obowiązkowy dodatek do śniadaniowej zupy.

tai_bangkok_yaowaratt_kaczka_001.jpg

To nie smoki ani jaszczurki tylko elegancko rozpłaszczone kaczki.

tai_bangkok_tamaryndowiec-w-cukrze_001.jpg

Na deser można zaś kupić sobie (zamiast soku z lodem i wodą) Tamaryndowca w cukrze – jest absolutnie przepyszny!

Kopi

Co to jest kopi? To specyficzny, aksamitny w smaku sposób przyrządzania i obróbki ziaren kawy, pitej w południowo-wschodniej Azji od południowej Tajlandii, poprzez kontynentalną Malezję, Singapur, aż po Indonezję. Cały jej sekret polega na prażeniu częściowo rozdrobnionych ziaren kawy z dodatkiem cukru trzcinowego (Tajlandia) albo margaryny palmowej (Malezja), albo obu dodatków na raz (Malezja, Singapur, Indonezja). Podczas prażenia cukier częściowo się karmelizuje. Dzięki temu zaparzona kawa ma smolisty kolor i jest jednocześnie mocna i bardzo delikatna w smaku. Z kolei prażenie kawy z dodatkiem samej margaryny powoduje lekkie wybielenie ziarenek i kawa powstała w wyniku takiego zabiegu nazywa się „white coffee”. W tym jedynym przypadku nie oznacza to kawy z mlekiem, a jedynie jaśniejszy kolor uprażonych ziaren. W obydwu przypadkach częściowo zmielone ziarna zalewa się wrzątkiem i przesącza przez materiałowe sitko zwane pieszczotliwie „skarpetką”. Najsłynniejszymi napojami tego rodzaju są „Kopi O” – kawa prażona z dodatkiem cukru i margaryny oraz „Ipoh White Coffee” – niesamowicie delikatna w smaku kawa prażona tylko z dodatkiem margaryny. Oczywiście słowo margaryna mimo wszystko nie ma tu tak nieprzyjemnego znaczenia jak ta z Polski dodawana do tanich wypieków. Zapach margaryny palmowej jest nieco inny i w pewien sposób pasuje do zapachu kawy. Kopi podaje się zazwyczaj z bardzo słodkim mlekiem skondensowanym z puszki. Może być pita zarówno na zimno z dodatkiem lodu (wtedy dostaje się ją w woreczku z lodem i rurką) jak i na ciepło. Słodkość kopi bardzo zależy od miejsca w którym ją pijemy. W lokalu prowadzonym przez Chińczyków zazwyczaj będzie mniej upiornie słodka niż w przeciętnym lokalu nasi kandar. Ten sposób obróbki ziaren kawy wynaleźli chińscy emigranci, którzy przybyli na te teren Malezji i Singapuru panowania Brytyjczyków. Wiele malezyjskich miast (Georgetown, Ipoh czy Melaka) oraz Singapur promują się jako miejsce wynalezienia kopi. Ponoć najbardziej wiarygodna jest wersja, że „white coffee” wymyślona została przez chińczyków z Ipoh i to im należy się pierwszeństwo. Z kopi związana jest cała kultura barów kawowych – kopi tiam, występujących w Malezji i Singapurze oraz na południu Tajlandii, prowadzonych głównie przez Chińczyków, oraz czasami muzułmańskich emigrantów z Indii. Najbardziej charakterystyczne wyposażenie takich barów to okrągłe stoliki z marmurowym blatem. Kawiarnie zazwyczaj czynne są od rana i nie są typowymi lokalami jakie kojarzyć nam się mogą z tą nazwą. W chińskiej kawiarni w Malezji zamiast ciastek tortów i innych słodyczy, zjemy na przykład śniadanie w postaci smażonego ryżu z różnymi dodatkami, albo zupę z wkładem mięsnym. To normalne, że oprócz tego, że w powietrzu czuć zapach kawy, pachnie też przy okazji czosnkiem, imbirem, chili czy lekko spalonym olejem. Czasem w takiej kawiarni sprzedaje się także słodkie wypieki najbardziej typowe z nich to ciastka nadziewane słodką masą z fasoli, która przy odrobinie szczęścia do złudzenia przypomina czekoladę. Wypieki te są zazwyczaj dość suche i szczelnie zapakowane, żeby przetrwały dłużej w gorącym i wilgotnym klimacie. Rodzajów kopi sprzedawanych w kopi tiam jest sporo – jak w tym nie zginąć – można poczytać na przykład tutaj.

mal_penang_ciastka_001.jpg

W przeciętnej chińskiej kawiarni nie zjemy ciastek w europejskim tego słowa znaczeniu, tylko na przykład takie dość mocno twarde wypieki z farszem z fasoli w środku. Czasami fasola przypomina czekoladę, czasem zaś niczego znanego wcześniej nie przypomina ;).

tai_trang_kopi_001.jpg

Typowe chińskie kawiarnie znajdziemy także na południu Tajlandii. Na zdjęciu pani robi kopi w kawiarni w Trang, (która oprócz kawy słynie ze zdrowotnej zupy z lokalnymi ziołami).

Po mniej więcej tygodniu picia tylko i wyłącznie kopi w malezyjskich jadłodajniach wszelkiej maści, zaczynam mieć jej dość i tęsknić do kawy z ekspresu ciśnieniowego albo tygielka, bo mimo wszystko smakuje ona mocno odmiennie od typowych europejskich kawowych przyzwyczajeń. Pijąc kawę w normalnych ulicznych lokalach jedzeniowych (a nie w drogim, nudnym i pretensjonalnym Starbucksie) nie spotkamy tu jednak kawy innej niż taka. Nieco mniej egzotycznie i bardziej po drodze z europejskim pojęciem tego co dobre, smakuje „white coffee” ale coraz częściej jest ona zastępowana przez produkty instant ze sztucznym mlekiem i cukrem, które niestety nijak się mają do interesującego kawowego dziedzictwa chińczyków.  W Ipoh mieliśmy olbrzymi problem, by zakupić  prawdziwą white coffee w ziarnach. Produkujący ją Chińczycy masowo przerzucili się bowiem na instant white coffee, porzucając swoją XIX wieczną tradycję. Tłumaczyli nam, że przecież tak jest wygodniej, nie trzeba dodawać mleka ani cukru, oraz użerać się z przecedzaniem. Zupełnie nie rozumieli o co może nam chodzić jeśli prosiliśmy o kawę nie przetworzoną w foliowe saszetki 3 w 1. Kawę taką udało się znaleźć dopiero na Penangu i to w bardzo wysokiej cenie. Widocznie prawdziwe ziarna white coffee stają się elitarnym towarem, a przeciętny obywatel zadowoli się produktem instant.

kawa_kopi_002.jpg

Kopi O w saszetkach, bez żadnych dodatków. W środku znajduje się ekspresowa torebka z kopi.

Supermarketowe półki w Malezji uginają się od rozmaitych kawowych kombinacji, są to głównie produkty instant. Wzięło się to pewnie stąd, że porcje kawy muszą być szczelnie pakowane w saszetkach. Kopi chłonie wodę i w wilgoci krótkim czasie zamieni się nam w bryłkę. Skoro więc można sobie ułatwić życie, czemu nie zrobić tego jeszcze bardziej – stąd prosta droga do kaw 3 w 1 i innych okropieństw. Za pierwszym razem w Malezji udało się nam zupełnie przypadkiem kupić saszetkowane Kopi-O bez dodatku cukru i mleka w proszku, za drugim razem okazało się, że kopi bez tych dodatków dość trudno znaleźć i stanowi ono zdecydowaną mniejszość. Gdybym napiła się typowego kopi instant, z pewnością przeszłaby mi ochota na jakiekolwiek kawowe zakupy. Większość kaw występuje niestety właśnie w takiej formie wzbogacone o przeróżne dodatki w rodzaju kopi tongkat ali (rośliny zwanej parasolem Alego, czyli Eurycoma longifolia – znanym i bardzo popularnym lekiem lokalnej medycyny uważanym także za męski afrodyzjak), kopi o smaku durianowym, czy też w wersji dla kobiet w różowych opakowaniach z dodatkiem kacip fatimah (kolejnej bardzo ważnej lokalnej rośliny Labisia pumila szczególnie korzystnej dla kobiet, zwłaszcza tych w niedalekiej przyszłości spodziewających się dziecka). Pominęliśmy te kawowe rewelacje kupując kopi na wagę pakowane w półkilogramowe plastikowe worki. Do odcedzania wystarczy dość gęste sitko, dlatego nie nabyliśmy żadnych dodatkowych utensyliów w postaci trójkątnej materiałowej skarpetki. Takiej kawy trzeba było się jednak dość długo szukać i pójść do sklepów w których zaopatrują się właściciele jadłodajni, może nie tak ładnych i nie zawsze klimatyzowanych, za to z mniej przetworzonymi towarami w większych opakowaniach.

kawa_kopi_001

Kopi bez saszetek, i innych cywilizacyjnych ulepszeń.

Park Narodowy Koh Tarutao

Będąc w kraju który posiada niemożliwie długą linię brzegową oraz mnóstwo pięknych wysp, warto chociaż przez kilka dni pobyć gdzieś nad morzem. Niestety tak myślą wszyscy ludzie, którzy tłumnie Tajlandię odwiedzają, czego efektem są „atrakcje” w rodzaju full moon party. Najpopularniejsze morskie destynacje to miejsca w których koncentruje się to czego w tym kraju wolałabym jak najbardziej uniknąć, dlatego na pobyt nad morzem starannie wybieramy miejsca kompletnie zabite dechami. Poprzednio byliśmy na Ko Sichang. Tym razem odwiedziliśmy wyspę na której nawet nie ma prądu. Koh Tarutao to największa wyspa archipelagu Tarutao na którym od 1972 istnieje Tarutao National Marine Park. Jest prawie w całości porośnięta dżunglą. Była miejscem tak odosobnionym że służyła do przetrzymywania więźniów politycznych ze względu na swoją izolację oraz wody bogate w rekiny i krokodyle. Warunki jakie panowały na wyspie sprawiały że śmiertelność więźniów zwłaszcza w początkowych latach była wysoka. Od 1939 roku istniała tutaj kolonia karna, a pod koniec wojny wyspa stała się bazą wypadową piratów rabujących statki płynące Cieśniną Malakka.  Więźniowie wybudowali na wyspie dwie betonowe drogi i do dzisiaj jest to jedyna infrastruktura. W latach siedemdziesiątych z Koh Tarutao wysiedlono nielicznych mieszkańców (w tym morskich cyganów). Od tej pory przebywa na niej tylko personel parku narodowego. Turystyka na wyspie jest mocno ograniczona. Można mieszkać w bungalowach należących do władz parku. Domki są czyste, dobrze utrzymane, zacienione i spokojnie można się w nich obejść bez klimatyzacji. Na wyspie prąd jest bowiem limitowany, nie ma gniazdek w ścianach więc nie da się naładować żadnego urządzenia elektronicznego (można przynajmniej od nich odpocząć) a z żarówki i wentylatora możemy korzystać tylko przez 12 godzin na dobę. W dzień, gdy powietrze stoi a słońce praży, nie da się za bardzo przebywać w domku. W nocy wentylator daje radę i panuje w nich miły chłodek.  W momentach szczytu turystycznego zdarza się że nie ma w nich miejsc. Parę kilometrów od głównej przystani, krętą drogą przez pagórkowaty teren można dostać się do kolejnego skupiska domków. Następnie jest drugi na całej wyspie sklep/restauracja (z tańszym i lepszym jedzeniem) i na tym atrakcje się kończą. Bungalowy nie są jakieś szczególnie drogie – dwuosobowy kosztuje 600 THB, jest też tańsza opcja – można zamieszkać na plaży w wynajętym od parku namiocie. Tak zrobili Rosjanie którzy razem z nami przypłynęli na wyspę. Ich wyposażenie godne domorosłych komandosów na nic się nie zdało, ponieważ natura i tak ich przechytrzyła.

tai_koh-tarutao_plaza_002.jpg

Rano przyjeżdżają pierwsze łodzie wycieczkowiczów z Koh Lipe.

tai_koh-tarutao_plaza_004.jpg

Zjawisko pustej plaży utrzymuje się tutaj przez cały dzień.

tai_koh-tarutao_plaza_005.jpg

A to miejsce położone kilkanaście kilometrów od przystani na której zatrzymują się łodzie. Znajduje się tutaj stacja badawcza, kilka domków oraz sklep i restauracja.

tai_koh-tarutao_droga_001.jpg

Można do niej dojechać rowerem taką drogą.

tai_koh-tarutao_zatoka_001.jpg

A to port po drugiej stronie wyspy obok niego znajdują się ruiny więzienia.

Tutaj puste plaże nie występują tylko na zdjęciach, ale faktycznie są puste. Czasem można spotkać pojedyncze osoby siedzące na niej co kilkaset metrów. Prawda jest taka, że nie da się na plaży za długo posiedzieć, chyba że w długich ubraniach, bo kiedy tam byliśmy panował istny wysyp much piaskowych i po chwili można było mieć na sobie kilkanaście śladów po ugryzieniach z których mało apetycznie ciekła krew. Nasi Rosjanie po kilku nocach wyglądali wręcz potwornie i zaczynali już mieć alergiczną opuchliznę. Poza tym muchy te gryzą oprócz ludzi także małpy i inne zwierzęta, można zarazić się od nich różnymi nieciekawymi odzwierzęcymi chorobami.

tai_koh-tarutao_malpa_001.jpg

Na wyspie nie ma samochodów. Można wypożyczyć rower i pojeździć po betonowych drogach wybudowanych przez więźniów w ubiegłym stuleciu. Zresztą więzień na wyspie było dwa. Do jednego z nich można pojechać rowerem – prawie pod same ruiny wiedzie asfaltowa droga, a do drugiego trzeba iść przez dżunglę kilkanaście kilometrów. Ścieżka jest tak kiepsko oznaczona, że trzeba wybrać się tam z kimś z personelu parku. Wzdłuż betonowych dróg rozpościera się dżungla, ale czasem da się też zobaczyć nieco bardziej rozległe pejzaże. Koniecznie trzeba wybrać rower ze sprawnymi hamulcami i przerzutką (!), bowiem przewyższeń do pokonania jest kilka i można łatwo zakończyć przejażdżkę w kłujących krzakach, co jest kiepskim rozwiązaniem na wyspie na której nie ma żadnego lekarza.

Jeśli chodzi o wyżywienie nie jest za bogato. Kantyna przy siedzibie parku narodowego jest droga i robi marne jedzenie w niewielkich porcjach. Gdyby chcieć tylko tam się stołować, trzeba liczyć się z kosztami kilkukrotnie wyższymi niż na lądzie. Dlatego sensowną opcją jest zabranie ze sobą własnego prowiantu. Pojawia się jednak problem jak i gdzie go trzymać. Wyspa ma problem z małpami, których „gangi” kilka razy dziennie przetaczają się przez ludzkie osiedle i grabią wszystko co spotkają na drodze, Dlatego wszystkie śmietniki są zamykane na różne przemyślne zamknięcia, jednak nie wystarczająco skutecznie i małpom i tak udaje się zawsze któryś otworzyć. Dzięki temu chwilę po ich wizycie rozwłóczone wszędzie na wpół zjedzone syntetyczne opakowania są niesione przez wiatr. Z tego względu w bungalowach nie posiadających szyb w oknach (tylko siatkę), jest zakaz trzymania jedzenia (łazienka na szczęście nie posiada okna i ma zamykane drzwi, więc da się w niej położyć reklamówkę z prowiantem). Warto wziąć ze sobą jedzenie nie przetworzone, żeby nie produkować plastikowych śmieci. Trzymania jedzenia w namiotach kompletnie sobie nie wyobrażam, bo ilość małp uzależnionych od ludzkiego jedzenia jest wielka i na pewno znajdą sposób jak je pozyskać.

tai_koh-tarutao_swinia_001.jpg

Wieczorem i rano nieopodal bungalowów można było spotkać takich gości. Świnki szukały jedzenia pod wybranym gatunkiem drzewa i za porządkiem przeglądały ziemię pod nimi.

Dostać się na wyspę jest stosunkowo prosto, ponieważ zatrzymują się na niej po drodze niektóre łodzie płynące z Satun na Koh Lipe – robią to kilka razy dziennie. Jak na wyspiarskie atrakcje Tajlandii pobyt na Koh Tarutao to dosyć budżetowe rozwiązanie nie wymagające płacenia za wszystko kilka razy więcej niż na lądzie. Niemniej jednak nie ma tu za bardzo co robić przez więcej niż trzy dni. Można wybrać się na przejażdżkę łodzią na okoliczne niezamieszkałe wyspy, oraz odwiedzić jaskinię krokodyli, ale wszystko zależy czy danego dnia znajdą się amatorzy na taki wyjazd. Wynajęcie łodzi dla dwóch osób to spory wydatek, przy czterech albo sześciu osobach ma to dużo większy sens. Wszystkie opcje transportowe należy ustalić w siedzibie parku i nie da się niczego zorganizować na własną rękę. Akurat w dzień w którym mogliśmy wybrać się łodzią na okoliczne  wyspy nikt nie chciał płynąć a kolejnego planowaliśmy już jechać dalej więc nie ruszaliśmy się z niej wcale, co wcale nie było takim złym rozwiązaniem.

tai_koh-tarutao_plaza_001

Dla takich widoków warto pobyć w domkach bez prądu.

tai_koh-tarutao_krab_001.jpg

Po plaży maszerują mikroskopijne kraby których całe chmary uciekają na widok człowieka.

tai_koh-tarutao_domek-duchow_001.jpg

Ogólnie jest tam bardzo ładnie i spokojnie.

tai_koh-tarutao_droga_002.jpg tai_koh-tarutao_drzewo-kapur_001.jpg

tai_koh-tarutao_dzungla_003.jpg tai_koh-tarutao_dzungla_002.jpg tai_koh-tarutao_dzungla_001.jpg

Jako że mieliśmy odrobinę za dużo wolnego czasu mogliśmy się nieco przyjrzeć tajskiej ochronie przyrody i stwierdzić że jest mocno fasadowa i bezsensowna. Nikt nawet tego specjalnie nie ukrywa. Codziennie wyspę odwiedza wielu ludzi, głównie turystów z sąsiedniej Malezji, którzy w ramach wycieczek fakultatywnych z Koh Lipe płyną obejrzeć okoliczne wyspy. Spędzają na wyspie maksymalnie godzinę spacerują po plaży robią sobie zdjęcia i odpływają. Przypomina to mocno turystykę autokarową tyle że zamiast pojazdu na kołach poruszają się speed boatem. Teoretycznie w parku nie można zostawiać żadnych śmieci i trzeba zabierać je ze sobą o czym informują tablice w wielu językach z którymi można zapoznać się przy zejściu z przystani. Ta zasada nie obowiązuje mieszkańców bungalowów, jednak tak daleko wycieczki fakultatywne nie docierają. Co ma zrobić na przykład malezyjska gospodyni domowa ubrana w hidżab w wilgotnym upale, która z piątką małych dzieci i mężem, wybrała się odwiedzić park narodowy. Oczywiście musi ona posiadać reklamówkę mrożonych napojów w małych buteleczkach którymi poi zmęczone dzieci. W 80, a może nawet 90% przypadków nikt nie zabiera opakowań z sobą tylko wyrzuca je pod nogi. Być może tak by nie było gdyby po przyjeździe dało się na przykład poczęstować przybyszów zimną wodą? Albo postawić kosze i opłacić kurs łodzi, która raz dziennie odbierze odpady? Niestety tak się nie dzieje. Lepiej udawać że ich po prostu nie ma i regularnie palić je całkiem niedaleko od bungalowów, gdzie rozciąga się sporych rozmiarów dzikie wysypisko śmieci. Pieniądze na utylizację odpadów pewnie idą na inne cele. Multum zakazów i nakazów odnośnie tego jak należy zachowywać się na terenie parku, wygląda na tym tle dosyć niepoważnie. Gdyby na serio ludziom zajmującym się ochroną przyrody zależało na niej a nie tylko na zysku, na wyspę nie zaglądało by codziennie minimum kilkaset ludzi. W bardziej aktywne turystycznie okresy roku liczba odwiedzających idzie pewnie w tysiące.

tai_koh-tarutao_smieci_005.jpg

Serce parku narodowego, wysypisko położone sto metrów od głównej drogi.

tai_koh-tarutao_smieci_006.jpg

Na zakończenie pobytu idziemy w końcu obejrzeć zachód słońca na plaży. Przy tak romantycznej okazji można także obserwować nie kończącą się „wystawę” przyniesionych przez morze zarośniętych małżami i wodorostami plastikowych śmieci. Morze Andamańskie jest tak nasycone plastikowymi odpadami, że co krok napotykamy klapki, kaski, plastikowe butelki i inne opakowania. Mimo że próbujemy uciec od masowej turystyki wszędzie dookoła widzimy jej nieubłagane efekty, nawet jeśli żadnych ludzi nie ma w pobliżu. Trudno więc się oszukiwać że przyjeżdżając tutaj przyczyniamy się do bardziej ekologicznej formy turystyki, bo żeby tak było musiało by tutaj po prostu nikogo nie być.

tai_koh-tarutao_plaza_003.jpg

Ciężko zrobić takie puste zdjęcie.

tai_koh-tarutao_smieci_002.jpg

Przeważnie co pół metra poniewierają się takie oto „prezenty” wyrzucone przez morze.

tai_koh-tarutao_smieci_003.jpg

Spacerując po plaży wieczorem można by było nazbierać ich kilkaset.

tai_koh-tarutao_smieci_004.jpg

Dlatego już niedługo pocztówki znad morza będą wyglądać tak.

tai_koh-tarutao_smieci_001.jpg

Po co pojechaliśmy do Trang

Miasteczko Trang położone na głębokiej prowincji na południu Tajlandii 150 kilometrów na północ od przygranicznego Hat Yai niczym szczególnym się nie wyróżnia. Właśnie dlatego postanowiliśmy tam pojechać. Zatrzymują się tu niektóre pociągi jadące na południe kraju lub do Malezji, ponieważ Trang jest bazą wypadową na okoliczne wyspy z których jedna – Koh Lipe jest znaną turystyczną destynacją. Zaraz po wyjściu z pociągu kilku naganiaczy usiłuje zabrać nas na którąś z wysp, jest jednak tak gorąco, że nie chce im się długo nas nagabywać i szybko nam odpuszczają. Idziemy w spokoju poszukać noclegu. Niestety nie ma ich tutaj za wiele i są stosunkowo drogie. Nasz hotel (Hotel 23 na ulicy Ramy VI) jest bardzo tani, ale jest pewien poważny problem, z jego użytkowaniem – trzeba do niego wrócić do godziny 22 bo potem podobnie jak ten w Bangkoku, jest zamykany aż do 6 rano. To zupełne nieporozumienie, bowiem w Tajlandii o 22 toczy się jeszcze codzienne życie. Większość handlu odbywa się nocą, bo jest odrobinę chłodniej niż w dzień. Stąd w tej części świata rozmaite night markety, które często o 21 albo 22 dopiero nieśmiało startują.  Wieczorem także rozkładają się najlepsze uliczne garkuchnie, więc życie mieliśmy mocno utrudnione. Dlatego zatrzymując się w tym mieście w jakimś hotelu, warto dopytać się do której trzeba do niego wrócić, bo miejscowe zwyczaje są mocno nietypowe jak na ten kraj i na tą część Azji w ogóle. Gdybyśmy zatrzymywali się tam na dłużej z pewnością zmienilibyśmy go na jakiś inny, ale jako że mieliśmy tam zostać całe dwa dni, odpuściliśmy sobie szukanie. To pierwszy tak szalony pomysł właściciela azjatyckiego hotelu, a spaliśmy już pewnie w kilkudziesięciu, więc zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Nikt nie wspomniał też o takiej sytuacji w internecie. Niemniej jednak lokalizacja okazała się być dosyć szczęśliwa. Pierwszego ranka okazało się, że pod oknami naszego hotelu od mniej więcej 4 albo 5 rano zaczyna się rozkładać poranny bazar owocowo-warzywny, posiadający również znaczną ofertę gotowych dań na śniadanie i przeróżnych dziwnych substancji do jedzenia i picia z którymi w Tajlandii można zacząć dzień. Co prawda wyjść zakupić jakieś dobra udało mi się dopiero o szóstej gdy hotel się otworzył, pewną osłodą była jednak możliwość buszowania po straganach w odległości stu albo dwustu metrów od hotelu i obserwowanie mnichów z okolicznych klasztorów, którzy przyszli z tradycyjną miską żebraczą by zebrać od wiernych produkty spożywcze. Otrzymane dary ładowali na motocyklową przyczepę. Uzbierali w ten sposób kilkadziesiąt kilogramów warzyw. Przed południem po bazarze nie było już ani śladu, wszystko zostało dokładnie wymyte, nie pozostał nawet zapach.

tai_trang_bazar_001.jpg

Pani sprzedawczyni na porannym bazarze.

tai_trang_baklazany_001.jpg

Lokalna odmiana bakłażanów.

tai_trang_ryby_001.jpg

Bliskość morza sprawia że morskich stworzeń w rozmaitych kształtach i rozmiarach jest niesamowite zatrzęsienie.

tai_trang_owoce-morza_001.jpg

Trang słynie z ciekawych nocnych bazarów na które zjeżdża się mnóstwo ludzi z okolicy. Jest tam bardzo tanio, można kupić ciekawe ubrania, szyte w małych lokalnych rodzinnych szwalniach w bardzo niskich cenach. Są to rzeczy produkowane głównie dla Tajów, więc trudno o rozmiary dla przeciętnego Amerykanina. Na szczęście nie mam z rozmiarem lokalnych ubrań żadnego problemu i mogę do woli wybierać i przebierać. Tajowie mają całkiem fajny pomyślunek jeśli chodzi o szycie ubrań, czasem jednak można niemiło zdziwić się ich kiepską jakością, chociaż na pierwszy rzut oka ubranie nie zdradza takich oznak. Cena nie gra roli. Można kupić ubranie w cenie azjatyckiej, które posłuży nam długi czas, jak i ubranie w cenie europejskiej, które zaraz się zniszczy. Trudno się w tym połapać i zakupy zawsze noszą pewne znamiona loterii. I tak wolę kupować ubrania w tej części świata, bo mój rozmiar nie jest tu rozmiarem XS, tylko absolutnie przeciętnym i najpowszechniej występującym. W Trangu jest kilka nocnych bazarów. Mniejszy w nieopodal wieży zegarowej (najbardziej charakterystycznego punktu w miasteczku) odbywa się codziennie, a duży (o wiele większy i lepszy) zajmujący okolice dworca kolejowego tylko w niektóre dni tygodnia. Na obu bazarach oprócz tekstyliów, stragany uginają się od jedzenia. Widać już mocne wpływy kulinarne sąsiedniej Malezji. Wybór dań jest tak ogromny, że szkoda jeść jeden większy posiłek, lepiej zjeść kilkanaście małych żeby poznać jak najwięcej dziwnych potraw. Niektóre stoiska oprócz robienia jedzenia robią także show – kucharze są lokalnymi gwiazdami. Większość ma mundurki z własnym logo i własne gadżety. Miasto słynie z ciekawych potraw i napojów. Można się tu napić znanej i bardzo popularnej w Malezji i Singapurze a także w Indonezji kawy kopi (jest kilku lokalnych wytwórców), zjeść rosół z dodatkiem ważnych ziół i grzybów medycyny chińskiej, dzięki czemu przypomina on bardziej wywar ziołowy z dodatkami niż zupę. Co ważne można do woli włóczyć się po nocnym bazarze bez potrzeby posiadania oczu dookoła głowy. To nie Bangkok, tylko spokojna prowincja. Nie sądzę by łatwo można było tam paść ofiarą kieszonkowców. W większych miastach trzeba nieco bardziej uważać i nie można tak bardzo skupić się na konsumpcji.

tai_trang_ikra-skrzyplocza_002.jpg

Bazar wieczorny stoisko oferujące rzadko spotykane owoce morza, posiadające w ofercie sałatkę z ikrą skrzypłocza.

tai_trang_ikra-skrzyplocza_001.jpg

Ikra skrzypłocza.

tai_trang_streetfood-sprzedawcy_004.jpg

Ten pan sprzedawał tak ostre przyprawy że nie dało się zbyt długo wytrzymać przy jego stanowisku. Południe Tajlandii jest zamieszkane także przez muzułmanów

tai_trang_night-market_001.jpg

Kolejna potrawa z działu muzułmańskiego – samosy.

tai_trang_streetfood-sprzedawcy_005.jpg

A to dział tajski i różne rodzaje curry (jeśli dobrze pamiętam).

tai_trang_ryby_002.jpg

Niespełna 11 km od Trangu znajduje się ogród botaniczny Thung Kai Botanical Garden. Postanowiliśmy wybrać się do niego na cały dzień. Jako że w miasteczku prawie nikt nie mówi po angielsku, musieliśmy jakoś dowiedzieć się jak tam dojechać, bowiem przejście 20 kilometrów  w takim upale nie wchodziło w grę. Zarówno w jedną jak i drugą stronę mieliśmy problem z transportem, bo żaden z ogromnej liczby lokalnych busików nie zatrzymywał się na nasze machanie (mimo że staliśmy na przystanku w dobrą stronę prawie przy wyjeździe z miasta).  W końcu po około godzinie a może półtorej, udało nam się złapać odpowiedniego minivana, który jednak zawiózł nas trochę za daleko i musieliśmy wracać się po rozgrzanym asfalcie. Z powrotem było jeszcze gorzej, gdyż staliśmy wzdłuż ruchliwej ulicy, na której nie było przystanku i po podobnie długim czasie oczekiwania w końcu zmiłował się nad nami kierowca osobówki który nie znał ani słowa po angielsku i się z nami na pamiątkę sfotografował. Zresztą w Trang fotografowani byliśmy dość często, ponieważ różne jadłodajnie nie wiedzieć czemu pragnęły nas uwiecznić podczas spożywania u nich posiłku, pewnie żeby pokazać że u nich także czasem bywają jacyś turyści. Po dwóch dniach sporo osób wymieniało z nami pozdrowienia i uśmiechy, zupełnie jak w Chinach czy Indonezji.

tai_trang_ogrod-botaniczny_008

Dzięki takim kładkom rozmieszczonym na trzech różnych wysokościach można oglądać poszczególne warstwy roślinności.

tai_trang_ogrod-botaniczny_004.jpg

Rozmiar najwyższych drzew w porównaniu do człowieka.

tai_trang_ogrod-botaniczny_009.jpg

Epifit, czyli roślina żyjąca na innej.

tai_trang_ogrod-botaniczny_001.jpg tai_trang_ogrod-botaniczny_007.jpg

Sam ogród wygląda na nieco opuszczony i zapuszczony. Nikt nie mówi w nim po angielsku, nikt nie sprzedaje biletów (wstęp jest darmowy), prawie nie ma w nim pracowników. Jest chyba trochę niedoinwestowany. Prezentuje głównie lokalne gatunki roślin. Posiada jedyne w całej Tajlandii canopy walk, czyli podwieszane chodniki, które pozwalają na obejrzenie poszczególnych pięter roślinności w dżungli. W Malezji takie atrakcje w parku Taman Negara są drogie i tłumnie oblegane, tutaj prawie cały czas byliśmy na nich sami, przez chwilę chodziła z nami po nich także grupa tajskich wyrostków po szkole. Oprócz kładek nad drzewami, znajduje się też tutaj sporych rozmiarów teren podmokły z drewnianymi pomostami pozwalającymi na obejrzenie roślinności bagiennej. Wszędzie na temat tego ogrodu można przeczytać informacje, że to atrakcja stosunkowo nowa. Nie wiem jak to możliwe, bo wszystkie tablice informacyjne, budynki czy chociażby ławki wyglądały na mocno zużyte, chyba że taki jest wpływ ekstremalnie wilgotnego klimatu. Niektóre części parku posiadają informacje w języku angielskim, w innych te informacje są częściowo zrujnowane i niepełne a w jeszcze innych nie ma ich wcale. Miejscami zieleń jest mocno zapuszczona i jest odrobinę dziko, ale nie aż tak żeby się zgubić. Ogród rozciąga się na sporym obszarze i trudno spotkać innych odwiedzających, dopiero po południu ich liczba odrobinę wzrosła. Nie było w nim jednak takich tłumów jak w przeciętnej tego typu azjatyckiej atrakcji, nie dało się w nim także zakupić niczego do jedzenia, ale można było się zrelaksować i popatrzeć na zieleń. Cały ogród jest miło zacieniony i jest w nim mniej gorąco niż w mieście. Jedyną wadą dłuższego przebywania w zarośniętym przez rośliny miejscu są komary. Jeśli przestajemy iść zaraz dopada nas chmara owadów. Więc lepiej nie wybierać się tam bez jakiegoś odstraszacza i dłuższych ubrań pod ręką. Miejsce jest raczej spacerowe i przypomina zapuszczony park, więc nie trzeba mieć solidnych butów.

tai_trang_ogrod-botaniczny_011.jpg

Część poświęcona roślinności bagiennej.

tai_trang_ogrod-botaniczny_010.jpg

Kolejny przykład epifita.

tai_trang_ogrod-botaniczny_003.jpg

Można by było spędzić cały dzień fotografując roślinki, ale komary nie odpuszczają.

tai_trang_ogrod-botaniczny_002.jpg tai_trang_ogrod-botaniczny_005.jpgtai_trang_ogrod-botaniczny_006.jpg