Archiwum kategorii: Lwów

Co przywieźć ze Lwowa, wersja dla wybrednych

Większość osób wchodzi na tą stronę żeby poczytać o Lwowie. Dobrze się składa bo ja też bardzo lubię tam jeździć, chociaż ostatnio nie bywam już tak często jak dawniej. W latach 2007-2010 odwiedzałam to miasto kilka razy do roku. Później trochę mi przeszło. Dzięki tak licznym wyjazdom widzę, jak wiele zmieniło się w mieście na przestrzeni lat. Turystyka dosłownie eksplodowała. Lwów stał się strasznie modną destynacją. Dzięki temu okolice rynku powoli wypełnia się miejscami stworzonymi wyłącznie z myślą o turystach. Zaczynają pojawiać się coraz bardziej luksusowe towary i można stąd przywieźć coraz ciekawsze rzeczy. Dlatego postanowiłam skupić się także na nieco bardziej niszowych lwowskich zakupach, które zadowolą bardziej wybredne gusta. Lwowskie towary, które opisałam w tym poście są do kupienia praktycznie w każdym sklepie. Niekoniecznie zadowolą poszukiwaczy jedzeniowych przygód, bo co to za przygoda pójść do sklepu na rogu i kupić w nim kapustę morską? Dla mnie to już nie jest egzotyka, mimo że uwielbiam jeść kapustę morską i za każdym razem we Lwowie obowiązkowo ją kupuję. Tym razem chcę skupić się na rzeczach, których może nie zauważymy za pierwszym razem, ale gdy je już znajdziemy możemy poczuć się trochę jak odkrywcy. Żeby kupić niektóre wymienione przeze mnie w tym poście towary, trzeba odrobinę się nachodzić. Miejsca w których można je kupić są dosyć mocno rozstrzelone po mieście. Nie sądzę żeby dało się to wszystko zgromadzić w jeden dzień, ale warto poznać przynajmniej część z nich.

Nie znajdziemy jednak w moich propozycjach odnośnie tego co zjeść i przywieźć, aktualnych gastronomicznych mód, czyli na przykład hipsterskich palarni i pijalni kawy, w rodzaju niezliczonych klonów nieszczęsnego Starbucksa, czy burgerowni w których zjemy odrobinę zdrowsze hamburgery.  Tego typu lokali dość dużo namnożyło się na Starym Mieście. Są to miejsca, które przeważnie wszędzie i zawsze wyglądają tak samo. Jakoś tak się składa, że im bardziej są popularne, tym bardziej przewidywalne będzie to co w nich znajdziemy. Zamiast spędzać czas w kolejnym identycznie wyglądającym miejscu, wolę powłóczyć się po bazarach.

Lawasz (вирменский лаваш)

Czyli ormiański chleb. Nie trzeba już jechać do Turcji, by móc łatwo go kupić. Znajdziemy go bowiem już we Lwowie, występuje w budkach z chlebem na Bazarze Priwokzalnym i kosztuje zupełne grosze. Wygląda jak rozwałkowane i nie upieczone ciasto, a zapakowany jest w worek foliowy. Opakowanie zawiera 5 dużych płatów lawasza, w wymiarach mniej więcej 40×60 centymetrów.  Nie zawiera niczego podejrzanego: mąkę, wodę i olej roślinny. Tak przy okazji – ten bazar, czyli Ринок Привокзальний to teraz mój najbardziej ulubiony rynek we Lwowie. W chwili obecnej w moim rankingu lwowskich bazarów przejął palmę pierwszeństwa i lubię go bardziej niż Bazar Krakowski. Lawasz to rodzaj chleba ogromnie popularny od Turcji po republiki Azji Środkowej oraz Syrię i Liban, zupełnie naszego chleba nie przypominający. Dostosowany do suchego i gorącego klimatu. W takich warunkach może leżeć długo i nie psuć się. To bardzo cienkie białe ciasto, w które zawija się praktycznie wszystko co chce się zjeść. W formie zeschniętej może przetrwać nawet pół roku. Aby z powrotem stał się miękki, wystarczy skropić go wodą i zostawić na chwilę a potem podgrzać albo przypiec. Trzeba to robić bardzo krótko i szybko, inaczej chleb znów całkowicie się odwodni i stanie kruchy i łamliwy.

ukr_lawasz_001.jpg

Lawasz wygląda trochę jak ścierka.

ukr_truskawiec_herbaty-ziolowe_001.jpg

A to herbaty ziołowe o których będzie mowa poniżej.

Czurczela (Czurczchela) чурчхела

Czurczela to rodzaj słodyczy, z wyglądu przypominający suszoną kiełbasę, albo nieregularną woskową świecę. Wszystko to za sprawą syropu winogronowego zagęszczonego mąką, którym oblane są bakalie, najczęściej orzechy włoskie, ale zdarzają się też pistacje oraz migdały. Bakalie są nanizane na sznurek albo nitkę jak korale i zanurzane w garze z syropem. Robi się to wiele razy, metodą mniej więcej taką, jak kiedyś robiono świece. Następnie wiesza się na sznurku gotowy produkt do wysuszenia. Deser występuje od Grecji i Turcji przez cały Kaukaz po byłe republiki radzieckie Azji Środkowej. Można go też kupić w Iranie. Sporo razy jadłam coś takiego w Turcji, gdzie mówią na to sujuk, czyli po prostu kiełbasa. Jednak te tureckie produkowane były z dodatkiem cukru i innych sztucznych dodatków. Ten rodzaj słodyczy w Turcji jakoś zupełnie nie przypadł mi do gustu. Może po prostu nie trafiłam na żaden prawdziwy i porządnie zrobiony Natomiast we Lwowie na Bazarze Priwokzalnym możemy kupić uzbeckie czurczelo zupełnie domowej roboty, bez żadnych niepotrzebnych dodatków. Znajduje się tam bowiem (we wnętrzu hali targowej) całkiem spore i bogato wyposażone stoisko oferujące mnóstwo przypraw (w tym także przyprawy do płowu o którym piszę w tym poście), ręcznie malowane, bogato i misternie zdobione uzbeckie naczynia, oraz duży wybór mięs i wędlin halal, co wygląda dosyć zabawnie obok stert wieprzowiny we wszelkich możliwych formach, rozłożonych na straganach dookoła. Czurczela z tego straganu jest po prostu genialna. Panowie sprzedawcy twierdzą, że robiona jest na miejscu, na Ukrainie, ale z uzbeckich składników. Jedno jest pewne, ktoś wie co robi. Gorąco polecam.

ukr_czurczchela_001

Udało mi się nawet dowieźć kawałek do domu i nie zjeść po drodze.

Produkty z Uzbekistanu

Samo stoisko to też ciekawe zjawisko. Na zachodniej Ukrainie na każdym mniejszym i większym  bazarze z jedzeniem, nawet w niewielkich i prowincjonalnych miastach, napatoczymy się na stoisko z uzbeckimi towarami. Co ciekawe na każdym z nich jest mniej więcej to samo, głównie przyprawy, oraz uzbeckie rękodzieło, czasami także produkty sypkie w rodzaju ryżu do płowu, czy soczewicy. Przyprawy zapakowuje się w ten sam sposób i do takich samych plastikowych pojemniczków. Wygląda to jak dobrze zorganizowana firma, albo franczyza w rodzaju naszego sklepu Żabka. Uzbecy opanowali już praktycznie każdy bazar we Lwowie, oraz bazary na prowincji. Musi to być jakaś skoordynowana działalność, bo każde stoisko wygląda tak samo.  Dzięki temu nagle zaczynamy mieć dostęp do herbaty, przypraw, lokalnych słodyczy z byłych republik radzieckich Azji Środkowej. Dla mnie to cudowna sprawa. Mimo że jeszcze w żadnym z tych krajów nie byłam, mam możliwość umiarkowanego doszkolenia się w temacie tamtejszego jedzenia.

ukr_lwow_przyprawy-do-plowu_001.jpg

Na stoisku uzbeckim na bazarze Priwokzalnym można zaopatrzyć się w liczne przyprawy.

ukr_lwow_stoisko-uzbeckie-na-bazarze_002.jpg

Słodycze popularne od Grecji po Azję Środkową.

ukr_lwow_stoisko-uzbeckie-na-bazarze_001.jpg

I pięknie malowane uzbeckie naczynia.

Adżika, albo pasty warzywne (аджика)

Na Ukrainie mamy spory wybór rozmaitych ajwarów, czyli past zrobionych przede wszystkim z pieczonej papryki, odrobiny pomidorów, często także pieczonych bakłażanów, cebuli, chilli i czosnku. Jest to danie bardzo popularne na całych Bałkanach, posiada mnóstwo regionalnych odmian i bardzo wiele nazw. Mamy więc na przykład ljutenicę, ajwar, adżikę, oraz zakuskę. Nie będę teraz wgłębiać się w zagadnienia, co się jak nazywa i dlaczego, ale na Ukrainie pod tymi wszystkimi nazwami będzie się  kryło mniej więcej to samo. Panuje tutaj zupełne pomieszanie z poplątaniem, mimo że coś teoretycznie nazywa się tak i tak, w rzeczywistości smakuje podobnie do pasty nazywającej się inaczej :). No bo weźmy taką adżikę. Teoretycznie powinna być pikantną pastą zrobioną głównie z ostrej papryki, typową dla kuchni kaukaskiej, ale w ukraińskich sklepach najczęściej jest po prostu zwykłym ajwarem. Nie wiem dlaczego tak właśnie się nazywa. Na szczególną uwagę spośród ukraińskich past warzywnych zasługuje Adżika Niżyn (аджика нежин) ponieważ posiada porządny skład i bardzo dobrze smakuje, zwłaszcza wersja z kawałkami bakłażana oraz pikantna. Natomiast niezupełnie przepadam za wersją zrobioną z samego bakłażana bo jest jak dla mnie trochę za bardzo mdła i ma niefajną papkowatą konsystencję. Adżika firmy Niżyn jest dosyć powszechna zwłaszcza w sklepach z ekologiczną żywnością na przykład еко лавка, których we Lwowie znajdziemy sporo. Dosyć często widziałam ją także w normalnych sklepach spożywczych. Na razie nie zawiera żadnych podejrzanych dodatków, niestety to produkt popularny i szeroko dostępny, więc zobaczymy jak długo to jeszcze potrwa. W Polsce też kupimy te pasty, tyle że co najmniej pięciokrotnie drożej.

Śniadanie z adżiką sfotografowane na potrzeby bloga.

Sery

W tej chwili wiele się dzieje także w temacie naturalnych serów wytwarzanych w małych ilościach przez niewielkie domowe, rodzinne wytwórnie. Takie sery są najlepsze, w wielkich mleczarniach oryginalne smaki gdzieś się gubią. W sumie to dziwne, że dopiero od niedawna takie produkty zaczęły być widoczne w Lwowie (ilość serowarni na Ukrainie rośnie chyba w postępie geometrycznym) –delikatnie pofałdowane podgórskie tereny zaczynają się niedaleko na południe od miasta. W tej części Ukrainy dominują małe rodzinne gospodarstwa. W kraju leży spory kawałek Karpat. Sporo osób musiało się niedawno wziąć za ten rodzaj biznesu, ponieważ niszowe lokalne sery sprzedawane są w wielu miejscach. Widać też, że są bardzo chętnie kupowane. Sprzedawcy mówią że dopiero niedawno zaczęli się tym zajmować, ale ich produkty w niczym nie ustępują tym po naszej stronie granicy no i oczywiście są znacznie tańsze. Dominują sery krowie, ale sporo jest też owczych. Na razie chyba najmniej popularne są kozie.  Sprzedażą lokalnych serów zajmuje się we Lwowie sieć sklepów Сирні Мандри, który posiada fanpage na facebooku i wystawia się także na lwowskich targach (np. Stryjskim) ostatnio spotkaliśmy ich stoisko na bazarze w Niedzielę Palmową. W ich ofercie dominują sery ukraińskie głównie z Zakarpacia. Również wymieniona przeze mnie wcześniej sieć sklepów Eko Lavka (еко лавка) posiada lokale wyposażone w lodówkę z serami, ale są to przede wszystkim produkty zagraniczne w absurdalnych jak na ukraińskie warunki cenach. Co ciekawe we Lwowie można też kupić wiele serów gruzińskich, niemniej jednak nie byłam w stanie się dogadać czy są to sery z Gruzji, czy też tylko naśladują one gruzińskie sery, ale patrząc po cenach zapewne były to sery ukraińskie.

ukr_lwow_ekologiczne-sery_001.jpg

Stoisko Сирні Мандри na jarmarku na Prospekcie Swobody w Niedzielę Palmową.

Ziołowe herbaty

Boom na zdrową żywność zaczął się na Ukrainie na dobre. W wielu sklepach możemy natknąć się na rozmaite „fito czaje” (фиточай), często są to produkty niezapakowane w torebki ekspresowe, tylko mieszanina ziół i liści drzew, albo roślin z karpackiego stepu. Wyglądają świetnie. Ostatnio kupiłam sobie kilka takich herbatek i bardzo ciekawie smakują. Trzeba je parzyć w czajniczku raczej słabo zaparzą się w kubku (piję herbaty tylko z czajniczków). Zawierają na zioła których u nas (z powodu bycia w Unii Europejskiej) raczej w herbatkach nie znajdziemy, takie jak na przykład piołun. Oczywiście picie takich herbat non stop z pewnością nie wyszłoby nam na zdrowie, nigdy jednak nie możemy być pewni czego nam brakuje, dlatego najbardziej odpowiada mi podejście chińskie by jeść i pić wszystko. W kwestii herbatek jeszcze jedna ważna uwaga: lepiej takie produkty kupować w sklepie, zamiast od przydrożnych sprzedawców. Ostatnio będąc w Truskawcu miałam okazję widzieć jak kobieta sprzedająca swoje herbatki „domowej roboty” zrywa rośliny przeznaczone na herbatki z przydrożnego trawnika (!).

Olej z ziaren prażonego słonecznika i inne oleje

Na lwowskich bazarach mamy możliwość zakupu bardzo dobrego oleju słonecznikowego, w tym także wyciskanego z ziaren prażonego słonecznika (pachnie rewelacyjnie) przez małe rodzinne tłocznie. Znowu w tym celu najlepiej udać się na bazar Priwokzalny. Tym razem trzeba przejść się po hali z warzywami i owocami. Oprócz oleju ze słonecznika kupimy tam także olej z pestek dyni, olej lniany czy z ziaren gorczycy. Nie muszę chyba dodawać, że jest kilka razy taniej niż podczas polskich ekologicznych targów.

Na uwagę zasługują także oleje dostępne w aptekach w rodzaju oleju rokitnikowego, czy z pestek dyni. Są znacznie tańsze niż u nas. Sporo jest też maceratów, na przykład  z uczepu, czy glistnika. Niestety nie ma szans się dowiedzieć jaki olej został użyty do ich zrobienia, ponieważ sprzedawcy nie mają świadomości że z uczepu nie da się wycisnąć oleju i jest to macerat. Na opakowaniu także nie znajdziemy takich informacji.

Zioła, kosmetyki i produkty lecznicze

Będzie tego trochę. W przypadku ziół i kosmetyków, jest analogicznie jak w przypadku jedzenia – jadąc niespełna dwieście kilometrów od domu, mam możliwość zakupu kosmetyków i produktów leczniczych z terenu Rosji i byłych republik. Są to bardzo specyficzne produkty, a co najważniejsze, zrobione ze znanych i popularnych u nas roślin, więc mało prawdopodobne że będą nas na przykład uczulać w porównaniu z produktami z drugiego końca świata. Na terenach byłego Związku Radzieckiego ziołolecznictwo ma się świetnie. Nie mam pojęcia czemu będąc tak blisko, zapomnieliśmy tak dużo. Weźmy na przykład taką gemmoterapię, czyli leczenie substancjami leczniczymi wytwarzanymi z pączków drzew i roślin. U nas właśnie w tej chwili najbardziej modne blogi zielarskie rozkręcają temat. Na Ukrainie niczego nie trzeba rozkręcać. W sklepach kupimy mnóstwo produktów z pączków brzozy, kasztanowca, dębu, lipy, topoli i mnóstwa innych roślin, a także suszone pączki rozmaitych drzew. Przywiozłam sobie na przykład suszone pączki topoli czarnej, które w dodatku kosztowały mnie grosze.

Na Ukrainie dostępne są produkty, które u nas po wejściu do Unii Europejskiej zostały wycofane z powodu obecności zakazanych substancji. Znajdziemy więc tutaj produkty kosmetyczne na przykład z dziegciem, żywokostem, czy produkty borowinowe nieobjęte obostrzeniami takimi jak u nas. Są też specyfiki właściwe tylko dla tych krajów, takie jak produkty z czyru (po ukraińsku Чага), czyli narośli rosnącej na brzozie, albo mumio zwanego także smołą górską, a także biszofitu czy ozokerytu. Są także lekarstwa z udziałem substancji pochodzenia zwierzęcego, na przykład jadu żmii czy pijawek (zresztą moda na leczenie pijawkami święci tutaj ogromne triumfy). Bardzo interesujące są gotowe wyroby kosmetyczne i lecznicze z udziałem przeróżnych interesujących lokalnych substancji, trzeba mieć jednak świadomość, że większość z nich zawiera popularne kosmetyczne składniki takie jak na przykład SLS czy olej parafinowy, które niekoniecznie wyjdą nam na zdrowie. Dlatego ogólnie nie kręcą mnie produkty w rodzaju serii od Babuszki Agafii. Oczywiście składniki popularnych kosmetyków są używane na co  dzień przez mnóstwo ludzi i wielu z nich będzie pukać się w czoło, bo przecież używają tego codziennie i nic im nie jest. Warto jednak zapoznać się z innym punktem widzenia, no i zobaczyć różnicę jaką odczujemy po odstawieniu popularnych kosmetyków na dłuższy czas.  Niemniej jednak gwoli sprawiedliwości trzeba stwierdzić że da się także kupić tutaj na przykład szampon dziegciowy „bez sulfatów” z substancjami powierzchniowo czynnymi pochodzącymi z kokosa.

Kolejnym produktem z którego słyną Rosja i byłe republiki są glinki kosmetyczne. Kupimy ich tutaj bardzo szeroki wybór, a ceny oczywiście będą bardzo korzystne, chociaż glinki ogólnie są produktem niedrogim, więc nie wiem czy warto specjalnie je z sobą targać jeśli przyjechaliśmy do Lwowa na przykład z przeciwnego krańca Polski. Dla mnie wyjazd tu to po prostu wycieczka zakupowa.

Na Ukrainie warto także zaopatrzyć się w olejki eteryczne, które są o wiele tańsze niż u nas. W każdej przeciętnej aptece ich wybór jest całkiem niczego sobie. Prym wiodą dwie firmy: Aromatika i Adverso. Z ich jakością jest różnie, raz lepiej, a raz odrobinę gorzej. Ponoć żeby poznać czy olejek eteryczny nie jest zafałszowany olejem „ciężkim”, wystarczy wylać kropelkę na papier w rodzaju chusteczki higienicznej i zobaczyć, czy po wyparowaniu nie została tłusta plama. Jeśli został ślad po olejku został on zafałszowany. Takie rzeczy co prawda z tymi olejkami się nie zdarzają, ale nie są to też najlepsze olejki eteryczne z jakimi się spotkałam. Są to po prostu całkiem porządne olejki średniej klasy, o korzystnym stosunku jakości do ceny.

ukr_olejki-eteryczne_001.jpg

Między innymi takie olejki kupiłam sobie ostatnio.

Coś na ochłodę

A na koniec coś bardziej odpowiedniego na letnią porę. W mieście można jeszcze spotkać obnośne punkty sprzedaży kwasu chlebowego. Ten na zdjęciu jest bardzo zmęczony i stoi sobie na dworcu (ten akurat w Truskawcu) nieużywany, ale zwłaszcza w mniej reprezentacyjnych miejscach miasta „kwasomaty” nadal mają się dobrze. Oprócz kwasu chlebowego na ochłodę możemy napić się także na przykład „pierwszego eko piwa Ukrainy” czyli piwa Biłe o którym piszę także w pierwszym poście o zakupach we Lwowie. O ile jednak kupić je w sklepie to żadne wyzwanie, bo jest ono wszędzie, o tyle znaleźć je w wersji lanej to już nieco większy problem. Niemniej jednak warto go szukać, bo smakuje dużo lepiej niż butelkowane. Moda na „żywe piwo” czyli piwo odrobinę mniej przemysłowe, właśnie się na Ukrainie rozpoczyna. Stąd też mnóstwo sklepów w których można kupić lane piwo małych lokalnych browarów. Często taki sklep jest bardzo mikroskopijnych rozmiarów, posiada 2-3 stoliki, na których można szybko przysiąść i wypić takie piwo na miejscu. Co ciekawe do piwa można w tego typu lokalach dostać świetnej jakości suszoną rybę. Nie są to już ryby pakowane w foliowe worki, jakie można kupić w niemal każdym ukraińskim sklepie spożywczym, ale produkty świeże i niepakowane. Często taka ryba jest na miejscu krojona żeby łatwiej było nam ją zjeść. We Lwowie taki lokal można znaleźć na przykład piętro niżej pod restauracją Bagrationi, o której piszę w poście co zjeść we Lwowie. Ostatnio odwiedziłam taki lokal w Truskawcu i miałam okazję zjeść na prawdę świetnego suszonego kalmara, jakiego próżno szukać w normalnych sklepach.

ukr_truskawiec_automat-do-kwasu-chlebowego_001.jpg

Nieco zmęczony życiem „kwasomat”.

ukr_piwo-bile-lane_001.jpg

Piwo biłe lane smakuje zdecydowanie lepiej niż to z butelki.

ukr_truskawiec_kalmar-suszony_001.jpg

A to najlepszy kalmar jakiego jadłam do tej pory, trudne warunki fotograficzne sprawiły że słabo go widać.

Mięsne ekskursje

Teraz coś dla odrobinę bardziej odważnych. Sposób sprzedawania mięsa wygląda na Ukrainie, tak jak u nas przed co najmniej dwudziestu laty (albo po prostu tak jak w każdym normalnym azjatyckim kraju). Mnie to nie szokuje, bo jestem przyzwyczajona. Nie mam z tym zjawiskiem żadnych problemów. Nie brzydzę się dopóki mięso jest w chłodzie i nic nie rozkłada się na upale. Chociaż i takie obrazki można było swego czasu zaobserwować we Lwowie, na bazarach gdzie mięso leżało w upale na ladach pod gołym niebem. Wprawdzie ostatnio powstaje coraz więcej sklepów sprzedających je bardziej na naszą modłę z chłodniami, lodówkami i mięsem zapakowanym w foliowe worki próżniowe. Niemniej jednak większość sprzedaje się tu jeszcze inaczej – bez opakowań foliowych, przeźroczystych lodówek i terminów przydatności do spożycia. Na lwowskich bazarach mięso w rozmaitych formach leży na ladzie i czeka na klienta. Sprzedawane jest w osobnych halach – mięsnych jatkach. Zapach panuje w nich nie do opisania. Jednak ludzie mają tutaj możliwość zrealizowania jednej z mocno atawistycznych ludzkich potrzeb, a mianowicie pogapienia się na mięso. Mam wrażenie że sporo z nich przychodzi tutaj jedynie popatrzeć, nic nie kupują, tylko wpatrują się w nie z uwagą. Warto zaobserwować takie zjawisko także i w naszych sklepach z mięsem. Nieraz ludzie stoją ze wzrokiem utkwionym w nim jak zahipnotyzowani. Wyglądają jak zawieszeni w czasie i przestrzeni, mija kilka minut a oni nie zdają sobie z tego sprawy. Tylko że u nas muszą patrzeć przez szybę, a tutaj mają je dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeśli już wybierzemy się tam na przykład po sało, (przy okazji możemy spróbować tego co kupujemy), mamy możliwość porzuć się jak na jakimś porannym bazarze w Azji Południowo Wschodniej, gdzie na ladach piętrzą się góry mięsa, które sprzedawane są na pniu i nieraz już w południe nie zostaje po targu ani śladu. Mięso nie jest tutaj tak mocno przetworzone jak na zachodzie, nadal więc możemy zakupić tutaj na przykład głowę świni w całości, wszelkiej maści podroby, czy nawet krowie kopyta.

ukr_lwow_bazar-krakowski_hala-z-miesem_001.jpg

Bazar krakowski posiada osobną halę w której możemy kupić mięso. Tak funkcjonowały miejskie jatki. Niesamowite wrażenie robią wazony ze sztucznymi kwiatami w kolorze sprzedawanego mięsa poustawiane na górnym piętrze.

ukr_lwow_bazar-krakowski_hala-z-miesem_002.jpg

Unoszący się wszędzie zapach świeżego mięsa trudno opisać.

ukr_lwow_bazar-priwokzalny_001.jpg

A to weseli sprzedawcy słoniny na bazarze priwokzalnym.

Pamiątkowe gadżety

Po rosyjskiej agresji na Krym i wydarzeniach na Majdanie, na straganach z pamiątkami pojawiły się gadżety z Putinem, które chyba mocno nie przypadłyby mu do gustu. Popularnym nabytkiem są wycieraczki z jego podobizną oraz kolorowy i czarno biały papier toaletowy. Całkiem niedawno byłam w Serbii, gdzie znowuż dla odmiany można było kupić koszulki z Putinem przedstawianym jak superman, dzielny wódz i komandos. Na dodatek oba kraje dzieli niewielka odległość i wyznają tą samą religię. Kompletnie się jednak różnią w swoim podejściu do Rosji.

Co i gdzie warto zjeść we Lwowie

Ten wpis jest nieco jubileuszowy.  W tym roku minie dokładnie 10 lat odkąd pierwszy raz pojechałam do Lwowa (i tak już zostało, bo nie mogę przestać tam jeździć). Uwielbiam to miasto i za każdym razem świetnie się tam bawię. Co prawda ostatnio nieco zmniejszyłam częstotliwość wyjazdów, ale są one teraz bardziej tematyczne. Nie muszę już zwiedzać zabytków i przebywać w miejscach, które odwiedza się za pierwszym razem. Robię tam tylko to co na prawdę lubię, bo turystyczny przymus w zupełności mnie nie dotyczy. Oczywiście raz na jakiś czas dawkuję sobie na przykład jakieś muzeum albo zabytek, w przerwie od włóczenia się po rozmaitych lokalach, sklepach no i oczywiście bazarach. Rok temu napisałam posta o tym co kupić we Lwowie, tym razem pragnę skupić się na tym co warto zjeść w rozmaitych lokalach gastronomicznych. Na przestrzeni 10 lat w mieście wiele się zmieniło. W porównaniu z czasami kiedy zaczynałam jeździć do Lwowa lokali z jedzeniem jest kilkakrotnie więcej. Na Euro 2012 zaczęło przybywać ich w tempie iście geometrycznym, jednak impreza dawno się skończyła, a one nadal powstają jak grzyby po deszczu. Starówka w tej chwili, mimo wojny na wschodniej granicy kraju, przypomina plac budowy. Wszystko gwałtownie się odnawia.  We Lwowie na dobre zaczął się turystyczny boom. Ilość obcokrajowców w porównaniu do roku chociażby 2010 wzrosła znacznie. Zmienił się też charakter nowo powstających lokali. Sporo z nich jest budowana pod potrzeby turystów, żeby znaleźć coś ciekawego i w dobrej cenie trzeba nieco oddalić się od najpopularniejszych turystycznie terenów. Na szczęście wiele istniejących od dawna lokali stoi nadal i ma się dobrze, a turystyczny boom niezbyt im zaszkodził.

Zaczniemy od tego co warto w mieście zjeść, następnie skupimy się na kilku interesujących miejscach. Najbardziej elektryzującą mnie w kuchni Lwowa kwestią jest to, że przenosząc się niespełna 200 kilometrów od domu, zaczynam mieć dostęp do potraw które je się także dziesięć stref czasowych dalej. Dania takie jak pielmieni czy solianka znajdziemy bowiem w całym byłym imperium sowieckim, od Kaliningradu po Władywostok. Drugą sprawą jest dostępność produktów wielu byłych republik radzieckich. Lwów to nadal miasto wielokulturowe, gdzie mieszają się rozmaite wpływy. Można tak po prostu wyjść z domu, pójść na bazar i zakupić przyprawy Kaukazu czy Uzbekistanu albo ryby z Morza Czarnego. Mimo tego, że poszczególne republiki posiadają już własne granice, dobra gastronomiczne krążą tak jak dawniej, bo ludzie są do nich przyzwyczajeni, znają je i nie mogą się bez nich obejść.

Płow czyli Плов

Danie kuchni krymskiej oraz występujące w republikach Azji Środkowej. Jego bliski krewniak – pilaw znajdziemy we wszystkich kuchniach od Grecji po Indie, wymieniany jest nawet w Mahabharatcie. To rodzaj tłustego risotto z kawałkami wołowiny lub baraniny z dodatkiem cebuli i marchewki pokrojonej w słupki (tak jest w wersji popularnej na Ukrainie, bo przecież w Indiach jedzenie wołowiny zupełnie by nie przeszło). Danie ocieka tłuszczem zarówno pochodzenia zwierzęcego (mięso powinno być tłuste) jak i dodatkiem sporej ilości oleju słonecznikowego. Żeby jakoś przeżyć zjedzenie tak treściwej potrawy, musi ona być odpowiednio mocno przyprawiona: kuminem, berberysem, nasionami kolendry, ostrą papryką, liściem laurowym, pieprzem. Jeśli do potrawy zostanie jeszcze użyty oryginalny ryż z Azji Środkowej można znaleźć się w kulinarnym niebie. Niestety jest on dosyć drogi i ciężko na niego trafić. Nasionka mają specyficzny kształt.

ukr_lwow_plow_001.jpg

Płow z uzbeckiego ryżu, który wspaniale nasiąka tłuszczem. Jajko na zdjęciu jest przepiórcze, ryż nie jest aż tak wyrośnięty :).

ukr_lwow_przyprawy-do-plowu_001.jpg

A tak prezentują się przyprawy uzbeckie do płowu na Priwokzalnym Bazarze we Lwowie. Z prawej widać suszone owoce berberysu, dzięki którym potrawa posiada trudny do pomylenia smak.

Pierogi czyli Вареники

Danie kuchni ukraińskiej. Wyglądają tak samo jak nasze. Od wersji polskiej różnią się nadzieniem i dodatkami. Najpopularniejsze są z ziemniakami (картоплею) oraz z kapustą (капустою). Ukraińska wersja pierogów z kapustą podoba mi się znacznie bardziej od wersji polskiej, zwłaszcza że podawana jest jak wszystkie tamtejsze pierogi z kwaśną gęstą śmietaną. Nazwa pierogi  (Вареники) jest zarezerwowana dla tych bezmięsnych na słodko albo słono i świetnie do nich pasuje kwaśna śmietana. Pierogi z mięsem nie są nazywane pierogami tylko w zależności od rodzaju i rozmiaru są to: chinkali, pielmieni albo manty. Ich nie podaje się ze śmietaną tylko na przykład w towarzystwie octu, lub bez dodatków.

Pielmieni czyli Пельмени

Jedno z najbardziej znanych dań kuchni rosyjskiej. Małe wręcz mikroskopijne pierożki z cienkiego ciasta nadziewane surowym mięsem z przyprawami i cebulą. Mięso gotuje się w cieście i uwalnia sok. W lwowskich knajpach w każdym zakresie cenowym danie absolutnie podstawowe. Idealnie byłoby gdyby farsz składał się z mięsa wieprzowego, wołowego i baraniego, ale dominują takie wieprzowo-wołowe. Pierożki je się polane masłem, octem i posypane czarnym pieprzem. Robienie ich pochłania sporo czasu – ciasto musi być cieniutkie, a rozmiary pierożków mikroskopijne. Na dodatek żeby procedura była bardziej skomplikowana, ciasto wykrawa się w kształcie kółeczek. Powinny one być robione ręcznie. Nie warto jeść takich robionych maszynowo (co poznamy przez ich podejrzaną regularność i podobieństwo), bo ich ciasto jest grube i niedobre. Chyba raz przez przypadek przytrafiły mi się takie mechanicznie robione pielmieni i zdecydowanie ich nie polecam. Na szczęście w lwowskich lokalach w których regularnie się stołuję dominują te robione ręcznie.

ukr_lwow_pielmieni_001.jpg

Pielmieni z ekstremalnie taniego cafe baru przy ulicy Szewczenki 14 (nie mylić z bulwarem Szewczenki), gdzie mężczyźni piją wódkę na szklanki.

Manty (Манты) i chinkali (Хинкали)

W porównaniu do okresu sprzed 9 czy 10 lat, potrawy kuchni kaukaskiej przeżywają w mieście prawdziwy renesans. Dawniej ekstremalnie popularnym daniem z tamtych stron było jedynie czanachi (чанахи), którym zajmiemy się poniżej. Od jakiegoś czasu coraz popularniejsze stają się także pierogi z mięsem z tamtych stron. Tym razem jadłam zarówno manty jak i chinkali i muszę przyznać, że oba dania nie były zbyt dobrze zrobione.

ukr_lwow_manti_001.jpg

To akurat pyszne manti w wersji wegetariańskiej z dynią jakie można zjeść w Czajchanie Samarkand.

Na fali lwowskiego boomu turystycznego, stosunkowo niedawno pootwierały się lokale nowej sieci barów o nazwie Cezar (Цісар Кафе) z brązowym szyldem i nazwą zapisaną złotymi literami. W jednej z nich miałam ostatnio nieszczęście zamówić manty. Była to okropna pomyłka. Pierogi były wieprzowe, w ogóle nie przyprawione i polane margaryną – po prostu okropne. To chyba najgorsze jedzenie jakie kiedykolwiek jadłam we Lwowie. Warto zresztą zobaczyć jakie recenzje mają owe lokale w internecie żeby móc je omijać i nie nabawić się przez nie wstrętu do kuchni naszych wschodnich sąsiadów.

Chinkali natomiast, jadłam w gruzińskiej restauracji Bagrationi, która już na początku odstraszyła mnie swoim wyglądem prawie jak z serialu „Dynastia”. Kryształowe żyrandole, pretensjonalne marmurowe podłogi, kolumny i białe obrusy to klimat w którym czuję się zdecydowanie źle. Na szczęście pomimo wyglądu rodem z prowincjonalnego wesela z aspiracjami, ceny w restauracji były stosunkowo znośne, pewnie dlatego, że znajdowała się ona spory kawałek od zabytkowego centrum na zwyczajnym blokowisku. Chinkali dotarły do mnie będąc uszkodzone, być może przez za długie gotowanie i powstały podczas ich gotowania mięsny bulion wylewał się z nich na talerz jeszcze przed wzięciem ich do rąk. Co z tego że podano je razem z naczyniami do mycia rąk przybranych miętą i cytrynką, jeśli nie dało się ich zjeść rękami ponieważ od razu się rozpadły. Taki błąd gruzińskiej restauracji chyba nie przystoi. Mięso było dobrze doprawione kolendrą ale takie rzeczy z ciastem chyba nie powinny się przytrafiać. Na szczęście inne zamówione tutaj dania były jadalne, aczkolwiek nie rzuciły mnie specjalnie na kolana.

ukr_lwow_chinkali_001.jpg

Chinkali prezentują się dość śmiesznie na ogromnych białych talerzach w lokalu wystrojonym jakby był tłem do serialu „Dynastia”.

ukr_lwow_chinkali_002.jpg

Nie pomogą specjalne estetyczne naczynia do mycia rąk jeśli pieróg jest źle zrobiony.

Czebureki czyli Чебуреки

To kolejna odmiana pieroga tym razem dużego i smażonego w głębokim tłuszczu. Wszystko pięknie, o ile tłuszcz jest w miarę często zmieniany i nie ma czarnego koloru, oraz pierogi nie są w nim reanimowane, to znaczy usmażone dużo wcześniej a następnie tylko odgrzane. To niestety dość często zdarza się na przykład w różnych przydworcowych jadłodajniach, dlatego lepiej nie kupować ich w pierwszym lepszym z brzegu miejscu, zwłaszcza gdy są z mięsnym nadzieniem. Czebureki są potrawą znaną w całej Rosji, na Litwie, jeśli zaś chodzi o kuchnię ukraińską, to jest to danie kuchni krymskich tatarów. Czebureki warto moim zdaniem jeść tylko w lokalach specjalizujących się tylko w tej potrawie. Wtedy mamy pewność że nie leżą usmażone od kilku dni. Ich nadzienie może być przeróżne: groch, kapusta, ziemniaki i mięso.

Pora na zupy. Kuchnia byłych republik radzieckich ma kilka charakterystycznych pozycji w menu. Zupy są mięsne i treściwe. Zakwaszone cytryną i/lub kwaśną gęstą śmietaną. Czasem taka zupa może robić za cały obiad. Dodatkiem do niej jest chleb, najlepiej ciemny, który liczony jest na kromki. Jeśli go zamawiamy, kelner albo sprzedawca pyta nas zawsze „ile chleba?” No i trzeba podać mu ilość kromek, którą zamierzamy zjeść. Jeśli jemy gdzieś pierwszy raz i nie wiemy czy kromki są duże czy małe, ciężko przewidzieć jak bardzo będziemy głodni. Zwłaszcza że nie wiemy czy porcja będzie duża. Rzadko więc udaje się utrafić w sensowną jego ilość i jest go albo za dużo albo za mało. To taka lokalna przypadłość. Chleb kosztuje zupełne grosze, ale liczony jest bardzo dokładnie.

Barszcz czerwony i zielony (Червоний борщ, Зелений борщ)

Barszcze na wschodzie są bardzo treściwe. Barszcz czerwony z buraków z dodatkiem fasoli, kapusty, mięsa, odrobiny przecieru pomidorowego, ziemniaków, marchewki i innych warzyw korzeniowych, z kwaśną śmietaną, jedzony z dodatkiem chleba skutecznie poskramia głód. Nieco uboższa wersja wiosenna – zielona, robiona obecnie głównie ze szczawiu i komosy koniecznie jedzona z jajkiem i ziemniakami. Na bazarach jako zielenina na barszcz sprzedawane są dość mocno wyrośnięte szczaw i komosa. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek udało mi się spotkać na targu roślinę nazywaną barszczem (Heracleum sphondylium L) z której tę potrawę przygotowywano pierwotnie i właśnie od niej wywodzi się nazwa zupy. Ukraińska wikipedia twierdzi, że zielony barszcz zawiera także pokrzywę, ale nie udało mi się do tej pory natrafić na taką wersję. Do barszczu czerwonego podaje się drożdżowy kulebiak.

ukr_lwow_barszcz-ukrainski_001.jpg

Taki barszcz – przyzwoity choć nie wyróżniający się niczym szczególnym, w towarzystwie drożdżowego kulebiaka przyprawionego olejem, czosnkiem i koprem zjemy w popularnej sieciówce Puzata Chata.

Solianka

To zupa z kilku rodzajów mięsa i podrobów z sokiem z ogórków kiszonych z oliwkami, kaparami cytryną. Ponoć idealna na kaca. Zapałałam do niej miłością ogromną wiele lat temu i co najmniej raz do roku ją gotuję. Jednak nie mam w sobie na tyle hartu ducha, by używać do niej cynaderek czyli nerek wieprzowych, wołowych lub cielęcych, jest to bowiem składnik obowiązkowy tej zupy. Problem w tym że nie da się ich przyrządzać w mieszkaniu, ponieważ podczas obróbki termicznej cynaderek, dookoła unosi się upiorny zapach moczu. Nawet jeśli odlejemy kilka razy wodę w której się one gotują nie tak łatwo pozbyć się zapachu unoszącego się dookoła. Zrobiłam tak tylko raz i więcej już nie będę. Są inne mniej problematyczne podroby – na przykład serca czy żołądki, które z powodzeniem w wersji domowej mogą je zastąpić. Po jakości solianki najlepiej widać jakiej klasy jest lokal w którym się stołujemy. Tej zupy lepiej nie jeść w miejscach bardzo niskobudżetowych bo poczęstowani zostaniemy zupą z dużą ilością parówki, a droższe składniki takie jak oliwki czy cytryna mogą w ogóle w niej nie wystąpić. Porządnie zrobiona solianka to wspaniała kompozycja słodko słonych smaków, które wzajemnie się uzupełniają. Wydaje mi się że robiąc ją z jakiegoś mało dokładnego przepisu nie uda nam się uzyskać równowagi smaków jaka powinna w niej wystąpić. Dlatego lepiej przed jej gotowaniem zjeść ją kilka razy w różnych lokalach by zobaczyć o co w niej chodzi.

ukr_lwow_solianka_001.jpg

Solianka.

Czanachi (чанахи)

To zupa pochodzenia gruzińskiego, która we Lwowie weszła do absolutnie masowego obiegu. Na Ukrainie jest umiarkowanie popularna, natomiast we Lwowie to topowe danie kulinarnej popkultury. Sprzedają ją dosłownie na każdym kroku. Występuje w niezliczonych wersjach mniej lub bardziej dalekich od oryginału. Czanachi w założeniu ma być zawiesistym mięsnym gulaszem z mięsa jagnięcego z pomidorami, fasolą, bakłażanem, ziemniakami, mocno doprawionym czosnkiem i kolendrą. Taką zapiekanką w płynie, ponieważ zupę piecze się w glinianych naczyniach. Warzywa i mięso przywierają do ścianek a potrawa nabiera skondensowanego smaku. We Lwowie po pierwsze przeważnie dominuje wersja z o wiele tańszą wieprzowiną, poza tym nie ma w niej bakłażana,  czasem to nawet fasoli jest w niej jak na lekarstwo, a całość wypełniona jest najtańszym składnikiem – ziemniakami. Najczęstsza zielenina jaką możemy w niej znaleźć to zwykły szczypiorek. Danie jest dalekie od gruzińskiego oryginału, co nie znaczy że jest ono niedobre – jest to po prostu coś innego.

ukr_lwow_czanachi_001.jpg

Tak we Lwowie podaje się czanachi. Charakterystyczne baniaczki w kształcie dyni, często z motywem liści winorośli możemy zobaczyć w niemal każdej jadłodajni we Lwowie. Ten był używany tak bardzo, że aż odpadły mu uszka.

Zupa jest bardzo treściwa (bo zagęszczona mąką) i pożywna. Przyjemnie rozgrzewa w chłodne dni. Jej smak bardzo mocno kojarzy mi się ze Lwowem. Tak bardzo chciałam móc ją gotować w domu, że pewnego razu zakupiliśmy nawet na bazarze komplet glinianych naczyń w kształcie dyni. Były ładnie zdobione w liście winorośli i bardzo tanie. Niestety ich szkliwienie zaczęło się rozpuszczać w wysokiej temperaturze i wyglądało na to, że naczynia nie nadają się do zapiekania w nich potraw. Jako że nie mieliśmy miejsca na ich przechowywanie, oddaliśmy je do lokalnego oddziału Emaus.

ukr_lwow_czanachi_002.jpg

To czanachi w ogóle nie ma nic wspólnego z oryginałem bo przed podaniem nawet nikt potrawy nie zapiekł. Mimo tego zupa i tak była jeszcze jadalna. Taką wersję można zjeść na Bazarze Krakowskim.

Łagman Лагман

Teraz pora na zupę trochę we Lwowie niszową. Danie typowe dla kuchni krymskiej, ale jedzone od Krymu po Chiny.  Jest narodową potrawą Ujgurów – chińskiej muzułmańskiej mniejszości. Ojczyzną ręcznie robionego, specyficznego makaronu, dodawanego do tej zupy tuż przed podaniem są Chiny. Makaron robi się następująco. Kawałek wilgotnego ciasta rozciąga się bardzo mocno i powstaje z niego coś na kształt nitek. To danie bardzo popularne w byłych republikach radzieckich Azji środkowej: Kazachstanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie. Bardzo gęsta i pożywna bo zawierająca kawałki mięsa, ziemniaki no i oczywiście makaron. Zupę obficie doprawia się kuminem i ostrą papryką.

ukr_lwow_lagman_001.jpg

Lagman. Makaron ukryty jest pod spodem i go nie widać. Zajmuje połowę miski.

Kiszone i marynowane warzywa

Jako sałatka do obiadu, potrawa zasługuje na nasze zainteresowanie. Na Ukrainie bardzo popularne i stosunkowo często używane są zielone pomidory. W sklepach kupimy je marynowane w occie spirytusowym. W przeróżnych restauracjach będą one składnikiem kwaśnej warzywnej zakąski do mięsnych dań, na którą składa się kapusta, kiszone ogórki oraz właśnie zielone pomidory.

ukr_lwow_kiszone-i-marynowane-warzywa_001.jpg

Zielone pomidory w towarzystwie innych kiszonych i marynowanych warzyw.

Gdzie to wszystko zjeść? Z tym nie powinniśmy mieć większego problemu. Wybór lokali w mieście jest przeogromny, dlatego myślę że warto je w jakiś sposób podzielić. Na takie dla początkujących i zaawansowanych na przykład. Na tanie i drogie chociaż do tych drugich przeważnie  nie chodzę. W chodzeniu do knajp i restauracji uwielbiam stosowanie zasad demokratycznych. Nie mam nic przeciwko najtańszym lokalom, gdzie obiad z kawą albo piwem kosztuje tyle co przystawka w popularnej sieciówce. Oczywiście o ile jedzenie w nich jest po prostu w miarę domowe i robione nie najtańszym sumptem. Od czasu do czasu lubię także zjeść coś prawdziwie dobrego, ale dobrze wiem że wysoka cena niekoniecznie musi być tego wyznacznikiem.

Dla początkujących

Gdzie skierować swe kroki jeśli przyjechaliśmy do miasta pierwszy raz? Najsensowniejszą opcją na pierwszy raz będzie chyba pójście do Puzatej Chaty. We Lwowie sieciówka ma dwa lokale. Jedzenie jest w niej przyzwoite, ale nie wyróżniające się niczym szczgólnym. Potrawy leżą wystawione na oczach klientów, chodzimy z tacką i obsługa nabiera czego nam potrzeba. W ten sposób nawet jeśli kompletnie nie potrafimy czytać cyrylicy znajdziemy sobie coś do zjedzenia. Jest tam ładnie i czysto, dość często bywa tłoczno, zarówno za sprawą turystów jak i bardziej majętnych mieszkańców Lwowa. Najbardziej jadalne mają tam moim zdaniem zupy i pierogi. Reszta raczej zupełnie niewarta jest uwagi. Nie znajdziemy tam lokalnych lwowskich potraw w rodzaju czanachi. Puzata Chata to taki Mc Donald tyle że z w miarę tradycyjnym ukraińskim jedzeniem. W porównaniu do rozlicznych Cafe Barów jest tam relatywnie drogo.

Kafe bary czyli lokale niższych lotów

Lwowskie kafe bary to miejsca w których napijemy się kawy i najróżniejszych alkoholi, zjemy czebureka, kanapkę z kawiorem i podstawowe dania barowe w rodzaju czanachi. To taki trochę „level hard” lwowskiej gastronomii a jednocześnie zjawisko najbardziej interesujące. Miejsca gdzie prawie każdy szanujący się lokalny mężczyzna zaczyna dzień od szklaneczki wódki, czasami przepijanej wodą a czasami nawet nie (dlatego mężczyźni żyją tutaj szybko i krótko). Kafe bary to miejsca demokratyczne, najtańsze i dla wszystkich, gdzie spotykają się ludzie o wszelkiej możliwej proweniencji. Trzeba znaleźć sobie kilka takich ulubionych lokali i regularnie je odwiedzać gdy tylko jest nam po drodze. Sporo z nich nie zmienia się od lat. Oczywiście menu jest w nich wyłącznie po ukraińsku. Toaleta czasem bywa mocno przykra, z drugiej strony tak kiedyś wyglądały wszystkie toalety w mieście, więc odrobinę historii może się przydać. Jeśli tylko nie musimy koniecznie z niej korzystać, pobyt w kafe barach jest bardzo przyjemny, zwłaszcza że we wszystkich lokalach gastronomicznych od 2013 roku obowiązuje zakaz palenia. Jeśli obsługa przygląda nam się z niedowierzaniem i trzy razy pyta skąd właściwie się tu znaleźliśmy, to znaczy że trafiliśmy do odpowiedniego lokalu. Mamy we Lwowie kilka ukochanych barów i odwiedzamy je regularnie. Jeden z nich, położony niedaleko hotelu Lwów niestety już nie istnieje bo zajęła okropna sieciówka „Cesarz” (Цісар Кафе). Uwielbiam włóczyć się po cafe barach to mój najulubieńszy sport we Lwowie.

ukr_lwow-kafe-bar_001.jpg

Kafe bary mogą być urządzone bardzo minimalistycznie i na przykład posiadać jedynie wylewkę zamiast podłogi. Mogą być jednak także urządzone z ogromną fantazją.

Kuchnie regionalne i narodowe

Jeśli już zapoznamy się z podstawowymi daniami kuchni ukraińskiej, pora na kuchnie mniejszości narodowych zamieszkujących miasto kiedyś lub teraz. Oczywiście stwierdzenie „kuchnia narodowa” w ogóle moim zdaniem ma sens średni bo znacznie trafniejsze jest określenie „kuchnia regionów”, które niekoniecznie pokrywają się z granicami współczesnych państw, tylko z warunkami klimatyczno-kulturowymi przeróżnych obszarów.

Ostatnio coraz modniejsza staje się w mieście kuchnia gruzińska. Myślę że zainteresowanie Gruzją wzmaga się z powodu ostatnich wydarzeń – obydwa narody mają odwagę przeciwstawiać się Rosji. Stąd większe zainteresowanie Ukraińców gruzińskimi potrawami. W okolicach Starego Rynku jest kilka lokali oferujących kuchnię gruzińską, ja jednak wybrałam się do położonej dość daleko na blokowisku restauracji Bagrationi. Oprócz mocno sztywnego wystroju w sam raz na wesele, jedzenie było w niej w miarę niezłe, ale na pewno nie  oszałamiające. Nie sądzę że będzie mi się chciało kiedyś jeszcze do tej restauracji wrócić.

Następne odkrycie będzie za to takie, że wszyscy czytający tę stronę będą mi za nie wdzięczni do końca życia :). Odkryłam bowiem istniejącą od roku absolutnie rewelacyjną restaurację uzbecką Czajchana Samarkand. Mieści się ona stosunkowo niedaleko od centrum na ulicy Piekarskiej (Пекарська) 48. Potrawy są pyszne, ceny niezłe, a stosunek jakości do ceny wręcz rewelacyjny. Byliśmy tam dwa razy zamawiając po kilka potraw na dwie osoby. Wszystko było świetnie zrobione. Na uwagę zasługuje także przepięknie udekorowane wnętrze, lokal jest po prostu dopracowany w każdym detalu, aż miło popatrzeć. Rozmawialiśmy chwilę z właścicielem który bez problemu komunikuje się także po angielsku i ponoć niemiecku. Widać że wie co robi. Zresztą w najbardziej obleganych godzinach trudno o wolny stolik, bo jest ich dosyć niewiele.

Kolejnym odkryciem jest dopiero co otwarta restauracja a raczej Kafe Bar Kuchni Krymskiej Cze (Кафе кримської кухні „Че”), która mieści się na maleńkiej ulicy Starodubskiej 3 (Стародубська) w miejscu gdzie ulica Czerniowiecka (Чернівецька) wiodąca bezpośrednio od Głównego Dworca Kolejowego kończy się i krzyżuje z Gródecką (Городоцкая).  Trochę trudno ją znaleźć, bo nawet jeszcze nie ma porządnego szyldu. Założona została przez rodzinę uciekinierów z Krymu. Widać że dopiero zaczynają, ale bardzo się starają. Warto chyba ich wspomóc i stołować się u nich, zwłaszcza że lokal położony jest blisko dworca i po drodze.

Lokalem którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać jest Cafe Ormianka (Virmenka) przy ulicy Вірменська 19 – lokal w którym byłam tak dawno temu, że jeszcze pamiętam go ze starą i nieodnowioną, dość upiorną toaletą, która obecnie już nie straszy. Miejsce absolutnie kultowe i zawsze pełne ludzi za sprawą kawy. Można się tutaj bowiem napić prawdziwej kawy po ormiańsku, przyrządzanej w tygielkach stojących na rozgrzanym piasku. Kawiarni w mieście powstało mnóstwo, jednak jedna z najbardziej kultowych i historycznych to właśnie ta. Niezbyt odpowiadają mi najnowsze nieco hipsterskie i tworzone na identyczną modłę, wszędzie jednakowe kawiarnie, gdzie kawę pije się z papierowych kubków. Ormianki ta epidemia na szczęście zupełnie nie dotyczy. Do kawy można tutaj zamówić domowe, mocno słodkie i treściwe torty i ciastka oraz napić się koniaków w tym także słynnego Araratu.

ukr_lwow_kawiarnia-ormianka_001.jpg

Tygielki z kawą w specjalnym profesjonalnym podgrzewaczu.

Co przywieźć ze Lwowa

Wyjazd do Lwowa to jakby przeniesienie się w przeszłość o kilkanaście lat. Do czasów gdzie w większości sklepów dało się kupić nienadmuchany niczym podejrzanym, ciemny chleb, a piwo smakowało prawdziwie. Większość produktów nie była opakowana w kolorowy plastik. Dzisiaj w Polsce za takimi specjałami trzeba specjalnie się wybierać i ich szukać, bo w przeciętnym sklepie spożywczym trudno znaleźć coś jadalnego. Większość produktów ma loga kilku największych światowych korporacji w rodzaju Unilever czy Nestle i bardzo wzbogacony o różne substancje skład, po którego przeczytaniu, całkowicie odechciewa się takiego produktu spożywać. Oczywiście na Ukrainie taki stan rzeczy z pewnością nie będzie trwał wiecznie i prędzej czy później z żywnością zrobi się tak jak u nas. Pragnę się tutaj skupić na jedzeniu, które można kupić w większość sklepów i na bazarze. Być może powstanie kiedyś wpis o lwowskim jedzeniu bardziej niszowym.

Update z czerwca 2016:  powstał i zapraszam tutaj.

Morska kapusta

Na początek warto wybrać się do jakiegoś supermarketu i obejrzeć sobie wszystko w spokoju, żeby potem na jakimś bazarze wiedzieć co jest czym i móc wyszaleć się zakupowo. Na przykład na ulicy Gródeckiej (Городо́цька) naprzeciw głównego dworca kolejowego jest supermarket „Silpo” a w miarę niedaleko od centrum supermarket „Arsen”, jest ich zresztą w mieście kilka. Już na pierwszy rzut oka możemy znaleźć produkty, których u nas nie ma i się nimi zainteresować. Zacznijmy od dóbr morskich. Na pierwszy rzut pójść może morska(ja) kapusta czyli морская капуста – listownica, która zazwyczaj kosztuje śmieszne pieniądze, wspaniale smakuje rybą i glonami, jest chrupiąca i ciekawie wygląda. Zawsze gdy tam jestem, nie obejdzie się bez zakupienia przynajmniej jednego opakowania. Morska kapusta to reminiscencja sowieckiego imperium – towar zawsze dostępny na pustych półkach niczym nasz ocet. Może dlatego nie cieszy się szczególnym poważaniem. Dla mnie osoby niemieszkającej tam, w związku z tym pozbawionej tego rodzaju uprzedzeń to egzotyka i ciekawy smak. Spotkamy ją w pierwszym lepszym sklepie rybnym, kupimy na wagę bądź w osobnych opakowaniach, z dodatkiem marchewki, albo anchovies.

ukr_lwow_morska-kapusta-listownica_001.jpg

Morska kapusta spożywana na własnym różowym talerzu w hotelowym pokoju, smakuje najlepiej.

Kawior

Kolejnym morskim dobrem absolutnie koniecznym do zakupienia we Lwowie jest kawior. Taki na wagę, z jesiotra, kupowany na przykład we wspominanym wcześniej Slipo, był przynajmniej czterokrotnie tańszy niż w Polsce. Kawior można tu kupować także w konserwach, ale najlepszy jest w słoiczkach, tylko potem ciężko go przewieźć, bo nigdy nie wiemy ile będziemy oczekiwać na przekroczenie granicy, a lepiej nie trzymać go zbyt długo w cieple. Trzeba więc najeść się nim na miejscu, bo idealnie pasuje do zmrożonej wódki. Na kawior w konserwach należy uważać, by nie pomylić go ze „sztuczną ikrą” bo i takich wynalazków jest na półkach pełno i żeby było zabawniej często słowo „sztuczna” jest na etykiecie dość mocno zamaskowane, a jeśli nie znamy cyrylicy możemy go przeoczyć. Co to takiego ta sztuczna ikra? Oto cytat z pewnej rybackiej strony: „nie ma nic wspólnego nie tylko z kawiorem, ale również z ikrą jakichkolwiek ryb. Jest on bowiem produkowany z kazeiny, żelatyny, żółtka jaj kurzych z dodatkiem sztucznych aromatyzatorów i substancji smakowych.”

Kolejnym dobrem są suszone ryby przeróżnych gatunków, ale o nich powstał osobny wpis.

ukr_lwow_suszona-ryba-na-bazarze_002

Rynek krakowski we Lwowie stragan z suszonymi rybami.

Sało

Jeśli już jesteśmy przy produktach zwierzęcych, kolej na mięso. Tu akurat Ukraińcy nie mają za bardzo pola do popisu. Produkty wędliniarskie są jakby żywcem wyjęte z czasów komunizmu. Sklepy są pełne okropnie wyglądających mortadel i kiełbas pasztetowych. Jadąc do Lwowa kursowym autobusem z Przemyśla możemy zobaczyć, że w produkty mięsne przygraniczni Ukraińcy zaopatrują się w Polsce. Zanim doszło do ostatnich wydarzeń na Ukrainie i różnice w wartości polskiej i ukraińskiej waluty nie były tak drastyczne jak teraz, każda kobieta wiozła ze sobą wiaderko śledzi z przygranicznej Biedronki oraz siatkę pełną mięsa, bo ponoć u nas jest tańsze i lepszej jakości (chociaż to pewnie dlatego, że u nas zwierzęta karmi się już „nowoczesnymi paszami”). Pamiętam jak raz jechałam takim autobusem do Lwowa w trzydziestostopniowym upale i przez całą drogę wesoło pokapywała na mnie woda z rozmrażającego się mięsa upchanego na półce nad siedzeniami ;). Ale to i tak nic bo raz jechałam autobusem w jednej czwartej zawalonym od podłogi po sufit wiklinowymi koszykami przeróżnych rozmiarów. Ktoś chyba zrobił w Polsce wiklinowy deal życia. Wprawdzie do autobusu niezbyt przez to zmieścili się pasażerowie i całą drogę trzeba było stać, ale można było na pocieszenie wyobrażać sobie, jak musiało wyglądać pakowanie i rozpakowywanie tych dóbr.  Wracając jednak do mięsa, jedyną rzeczą jaką z produktów mięsnych warto kupić i to najlepiej na bazarze, bo tu możemy produktu skosztować i stwierdzić czy nam smakuje czy nie, jest sało – solona i/lub/albo wędzona i dojrzewająca słonina. Sprzedawcy z pewnością dopomogą nam w wyborze, bo jego rodzajów jest sporo. Sało to kwintesencja ukraińskiej (i litewskiej też) kuchni. Umożliwia bezkarne konsumowanie wódki w dużych ilościach bez przykrych efektów ubocznych w postaci kaca. Wchodzi w skład jednej z moich ulubionych potraw na Ukrainie, a mianowicie „ukraińskiej zakuski”, którą serwuje we Lwowie każda pierwsza lepsza knajpa. W skład ukraińskiej zakuski wchodzi oczywiście sało, pokrojone na cienkie plasterki, ząbki czosnku poprzekrawane na grube plastry, ciemny chleb oraz czasami także kiszony ogórek. Wszystko jest zazwyczaj podane na drewnianej desce. Oczywiście ukraińska zakuska byłaby niepełna, jeśli nie uzupełnimy jej o szklaneczkę (bo przecież nie kieliszek) wódki. Z sałem wyprawia się na Ukrainie przeróżne wariacje, można spotkać też słoninę w polewie czekoladowej, nie miałam jednak do tej pory okazji czegoś takiego spróbować. Ukraińcy ponoć bardzo sobie cenią wieprzowinę pod każdą postacią, a ukoronowaniem tego jest właśnie sało.

Wódki

Naturalną kolejnością po słoninie będzie teraz przejście do napojów wysokoprocentowych. Po pierwsze, alkohol jest tam tak ekstremalnie tani, że nie warto eksperymentować na tańszych markach, bo można trafić na coś prawdziwie obrzydliwego. Raz coś takiego kupiłam bo chciałam kupić małą buteleczkę i dostępna była tylko taka mocno tania i dziwnej firmy. Smakowała na prawdę okropnie Na pewno warto zapoznać się z produktami największego ukraińskiego producenta wódek czyli Nemiroffa, który swoje produkty eksportuje do 40 krajów. Na uwagę zasługują szczególnie: клюква czyli klukva – żurawina na koniaku w Polsce do kupienia pod nazwą Cranberry vodka. Druga z nich to paprykówka z miodem, dla amatorów pikantniejszych smaków – występuje tam pod nazwą medova, lub miodowa z pieprzem. Jest też trzeci produkt – nemiroff brzozowy z dodatkiem alkoholowych maceratów na pączkach brzozy, jednak mimo tego że strasznie podoba mi się ten pomysł, nie przypadła mi ona do gustu, gdyż jej zapach i smak kojarzył mi się nieco z salonem fryzjerskim. Za to żurawinówka i paprykówka z miodem są całkiem przyjemnymi produktami, mimo że staram się nie konsumować masowo produkowanego wysokoprocentowego alkoholu, dla nich czasem robię wyjątek. Obie wódki bez problemu kupimy w Polsce w dowolnym supermarkecie, więc nie musimy koniecznie kupować ich na Ukrainie, bo jest mnóstwo innych interesujących bardziej lokalnych produktów. Lokalnych wódek można popróbować w małych ilościach na przykład przy okazji posiłków, bo wódkę „w małych porcjach” sprzedają tu na każdym kroku: w sklepach spożywczych, tanich jadłodajniach, barach, restauracjach, oraz kioskach które sprzedają ją w plastikowych kubkach. Zaopatrzyć możemy się dosłownie na każdym rogu. Jeśli któraś szczególnie nam się spodoba, możemy zakupić sobie większą ilość, bo wybór jest tak przeogromny, że nie warto kupować pierwszej z brzegu. Pewną wadą spożywania wódki w ukraińskich lokalach gastronomicznych jest ilość w jakiej jest sprzedawana. Niestety najpopularniejsza to setka a jeśli poprosimy o pięćdziesiątkę kelnerzy bardzo dziwnie na nas spojrzą. O kieliszkach dwudziesto pięcio mililitrowych nikt tutaj nie słyszał.

Wino

Ja stamtąd wolę przywieźć sobie wino. Do Polski możemy wwieźć z Ukrainy 4 litry tego trunku. To bardzo mała ilość i zawsze jest problem co wybrać. Nie dość, że samych ukraińskich win jest ogromny wybór i w cenie jaką płacimy za wina w Polsce możemy kupić tam produkty dużo lepszej jakości, to jeszcze znajdziemy tam także ogromną ilość wspaniałych win z Mołdawii, których jest tam znacznie więcej niż u nas. To czyni decyzję co kupić wyjątkowo trudną. Przypuszczam, że w tej chwili zniknęły z półek wina Massandra, bo pewnie jest problem z ich dostępnością na Ukrainie. One zawsze były najdroższe, bo produkowane z lokalnych krymskich szczepów. Oprócz tego bardzo przyzwoite i znacznie tańsze były zawsze wina marki Winodieł (винодел). Z win mołdawskich znajdziemy tam ogromy wybór produktów dwóch największych mołdawskich graczy: winiarni Bostavan oraz Cricova, z tego co pamiętam jest też Kazayak. Lubię produkty z Cricovej bo prawie wszystkie są na prawdę dobre. Oprócz tego warto zapoznać się tam szczególnie z dwoma gatunkami wina w których specjalizują się tamtejsze rejony, a mianowicie Kagor oraz Czarny Doktor. Oba są słodkie albo przynajmniej półsłodkie, więc z pewnością nie każdemu podejdą. Ja też na co dzień raczej nie konsumuję słodkich win. Jednak jeśli już jestem w kraju słynącego głównie z produkcji takiego wina chwilowo przestawiam swoje smaki, bo warto to zrobić. Kagor to prawosławne wino liturgiczne. Oryginalnie pochodzi z Francji z miasteczka Cahors okrytego złą sławą francuskiej stolicy lichwy. Winny produkt z Cahors zawędrował we wschodnie rejony Europy i stał się winem wykorzystywanym w liturgii. W okresie dużych zmian we Francji w czasie rewolucji francuskiej, ten rodzaj wina zaczęto wytwarzać we wschodniej Europie. Obecnie ogromne ilości Kagora produkuje się w Bułgarii, Mołdawii, na Ukrainie, i w Rosji, oraz we Francji i Hiszpanii. We Francji powstaje głównie ze szczepu winogron Malbec, a w Europie Wschodniej głównie z Merlota i Cabernet Sauvignon.  Czarny Doktor to wino oryginalnie pochodzące z Krymu produkowane z lokalnych krymskich szczepów miało leczyć problemy żołądkowe. Dzisiaj mnóstwo wina o takiej nazwie wytwarza się w Mołdawii ze szczepów zupełnie innych.

Piwo

Powoli zbliżamy się do kolejnego trunku – piwa. Jeszcze kilka lat temu w tej materii zdecydowanie mieliśmy Ukraińcom czego zazdrościć. Kiedy u nas na półkach dominowały chemiczne piwne podróbki z wielkich koncernów,  tutaj można było w pierwszym lepszym sklepie kupić prawdziwe piwo. Dla mnie numerem jeden są piwa browaru Chernigivski: Biła Nich (Чернігівське Біла Ніч) oraz Biłe (Біле), bo są to chyba najoryginalniejsze masowo produkowane piwa jakie można tam kupić. Obydwa są bardzo aksamitne, z oryginalnym kolendrowym aromatem i bardzo obfitą pianą. Piwo Biłe kilka lat temu można było także zakupić w plastikowej butelce, na Ukrainie bowiem mało kto kupuje piwa w puszkach i butelkach, gdyż królują tu większe objętości. Z polskich piw nieco przypomina je Białe Pszeniczne browaru Namysłów, jednak ukraińska wersja bardziej mi odpowiada. Oprócz tego całkiem dobre piwa robi Obołoń, najbardziej warto spróbować ciemnego „aksamitowego” (Оболонь Оксамитове). Będąc we Lwowie trzeba koniecznie spróbować piwa z lokalnego browaru Lwiwskie (Львівська пивоварня). Niestety jak dla mnie piwo z tego browaru jest produktem mocno przeciętnym, piwem jak każde inne. Może dlatego, że jest własnością Carlsberga? Trochę lepiej smakuje takie rozlewane na miejscu w browarze, który przy okazji można zwiedzić, co nie jest sprawą łatwą. Zawsze jak tam jestem okazuje się, że grupa do browaru już weszła a na następną trzeba czekać nie wiadomo ile i zawsze nie mam czasu żeby poznać go od wewnątrz, może kiedyś w końcu się uda. Piwo lwowskie pite na miejscu w browarnianej restauracji kosztuje jak na Ukrainę bardzo drogo bo około 10 złotych za półlitrowy kufel, czyli jakieś trzy razy drożej niż gdzie indziej. Smakuje tak sobie, ale w porównaniu z tym butelkowanym jest dużo lepsze. Przynajmniej ma dobrą temperaturę i jest dobrze nalane – piana od razu z niego nie znika. Byłam tam już kilka razy podczas lwowskich wyjazdów, mimo że browar mieści się nieco na uboczu. Powodem dla którego tam zaglądam, jest znajdujący się obok rewelacyjny bazar krakowski (Krakiwskij Rynok), który koniecznie trzeba odwiedzić.

urk_lwow_browar-lwowski-restauracja_002.jpg

Browarniana pijalnia piwa lwiwskie należącego do Carlsberga.

urk_lwow_browar-lwowski-restauracja_001.jpg

Mieści się w pomieszczeniach browaru. Nie wiem czy warto specjalnie tam iść, ale obok browaru znajduje się najlepszy we Lwowie bazar, można więc po drodze wstąpić na piwo.

Kwas chlebowy

Kolejnym już bezalkoholowym napitkiem, z którym trzeba na Ukrainie się zapoznać jest kwas chlebowy. Jest to bardzo ważny ukraiński napój, który służy też trochę do podkreślania ich narodowej odrębności, stąd powstaje mnóstwo jego marek. Co roku na Ukrainie widzę kilka nowych kwasów chlebowych. Trzeba mieć na uwadze, że kwas na Ukrainie trochę się popsuł, odkąd spożywcze koncerny także wzięły się za jego wytwarzanie. Są kwasy o normalnym składzie, są jednak też takie zawierające aspartam, acesulfan i konserwanty. Trzeba więc niestety czytać etykietki. Co ciekawe, ukraińskie kwasy chlebowe sprowadzane do Polski w swoim składzie zawierają konserwanty, podczas gdy na Ukrainie ich nie zawierają. Jest tak na przykład z kwasem firmy Obołoń.

Słodycze

Odchodząc od tematu wszelakich napojów, może teraz skupmy się na słodyczach. Nie wiedzieć czemu wszyscy Polacy jadący do Lwowa na kilogramy kupują ukraińskie czekoladki i czekoladowe cukierki. Ich smak przypomina produkty wytwarzane u nas w latach osiemdziesiątych. Ja akurat nie należę do tej grupy, bo takie rzeczy jem mocno sporadycznie i wystarczy mi zjedzenie jednej sztuki od czasu do czasu. Jedynym produktem tego typu, który moim zdaniem zasługuje na uwagę, są rozmaite suszone owoce w czekoladzie: śliwki, figi i morele zapakowane w kolorowe papierki jak czekoladki. Składają się wyłącznie z prawdziwej ciemnej czekolady i suszonego owocu, są bardzo mało słodkie. Tego typu słodycze kupowane w Polsce składają się głównie z jakiejś ohydnej masy oblanej czekoladą i małego kawałka owocu w środku. We Lwowie powstaje coraz więcej czekoladowych przedsiębiorstw w rodzaju manufaktur czekolady i sklepów specjalizujących się w sprzedaży czekoladowych zazwyczaj drogawych produktów.

Chałwa słonecznikowa

Kolejnym rewelacyjnym produktem z Ukrainy jest chałwa słonecznikowa. Wprawdzie nie ma ona zbyt apetycznego wyglądu, gdyż przypomina szarą błotną masę i na talerzu wygląda wyjątkowo smętnie, jednak w smaku jest całkiem niezła i w niczym nie przypomina polskich koszmarów chałwopodobnych. Te polskie oprócz droższej masy sezamowej lub słonecznikowej zawierają wodę i utwardzony tłuszcz roślinny.  Unia Europejska sprzeciwia się chałwom z zawartością tradycyjnego składnika – korzenia mydlnicy, powołując się na szkodliwość saponin, które ta roślina zawiera, próbując zakazać ich importu. Natomiast takie z utwardzonym tłuszczem jakoś jej nie przeszkadzają. Tradycja wytwarzania chałwy na Ukrainie wywodzi się z wpływów tureckich i jest obecna w wielu krajach Europy Wschodniej z tym że tutaj tradycyjnie robi się ją ze słonecznika. Jest to chałwa zupełnie inna niż produkty tureckie czy libańskie zrobione z sezamu, lokalny wkład w światowe chałwowe dziedzictwo ;-), ale wcale nie znaczy że jest to produkt gorszy, jest po prostu inny. Wprawdzie kolor ma wyjątkowo mało  zachęcający ale wystarczy się przemóc, spróbować i z pewnością jej lekko trawiasto-orzechowy smak amatorom chałwy przypadnie do gustu. Wspaniale smakuje z mocną czarną herbatą (najlepiej pewnie z samowaru). Po wizycie na Ukrainie proponuję wybrać się na wycieczkę „krajoznawczą” do jakiegokolwiek supermarketu w Polsce i  przeczytać dla porównania, co znajduje się w przeciętnej polskiej „chałwie”. Najgorzej, że rodzime produkty są o wiele lepiej dostępne niż produkty tureckiej Koski, czy chałwy z Ukrainy. Buduje to w Polakach przeświadczenie, że tak powinna smakować chałwa, bo wielu osobom to okropieństwo smakuje.

ukr_zakupy_wino-vinodel-chalwa-kwas_001.jpg

Mały kolaż z produktów, które albo nie posiadają swoich stron internetowych, albo nie potrafiłam ich znaleźć. Tak wyglądają wina Vinodiel, jedna z najbardziej kultowych popularnych chałw i kwas chlebowy o w miarę przyzwoitym składzie.

Kiedyś na Ukrainie kupowałam też keczup w charakterystycznych plastikowych zgrzewkach. Smaków keczupu było kilkanaście z papryką, czosnkiem, cebulą, ziołami mniej lub bardziej ostre. Odkąd zaczęło robić go Nestle, a w składzie pojawiły się dodatkowe składniki, jakoś nie mam śmiałości go kupić, bo nie chcę przeżyć rozczarowania.

Haftowane koszule i ruszniki

Jeśli chodzi o zakupy inne niż jedzeniowe, to warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza z nich to przepiękne haftowane tkaniny. Hafty występują na przykład na ukraińskiej koszuli – soroczce, będącej elementem stroju narodowego. W ten sam sposób wyszywane są także ruszniki  (występujące też pod nazwą nabożniki), ukraińskie tkaniny sakralne, które w cerkwiach wiesza się zwykle nad ikonami. Tak tradycyjnie wyszywane tkaniny biorą udział w najważniejszych wydarzeniach ludzkiego życia narodzinach, ślubie i pogrzebie. Rusznik był dawany dziecku przy narodzinach, nim owijano złączone dłonie nowożeńców podczas ślubu a przy pogrzebie wkładano go zmarłemu do trumny. Są wyszywane w bardzo ciekawe wzory wywodzące się z czasów przedchrześcijańskich. Pojawiają się na nich boginie Berehynia, Mokosz, drzewo życia, symbole solarne motywy zwierzęce i roślinne.

ukr_lwow_bazar-krakowski_ruszniki_001.jpg

Ruszniki na bazarze krakowskim.

ukr_lwow_wernisaz_soroczki_001.jpg

Haftowane koszule – soroczki. Zdjęcie wprawdzie pochodzi z Wernisażu, ale na Bazarze Krakowskim także je kupimy.

Świetnym miejscem do zakupu soroczek, ruszników czy ludowych kwiecistych chustek, będzie wspomniany wcześniej Bazar Krakowski, znajdujący się bardzo blisko lwowskiego browaru (do którego można wstąpić po drodze). Sami Ukraińcy w tego typu dobra także się tam zaopatrują. Stragany na popularnym wśród turystów Wernisażu koło opery, mają ceny kilka razy wyższe.

Buty

Drugą rzeczą z dziedziny odzieży, jaką być może warto we Lwowie kupić są skórzane buty. Czasem zdarza się tak, że w cenie kupionych w Polsce butów ze „skóry ekologicznej”, które zazwyczaj po maksymalnie roku a zazwyczaj po pół, nadają się do wyrzucenia na śmietnik (taka ekologia), we Lwowie możemy kupić całkiem niezłe buty z prawdziwej skóry.  Sklepów z butami jest w mieście mnóstwo, duży wybór znajdziemy także na moim ulubionym, wspomnianym wielokrotnie bazarze (i po drodze do niego z ścisłego centrum miasta).

Najpiękniejsze świątynie Lwowa

Lwów jest miastem świątyń.  Na starym mieście jest ich niezliczona ilość, niemożliwością jest obejść je wszystkie podczas jednego krótkiego wyjazdu. Przez ponad 200 lat miasto było stolicą arcybiskupią trzech różnych odłamów chrześcijaństwa: rzymskokatolickiego, ormiańskiego i greckiego. Funkcję katedralnych świątyń pełniły: Katedra Łacińska, Katedra Ormiańska oraz Sobór św. Jura. Niektóre obiekty sakralne to prawdziwe perełki i odwiedzenie ich pozwala się przekonać jak niezmiernie ważnym ośrodkiem kultury i nauki, musiał kiedyś byś Lwów. Wygląd miejsc kultu zawsze odzwierciedla poziom i rangę miasta w danej epoce. Co wybrać na początek, które z nich są najważniejszymi zabytkami a które mają niepowtarzalny klimat?

Katedra Ormiańska

To bez wątpienia moja absolutnie ulubiona świątynia we Lwowie. Gdybym spośród wszystkich świątyń w tym mieście miała wybrać tylko jedną, bez namysłu wybrałabym ją. W moim osobistym rankingu na pierwszym miejscu jest Katedra Ormiańska i długo, długo nic. Gdyby jeszcze przez cały dzień nie przewalały się przez nią dzikie tłumy ludzi hałasujących i robiących zdjęcia z fleszem (mimo zakazów i próśb), byłoby to miejsce idealne. Świątynia atakuje wszystkie zmysły na raz: wzroku – poprzez ciekawą formę i mnóstwo kolorów, zapachu – dymu i świec z pszczelego wosku, oraz słuchu – w kółko puszczają tam Lusine Zakarian. Jako że chodzimy tam ponapawać się atmosferą, za każdym razem kiedy jesteśmy we Lwowie zdarzyło się już kilka razy, że rozmawialiśmy z lokalnym proboszczem Tadeosem Geworgijanem (тадеос геворгян) który prawie zawsze jest tam obecny, sprzedaje różne broszury i opowiada historię katedry. Robi to bardzo dyplomatycznie, zręcznie unikając kontrowersyjnych aspektów. Zawsze zaprasza na liturgię która odbywa się codziennie o 16 albo 17 i nawet raz skorzystaliśmy z zaproszenia. Nabożeństwo niemal w całości jest śpiewane. Prowadzący obłędnie śpiewają po ormiańsku. Nie trzeba nawet się martwić o to jak należy się podczas niego zachowywać, ponieważ któryś z księży dyskretnie pokazuje kiedy należy wstawać a kiedy siadać. Słowo katedra w wypadku tego miejsca może okazać się mocno mylne. Mnie osobiście słowo to kojarzy się z gigantycznymi budowlami, które wznoszono zazwyczaj by dać upust pewnej megalomanii, czy też pokazać swoją siłę i dominację. Ormiańska katedra jest bardzo ludzkich rozmiarów i nie mamy szans poczuć się nią przytłoczeni. Jej unikatowość bierze się z zupełnie niesamowitych połączeń: wschodu z zachodem i przeszłości z współczesnością. Na wygląd tego miejsca nałożyło się kilka różnych epok – co kilkaset lat dobudowywano jej kolejną część w kolejnym obowiązującym stylu, ale każda kolejna przebudowa odbyła się z maksymalnym poszanowaniem tego co było wcześniej. Udało się stworzyć coś absolutnie wspaniałego i oryginalnego. Kolejne modernizacje  zamiast niszczyć przeszłość, tylko ją dopełniały. Czy to dlatego że kultura Ormian jest specyficzna i potrafi tak inteligentnie bazować na przeszłości? Ciekawe jakim cudem udało się osiągnąć to, że kontynuatorzy pierwotnego dzieła zamiast chcieć przyćmić swoich poprzedników, tak dobrze wpasowywali się w konwencję i stworzyli dzieło spójne mimo tego, że powstawało na przestrzeni tylu epok. Katedra Ormiańska jako dzieło kompletne i skończone funkcjonowało bardzo niedługo. Ostatnie przebudowy skończyły się w latach 30. XX wieku, o czym można poczytać tutaj, a zaraz po II wojnie światowej  katedrę zamieniono na magazyn. Dopiero w 2001 roku zaczęła być ponownie używana. W latach 2006-2012 polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeprowadziło prace konserwatorskie za 1,5 mln. zł.

ukr_lwow_katedra-ormianska_003.jpgukr_lwow_zaulek-ormianski_002.jpg
ukr_lwow_katedra-ormianska_001.jpgukr_lwow_katedra-ormianska_002.jpg
ukr_lwow_katedra-ormianska_004.jpg

Cerkiew Wołoska

Kolejna w rankingu moich ulubionych świątyń Lwowa jest Cerkiew Uśpienska. Potocznie zwana cerkwią Wołoską, ze względu na hospodarów mołdawskich, którzy nie szczędzili pieniędzy na jej budowę. Wzniesiono ją w latach 1591–1629 w stylu renesansowym, do którego mam słabość. Budowle w tym stylu są dużo pozytywniejsze w porównaniu z ponurym gotykiem i przytłaczającym barokiem. Jest to moim zdaniem najpiękniejsza cerkiew we Lwowie. Dzwonnica powstała później i została ufundowana przez Konstantego Korniakta, najbogatszego lwowskiego kupca, handlującego między innymi małmazją. Jeszcze nie udało mi się zrobić dobrych zdjęć w jej wnętrzu, bo jest tam tragicznie ciemno, za to bardzo klimatycznie. Cały kompleks wygląda przepięknie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Oryginalny pierwotnie znajdujący się w cerkwi ikonostas został wywieziony z miasta, kolejny – rokokowy także prezentuje się bardzo ciekawie. Obrazy przyozdobione są misternie haftowanymi rusznikami. Koniecznie trzeba też zajrzeć do wnętrza kopuły, bo jest zrobione z bogato zdobionych drewnianych kasetonów. Widać że nie szczędzono środków, żeby świątynia prezentowała się z należytym przepychem, którego rodzaj bardzo mi odpowiada. Wystrój opływa w bogactwo ale nie jest pstrokaty i tandetny, czasem ocierający się o kicz, jak w typowych prawosławnych świątyniach zwłaszcza obrządku moskiewskiego. Jest to jedyna cerkiew prawosławna jaka znajdowała się w obrębie dawnych murów miejskich.

ukr_lwow_cerkiew-woloska_001.jpgukr_lwow_cerkiew-woloska_002.jpg

Kościół św. Piotra i Pawła

Pierwotnie należał do Jezuitów. Obecnie kościół katolicki obrządku bizantyjsko-ukraińskiego, to przykład architektury wczesnego baroku z elementami manierystycznymi. Wyraźną inspiracją w jego powstaniu był rzymski kościół Il Gesù. Podoba mi się ze względu na to, że  nie jest obecnie w najlepszym stanie. Dopiero niedawno, bo w 2011, został udostępniony zwiedzającym, wcześniej składowane w nim były zbiory biblioteczne między innymi Ossolineum. Wystrój kościoła utrzymany jest w ciemnej kolorystyce, malowidła są miejscami dość mocno uszkodzone, jednak dzięki temu świątynia ma ciekawy, nieco mroczny klimat co potęgują jej rozmiary. Jest drugą co do wielkości świątynią po katedrze łacińskiej. Znakomicie nadaje się na scenerię zdjęć albo filmu, kojarzy się nieco z mrocznymi czasami inkwizycji.

ukr_lwow_kosciol-piotra-i-pawla_001.jpgukr_lwow_kosciol-piotra-i-pawla_002.jpg

ukr_lwow_kosciol-piotra-i-pawla_003.jpg

Kościół Matki Bożej Gromnicznej

Nigdy nie byłam wewnątrz, bo zawsze był zamknięty. Bardzo podoba mi się natomiast jego nieco przyniszczona fasada, bo posiada przepiękne wyważone proporcje. Bardzo ładnie prezentuje się późnym popołudniem, kiedy oświetla ją słońce. Kościół pochodzi z 1642 roku i jest autorstwa włoskiego architekta Giovanni Battista Gisleni który był nadwornym architektem królów Zygmunta III Wazy, Władysława IV, Jana Kazimierza. Wybudowano go dla zakonu karmelitanek. Wzorem był rzymski kościół św. Zuzanny. Nowa budowla była jedną z najokazalszych świątyń Lwowa. W wyniku reform przeprowadzonych przez austriackiego cesarza, kościół zmienił właściciela na rzecz zakonu szarytek.   Po II wojnie światowej spotkały go takie same losy jak większości obiektów sakralnych we Lwowie – był magazynem wojskowym. Jego funkcję przywrócono dopiero w 2009 roku i przekazano ukraińskiemu kościołowi grekokatolickiemu.

ukr_lwow_kosciol-matki-boskiej-gromnicznej_004.jpgukr_lwow_kosciol-matki-boskiej-gromnicznej_002.jpg
ukr_lwow_kosciol-matki-boskiej-gromnicznej_003.jpgukr_lwow_kosciol-matki-boskiej-gromnicznej_001.jpg

Katedra Łacińska

Znajduje się na liście świątyń koniecznych do odwiedzenia tylko dlatego, iż nie wypada żeby jej nie było. Jest ważnym zabytkiem Lwowa, działo się w niej kilka wydarzeń kluczowych dla polskiej historii. Była swoistym poświadczeniem przynależności Lwowa do łacińskiego Zachodu, w odróżnieniu do dwóch pozostałych lwowskich katedr ormiańskiej i unickiej – ukraińsko-bizantyjskiej. Świątynię ufundował w 1360 r. Kazimierz Wielki a budowa ciągnęła się przez 133 lata. Katedra jest pomieszaniem wielu stylów od gotyku do secesji. Byłam tam dwa razy za każdym razem zdegustował mnie przytłaczający wygląd, ponury nastrój wnętrza i tłum polskich wycieczek robiących zdjęcia z lampą błyskową. To nie znaczy że nie należy w ogóle tam iść, bo to ważne miejsce, ale inne świątynie Lwowa zdecydowanie bardziej mi się podobają. Jeśli już tam jesteśmy warto też obejrzeć renesansowe kaplice Kampianów i Boimów.

ukr_lwow_katedra-lacinska_001.jpg
ukr_lwow_katedra-lacinska_kaplica-boimow_002.jpgukr_lwow_katedra-lacinska_kaplica-boimow_001.jpg

Lwów 2013 (część pierwsza)

Ten subiektywny i krótki spis miejsc które warto odwiedzić we Lwowie można rozszerzać w nieskończoność. Nie będę wymieniać tutaj listy zabytków do zwiedzania, bo o tym może przeczytać każdy, kto już się wybrał, albo zamierza odwiedzić to miasto w niezliczonych turystycznych przewodnikach.  Żeby wybór posiadał jakiekolwiek kryteria, skupię się tym razem na miejscach pod gołym niebem w których można posiedzieć albo się po nich powłóczyć. Nie zajmuję się w niniejszym wpisie przybytkami gastronomicznymi, bo o nich powstanie kiedyś osobny wpis „Co zjeść i wypić we Lwowie”, ale muszę przynajmniej raz jeszcze tam pojechać, a nie wiem kiedy to nastąpi, patrząc na obecną sytuację na Ukrainie.

Podwórka

Bardzo duża ilość mieszczańskich kamienic Lwowa zachowała się do naszych czasów. W czasach panowania minionego ustroju na szczęście nikt nie zdołał zabrać się kompleksowo za centrum miasta by nadać mu bardziej współczesny betonowy i socrealistyczny wygląd. Ta kara spotkała tylko przedmieścia upstrzone ogromnymi blokowiskami. Pomijając dość opłakany stan w jakim niektóre kamienice się znajdują, jest aktualnym mieszkańcom Lwowa czego zazdrościć. Oprócz kamienic, których fasady oglądamy chodząc po brukowanych ulicach,  jest też ogromna ilość podwórek intensywnie pachnących obecnością kotów. Warto poświęcić im trochę czasu. Bardzo lubię wejść na jakieś przypadkowe podwórko, powodowana sprawdzeniem czy nie ma tam przypadkiem czegoś ciekawego, albo nie da się przejść dokądś na skróty. Każde wygląda nieco inaczej, zazwyczaj jest jeszcze bardziej zrujnowane niż zewnętrzna strona budynku. Chodzenie po nich przypomina grę losową. Nawet jeśli jakieś bardzo mi się kiedyś spodobało jest ich tak dużo że trudno potem wrócić dokładnie w to samo miejsce. Nieraz podwórka zawierają w sobie kolejne, albo wchodząc na jakieś wychodzimy inną bramą i już sami nie wiemy jak i którędy wrócić w to samo miejsce. Rzadko robię na nich zdjęcia, bo często są ciasne i ciemne, za to mają świetny i niepowtarzalny klimat i zapach starych zawilgoconych murów. Wiele przeszły i wszystko przetrwały. Trochę się sypią ale starzeją się z godnością. Są azylem od ulicznego hałasu i upału. Jak Lwów w końcu stanie się turystycznym hitem, większość z tych położonych w ścisłym centrum zostanie pewnie odremontowana i powstaną w nich ogródki piwne. Na razie jeszcze panuje na nich całkowity spokój i są zapuszczone, warto zobaczyć je w takim „mało cywilizowanym” stanie w jakim są teraz.

ukr_lwow_zaulek-ormianski_001.jpg

To słynny zaułek ormiański, ale atmosfera na nim podobna,

ukr_lwow_podworko_003.jpg

jak na przykład tutaj.

ukr_lwow_podworko_002.jpgukr_lwow_podworko_001.jpgukr_lwow_podworko-koty_001.jpg

Targ książek i staroci

Znajduje się na skwerze (między ulicą Podwalną a Ruską) na którym stoi pomnik Drukarza Iwana Fedorowa, który w 1574 roku założył we Lwowie pierwszą drukarnię. Przez cały dzień na wędkarskich krzesełkach siedzą tam podstarzali panowie najczęściej emeryci, którzy na łóżkach polowych i w kartonach poukładane mają najczęściej mocno pożółkłe bo niezbyt dobrze przechowywane książki, które wyglądają jakby zostały wygrzebane gdzieś ze strychu. Sporo z nich to stare polskie publikacje, ale dużo jest też książek w najróżniejszych europejskich językach – widać jak międzynarodowym miastem był kiedyś Lwów. Nie wiem czy jest sens kupować tam książki, większość z nich ma dość wysokie ceny, no chyba że naprawdę są unikatowe, a ja się na tym po prostu nie znam. Sprzedawcom bardzo zależy na wciśnięciu czegoś turystom, wystarczy że zainteresujemy się czymkolwiek, od razu podają cenę, czasem nawet zaczynają sami ze sobą się targować, dlatego nie jestem do końca przekonana, że to dobre miejsce na zakup czegokolwiek. Oprócz książek panowie sprzedają także sowieckie ordery, ruble z czasów ZSRR, oraz antykwaryczne obrazy – zazwyczaj religijny kicz. Natomiast warto się tam pokręcić żeby zobaczyć co mają wystawione do sprzedania. To co mają na stołach to cała miniona epoka tego miasta, a w zasadzie nawet dwie epoki. Okres międzywojenny i czasy związku radzieckiego opowiedziane przy pomocy książek, pieniędzy i innych przedmiotów. Cały targ fajnie komponuje się z dominującym nad nim groźnie wyglądającym pomnikiem brodatego drukarza.

ukr_lwow_pomnik-drukarza-fedorowa_001.jpgukr_lwow_pomnik-drukarza-fedorowa_002.jpg
ukr_lwow_targ-ksiazek-i-staroci_001.jpgukr_lwow_targ-ksiazek-i-staroci_002.jpg

Wieczór na kopcu Unii Lubelskiej

W każdym przewodniku po Lwowie jaki miałam w rękach, a z tych ostatnio wydanych miałam w ręku chyba wszystkie, napisano że koniecznie trzeba wybrać się na kopiec Unii Lubelskiej, żeby zobaczyć panoramę miasta. Nikt jednak nie napisał, że trzeba to zrobić wieczorem, zabrawszy ze sobą na przykład butelkę wina. Idealnie jak dzień jest upalny i wieczorem wieje tutaj chłodny wietrzyk. Jeśli akurat jest zimno, lepiej ciepło się ubrać, bo siedząc tu i gapiąc się przed siebie na pewno zmarzniemy. Jako że na Ukrainie spożywanie alkoholu na wolnym powietrzu nie jest zabronione, osób które przyszły tu posiedzieć i popatrzeć na miasto w którym powoli zapalają się światła, konsumując przy okazji niewielkie ilości alkoholu jest naprawdę sporo. Czasem nawet nie ma gdzie usiąść. Nie afiszujemy się zbytnio z tym że nie jesteśmy w pełni lokalnymi ludźmi (uważam, że jesteśmy prawie lokalnymi, bo mieszkamy niecałe 200 kilometrów stąd), żeby nie psuć im nastroju, że tutaj także można już spotkać turystów. Byłam tu kilka razy bardzo wieczorową porą, zawsze czułam się w pełni bezpiecznie i nigdy nie spotkałam się z niczyją niechęcią czy jakąkolwiek słowną zaczepką. Fakt faktem, że nie siedziałam tam do północy, potem być może impreza nabiera większego tempa i rozmachu, o czym świadczyć mogą potłuczone butelki. Niemniej jednak zazwyczaj siedzą z nami osoby w wieku studenckim lub starsze i nie wyglądają na osoby lubiące upijać się a następnie tłuc butelki, często są to pary na romantycznym wieczorze, albo ambitni fotoamatorzy ze statywami, piwem i suszoną rybą. Warto przyjść tam przed zachodem słońca i posiedzieć aż całkiem zapadnie zmrok.

ukr_lwow_kopiec-unii-lubelskiej-panorama_001.jpg

ukr_lwow_kopiec-unii-lubelskiej_002.jpg

Na Kopcu Unii Lubelskiej przez cały dzień jest dużo ludzi.

ukr_lwow_kopiec-unii-lubelskiej_001.jpg

Ale najlepiej przyjść wieczorem i zostać jak zrobi się całkiem ciemno.

ukr_lwow_kopiec-unii-lubelskiej_003.jpg

Poranek na Kopcu Unii Lubelskiej, pani usuwa pozostałości weekendu.

 Rynek i Prospekt Swobody w atmosferze święta

Warto spędzić część weekendowego popołudnia w ścisłym centrum miasta i zobaczyć jak bardzo ludzie lubią tu ze sobą przebywać. Na Na Rynku i Prospekcie Swobody przechadzają się istne dzikie tłumy,  na chodniku nie ma gdzie postawić stopy, każda ławka jest zajęta, ale nie w taki sposób jak u nas. W Polsce za zajętą uważa się ławkę na której już ktoś usiadł. Tutaj zajęta jest ławka na której nie ma już gdzie usiąść bo siedzi na niej 5 osób, które często wcale się nie znają, ale wymieniają grzecznościowe uwagi o pogodzie a czasem nawet polityce. Pojawia się też cała masa stoisk z balonami oraz watą cukrową dla dzieci, oraz bogato zdobione kucyki i bryczki. Atmosfera robi się całkiem świąteczna, mimo że to zwykłe weekendowe popołudnie. Nie wiem czy bierze się to z miłości do miasta czy z faktu że większość z przebywających tu osób na przykład nie posiada samochodu by udać się na wycieczkę za miasto, więc spędza czas jak pozwalają na to możliwości. Nie da się zaprzeczyć że jest to fenomen, zresztą podobne zachowanie zaobserwowałam w Kijowie. U nas w weekendy centra miast raczej stoją puste, może latem w ogródkach piwnych siedzi trochę osób, ale mało kto przychodzi by spacerować i kolektywnie przesiadywać na ławkach. Jeszcze silniej taka tendencja widoczna jest w Europie Zachodniej, w weekendy kto tylko może wyjeżdża z miast, zostają w nich imprezowicze i turyści. Na Ukrainie nawet zima nie odstrasza ludzi przed przesiadywaniem w centrum. Dodatkowy podziw należy się kobietom które nieraz przy temperaturze mocno poniżej zera chodzą w minispódniczkach, szpilkach i przeźroczystych rajstopach, obowiązkowo z gołą głową. W każdy weekend na Rynku i w jego okolicach spotkamy też ogromną ilość świeżo poślubionych par, które obowiązkowo urządzają sobie sesję ślubną na starym mieście. Można wtedy podziwiać stylizacje ślubne, które u nas były na topie przynajmniej 10 lat temu, oraz panów fotografów niezależnie od pogody świecących parom młodym po oczach lampą błyskową, często tą wbudowaną w aparat. Niektórzy, choć zdarza się to coraz rzadziej, robią zdjęcia aparatami analogowymi, bo nie przekwalifikowali się na cyfrówkę.

ukr_lwow_prospekt-swobody-slub_001.jpgukr_lwow_samochod-do-slubu_001.jpg

ukr_lwow_prospekt-swobody_001.jpgukr_lwow_ludzie-na-rynku_001.jpgukr_lwow_ludzie-na-rynku_002.jpgukr_lwow_ludzie-na-rynku_003.jpgukr_lwow_zaulek-ormianski_003.jpg

Oprócz tego koniecznie trzeba zobaczyć jakiś lokalny bazar, a jest ich w mieście mnóstwo. Piszę o tym we wcześniejszych wpisach. Warto udać się także w okolice Pochulanki, gdzie możemy zobaczyć piękne wille. Poza tym na uwagę zasługują lwowskie parki, zwłaszcza Park Stryjski i jego okolice.