Archiwum kategorii: Podróże

Pięć moich ulubionych węgierskich kąpielisk

Na węgierskie kąpieliska jeżdżę regularnie przeszło siedmiu lat i na pewno odwiedziłam ponad dwadzieścia z nich. Obowiązkowo co najmniej raz do roku muszę zaliczyć pobyt w mineralnych wodach, najlepiej połączony z odwiedzeniem przy okazji jakiegoś słynnego winiarskiego regionu Węgier. Bez tego nie da się w moim przypadku, powiedzieć o „właściwie spędzonym” długim weekendzie czy wakacjach. Uwielbiam moczyć się w wodzie, która zamiast chlorem pachnie różnymi minerałami i czuć ich zapach na skórze nawet długo po wyjściu z niej (i spłukaniu się normalną wodą). Wizyta na jakimś kultowym węgierskim kąpielisku, to także absolutnie świetny pomysł na swego rodzaju podróżniczy „stop-over” w drodze na Bałkany. Z prawdziwą zgrozą i niedowierzaniem słucham o Polakach, którzy co roku tak pędzą do swojej umiłowanej Chorwacji (łamiąc po drodze wszelkie możliwe przepisy ruchu drogowego), że na Węgrzech nawet się nie zatrzymują. To wielki błąd i wielka szkoda. Rozumiem że części z nich nie da się pomóc, ale mam nadzieję że przekonam chociaż jedną osobę, o tym że po drodze do swojej umiłowanej Chorwacji będzie miała możliwość poobcowania przez moment z prawdziwą z „kulturą łaźniową”, której u nas niestety ze świecą szukać. Niemniej jednak pobyt na kąpielisku trwający dłużej niż pełne dwa dni, wywołuje u mnie lekkie znudzenie, więc nie jestem w stanie siedzieć w takim miejscu kilku dni pod rząd, bo preferuję bardziej aktywne spędzanie czasu, jednak dwa dni moczenia się w wodzie to dla mnie obowiązkowy, wspaniały i bardzo przyjemny punkt „do odhaczenia” którym właśnie zamierzam się z Wami podzielić.

Ilość termalnych kąpielisk na Węgrzech potrafi przyprawić o zawrót głowy. Węgry mają jedne z największych w Europie (po Islandii) zasoby wód termalnych. Źródeł jest ponoć około 1300, a w samym Budapeszcie około 80. W pewnej informacji turystycznej pewnego razu otrzymałam mapę Węgier z samymi tylko leczniczymi kąpieliskami wszelakiego typu i muszę stwierdzić, że cały kraj jest dosłownie nimi pokryty. Wystarczy zresztą przekonać się o tym wpisując w google frazę „thermal fürdő” i ocenić efekty. Myślę że, pomijając kwestię zasobności kraju w termalne źródła, w dużym stopniu jest to efekt tureckiej okupacji. Kultura łaźni na terenie Węgier bierze swój początek właśnie stamtąd – wynalazek tureckiego hammamu podbił spory kawałek świata. Wszędzie tam gdzie pojawili się Turcy razem z nimi pojawiały się także charakterystycznie pokryte kopulastymi dachami łaźnie, do których kobiety i mężczyźni chodzili w wyznaczone dni. Z takich zachowanych tureckich łaźni możemy skorzystać w Egerze i Budapeszcie.

Na kąpielisku można nawet spać, ale…

Omijam kąpieliska w których zamiast atmosfery jak z cesarsko-królewskiego uzdrowiska, dominuje dudniąca muzyka, gigantyczne plastikowe zjeżdżalnie i inne tym podobne rozwiązania.  Jeżdżę raczej na takie  bardziej „uświęcone tradycją”, niż te przypominające wodne parki. Czasem zdarza się jednak, że miejsce w którym jestem, mimo tego że teoretycznie jest mineralnym kąpieliskiem, bardziej niestety przypomina aquapark. Niestety taka tendencja zaczyna powoli dominować – zdaniem niektórych najwyraźniej nie da się już zrelaksować bez tego typu „ulepszeń”. Postaram się opisać więc tylko te kąpieliska w których ta tendencja jeszcze nie przeważa i które moim zdaniem są bardziej udane. Polecę Wam kilka miejsc, o których i tak dowiedzielibyście się z internetu, ponieważ są dość mocno znane i rozpoznawalne, a które warto rozważyć jako interesujący węgierski przystanek na przykład w drodze na Bałkany.

Kąpielisko może być przystankiem w sensie całkowicie dosłownym – wiele z nich jest połączonych z kempingami i w cenie noclegu otrzymujemy także wejściówkę na baseny, więc jeśli dysponujemy namiotem (albo jedziemy kamperem) możemy na takim przykąpieliskowym kempingu zanocować. Oczywiście w nocy lecznicze wody są nieczynne, nic nie stoi jednak na przeszkodzie żeby pójść tam wcześnie rano i rozkoszować się prawie zupełnym brakiem ludzi. Uwaga! Jeśli jednak nieopatrznie wybierzemy któryś z niezwykle popularnych wśród naszych rodaków kempingów we wschodniej części Węgier, to przez całą dobę, zamiast relaksować się na łonie natury i słuchać śpiewu ptaków, będziemy mieli okazję zapoznawać się z dudniącą, puszczaną na cały regulator, prymitywną muzyką, przy akompaniamencie wykrzykiwanych po polsku przekleństw. Nie mam pojęcia czemu kilka miejsc we wschodnich Węgrzech to prawdziwa mekka turystyczna, bardzo specyficznie zachowujących się rodaków, którzy zajmują się na nich głównie konsumowaniem przywiezionego z kraju alkoholu. Co ciekawe nie miałam takich przykrych doświadczeń z kąpieliskami położonymi na zachodzie Węgier, tam jednak Polacy znajdują się w wyraźnej mniejszości, a najwięcej gości to niemieccy i austriaccy emeryci, którzy przyjeżdżają na długie tygodnie. Dlatego po trzech zdecydowanie nieudanych postojach na kąpieliskowych kempingach, na wschodzie kraju, chyba raz na zawsze odpuszczę sobie tą dość traumatyczną „atrakcję”, mimo tego że mam tam relatywnie blisko.

Harkány

Nazwa miejscowości prawie nie do wymówienia 🙂 nie dajcie się zwieść zapisowi – wymowa jest zupełnie inna. Idealnie wręcz nadaje się na przystanek po drodze, bo otoczona jest dookoła bardzo interesującymi miejscami. Miejskim autobusem dojedziemy stąd do Peczu, a ekstremalnie blisko jest też stamtąd do Villanyi  – najbardziej cenionego przez samych Węgrów i i koneserów wina, regionu winiarskiego, produkującego wina czerwone. Tuż obok Harkány jest też całkiem ciekawy zamek w Siklos. Tak więc nie musimy siedzieć całego dnia na kąpielisku, mamy też możliwość aktywnego pokręcenia się po okolicy. Woda w Harkány pachnie cudownie, a jej zapach na długo wżera się w skórę. Wody są bardzo bogate w siarkę, a źródło ma temperaturę 62 stopni. Kąpielisko ma długą historię bo pochodzi z 1823 roku. Obecnie leczy się tu schorzenia reumatyczne, problemy ze stawami, oraz choroby skórne i schorzenia ginekologiczne. Kąpielisko jest czynne cały rok a na jego terenie znajduje się 7 basenów. Są też zjeżdżalnie i tego typu atrakcje, ale  część lecznicza jest oddzielona i trzeba do niej wykupić osobny bilet. Harkány odwiedza milion turystów rocznie, bo jest to jedno z najsłynniejszych węgierskich kąpielisk. Faktycznie na kąpielisku można usłyszeć bardzo dużo różnych języków także spoza Europy. Jest tłoczno, na szczęście część lecznicza jest odrobinę spokojniejsza, jeśli jednak szukamy bardzo spokojnego i nieco prowincjonalnego miejsca, w którym na kąpielisku jest maksimum kilkadziesiąt osób, to zdecydowanie nie powinniśmy tutaj jechać. Warto jednak wybrać to miejsce bo jest idealnym przystankiem w drodze do Bośni, a bliska odległość od Villany to atut, którego w żaden sposób nie da się przebić.

Harkany. To ta mniej oblegana część lecznicza.

Część lecznicza widziana z góry.

Kilka zdjęć, które mają Was zachęcić do zatrzymania się w tej okolicy. Piwczniki winne w Tetiye – dzielnicy Peczu.

A to wcale nie Maroko, tylko katolicka katedra w Peczu. Wnętrze jest bardzo orientalne.

A tak katedra w Peczu wygląda z zewnątrz.

W Siklos znajduje się całkiem przyjemny zamek.

Z takimi oto malowidłami.

A to piwniczki winne w Villanyi, argument absolutnie koronny, by zostać w tym rejonie jak najdłużej 🙂

Heviz

Kolejne niesamowicie słynne i historyczne kąpielisko. Już w 1795 roku hrabia Festetics György, zapoczątkował rozwój kąpieliska na jeziorze. W 1905 roku właścicielem tego terenu został browarnik z Kesztehely Vencel Reischl, który znacznie rozbudował i unowocześnił infrastrukturę kąpieliska.  W efekcie jego działań, w 1911 roku Heviz uzyskało status kąpieliska leczniczego.

Szczególnie chyba upodobane przez Rosjan, odrobinę snobistyczne, kosmopolityczne i przeznaczone dla ludzi o nieco zasobniejszym portfelu. Kiedy tam byliśmy na ulicach non stop słychać było rosyjski. Heviz to największe termalne kąpielisko na Węgrzech i przy okazji drugie co do wielkości termalne jezioro na świecie. Strumień wody jest tak duży, że wypływając rozlewa się,  tworząc duże na ponad 4 hektary głębokie jezioro, w którym cała woda wymienia się co 72 godziny. Woda w jeziorze krąży cały czas, ponieważ ciepła wypływa spod ziemi i przemieszcza się ku górze, ostatecznie osiągając temperaturę odrobinę niższą od temperatury ludzkiego ciała. Jej skład jest ponoć optymalny. To unikatowa kompozycja substancji alkalicznych i gazowych. Zawiera sodę, siarkę, wapń, magnez, siarkowodór, kwas węglowy, metan oraz związki radu. Nad jeziorem cały czas unoszą się opary które również mają właściwości lecznicze i tworzą unikalny mikroklimat. Dzięki nagazowaniu i optymalnej temperaturze, woda ta ponoć rewelacyjnie wnika w skórę.

Miejscowość jest tak znana i słynna, że posiada nawet własne lotnisko – przylatują tu samoloty z Budapesztu. Strona internetowa uzdrowiska, wyjątkowo jak na Węgry, występuje w wielu językach. Przyzwoicie zrobiona jest nawet wersja w języku polskim, gdzie można na przykład poczytać sobie o całkiem interesujących legendach związanych z jeziorem. Leczy się tutaj prawie wszystko: choroby układu mięśniowo-szkieletowego, reumatyzm, infekcje wewnętrzne, choroby kobiece, schorzenia tarczycy, różnorakie zaburzenia pracy i poszczególne narządy układu pokarmowego i wiele innych schorzeń, których nie sposób wymienić.

Kemping położony jest w bardzo korzystnym miejscu, tuż obok termalnego jeziora nad wypływającą z niego rzeczką, więc mineralne opary całą dobę się nad nim unoszą. Mimo to na samym kąpielisku podobało mi się średnio z jednej przyczyny. Jezioro jest bardzo obszerne i głębokie – miejscami ma ponad 38 metrów głębokości. Nie ma tam żadnego miejsca, gdzie można poczuć dno pod stopami, a moja miłość do wody kończy się właśnie na takiej głębokości. Na szczęście jest tam jeszcze jedna atrakcja a mianowicie błotna kąpiel. Ma formę odrębnie wydzielonego sporych rozmiarów płytkiego basenu z borowiną, w której stoi się mniej więcej na głębokość ud a mętna i czarna woda sięga nam mniej więcej do wysokości piersi. Lepiej tam nie wchodzić w jasnym stroju kąpielowym, z mojego ślady przebywania w Heviz znikły chyba po miesiącu. Całe dno jeziora pokryte jest 1,7 metrową warstwą leczniczej borowiny, o oszałamiającym mineralnym zapachu, która znakomicie oddziałuje na skórę. Warto więc sięgnąć ręką, wyjąć sobie trochę błota i posmarować nią wystającą z wody resztę ciała – robi tak większość osób, więc basen wygląda jak zasiedlony przez błotne potwory 😉 . W borowinie dość ciężko się poruszać więc żeby przejść cały basen kilka razy, można nawet nabawić się lekkich zakwasów. Babranie się w błocie z Heviz wspominam jako rewelacyjne doświadczenie.

Dookoła termalnego jeziorka rozciąga się taka oto gęstwina drzew.

Termalne jezioro Gyogy i kąpielisko termalne w Heviz.

Rośnie tutaj gatunek lilii wodnej występujący w Indiach. Wody jeziora są tak ciepłe przez cały rok, że swobodnie dają one radę przeżyć w naszym klimacie.

Kąpiele w borowinie.

Heviz leży niespełna 10 kilometrów od Balatonu. Więc oprócz samej miejscowości jest mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Na przykład balatońskie rejony winiarskie, położony tuż obok zamek w Kesztehely, czy samo słynne jezioro. Miejscowość posiada ogromne zaplecze noclegowe, oraz własną dzielnicę winnych piwniczek. Jest modnym i drogim kurortem.

Miszkolc

Kąpielisko w Miszkolcu zwane Barlangfürdő to kolejny unikat. Źródło mineralne wypływa tu z  wnętrza jaskini, która jest na tyle obszerna, i wysoka że stanowi naturalne zadaszenie. Kąpielisko ma około 150 metrów długości. Jaskinia była znana już od XIII wieku. Nieopodal wylotu jaskini, istniało wtedy opactwo benedyktyńskie, które stało w tym miejscu do XVI wieku, kiedy to zostało zburzone przez Turków. Od tego momentu Tapolca stała się miejscem niezamieszkanym. w 1743 roku podjęto pierwsze próby leczenia ludzi wodą tryskającą z jaskini – zbudowano w tym miejscu drewnianą łaźnię. W XIX wieku zastąpiono zniszczony budynek nowym, a od przełomu wieków XIX i XX rozpoczęła się kariera Tapolcy jako popularnego kurortu. Przez cały ten czas ludzie korzystali z dobrodziejstw mineralnej wody poza jaskinią. Kąpielisko w jaskini istnieje dopiero od 1959 roku. Od 1950 roku Tapolca stała się dzielnicą Miszkolca. Woda ma temperaturę 28-35 stopni, zawiera związki wapnia, magnezu, jod, brom, oraz niewielkie ilości kwasu mataborowego i metakrzemowego. Stosuje się ją w leczeniu: chorób układu ruchu i stawów, problemów z przemianą materii, nerwic oraz wyczerpania fizycznego i psychicznego. Woda pachnie zdecydowanie mniej intensywnie w porównaniu z Harkany, na skórze zostaje bardzo słaba woń mineralnej kąpieli, więc skoro komuś przeszkadza że na drugi dzień pachnie siarką, w Miszkolcu nie będzie odczuwał tego typu nieprzyjemnych doznań. Ja mam odwrotnie i lubię gdy moja skóra pachnie w ten sposób jak najdłużej.

Kąpiel w jaskini w Miszkolcu to również dość unikatowe i przyjemne doświadczenie. Jaskinia jest w wielu miejscach w bardzo estetyczny sposób podświetlona, żeby wydobyć z jej naturalnego ukształtowania wszystkie możliwe atuty. Czasem w korytarzach włączany jest dość intensywny prąd wody z którym można się trochę posiłować. Bardzo klimatyczne są też skalne korytarze którymi przechodzi się z jednej części jaskini do drugiej. Natomiast odrobinę przeszkadza mi temperatura wody, bo jak dla mnie jest nieco zbyt niska. Sporą wadą kąpieliska jest też stosunkowo niewielki wybór w miarę zdrowych opcji jedzeniowych – w kąpieliskowej restauracji dość marnie wyglądające jedzenie, składające się z gotowców i mrożonek, w kółko grzeje się w bemarach. Będąc tam, zawsze pod koniec jestem okropnie głodna.

Za to przed kąpieliskiem rozciąga się ogromny i piękny park, w którym opcji jedzeniowych mamy bardzo dużo i od biedy da się zjeść coś co nie jest ani mięsem ani fast foodem, co na Węgrzech wcale takie łatwe nie jest, o czym można poczytać w moim poście o jedzeniu na Węgrzech.

Kąpielisko dosłownie leży u podnóża Gór Bukowych, w których mamy możliwość pochodzenia po starym bukowym lesie. Kiedyś cała Europa była porośnięta takimi właśnie lasami, które w niczym nie przypominają „fabryk drewna” z idealnie równo nasadzonymi sosnami znanych z naszych czasów. W tym klimacie bukom żyje się bardzo dobrze, taki las jest o wiele ciemniejszy i bardziej klimatyczny. Bardzo blisko jest również z Miszkolca do Egeru. Jako przystanek po drodze na wakacje, Miszkolc może nie jest idealny, bo (przynajmniej ode mnie) jest położony w stosunkowo niedalekiej odległości, ale dookoła jest tyle interesujących rzeczy, że pobyt w tym rejonie jest wart osobnego krótkiego wyjazdu (jeśli jeszcze ktoś nie był).

Miszkolc kąpielisko Barlangfurdo – wejście do jaskini.

W takim naturalnym wnętrzu można o wiele lepiej się zrelaksować.

Korytarz między dwiema częściami jaskini.

Park zdrojowy z jeziorkiem.

Makó

Uwielbiam nieco zapomnianą prowincję i jeśli chcecie znaleźć się w miejscu, będącym totalnym przeciwieństwem hałaśliwego, popularnego i odrobinę snobistycznego (a miejscami tandetnego) kurortu w rodzaju Heviz, Makó będzie świetnym wyborem. Jest to po prostu urokliwe, prowincjonalne i spokojne miasteczko i w dodatku całkiem ładne. Słynie z największej jak na Węgry ilości słonecznych dni w roku, oraz upraw czosnku i cebuli. Jako lokalną ciekawostkę przytoczyć należy fakt że to właśnie w Makó w 1847 roku, urodził się słynny Joseph Pulitzer, znany z literackiej i dziennikarskiej Nagrody Pulitzera. Społeczność żydowska w mieście była bardzo liczna, o czym świadczy sporych rozmiarów synagoga. W Makó jest bardzo przyjemnie i kameralnie, za to kąpielisko Hagymatikum jest jednym z najważniejszych i największych na Węgrzech. Leczy się tutaj schorzenia reumatyczne, problemy z kręgosłupem, choroby układu nerwowego, paraliże nerwów i atrofię mięśni. Błoto z płynącej w miejscowości rzeki Maros posiada właściwości identyczne jak błoto z Morza Martwego. W uzdrowisku wykonuje się także liczne zabiegi z jego udziałem.

Uwagę zwraca interesująca architektura kąpieliska, autorem budowli jest słynny węgierski architekt Imre Makovecz – przedstawiciel nurtu architektury organicznej, czyli architektury wyzwolonej od wpływów historyzmu, a szukającej inspiracji w kształtach pochodzących wprost z natury. Makovecz to niezwykle wpływowa postać węgierskiej architektury i autor wielu znanych budowli w całym kraju. Piszą o nim, że jego styl był podwaliną węgierskiego stylu stawiania państwowych budowli po upadku komunizmu. Wszystkie budowle jego autorstwa w Makó mają nawiązywać do form uprawianych w okolicy roślin, czyli na przykład przypominać wielką cebulę. Jest to z pewnością interesujące i budzi pewien podziw za próbę wytyczenia nowej i oryginalnej stylistyki węgierskich kąpielisk, ale wywołuje u mnie mieszane uczucia. Budowle są jak na mój gust dość interesujące, lecz podobałaby mi się znacznie bardziej, gdyby głównym założeniem była tutaj większa oszczędność środków wyrazu. Projekty Makovecza są może ładne w szczegółach ale ich bryła jest dla mnie przegadana. Z jednej strony czuję się w nich dobrze, lecz z drugiej coś mi w nich przeszkadza. Jak dla mnie większa siła tkwi w dobrze przemyślanej prostocie, natomiast w budowlach Makovecza mnogość szczegółów architektonicznych odrobinę mnie przytłacza i zawsze mam wrażenie że autor budowli nieco przesadził. Wybujała i mocno wyróżniająca się forma wygląda odrobinę pretensjonalnie wśród XIX wiecznych kamienic. Jest więc w tym coś wyjątkowego, ale w całości jakoś tego „nie kupuję”. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. W Mako znajduje się też wysoko zawieszona stalowa kładka będąca jednocześnie ścieżką przyrodniczą, z której można podziwiać przyrzeczne chaszcze rosnące na brzegach rzeki Maros i w najwyższym jej miejscu zjechać na sam dół spiralną zjeżdżalnią.

Kąpielisko w Mako.

Uwagę przykuwają kolumny z twarzami.

Nie jestem do końca pewna czy w takiej scenerii można wypocząć.

Chociaż w pewien sposób na pewno wygląda to ciekawie.

Budynek mocno wyróżnia się na tle okolicy. W niektórych detalach wygląda bardzo ładnie.

A to wisząca kładka wśród przyrzecznej roślinności.

Przypominająca azjatyckie „canopy walk” rozwieszone w dżungli.

Zresztą roślinność południa Węgier trochę dżunglę przypomina.

Wygląda to bardzo relaksująco. Warto się tam wybrać z dziećmi. Z najwyższego punktu kładki można zjechać plastikową zjeżdżalnią na sam dół.

Hajdúnánás

Z Hajdúnánás nie mam żadnych zdjęć, ponieważ akurat wtedy zupełnie nie chciało mi się ich robić. Byłam tam stosunkowo krótko, ale wygląda na to, że jeszcze z pewnością tam wrócę, więc będę mieć szansę by je zrobić. To całkiem niezły punkt przystankowy w drodze do i z Rumunii. Wystarczy pobyć tam chwilę, by zorientować się, że jest to miejsce o długich tradycjach i potencjale uzdrowiskowym. Ogromne złoża wód leczniczych odkryto tu już w latach 30., a kąpielisko istnieje od lat 50. XX wieku. W 2003 roku przeszło gruntowną przebudowę. Kąpielisko otacza duży 14 hektarowy park. na którym jest także hotel i kemping. Woda z Hajdúnánás wykorzystywana jest do leczenia leczenia chorób reumatycznych, układu mięśniowo-szkieletowego i kobiecych. Miasteczko jest w miarę spokojne i kameralne, bo wszyscy pragnący rozrywek innego typu, jadą do leżących bardzo blisko Hajdúszoboszló lub Sóstófürdő. Tak więc największą zaletą miejscowości i kąpieliska jest jego położenie. Obok znajdują się znacznie bardziej słynne miejsca, dzięki temu w Hajdúnánás panuje względny spokój. Nie dość że miejscowość znajduje się dosłownie „na środku niczego”, a drogi dojazdowe do niej są bardzo, bardzo niskiej kategorii, to jeszcze samo kąpielisko znajduje się daleko od centrum miasteczka. Więc jak będziemy moczyć się w wodzie, naszego spokoju nie będą burzyć przejeżdżające tuż obok stada ciężarówek – położone tuż obok kąpielisk drogi tranzytowe, to gdzie indziej niestety dość popularne zjawisko. Hajdúnánás to nie grozi, gdyż nikomu nie zechce się raczej tłuc się właśnie tamtędy dziurawymi drogami.

Dodatkowym plusem jest możliwość zjedzenia w mieście czegoś porządnego. W centrum Hajdúnánás znajduje się bardzo sensowna jak na węgierską głęboką przygraniczną prowincję, restauracja o nazwie (oczywiście) Magyaros, która wyróżnia się (przynajmniej w momencie w którym to piszę) dość wyjątkowym jedzeniem. Horyzonty kucharza wybiegają znacznie dalej niż frytura i niezdrowa smażelina. W tym przypadku moje narzekania na brak sensownych i w miarę zdrowych opcji jedzeniowych na szczęście można włożyć między bajki. Z Hajdúnánás będziemy mieć bardzo blisko do parku narodowego Hortobagyi.

Wszystkie węgierskie kąpieliska, które lubię szczególne mocno (tak bardzo, że nie chcę się nawet dzielić informacjami o nich), posiadają kiepskie drogi dojazdowe i leżą ogólnie rzecz biorąc „nie po drodze”. Dzięki temu właśnie tak bardzo mi się one podobają. To powinna być wskazówka, jaką warto kierować się w wyborze miejsc do leniwego i spokojnego spędzania czasu na Węgrzech. Hajdúnánás jest jeszcze na tyle znane, że i tak byście łatwo je wygooglali, więc postanowiłam umieścić je w tym poście. Mam jeszcze kilka takich kąpielisk w zanadrzu i zachęcam, byście na własną rękę i spontanicznie jeździli do mniej znanych i popularnych wśród naszych rodaków miejsc, które nie są wymieniane na popularnych stronach internetowych.

Co zobaczyć w Płowdiwie

W Płowdiwie byłam ekstremalnie krótko (bo tylko jeden dzień), więc za bardzo nie wypada bym się o nim w ogóle wypowiadała. Jednak to co przez ten krótki czas zobaczyłam, zapowiadało się rewelacyjnie. To zdecydowanie godne polecenia miejsce. dlatego postanawiam wyjątkowo napisać o miejscu odwiedzonym na szybko i mocno pobieżnie. Więc zapraszam do Płowdiwu z perspektywy totalnego w tym temacie ignoranta. Zazwyczaj pewnie też nim jestem, ale: staram się mimo wszystko przesiąknąć miejscem, które chcę uwiecznić na blogu i trochę w nim pobyć na spokojnie. Tym razem gdyby nie dosyć poważne problemy zdrowotne i różne inne dziwne oraz niewytłumaczalne przygody, które przytrafiły się nam podczas wyjazdu, przez co straciliśmy aż trzy dni, z pewnością zostałabym tutaj dłużej. Niemniej jednak, dobrze że w ogóle udało nam się do Płowdiwu dotrzeć, bo teraz wiem że tutaj na pewno wrócę.

W porównaniu z Sofią Płowdiw przedstawia się znacznie przyjemniej. Oczywiście posiada, jak to w Bułgarii, komunistyczne blokowiska i ponoć największą w całej Bułgarii romską dzielnicę-getto. Cała reszta wygląda jednak ogromnie na plus – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę atmosferę pewnej prowincjonalności. Trzeba przyznać że jest tu spokojnie i przyjemnie Płowdiw to nie gigantyczna metropolia, w której korki trwają całą dobę, a miasto nigdy nie zasypia. Z wyjątkiem knajp w centrum, życie płynie spokojnym torem, zwłaszcza podczas wakacji, gdy miasto opuszczają liczni studenci. Ilość turystów również nie męczy, Płowdiw chyba dopiero czeka na turystyczny sukces, ale lepiej chyba mu tego nie życzyć, by zrobiło się tu jak w Budapeszcie gdzie turystyka zajmuje kolejne kwartały i wypiera normalne życie. W mieście znajdziemy dużo rzeczy do zobaczenia i przeżycia, w końcu to kulturalna stolica Bułgarii. Wiele historycznych epok i różnych kultur nieustannie styka się tutaj ze sobą i łączy, tworząc zupełnie nową jakość. W dodatku jest przepięknie położone na siedmiu wzgórzach, więc teren jest mocno pofałdowany. Z tego co mocno pobieżnie udało mi się zobaczyć Płowdiw musi być świetnym miejscem na leniwe trzy dni włóczenia się po: odważnie poprowadzonych stromych i wąskich uliczkach, mnóstwie knajp, ciekawych muzeach, świątyniach wielu religii, antykwariatach i autorskich sklepikach w dzielnicy artystycznej. W ciągu jednego dnia zdążyliśmy tylko przebiec jak szaleni po kilku starych dzielnicach, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tak wyglądać powinno  prawdziwe „zwiedzanie”. Jako że bardzo dawno już niczego takiego nie robiłam, od razu stwierdzam, że wybitnie do czegoś takiego nie mam kondycji. Po jednym takim dniu byłam wykończona. Współczuję uczestnikom wycieczek mocno zorganizowanych, bo w taki sposób to już w ogóle nie da się o niczym czegoś sensownego dowiedzieć.

Architektoniczny misz-masz

Włócząc się po mieście możemy na przestrzeni kilkuset metrów natknąć się na imponujące pozostałości z czasów rzymskich, tradycyjną bułgarską architekturę, piękne osmańskie budowle,  dziewiętnastowieczne kamienice, oraz komunistyczne bloki. To wszystko doprawione jest całkiem świeżym i przyjemnym streetartem i odrobiną bałkańskiego bałaganu. Jedno ładniejsze od drugiego. W to wszystko poutykane są ciekawe knajpki i rewelacyjne antykwariaty.  Niechcący i zupełnie z marszu udaje nam się zakwaterować w bardzo tanim i bezproblemowym Hostel The House w samym centrum miasta, dzięki czemu rzut beretem mamy zarówno do artystycznej dzielnicy Kapana jak i do najstarszej części miasta na wzgórzu Newet Tepe (Небет тепе).

Co chwilę spotykamy jakieś wystające z ziemi antyczne ruiny starożytnego Filipopolis. Wszystko jest mozliwie jak najdokładniej obudowane współczesną miejską tkanką.

Tradycyjne bułgarskie domy w okolicy wzgórza Newet Tepe.

A to słynny dom Bałabanowa (Балабанова къща) wejść do środka oczywiście nie mieliśmy czasu, (och jak ja tak nie lubię).

A po lewej stronie widzimy kolejny zabytek słynną bramę Hisar Kapija (Хисар капия)

A to Meczet Piątkowy czyli Централна джамия, z przesympatycznym gospodarzem, który zapalił nam wszystkie możliwe światła i zrobiło się jasno jak w dzień.

Dopytywał czy przypadkiem nie potrzebujemy by opowiedział nam historię meczetu i wytłumaczył co się w nim znajduje – ale nie mieliśmy czasu (a resztę wiemy).

Meczet Piątkowy pięknie podświetlony w nocy.

Warto pójść do meczetu piątkowego, bowiem na dole znajduje się rewelacyjna turecka cukiernia, gdzie możemy skosztować wszelkich możliwych tureckich słodyczy. Jest tak słynna że w najbardziej newralgicznych momentach, ustawia się kolejka chętnych na stolik.

Nie lubię sytuacji kiedy mam tak mało czasu, że muszę biegać od miejsca do miejsca, nie mając czasu sobie spokojnie usiąść, zjeść coś lokalnego, porozmawiać z przypadkowo spotkanymi osobami. Przez to straciliśmy kilka okazji do ciekawej rozmowy, bo „obowiązki turystyczne” niestety wzywały nas mocniej. Cóż poradzić skoro klimat w mieście taki ładny i z drugiej strony szkoda by było wcale po nim nie pobiegać.

Cerkiew Konstantyna i Eleny pięknie wygląda z zewnątrz niestety – nawet nie byliśmy w środku. Następnym razem. Na pocieszenie wpadliśmy do kilku innych cerkwi.

A to sklep z ikonami – wybór może nieco oszołomić, podobne sklepy i kramy znajdziemy w Sofii pod soborem Aleksandra Newskiego. Ikony są malowane ręcznie ale średnio ładnie i dokładnie :-/

Całość mieszanki stylów i epok w Płowdiwie, uzupełnia też architektura z czasów komunizmu.

Sporo w mieście ciekawie wyglądających socrealistycznych murali.

Rewelacyjnie prezentuje się też artystyczna dzielnica Kapana, pełna mikroskopijnych kamieniczek, w których na parterze mieszczą się galerie sztuki i autorskich sklepy z ubraniami, rękodziełem sztuką i designem. To jest właśnie ten moment, kiedy już jest bardzo ładnie i interesująco, a jeszcze nie jest upiornie drogo i snobistycznie. Bułgarzy dopiero całkiem niedawno dostrzegli turystyczny potencjał zapuszczonej dzielnicy i dali jej drugie życie. Dzięki temu centrum Płowdiwu jest niezmiernie zróżnicowane, bo w tej dzielnicy klimat panuje  iście unikatowy. Kapana jest zupełnie odmienna od typowych dzielnic „starego miasta” w których dominującym typem zabudowy są kaszty, czyli tradycyjne bułgarskie domy. Ta dzielnica to klimat bardziej skłoterski, przy czym panuje tutaj iście młodzieżowy entuzjazm, a nie zachodnioeuropejskie zblazowanie.

Budynek w dzielnicy Kapana. inne prezentują się znacznie bardziej zachęcająco.

Streetart i antykwariaty

Do Płowdiwu warto pojechać by zobaczyć różne formy i odmiany streetartu. Jest go na ulicach bardzo dużo na różnym poziomie. Mnie najbardziej chyba spodobały się malowidła w jednym przejściu podziemnym, bardzo mocno nawiązujące do estetyki ikon. Przy czym były to prawdziwe ikony z pazurem, znacznie ładniejsze niż te ze sklepów i targów dla turystów. Widać że taką estetykę Bułgarzy po prostu mają we krwi. Kolejnym elementem który należy dodać do tej skomplikowanej mieszanki jest antykwaryczne szaleństwo jakie w tym mieście panuje. Tak, zdążyliśmy jeszcze przebiec jak szaleni po kilku rewelacyjnie zapowiadających się antykwariatach. Sklepy ze wszystkim mogłyby być przepięknym tłem do zdjęć  jakiegoś filmu. Z antykwariatami mam ten problem (chyba wszyscy go mają) że zakupione w nich przedmioty przepięknie wyglądające w otoczeniu innych przedmiotów w antykwariacie, już tak pięknie nie wyglądają w moim chaotycznym domostwie. Dlatego teraz już wiem że to pułapka 🙂 i żeby to jakoś wyglądało, musiałabym kupić cały antykwariat, a na to nie mam środków i miejsca 🙂 . Dlatego wolę podziwiać second-handy oraz znajdującą się w nich plątaninę ciekawych przedmiotów – właściciele sklepów mogliby przecież sprzedawać bilety dla osób chcących sobie „popatrzeć”.

Nie wiem o co chodzi, ale mi się podoba.

A to chyba nie streetart tylko „reklama dźwignią handlu” ale wpisuje się w estetykę.

Piękny pokrowiec na samochód – niestety nie wiem o co chodzi (nie zapytałam, bo wiadomo dlaczego).

Osobną historią są antykwariaty pełne najdziwniejszych rzeczy.

Co ccC

Co i gdzie zjeść w Płowdiwie

Co natomiast jadłam w Płowdiwie? Oprócz wizyty w osmańskiej cukierni południową porą,  obawiam się że wyjątkowo nie starczyło czasu by zjeść coś normalnego. Gdy stwierdziłam, że już totalnie umieram z głodu, czynne były już chyba tylko całodobowe budy z burkiem i pizzą 🙂 . To musi być znakomitym dowodem na to że to miasto bardzo zajmujące, do którego koniecznie trzeba zajrzeć.

Baczkowski monastyr

Dzisiaj będzie o rewelacyjnym miejscu w Bułgarii, które koniecznie musicie odwiedzić, jeśli wybieracie się na przykład do Asenovgradu albo Płowdiwu, (o których niebawem również napiszę). Tym miejscem jest monastyr Baczkowski (Бачковски манастир) i rozciągający się koło niego rezerwat przyrody Czerwona Skała (Червената стена) w dorzeczu rzeki Czapełare (Чепеларска река). Podobało mi się tam chyba bardziej niż w najsłynniejszym bułgarskim monastyrze rilskim, ze względu na kameralność i znacznie mniejszą liczbę turystów. Jadąc do monastyru i widząc ciągnące się wzdłuż drogi kramy z pamiątkami, ziołami i ceramiką trojańską, możemy odnieść wrażenie, że całość będzie jakimś turystycznym koszmarem. Na szczęście okazuje się, że to tylko złudzenie, bo spędziliśmy tam czas całkiem spokojnie. Może zawdzięczaliśmy to pobytowi w środku tygodnia?

Turystyka religijna to w krajach prawosławnych ważna część naszych wyjazdów, bo w większości monastyrów w Bułgarii (czy Serbii) za niewielkie pieniądze można przenocować i to w warunkach całkiem komfortowych i pod pewnymi względami nie do pobicia. Najbardziej opłaca się tam nocować ze względu na ciszę. Po zapadnięciu zmroku wszyscy jego mieszkańcy udają się na spoczynek, a mieszkający w monastyrze goście jakoś nie mają odwagi niczym go zakłócać (czyli na przykład hałasować i imprezować). Cisza w dzisiejszych czasach to towar prawdziwie deficytowy, a tutaj za niewielkie pieniądze mamy możliwość dość specyficznego odcięcia się od cywilizacji. Poza tym, nocowanie w zabytku i to w sensie całkowicie dosłownym, to nieraz unikatowe przeżycie.

Do Bachkova przyjeżdżamy przed południem i usiłujemy się zakwaterować. Żeby zamieszkać w prawosławnym klasztorze, prawie zawsze trzeba się trochę nagimnastykować. Nie posiadają one klasycznej recepcji, a nawet jeśli, to i tak nikt stale w niej nie przebywa. Tym razem wszyscy są bardzo zajęci, nikt nie ma czasu powiedzieć nam czy znajdzie się dla nas jakiś pokój, zarejestrować nas i przyjąć pieniądze. Czekamy kilka godzin. Z jednej strony jest to odrobinę irytujące, z drugiej strony mamy szansę przyjrzeć się wszystkiemu na spokojnie. Siedzimy na dziedzińcu klasztornym, na którym rosną niespotykane w Bułgarii gatunki drzew i znajduje się klatka z owcą, która od czasu do czasu żałośnie pobekuje. Okazuje się że codziennie rano z ogromnego stada owiec posiadanych przez klasztor, wybierana jest jedna owca, która spędza czas w klatce na dziedzińcu monastyru, a wieczorem odprowadzana jest z powrotem. Na szczęście ma dostęp do jedzenia i picia. Nie dowiedziałam się o co chodzi z tą owcą i czemu spędza ona czas w klatce na klasztornym dziedzińcu. Niestety w monastyrze Bachkovo zostać możemy tylko na jedną noc, bo potem przyjeżdża duża grupa i wszystkie pokoje są zarezerwowane. Dlatego czasem warto coś zaplanować i wcześniej zadzwonić, z drugiej strony pewnie i tak nie dogadalibyśmy się po angielsku. Szkoda tym większa, że pokoje są na prawdę w dobrym stanie, a w okolicy byłoby kilka ciekawych do zobaczenia miejsc – monastyr znajduje się dosłownie „u wrót” Rodopów.

W Bułgarskich monastyrach panuje dużo swobodniejsza atmosfera, w porównaniu z monastyrami w Serbii, a zwłaszcza w Rumunii. W Rumunii na przykład, niemal w każdym miejscu obowiązują inne zasady ubierania się. Czasem trzeba koniecznie mieć długą do kostek spódnicę, a do innej cerkwi możemy wejść w spodniach (byle długich), innym razem oprócz spodni konieczna jest jeszcze jakaś przepaska. Do jednej świątyni można wchodzić z odkrytą głową, a w drugiej pilnująca cerkwi zakonnica jest święcie oburzona, że wchodzę bez chusty na głowie. Ciężko nie zginąć w tym gąszczu zakazów i nakazów. Zastanawiam się kto to wszystko wymyśla. Odnoszę wrażenie, że mnóstwo zasad istnieje głównie po to, by czuć się w tym wszystkim trochę zagubionym i zawsze mieć możliwość zrobienia czegoś nie tak. W cerkwi bułgarskiej, ważniejsze chyba od wyglądu zewnętrznego wiernych, są ich intencje. Mimo tego, że dookoła klasztorów rozciągają się rozliczne kramy z rękodziełem, ziołami czy zwyczajną tandetą, same monastyry są prawdziwymi oazami spokoju w których mamy nasycić swoją duszę. Dlatego znajdują się w nich miejsca w których możemy usiąść, stół z dzbankiem wody i szklankami, lub po prostu czeszma z zimną górską wodą, czasem w formie fontanny, ale zrobionej tak, by móc z niej pić. Picie ze studni symbolizować ma ukojenie pragnienia duszy. Dlatego w większości serbskich i bułgarskich monastyrów przy wejściu albo zostajemy ugoszczeni, albo mamy ugościć się sami zimną wodą. Dawanie przybyszom wody na powitanie, nie jest tylko pustym gestem i niezbyt wypada nam odmówić, gdy ktoś nam ją proponuje. W Rumunii niestety nie ma już takiego zwyczaju. Jeżeli monastyr położony jest mocno na uboczu, oprócz picia wody będziemy z pewnością musieli spędzić trochę czasu na rozmowie z osobą, która nas gości, dlatego nie warto się śpieszyć. Bardzo często zostajemy także poczęstowani na przykład kawą, owocami, czasem nawet rakiją. Baczkowo jest chyba zbyt tłumnie obleganym miejscem, by czegoś takiego doświadczyć, ale piszę o tym niejako przy okazji.

Monastyr Baczkowski – cerkiew z XVII wieku.

W obrębie murów monastyru znajduje się dużo miejsc w których można usiąść i coś pokontemplować.

Przepiękna metasekwoja na dziedzińcu klasztoru.

Na dziedzińcu monastyru baczkowskiego rosną również granaty.

Dookoła monastyru rozciągają się takie widoki.

Po południu robi się bardzo pusto.

Monaster Zaśnięcia Matki Bożej w Baczkowie jest drugim co do wielkości i drugim najliczniej odwiedzanym monastyrem Bułgarii po Monastyrze Rilskim. W jego skład wchodzą 4 kościoły, i ponad ośmiohektarowe gospodarstwo, w tym liczne sady owocowe i stada zwierząt. Na stronie monastyru jest napisane, że miejsce to jest częścią bułgarskiego dziedzictwa i jest zawsze otwarte na wszystkich odwiedzających. Monastyr powstał w roku 1083 za sprawą Cesarstwa Bizantyjskiego – jego założycielem był Gruzin Grigorii Bakuriani, a jego pierwszymi mieszkańcami mnisi z południowo-wschodniego krańca imperium, głównie Gruzji i Armenii. W końcu jedenastego stulecia przy klasztorze powstała szkoła z biblioteką, w której zgromadzono bogaty zbiór ksiąg starogruzińskich, ormiańskich, bizantyjskich oraz starobułgarskich. Monastyr posiadał pełną autonomię i do 1363 roku nie musiał podlegać administracji Płowdiwu. Monaster pozostawał w granicach Bułgarii do 1393, kiedy tereny te zostały podbite przez Turków. Baczkowo wprawdzie przetrwało pierwszą falę tureckiej inwazji, jednak w XV wieku zostało rozgrabione i zniszczone. Klasztor odbudowano pod koniec XVII stulecia na wzór cerkwi na świętej górze Athos, a patronatem objął ją Patriarchat Konstantynopola.

W cerkwi pochodzącej z 1604 roku, postawionej na ruinach budowli wzniesionej przez Bakurianiego, znajduje się cudowna gruzińska ikona z 1310 roku przedstawiająca Maryję Eleusa – przedstawienie w którym postaci Maryi i dzieciątka stykają się z sobą policzkami. Przed obrazem niemal cały czas stoi kolejka wiernych. Ikona w czasach ottomańskich została z Baczkowa wyniesiona i znajdowała całkiem niedaleko w miejscu o nazwie Kluviata, które zaraz zobaczycie. Tam znaleziono ją w XVII wieku i z powrotem umieszczono na swoim miejscu. Tutaj można poczytać o przypadkach cudownego wyleczenia się z chorób, które ponoć dokonało się za sprawą cudownego obrazu.

Pokryty freskami przedsionek cerkwi.

  Nawet jeśli jesteśmy wielkimi fanami zabytków i historii sztuki, wizyta w samym monastyrze nie może trwać w nieskończoność. Jeszcze tego samego dnia postanawiamy udać się do rezerwatu „Czerwona Skała” i obejrzeć schowane w górach paraklisy oraz wodospad (który latem jest niemożliwy do zobaczenia ze względu na brak wody w rzece). Jeśli już przyjechaliśmy do monastyru koniecznie trzeba nie zważając na upał, pospacerować po okolicy, bo jest niezwykle malownicza. Na szczęście większość trasy jest miło zacieniona. Idąc mijamy klasztorne sady i pastwiska.
Paraklis to rodzaj kaplicy znajdujący się zazwyczaj nieopodal dużego i znanego miejsca kultu. Paraklisy stawiano dla konkretnego świętego, miały umożliwiać odprawianie nabożeństw w wąskim gronie wiernych, na przykład chrztów. W Bułgarii stawiano je także wysoko w górach za tureckiej okupacji. Ich lokalizacja była objęta sekretem, o którym wiedzieli tylko wtajemniczeni. Wierni spotykali się tam w tajemnicy i uczestniczyli w nabożeństwach.
Niesamowite wrażenie robi baczkowskie ajazmoto, czyli kaplica mieszcząca w sobie źródło cudownej i leczniczej wody. Budynek pokryty jest malowidłami z zewnątrz i wewnątrz, a dookoła niego rosną kilkusetletnie platany. Drzewa malowniczo powrastały w kamienną konstrukcję i powoli zaczynają ją rozsadzać.  Miejscami wygląda to jak jakiś lokalny Angkor.

Czerwona skała o zachodzie słońca.

Większość trasy mimo że wiedzie odrobinę pod górę 😉 to jest przyjemnie zacieniona.

Baczkowskie ajazmoto – źródło świętej i leczniczej wody.

Studnia wyłożona jest świętymi wizerunkami na zewnątrz i wewnątrz.

Ogromne wrażenie robią kilkusetletnie platany (prawie jak w Angkor).

Potem ścieżka pnie się mocno pod górę i prowadzi nas w stronę Kluviaty.

Następnie ścieżka zaczyna piąć się pod górę i dochodzimy do miejsca zwanego Kluvia lub Kluviata, w którym znaleziono baczkowską ikonę Maryi Eleusa ukrytą przed Turkami. Znajduje się tam piękny i w całości od wewnątrz pokryty zadymionymi malowidłami paraklis poświęcony św. Michałowi Archaniołowi. Miejsce jest niezwykle klimatyczne, zwłaszcza że o zachodzie słońca jesteśmy jedynymi odwiedzającymi. Szkoda tak szybko stamtąd wracać, ale ze względu na włóczące się samopas psy, które po ciemku mogłyby być mniej przyjazne, musimy zacząć iść z powrotem. Położone wyżej miejsca mają niesamowity klimat i wielka szkoda tak szybko je opuszczać. Porównać można je jedynie z pustelnią św. Sawy nieopodal monastyru Studenica w Serbii.

Paraklis Świętego Michała Archanioła wewnątrz w całości pokryty zadymionymi freskami.

Paraklis św. Michała Archanioła w detalach. Miejsce stoi sobie w górach nie pilnowane przez nikogo.

Niestety przepięknego wnętrza nie dało się sfotografować ze względu na panujące wewnątrz egipskie ciemności.

Na koniec kilka informacji o rozciągających się przed monastyrem kramach. Można zakupić na nich oprócz spotykanej wszędzie chińskiej tandety, także rękodzieło, ceramikę trojańską, rewelacyjny kozi, owczy i bawoli nabiał, oraz skonsultować się i otrzymać poradę zielarską. Kilka kiosków z suszonymi ziołami i mieszankami ziołowymi obsługiwanych jest przez baby czyli starsze kobiety znające się na medycynie ludowej. Dlatego jeden ze straganów prowadzony był na przykład przez Babę Martę. Niestety konsultacja może odbywać się wyłącznie w języku bułgarskim. Kobietom niestety nie asystuje nikt młody, kto mógłby pełnić rolę tłumacza. Można zakupić u nich mieszanki ziołowe na przykład słynny Rodopski Czaj, ziele gojnika, czubrycę i inne tym podobne mocno lokalne rośliny.

Jak przeżyć Gucę

Podczas tegorocznych wakacji udało mi się niechcący spełnić jedno ze swoich odwiecznych marzeń. Obecnie może nie wysuwało się ono na czołówkę moich wakacyjno-wycieczkowych celów (bo w międzyczasie przybyła mi masa innych), ale kiedyś bardzo bardzo chciałam pojechać do Gucy na festiwal trębaczy. Filmy Kusturicy oglądane w liceum i przekonanie, że Bałkany są świetnym miejscem, sprawiły, że Guca stała się dla mnie swego rodzaju mitem. Wybierałam się tam nieskończoną ilość razy. Potem, co chyba zrozumiałe, mój entuzjazm nieco zmalał, bo ilość dostępnych miejsc i atrakcji w dodatku znacznie mniej komercyjnych, urósł w postępie geometrycznym. O tym że udało się w tym roku, zadecydował przypadek. Akurat okropnie mokliśmy i marzliśmy w Sarajewie przy temperaturze poniżej 10 stopni w sierpniu, na jakimś marnym kempingu (tak się składa że jak jesteśmy w Sarajewie, to zawsze pogoda jest „pod psem”), gdy poznana na nim dwójka Włochów powiedziała nam, że jest to ich przystanek w drodze do Gucy. Festiwal miał zacząć się nazajutrz. Postanowiliśmy więc szybko zmienić plany, opuścić Sarajewo i pojechać tam, bo niespełna 250 kilometrów dalej pogoda przedstawiała się diametralnie różnie. Okazało się także, że w pobliżu Gucy jest fajne miejsce, które planowaliśmy odwiedzić rok wcześniej, ale nam nie wyszło, w którym można się zatrzymać na nocleg. Na początek trochę praktycznych spraw.

srb_festiwal-guca-2016_003.jpg

Parada trębaczy i zespołów folklorystycznych na rozpoczęcie festiwalu.

srb_festiwal-guca-2016_004.jpg

Od jakiegoś czasu zapraszane są orkiestry z innych krajów (nie tylko ościennych).

srb_festiwal-guca-2016_007.jpg

Rozpoczęcie festiwalu kilkuset trębaczy gra hymn Gucy.

srb_festiwal-guca-2016_008.jpg srb_festiwal-guca-2016_005.jpg

Transport

Niewiele mogę o nim powiedzieć, gdyż przyjechałam własnym samochodem. Wjazd prywatnym transportem do miejscowości kosztuje 10 euro i jest to jednorazowa opłata za wszystkie dni trwania festiwalu. Po jej uiszczeniu dostajemy nalepkę na szybę i z nią możemy wielokrotnie wjeżdżać i wyjeżdżać z Gucy, oraz za darmo parkować samochód na ogólnodostępnych parkingach. Masa miejscowych dorabia jednak udostępniając swoje pola i kasując za nie opłatę. Nie pamiętam ile, ale sumy raczej nie były zawrotne. Warto rozważnie zaparkować! Lepiej stanąć gdzieś na początku miejscowości i przejść się kawałek na piechotę, niż zrobić odwrotnie i jechać w środku nocy lub gdzieś nad ranem przez całe miasteczko, podczas gdy ludzie często pijani prawie do nieprzytomności włażą nam pod koła. Czasami wyglądają jak prawdziwi zombie. Trzeba jechać z prędkością 5 km/h a i tak możemy kogoś przejechać. Ktoś idący chodnikiem może po prostu przewrócić się na ulicę i problem gotowy. Wszystkie najbardziej strategiczne i darmowe miejsca parkingowe zajęte są już późnym popołudniem.

Nocleg

Spanie poza Gucą ma swoje wady i zalety. Najpierw będzie o wadach. Uwaga! Już pierwszego wieczoru, właścicielka naszego hotelu po jakiś pięciu minutach rozmowy powiedziała nam, że podczas powrotu z festiwalu w środku nocy, kierowca samochodu nie może mieć we krwi ani grama alkoholu! Przy wszystkich wjazdach na główne drogi stoi policja i sprawdza każdy samochód. Nikt nie ma szansy przejechać bez badania, nie da się także w żaden sposób ominąć „rogatek” jakimiś polnymi drogami. Osoby u których badanie promili coś wykaże, proszone są „na stronę” do negocjacji w sprawie ewentualnych darowizn. Właścicielka hotelu w którym się zatrzymaliśmy, opowiadała nam jak rok wcześniej jej hotelowi goście spędzili noc na komisariacie, ponieważ nie mieli chęci, albo wystarczającej ilości środków by wykupić się z opresji. Z rozmów z lokalnymi ludźmi wynikało jednak, że niespecjalnie chodzi tu o zapewnienie względnego bezpieczeństwa, może jedynie osoby pijane w sztok są zatrzymywane, pozostałe muszą tylko uiścić odpowiednią opłatę i jadą dalej – tak to działa. Na picie i siadanie za kierownicą musi być w Serbii dużo większe przyzwolenie społeczne niż w Polsce, skoro ostrzeżenia (wypowiadane z pewną dozą oburzenia) słyszeliśmy od kilku lokalnych osób wcale o nie nie prosząc. Jako że zdecydowanie nie mamy ochoty na płacenie łapówek serbskim policjantom, picie alkoholu podczas festiwalu muszę sobie odpuścić, ale za bardzo nie narzekam. Prawie nigdy nie mam ochoty robić tego co wszyscy dookoła mnie. Drugą kwestią jest wracanie w środku nocy razem z tłumem kierowców na podwójnym gazie. Na szczęście mieliśmy blisko, ale nie wiem czy miałabym ochotę powtarzać to codziennie na przykład przez tydzień.

Dlaczego nie spaliśmy w Gucy? Bo zdecydowaliśmy się na wyjazd zupełnie spontanicznie i w ostatniej chwili. Impreza jest tak popularna że, ciężko byłoby znaleźć tam jakiś sensowny nocleg. Na co można liczyć jeśli śpi się na miejscu? Z pewnością na zdecydowanie inną cenę i jakość noclegów, niż mieliśmy my, śpiąc w odległości niespełna dwudziestu kilometrów. Za samo rozbicie namiotu na czyimś trawniku w Gucy, właściciel terenu może zażyczyć sobie 10 euro. Jeszcze niedawno było to ponoć 10 euro od namiotu, teraz zdarza się że i 10 od osoby. W tej cenie oczywiście nie ma żadnej łazienki ani prysznica. Planując wyjazd pół roku do przodu, pewnie da się znaleźć jakiś względnie sensowny nocleg. Dla mieszkańców jest to możliwość olbrzymiego zarobku. Mit festiwalu jest tak silny, że ludzie rokrocznie skłonni są płacić więcej i więcej. Jeśli ktoś (większość osób, mam wrażenie) jedzie na festiwal by konsumować alkohol w ilościach hurtowych, nie ma co liczyć na noclegi poza Gucą i lepiej zostać w miasteczku przez cały czas. Ja na przykład piję alkohol głównie po to by delektować się jego smakiem i nie bawi mnie już jakoś specjalnie, picie go w ilościach znacznie przekraczających dobre samopoczucie, (i cierpienie dzień później mąk z powodu kaca), dlatego nawet jeśli piłabym go podczas festiwalu, to raczej nie w ilościach zbyt wysokich. W takim razie mogę go przecież wypić kiedy indziej. Nawet jeśli przyjedziemy do hotelu o trzeciej nad ranem, mamy zapewnione kilka godzin snu, ciepłą wodę i przez pół dnia możemy robić inne rzeczy, a po południu jechać na festiwal. Całkiem przyzwoity nocleg poza miejscowością kosztuje tyle co namiot rozbity na czyimś podwórku. W Gucy impreza trwa praktycznie przez całą dobę. Mieszkając gdzieś w centrum należy raczej zapomnieć o spaniu, bo nie o spanie przecież tutaj chodzi.

Jedzenie

wszędzie jest praktycznie takie samo, nieważne jaki lokal wybierzemy. W zależności od preferencji może być ono dla nas albo świetne, albo bardzo bardzo problematyczne. Podstawą wyżywienia uczestnika festiwalu w Gucy jest mięso, głównie grillowane najczęściej typowy bałkański fast food. Ponoć przed festiwalem,  w okolicy ma miejsce ogromne świniobicie. Na każdym rogu niemal wszędzie dookoła piętrzą się stosy jedzenia wręcz w potwornych ilościach, więc na pewno z głodu nie zginiemy. Jeśli zachowujemy się typowo, zapijając wszystko ogromnymi ilościami alkoholu, to w zasadzie wszystko jedno co będziemy jeść. Raczej trudno wtedy o zwracanie uwagi na szczegóły. Dania służą osobom spożywającym go na okrągło – są proste, nieskomplikowane i bardzo tłuste. Fakt że zbliżamy się do centrum miejscowości gdzie odbywa się festiwal czuć nosem już z daleka. Nad uliczkami unosi się bowiem gęsty, siwy dym o specyficznym słodkawym zapachu – to rozliczne grille pracują pełną parą. Zapach przypalonego mięsa jest tak intensywny, że gryzie po oczach. Odbiera mi całkiem ochotę na jedzenie go chyba przez cały najbliższy tydzień. Widok pieczonych w całości baranów i prosiąt obracających się na rożnie, nie robi przynajmniej dla mnie takiego wrażenia jak zapach, który jest dość piorunujący. W dodatku to już upieczone mięso leży sobie na gorącu w pyle i kurzu wzniecanym przez morze ludzi idących dookoła. Z jednej strony fajnie zjeść takie tradycyjne jedzenie jak gotowany na węglach w wielkim glinianym garze kupus, czy pieczone w całości prosiaki i barany.  Z drugiej strony te piętrzące się wszędzie góry jedzenia przygotowywanego w warunkach delikatnie mówiąc takich sobie, przygotowywanych hurtem, w pośpiechu, i przy braku specjalnej higieny, które leżą nie wiadomo jak długo i czekają na kupca.

srb_festiwal-guca-2016_027.jpg

Nad stanowiskami z jedzeniem unosi się siwy dym z grillowanego wszędzie mięsa. Jego zapach skutecznie zniechęca mnie do jedzenia go na jakiś czas.

srb_festiwal-guca-2016_012.jpg

Trudno o jakiekolwiek roślinne alternatywy.

srb_festiwal-guca-2016_019.jpg

Kupus w kilkunastolitrowych glinianych garach piecze się na żarze.

srb_festiwal-guca-2016_018.jpg

Na prawie każdym stoisku z jedzeniem można zobaczyć takie obrazki (wegetarian przepraszam).

srb_festiwal-guca-2016_016.jpg

Jedzenie na festiwalu wygląda nieco przygnębiająco. Nie chodziłam i specjalnie nie szukałam takich widoków. Są one dosłownie na każdym rogu.

W Azji co roku żywimy się na ulicy, więc czemu tutaj wybrzydzam? Bo w Azji raczej się to tak nie odbywa. Tam jedzenie przygotowywane jest na oczach klienta, a nie poniewiera się po zrobieniu kilka godzin. Jeśli są to potrawy gotowane dłużej, to sprzedawane są od razu.  Jeśli nie mam ochoty na mięso lub lokal wygląda odrobinę podejrzanie – wybieram bezpieczniejsze warzywa. W Gucy nie ma takiego wyboru, a od zapachów spalonego mięsa robi mi się trochę niedobrze. W zasadzie jedyną wegetariańską opcją są tutaj frytki. Jest i pizza wegetariańska z warzywami z puszki, a więc „samo zdrowie”. Na festiwal rokrocznie przyjeżdża coraz więcej mocno alternatywnie wyglądających osób z zachodniej Europy i to pewnie dla nich istnieje jedno jedyne stoisko z daniami „wegetariańskimi”, które zdecydowanie rozmijają się z tychże wegetarian oczekiwaniami, bo dominuje fast food i tania smażelina, podobnie jak w przypadku dań mięsnych.

Drugim trochę irytującym problemem jest oszukiwanie w lokalach. Do zamówień doliczane są nie zamawiane przystawki, chleb, dodawane różne dodatki.  Zjawisko zdecydowanie nasila się w środku nocy, gdyż kelnerzy liczą na mocniej wstawionych klientów. Nam doliczono na przykład „wsad mięsny” do pieczonej fasoli (specjalnie zamówiłam bo bez mięsa), kiepską przystawkę której wcale nie zamawialiśmy oraz policzono dość kosmiczną kwotę 400 dinarów za dwa chlebki. Różnica między cenami z menu a ostateczną kwotą zapłaty wyniosła u nas około 10 euro. Wolałabym tą kwotą zasilić na przykład jakąś sympatyczną trzecioligową orkiestrę, niż dawać oszustom za kiepskie jedzenie. Zamiast wstać i wyjść zobaczywszy dania których nie zamawialiśmy zostaliśmy i niepotrzebnie kłóciliśmy się z bardzo niesympatycznym kelnerem, który w ostatecznym rozrachunku rzucił nam na stół dwieście dinarów. Jeśli zamawiamy jedzenie w środku nocy lepiej wybierać najprostsze dania do których nie da się niczego dodać. Co ciekawe dodatek może „kosztować” tyle samo co zamawiana potrawa więc ceny mnożą się na przykład dwukrotnie.

Wkurzające w lokalach różnego typu są podwójne cenniki, inne na czas festiwalu a inne przez resztę roku. Taka na przykład kawa może podczas festiwalu kosztować kilkakrotnie więcej, osiągając cenę prawie jak na zachodzie Europy, mimo tego że w Serbii normalnie jest bardzo tania. Kiedy przychodzi do płacenia nagle okazuje się że wiszący na ścianie cennik z pieczątkami jest nieważny, bowiem na czas festiwalu obowiązuje inny. Można zostać i się trochę pokłócić albo machnąć ręką bo szkoda czasu.

Zdarzają się oczywiście lokale, które nie stosują takich praktyk, niemniej jednak mam wrażenie że są w mniejszości.

Alkohol

Od jakiegoś czasu zupełnie nie piję przemysłowych trunków, a alkohol jest dla mnie wyłącznie elementem szeroko pojmowanego slow foodu. Napoje z dodatkiem procentów leją się w Gucy szerokim strumieniem. Sponsorem festiwalu jest producent piwa marki Jelen. Fajna i kultowa jest tylko jego nazwa i logo, bo w smaku to zwykły przemysłowy sikacz. Jelen sprzedawany jest wszędzie i dostępny co krok (razem z innymi przemysłowymi piwami). Na festiwalu browar pewnie zarabia krocie. Strona Wikipedii poświęcona Gucy, wymienia że na przykład już w roku 2006 podczas festiwalu wypito 4000 hektolitrów piwa, czyli ponad 700 000 kufli. Dominuje sprzedaż piwa na zgrzewki i tylko w puszkach, co eliminuje skutecznie wszelkie mniej przemysłowe piwne napoje.  Z drugiej strony dzięki temu na festiwalu jest bezpieczniej, bo na przykład nikt się nie pokaleczy. Spożywanie w nadmiernych ilościach przemysłowego piwa sprawia że na drugi dzień można cierpieć prawdziwe męki. Tym razem na szczęście z pomocą przychodzą miejscowi, sprzedając własne wyroby – najczęściej domową rakiję. Kupują ją także lokalni, więc to chyba w miarę bezpieczne. Zawsze może trafić się jakiś oszust, dopóki jednak ktoś sprzedaje swoje wyroby na głównej ulicy i kupują go także Serbowie, to raczej chyba nie warto być zbyt podejrzliwym. ja w każdym razie wolałabym domową rakiję od przemysłowego piwa gdybym na festiwalu postanowiła pić alkohol. Co ciekawe na jednej z ulic rozstawił się też jeden znany winiarz ze Sremskich Karlovci. Sprzedawał bardzo dobre wino (kupiliśmy) i rakiję. Miał też bermet, ale w takich warunkach nie znalazł chyba wielu fanów. Tutaj chodzi o to by alkohol był tani i dawał szybkie efekty, nikt nie zamierza specjalnie się nim delektować.

srb_festiwal-guca-2016_011.jpg

Sponsorem festiwalu jest producent piwa Jelen – takie ma na przykład hostessy.

srb_festiwal-guca-2016_028.jpg

Miejscowi starają się jak mogą by zarobić w czasie festiwalu. Tutaj na przykład niestacjonarny sprzedawca rakii i innych napojów.

 Bezpieczeństwo

Trzeba przyznać że jest dosyć bezpiecznie, jak na taką ilość mocno wstawionych osób – strony internetowe podają, że w tej chwili rokrocznie przyjeżdża tu ponad 600 tys. gości. Będąc zagranicznymi turystami jesteśmy bezpieczni w dwójnasób. Dopóki nie zaczniemy zajmować się polityką i wdawać w różne dziwne narodowościowe dyskusje, raczej nic nie powinno nam się przytrafić. Ogólnie w tym temacie bywa dosyć gorąco, miejscami aż iskrzy. Na szczęście Serbowie w swoim (niestety muszę to powiedzieć) szowinizmie skupiają się głównie na najbliższych sąsiadach, obcokrajowców „bardziej z daleka” on raczej nie dotyczy. Zwłaszcza wieczorową porą, gdy wszyscy są już nieco wstawieni zaczynają się toczyć różne pyskówki na tematy polityczno-narodowościowe. Nie znam na tyle języka, żeby dokładnie wiedzieć o czym mowa, na pewno wspominane są różne historyczne zaszłości. Serbia to kraj który mocno nie lubi chyba wszystkich swoich sąsiadów. Z drugiej strony mieszkańcy Bałkanów żywo wyrażają swoje emocje, gestykulują i podnoszą głos nawet przy normalnej rozmowie, może więc skala ich wnerwienia nie była taka jak mi się wydaje? Mimo wszystko nie dochodzi do rękoczynów. Widziałam tylko jednego zakrwawionego człowieka przez dwa dni i wyglądał na regularnego alkoholika, nie wiadomo więc jaka była przyczyna tej sytuacji. Pewnie w takim tłumie może zdarzyć się nam jakaś drobna kradzież kieszonkowa, ale nikt normalny nie idzie chyba bawić się do nieprzytomności z portfelem pełnym pieniędzy? Natomiast bardzo okropne wrażenie robią na mnie stragany z lokalnymi „artykułami patriotycznymi” gdzie można zakupić podobizny lokalnych zbrodniarzy wojennych i innych mocno kontrowersyjnych postaci, czarne flagi skrajnych nacjonalistów i czetnickie czapki. Stragany zdobią także podobizny Putina, który tutaj jest chwalony pod niebiosa. Można nawet kupić jego różne cytaty oprawione w ramkę. Na festiwalu już od dawna obecne są różne organizacje nacjonalistyczne, najczęściej gromadzące się pod pomnikiem trębacza. Non stop wykrzykiwane są tam teksty w rodzaju „Kosowo je Srbija„. Niestety festiwal tradycyjnej muzyki cygańskiej został obecnie trochę zawłaszczony przez serbskie organizacje nacjonalistyczne.

srb_festiwal-guca-2016_015.jpg

Przypinki a na nich lokalni bożyszcze: Ceca, Putin i Dragoljub Mihailović przywódca czetników.

srb_festiwal-guca-2016_022.jpg

Kram prawie w całości poświęcony Putinowi można na nim nabyć liczne pamiątki z wodzem.

srb_festiwal-guca-2016_021.jpg

Stragan na którym nacjonaliści mogą zaopatrzyć się w przydatne gadżety. Oczywiście to nie pojedyncze stanowisko – takich straganów jest co najmniej kilkanaście. Mijając je pomiędzy stoiskami z baranimi i świńskimi głowami i zwierzętami obracającymi się na ruszcie można nabrać dość przygnębiającego wrażenia.

Drugim trochę irytującym zjawiskiem jest spora ilość żebraków – najczęściej małych Romów z najbiedniejszych klanów. Tak olbrzymie skupisko ludzkie przyciąga spore ilości osób tego typu bo  łatwo wtedy o zarobek. Dlatego jeśli nie jesteśmy podatni na czyjeś sugestie raczej nikt się do nas na dłużej nie przyczepi. Jesteśmy odbierani jako obcy, którzy chyba nie wiedzą do końca o co w tym wszystkim chodzi (i tak zapewne jest). Ludzi jest tyle, że szkoda marnować cennego czasu na nagabywanie niechętnych obcokrajowców. Serbowie raczej dają pieniądze żebrakom. Może nie każdy człowiek, ale większość daje im bardzo niskie kwoty, zazwyczaj zachowując się przy tym trochę po wielkopańsku.

Jeśli jesteśmy już przy temacie Romów to będąc na festiwalu mamy niepowtarzalną okazję podejrzeć odrobinę ich świata, który jest dość hermetyczny i trudny do zobaczenia na co dzień. Do Gucy ściągają Cyganie z wszystkich ościennych krajów: Macedonii, Czarnogóry czy nawet Rumunii. Parają się różnymi zawodami. Przyjeżdżają zarówno najbiedniejsi handlujący chińską tandetą i rozkładający swe stragany na ulicach, albo żyjący wyłącznie z żebractwa, ale także rodziny bardzo bogate, które na festiwalu wydają olbrzymie ilości pieniędzy. To ogromnie fascynujące móc trochę to wszystko pooglądać, bo tego rodzaju społeczności coraz bardziej się liberalizują a ich archaiczna struktura trochę traci na znaczeniu.

srb_festiwal-guca-2016_020.jpg

Oprócz wydarzenia muzycznego Guca to też możliwość zrobienia najróżniejszych zakupów.

srb_festiwal-guca-2016_025.jpg

Od zupełnej tandety po ciekawe produkty spożywcze.

srb_festiwal-guca-2016_024.jpg

Jest też piękne oldschoolowe wesołe miasteczko.

srb_festiwal-guca-2016_023.jpg

Dudni upiorną mechaniczną muzyką na całą okolicę. Pogłębiając uczucie absurdu w jakim się znajdujemy 🙂

srb_festiwal-guca-2016_026.jpg

Ale na zdjęciach wygląda całkiem fajnie.

Muzyka

Dlaczego piszę o niej na końcu? Wydaje mi się, że w tym całym zamieszaniu odrobinę straciła na ważności. Odkąd festiwal stał się hitem europejskiej turystyki festiwalowej wielu ludzi jedzie tam głównie po to, by przez kilka dni praktycznie nie trzeźwieć. Dlatego żeby posłuchać muzyki lepiej chyba pojechać na bardziej niszowy festiwal, gdyż ten stał się ofiarą własnej popularności i przekształcił się w lekkie szaleństwo.

srb_festiwal-guca-2016_010.jpg srb_festiwal-guca-2016_009.jpg srb_festiwal-guca-2016_006 srb_festiwal-guca-2016_014.jpg srb_festiwal-guca-2016_013.jpg

Oprócz koncertów na scenach, oficjalnych przemarszów i parad, na festiwal przyjeżdża cała masa mniej znanych kapeli. Warto ich trochę poobserwować. Członkowie kilku najbogatszych i najbardziej sławnych zespołów, żyją sobie jak prawdziwe lokalne gwiazdy. Ich instrumenty są z najwyższej półki i brzmią donośnie a przy tym aksamitnie. Po przeciwnej stronie muzycznej barykady są kapele grające na zabawach i weselach, grające na sfatygowanych, tępo brzmiących i wyglądających jak „wyklepane” instrumentach. Czasami ci maluczcy podglądają tych wielkich, a w ich oczach widać ogromną determinację. Liczą na to że pewnego dnia też dołączą do panteonu szczęśliwców którym się udało. Niemal pożerają wzrokiem tych którym udało się jakoś wybić. Ich motywacja i wiara w sukces jest ogromna 🙂

Cała masa zespołów grających na ulicy niemal bez przerwy to na prawdę świetna sprawa. Po kilku godzinach słuchania w kółko tego samego można wpaść w trans. Mnóstwo osób kręci sobie filmy z orkiestrami żeby wrzucić je na portale społecznościowe. Za zagranie kilku szlagierów orkiestrze należy zapłacić. Muzykowi grającemu na pierwszej trąbce przykleja się do czoła banknot o wysokim nominale – zazwyczaj 1000 dinarów. Żeby banknot się przykleił, należy go poślinić. Oprócz tego każdemu członkowi orkiestry wrzuca się do trąbki podobne lub nieco mniejsze nominały, a perkusistom kładzie pieniądze na talerzach perkusji. Widziałam jednak również większe kwoty, zwłaszcza jak ktoś jest już nieco pod wpływem wysokoprocentowych napojów i pragnie zaimponować kolegom lub partnerce :). Dzięki temu dla takich pomniejszych orkiestr Guca jest szansą na realny zarobek. Dla mnie takie nieco surowe i nieokrzesane orkiestry są chyba bardziej ciekawsze niż te bogate i ugłaskane. Tamtych mogę posłuchać na youtube. Z tymi niszowymi i dzikszymi nie mam szansy inaczej się zetknąć. Dlatego od występów na scenie znacznie moim zdaniem ciekawsza jest ulica i to co się na niej dzieje.

srb_festiwal-guca-2016_029.jpg srb_festiwal-guca-2016_001.jpg srb_festiwal-guca-2016_002.jpg

Czy w takim razie warto w ogóle tam jechać?

Pewnie że tak. Trzeba mieć świadomość że festiwal mocno się komercjalizuje i jeżeli zależy nam faktycznie tylko na muzyce, lepiej wybrać jakiś mniej znany. Jeżeli zaś chcemy robić to co większość przyjeżdżających tam ludzi czyli ostro się bawić festiwal będzie miejscem oryginalnym i nadal chyba w miarę bezpiecznym. Niestety tłumy ludzi znacznie zmieniły jego charakter. Miejscami bywa odrobinę przygnębiająco. Zdecydowanie cieszę się jednak że tam pojechałam, bo złapałam trąbkowego bakcyla. Na pewno jeszcze pojadę na jakiś festiwal trębaczy ale znajdę go sobie sama i będziemy na nim jednymi z nielicznych zagranicznych gości 🙂

Co zobaczyć w Truskawcu

W końcu postanowiłam pojechać do legendarnego Truskawca – uzdrowiska, które całkiem jeszcze nie tak dawno znajdowało się na terenach Polski. Wybierałam się tu chyba od 20 lat czyli od czasów kiedy w ogóle mogłam zacząć myśleć o wybraniu się gdziekolwiek, żeby było śmieszniej, mam do Truskawca niesamowicie blisko. Uzdrowisko święciło ogromne triumfy na przełomie XIX i XX wieku z racji unikatowych wód, przepięknych domów zdrojowych czy położenia w pobliżu centrum naftowego Zagłębia Drohobycko-Borysławskiego – jednego z największych ośrodków przemysłowych II Rzeczpospolitej. Odpoczywały w nim chyba wszystkie najsłynniejsze postaci znane ze szkolnych książek (na przykład Piłsudski), całe mnóstwo polityków i artystów. Truskawiec był wakacyjnym miejscem spotkań ówczesnej bohemy.  Posiadał na przykład sklepy jakich nie mógłby powstydzić się nawet Paryż. Był najdroższym i najbardziej ekskluzywnym polskim uzdrowiskiem. Trochę na ten temat jego przedwojennej historii możemy przeczytać chociażby w Wikipedii, o dalszych losach miasta autorzy artykułu milczą jak zaklęci, opisując jedynie historię rzymskokatolickiego kościoła z XIX wieku. Po II wojnie światowej Truskawiec został niemal całkowicie przebudowany. Przepadła większość kameralnej przedwojennej zabudowy. Na jej miejscu wybudowano gigantyczne sanatoria, które były w stanie pomieścić rekordową ilość odwiedzających (na przykład 350 tys. w 1985 roku) z licznych republik radzieckich, Europy i Afryki. I może to wszystko kręciłoby się do tej pory, gdyby nie rozpad ZSRR. Zmiany polityczne i ustrojowe sprawiły że uzdrowisko znowu znalazło się na krawędzi swojej egzystencji i jego część stoi do dziś całkowicie nieużywana i zapomniana.

W internecie wszyscy narzekają na Truskawiec, że pełen okropnych betonowych socjalistycznych molochów, że zrujnowany i bez charakteru. Postanowiłam w końcu wyrobić sobie własną opinię na ten temat. Dostać się do Truskawca z przejścia granicznego w Medyce/Szeginiach jest dość łatwo. Mamy dwie opcje: pierwsza to pojechać do położonego około 10 kilometrów od Truskawca Drohobycza. Dwa razy dziennie przed południem i po południu z przejścia granicznego odjeżdża  marszrutka do Drohobycza. Jeśli akurat nie mamy szczęścia i na nią nie trafimy, zostaje nam inna możliwość – pojechać do Lwowa skąd sprzed głównego dworca kolejowego średnio co 30 minut jeździ całkiem wypasiony (jak na standardy ukraińskie) autobus. Uzdrowisko jest bowiem dość mocno popularne wśród wielu narodowości byłych mieszkańców ZSRR. W obu przypadkach czekają nas przejażdżki dość okropnymi marszrutkami po wertepiastych drogach, chociaż ponoć kilka lat temu było znacznie gorzej, bo teraz na drodze do Drohobycza przynajmniej dziury załatali. Chyba jednak mniej męcząca jest wyprawa przez Lwów. Prawie cały czas jedziemy całkowicie odnowioną na Euro 2012 drogą, a potem wertepy pokonujemy dużym i w miarę komfortowym autobusem. Czasowo wygląda to mocno podobnie. Jeśli planujemy na przykład małe zakupy we Lwowie, warto w którąś ze stron pojechać przez Lwów, aczkolwiek Truskawiec jest bardzo dobrze zaopatrzony we wszelkie możliwe dobra, bo żyje głównie dzięki kuracjuszom i turystom, którzy przyjeżdżają tam wydawać pieniądze.

ukr_truskawiec_kubeczek_001.jpg

Podstawowym atrybutem tutejszego kuracjusza jest posiadanie kubeczka z rurką. Rodzajów do wyboru jest mnóstwo. Całkiem niezłą frajdę sprawia też ich fotografowanie.

ukr_truskawiec_kubeczek_003.jpg

Ponoć wody truskaweckie niszczą szkliwo zębów. Dzięki piciu ich w ten sposób minimalizujemy szkodliwe działanie wody na zęby (ale nie wiem czy to prawda).

ukr_truskawiec_kubeczek_002

W dodatku ponoć z Naftusią nie ma żartów i nie należy przekraczać starannie odmierzonych dawek, w przeciwnym wypadku zamiast sobie nimi pomagać – szkodzimy. Dlatego wypić należy określoną porcję, którą zaleci nam lekarz. Woda działa tylko na miejscu, i nie nadaje się do transportu. Po dwóch godzinach „na powierzchni ziemi” przestaje działać.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_003.jpg

Tak się to odbywa. Tu nie ma miejsca na improwizację.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_002.jpg

Truskawiec posiada spory potencjał, który niestety został częściowo zmarnowany przez komunistycznych planistów. To oni sprawili, że wybudowano betonowe wieżowce w miejsce pięknych drewnianych domów zdrojowych. Takie same, tylko nieco mniejsze i uboższe zachowały się na przykład w polskim Iwoniczu-Zdroju. W Truskawcu większość nie przetrwała do naszych czasów, gdyż zastąpiły je gigantyczne betonowe sanatoria. Kilka drewnianych willi na szczęście ocalało, przerobiono je na muzea – na przykład historii miasta, kilka odnowiono, a kilka niszczeje i wygląda bardzo kiepsko. Na szczęście zachował się ogromny i nieco podniszczony (ale z klimatem) park zdrojowy z pijalnią wód mineralnych. Miasto posiada wiele atutów do których należą: bardzo ciekawie ukształtowany i zadrzewiony teren, bardzo duży chociaż nieco zrujnowany, klimatyczny  park zdrojowy pełen starych drzew i ciekawych gatunków roślin no i oczywiście lecznicze wody. Dominuje nostalgiczna atmosfera i poczucie, że w wielu miejscach czas zatrzymał się gdzieś dawno temu.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_003.jpg

W Parku Zdrojowym zachował się pomnik Adama Mickiewicza postawiony w setną rocznicę jego urodzin.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_001.jpg

Znajdziemy w nim też inne nieliczne drewniane pozostałości dawnego Truskawca.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_006.jpg

Jest też mini jeziorko. Mniej uczęszczane miejsca pokryte są dość dzikimi chaszczami. Zieleń rośnie sobie w miarę naturalnie nie będąc zbytnio umęczoną i ukształtowaną przez nadgorliwych miejskich ogrodników.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_008.jpg

W starszej części parku znajduje się kilka całkiem sensownych rzeźb.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_007.jpg

Jedna z pijalni na świeżym powietrzu. Ta woda nie jest tak silnie zmineralizowana jak naftusia i nie trzeba pilnować wielkości dawek.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_002.jpg

Czasami chodzenie po parku zamienia się w taki trochę miejski surwiwal zwłaszcza gdy ktoś jak większość lokalnych kobiet nosi niebotycznie wysokie obcasy.

ukr_truskawiec_deptak_001.jpg

Główny deptak – miejsce uzdrowiskowego lansu. „Psy miejskie” odpoczywają po męczącej nocy.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_001.jpg

W porze picia wody (przed posiłkami) na deptaku i w pijalniach pojawiają się tłumy.

ukr_truskawiec_park-zdrojowy_005.jpg

Uzdrowiskowy szyk i kubeczek w ręku.

 Nad leniwym miasteczkiem dominują niesamowite i trochę upiorne, sypiące się architektoniczne relikty z czasów komunistycznych. To sanatoria obecnie już nieużywane, które straszą pustymi oknami. Są w całości skolonizowane przez jaskółki i inne małe ptaki, które zbudowały mnóstwo gniazd na balkonach. Dzielnica gigantycznych betonowych opuszczonych sanatoriów wygląda jak jakiś ptasi rezerwat. Niestety obecnie także stawia się tutaj wysokościowce. O ile gargantuicznych rozmiarów sanatoria z epoki komunizmu mogłyby być elementem całkiem pasjonującego zwiedzania, o tyle współczesne kontynuowanie tego tematu jest odrobinę straszne. Jeśli powstanie dużo takich budowli Truskawiec zmieni się w odhumanizowany leczniczy kombinat z niezdrowym powietrzem. Zresztą komunistyczne molochy były przynajmniej stawiane z pewną konsekwencją. Może w tej chwili wyglądają strasznie, bo były budowane z tandetnych materiałów, ale to nie była całkiem zła architektura. Może trochę niedostosowana rozmiarem do ludzkich potrzeb, zbyt duża i zbyt monstrualna, ale całościowo dosyć spójna. Wystarczy jej trochę pomóc i może zacząć całkiem pięknie się starzeć.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_007.jpg

To pijalnie wybudowana w czasach komunistycznych. Strasznie się sypie ale ma na prawdę fajny klimat.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_005.jpg

Mogłaby być fajnym tłem do jakiegoś interesującego teledysku.

ukr_truskawiec_pijalnia-wod_004.jpg

Jakiegoś przekombinowanego skandynawskiego wykonawcy.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_008.jpg

A to gigantyczne niezamieszkałe sanatoria. Mieszka w nich mnóstwo jaskółek i innych ptaków.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_006.jpg

Fajnie znaleźć się w takim dużym nieczynnym kombinacie leczniczym z przeszłości. Plenery do zdjęć rewelacyjne.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_007.jpg

Już sobie wyobrażam jakąś grę miejską w nieczynnych sanatoriach rodem z filmu Lśnienie.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_004.jpg

W mieście sporo też jest niedokończonych budynków z okresu kryzysu na Ukrainie w latach 90. Podobne „szkieletory” straszą też przy wjeździe do Lwowa.

ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_005.jpg
ukr_truskawiec_park-zdrojowy_004.jpg ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_009.jpg
ukr_truskawiec_komunistyczna-architektura_001.jpg

A to piękna „naprawa obuwia” na jednym z blokowisk.

Natomiast to co stawia się tam współcześnie, to jakaś wielka tragedia. Współczesny Truskawiec wygląda jak miasteczka wypoczynkowe nad polskim Bałtykiem, w których nie ma niczego lokalnego z czym obecni mieszkańcy, mogli by się się identyfikować. Stąd cała masa „turystycznych cytatów” z innych polskich regionów. Nad Bałtykiem kupimy ciupagi z termometrami, oscypki czy owcze skóry, muszelki z tropikalnych mórz oraz całe morze chińskiej tandety. W Truskawcu sytuacja wygląda podobnie. Próbuje się tutaj stawiać pałace rodem z popularnego w latach dziewięćdziesiątych serialu „Dynastia”, które przypominają rezydencje bogatych Romów. Ten brak identyfikacji z czymkolwiek bywa miejscami dość fascynujący. Z drugiej strony, Truskawiec będzie chyba kiedyś wyglądał na prawdę strasznie. Najpierw przewałkowany przez komunizm, a potem dziki kapitalizm. W ogóle nie wiem czemu na Ukrainie wszystkie większe kurorty (jak na przykład Odessa) wyglądają tak anarchicznie i charakteryzuje je wszechobecna tandeta, poparkowane byle gdzie ogromne terenówki z przyciemnianymi szybami i absolutnie chaotyczna zabudowa. Każdy odgradza się jak może od reszty ludzi i tworzy sobie małą enklawę, będącą zazwyczaj ubogim cytatem i kopią jakiegoś odległego oryginału. Greckie kolumny, rzymskie lwy, dziki i zupełnie poplątany klasycyzm, marmur i wszelkie jego podróby, pozłacane detale,  wielkie głośniki – taki Licheń do kwadratu. Fajnie zobaczyć coś takiego przez jeden dzień ale życie w takim „wielkopańskim” otoczeniu przez cały czas musi chyba powodować urazy psychiczne.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_001.jpg

Na początek zaczniemy od najgorszego. Współczesna architektura, tutaj niedościgniony amerykański sen.

ukr_truskawiec_drewniana-architektura_001.jpg

Tymczasem tuż obok budynku rodem (prawie) z Hollywood, niszczeje taka oto piękna klimatyczna drewniana willa.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_002.jpg

Rustykalny płot i blacha falista we wszelkich formach i kolorach, w tle nieużywane sanatorium z czasów Związku Radzieckiego.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_003.jpg

Na mieście stoi pełno takich nowobogackich detali. Jeszcze dobrze nie oddali ich do użytku a już się sypią.

ukr_truskawiec_wspolczesna-architektura_004.jpg

Wejście do Night Clubu „Abordaż” ciekawe jak prezentuje się wnętrze lokalu.

Może dlatego w samym mieście nie byliśmy chyba ani jednego pełnego dnia, bo Truskawiec ma tą niewątpliwą zaletę, że jest fajnym centrum wypadowym do ciekawych okolicznych miejscowości, z którymi jest bardzo dobrze skomunikowany (marszrutkowo). Jeśli jesteśmy bardziej wygodni można także pojechać na wycieczkę taksówką. Taksówkarzy jest tutaj chyba odrobinę za dużo i zaczepiają wszelkich możliwych przyjezdnych byleby tylko gdzieś pojechać. Wystarczy przejść się na dworce w Truskawcu by zdać sobie sprawę, że jest to ważne miejsce, cieszące się estymą mieszkańców wielu byłych republik radzieckich. Odjeżdżają stąd autobusy na przykład do Rygi czy Kiszyniowa oraz do każdego chyba miejsca na Ukrainie. Zresztą wystarczy przejść się po głównym zdrojowym deptaku by w kilka minut naliczyć kilkanaście narodowości z byłych republik radzieckich, na przykład kobiety w pięknych długich do ziemi tradycyjnych sukniach i długich czarnych warkoczach, z grubsza wyglądające jak na dokumentalnych filmach o Turkmenistanie (ale nie znam się bo nie byłam).

Wracając jednak do możliwości wycieczkowych mamy przynajmniej trzy interesujące opcje. Bardzo ciekawym miejscem na jednodniową wycieczkę jest Drohobycz, o którym powstanie osobny wpis. Warto też się wybrać do Borysławia, żeby zobaczyć co zostało z naftowego snu, ale dla mnie zdecydowanie najciekawszym miejscem na wycieczkę jest Schidnica i to tam zdecydowanie pragnę się jeszcze wybrać. Schidnica jest miejscem dużo spokojniejszym od Truskawca. Dominuje w niej zabudowa wiejska tylko gdzieniegdzie znajdują się kilkupiętrowe pensjonaty. Znacznie różni się od Truskawca najeżonego kilkunastopiętrowymi wysokościowcami i przesiąkniętego uzdrowiskowym lansem. W porównaniu z nim wygląda bardzo sielsko. W miasteczku rozmieszczonych jest kilkadziesiąt źródeł z wodą mineralną. Do ponad dwudziestu z nich prowadzą oznakowane szlaki. Co chwilę można spotkać ludzi nie wyglądających na miejscowych, którzy pytają się na przykład, jak dojść do źródła numer dwadzieścia cztery. Szukanie ich to taki miejscowy sport. Każda woda smakuje zdecydowane inaczej. Są na przykład wody mocno żelazowe które po chwili stają się rude. Największym hitem jest woda ponoć smakująca identycznie jak jedna z najbardziej znanych na świecie wód – gruzińska Borjomi. Napicie się jej nie jest wcale łatwym zadaniem. Pod źródłem siedzi bowiem cały komitet kolejkowy, ponieważ miejscowy żyją ze sprzedaży tej wody przejeżdżającym przez miejscowość kierowcom. Chyba większość lokalnych emerytów dorabia sobie w ten sposób.  Niektóre źródła są nieco bardziej „ucywilizowane” i w miejscu ich wybicia stoją różne budynki (na przykład pilnowane przez pijanego w sztok dozorcę), żeby dotrzeć do niektórych trzeba przedzierać się przez chaszcze. Gdybym miała jeszcze raz pojechać do Truskawca, na miejsce pobytu wybrałabym Schidnicę. Wygląda dużo sympatyczniej. Cała okolica ma bardzo podobny, nieco nostalgiczny klimat – warto to zobaczyć, bo wszystko zmienia się bardzo szybko.

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_001.jpg

Źrodło wody mineralnej w parku zdrojowym (Schidnica)

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_003.jpg

Kolejne źródło ze Schidnicy.

ukr_schodnica_zrodlo-mineralnej-wody_002.jpg

Ma bardzo dużo żelaza które barwi ziemię na rudo.

ukr_schodnica_kiwon_001.jpg

Tak wygląda park w Schidnicy, jedyny element cywilizacji to latarnie i drewniane ławki. Park jest po prostu łąką, na której stoją nieczynne kiwony.

ukr_schodnica_kiwon_002.jpg

Pozostałości po imponującej nafciarskiej przeszłości tego regionu. Kiedyś w okolicach Borysławia pozyskiwano 10% światowego wydobycia ropy naftowej.