Park Narodowy Tara

Kemping Viljamovka

Park narodowy Tara jest super, niestety pogoda bardzo nam nie dopisała, dlatego mam stamtąd dosyć mało zdjęć, nie widzę bowiem sensu w targaniu aparatu w deszczowy dzień, a deszczowo było prawie codziennie i przy tym okropnie wręcz zimno. Pogoda na namiot „idealna”. Na szczęście zatrzymaliśmy się na bardzo sensownym kempingu Viljamovka w miejscowości Kremna (Кремна). Ulokowanie się na jakiejś totalnej prowincji w zabitej dechami wiosce to jedyna opcja by spędzić tutaj sensownie czas. Lokalny kurort Zlatibor okazał się niemożliwy do zdzierżenia. Przypominał nasze Zakopane, ale nawet bez tej minimalnej osłody w postaci drewnianej architektury stylu zakopiańskiego. To jeden wielki chaotyczny parking i mnóstwo sklepów z upiornymi pamiątkami i sprzętem górskim. Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę by zobaczyć jak wygląda słynny kurort, ale ciężko było nawet znaleźć tam sensowne jedzenie nie będące jakimś turystycznym fast foodem, więc ewakuowaliśmy się niemal natychmiast. Zlatibor okazał się miejscem ekstremalnie zatłoczonym, bardzo brzydkim i chaotycznym. Zrelaksować się można było dopiero na kempingu w Kremnej. Niby jego wyposażenie należało do bardzo podstawowych, gdyż właściciel po prostu udostępnia właścicielom namiotów i kamperów kawałek sadu owocowego, z jednym z najpiękniejszych widoków na okolicę jaki miałam przyjemność oglądać. Każdy gość traktowany jest serdecznie i wyjątkowo. Właściciele dbali by każdy był należycie „zaopiekowany”, więc pomimo braku specjalnych wygód, byli na tyle inteligentni, pomysłowi, obdarzeni wyobraźnią i po prostu gościnni, że bardzo przyjemnie spędzało się tam czas. Na przywitanie każdy dostawał potężną porcję absolutnie genialnej gruszkowej rakii. Wiem co mówię, rakiję o tak wybitnym zapachu trudno spotkać u przeciętnego wiejskiego gospodarza, bo trochę ich zdegustowaliśmy w różnych wschodnioeuropejskich krajach. Więc możliwości są tylko dwie: właściciel kempingu i destylarni albo był geniuszem i perfekcjonistą we wszystkim co robił, albo nie był zwykłym wiejskim gospodarzem. Prawie każdy wyjeżdża stamtąd z butelką gruszkówki, bowiem jej receptura jest opanowana do perfekcji, smak prawdziwie aksamitny, a zapach wręcz genialny. Zaopatruje się u niego (hurtowo) sam Kusturica, który następnie poi nią gości zatrzymujących się w Drvengradzie.

Takie widoki można obserwować rano nawet przed myciem zębów

Sąsiedzkie rozpuszczone barany.

Sad gruszkowo-śliwkowy do biwakowania, to między innymi stąd pochodzą owoce do słynnej rakii.

Dla nieobznajomionych z cyrylicą, tabliczka wskazuje kierunek degustacji.

Tak składniki rakii wyglądają w szczegółach.

I w dodatku można pod nimi biwakować.

Jesienią zostaną przerobione we właściwy sposób.

A to równie piękne i dorodne śliwy.

I gotowe produkty w malutkich porcjach.

I w większych.

A to autor na tle swojej aparatury.

Po degustacji można zregenerować siły w takich warunkach.

Park Narodowy Tara

Jednak wizytę w Drvengradzie jakoś sobie odpuściliśmy, ponieważ wielu Serbów z którymi przez te dwa tygodnie rozmawialiśmy i tak miało dość jak na mój gust egzotyczne podejście do historii własnego narodu i lokalnych sporów. Mentalnie byli w głębokim średniowieczu, w dodatku pełni rozgoryczenia i rozczarowania, że żaden inny naród ich nie rozumie, co z pewnością jest efektem jakiegoś ogólnoświatowego spisku. Wizyta w serbskim lunaparku, który z pewnością celebruje prawdziwą serbskość tak bardzo jak to tylko możliwe, byłaby chyba jeszcze bardziej przygnębiająca. W Sarajewie na przykład,  Bośniacy i Chorwaci naśmiewali się z „zadęcia” jego twórców i mówili o nich wręcz okropne rzeczy.

Natomiast sam park narodowy przedstawia się bardzo pozytywnie. Tutejsze niskie góry porośnięte lasem są bardzo urokliwe, nawet w rzęsistych opadach deszczu.  Niestety dostępność terenu i specyficzna niechęć Serbów do chodzenia na nogach sprawia, że samochody są dosłownie wszędzie. Pomimo zakazów, po szlakach pieszych porusza się chyba więcej samochodów niż piechurów. Pod tym względem jest dość dziko. Chodzenie po nim jest bardzo interesujące, chociażby ze względu na rośliny jakie tutaj rosną. W niektórych miejscach prawie cały niższy obszar lasu, kilometrami jest porośnięty pokrzykiem – to coś niesamowitego. Znajdują się tutaj chyba idealne warunki do rośnięcia tej rośliny, bo jest ona dosłownie wszędzie. Pokrzyk to roślina silnie trująca i posiadająca właściwości halucynogenne, jednak intensywnie wykorzystywana przez ludzi, zarówno we współczesnej medycynie oraz w czasach historycznych, będąc na przykład składnikiem maści czarownic. Niesamowicie to wygląda gdy idzie się ścieżką, wzdłuż której rosną tylko krzaczki z czarnymi jagódkami. Podobnie dużo rośnie tutaj omanu. Ogólnie w lasach Tary można spotkać wszystkie najbardziej znane trujące rośliny Europy.

Wzdłuż dróg rosną „jagódki” pokrzyku, który totalnie zdominował okolicę.

Wilcza jagoda jest silnie trująca, ale pozyskuje się z niej atropinę. Pokrzyk był składnikiem słynnej maści czarownic.

Nawet jej kwiatki wyglądają lekko niepokojąco 🙂

Jeśli zaś wzdłuż drogi nie rośnie wilcza jagoda jej miejsce zajmuje oman. Takiej ilości omanu i tak dużych egzemplarzy również nigdy w życiu nie widziałam. Oman to roślina lecznicza o silnym działaniu, wymagająca dokładnego dawkowania w konkretnych przypadkach.

Tojad także można spotkać dość często. W lasach Tary rośnie niezła mieszanka trujących roślin.

Te góry są więc prawdziwym rajem dla wszelkiej maści trucicieli.

Banjska Stena

Pod względem widokowym najlepiej prezentuje się szlak Banjska Stena, zakończony uskokiem z którego widać sąsiednią Bośnię – zaporę na Drinie i zalew wcinający się w kanion i góry. Przypuszczam, że ta atrakcja jest okupowana przez sporą ilość osób, które w dodatku starają się podjechać samochodem najbliżej jak się da, jednak dzięki rzęsistym opadom po drodze, było ich bardzo niewiele. Rozpogodziło się dosłownie pół godziny przed naszym dotarciem. Widoki są bardzo fajne – poniżej rozpościera się Bośnia, widać nawet minarety, ale jeśli chcielibyśmy tam zjechać musimy najpierw kluczyć górskimi serpentynami, a następnie oczekiwać w kolejce na przejściu granicznym. To trochę dziwne uczucie, gdy jest się na co dzień przyzwyczajonym do mieszkania w strefie Schengen i nad tego typu pojęciami jak granica państwa, dawno przestaliśmy się zastanawiać. Nie da się tak po prostu wpaść za granicę na zakupy lub w celu chwilowej zmiany otoczenia – przekraczanie jej zwłaszcza w sytuacji gdy oba kraje, delikatnie mówiąc się nie lubią, zawsze zajmuje sporo czasu. Po drodze mamy niemal zagwarantowane, że będą stały patrole policyjne i łapały każdego kto właśnie przekroczył granicę za jakieś minimalne wykroczenia i starał się wlepić obcym mandaty. Tak wygląda drogowa rzeczywistość na każdej granicy serbsko-bośniackiej. Oczywiście nie będąc ani Serbami ani Bośniakami niekoniecznie będziemy musieli zostać skontrolowani, bo nie jesteśmy częścią tej skomplikowanej układanki, niemniej jednak wszystko to znacznie wydłuża kilkudziesięciokilometrową  wycieczkę.

Na słynnym punkcie widokwym rozstawione są maciupeńskie krzesełka w sam raz dla krasnali, czasem niemal nad samą przepaścią, które pozwalają rozkoszować się widokami.

A widoki są takie.

I nawet towarzyszyła im przerwa w opadach.

Kolejnym interesującym miejscem jakie można zobaczyć w Parku Narodowym Tara jest  Tepih-livada, czyli dywan z mchu który jest bardzo miękki, gdyż rośnie na lekko podmokłym terenie. Żeby go nie zadeptać chodzi się po drewnianych pomostach. Niestety ścieżka jest bardzo krótka, ale dość malownicza. Niestety nie wszyscy miejscowi stosują się do poleceń na tabliczkach informacyjnych i niszczą delikatny ekosystem. Byliśmy jeszcze w kilku miejscach i na innym punkcie widokowym, ale ze względu na nieustający deszcz nie chciało mi się nosić z sobą aparatu. To chyba ostatnie fajne miejsce jakie jeszcze mam na zdjęciach.

 

Tepih livada czyli dywan z mchu.

Odbyliśmy jeszcze kilka pomniejszych wycieczek leśnymi drogami o niezbyt dużym nachyleniu, wiodących w większości przez las. Gdzieniegdzie można było spotkać nielicznych wyczynowych rowerzystów. Pozostałe szlaki były nieszczególnie widokowe, niezbyt męczące i dość monotonne. Chyba całkiem nieźle muszą nadawać się dla turystów z małymi dziećmi bo nie są specjalnie wymagające.  Pomimo malowniczych widoków nie należy spodziewać się tutaj skalistych i śmiało poprowadzonych ścieżek. trasy sa bardzo łatwe a o tak większość ludzi stara się jako może pokonać je samochodem. Infrastruktura we wsiach jest w dość rozwinięta, nie przypomina jednak w niczym koszmarnie turystycznego Zlatiboru, który nadaje się chyba tylko na szybkie zakupy i uzupełnienie wszelakich zapasów.  To z pewnością najbrzydszy serbski kurort w jakim byłam. Najlepszą opcją jest zaszyć się w jednej z mniejszych miejscowości o podstawowej infrastrukturze i pooddychać czystym powietrzem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *