Katmandu 2014 (część pierwsza)

Katmandu to miejsce, w którym w bardzo interesujący i jedyny w swoim rodzaju sposób mieszają się wpływy hinduskie buddyjskie i szamańskie. Fascynuje się tym chyba większość osób, która to miasto odwiedziła. W Nepalu istnieje pełna dowolność wyznawanej religii, a nawracanie kogoś na inną wiarę jest karane więzieniem. Stolica atakuje swoimi kolorami i zapachami, unikalną religijno-historyczną atmosferą,  którą czuje się na każdym kroku (w końcu mieszka tu żywa bogini). Całe stare miasto  z autentyczną historyczną zabudową jest zamieszkane i używane. Miejscami trudno uwierzyć że jesteśmy w XXI wieku i nie cofnęliśmy się w czasie. W pierwszej kolejności zauważyłam jednak coś innego niż piękne świątynie i bogatą kulturę.

Widać tu jak na dłoni wszystkie problemy trzeciego świata za które winę często ponoszą bogatsze kraje. Konsekwencje dotykają zawsze najpierw miejsc najbiedniejszych, a tych bogatych zdarza się że wcale. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że Katmandu powoli umiera z powodu ogromnego zanieczyszczenia środowiska spowodowanego niekontrolowanym napływem ludzi i niemożnością poradzenia sobie z problemami cywilizacyjnymi. Z jednej strony to strasznie ciekawe i przyjazne miasto do przebywania ze względu na jego dobrych nie zepsutych przez turystykę mieszkańców, z drugiej strony czasem przebywać się w nim nie da. Widziałam tam chyba najokropniejsze rzeczy ze wszystkich swoich wyjazdów, ale tak jest gdy państwo nie jest w stanie zapewnić swoim mieszkańcom dosłownie niczego. V. S. Naipaul laureat literackiego Nobla, indyjski pisarz urodziny w Trynidadzie, w swojej książce „Indie Miliony zbuntowanych” napisał taką trafną myśl o miastach w tej części świata: „Miasta nie umierają nagle od jednego ciosu; umierają nie tylko wtedy, kiedy się wyludnią. Być może umierają w ten sposób: gdy wszyscy cierpią, gdy z powodu paraliżu transportowego ludzie rezygnują z pracy, której im potrzeba, bo nie są w stanie znosić trudów dojeżdżania; kiedy nikt nie ma czystej wody czy powietrza; kiedy nie sposób chodzić na piechotę. Miasta umierają wówczas gdy giną miejskie uroki, gdy już nie kuszą widokami, gdy nie pobudzają ludzkich aspiracji, lecz stają się tylko przeludnionymi miejscami w których ludzie cierpią”. Ten cytat znakomicie odnosi się do Katmandu.

Przylatujemy do miasta późnym wieczorem, jest już ciemno. Jeszcze w samolocie jesteśmy mocno zaskoczeni egipskimi ciemnościami w jakich pogrążone jest Katmandu. Miasta praktycznie nie widać z samolotu. Tylko gdzieniegdzie coś świeci się wątłym światłem. Ogromnie to kontrastuje z nowobogackim Katarem, który mijaliśmy tranzytem i z okien samolotu było widać jasność niemal jak w dzień. Przyjeżdżamy do Nepalu tuż przed nepalskim nowym rokiem. Razem z nami wraca z Kataru i Dubaju tłum mężczyzn – emigrantów zarobkowych. Samolot jest nimi szczelnie wypełniony do ostatniego miejsca. Tak się składa że paru szczęśliwcom, (w tym również i nam) przydzielone zostają miejsca w klasie biznes, bo chętnych na klasę ekonomiczną było więcej niż miejsc, a klasa biznes świeciła pustkami. Bagaże jakie mają z sobą ci mężczyźni przyprawiają o zawrót głowy. Składają się na niego plastikowe kraciaste torby, wypełnione: tanimi chińskimi płaskimi telewizorami, kuchenkami mikrofalowymi, ogromnymi sztucznymi kołdrami. Smutno się robi jeśli pomyślimy, że ci mężczyźni harują w Emiratach, często w mocno nieludzkich warunkach, żeby raz na rok (albo raczej rzadziej) odwiedzić rodzinę i przywieźć jej podarki w postaci chińskiej tandety. Oni wyglądają jednak na niesamowicie dumnych i szczęśliwych. Każdy mężczyzna ma średnio trzy ogromne bagaże, ważące w sumie kilkadziesiąt kilogramów. Ich wyładowywanie trwa w nieskończoność, dzięki czemu z lotniska wychodzimy jakieś dwie godziny później. Jest już prawie północ. Jedziemy opłaconą na lotnisku taksówką na plac Durbar. W nocy miasto wygląda na w miarę uładzone i uporządkowane, chyba dlatego że spowite jest nieprzeniknionym mrokiem. Nawet najważniejszy plac w mieście nie jest oświetlony i biegają po nim bezdomne psy i cielaki (krowy na głównych samochodowych arteriach miasta to norma). Spotykamy pojedynczych ludzi. Jest bardzo spokojnie i bezpiecznie nie licząc bezdomnych psów ale dopóki na ulicach są jacyś ludzie, psy jeszcze siedzą cicho. Po ciemku nie udaje się nam odnaleźć upatrzonego wcześniej hotelu w okolicach Durbaru i pieszo idziemy na Thamel. Zatrzymujemy się w hotelu w bocznej uliczce. Niestety dzień później okazało się, że obok przez pół nocy gra głośna muzyka i więc postanowiliśmy się stamtąd wyprowadzić i wrócić z powrotem w okolice placu Durbar, bo w dzień udało nam się odnaleźć upatrzony hotel. Moją uwagę podczas brania prysznica zwraca jeszcze woda z kranu w kolorze brązowym i budzimy się następnego dnia dopiero w południe.

nep_katmandu_kobieta-w-masce_001

A rano świat wygląda tak.

nep_katmandu_ruch-uliczny_002.jpg

Tu jest Thamel więc jest jeszcze jakiś asfalt.

nep_katmandu_ruch-uliczny_001.jpg

Kawałek dalej nie ma już nawet tego.

Na drugi dzień widać, że Thamel wygląda w miarę jeszcze nieźle. Wystarczy jednak odrobinę z niego wyjść by zobaczyć że ludziom żyje się tu dużo gorzej niż się tego spodziewałam. Wyglądają oczywiście na szczęśliwych, jak zwykle w tej części świata uśmiechają się przez niemal cały czas i nie skarżą się na swój los, ale musi im być bardzo ciężko bo ich państwo nie radzi sobie z niczym. Po półgodzinie od wyjścia z hotelu poza granice turystycznej dzielnicy, widać że miastu mocno doskwiera przeludnienie. Ogromne korki, smog i pył sprawiają, że dość ciężko się tutaj oddycha. Po całodziennym chodzeniu po mieście smarkam na czarno i z nosa leje mi się krew, tak bardzo moje drogi oddechowe drażnią spaliny niskooktanowej benzyny. Położenie miasta w kotlinie ma dodatkowo niebagatelne znaczenie. Chodzę w szaliku na twarzy, potem w (coraz ciemniejszej) masce chirurgicznej i okularach przeciwsłonecznych ale to nic nie daje, chyba jedynie wojskowa maska przeciwgazowa noszona przez przez cały dzień ochroniła by porządnie oczy i drogi oddechowe. Nigdzie w Azji nawet w Chinach nie miałam takich problemów z powodu smogu. Nepal jest tak biednym krajem, że używa się tu jakiejś chyba przedwiecznymi metodami robionej benzyny, którą kraj kupuje od Indii. Dodatkowo powietrze jest strasznie zapylone. Wszystkie towary w sklepach pokryte są grubą na kilka milimetrów warstwą kurzu, który sprzedawcy non stop ścierają półka po półce. Kiedy już odkurzą do końca, trzeba się za to brać od początku bo w międzyczasie już zdążyło się nabrudzić. Na ulicach panuje chaos, wszędzie pełno motocykli i tandetnych nieekologicznych samochodów, które grzęzną w ciasnych uliczkach starego miasta i po prostu stoją kopcą na czarno i bardzo głośno trąbią, wierząc że ich klakson rozwiąże problem zakorkowanych ulic i wszyscy rozpierzchną się przed nim. Jeszcze 10 lat temu w Katmandu głównym pojazdem były rowery i rowerowe riksze. Dziś tylko najbiedniejsi poruszają się na zdezelowanych rowerach i w hierarchii ruchu drogowego są na ostatnim miejscu, właściwie co chwilę niemal cudem unikają rozjechania przez większe pojazdy. Nie wiedzieć czemu nikt nie wpadnie na ustanowienie zakazu wjeżdżania pojazdów do ścisłego centrum, jak ma to miejsce w Bhaktapurze. Ruch drogowy w centrum jest i tak całkowicie niewydolny, bo ilość samochodów rośnie w bardzo szybkim tempie. Wąskie uliczki są kompletnie zakorkowane od rana do wieczora. Z całej szerokości ulicy jak to zawsze w Azji korzystają piesi, rowery, motocykle i samochody, ale tutaj kierowcy pojazdów boją się tylko większych od siebie, na mniejszy drogowy plankton nie zwracając zupełnie uwagi. Jakby wszystkie frustracje ich życia znajdowały swoje ujście w momencie prowadzenia mechanicznego pojazdu. Żeby poruszać się tu pieszo po ulicach trzeba mieć maksymalne pokłady cierpliwości i oczy dookoła głowy. Zwłaszcza jak tłum pieszych usiłuje pokonać nieliczne w mieście pasy ale nie może bo całe są zastawione samochodami i motocyklami zderzak w zderzak. Muszą więc przeciskać się koło gorących rur wydechowych motocykli i niemal przeskakiwać przez maski. Nawet w Indonezji kierowcy odrobinę bardziej szanowali pieszych. Chodzenie jest tu niezwykle męczące.  Pewnego razu wieczorem gdy złorzeczyłam na czym świat stoi na bezmyślne używanie klaksonów przez kierowców pojazdów stojących w korku, oraz pokrywający mnie całodzienny kurz i brud, zobaczyłam człowieka który poruszał się poboczem drogi razem z samochodami na wózku inwalidzkim. Był to jedyny sposób ominięcia półmetrowych nieraz krawężników. Samochody kopciły mu czarnymi spalinami prosto w twarz i musiał cierpliwie czekać razem z nimi podczas gdy my mogliśmy przemykać bokami i mimo wszystko poruszać się do przodu.

Prąd w budynkach jest tylko przez około 12 godzin na dobę – są dwie przerwy w jego dostawie. Im dzielnica bogatsza tym te przerwy wypadają w mniej uciążliwych godzinach. W każdym hotelu wisi dokładny harmonogram jego występowania w poszczególne dni tygodnia. Sieć jest archaiczna i tak niesamowicie przeciążona, że w godzinach jego występowania często zdarzają się awarie. Efekt tego jest taki, że wszyscy są zaopatrzeni w ogromne akumulatory które ładują się podczas dostaw energii i następnie zapewniają wątłe światło w czasie jego braku. Każdy budynek ma dwie instalacje, normalną i akumulatorową. To taki ciekawy turystyczny surwiwal, pobyć sobie przez tydzień w znikającym prądzie, ale jak prowadzić chociażby międzynarodowy biznes, i kontaktować się z kontrahentami, kiedy co chwilę nie ma prądu i nie są to przejściowe problemy tylko codzienność?

nep_katmandu_ulica_przewody_002.jpg

Sieć elektryczna na starym mieście prezentuje się tak. W nowszych częściach miasta nie jest wiele lepiej.

nep_katmandu_ulica_przewody_003.jpg

Czasem pojawiają się dodatkowe obciążenia.

nep_katmandu_ulica_przewody_001.jpg

Każdy dom ma swój kabel.

nep_katmandu_stragan_001.jpg

Każdy sklep także.

nep_katmandu_ulica_przewody_004.jpg

Woda w kranie nie nadaje się do picia nawet po przegotowaniu,  a uzdatnionej tabletkami do odkażania wody nie da się pić tak bardzo jest obrzydliwa. Trzeba nieustannie kupować wodę w plastikowych butelkach, których nie ma gdzie wyrzucić. Miasto dusi się od nadmiaru śmieci. Co rano zamiast wywozić pali się je na chodnikach co dodatkowo pogarsza powietrze. Chodzimy non stop do porządnych jadłodajni na herbatę, bo jest strasznie tania i nie generuje gigantycznych ilości plastikowych śmieci. Do tych mniej porządnych nie odważyłabym się pójść bo przy ciągle znikającym prądzie i braku czystej wody trudno o utrzymanie jakichkolwiek warunków higienicznych. Większość tych droższych i ładniejszych chwali się, że myje wszystko wodą z dodatkiem jodyny. Woda to w mieście problem ogromny, nie dość że jest okropnej jakości to jeszcze nie starcza jej dla wszystkich mieszkańców, a wycieczka nad miejską rzekę Bagmati to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć w Nepalu. Jak widzę takie rzeczy ogarnia mnie niepohamowana wściekłość. Rzekę „czuć nosem” czasami już kilkaset metrów dalej. Po dojściu do niej okazuje się że to po prostu płynące wysypisko śmieci (skąd się bierze, można zobaczyć w tym filmie, ale ostrzegam że jest on bardzo drastyczny).  Nie wiem w ogóle jak można do czegoś takiego dopuścić. Świadczy to tylko o tym w jakim rozkładzie jest ten kraj i jak ogromne są jego inne problemy, że sprawa rzeki jest na dalszym planie. Kompletnie nie wyobrażam sobie gdybym jak lokalni ludzie musiała koło tak okropnego miejsca mieszkać i codziennie je wąchać i oglądać. Panuje tutaj duża zgoda na istniejącą rzeczywistość. A może po prostu nikt nie zaprząta sobie głowy przyziemnymi sprawami, lepiej zorganizować kolejny religijny festiwal niż chociaż trochę oczyścić okolice rzeki. Po powrocie udało mi się odnaleźć w internecie kilka organizacji, które ponoć zajmują się stopniowym oczyszczaniem Bagmati i przywracaniem w niej życia, nie wiem jednak czy faktycznie coś one robią, czy służą tylko do pozyskiwania na ten cel pieniędzy z zagranicy. Pomoc międzynarodowa leje się w Nepalu szerokim strumieniem, kraj jest od niej całkowicie uzależniony, bo bez pomocy nie byłby w stanie egzystować. W wielu przypadkach przynosi ona niestety zupełnie odwrotny skutek. Zwłaszcza gdy biorą się za to ogromne organizacje, które niewiele zdają sobie sprawy z realiów na miejscu. W efekcie czego pieniądze zamiast powodować zmniejszenie biedy i zrównanie szans ludzi, generują bezprawie, niemal mafijne powiązania i ogromną korupcję.  Na temat pomocy w Nepalu przeczytałam mnóstwo informacji i wyrobiłam sobie opinię, że tylko pomaganie w skali mikro, małym społecznościom przy niewielkich projektach robionych przez pojedynczych ludzi lub maleńkie organizacje mają szansę faktycznie zmienić czyjeś życie. O nieudanych programach pomocy i ludziach zrażonych do pomocy międzynarodowej można przeczytać całe epopeje.

nep_katmandu_bagmati_001.jpg

Rzeka Bagmati wstrząsający obrazek.

nep_okolice-klasztoru-kopan_ulica_002.jpg

Zaopatrzenie w wodę w wielu dzielnicach wygląda tak, że trzeba ją sobie osobiście przynieść na plecach.

W Katmandu życie niezmiennie jak kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu toczy się przez domami, w podwórzach i na ulicach, na których całe rodziny przesiadują, piorą, myją się, czeszą, rozmawiają, obierają warzywa. Ludzie są bardzo społeczni a zachodniej obsesji posiadania prywatności nikt tutaj nie rozumie. Tyle tylko, że dookoła nich zmieniło się wszystko. Wyglądałoby to mocno sielankowo, gdyby nie musieli tego robić we mgle spalin i kurzu, w ciągłym hałasie klaksonów i przejeżdżających motorów. Taki tryb życia powoli będzie musiał odchodzić w zapomnienie, bo na ulicy coraz trudniej egzystować. Najgorzej chyba mają sprzedawcy, którzy żeby coś sprzedać i mieć na życie muszą spędzać je na otwartym powietrzu w swoich mobilnych sklepach. Trudno sobie wyobrazić jak bardzo wieczorem po całym dniu pracy muszą być brudni. Kiedy po jednym dniu w całości spędzonym na „spacerach po mieście” myję głowę to kapie z niej woda czarna prawie jak atrament. Po powrocie czytałam o niezwykle nasilonym występowaniu choroby obturacyjnej płuc i nowotworów dróg oddechowych wśród mieszkańców stolicy. Warunki życia pogarszają się z roku na rok. Jedyną oazą spokoju są podwórka na które nie da się wjechać żadnym pojazdem to ostatnie pozostałości dawnego Katmandu, w którym życie toczy się spokojnie i niemal po wiejsku.

nep_katmandu_podworko_002.jpg

Jedynym azylem stają się podwórka. To tutaj jest bardzo duże i przestronne bo stoi tutaj stupa Kathi Swayambu.

nep_katmandu_podworko_001.jpg

W dzień wszystkie psy wyglądają tak, odpoczywając w cichych miejscach po aktywnej nocy.

nep_katmandu_podworko_kapliczka_001.jpg

Na każdym podwórku obowiązkowo znajduje się kapliczka buddyjska lub hinduistyczna, albo obie.

nep_katmandu_podworko_kapliczka_002.jpg

Od rana dzwoni się w nich dzwonkami, żeby obudzić bogów, pali kadzidła, lub składa ofiary.

nep_katmandu_dzieci_001.jpg

Sporo dzieci bawi się na ulicy wśród spalin, kurzu i hałasu nawet te zadbane i dobrze mówiące po angielsku.

nep_katmandu_sprzedawca-uliczny_001.jpg

Najgorzej mają chyba sprzedawcy uliczni, którzy muszą cały dzień stać na zakurzonej i zadymionej ulicy.

nep_katmandu_sprzedawca-uliczny_002.jpg

Chyba że mają szczęście i sprzedają ziemniaki w Boudnath ale i tam nowoczesność zbliża się nieubłaganie.

nep_katmandu_sprzedawca-uliczny_003.jpg

Wraz z niekontrolowanym napływem ludzi uciekających do stolicy przed biedą wywołaną zmianami klimatu, rabunkową uprawą ziemi, która nie jest w stanie wszystkich wyżywić, oraz działaniom maoistów, pojawiły się też nieznane wcześniej problemy społeczne. W mieście można spotkać mnóstwo dzieci włóczących się samopas będących pod wpływem narkotyków, najczęściej kleju. Wyglądają na prawdę strasznie, są brudne, obdarte, przeraźliwie chude o nieprzytomnym spojrzeniu. Najtłumniej pojawiają się w okolicach miejsc kultu religijnego gdzie próbują żebrać. Ludzie traktują je mniej więcej na równi z bezdomnymi psami, czasem dając im jedzenie, a czasami przeganiając kopniakami. Oprócz nich można tu spotkać na ulicy chyba wszystkie możliwe patologie. Tak to jest gdy więzi społeczne rozluźniają się mocno w wyniku masowych migracji ze wsi do miast, a na większość ludzi którzy przyjeżdżają do stolicy nie czekają żadne perspektywy, bo są niewykwalifikowani i nadają się tylko do nieskomplikowanych prac fizycznych. Chętnych na taką pracę jest znacznie więcej niż ofert. Wyjeżdżając z miasta w stronę Langtangu mijamy ogromnych rozmiarów slumsy w których ludzie po kolana brodzą w śmieciach, mieszkając w prowizorycznych domkach z blachy i folii otoczeni śmieciami dosłownie po kolana. Przy nich mijane pociągiem czy autobusem slumsy Tajlandii czy Indonezji wyglądają niemal jak normalne osiedla. Kompletnie nie mam pojęcia jak w ogóle można mieszkać w takich warunkach dłużej niż kilka dni i nie nabawić się jakiejś poważnej albo śmiertelnej choroby. Mnóstwo ludzi nie ma nic i jest zmuszonych do życia w ekstremalnych warunkach. Mimo to w mieście jest bardzo bezpiecznie, bo Nepalczycy biernie poddają się swojemu losowi i nie próbują podnieść ręki na czyjeś mienie. Tutaj nikt nie uważa że cokolwiek od życia mu się należy, tylko w spokoju znosi swój los. Obserwujemy totalnie wstrząśniętych Europejczyków, którzy widząc bijących się bezdomnych uzależnionych od alkoholu ludzi usiłują ich rozdzielić i pomóc rannej w głowę kobiecie. Ze zdziwieniem dowiadują się, że nie może ona liczyć na wezwanie karetki, bo bezpłatna pomoc medyczna w tym kraju nie istnieje. Biała kobieta jest w większej histerii niż poszkodowana, która po paru godzinach odzyskuje siły i sobie idzie. Widzimy ją potem codziennie jak pije z mężczyznami z którymi wcześniej się biła.

Kraj na przestrzeni ostatnich 10 lat przeżył mnóstwo zawirowań bo zarówno Indie jak i Chiny dążą do objęcia Nepalu swoimi wpływami. Obalono króla i kilkakrotnie zmieniała się władza. Ta niestabilna sytuacja odbiła się na codziennym życiu ludzi, którzy muszą z podstawowymi potrzebami praktycznie radzić sobie sami, bo ich państwo jest niewydolne. Z jednej strony w mieście można poczuć się trochę jak w XIX wieku, gdy w nocy z braku prądu romantycznie palą się świeczki, a w nocnych lokalach zamiast dudniącej muzyki nepalska młodzież gra rockowe kawałki na akustycznych gitarach i świetnie się przy tym bawi. Na wakacje jest to atmosfera idealna. Jednak jeśli pomyślimy o codziennych zmaganiach Nepalczyków z rzeczywistością, jak bardzo śmieszne i bezsensowne wydaje się polskie bredzenie o „głodowych pensjach” czy kraju w ruinie. A może tak właśnie (niezbyt optymistycznie) będzie wyglądał świat w przyszłości gdy ludzi będzie o wiele za dużo i nie dla wszystkich starczy wody, czystego powietrza czy miejsca do życia.

nep_katmandu_plac-durbar_001.jpg