Hatay 2012

Po niespełna trzech latach od ostatniej wizyty jesteśmy w Turcji po raz trzeci z zamiarem pojechania nieco dalej niż ostatnio. Jako że samolot do Stambułu mamy o dogodnej godzinie, bez przesiadek i nic się nie spóźnia, decydujemy się na pojechanie na Otogar i kupno biletów na nocny autobus. Rozstrzał miejscowości do których chcemy pojechać jest spory od Malatyi i Gizantep poprzez Sanliurfę i Hatay. Na dworcu autobusowym oddajemy się w ręce autobusowych naganiaczy, którzy bombardują nas swoim niezłomnym tureckim marketingiem i to nie my z nimi, ale oni o nas się targują. Wybieramy ofertę jednego z nich na nocny autobus do Antakyi czyli Hatay, nie pakujemy się do niego od razu, tylko idziemy jeszcze coś dobrego zjeść i przez to cena transportu jeszcze spada, bo robi się bardziej „last minute”. Na widok autobusu dosłownie opadają nam szczęki. Przez trzy lata stały się jeszcze bardziej wypasione. Teraz każdy fotel ma własny ekran dotykowy i entertainment jak w samolocie i można do upadłego oglądać tureckie opery mydlane i superprodukcje z Hollywood.

tur_autobus_ekrany-w-fotelach_001

Nigdy nie zapomnę pierwszego kontaktu z tureckimi autobusami. Po poniewierce po ukraińskich wertepach w (skądinąd przez sentyment dość miło teraz wspominanym) ukraińskim autobusie z Przemyśla do Suczawy, a następnie nieco mniejszej ale także poniewierce pociągiem z Suczawy do Bukaresztu z całą galerią żebraków, Cyganów i grajków, po dwu dniach spędzonych w stolicy Rumunii wsiadamy do autobusu firmy Toros do Stambułu. Nie spodziewamy się po nim niczego szczególnego, jednak powoduje on u nas mocny szok kulturowy. Najpierw zamówiona przez firmę taksówka zawozi nas z  biura w centrum do poczekalni na obrzeżach miasta. Z zewnątrz nie wygląda to szczególnie. Wchodzimy z bukaresztańskiego bezładu i chaosu i widzimy: klimatyzowaną niemal sterylną poczekalnię, z super czystymi łazienkami, stanowiskami z kawą, herbatą, lemoniadami. Ktoś zabiera nam bagaże i ładuje do luku żebyśmy się przypadkiem nie zmęczyli. Wskazują nam nasze numerowane miejsca. Wsiadamy do ekstremalnie czystego autobusu ze stewardami jak w samolocie, którzy zaczynają swoją pracę od polania gościom wody kolońskiej na ręce by mogli się odświeżyć. Następnie z regularnością co 2-3 godziny poją nas lodowato zimną wodą, robią herbatę albo kawę, dają ciastka i lody, co kilka godzin zatrzymują się na parkingach. Po postkomunistycznym transporcie Ukrainy i Rumunii jesteśmy strasznie skołowani. W kraju w którym benzyna jest tak droga, nocą na drogach szybkiego ruchu praktycznie nie ma osobówek. Suną tylko niezliczone ciężarówki wyprzedzane przez futurystyczne autobusy wysokie jak wieże oblężnicze. Parkingi dla takich autobusów są lepiej wyposażone niż niejedno prowincjonalne lotnisko, na każdym obowiązkowo jest meczet lub sala modlitw, osobno dla mężczyzn i kobiet, plac zabaw dla dzieci, mnóstwo różnych całodobowych sklepów i jadłodajni.

Kiedy w południe następnego dnia wysiadamy w Hatay, nie jesteśmy strasznie sponiewierani mimo autobusu, samolotu i kolejnego autobusu, bo w tym tureckim można całkiem wygodnie się wyspać. Kiedy w Hatay przesiadamy się do busika żeby dojechać do centrum miasta, w wyniku skomplikowanej układanki po to, by obcy mężczyźni nie siedzieli obok obcych kobiet, obok mojego małżonka siada tradycyjnie ubrany młody mężczyzna z brodą, który jest na tyle religijny, że kompletnie mnie ignoruje, z dumą opowiada mu (nam) po angielsku, że jest z Libii i właśnie jedzie do Syrii by prowadzić tam szkolenia z dżihadu. Oprócz niego nikt z pasażerów się do Syrii nie wybiera. Taksówkarze niegdyś żyjący z podwożenia turystów z Hatay do syryjskiej granicy stoją i się nudzą, ewentualnie pytają nas w żartach czy może chcemy pojechać sobie postrzelać. Zresztą prowincja Hatay przyłączona do Turcji została dopiero w 1939 roku na mocy referendum.  Rok wcześniej odłączyła się od Syrii i próbowała być osobnym państwem. Widać że jest tu inaczej niż w Turcji chociażby z powodu kuchni, czy ruchu ulicznego. Wszyscy jeżdżą jak kompletni szaleńcy nieobliczalnie szybko i bez pojęcia – nieważne którą połową drogi byle do przodu, nie licząc się z tym czy ktoś inny jedzie blisko za lub przed nim. Bez ostrzeżenia zmienia się tu pasy, wyjeżdża pod prąd chcąc włączyć się do ruchu po przeciwnej stronie. Z wyposażenia samochodu używa się tutaj pedału gazu i klaksonu a urządzenia takie jak kierunkowskaz czy lusterka wsteczne są absolutnie nieznane i niepotrzebne. Nawet przejście przez ruchliwą ulicę dostarcza niezapomnianych wrażeń bo znajdując się na pasie ruchu samochodów jadących w jedną stronę można zostać przejechanym przez zabłąkany pojazd jadący pod prąd, który jeszcze na nas trąbi ze świętym oburzeniem. Co by nie mówić na tureckich kierowców, dla mnie w ich jeździe zawsze jest pewien rozsądek, jakaś logika i nigdy nie czuję zagrożenia. Może jeżdżą szybko i drapieżnie, ale pewnie i przewidywalnie. Ale nie w Hatay, tutaj przez pół godziny można przedefiniować sobie wszystkie prawa ruchu drogowego. Nie odważyłabym się prowadzić tutaj samochodu.

W pierwszy dzień mamy siłę jedynie na wycieczkę do ogromnego miejskiego parku, który tętni życiem. Chodzimy też trochę po mieście w nocy i nocnego życia w nim nie ma, chociaż niedaleko naszego hotelu jest lokal na którym napisane jest pub i leci rockowa muzyka. Oprócz niego wszystko dość szybko się zamyka jak na głęboką prowincję Turcji przystało. Jedynymi czynnymi do późna lokalami są cukiernie sprzedające lokalny specjał Künefe (bo Hatay to miasto słynące z najlepszego w całej Turcji Künefe). Oglądamy też witrynę pewnego fotografa u którego można zamówić sobie horrorystycznie wyglądający dywanik ze ślubnym zdjęciem. Kolorystyka tych dywanów bardzo przypomina kolory mozaik, które nazajutrz mamy obejrzeć i nie mogę oprzeć się wrażeniu że to taka współczesna mozaika dla ubogich.

tur_hatay_park-miejski_001 tur_hatay_park-miejski_002 tur_hatay_park-miejski_003 tur_hatay_park-miejski_004

tur_hatay_park-miejski_sprzedawca-waty-cukrowej_001 tur_hatay_witryna-u-fotografa_001
tur_hatay_miasto-noca_002 tur_hatay_miasto-noca_001 Następnego dnia odwiedzamy muzeum rzymskiej mozaiki. W czasach imperium rzymskiego miasto nazywało się Antiochia i było stolicą rzymskiej prowincji Syrii oraz jednym z najważniejszych centrów kulturalnych, handlowych, politycznych i religijnych całego basenu Morza Śródziemnego. Właśnie w tym czasie powstawały tutaj arcydzieła sztuki mozaiki. Po dostaniu się w ręce Turków w XIII wieku miasto bardzo mocno straciło na znaczeniu i stało się głęboką prowincją. Zawsze wydawało mi się że mozaika nie jest specjalnie ciekawa, ponieważ oglądałam jedynie współczesne prace wykonane tą techniką. Zdanie można zmienić oglądając takie z czasów rzymskich i bizantyjskich. Z bliska przypominają dość bezładną układankę. Z daleka układają się w bardzo precyzyjny obraz, z którego możemy odczytać na przykład wyraz twarzy osoby którą ona przedstawia. Widać że jej twórcy musieli wiedzieć sporo o zasadach jakie rządzą ludzkim widzeniem. Musieli mieć też świetną znajomość materiałów z których je tworzyli, mimo ubogiej palety kolorystycznej udawało się im uzyskiwać czytelny i wyrazisty obraz. Szkoda że współcześni twórcy mozaiki nie są w stanie dorównać tym z czasów starożytnych.

tur_hatay_muzeum-mozaiki_001 tur_hatay_muzeum-mozaiki_004 tur_hatay_muzeum-mozaiki_003 tur_hatay_muzeum-mozaiki_002

Kolejnego dnia wybieramy się na przedmieścia Hatay, pod pretekstem obejrzenia kościoła zwanego Grotą Apostoła Piotra. Nie wiemy nawet czy będzie otwarte. Wstęp do niego okazuje się zdecydowanie nie wart swojej ceny i spokojnie mogliśmy sobie wchodzenie tam odpuścić. W międzyczasie zabytek zostaje zaatakowany przez hordę turystów z Korei, którzy właśnie dorośli do poziomu ekonomicznego Japończyków sprzed kilku dekad. Zaczynają jeździć po świecie nie umieją się jeszcze zachować. Turyści Japońscy przez lata zmienili się i już nie przypominają zahukanych osób pędzonych parami z kamerą w jednej i aparacie fotograficznym w drugiej dłoni rejestrujących wymarzony urlop w czasie rzeczywistym, no może jeszcze czasami można kogoś takiego spotkać. Ci dzisiejsi bardziej przypominają post-turystów, coraz częściej jeżdżą indywidualnie choć na miejscu zawsze korzystają z lokalnych przewodników i prywatnego transportu. Koreańczycy są w takim stadium jak Japończycy 20 lat temu strasznie hałaśliwi, żądni wrażeń cały czas robią zdjęcia najtańszymi kompaktami jakby znajdowali się na fotograficznym safari.

tur_hatay_przedmiescia_001

Przedmieścia Hatay wyglądają rewelacyjnie. Kończy się miasto i nagle zaczynają pionowe skaliste góry.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_001

Kościół zwany Grotą Apostoła Piotra.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_003

Nagły atak koreańskiej wycieczki.

tur_hatay_grota-apostola-piotra_002

Z zewnątrz oszpecony metalowymi barierkami i płotami.

tur_hatay_kamienica_001

A to już kamienica w centrum Hatay, uwielbiam takie.

W ten dzień w centrum Hatay odwiedzamy także lokalnego mistrza hummusu, bo miasto słynie także z tej potrawy Sposób w jaki robi i podaje nam hummus opisuję w tym poście. Normalnie w Turcji nie tak prosto zjeść hummus, ale tutaj panują bardziej syryjskie tradycje kulinarne, co widać w jakiejkolwiek jadłodajni, do której pójdziemy. W daniach jest mnóstwo dość ostrej mięty (ta nasza polska przeważnie się do niej nie umywa), cytryny i małych ale nawet jak na mój gust bardzo ostrych zielonych chili w occie winnym. Jeśli komuś jest mało, do każdej potrawy jaką zamówimy podawany jest gratis talerz pełen dodatkowych cytryn mięty i chilli. Ludzie zagryzają miętą każdy kęs potrawy i wyglądają jak króliki.

tur_hatay_mistrz-hummusu_003

Mistrz hummusu w swoim królestwie.

tur_hatay_dodatki do-obiadu_001

A to standardowy zestaw przypraw jaki dostaniemy do jakiejkolwiek zamówionej potrawy w tym mieście. Obok stoi ayran.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *