Archiwum kategorii: Podróże

Kulen Vakuf i Park Narodowy Una

Uwaga! właśnie odkrywam Wam kolejne super miejsce, do którego jak się już przyjedzie, to strasznie ciężko je opuścić – idealną lokalizację na zupełnie leniwe i przesympatyczne wczasy, albo stały pobyt (na emeryturę – hehe). W bardzo niewielu miejscach podobało mi się tak bardzo jak w Kulen Vakuf – na pewno znajduje się ono w mojej pierwszej piątce razem z moim najulubieńszym Penangiem no i może jeszcze niektórymi miejscami w Turcji i na Tajwanie. Będę się bardzo starać, by jak najbardziej było mi tutaj po drodze, żeby móc tu wpadać od czasu do czasu. Miasteczko Kulen Vakuf jest chyba skazane na to by kiedyś stać się turystycznym hitem, ale na razie jeszcze nim nie jest. W tej chwili wszystko jest tutaj świetne, od położenia miasteczka, jego tanią, sympatyczną i spokojną bazę turystyczno-noclegową, po okoliczne atrakcje. Jako że siedzieliśmy tam długo, skreślając z listy kilka innych miejsc po drodze, przygotujcie się na post-tasiemiec. W samej miejscowości mimo że jest mikroskopijna również jest co robić: możemy zwiedzić miejscami odrestaurowany chorwacki zamek i zupełne ruiny tureckiej twierdzy zarośnięte dereniem, oraz jedyny chyba na świecie meczet ze sklepem mięsnym na parterze. Pokręcić się po wąziutkich uliczkach i odwiedzić dwie knajpo-restauracje z czego jedną z nich bardzo sympatyczną. Chodziliśmy do niej na śniadania, obiady i kolacje, oraz jak padał deszcz. Chyba odrobinę zżyliśmy się z właścicielami oraz jej stałymi bywalcami.

Wydaje mi się, że wszystko co najgorsze Kulen Vakuf już przeszło i teraz będzie już tylko dobrze. Mam nadzieję jednak, że nie będzie aż tak „dobrze”, że obok mikroskopijnych domków i równie mikroskopijnego meczetu zaczną powstawać jakieś wielkie hotele. Miejscowość powstała w tym miejscu ze względu na strategiczne położenie. Dlaczego w okolicy stoi tyle różnych zamków i fortec? Bo wiodła tędy bardzo ważna starożytna rzymska droga łącząca Dalmację, Bośnię, Serbię i Slawonię. Znajdował się tutaj bród na rzece Unie, w miejscu którego następnie wybudowano most. Turecki wybudowany w 1703 roku nie przetrwał do naszych czasów. W dokumentach z XVIII wieku miejscowość nazywała się po turecku Džisri-kebir, co oznacza „Wielki Most”. Obecna nazwa Kulen Vakuf pochodzi od rodziny Kulenović, wielu jej członków osiągnęło znaczącą pozycję i osiągnęło rangę bega.  Obecny most jest bardzo brzydki i dość prowizorycznie sklecony z betonu i żelastwa. Wszędzie widoczne pozostałości wojny – w postaci ruin robią miejscami nieco dołujące wrażenie. Część ludzi po wojnie wyjechała na przykład do Bichacia i nigdy nie powróciła, więc budynki stoją niezamieszkałe od ponad 20 lat. Miejscowość była wielokrotnie niszczona, najpierw na początku XX wieku, potem podczas II wojny światowej w 1941 roku czetnicy dokonali tu masakry Bośniaków, a podczas wojny bałkańskiej w latach 90. podobne losy spotkały ludność serbską z tego terenu. Wydaje mi się jednak że w miejscowych wstąpiła pewna nadzieja i miasteczko zaczyna wyglądać na prawdę nieźle, nawet pomimo ruin stojących gdzieniegdzie.

Na pagórkach nad Kulen Vakuf mieszczą się takie zarośnięte muzułmańskie cmentarze. Ja takie miejsca wręcz uwielbiam.

A najbardziej popularnym drzewem jakie rośnie w okolicy są dzikie albo półdzikie derenie, chyba dziesięć razy słodsze niż u nas.

Osmańska twierdza Havala jest w całości porośnięta dereniami. W okolicy rakija z derenia kosztuje niewiele więcej niż ze standardowych owoców 🙂

Nieopodal wioski znajdują się atrakcje parku narodowego Una, a więc przede wszystkim wodospady do których udają się liczne arabskie wycieczki. Woda we wszystkich rzekach w całej Bośni jest niesamowicie czysta, a tutaj to wręcz krystaliczna. Ludzie z bardzo dużym szacunkiem podchodzą do wód w rzece, kraj zawdzięcza to także temu że praktycznie nie posiada przemysłu. To ostatni kraj w Europie, gdzie można wszędzie tak po prostu bez zastanowienia wskoczyć do rzeki żeby się ochłodzić albo popływać. My już dawno straciliśmy taką możliwość.

Tak Kulen Vakuf wygląda z twierdzy osmańskiej Havala.

A tak z zamku Ostrovica wybudowanego przez Chorwackiego króla.

A tak z perspektywy mostu na rzece. Po jego przekroczeniu dochodzi się do dwóch położonych naprzeciwko siebie knajp z jedzeniem. Zdecydowanie sympatyczniejsza to ta po lewej.

Pojechać do Kulen Vakuf to jak wpaść w totalną dziurę czasową, co dzieje się także za sprawą niezwykle terapeutycznego noclegu. W miejscowości mieści się kilka kempingów, ale najlepsze recenzje posiada ten znajdujący się na początku. Oprócz organizowania spływów po Unie, oferuje zachodnim turystom możliwość popatrzenia na coś innego niż tylko ekran jakiegoś elektronicznego wyświetlacza. Kwateruje ich mianowicie na niezwykle uroczym brzegu Uny. Wygląda to świetnie, gdyby tylko jeszcze namiotów nad rzeką było kilkukrotnie mniej, to już podobałoby mi się zupełnie. Niestety mieszkanie tuż nad rzeką to bardzo popularna atrakcja. Przy samym brzegu jest bardzo płytko i szeroko, można położyć sobie gdzieś do schłodzenia arbuza, jogurt albo piwo otaczając je kamieniami. Zastanawiające i chyba trochę smutne jest to, że tylu ludzi musiało przejechać tak dużo kilometrów z Holandii, Danii czy Niemiec by ich dzieci mogły tak po prostu pomieszkać i pobawić się nad rzeką. Mam nadzieję że bawią się także i rozbijają namioty nad swoimi rzekami. Najazd gości powodował ciągłe przerwy w dostawie prądu i ciepłej wody na kempingu, aż trudno uwierzyć by tyle awarii mogło nastąpić jedna po drugiej. Niemniej jednak siedzenie i patrzenie na rzekę nawet bez ciepłego prysznica jest fajne. Jeśli już znudzimy się patrzeniem na rzekę to między namiotami non stop walczą i kotłują małe kocięta, oraz wyjątkowo i niewiarygodnie głupi pies stanowiący chyba mieszankę wyżła z labradorem, oraz jego wioskowi kompani, w przerwach starają się jak mogę żebrać o jedzenie. Co jakiś czas właścicielka kempingu przegania towarzystwo, po czym spektakl rozpoczyna się od nowa.

Na kempingu obozuje się tuż nad brzegiem rzeki. Niektórzy jadą po to ponad tysiąc kilometrów.

Normalnie na huśtawkach znajdują się też poduszki na których wylegują się koty, lecz zostały ewakuowane z powodu ulewy.

Rzeka nad którą się mieszka wygląda tak.

A kilkanaście metrów dalej już tak.

Zamek Ostrovica

Najpierw podczas burzy z piorunami wybieramy się na chorwacki zamek Ostrovica. Leje i grzmi dość koszmarnie, na szczęście chronimy się w pięknie odrestaurowanej wieży zamkowej, która stoi sobie niezamykana. Gdyby to było u nas z pewnością zaraz znalazłby się ktoś kto zacząłby urządzać tam pijackie imprezy, a na bośniackiej prowincji wieża może stać sobie niezamykana i nic złego się jej nie dzieje. Zamek Ostrovica powstał prawdopodobnie pod koniec XIV wieku. Wybudował go potężny wojewoda chorwacki i bośniacki Wielki Książę Hrvoje Vukčić. Po raz pierwszy na temat zamku źródła hisotyczne wypowiadają się w 1407 roku a już w roku 1523 zarówno zamek jak i Kulen Vakuf dostają się w ręce Turków. Według legendy samo miasteczko dostaje się w ręce tureckie podstępem – atak odbywa się gdy wszyscy mieszkańcy są na niedzielnej mszy w kościele. Turcy znacznie rozbudowują zamek. Mierzy on ponad 100 metrów

W takiej oto fajnej wieży przeczekiwaliśmy deszcz.

Natomiast teren zamku jest totalnie zarośnięty przez chaszcze, nie da się przejść. Dopiero jak zobaczyłam go na zdjęciach to zdałam sobie sprawę jak jest duży. Za to mieliśmy zamek tylko dla siebie.

Tak prezentuje się na tle Kulen Vakuf.

A pod nim ktoś ułożył napis Tito, albo jeszcze do tej pory nikt nie zdążył go rozebrać.

Veliki vodopad na Uni

Następnie odwiedziliśmy dwa wodospady jeden mniej, a drugi bardziej słynny. Do tego mniej słynnego znajdującego się w miejscowości Martin Brod GPS wyznacza nam drogę  absurdalnie naokoło, ale z niej nie korzystamy – wybieramy najkrótszą, bo po co jechać kilkadziesiąt kilometrów zamiast jedenastu. No ale tuż za Kulen Vakuf okazuje się dlaczego. Te jedenaście, a w zasadzie mniej kilometrów, jechaliśmy przeważnie na drugim biegu, a asfalt wrócił dopiero tuż przed samym Martin Brodem, natomiast miejscowi dzielnie nas na tej drodze wyprzedzali 🙂 za to zobaczyliśmy tam ładny wodospad, z tylko jedną arabską wycieczką, pokręciliśmy się po okolicy i zjedliśmy absolutnie rewelacyjnego pstrąga wyhodowanego w krystalicznie czystej wodzie. Jeśli myśleliście że przebywanie w Kulen Vakuf daje uczucie bycia na totalnej już prowincji, to chyba nie byliście w Martin Brodzie. Kiedyś Martin Brod znajdował się po prostu w środku kraju. Okolica poprzecinana była drogami, a teraz po większości z nich nie można nawet chodzić, nie mówiąc o jeżdżeniu, ze względu na strefę przygraniczną. W pobliżu nie ma żadnego przejścia granicznego z Chorwacją, mimo że drogi istnieją. Z drugiej strony pewnie pozwala to lepiej chronić przyrodę parku narodowego, zastanawiam się jednak jak wygląda w zimie transport do i z miejscowości oraz jak jej mieszkańcy korzystają chociażby z lekarza.

Jeszcze przed rozpoczęciem się „właściwej” miejscowości Martin Brod, można wybrać się na przechadzkę wzdłuż kanionu rzeki Unac, która wpada do Uny, droga wiedzie śladami częściowo zawalonej drogi.

Nie da się dojść zbyt daleko, bo jeden z tuneli jest zagrodzony siatką.

Po drodze można oglądać takie rośliny.

I takie widoki.

Sam wodospad i jego otoczenie robią całkiem fajne wrażenie, gdyby nie to, że tuż koło niego możemy znaleźć sporo nowo wybudowanych domów. Nie wiem jaki sens ma tak intensywne zabudowanie terenów dookoła niego. Waściciele działek przekierowują drobne odnogi rzeki Uny tak by biegły przez ich podwórko. Może więc tylko tak mi się wydaje że teren parku jest dzięki znacznie okrojonej cywilizacji lepiej chroniony?

Pod wodospadem mogliśmy się też dyskretnie przyglądać jakie wakacyjne treści na swoje portale społecznościowe tworzą bardzo religijni Saudyjczycy, bo razem  z nami zwiedzała go jedna wycieczka. Lubię przyglądać się saudyjskim wycieczkom na wakacjach, bo dla mnie to (momentami odrobinę przerażający) wyjęty wprost sprzed setek lat model społeczny, opakowany w technologię i markowe rzeczy. Będąc totalnym religijnym ortodoksem, trudno mieć takiego na przykład snapchata albo facebooka, skoro większość treści które przeciętni ludzie na nich publikują (gdzie i z kim się spotkali, co wypili i co zjedli) jest dla tak pojmowanego islamu mocno niesłuszna. Prozaiczna rzecz jak zamieszczenie zdjęcia swojej rodziny na wakacjach pod wodospadem w tym przypadku jest niemożliwa do wykonania, skoro kobiet w takim absurdalnie posegregowanym społeczeństwie nie wymienia się nawet z imienia (co najwyżej określa się je grzecznościowo poprzez formę kunja, jeśli kobieta urodzi potomka), zaś twarzy kobiet nie zna nikt obcy poza najbliższą rodziną, co dopiero mówić o ich fotografowaniu. Jak więc wrzucić do internetu film z wakacji, tak by wszyscy mogli odnotować naszą obecność w jakimś egzotycznym miejscu, ale przy okazji nikogo nie pokazać? Potrzeba stworzenia treści i wrzucenia ich w internet jest jednak tak samo silna dla wszystkich, niezależnie od wyznania (takie teraz mamy czasy) i zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie. W tym przypadku można przecież sfilmować sam wodospad recytując w tle własnym głosem surę Koranu i już treść wakacyjna jest, w dodatku spersonalizowana. Pan przy nas z początku trochę się krępował, ale potem przestał na nas zwracać uwagę. Szczelnie zasłonięta kobieta z dziećmi stała „po stronie kamery” by przypadkiem nie dać się sfilmować. Myślę że koniec końców film wyszedł mu całkiem ładny. Z jednej strony bardzo podoba mi się podejście „niemącenia sobą” ładnych widoków, bo ileż można oglądać zdjęć kogoś na tle czegoś. Z drugiej strony przeraża mnie pomysł przejścia przez życie w sposób całkowicie anonimowy, w dodatku miało by się to odbywać z tak pojmowanego szacunku do mnie.

Wielki wodospad na Unie (Veliki wodopad na Uni).

Woda jest bardzo czysta i mocno natleniona i mogą rozwijać się w niej przeróżne rośliny.

Niektóre tylko sezonowo jak wody jest więcej.

Wodospady Štrbački buk

Tam już niestety nie da się uniknąć tłumów. Do wodospadów, mimo że położonych w środku niczego, cały dzień ciągną prawdziwe tłumy.  Są do nich dwie drogi dojazdowe jedna od strony Bihacia, a druga od wsi Orašac położonej bardzo blisko Kulen Vakuf. Obie nie są asfaltowe.  Ta od strony Bihacia ponoć jest odrobinę górzysta, ale nią nie jechałam. Postanowiliśmy zostawić samochód tuż za Orašacem i przejść się pieszo jednak cały czas wymijały nas wolno jadące kolejki samochodów. Wzdłuż rzeki co jakiś czas znajdowały się zadaszone grzybki i miejsca do biwakowania i grillowania złowionych ryb, ale trochę średni to biwak, gdy samochody przez cały dzień nieustannie jeżdżą i śmierdzą tuż za plecami. Niestety arabscy wycieczkowicze muszą dotrzeć samochodami pod samą odwiedzaną atrakcję. Dodatkowo po bardzo miejscami wąskiej drodze jeździły busy z przyczepami wioząc pontony i amatorów spływów po rwącej rzece. Przez cały dzień można się było nieźle zakurzyć, gdyż byliśmy chyba jedynymi osobami które postanowiły pójść tam na piechotę. Za to mogliśmy skorzystać z gościnności mieszkańców po drodze, bo przy wodospadach mieści się jeszcze jedna mikroskopijna miejscowość, której nazwy nie ma na google maps ale jak przybliży się ją odpowiednio to widać nawet domowe pensjonaty w środku niczego. W jednym z nich postanowiliśmy zatrzymać się na kawę, przy okazji dostaliśmy też ciasto. Zamieszkiwał w nim niedawno owdowiały Bośniak zasobny w niemiecką emeryturę, który spędzał tu cieplejszą część roku a na zimę wracał do dzieci do Niemiec. Właściciel pensjonatu celowo umieścił na nim parasole i kaseton reklamowy lokalnego piwa Preminger, byleby tylko nie zatrzymywali się u niego Saudyjczycy. Nie rozumiał dlaczego do ich wioski od jakiegoś czasu zaczęło przyjeżdżać ich tak dużo i określał ich mianem inwazji, oraz narzekał na ich ciasne horyzonty umysłowe i religijne, oraz kupowanie ich kraju za petrodolary. Patrząc na to jak wygląda przeciętny kraj w większości składający się z pustyni, w którym temperatury dochodzą do najwyższych na świecie, spodziewam się że wycieczka nad wodospad musi być właśnie tym czego szuka się na zagranicznych wczasach, zwłaszcza jak większość innych atrakcji jest z jakiegoś powodu niesłuszna. Stąd nad wodospadami całe tłumy arabskich wycieczkowiczów, zarówno indywidualnych rodzin z kierowcą jak i większych zgrupowań. Ten wodospad jest już na tyle popularny, że staje się coraz bardziej „obudowany” w kioski z pamiątkami, lodami, miodem, pocztówkami i wszelkim innym badziewiem. Masowa turystyka zaczyna powoli się wykluwać. W końcu kraj jest mały i da się dotrzeć tutaj z Sarajewa na jednodniową wycieczkę, co pewnie wiele osób robi.

Po drodze z Orašaca do Strbačkiego Buku mijamy takie widoki.

Z jednej strony mamy piękną rzekę, za nami cały czas jeżdżą samochody na szczęście wolno.

Woda ma bogate życie wewnętrzne. Niestety turystyka samochodowa powoduje wyrzucanie śmieci przez okna samochodów i w rzece oprócz pięknych roślin dość często można spotkać różnego rodzaju plastik.

Spływy odbywają się przez cały dzień.

Jedno jest pewne, niezależnie od tego czy lubicie mieszkać na totalnej prowincji, łowić ryby, uprawiać spływanie pontonem albo patrzenie na przelewającą się lub płynącą wodę, bądźcie ostrożni przyjeżdżając do Kulen Vakuf, bo potem już nigdzie nie zdążycie pojechać no i potem nigdzie nie będzie Wam się podobało tak jak tam. Ja się wręcz uzależniłam.

Pięć moich ulubionych węgierskich kąpielisk

Na węgierskie kąpieliska jeżdżę regularnie przeszło siedmiu lat i na pewno odwiedziłam ponad dwadzieścia z nich. Obowiązkowo co najmniej raz do roku muszę zaliczyć pobyt w mineralnych wodach, najlepiej połączony z odwiedzeniem przy okazji jakiegoś słynnego winiarskiego regionu Węgier. Bez tego nie da się w moim przypadku, powiedzieć o „właściwie spędzonym” długim weekendzie czy wakacjach. Uwielbiam moczyć się w wodzie, która zamiast chlorem pachnie różnymi minerałami i czuć ich zapach na skórze nawet długo po wyjściu z niej (i spłukaniu się normalną wodą). Wizyta na jakimś kultowym węgierskim kąpielisku, to także absolutnie świetny pomysł na swego rodzaju podróżniczy „stop-over” w drodze na Bałkany. Z prawdziwą zgrozą i niedowierzaniem słucham o Polakach, którzy co roku tak pędzą do swojej umiłowanej Chorwacji (łamiąc po drodze wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego), że na Węgrzech nawet się nie zatrzymują. To wielki błąd i wielka szkoda. Rozumiem że części z nich nie da się pomóc, ale mam nadzieję że przekonam chociaż jedną osobę, o tym że po drodze do swojej umiłowanej Chorwacji będzie miała możliwość poobcowania przez moment z prawdziwą z „kulturą łaźniową”, której u nas niestety ze świecą szukać. Niemniej jednak pobyt na kąpielisku trwający dłużej niż pełne dwa dni, wywołuje u mnie lekkie znudzenie, więc nie jestem w stanie siedzieć w takim miejscu kilku dni pod rząd, bo preferuję bardziej aktywne spędzanie czasu, jednak dwa dni moczenia się w wodzie to dla mnie obowiązkowy, wspaniały i bardzo przyjemny punkt „do odhaczenia” którym właśnie zamierzam się z Wami podzielić.

Ilość termalnych kąpielisk na Węgrzech potrafi przyprawić o zawrót głowy. Węgry mają jedne z największych w Europie (po Islandii) zasoby wód termalnych. Źródeł jest ponoć około 1300, a w samym Budapeszcie około 80. W pewnej informacji turystycznej pewnego razu otrzymałam mapę Węgier z samymi tylko leczniczymi kąpieliskami wszelakiego typu i muszę stwierdzić, że cały kraj jest dosłownie nimi pokryty. Wystarczy zresztą przekonać się o tym wpisując w google frazę „thermal fürdő” i ocenić efekty. Myślę że, pomijając kwestię zasobności kraju w termalne źródła, w dużym stopniu jest to efekt tureckiej okupacji. Kultura łaźni na terenie Węgier bierze swój początek właśnie stamtąd – wynalazek tureckiego hammamu podbił spory kawałek świata. Wszędzie tam gdzie pojawili się Turcy razem z nimi pojawiały się także charakterystycznie pokryte kopulastymi dachami łaźnie, do których kobiety i mężczyźni chodzili w wyznaczone dni. Z takich zachowanych tureckich łaźni możemy skorzystać w Egerze i Budapeszcie.

Na kąpielisku można nawet spać, ale…

Omijam kąpieliska w których zamiast atmosfery jak z cesarsko-królewskiego uzdrowiska, dominuje dudniąca muzyka, gigantyczne plastikowe zjeżdżalnie i inne tym podobne rozwiązania.  Jeżdżę raczej na takie  bardziej „uświęcone tradycją”, niż te przypominające wodne parki. Czasem zdarza się jednak, że miejsce w którym jestem, mimo tego że teoretycznie jest mineralnym kąpieliskiem, bardziej niestety przypomina aquapark. Niestety taka tendencja zaczyna powoli dominować – zdaniem niektórych najwyraźniej nie da się już zrelaksować bez tego typu „ulepszeń”. Postaram się opisać więc tylko te kąpieliska w których ta tendencja jeszcze nie przeważa i które moim zdaniem są bardziej udane. Polecę Wam kilka miejsc, o których i tak dowiedzielibyście się z internetu, ponieważ są dość mocno znane i rozpoznawalne, a które warto rozważyć jako interesujący węgierski przystanek na przykład w drodze na Bałkany.

Kąpielisko może być przystankiem w sensie całkowicie dosłownym – wiele z nich jest połączonych z kempingami i w cenie noclegu otrzymujemy także wejściówkę na baseny, więc jeśli dysponujemy namiotem (albo jedziemy kamperem) możemy na takim przykąpieliskowym kempingu zanocować. Oczywiście w nocy lecznicze wody są nieczynne, nic nie stoi jednak na przeszkodzie żeby pójść tam wcześnie rano i rozkoszować się prawie zupełnym brakiem ludzi. Uwaga! Jeśli jednak nieopatrznie wybierzemy któryś z niezwykle popularnych wśród naszych rodaków kempingów we wschodniej części Węgier, to przez całą dobę, zamiast relaksować się na łonie natury i słuchać śpiewu ptaków, będziemy mieli okazję zapoznawać się z dudniącą, puszczaną na cały regulator, prymitywną muzyką, przy akompaniamencie wykrzykiwanych po polsku przekleństw. Nie mam pojęcia czemu kilka miejsc we wschodnich Węgrzech to prawdziwa mekka turystyczna, bardzo specyficznie zachowujących się rodaków, którzy zajmują się na nich głównie konsumowaniem przywiezionego z kraju alkoholu. Co ciekawe nie miałam takich przykrych doświadczeń z kąpieliskami położonymi na zachodzie Węgier, tam jednak Polacy znajdują się w wyraźnej mniejszości, a najwięcej gości to niemieccy i austriaccy emeryci, którzy przyjeżdżają na długie tygodnie. Dlatego po trzech zdecydowanie nieudanych postojach na kąpieliskowych kempingach, na wschodzie kraju, chyba raz na zawsze odpuszczę sobie tą dość traumatyczną „atrakcję”, mimo tego że mam tam relatywnie blisko.

Harkány

Nazwa miejscowości prawie nie do wymówienia 🙂 nie dajcie się zwieść zapisowi – wymowa jest zupełnie inna. Idealnie wręcz nadaje się na przystanek po drodze, bo otoczona jest dookoła bardzo interesującymi miejscami. Miejskim autobusem dojedziemy stąd do Peczu, a ekstremalnie blisko jest też stamtąd do Villanyi  – najbardziej cenionego przez samych Węgrów i i koneserów wina, regionu winiarskiego, produkującego wina czerwone. Tuż obok Harkány jest też całkiem ciekawy zamek w Siklos. Tak więc nie musimy siedzieć całego dnia na kąpielisku, mamy też możliwość aktywnego pokręcenia się po okolicy. Woda w Harkány pachnie cudownie, a jej zapach na długo wżera się w skórę. Wody są bardzo bogate w siarkę, a źródło ma temperaturę 62 stopni. Kąpielisko ma długą historię bo pochodzi z 1823 roku. Obecnie leczy się tu schorzenia reumatyczne, problemy ze stawami, oraz choroby skórne i schorzenia ginekologiczne. Kąpielisko jest czynne cały rok a na jego terenie znajduje się 7 basenów. Są też zjeżdżalnie i tego typu atrakcje, ale  część lecznicza jest oddzielona i trzeba do niej wykupić osobny bilet. Harkány odwiedza milion turystów rocznie, bo jest to jedno z najsłynniejszych węgierskich kąpielisk. Faktycznie na kąpielisku można usłyszeć bardzo dużo różnych języków także spoza Europy. Jest tłoczno, na szczęście część lecznicza jest odrobinę spokojniejsza, jeśli jednak szukamy bardzo spokojnego i nieco prowincjonalnego miejsca, w którym na kąpielisku jest maksimum kilkadziesiąt osób, to zdecydowanie nie powinniśmy tutaj jechać. Warto jednak wybrać to miejsce bo jest idealnym przystankiem w drodze do Bośni, a bliska odległość od Villany to atut, którego w żaden sposób nie da się przebić.

Harkany. To ta mniej oblegana część lecznicza.

Część lecznicza widziana z góry.

Kilka zdjęć, które mają Was zachęcić do zatrzymania się w tej okolicy. Piwczniki winne w Tetiye – dzielnicy Peczu.

A to wcale nie Maroko, tylko katolicka katedra w Peczu. Wnętrze jest bardzo orientalne.

A tak katedra w Peczu wygląda z zewnątrz.

W Siklos znajduje się całkiem przyjemny zamek.

Z takimi oto malowidłami.

A to piwniczki winne w Villanyi, argument absolutnie koronny, by zostać w tym rejonie jak najdłużej 🙂

Heviz

Kolejne niesamowicie słynne i historyczne kąpielisko. Już w 1795 roku hrabia Festetics György, zapoczątkował rozwój kąpieliska na jeziorze. W 1905 roku właścicielem tego terenu został browarnik z Kesztehely Vencel Reischl, który znacznie rozbudował i unowocześnił infrastrukturę kąpieliska.  W efekcie jego działań, w 1911 roku Heviz uzyskało status kąpieliska leczniczego.

Szczególnie chyba upodobane przez Rosjan, odrobinę snobistyczne, kosmopolityczne i przeznaczone dla ludzi o nieco zasobniejszym portfelu. Kiedy tam byliśmy na ulicach non stop słychać było rosyjski. Heviz to największe termalne kąpielisko na Węgrzech i przy okazji drugie co do wielkości termalne jezioro na świecie. Strumień wody jest tak duży, że wypływając rozlewa się,  tworząc duże na ponad 4 hektary głębokie jezioro, w którym cała woda wymienia się co 72 godziny. Woda w jeziorze krąży cały czas, ponieważ ciepła wypływa spod ziemi i przemieszcza się ku górze, ostatecznie osiągając temperaturę odrobinę niższą od temperatury ludzkiego ciała. Jej skład jest ponoć optymalny. To unikatowa kompozycja substancji alkalicznych i gazowych. Zawiera sodę, siarkę, wapń, magnez, siarkowodór, kwas węglowy, metan oraz związki radu. Nad jeziorem cały czas unoszą się opary które również mają właściwości lecznicze i tworzą unikalny mikroklimat. Dzięki nagazowaniu i optymalnej temperaturze, woda ta ponoć rewelacyjnie wnika w skórę.

Miejscowość jest tak znana i słynna, że posiada nawet własne lotnisko – przylatują tu samoloty z Budapesztu. Strona internetowa uzdrowiska, wyjątkowo jak na Węgry, występuje w wielu językach. Przyzwoicie zrobiona jest nawet wersja w języku polskim, gdzie można na przykład poczytać sobie o całkiem interesujących legendach związanych z jeziorem. Leczy się tutaj prawie wszystko: choroby układu mięśniowo-szkieletowego, reumatyzm, infekcje wewnętrzne, choroby kobiece, schorzenia tarczycy, różnorakie zaburzenia pracy i poszczególne narządy układu pokarmowego i wiele innych schorzeń, których nie sposób wymienić.

Kemping położony jest w bardzo korzystnym miejscu, tuż obok termalnego jeziora nad wypływającą z niego rzeczką, więc mineralne opary całą dobę się nad nim unoszą. Mimo to na samym kąpielisku podobało mi się średnio z jednej przyczyny. Jezioro jest bardzo obszerne i głębokie – miejscami ma ponad 38 metrów głębokości. Nie ma tam żadnego miejsca, gdzie można poczuć dno pod stopami, a moja miłość do wody kończy się właśnie na takiej głębokości. Na szczęście jest tam jeszcze jedna atrakcja a mianowicie błotna kąpiel. Ma formę odrębnie wydzielonego sporych rozmiarów płytkiego basenu z borowiną, w której stoi się mniej więcej na głębokość ud a mętna i czarna woda sięga nam mniej więcej do wysokości piersi. Lepiej tam nie wchodzić w jasnym stroju kąpielowym, z mojego ślady przebywania w Heviz znikły chyba po miesiącu. Całe dno jeziora pokryte jest 1,7 metrową warstwą leczniczej borowiny, o oszałamiającym mineralnym zapachu, która znakomicie oddziałuje na skórę. Warto więc sięgnąć ręką, wyjąć sobie trochę błota i posmarować nią wystającą z wody resztę ciała – robi tak większość osób, więc basen wygląda jak zasiedlony przez błotne potwory 😉 . W borowinie dość ciężko się poruszać więc żeby przejść cały basen kilka razy, można nawet nabawić się lekkich zakwasów. Babranie się w błocie z Heviz wspominam jako rewelacyjne doświadczenie.

Dookoła termalnego jeziorka rozciąga się taka oto gęstwina drzew.

Termalne jezioro Gyogy i kąpielisko termalne w Heviz.

Rośnie tutaj gatunek lilii wodnej występujący w Indiach. Wody jeziora są tak ciepłe przez cały rok, że swobodnie dają one radę przeżyć w naszym klimacie.

Kąpiele w borowinie.

Heviz leży niespełna 10 kilometrów od Balatonu. Więc oprócz samej miejscowości jest mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Na przykład balatońskie rejony winiarskie, położony tuż obok zamek w Kesztehely, czy samo słynne jezioro. Miejscowość posiada ogromne zaplecze noclegowe, oraz własną dzielnicę winnych piwniczek. Jest modnym i drogim kurortem.

Miszkolc

Kąpielisko w Miszkolcu zwane Barlangfürdő to kolejny unikat. Źródło mineralne wypływa tu z  wnętrza jaskini, która jest na tyle obszerna, i wysoka że stanowi naturalne zadaszenie. Kąpielisko ma około 150 metrów długości. Jaskinia była znana już od XIII wieku. Nieopodal wylotu jaskini, istniało wtedy opactwo benedyktyńskie, które stało w tym miejscu do XVI wieku, kiedy to zostało zburzone przez Turków. Od tego momentu Tapolca stała się miejscem niezamieszkanym. w 1743 roku podjęto pierwsze próby leczenia ludzi wodą tryskającą z jaskini – zbudowano w tym miejscu drewnianą łaźnię. W XIX wieku zastąpiono zniszczony budynek nowym, a od przełomu wieków XIX i XX rozpoczęła się kariera Tapolcy jako popularnego kurortu. Przez cały ten czas ludzie korzystali z dobrodziejstw mineralnej wody poza jaskinią. Kąpielisko w jaskini istnieje dopiero od 1959 roku. Od 1950 roku Tapolca stała się dzielnicą Miszkolca. Woda ma temperaturę 28-35 stopni, zawiera związki wapnia, magnezu, jod, brom, oraz niewielkie ilości kwasu mataborowego i metakrzemowego. Stosuje się ją w leczeniu: chorób układu ruchu i stawów, problemów z przemianą materii, nerwic oraz wyczerpania fizycznego i psychicznego. Woda pachnie zdecydowanie mniej intensywnie w porównaniu z Harkany, na skórze zostaje bardzo słaba woń mineralnej kąpieli, więc skoro komuś przeszkadza że na drugi dzień pachnie siarką, w Miszkolcu nie będzie odczuwał tego typu nieprzyjemnych doznań. Ja mam odwrotnie i lubię gdy moja skóra pachnie w ten sposób jak najdłużej.

Kąpiel w jaskini w Miszkolcu to również dość unikatowe i przyjemne doświadczenie. Jaskinia jest w wielu miejscach w bardzo estetyczny sposób podświetlona, żeby wydobyć z jej naturalnego ukształtowania wszystkie możliwe atuty. Czasem w korytarzach włączany jest dość intensywny prąd wody z którym można się trochę posiłować. Bardzo klimatyczne są też skalne korytarze którymi przechodzi się z jednej części jaskini do drugiej. Natomiast odrobinę przeszkadza mi temperatura wody, bo jak dla mnie jest nieco zbyt niska. Sporą wadą kąpieliska jest też stosunkowo niewielki wybór w miarę zdrowych opcji jedzeniowych – w kąpieliskowej restauracji dość marnie wyglądające jedzenie, składające się z gotowców i mrożonek, w kółko grzeje się w bemarach. Będąc tam, zawsze pod koniec jestem okropnie głodna.

Za to przed kąpieliskiem rozciąga się ogromny i piękny park, w którym opcji jedzeniowych mamy bardzo dużo i od biedy da się zjeść coś co nie jest ani mięsem ani fast foodem, co na Węgrzech wcale takie łatwe nie jest, o czym można poczytać w moim poście o jedzeniu na Węgrzech.

Kąpielisko dosłownie leży u podnóża Gór Bukowych, w których mamy możliwość pochodzenia po starym bukowym lesie. Kiedyś cała Europa była porośnięta takimi właśnie lasami, które w niczym nie przypominają „fabryk drewna” z idealnie równo nasadzonymi sosnami znanych z naszych czasów. W tym klimacie bukom żyje się bardzo dobrze, taki las jest o wiele ciemniejszy i bardziej klimatyczny. Bardzo blisko jest również z Miszkolca do Egeru. Jako przystanek po drodze na wakacje, Miszkolc może nie jest idealny, bo (przynajmniej ode mnie) jest położony w stosunkowo niedalekiej odległości, ale dookoła jest tyle interesujących rzeczy, że pobyt w tym rejonie jest wart osobnego krótkiego wyjazdu (jeśli jeszcze ktoś nie był).

Miszkolc kąpielisko Barlangfurdo – wejście do jaskini.

W takim naturalnym wnętrzu można o wiele lepiej się zrelaksować.

Korytarz między dwiema częściami jaskini.

Park zdrojowy z jeziorkiem.

Makó

Uwielbiam nieco zapomnianą prowincję i jeśli chcecie znaleźć się w miejscu, będącym totalnym przeciwieństwem hałaśliwego, popularnego i odrobinę snobistycznego (a miejscami tandetnego) kurortu w rodzaju Heviz, Makó będzie świetnym wyborem. Jest to po prostu urokliwe, prowincjonalne i spokojne miasteczko i w dodatku całkiem ładne. Słynie z największej jak na Węgry ilości słonecznych dni w roku, oraz upraw czosnku i cebuli. Jako lokalną ciekawostkę przytoczyć należy fakt że to właśnie w Makó w 1847 roku, urodził się słynny Joseph Pulitzer, znany z literackiej i dziennikarskiej Nagrody Pulitzera. Społeczność żydowska w mieście była bardzo liczna, o czym świadczy sporych rozmiarów synagoga. W Makó jest bardzo przyjemnie i kameralnie, za to kąpielisko Hagymatikum jest jednym z najważniejszych i największych na Węgrzech. Leczy się tutaj schorzenia reumatyczne, problemy z kręgosłupem, choroby układu nerwowego, paraliże nerwów i atrofię mięśni. Błoto z płynącej w miejscowości rzeki Maros posiada właściwości identyczne jak błoto z Morza Martwego. W uzdrowisku wykonuje się także liczne zabiegi z jego udziałem.

Uwagę zwraca interesująca architektura kąpieliska, autorem budowli jest słynny węgierski architekt Imre Makovecz – przedstawiciel nurtu architektury organicznej, czyli architektury wyzwolonej od wpływów historyzmu, a szukającej inspiracji w kształtach pochodzących wprost z natury. Makovecz to niezwykle wpływowa postać węgierskiej architektury i autor wielu znanych budowli w całym kraju. Piszą o nim, że jego styl był podwaliną węgierskiego stylu stawiania państwowych budowli po upadku komunizmu. Wszystkie budowle jego autorstwa w Makó mają nawiązywać do form uprawianych w okolicy roślin, czyli na przykład przypominać wielką cebulę. Jest to z pewnością interesujące i budzi pewien podziw za próbę wytyczenia nowej i oryginalnej stylistyki węgierskich kąpielisk, ale wywołuje u mnie mieszane uczucia. Budowle są jak na mój gust dość interesujące, lecz podobałaby mi się znacznie bardziej, gdyby głównym założeniem była tutaj większa oszczędność środków wyrazu. Projekty Makovecza są może ładne w szczegółach ale ich bryła jest dla mnie przegadana. Z jednej strony czuję się w nich dobrze, lecz z drugiej coś mi w nich przeszkadza. Jak dla mnie większa siła tkwi w dobrze przemyślanej prostocie, natomiast w budowlach Makovecza mnogość szczegółów architektonicznych odrobinę mnie przytłacza i zawsze mam wrażenie że autor budowli nieco przesadził. Wybujała i mocno wyróżniająca się forma wygląda odrobinę pretensjonalnie wśród XIX wiecznych kamienic. Jest więc w tym coś wyjątkowego, ale w całości jakoś tego „nie kupuję”. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. W Mako znajduje się też wysoko zawieszona stalowa kładka będąca jednocześnie ścieżką przyrodniczą, z której można podziwiać przyrzeczne chaszcze rosnące na brzegach rzeki Maros i w najwyższym jej miejscu zjechać na sam dół spiralną zjeżdżalnią.

Kąpielisko w Mako.

Uwagę przykuwają kolumny z twarzami.

Nie jestem do końca pewna czy w takiej scenerii można wypocząć.

Chociaż w pewien sposób na pewno wygląda to ciekawie.

Budynek mocno wyróżnia się na tle okolicy. W niektórych detalach wygląda bardzo ładnie.

A to wisząca kładka wśród przyrzecznej roślinności.

Przypominająca azjatyckie „canopy walk” rozwieszone w dżungli.

Zresztą roślinność południa Węgier trochę dżunglę przypomina.

Wygląda to bardzo relaksująco. Warto się tam wybrać z dziećmi. Z najwyższego punktu kładki można zjechać plastikową zjeżdżalnią na sam dół.

Hajdúnánás

Z Hajdúnánás nie mam żadnych zdjęć, ponieważ akurat wtedy zupełnie nie chciało mi się ich robić. Byłam tam stosunkowo krótko, ale wygląda na to, że jeszcze z pewnością tam wrócę, więc będę mieć szansę by je zrobić. To całkiem niezły punkt przystankowy w drodze do i z Rumunii. Wystarczy pobyć tam chwilę, by zorientować się, że jest to miejsce o długich tradycjach i potencjale uzdrowiskowym. Ogromne złoża wód leczniczych odkryto tu już w latach 30., a kąpielisko istnieje od lat 50. XX wieku. W 2003 roku przeszło gruntowną przebudowę. Kąpielisko otacza duży 14 hektarowy park. na którym jest także hotel i kemping. Woda z Hajdúnánás wykorzystywana jest do leczenia leczenia chorób reumatycznych, układu mięśniowo-szkieletowego i kobiecych. Miasteczko jest w miarę spokojne i kameralne, bo wszyscy pragnący rozrywek innego typu, jadą do leżących bardzo blisko Hajdúszoboszló lub Sóstófürdő. Tak więc największą zaletą miejscowości i kąpieliska jest jego położenie. Obok znajdują się znacznie bardziej słynne miejsca, dzięki temu w Hajdúnánás panuje względny spokój. Nie dość że miejscowość znajduje się dosłownie „na środku niczego”, a drogi dojazdowe do niej są bardzo, bardzo niskiej kategorii, to jeszcze samo kąpielisko znajduje się daleko od centrum miasteczka. Więc jak będziemy moczyć się w wodzie, naszego spokoju nie będą burzyć przejeżdżające tuż obok stada ciężarówek – położone tuż obok kąpielisk drogi tranzytowe, to gdzie indziej niestety dość popularne zjawisko. Hajdúnánás to nie grozi, gdyż nikomu nie zechce się raczej tłuc się właśnie tamtędy dziurawymi drogami.

Dodatkowym plusem jest możliwość zjedzenia w mieście czegoś porządnego. W centrum Hajdúnánás znajduje się bardzo sensowna jak na węgierską głęboką przygraniczną prowincję, restauracja o nazwie (oczywiście) Magyaros, która wyróżnia się (przynajmniej w momencie w którym to piszę) dość wyjątkowym jedzeniem. Horyzonty kucharza wybiegają znacznie dalej niż frytura i niezdrowa smażelina. W tym przypadku moje narzekania na brak sensownych i w miarę zdrowych opcji jedzeniowych na szczęście można włożyć między bajki. Z Hajdúnánás będziemy mieć bardzo blisko do parku narodowego Hortobagyi.

Wszystkie węgierskie kąpieliska, które lubię szczególne mocno (tak bardzo, że nie chcę się nawet dzielić informacjami o nich), posiadają kiepskie drogi dojazdowe i leżą ogólnie rzecz biorąc „nie po drodze”. Dzięki temu właśnie tak bardzo mi się one podobają. To powinna być wskazówka, jaką warto kierować się w wyborze miejsc do leniwego i spokojnego spędzania czasu na Węgrzech. Hajdúnánás jest jeszcze na tyle znane, że i tak byście łatwo je wygooglali, więc postanowiłam umieścić je w tym poście. Mam jeszcze kilka takich kąpielisk w zanadrzu i zachęcam, byście na własną rękę i spontanicznie jeździli do mniej znanych i popularnych wśród naszych rodaków miejsc, które nie są wymieniane na popularnych stronach internetowych.

Co zobaczyć w Płowdiwie

W Płowdiwie byłam ekstremalnie krótko (bo tylko jeden dzień), więc za bardzo nie wypada bym się o nim w ogóle wypowiadała. Jednak to co przez ten krótki czas zobaczyłam, zapowiadało się rewelacyjnie. To zdecydowanie godne polecenia miejsce. dlatego postanawiam wyjątkowo napisać o miejscu odwiedzonym na szybko i mocno pobieżnie. Więc zapraszam do Płowdiwu z perspektywy totalnego w tym temacie ignoranta. Zazwyczaj pewnie też nim jestem, ale: staram się mimo wszystko przesiąknąć miejscem, które chcę uwiecznić na blogu i trochę w nim pobyć na spokojnie. Tym razem gdyby nie dosyć poważne problemy zdrowotne i różne inne dziwne oraz niewytłumaczalne przygody, które przytrafiły się nam podczas wyjazdu, przez co straciliśmy aż trzy dni, z pewnością zostałabym tutaj dłużej. Niemniej jednak, dobrze że w ogóle udało nam się do Płowdiwu dotrzeć, bo teraz wiem że tutaj na pewno wrócę.

W porównaniu z Sofią Płowdiw przedstawia się znacznie przyjemniej. Oczywiście posiada, jak to w Bułgarii, komunistyczne blokowiska i ponoć największą w całej Bułgarii romską dzielnicę-getto. Cała reszta wygląda jednak ogromnie na plus – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę atmosferę pewnej prowincjonalności. Trzeba przyznać że jest tu spokojnie i przyjemnie Płowdiw to nie gigantyczna metropolia, w której korki trwają całą dobę, a miasto nigdy nie zasypia. Z wyjątkiem knajp w centrum, życie płynie spokojnym torem, zwłaszcza podczas wakacji, gdy miasto opuszczają liczni studenci. Ilość turystów również nie męczy, Płowdiw chyba dopiero czeka na turystyczny sukces, ale lepiej chyba mu tego nie życzyć, by zrobiło się tu jak w Budapeszcie gdzie turystyka zajmuje kolejne kwartały i wypiera normalne życie. W mieście znajdziemy dużo rzeczy do zobaczenia i przeżycia, w końcu to kulturalna stolica Bułgarii. Wiele historycznych epok i różnych kultur nieustannie styka się tutaj ze sobą i łączy, tworząc zupełnie nową jakość. W dodatku jest przepięknie położone na siedmiu wzgórzach, więc teren jest mocno pofałdowany. Z tego co mocno pobieżnie udało mi się zobaczyć Płowdiw musi być świetnym miejscem na leniwe trzy dni włóczenia się po: odważnie poprowadzonych stromych i wąskich uliczkach, mnóstwie knajp, ciekawych muzeach, świątyniach wielu religii, antykwariatach i autorskich sklepikach w dzielnicy artystycznej. W ciągu jednego dnia zdążyliśmy tylko przebiec jak szaleni po kilku starych dzielnicach, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tak wyglądać powinno  prawdziwe „zwiedzanie”. Jako że bardzo dawno już niczego takiego nie robiłam, od razu stwierdzam, że wybitnie do czegoś takiego nie mam kondycji. Po jednym takim dniu byłam wykończona. Współczuję uczestnikom wycieczek mocno zorganizowanych, bo w taki sposób to już w ogóle nie da się o niczym czegoś sensownego dowiedzieć.

Architektoniczny misz-masz

Włócząc się po mieście możemy na przestrzeni kilkuset metrów natknąć się na imponujące pozostałości z czasów rzymskich, tradycyjną bułgarską architekturę, piękne osmańskie budowle,  dziewiętnastowieczne kamienice, oraz komunistyczne bloki. To wszystko doprawione jest całkiem świeżym i przyjemnym streetartem i odrobiną bałkańskiego bałaganu. Jedno ładniejsze od drugiego. W to wszystko poutykane są ciekawe knajpki i rewelacyjne antykwariaty.  Niechcący i zupełnie z marszu udaje nam się zakwaterować w bardzo tanim i bezproblemowym Hostel The House w samym centrum miasta, dzięki czemu rzut beretem mamy zarówno do artystycznej dzielnicy Kapana jak i do najstarszej części miasta na wzgórzu Newet Tepe (Небет тепе).

Co chwilę spotykamy jakieś wystające z ziemi antyczne ruiny starożytnego Filipopolis. Wszystko jest mozliwie jak najdokładniej obudowane współczesną miejską tkanką.

Tradycyjne bułgarskie domy w okolicy wzgórza Newet Tepe.

A to słynny dom Bałabanowa (Балабанова къща) wejść do środka oczywiście nie mieliśmy czasu, (och jak ja tak nie lubię).

A po lewej stronie widzimy kolejny zabytek słynną bramę Hisar Kapija (Хисар капия)

A to Meczet Piątkowy czyli Централна джамия, z przesympatycznym gospodarzem, który zapalił nam wszystkie możliwe światła i zrobiło się jasno jak w dzień.

Dopytywał czy przypadkiem nie potrzebujemy by opowiedział nam historię meczetu i wytłumaczył co się w nim znajduje – ale nie mieliśmy czasu (a resztę wiemy).

Meczet Piątkowy pięknie podświetlony w nocy.

Warto pójść do meczetu piątkowego, bowiem na dole znajduje się rewelacyjna turecka cukiernia, gdzie możemy skosztować wszelkich możliwych tureckich słodyczy. Jest tak słynna że w najbardziej newralgicznych momentach, ustawia się kolejka chętnych na stolik.

Nie lubię sytuacji kiedy mam tak mało czasu, że muszę biegać od miejsca do miejsca, nie mając czasu sobie spokojnie usiąść, zjeść coś lokalnego, porozmawiać z przypadkowo spotkanymi osobami. Przez to straciliśmy kilka okazji do ciekawej rozmowy, bo „obowiązki turystyczne” niestety wzywały nas mocniej. Cóż poradzić skoro klimat w mieście taki ładny i z drugiej strony szkoda by było wcale po nim nie pobiegać.

Cerkiew Konstantyna i Eleny pięknie wygląda z zewnątrz niestety – nawet nie byliśmy w środku. Następnym razem. Na pocieszenie wpadliśmy do kilku innych cerkwi.

A to sklep z ikonami – wybór może nieco oszołomić, podobne sklepy i kramy znajdziemy w Sofii pod soborem Aleksandra Newskiego. Ikony są malowane ręcznie ale średnio ładnie i dokładnie :-/

Całość mieszanki stylów i epok w Płowdiwie, uzupełnia też architektura z czasów komunizmu.

Sporo w mieście ciekawie wyglądających socrealistycznych murali.

Rewelacyjnie prezentuje się też artystyczna dzielnica Kapana, pełna mikroskopijnych kamieniczek, w których na parterze mieszczą się galerie sztuki i autorskich sklepy z ubraniami, rękodziełem sztuką i designem. To jest właśnie ten moment, kiedy już jest bardzo ładnie i interesująco, a jeszcze nie jest upiornie drogo i snobistycznie. Bułgarzy dopiero całkiem niedawno dostrzegli turystyczny potencjał zapuszczonej dzielnicy i dali jej drugie życie. Dzięki temu centrum Płowdiwu jest niezmiernie zróżnicowane, bo w tej dzielnicy klimat panuje  iście unikatowy. Kapana jest zupełnie odmienna od typowych dzielnic „starego miasta” w których dominującym typem zabudowy są kaszty, czyli tradycyjne bułgarskie domy. Ta dzielnica to klimat bardziej skłoterski, przy czym panuje tutaj iście młodzieżowy entuzjazm, a nie zachodnioeuropejskie zblazowanie.

Budynek w dzielnicy Kapana. inne prezentują się znacznie bardziej zachęcająco.

Streetart i antykwariaty

Do Płowdiwu warto pojechać by zobaczyć różne formy i odmiany streetartu. Jest go na ulicach bardzo dużo na różnym poziomie. Mnie najbardziej chyba spodobały się malowidła w jednym przejściu podziemnym, bardzo mocno nawiązujące do estetyki ikon. Przy czym były to prawdziwe ikony z pazurem, znacznie ładniejsze niż te ze sklepów i targów dla turystów. Widać że taką estetykę Bułgarzy po prostu mają we krwi. Kolejnym elementem który należy dodać do tej skomplikowanej mieszanki jest antykwaryczne szaleństwo jakie w tym mieście panuje. Tak, zdążyliśmy jeszcze przebiec jak szaleni po kilku rewelacyjnie zapowiadających się antykwariatach. Sklepy ze wszystkim mogłyby być przepięknym tłem do zdjęć  jakiegoś filmu. Z antykwariatami mam ten problem (chyba wszyscy go mają) że zakupione w nich przedmioty przepięknie wyglądające w otoczeniu innych przedmiotów w antykwariacie, już tak pięknie nie wyglądają w moim chaotycznym domostwie. Dlatego teraz już wiem że to pułapka 🙂 i żeby to jakoś wyglądało, musiałabym kupić cały antykwariat, a na to nie mam środków i miejsca 🙂 . Dlatego wolę podziwiać second-handy oraz znajdującą się w nich plątaninę ciekawych przedmiotów – właściciele sklepów mogliby przecież sprzedawać bilety dla osób chcących sobie „popatrzeć”.

Nie wiem o co chodzi, ale mi się podoba.

A to chyba nie streetart tylko „reklama dźwignią handlu” ale wpisuje się w estetykę.

Piękny pokrowiec na samochód – niestety nie wiem o co chodzi (nie zapytałam, bo wiadomo dlaczego).

Osobną historią są antykwariaty pełne najdziwniejszych rzeczy.

Co ccC

Co i gdzie zjeść w Płowdiwie

Co natomiast jadłam w Płowdiwie? Oprócz wizyty w osmańskiej cukierni południową porą,  obawiam się że wyjątkowo nie starczyło czasu by zjeść coś normalnego. Gdy stwierdziłam, że już totalnie umieram z głodu, czynne były już chyba tylko całodobowe budy z burkiem i pizzą 🙂 . To musi być znakomitym dowodem na to że to miasto bardzo zajmujące, do którego koniecznie trzeba zajrzeć.

Baczkowski monastyr

Dzisiaj będzie o rewelacyjnym miejscu w Bułgarii, które koniecznie musicie odwiedzić, jeśli wybieracie się na przykład do Asenovgradu albo Płowdiwu, (o których niebawem również napiszę). Tym miejscem jest monastyr Baczkowski (Бачковски манастир) i rozciągający się koło niego rezerwat przyrody Czerwona Skała (Червената стена) w dorzeczu rzeki Czapełare (Чепеларска река). Podobało mi się tam chyba bardziej niż w najsłynniejszym bułgarskim monastyrze rilskim, ze względu na kameralność i znacznie mniejszą liczbę turystów. Jadąc do monastyru i widząc ciągnące się wzdłuż drogi kramy z pamiątkami, ziołami i ceramiką trojańską, możemy odnieść wrażenie, że całość będzie jakimś turystycznym koszmarem. Na szczęście okazuje się, że to tylko złudzenie, bo spędziliśmy tam czas całkiem spokojnie. Może zawdzięczaliśmy to pobytowi w środku tygodnia?

Turystyka religijna to w krajach prawosławnych ważna część naszych wyjazdów, bo w większości monastyrów w Bułgarii (czy Serbii) za niewielkie pieniądze można przenocować i to w warunkach całkiem komfortowych i pod pewnymi względami nie do pobicia. Najbardziej opłaca się tam nocować ze względu na ciszę. Po zapadnięciu zmroku wszyscy jego mieszkańcy udają się na spoczynek, a mieszkający w monastyrze goście jakoś nie mają odwagi niczym go zakłócać (czyli na przykład hałasować i imprezować). Cisza w dzisiejszych czasach to towar prawdziwie deficytowy, a tutaj za niewielkie pieniądze mamy możliwość dość specyficznego odcięcia się od cywilizacji. Poza tym, nocowanie w zabytku i to w sensie całkowicie dosłownym, to nieraz unikatowe przeżycie.

Do Bachkova przyjeżdżamy przed południem i usiłujemy się zakwaterować. Żeby zamieszkać w prawosławnym klasztorze, prawie zawsze trzeba się trochę nagimnastykować. Nie posiadają one klasycznej recepcji, a nawet jeśli, to i tak nikt stale w niej nie przebywa. Tym razem wszyscy są bardzo zajęci, nikt nie ma czasu powiedzieć nam czy znajdzie się dla nas jakiś pokój, zarejestrować nas i przyjąć pieniądze. Czekamy kilka godzin. Z jednej strony jest to odrobinę irytujące, z drugiej strony mamy szansę przyjrzeć się wszystkiemu na spokojnie. Siedzimy na dziedzińcu klasztornym, na którym rosną niespotykane w Bułgarii gatunki drzew i znajduje się klatka z owcą, która od czasu do czasu żałośnie pobekuje. Okazuje się że codziennie rano z ogromnego stada owiec posiadanych przez klasztor, wybierana jest jedna owca, która spędza czas w klatce na dziedzińcu monastyru, a wieczorem odprowadzana jest z powrotem. Na szczęście ma dostęp do jedzenia i picia. Nie dowiedziałam się o co chodzi z tą owcą i czemu spędza ona czas w klatce na klasztornym dziedzińcu. Niestety w monastyrze Bachkovo zostać możemy tylko na jedną noc, bo potem przyjeżdża duża grupa i wszystkie pokoje są zarezerwowane. Dlatego czasem warto coś zaplanować i wcześniej zadzwonić, z drugiej strony pewnie i tak nie dogadalibyśmy się po angielsku. Szkoda tym większa, że pokoje są na prawdę w dobrym stanie, a w okolicy byłoby kilka ciekawych do zobaczenia miejsc – monastyr znajduje się dosłownie „u wrót” Rodopów.

W Bułgarskich monastyrach panuje dużo swobodniejsza atmosfera, w porównaniu z monastyrami w Serbii, a zwłaszcza w Rumunii. W Rumunii na przykład, niemal w każdym miejscu obowiązują inne zasady ubierania się. Czasem trzeba koniecznie mieć długą do kostek spódnicę, a do innej cerkwi możemy wejść w spodniach (byle długich), innym razem oprócz spodni konieczna jest jeszcze jakaś przepaska. Do jednej świątyni można wchodzić z odkrytą głową, a w drugiej pilnująca cerkwi zakonnica jest święcie oburzona, że wchodzę bez chusty na głowie. Ciężko nie zginąć w tym gąszczu zakazów i nakazów. Zastanawiam się kto to wszystko wymyśla. Odnoszę wrażenie, że mnóstwo zasad istnieje głównie po to, by czuć się w tym wszystkim trochę zagubionym i zawsze mieć możliwość zrobienia czegoś nie tak. W cerkwi bułgarskiej, ważniejsze chyba od wyglądu zewnętrznego wiernych, są ich intencje. Mimo tego, że dookoła klasztorów rozciągają się rozliczne kramy z rękodziełem, ziołami czy zwyczajną tandetą, same monastyry są prawdziwymi oazami spokoju w których mamy nasycić swoją duszę. Dlatego znajdują się w nich miejsca w których możemy usiąść, stół z dzbankiem wody i szklankami, lub po prostu czeszma z zimną górską wodą, czasem w formie fontanny, ale zrobionej tak, by móc z niej pić. Picie ze studni symbolizować ma ukojenie pragnienia duszy. Dlatego w większości serbskich i bułgarskich monastyrów przy wejściu albo zostajemy ugoszczeni, albo mamy ugościć się sami zimną wodą. Dawanie przybyszom wody na powitanie, nie jest tylko pustym gestem i niezbyt wypada nam odmówić, gdy ktoś nam ją proponuje. W Rumunii niestety nie ma już takiego zwyczaju. Jeżeli monastyr położony jest mocno na uboczu, oprócz picia wody będziemy z pewnością musieli spędzić trochę czasu na rozmowie z osobą, która nas gości, dlatego nie warto się śpieszyć. Bardzo często zostajemy także poczęstowani na przykład kawą, owocami, czasem nawet rakiją. Baczkowo jest chyba zbyt tłumnie obleganym miejscem, by czegoś takiego doświadczyć, ale piszę o tym niejako przy okazji.

Monastyr Baczkowski – cerkiew z XVII wieku.

W obrębie murów monastyru znajduje się dużo miejsc w których można usiąść i coś pokontemplować.

Przepiękna metasekwoja na dziedzińcu klasztoru.

Na dziedzińcu monastyru baczkowskiego rosną również granaty.

Dookoła monastyru rozciągają się takie widoki.

Po południu robi się bardzo pusto.

Monaster Zaśnięcia Matki Bożej w Baczkowie jest drugim co do wielkości i drugim najliczniej odwiedzanym monastyrem Bułgarii po Monastyrze Rilskim. W jego skład wchodzą 4 kościoły, i ponad ośmiohektarowe gospodarstwo, w tym liczne sady owocowe i stada zwierząt. Na stronie monastyru jest napisane, że miejsce to jest częścią bułgarskiego dziedzictwa i jest zawsze otwarte na wszystkich odwiedzających. Monastyr powstał w roku 1083 za sprawą Cesarstwa Bizantyjskiego – jego założycielem był Gruzin Grigorii Bakuriani, a jego pierwszymi mieszkańcami mnisi z południowo-wschodniego krańca imperium, głównie Gruzji i Armenii. W końcu jedenastego stulecia przy klasztorze powstała szkoła z biblioteką, w której zgromadzono bogaty zbiór ksiąg starogruzińskich, ormiańskich, bizantyjskich oraz starobułgarskich. Monastyr posiadał pełną autonomię i do 1363 roku nie musiał podlegać administracji Płowdiwu. Monaster pozostawał w granicach Bułgarii do 1393, kiedy tereny te zostały podbite przez Turków. Baczkowo wprawdzie przetrwało pierwszą falę tureckiej inwazji, jednak w XV wieku zostało rozgrabione i zniszczone. Klasztor odbudowano pod koniec XVII stulecia na wzór cerkwi na świętej górze Athos, a patronatem objął ją Patriarchat Konstantynopola.

W cerkwi pochodzącej z 1604 roku, postawionej na ruinach budowli wzniesionej przez Bakurianiego, znajduje się cudowna gruzińska ikona z 1310 roku przedstawiająca Maryję Eleusa – przedstawienie w którym postaci Maryi i dzieciątka stykają się z sobą policzkami. Przed obrazem niemal cały czas stoi kolejka wiernych. Ikona w czasach ottomańskich została z Baczkowa wyniesiona i znajdowała całkiem niedaleko w miejscu o nazwie Kluviata, które zaraz zobaczycie. Tam znaleziono ją w XVII wieku i z powrotem umieszczono na swoim miejscu. Tutaj można poczytać o przypadkach cudownego wyleczenia się z chorób, które ponoć dokonało się za sprawą cudownego obrazu.

Pokryty freskami przedsionek cerkwi.

  Nawet jeśli jesteśmy wielkimi fanami zabytków i historii sztuki, wizyta w samym monastyrze nie może trwać w nieskończoność. Jeszcze tego samego dnia postanawiamy udać się do rezerwatu „Czerwona Skała” i obejrzeć schowane w górach paraklisy oraz wodospad (który latem jest niemożliwy do zobaczenia ze względu na brak wody w rzece). Jeśli już przyjechaliśmy do monastyru koniecznie trzeba nie zważając na upał, pospacerować po okolicy, bo jest niezwykle malownicza. Na szczęście większość trasy jest miło zacieniona. Idąc mijamy klasztorne sady i pastwiska.
Paraklis to rodzaj kaplicy znajdujący się zazwyczaj nieopodal dużego i znanego miejsca kultu. Paraklisy stawiano dla konkretnego świętego, miały umożliwiać odprawianie nabożeństw w wąskim gronie wiernych, na przykład chrztów. W Bułgarii stawiano je także wysoko w górach za tureckiej okupacji. Ich lokalizacja była objęta sekretem, o którym wiedzieli tylko wtajemniczeni. Wierni spotykali się tam w tajemnicy i uczestniczyli w nabożeństwach.
Niesamowite wrażenie robi baczkowskie ajazmoto, czyli kaplica mieszcząca w sobie źródło cudownej i leczniczej wody. Budynek pokryty jest malowidłami z zewnątrz i wewnątrz, a dookoła niego rosną kilkusetletnie platany. Drzewa malowniczo powrastały w kamienną konstrukcję i powoli zaczynają ją rozsadzać.  Miejscami wygląda to jak jakiś lokalny Angkor.

Czerwona skała o zachodzie słońca.

Większość trasy mimo że wiedzie odrobinę pod górę 😉 to jest przyjemnie zacieniona.

Baczkowskie ajazmoto – źródło świętej i leczniczej wody.

Studnia wyłożona jest świętymi wizerunkami na zewnątrz i wewnątrz.

Ogromne wrażenie robią kilkusetletnie platany (prawie jak w Angkor).

Potem ścieżka pnie się mocno pod górę i prowadzi nas w stronę Kluviaty.

Następnie ścieżka zaczyna piąć się pod górę i dochodzimy do miejsca zwanego Kluvia lub Kluviata, w którym znaleziono baczkowską ikonę Maryi Eleusa ukrytą przed Turkami. Znajduje się tam piękny i w całości od wewnątrz pokryty zadymionymi malowidłami paraklis poświęcony św. Michałowi Archaniołowi. Miejsce jest niezwykle klimatyczne, zwłaszcza że o zachodzie słońca jesteśmy jedynymi odwiedzającymi. Szkoda tak szybko stamtąd wracać, ale ze względu na włóczące się samopas psy, które po ciemku mogłyby być mniej przyjazne, musimy zacząć iść z powrotem. Położone wyżej miejsca mają niesamowity klimat i wielka szkoda tak szybko je opuszczać. Porównać można je jedynie z pustelnią św. Sawy nieopodal monastyru Studenica w Serbii.

Paraklis Świętego Michała Archanioła wewnątrz w całości pokryty zadymionymi freskami.

Paraklis św. Michała Archanioła w detalach. Miejsce stoi sobie w górach nie pilnowane przez nikogo.

Niestety przepięknego wnętrza nie dało się sfotografować ze względu na panujące wewnątrz egipskie ciemności.

Na koniec kilka informacji o rozciągających się przed monastyrem kramach. Można zakupić na nich oprócz spotykanej wszędzie chińskiej tandety, także rękodzieło, ceramikę trojańską, rewelacyjny kozi, owczy i bawoli nabiał, oraz skonsultować się i otrzymać poradę zielarską. Kilka kiosków z suszonymi ziołami i mieszankami ziołowymi obsługiwanych jest przez baby czyli starsze kobiety znające się na medycynie ludowej. Dlatego jeden ze straganów prowadzony był na przykład przez Babę Martę. Niestety konsultacja może odbywać się wyłącznie w języku bułgarskim. Kobietom niestety nie asystuje nikt młody, kto mógłby pełnić rolę tłumacza. Można zakupić u nich mieszanki ziołowe na przykład słynny Rodopski Czaj, ziele gojnika, czubrycę i inne tym podobne mocno lokalne rośliny.

Ovcar Banja i wąwóz Ovcar-Kablar

Wrzuciłam tutaj już wcześniej posta o Gucy. Nie napisałam w nim jednak, gdzie podczas festiwalu nocowaliśmy – no właśnie tutaj – w Ovcar Banji. Miejscowość jest całkiem sensownie położona i da się znaleźć w niej niedrogi nocleg w pensjonacie, którego jedyną wadą jest nieusuwalny zapach wieloletniego palenia papierosów w pokoju. Po drugiej stronie rzeki działa także kemping, ale jest bardzo smutny i zrujnowany, infrastruktura z pewnością nie została tknięta remontem od czasów Jugosławii, więc raczej nie warto brać go pod uwagę jako opcji noclegowej. Jest tutaj także kąpielisko termalne znajdujące się w Wellness Centar Kablar, ale bardzo, bardzo kiepskie i chociaż liczyliśmy na to, że codziennie będziemy się w nim kąpać, to jeden raz zupełnie nam wystarczył. W SPA Centar Kablar także są noclegi, ale dosyć drogie i użytkowane głównie przez zachodnioeuropejskich emerytów z zasobnym portfelem. Jak na miejscowość w której mieszka 120 osób znajduje się tu w miarę dobrze zaopatrzony sklep spożywczy, w którym miejscowi piją piwo, oraz restauracja w której chyba nie ma żadnej opcji zjedzenia czegoś wegetariańskiego, a tym bardziej wegańskiego gdyż serwuje ona maksymalnie kilka potraw i wszystkie są z mięsem. Nieco dalej nad rzeką jest też druga restauracja w której wybór jest nieco większy. Ovcar Banja jest położona dokładnie w samym środku wszystkich okolicznych atrakcji a są nimi: liczne prawosławne monastyry, trasy piesze i wspinaczkowe po niewysokich acz skalistych górach, oraz meandrująca i tworząca martwe odnogi rzeka Morava, w której mnóstwo ludzi łowi ryby. Wszystkie atrakcje są położone w bardzo niewielkiej odległości od siebie. Okolica miała niegdyś ogromne znaczenie. Niedostępność tego terenu sprawiła, że stawiano tutaj liczne monastyry, których do naszych czasów w wyniku tureckiej okupacji i innych historycznych wydarzeń z kilkuset przetrwało jedynie dziesięć:  Blagoveštenje, Ilinje, Nikolje, Uspenje, Jovanje, Sretenje, Sveta Trojica, Preobraženje, Vaznesenje i Vavedenje. Różnią się one zdecydowanie od tych z Fruskiej Gory, zarówno architekturą jak i lokalnymi uwarunkowaniami. Powstały znacznie wcześniej, początki powstawania  niektórych zbiegły się w czasie z początkami istnienia serbskiej państwowości, w źródłach historycznych monastyry po raz pierwszy wymienione zostały w wieku XV i XVI. Miejsce to jest nazywane serbską Górą Athos. Okolica stała się dostępna dopiero w XX wieku za sprawą dróg i kolei.

Rzeka Morawa tworzy w tutaj miejscami skalisty wąwóz i wcina się pomiędzy dwie najwyższe góry Ovcar i Kablar. Wiodą na nie dość popularne piesze trasy wycieczkowe. Zważywszy na to że Serbowie odczuwają ogromną niechęć do chodzenia na piechotę, o ich popularności świadczy to, że na obu z nich maksymalnie kilka razy spotkamy jakąś pojedynczą osobę. Z Ovcar Banji pieszo dojdziemy do większości z dziesięciu monastyrów i na zobaczenie wszystkiego spokojnie wystarczą dwa pełne dni. Byliśmy tu dwa przedpołudnia, bo wieczory i noce spędzaliśmy w Gucy. W niektórych monastyrach odbywały się rodzinne uroczystości religijne, na których oprawę muzyczną zapewniali trębacze, dorabiający sobie poza festiwalem, więc w Gucy byliśmy chcąc nie chcąc nawet tutaj.

Góra Ovcar

Z Ovcar Banji możemy zrobić sobie krótką wycieczkę na górę Ovcar, po drodze zachodząc do kilku monastyrów. Na samym szczycie znajduje się wieża telewizyjna i nadajniki sieci komórkowej, a spod niego rozpościera się widok na całą okolicę, meandrującą rzekę i monastyry, w pobliżu nie ma bowiem żadnych większych wzniesień.

Przez niemal całą drogę na szczyt idzie się przyjemnie zacienioną leśną ścieżką.

Po drodze mijamy szczęśliwe wałęsające się samopas barany mieszkające w monastyrze Sretenje.

A to sam monastyr Sretenje. Spędziliśmy w nim sporo czasu gdyż poczęstowano nas śliwkami i kawą oraz wypytano o wszystko. Pierwsza wzmianka o tym monastyrze pochodzi z 1623 roku i dotyczy jego wyburzenia.

A taki widok rozpościera się spod szczytu góry Ovcar. Widać z niego na przykład bardziej skalistą górę Kablar.

I meandrującą rzekę Morawę.

Na szczycie góry rośnie ogromna ilość naparstnic.

Góra Kablar

Na górę Kablar także warto się wybrać ponieważ znajduje się tutaj kolejna pustelnia św. Sawy, a w zasadzie cerkiew mu poświęcona, wybudowana w miejscu nieopodal którego wybija poświęcone Sawie święte źródło. Góra Kablar jest znacznie bardziej skalista i jest tam kilka tras o różnym stopniu trudności. Ponoć warto wierzyć na słowo twórcom tras, którzy twierdzą że niektóre z nich są trudne (ale nie sprawdzałam tego osobiście, co jednak zrobiła druga część naszego dwuosobowego teamu).

Monastyry

Tutejsze monastyry można podzielić na dwie grupy. Pierwsze z nich są zachowane w bardzo dobrym stanie od kilkuset lat, a inne odrestaurowane we współczesny sposób stosunkowo niedawno. W tych pierwszych z nielicznymi wyjątkami nie da się robić zdjęć i jest to bardzo mocno pilnowane, zaś w tych drugich zdjęcia robić można, lecz nie ma w nich niczego specjalnego co warto byłoby sfotografować. Większość z nich to monastyry żeńskie. W każdym z nich, może oprócz tych położonych w Ovcar Banji, jeśli akurat nie odbywa się żadna ceremonia, zostaniemy podjęci kawą, albo czymś do zjedzenia na przykład ciastem i owocami. Oraz wypytani o różne rzeczy. Najczęściej rozmowa toczy się po serbsku, ale jesteśmy przyzwyczajeni i jakoś dajemy radę się dogadać. Zazwyczaj zostawiamy potem jakiś datek „na świątynię” żeby mieszkańcy monastyru nie robili sobie przez nas kosztów. Czasem więc się zdarza że serbska „turystyka monastyczna” kończy się wypiciem pięciu kaw dziennie, więc nie warto pić rano swojej w domu.

Całkowicie nowo wyglądający monastyr Uspenje (cerkiew z 2003 roku), na robieniu lub nie robieniu zdjęć wewnątrz nikomu nie zależy.

A z poprzedniego monastyru zostało tyle.

Jeden monastyr (Blagovestenje) znajduje się w samej miejscowości Ovcar Banja i najdziwniejsze w nim jest to, że przechodząc te kikaset metrów z centrum Ovcar Banji przenosimy się w czasie o kilkaset lat. Cerkiew wewnątrz wygląda rewelacyjnie, ale zdjęć wewnątrz robić się nie da. Na zewnątrz słońce świeciło akurat pionowo z góry więc zdjęcia mam delikatnie mówiąc średnie, niemniej jednak zdecydowanie warto tam pójść. Kawałek dalej nad miejscowością znajduje się monastyr Ilinje.

Warto udać się starą wąską drogą „Stari put za Ovcar Banju” wiodącą przez tunele, żeby odwiedzić kilka innych monastyrów. Lepiej jednak posiadać jakąś latarkę, bo mimo tego, że na drodze raczej nie ma dużego natężenia ruchu, to jednak jeśli akurat w jakimś monastyrze odbywają się uroczystości, nagle na wąskiej drodze pojawia się bardzo dużo samochodów, a tunele są dość długie, wąskie i z zakrętami.

Jeden z tuneli. Pozostałe są znacznie dłuższe.

A takie widoki oferuje Stari put za Ovcar Banju.

Rewelacyjnie wyglądającym monastyrem zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz jest monastyr Nikolje. Posiada on również bardzo dobrze zaopatrzony sklep z przeróżnymi spożywczymi produktami – na przykład zakupiliśmy tam świetną travaricę, których do wyboru były aż trzy rodzaje. Monastyr Nikolje jest najstarszym i najlepiej zachowanym tutejszym monastyrem pochodzi z przełomu XV i XVI wieku.

Monastyr Nikolje we wnętrzu można chyba robić zdjęcia, bo nie było żadnych tabliczek ani nikogo w środku.

Monastyr Nikolje.

A to monastyr Jovanje.

Stara droga wiedzie wśród takich ładnych chaszczy.

Które wyglądają trochę jak dżungla.

Rzeka Morawa – łodzie przewożące wędkarzy w różne strategiczne miejsca.

Zdecydowanie warto się tutaj zatrzymać nie tylko podczas festiwalu w Gucy. To świetne odcięcie i odpoczynek od cywilizacji na kilka dni. W Ovcar Banji w nocy jest niesamowicie cicho (nie licząc ciężarówek przejeżdżających po położonej kilkaset metrów od miejscowości nowej drodze) i zupełnie nic się nie dzieje. Być może monastyry w porównaniu do innych w Serbii nie są jakieś szczególnie oszałamiające, ale są fajnym dodatkiem do całej interesującej i spokojnej okolicy. Określanie ich mianem serbskiej Góry Athos, jest może w chwili obecnej odrobinę na wyrost, bowiem bardzo niewiele z nich przetrwało w stanie niezmienionym do naszych czasów, ale widocznie takie było ich znaczenie w przeszłości, za to przynajmniej jednego można być pewnym że są one miejscami zupełnie nieskomercjalizowanymi i służącymi głównie lokalnym mieszkańcom, a każdy przychodzący do nich człowiek jest traktowany jak gość, a nie jak turysta.